Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumiankowe Ziele x Omszona Krtań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumiankowe Ziele x Omszona Krtań. Pokaż wszystkie posty

6 października 2021

Od Omszonej Krtani CD Rumiankowej Łapy

← Poprzednie opowiadanie
Początek dzieje się dawno, dawno temu, przed mianowaniem i wojną i w ogóle jezu to było dawno *sobs*
— Hej! — Mech podniósł głowę, słysząc krzyk skierowany w swoją stronę. Nieznany mu pies wskazał na czerwone kwiaty rosnące niedaleko. — Weź też trochę tego! Będziesz się czuł lepiej już po.
Omszona Łapa uniósł brew, przyglądając się dla rudego psa. Przez chwilę, dosłowny moment, myślał, że to może Miodowa Łapa, jego... Ehehe, dobry przyjaciel. Czyżby po ich ostatniej przygodzie jeszcze się nie nauczył, że jego umiejętności pływackie, nie są aż tak dobre?
Szybko jednak zrozumiał, że nie ma to żadnego sensu. Mimo wręcz identycznego wyglądu, to samo rude futro i oklapłe uszy, ich postawa oraz zachowanie się różniły. Głos psa przed nim był o wiele pewniejszy siebie, tak samo postawa jak i krok, którego sprężystość widać było nawet te parę metrów od Mcha. Z Miodkiem zwykle było inaczej, jąkanie się było pierwszą rzeczą, jaką się w nim widziało.
Skoro już ustaliliśmy, że Miodowa Łapa to nie była, kim to cholerny był ten rudy pies, śmierdzący jak woda i ryby, idealny przykład Flumine? Czy Wodni mieli jakiś pieprzony gang rudych, ukryty wśród swoich ścian?
— He? — Mech uniósł brew, pochylając lekko łeb i powoli idąc w stronę rudego. Uśmiechnął się pod nosem. — Dzięki za radę, ale może zacznijmy od tego, kim ty kuźwa jesteś?
— Rumiankowa Łapa, uczeń medyka Flumine! — jejgo ogon latał na prawo i lewo, jak małe śmigiełko.
Mech wyprostował się. Uczeń medyka, co? Może świat go jednak kocha. Czasem.
— To co, Rumiankowa Łapo, chcesz spędzić może trochę miłego czasu razem? — wyszczerzył się. 

* * *

Omszony westchnął cicho, spoglądając na Sikorkową Łapę, której oczy były w niego wiecznie wlepione, obserwując każdy jego ruch. Jak jakiś pieprzony monitoring. Dlaczego, k u r w a dlaczego, jego matka przydzieliła mu jakiegoś dzieciaka do niańczenia? To był jakiś chory rodzaj kary, jak on i Sowi Pazur jako jego mentor? Przecież to było śmieszne. Omszony i szczeniaki, też mi zabawne. Czego on ma niby ją nauczyć? Spierdalania za granice klanu i łamanie każdej możliwej zasady? Sam nawet nie znał kodeksu wojownika, nieważne ile razy próbowali wbić mu go do głowy. A nawet jeśli by go znał, na pewno nie był osobą, która w jakikolwiek sposób by go przestrzegała. Jego pomysły i chęć ciekawszego życia nie dawałaby mu żyć w ten sposób.
Jego uczennica zachowywała się, jakby nie potrafiła nawet na sekundę usiedzieć w miejscu. Nawet podczas czekania na Łabędzi Gwizd i Sowiego Pazura, by wyruszyć razem na patrol, kręciła się dookoła, wygrzebując rzeczy ukryte pod śniegiem. To jakiś korzonek, to śmieć czy inne pierdoły. Co ciekawsze przynosiła mu i pokazywała, jakby to były jakieś największe skarby na całym wielkim świecie, na co on tylko wywracał oczami i brał je pomiędzy swe łapy. Jej uśmiech był ciągle tak szeroki, że Mech momentami dziwił się, jak do cholery jest to w ogóle możliwe? Wyglądało to trochę jak ten pieprzony czerwony pies z creepypasty, wiecznie wlepiony swoimi p i e k i e l n y m i oczami w widza, z uśmiechem, który mógłby pożerać dusze.
— Omszona Krtaaaani, możemy już iść? — jego uczennica zajęczała, szturchając go łapką w bok, opierając się o niego.
— Kurwa no, mówię ci to już pięćdziesiąty raz, czekamy na Sowiego i Łabędzią — burknął cicho i wstał, odsuwając się. Sikorka wpadła przez to w śnieg, szybko jednak się otrzepując i znów wracając do swojej zbyt pozytywnej siebie.
Mech sapnął cicho, kichając.
— Omszona Krtani, nie powinieneś tak mówić do swojej uczennicy — Łabędzi Gwizd zjawiła się znikąd, mówiąc do młodego wojownika z tym swoim łagodnym uśmiechem. — Jeszcze nauczy się używania takich słów.
Razem z Łabędzią, swoją dupę przyprowadził też Sowi Pazur. O dziwo, siedział teraz cicho, nie rzucając żadnego uszczypliwego komentarza w stronę swojego byłego ucznia. Nic. Dosłownie. To nie było w jego stylu, w normalnej sytuacji już dawno wytknąłby, mu to jak bardzo nie nadaje się na rolę mentora i jak bardzo ściągnie te małe dziecko na złą stronę.
— Zjawiliście się, w końcu. Czekaliśmy na was, na tym pieprzonym mrozie, od chyba wieczności, nie śpieszyło wam się, co? — rzucił z wrednym uśmiechem.
— Przestań jojczeć, łeb mnie boli — mruknął Sowi Pazur, marszcząc lekko swój pysk.
I tyle tego dobrego.
Mech jedynie zaśmiał się cicho i ruszył w stronę jeziora.
Przez cały patrol, Sikorkowa Łapa trajkotała nad jego głową, pytając się o każdy, najmniejszy szczegół. A czemu to robimy? A co to jest? A gdzie idziemy? A możemy iść gdzieś indziej? Kurwa ile można. Nawet na moment nie dawała mu odetchnąć, zasypując go bez przerwy lawiną kolejnych i kolejnych pytań.
Ogromne zmęczenie uderzyło w Omszoną Krtań, który coraz bardziej spuszczał głowę i zaczynał iść ciężej i wolniej. Jakby jego uczennica pochłaniała całe życie z młodego wojownika. Czy tak właśnie miało wyglądać trening z Sikorką? Chyba że... Omszony mógłby to wykorzystać. Wykorzystać tą żywą, aczkolwiek buntowniczą naturę. Wychowanie dla siebie swojego małego side-kicka. Brzmi jak american dream.
— Hej, Omszona Krtanio, od kiedy mamy jakiegoś rudego gostka w naszym klanie? — spytała Sikorka, z tym swoim ogromnym uśmiechem.
Ten zmrużył oczy.
— Od... nigdy — mruknął, spoglądając w stronę, w którą patrzyła się jego uczennica.
— Myślę, że powinniśmy podejść i to załatwić, w normalny sposó-
Ale ulubionego narkomana Industrii już nie było. Popędził do przodu, w stronę intruza, w akompaniamencie krzyków dezaprobaty swojego byłego mentora, wiwatów Sikorkowej Łapy i pisku Łabędziego Gwizdu.
Omszony wbił zęby w ramie rudego intruza. Szarpnął za mięso, czując metaliczny smak krwi w swoim pysku. Biały, śnieżny puch dookoła nich szybko nabrał szkarłatnego koloru. Gdyby nie krzyk, który wydobył się z pyska jego ofiary, pewnie rozszarpałby jego bark w strzępki, aż do gołej kości. Odskoczył jak oparzony od psa, który okazał się być jego kolegą z dzieciństwa.
— Rumianek! — zaśmiał się Mech, oblizując jeszcze ciepłą krew ze swojego pyska. — Co ty tu kurwa robisz? Wiesz, że to nasze tereny, nie?
Przekręcił lekko głowę, przyglądając się dla ucznia medyka Flumine, które dyszało, ze łzami w oczach, próbując wydusić z siebie słowo.
— Najwyraźniej mam rozrywany bark — mruknęło, spoglądając na swoją ranę. Mech szczerze nie był pewien czy Rumianek próbuje żartować w tym momencie, czy lekki uśmiech na jejgo pysku był wywołany bólem i stresem. Jedno z dwóch. — Przyszedłom tutaj po zioła, ale wiesz...
— Omszona Krtani, co ty kurwa wyprawiasz? — Sowi podszedł do młodego wojownika i ucznia medyka, mierząc oboje ich wzrokiem. — Czy ciebie do reszty popierdoliło? Kurwa atakujesz ucznia medyka klanu, z którym ledwo mieliśmy wojnę? Chcesz na nas sprowadzić kolejne problemy?
— Dobra dziadzie zamknij mordę, bo...
Rumianek mu przerwało.
— To był wypadek... prze pana — medyk patrzył się na Sowiego, spinając swoje mięśnie i lekko się kuląc, jakby chcąc się schować w śniegu przed morderczym wzrokiem.
— Właśnie Sowi, ogarnij dupę, wezmę jejgo do Petera i tyle.
— Szarej Skały — burknął starszy wojownik, najwyraźniej dalej pamiętając zakład, który wygrał. — I ktoś musi jejgo odprowadzić na tereny Flumine.
— Ta, ta, ta, Szarej Skały, nie zesraj się. Ja to zrobię.
— A co ze mną? — powiedziała cicho Sikorka, przypominając jakby wszystkim o swojej obecności.
No tak. Ona. Naprawdę komplikowała w tym momencie sprawę. Omszony przygryzł wargę i rozejrzał się, w końcu spoczywając swój wzrok na Łabędzim Gwiździe.
— Uhh, oh! Odprowadzisz ją do klanu po końcu patrolu? Tak? Dzięki wielkie.
Mruknął i podparł Rumiankową Łapę, odchodząc. Sowi Pazur coś jeszcze za nim krzyczał, jednak Mcha nie mogło to obchodzić ani krztynę mniej. Skupiał się po prostu na pomaganiu dla ucznia medyka, starając się nie sprawić mu więcej bólu. Powinien go później przeprosić, ale to potem. Uważał na każdy krok, starając się jak najlepiej go wyważyć. Gdy odeszli wystarczająco daleko, wyszczerzył się szeroko, śmiejąc pod nosem.
— Znowu zbierałeś mak, mały ćpunie?
Przez ich czas rozłąki, Mech o dziwo przerósł starszego o parę księżyców od siebie medyka. Rumianek przez to wyglądał jak dzieciak, przy starym pysku Omszonej Krtani. Baby face rudego też mu nie pomagał.
— Nawet nie zdążyłom nic wziąć, wiesz?
— Szkoda, moglibyśmy trochę urozmaicić to łażenie — ziewnął.
Rumianek nagle ucichło.
— Ten... Sowi Pazur, to ten Sowi Pazur? — mruknęło.
— Co masz na myśli? — zaśmiał się. — Dziad co był moim mentorem i jest jebanym sadystą? Tak, to on.
Rumianek pokręciło głową.
— Nie, chodzi mi o to, czy to on zabił Pajęczego Odwłoka.
Mech mimowolnie się uśmiechnął, przypominając sobie wojnę. Zaśmiał się pod nosem, mając przed oczami to, co jego brat wtedy odwalał. Ten grzeczny, mały Ciepły, tak bardzo ładnie, prawie zabił biednego, ślepego wojownika. Stan, w jakim ten go zostawił... Nie spodziewał się tego po swoim bracie, nawet w najśmielszych snach. A tu proszę.
— A no — zaśmiał się. — Nieźle go załatwił nie?
Weszli razem do magazynu. Mech przywitał się z paroma psami, których reakcje naprawdę różniły się od siebie. Jedni krzywili pysk, inni posyłali mu uśmiechy. Ten jednak w pewnym sensie zignorował je wszystkie i ruszył po prostu w stronę legowiska medyka.
— Siema Peter, nadgryzłem trochę medyka z Flumine. Pomożesz? — wyszczerzył swoje zęby.
— Coś z niego jeszcze zostało przynajmniej? — mruknął, dalej grzebiąc w lekach. — Mały jest trochę.
— Nooo... Nie wiem, Rumianek, jesteś aż taki mały?
Dopiero wtedy Szara Skała się odwrócił, mierząc wzrokiem rudego psa.
— Omszona Krtani, poczekaj za ścianką.
Prychnął cicho i wyszedł. Już wiedział, że będzie to trwało wieczność, jednak mimo wszystko, Mech znudzony czekał przed legowiskiem medyka, nie wiedząc jaki opierdol czeka go na terenach Flumine. 
 
<Rumianek?> 
[1562 słowa: Omszona Krtań otrzymuje 15 PD; Rumiankowa Łapa jest wyleczony; Sikorkowa Łapa otrzymuje 1 PT]

9 lipca 2021

Od Rumiankowej Łapy do Omszonej Łapy

Rumiankową Łapę obudził chłód. Rozpaczliwe zimno dmuchające wiatrem prosto w nos przez niezamknięte okno. Rudy uczeń medyka głębiej zagrzebał się w miękkich materiałach Dwunożnych, chowając się przed nagłą zmianą temperatury. Po chwili jednak puchata łapa Rumianku niechętnie wyjrzała z ciepłego schronienia. Zadrżała, dotykając zimnej, drewnianej podłogi, ale pozostała na niej niewzruszona. Rumiankowa Łapa nie miało najmniejszej ochoty wstawać, ale ustaliło już plany na dziś, i nie zamierzało ich odpuścić. Poza tym śnieg na zewnątrz był naprawdę ładny!
Najpierw zapytało jednak zaspanego Podgrzybka, czy ten potrzebował dziś jejgo do czegoś. Gdyby tak było, Rumianek musiałoby nieco przesunąć w czasie wyznaczone przez siebie samo zadania i zająć się obowiązkami ucznia. Nie, żeby Podgrzybkowa Sierść specjalnie ich przestrzegał. Mentor świetnie uczył i przekazywał całą swą wiedzę rudemu potomkowi zastępczyni, ale nigdy nie miał parcia na to, by wszystko robić od razu. Jeśli Rumianek chciało gdzieś iść, zazwyczaj mogło to zrobić, a w segregowaniu ziół pomóc nieco później. Irysowe Serce patrzyłaby na takiego mentora dla swojego dziecka z dezaprobatą, gdyby nie jej świadomość, że Rumiankowa Łapa i tak nie wykorzysta tej szansy do żadnych niecnych celów (jak jejgo, nie przymierzając, bracia), a poza tym samo wystarczająco chętnie wybierało spędzanie czasu w legowisku medyka.
No, chyba że za niecny cel uważalibyśmy dzisiejsze plany Rumianku; ono zdecydowanie stroniło od tej opinii, a głównym tego powodem był fakt, że Podgrzybkowa Sierść równie chętnie, co ono, korzystał z wszelkich zalet ziół. Słowa, że mentor przekazał jejmu całą swoją wiedzę, nie mogły być bliższe prawdy: z tego powodu Rumiankowa Łapa posiadało niezwykłą wiedzę w kwestii nie tylko leczniczych, ale także psychoaktywnych ziół.
Czy matka Rumiankowej Łapy o tym wiedziała? Cóż, możliwości był dwie: albo pozostawała w stanie błogiej niewiedzy, albo zwyczajnie postanowiła się nie wtrącać. W gruncie rzeczy miała ważniejsze sprawy na głowie, niż jej najmniej problematyczne dziecko rekreacyjnie korzystające z narkotyków (o ile można tak było nazwać banalnie dostępne w okolicy rośliny).
— Nie, Rumiankowa Łapo. Ale pamiętaj, że jutro idziemy zbierać zapas ziół, zanim Pora Nagich Drzew rozwinie się na dobre. — odpowiedział w końcu na pytanie bury, szczurowaty pies i na nowo zakopał się w kocyku. Ziewnął przeciągle, jeszcze raz obracając się w stronę swojego ucznia. — Dobranoc.
— Dobranoc, Podgrzybkowa Sierści! — zawołało Rumianek i popędziło po schodach w stronę wyjścia z obozowiska.
Wściekle tupotało po schodach, nie zaprzątając sobie głowy aktualną porą, przez co spotkał się ze zmęczonym (i nieco zirytowanym, choć wciąż pełnym miłości) spojrzeniem wujka Burzowego.
— Na Gwiezdnych, trochę ciszej! — Syknął. — A myślałem, że to ja tu najwcześniej wstaję i budzę tych wszystkich śpiochów.
Rumiankowa Łapa gwałtownie wyhamowało, aż stara, drewniana podłoga jęknęła pod jejgo pazurami. Jak mogło zapomnieć… nie pożegnało się z mamą!
Czym prędzej władowało się do legowiska wojowników, pilnując, by nie przydepnąć niczyjego ogona — z mizernym skutkiem, bo ruda kita ojca nieco oberwała — i wylądowało tuż przed nosem Irysowego Serca, która leniwie otworzyła oczy.
— Cześć, mamo! — Rumianek dotknęło nosem jej nosa, nie zwracając uwagi na otaczających ich wojowników. Czy miało już ponad dwadzieścia księżyców? Tak. Czy mimo to każdego dnia czule witało i żegnało się z matką? Być może. Wiek nic nie znaczył, jedynie to, jak długo Rumiankowa Łapa dało radę nie umrzeć gdzieś w krzakach, dlatego rudy uczeń nie przejmował się ani nie wstydził, za to tak samo chętnie, jak za szczeniaka, okazywał czułość.
Mama spojrzała na niągo zaspana.
— Jutro trochę później, błagam. — Rumianek zaśmiało się i przytuliło do jej miękkiego futra.
— Postaram się, ale nic nie obiecuję! — Krzyknęło, co skwitowało dziesięć spojrzeń zirytowanych wojowników, więc obniżyło głośność o pół tonu. — Jutro zbieram zioła z Podgrzybkiem, pa, mamo!
— Podgrzybkową Sierścią. — Uśmiechnęła się ciepło i wróciła do snu.
— Pa, tato! — Wrzasnęło Rumianek, na nowo zapominając o stwarzanym przez siebie hałasie, i niemal wywróciło się o grzbiet Klematisowego Korzenia, po czym pędem wybiegło z domu.
W legowisku wojowników dwójka rodziców rudej kulki futra gnającej właśnie przez śnieg rzucała skruszone spojrzenia i ciche przeprosiny współtowarzyszom.
***
W teorii wyprawa z opuszczonego domu w okolice plaży nie powinna była zająć wiele czasu, ale czas działał nieco inaczej, gdy było się Rumiankową Łapą. Na ten przykład, dodatkowe pół godziny zajmowało ci obserwowanie okrytych białym puchem listków leżących na ziemi i pełne zachwytu łapanie śnieżynek na własny język. Po drodze zdarzały się też pokryte lodem kałuże, nie można więc było zmarnować okazji i nie poślizgać się na nich choć przez chwilę (a także nie przylepić do lodu języka na dłużej, niż chciałoby się przyznać).
Po wielu zaobserwowanych ptakach, otrzepaniach się od wszechobecnego śniegu i złapanych do pyska ładnych kamieniach Rumiankowa Łapa w końcu dotarło do celu.
Okolice plaży miały do siebie to, że były dobrym środowiskiem dla wszelkich roślin. Było tam wilgotno i zazwyczaj dość ciepło, choć teraz ta temperatura ustąpiła typowym dla Pory Nagich Drzew mrozom. A poza tym, bardzo łatwo było tu znaleźć jedno z ulubionych ziół Rumianku.
Mentor i uczeń w kwestii zaspokajania swoich narkotycznych upodobań różnili się nieco bardziej, niż można by się spodziewać. Podgrzybkowa Sierść zgodnie z imieniem preferował grzybki, a Rumiankowa Łapa również niesprzecznie ze swoim mianem zazwyczaj wybierało roślinki. Dlatego też głównym celem rudego szybko stała się plaża, a raczej jej otoczenie: tam jejmu ich nie brakowało. Z zazdrością spoglądało na wielkie jezioro znajdujące się na terenach Industrii, obrośnięte potężnymi chaszczami. Oni nawet z nich nie korzystali!
Ale Rumianek po matce przejęło niezrozumiałą miłość do zasad kodeksu, więc nie przekraczało granicy Industrii choćby o milimetr i ograniczało się do terenów neutralnych — bo obszary należące do Flumine zdecydowanie roślinnością nie grzeszyły. Że też wybrali to przeklęte miasto! Rumiankowa Łapa zdecydowanie wolało obcowanie z naturą niż deptanie po szorstkim asfalcie.
W końcu uczeń medyka wpadł wprost w wielką kępę roślin o długich łodygach i wąskich liściach. Z błogością przyjął ich znany już dobrze zapach i zabrał się do ostrożnego zrywania. Nie chciał uszkodzić korzeni ani reszty roślin; i tak miały już wystarczająco ciężko w tym zimnie.
Obserwowało małą biedronkę powoli wspinającą się po jednym z liści, gdy usłyszało szelest. Obróciło się szybko, by sprawdzić, co chciało przeszkodzić jejmu w planowanej od dłuższego czasu wyprawie — nie, żeby było przeciwko niespodziewanym gościom — i zauważyło psa.
Nie byłoby w tym nic niezwykłego (biorąc pod uwagę, ile psów poza Rumiankiem żyło w mieście), poza faktem, że w pysku psa znajdował się potężny pęk tej samej rośliny, którą przyszedł zebrać przyszły medyk. Do tej pory Rumiankowa Łapa nie widziało nikogo, poza swoim mentorem, kto zbierałby zioła inne, niż lecznicze. A tym bardziej nie widział nikogo, kto robiłby to, jednocześnie śmierdząc Industrią.
Oczywiście Rumiankowa Łapa szanowało wszystkie klany! Ale Industria zawsze wydawała mu się dość nieprzyjemna, większość jej członków sprawiała wrażenie, jakby połknęła olbrzymi patyk, który później zatrzymał się gdzieś pod koniec przewodu pokarmowego. W skrócie: jeśli myśleliście, że Flumine jest nudne i konserwatywne, nigdy nie widzieliście Industrii. Według Rumianku, ma się rozumieć.
Ten nieznajomy tymczasem mimo typowego dla Ognistych zapachu targał właśnie za sobą sporawy zapas narko– znaczy się, ziółek. Dlatego Rumiankowa Łapa przestało zajmować się tym, co wcześniej, i posłało nieznajomemu szeroki uśmiech. W jakim on mógł być wieku? Oszacowało go na niewiele mniejszy od własnego, może z dwadzieścia księżyców. Nie było pewności, a niższy wzrost obcego psa wcale nie pomagał: w końcu Podgrzybkowa Sierść był o wiele mniejszy, a jednak zdecydowanie przewyższał Rumiankową Łapę w spędzonych na świecie księżycach.
Niezależnie od wieku, mieli ze sobą minimum jedną cechę wspólną: było nią ćpanie. I właśnie dlatego Rumianek postanowiło, że doradzi nowemu (jeszcze nie)koledze. W końcu nie każdy ma w swoim życiu takie szczęście, żeby otrzymać od losu medyka-mentora, który nauczy go wszystkiego o psychoaktywnych ziołach. Co więcej, z pełną pewnością mogę założyć, że aktualnie Rumiankowa Łapa było jedyną osobą w takiej sytuacji ze wszystkich psów rozsypanych po pięciu mieszkających w mieście klanach.
— Hej! — krzyknęło do psa, merdając ogonem, i wskazało pyskiem na rosnące niedaleko niewielkie kwiatki. — Weź też trochę tego! Będziesz się czuł lepiej już po.
<Omszona Łapo?>
[1288 słów: Rumiankowa Łapa otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]