Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Błękitna Stokrotka × Płomienny Krzew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Błękitna Stokrotka × Płomienny Krzew. Pokaż wszystkie posty

29 grudnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Nie ma co się kłócić, zostaw ją, przyszło mi do głowy. Zastanawiało mnie, co medyk mi zrobił z łapą, że tak piekielnie bolała. Była jakby zgnieciona...takie miałem wrażenie. Ogólnie czułem się zmęczony, ostatnio bardzo często sypiam, a bywa, że nie chce mi się jeść przez cały dzień.
— Idź sobie — mruknąłem obojętnie i walnąłem się na bok
Miałem nadzieje, że zostawi mnie rzeczywiście samego i będę mógł odpocząć. Tak jednak nie zrobiła, położyła się kawałek dalej i posłała mi wredny uśmiech. Jak ja mam jej dosyć… Zamknąłem oczy, chciałem być sam ze sobą, bez niej, dlaczego tak nie może być?
Czułem jej wzrok na sobie. Sierść na karku mi się od razu jeżyła, była w błędzie jeśli myślała, że bez pomocy jednej łapy nie dam rady jej dorwać. Odwróciłem powoli głowę za siebie — Błękitna cały czas leżała w jednym miejscu i znów posłała mi wredny uśmieszek. Prosi się o kolejną ranę, ale tym razem na szyi, pomyślałem. Mruknąłem cicho pod nosem i pozwoliłem się zdrzemnąć na…parę minut? Dotarło do mnie po chwili, że ktoś nade mną stoi. Oczywiście kto inny jak nie ta wredota.
— Czego chcesz? — zmrużyłem oczy
— Myślałam, że zdechłeś, ale jak widać, jeszcze nie chcą cię tam na górze — zaśmiała się
— Bardzo śmieszne — syknąłem
Chce być sam, chce być sam i to już. Czmychnąłem przed siebie, lekko kuśtykając na przednią łapę, miałem już w głowie obraz mojego wygodnego legowiska w ruinach jednego z zawalonych blokowisk. To było moje jedyne miejsce, do którego powracałem i mogłem wypocząć. Powoli zacząłem kląć, że muszę iść, a raczej podskakiwać, tak daleko i jeszcze kilka razy prawie się wywaliłem o kamyk albo zwykłą gałąź. Ulżyło mi gdy w oddali zobaczyłem znajome mi miejsce.
— Nareszcie — powiedziałem do siebie
Wślizgnąłem się przez dziurę w ścianie, dzięki temu, że pęknięcie jest wysoko, to nie wejdą mi żadne mniejsze istoty. Wewnątrz miałem trochę bałaganu, ale kto inny tu zagląda niż ja? Pod tylną ścianą miałem ułożony miękki materac, znalazłem go kiedyś na śmietniku. Zaraz przy wyjściu znajdowały się prezenty od Iskierki — dziecka Jasnej Gwiazdy, czyli zgnieciona puszka i spalony krzew. Te dwie rzeczy jakoś na mnie wpływały i podnosiły na duchu, miały u mnie szczególne znaczenie. Biada jeśli ktoś je ruszy albo zabierze. Ułożyłem się na materacu, zrobiło mi się miękko pod pyskiem i po chwili zasnąłem.
 
Dłuższy czas później, Krzew zrobił się milszy

W końcu łapa się zagoiła, jak powinna i mogłem pokonywać dłuższe dystanse. Miałem już dość oszczędzania się i zwracania uwagi, aby uszkodzić sobie bardziej rany po ugryzieniu. Przygodę z wężem zostawiłem już za sobą. Zaburczało mi w brzuchu, ciekawe czy ktoś upolował jakąś zwierzynę i zostawił dla członków klanu. Dotarłem na miejsce i ujrzałem zajadające się psy, a w samym środku znajdowała się spora sarna. Zatoczyłem koło, nie miałem zamiaru się pchać między nich, o nie, do takiego czegoś jeszcze nie doszedłem. Po chwili spod łap jednego psa wystawało w całości tylne kopyto, to był teraz mój cel. Na moje szczęście pies się odsunął na bok i dzięki temu bez problemu przechwyciłem zdobycz, zadowolony z siebie oddaliłem się gdzieś na spokojniejsze tereny.
Jakiś czas później znalazłem miejsce pod drzewem, miałem stąd ładny widok na łąkę, ale niedaleko dojrzałem leżącą Błękitną Stokrotkę. Zastanowiłem się chwilę, była wciąż dla mnie wredną suczką, która wtyka nos w nie swoje sprawy, ale z drugiej strony to ja byłem głupim idiotą, który wszystkich odtrącał i myślał o sobie. Teraz gdy Jasna Gwiazda pozwolił mi opiekować się jego szczeniakami i ogółem dzięki niemu się zmieniłem — chciałem coś dobrego zrobić.
Zbliżyłem się do niej i położyłem całą nogę przed sobą. Obstawiałem, że za chwilę się obudzi przez zapach mięsa. Usiadłem i czekałem cierpliwie, tak, to będzie dobry pomysł, żeby razem zjeść coś i w końcu się pogodzić, dla mnie bynajmniej to będzie w porządku.
 
<Błękitna Stokrotka?>
[625 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

19 grudnia 2021

Od Błękitnej Stokrotki CD Płomienny Krzew

Jedno było pewne, nie miałam szansy, aby zaciągnąć go do medyka. Może i siłą nie grzeszę, ale nadrabiam sprytem, pozwoliłam mu uwierzyć, że jego słowa do mnie dotarły. Niech myśli, że ze mną wygrał. Jestem samicą, ostatnie słowo należy do mnie, czy temu brutalowi to się podobało, czy nie. Uciekłam mu szybko z pola widzenia, szukałam jak największej gałęzi. Przy ukąszeniu przez węża zazwyczaj zmysły stają się nieco bardziej otępiałe, to już dawało mi sporą przewagę nad nim.
— Jest — szepnęłam, widząc idealną wielką grubą gałąź, leżała sobie na ziemi i czekała na mnie.
Ciekawe kto miał tyle siły, by ją zerwać, wiatr? Nie sądzę, nie wydawała się na tyle słaba, aby jakiś wiatr ją zerwał. Może to niedźwiedź wspiął się na drzewo i runął wraz z nią. Owszem ta wersja bardziej mi pasowała, więc uznałam ją za prawdziwą. Ledwo mi się udało wziąć ją w pysk. Kłopot pojawił się w przetransportowaniu jej bezszelestnie. No tak, zaćmione zmysły, nie musiałam nad wyraz się starać, skradłam się, po czym wzięłam zamach i rąbnęłam go w głowę.
— Chyba za mocno, będzie guz jak nic — syknęłam.
Sprawdziłam, czy aby na pewno udało mi się pozbawić go przytomności. Podniosłam jego łapę, zero reakcji. Wzięłam głęboki oddech, złapałam za kark, podrzuciłam lekko do góry, szybko pochylając się, by spadł mi na grzbiet.
— Jaki ty jesteś ciężki ... — syknęłam, usiłując się wyprostować pod jego ciężarem.
Były dwie opcje albo on jest ciężki, albo ja jestem słaba. Oczywiście pozostałam przy tej, gdzie to on robi za grubasa. Musiałam po drodze zrobić kilka przerw. Gdy dotarłam do medyka i zwaliłam go z siebie, poczułam ulgę. Nie obyło się bez pytań, ale jakoś uszło mi to najście, zwłaszcza że przyniosłam rannego. Gdy wyszłam, usiadłam w oczekiwaniu, sama nie wiem na co. Na jego niezadowolenie, gniew, może jednak podziw mojej siły, że udało mi się samodzielnie go przenieść? W końcu wyszedł, niezadowolony, obrażony jak dziecko udając, ze mnie tutaj nie ma. Przecież ja się nie dam ot tak po prostu zignorować. Na pewno nie, liczę na jakąś wdzięczność.
— Hallo, ja tutaj jestem — krzyknęłam.
— Nie jestem ślepy, ale ty chyba jesteś, nie widzisz, że usiłuje cię ignorować?
— Widzę, powinieneś się cieszyć na mój widok, sama cię przytargałem, zresztą schudnij, bo ledwo dotarłam.
— Nie prosiłem cię o to, wręcz zabroniłem.
— Ojej, czyżby to samica robiła coś wbrew samcowi — zaśmiałam się.
— Uważaj, bo jak ja zrobię coś wbrew tobie, to pożałujesz, że się urodziłaś.
Przeszedł mnie dreszcz, ale nie chciałam dać się poznać.
— Najpierw musisz mnie dorwać, a z tą łapą trójnogu marne twe szanse — zakpiłam.
< Płomienny Krzewie? >
[421 słów, Błękitna Stokrotka otrzymuje 4 punkty doświadczenia]

28 czerwca 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Co…?!? Zabieraj łapy!
Prawie ją chwyciłem w zęby, gdy wepchnęła mnie w krzaki. Totalnie zapomniałem o tym, żeby ignorować wstręt do dotyku, bo to mi się absolutnie nie spodobało. Po chwili jednak opanowałem nerwy i jedynie warknąłem, gdy położyła mi łapę na karku. Po chwili zniknęła mi z widoku i rozpoczęła rozmowę z psem ze swojego klanu, naprawdę dałbym mu radę, a nie jakieś ukrywanie się po krzakach. Niezbyt obchodził mnie kodeks, chodziłem własnymi ścieżkami po każdym klanie i mieście, a gdy przede mną stanął ktokolwiek o złym spojrzeniu – nie obyło się bez walki. Ehh no dobra, pomyślałem, przeczekajmy to. W chwili gdy wypowiedziałem te słowa w myślach, zacisnąłem zęby, to nie w moim stylu chowanie się przed kimś.
Już miałem wychodzić i przerwać ich miłą rozmowę, ale poczułem ukłucie w łapę. W pierwszej chwili myślałem, że nadziałem się na jakąś ostrzejszą gałąź, jednak po mojej prawej stronie coś się poruszało w trawie. Dziwny stwór skulił się(?) i dziwnie syczał. Nigdy w życiu nie widziałem takiego czegoś… Co chwilę wystawiał język, naśmiewał się ze mnie? Wyszczerzyłem zęby, nie bałem się go, powinien brać nogi za pas, tylko że nie posiadał kończyn. Zjeżyłem sierść na karku i za chwilę to coś miało pożałować swojej decyzji o ugryzieniu mnie, oderwę mu łeb od tego długiego ciała.
Wróg nagle odwrócił się i zniknął w gęstej trawie, a łapa zaczęła mnie boleć i puchnąć. Co za drań! Powinienem go obedrzeć ze skóry.
— Coś się stało? — spytała Błękitna.
— Nie — mruknąłem.
Wiedziałem co za chwilę będzie — ochrzani mnie i zaciągnie do medyka, nie ma szans. Wyłoniłem się z krzaków i ułożyłem tyłem do suczki, zastanawiało mnie teraz, czym było tajemnicze stworzenie, które ośmieliło mnie ugryźć. Trochę bolało, ale tragedii nie było.
— Wąż cię ugryzł — stwierdziła, stając obok. — Widzę przecież.
— Co?
— Nie musisz chować, masz na łapie dwa ślady po zębach.
— Co to wąż?
Błękitna westchnęła, co mnie lekko podenerwowało. Wąż… nigdy żadnego nie spotkałem, aż do tego momentu i nie dziw się.
— Później ci wyjaśnię, musimy iść do medyka.
Po tych słowach położyłem uszy i ponownie zjeżyłem sierść na karku, nigdzie nie idę. Nawet mnie siłą nie zaciągniesz. Niedobrze mi na myśl o jedzeniu dziwnych ziół o smaku goryczy. W sumie łapa mnie nie bolała tak mocno, żeby iść do medyka, nie widziałem takiej potrzeby.
— Nie — mruknąłem.
— Tak myślałam — ściszyła głos i czmychnęła gdzieś.
Przez chwilę ją słyszałem, jak przedziera się przez zarośla i łamie gałązki leżące na ziemi, ale potem kompletnie zniknęła, nawet trudno mi było usłyszeć jej kroki. Spojrzałem na łapę, nie wyglądała źle, troszkę spuchła, ale myślę, że dam rade wytrzymać kilka dni, zanim… 
*Jebs w łeb*
Pamiętałem jedynie mocne uderzenie, a potem nastała ciemność. Najdziwniejsze było, jak przed oczyma pojawił mi się ten wąż i śmiał się ze mnie, wystawiając język. Chciałem go złapać w pysk, ale okazał się szybszy i rzucił się na mnie. W tym momencie obudziłem się, rozejrzałem po okolicy i dotarło do mnie, że jestem na swoich terenach, i to u medyka. Mruknąłem zły, po co to wszystko. Podniosłem się z posłania, które było wykonane w wysuszonej trawy. Ciemny Kieł gdzieś musiała pójść, pewnie wiedziała, co ją czeka po moim wybudzeniu. A łapa… owinięta była jakimiś zielskami.
Na zewnątrz czekała Błękitna, miałem ochotę ją walnąć czymś cięższym w głowę. Co ona sobie myślała… Potem wzdrygnąłem się cały, ona mnie tu przyniosła, czyli musiała mnie dotknąć, za jakie grzechy?! Usiadłem gdzieś z boku. 
<Błękitna Stokrotka?>
[564 słowa: Płomienny Krzew otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczony]

20 czerwca 2021

Od Błękitnej Stokrotki CD Płomiennego Krzewu

Doznałam niemałego szoku, spodziewałam się ostrej reakcji, a tutaj zaskoczył mnie i to bardzo pozytywnie. Może nie był taki zły, co ja gadam, to Płomienny on nie może być dobry. Poszliśmy się przejść, nie wiem czemu, zaprosiłam go na tereny klanu, może chciałam się w jakiś sposób odwdzięczyć, że mnie nie zaatakował. Przecież mogło się to skończyć dla mnie bardzo tragicznie. Nie wykluczałabym nawet tego, że mogłabym być trupem. Czasami w przypływie emocji, nie potrafię się opanować, przebłysk odwagi i heroizmu, albo po prostu głupoty. Musiałam obrać jak najbezpieczniejszą drogę, tak aby ominąć patrol, nie chciałam mieć kłopotów. Jak i narażać innych członków klanu na spotkanie z Płomiennym Krzewem. Wystarczało, że sama narażam się na jego gniew. Spokojnie można go porównać do tykającej bomby. Nigdy nie wiadomo kiedy wybuchnie. Gdy w końcu udało nam się dotrzeć do celu, a mój towarzysz nie zjadł żadnego szczeniaka po drodze ani nie zaatakował nikogo, poczułam ogromną ulgę. W końcu moje łapy dotknęły chłodnej wody, poczułam ulgę. Weszłam nieco głębiej i położyłam się na płyciźnie. Spojrzałam za siebie.
— Na co czekasz? Właź, woda jest idealna! — rzuciłam w stronę psa.
Ten jakby chwilę się zastanawiał, po czym dołączył do mnie, kładąc się w bezpiecznej odległości.
To był dobry moment, aby nieco wyluzować. Poczułam, jak całe napięcie ze mnie schodzi, moje mięśnie rozluźniły się i oddech uspokoił. To było bardzo przyjemne, jednak gdzieś z tylu głowy cały czas, myślałam o tym, by nie tracić psa z oczu, był na tyle nieprzewidywalny i zaskakujący czasami, że nigdy w sumie nie wiadomo co mu strzeli do głowy. Wstałam i powoli zaczęłam iść coraz głębiej, aż przestałam czuć grunt pod łapami. Energicznie machałam nimi, aby popływać troszkę, zataczając najpierw małe potem coraz to obszerniejsze koła. Był to świetny trening dla mięśni łap. Płomienny przypatrywał się mi przez chwilę, aby również wstać i dopłynąć do mnie. Chyba nie za bardzo pojmował, dlaczego sprawia mi to frajdę. Jednak postanowił spróbować. Po chwili jednak zrezygnował, wrócił na płytsze wody, gdzie jego wszystkie łapy dotykały gruntu, a woda sięgała mu do brzucha. Gapił się w wodę, stojąc nieruchomo. To była chwila, gdy rzucił się w wodę, zanurzając pysk, a gdy go wyciągnął, trzymał w nim pokaźną rybę. Usatysfakcjonowany wrócił na brzeg, rozkładając się wygodnie i zabrał za posiłek. Oczywiście, udawałam, że tego nie widziałam, i że nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia. Gdy poczułam, że mam dość udałam się na płyciznę i położyłam. Uwielbiałam wodę, wcale mi się nie śpieszyło, aby z niej wychodzić.
— Jak tutaj jest wspaniale, nie sądzisz? — Spojrzałam w jego stronę.
Był tak zajęty swoją zdobyczą, że nie uzyskałam odpowiedzi. No trudno warto cieszyć się tą chwilą spokoju. Gdy po dłuższym czasie, uznałam, że mi starczy wyszłam na brzeg, nieco dalej od psa, otrzepałam się, jednak krople wody sięgnęły mojego towarzysza. Niewinnie uśmiechnęłam się w jego stronę, to naprawdę nie był celowy zabieg. Nie wydawał się być zadowolony, ale chyba, jako że sam był jeszcze mokry po kąpieli, nie zirytowało go to na tyle, aby zwrócić mi uwagę, jedyne co to westchnął niezbyt zachwycony, jakby troszkę znudzony. Znowu stał się małomówny, obserwujący wszytko z dokładnością. Jakby zesztywniał na chwilę. Gdy w końcu z ryby nie zostało niemal nic, wstał i zamoczył pysk i łapy. Bez krwi tego zwierzaka wyglądał o wiele lepiej.
— Teraz wyglądasz bardziej przystępnie — stwierdziłam.
— O co Ci chodzi?
— Z tą rybią krwią na łapach i pysku, wyglądałeś jakby to powiedzieć, jak ty, ale w tej wersji, za którą nie przepadam.
— Jak morderca? To chciałaś powiedzieć? — Lekko zmrużył oczy.
— Tak, ale wcale nie musisz nim przecież być prawda?
Spojrzał na mnie jakby miał do mnie jakieś wyrzuty o wypowiedziane zdanie.
— Nie znasz mnie ... — odburknął.
— Jak niby mam Cię poznać, jak ty wybudowałeś wielki mur między sobą a resztą świata.
— Na moim miejscu, też byś to zrobiła.
— Tak, tak nie wiem, co przeszedłeś, nie znam, twojej przeszłości wiem, jak zachowujesz się teraz i to nie do końca. Jesteś nieprzewidywalny, jak bomba która nie wiadomo kiedy wybuchnie. Patrzysz na wszystkich, jakbyś chciał ich zabić, jakby to oni byli odpowiedzialni za całe zło tego świata. Ale spoko nie tłumacz się, naprawdę nie musisz. Zresztą na nas czas za chwilę zmiana patrolujących, lepiej, aby nas tutaj nie było podczas zmiany Burzowego Gardła.
— Taki straszny jest, dałbym sobie radę — prychnął.
— Przypominam, jesteś na terenach klanu, do którego należę, więc nie chce rozlewu krwi na tej ziemi, poza tym nie jestem zdrajcą. Będę zawsze stawać w obronie psów z Flumine, bo to moja rodzina — powiedziałam stanowczo tak, aby do niego dotarło.
Na jego pysku pojawił się grymas, ale w końcu ruszyliśmy tyłki. Niestety troszkę się spóźniliśmy. Zareagowałam szybko, łapiąc z zaskoczenia Płomiennego i wciągając w krzaki. Już chciał mnie ugryźć gdy zasłoniłam mu łapą pysk.
— Cicho nie ruszaj się teraz, zostań tutaj! Ja go spławię — szepnęłam.
Lekko położyłam łapę na jego karku, aby się położył i przywarł do ziemi. Po czym wyszłam z krzaków, wyskakując prosto przed psa.
— Cześć Błękitna! Co ty tam robiłaś w tych krzakach?
— Szukałam cienia, straszny upał dzisiaj! — westchnęłam.
— Co to za zapach czujesz? — Pies spojrzał na mnie podejrzliwe.
— Jaki zapach? — udałam zaskoczoną.
— Tenebris psa — mruknął.
— Spotkałam jednego, ale już go pogoniłam, troszkę się szarpaliśmy to pewnie dlatego. — Uśmiechnęłam się niewinnie, widać było, że po chwili byłam z siebie dumna, mówiąc te słowa.
— Jak zawsze czujna, tak trzymaj Błękitna!
Gdy pies się oddalił, odetchnęłam z ulgą.
— Płomienny możesz wychodzić — szepnęłam.
Jedna pies, nie drgnął, wsadziłam więc łeb w krzaki, aby spojrzeć co się tam dzieje. Pies gapił się na swoją łapę.
— Coś się stało ? — Spojrzałam na niego lekko zaniepokojona.
— Nie — mruknął.
Jednak wydawało mi się, że jest inaczej, czyżby coś mu wlazło mu w łapę, lub go ukąsiło? 
<Płomienny Krzew?>
[939 słów: Błękitna Stokrotka otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

18 czerwca 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Zacisnąłem zęby, zmrużyłem oczy i odchyliłem uszy do tyłu. Błękitna, przegięłaś, a wiesz, jak takie ruchy się kończą. Wciąż czułem po prawej stronie nosa pieczenie od jej pazurów, ale to tylko wzbudzało we mnie gniew. Suczka na chwile uciekła wzrokiem, chyba wiedziała, co ją czeka. Miałem zamiar jej pokazać, że łatwo mogę jej rozszarpać gardło — powstrzymałem się. Po prostu kilka razy odsłoniłem zęby dla ostrzeżenia i chwilę później zapomniałem o wydarzeniu sprzed chwili.
Pamiętałem, jaka jest w dotyku sierść innych psów — skundlona, twarda, sucha i sztywna. Czasami śmierdziała najgorszymi zapachami świata, a jej było inne. Miękkie i tylko to mi przychodziło do głowy, zwyczajnie inne i o wiele lepsze niż kundli na mieście. Może jednak dotyk nie jest taki zły, jak to zawsze myślałem? Jasnemu Sercu już pozwalam się zbliżać do siebie, choć instynktownie zęby same się ukazują, mimo że tego nie chce. Całe życie spędziłem w samotności, mając w głowie scenariusz o treści „Każdy dzień to walka, nikomu nie ufaj, poluj i przeżyj”. Miałem mętlik w głowie, z jednej strony chciałbym się pozbyć całego gniewu i rozluźnić wiecznie spięte ciało, ale przypuszczam, że to będzie niezwykle trudne. Zęby, napięte łapy, wściekły wzrok i zjeżona sierść to jedyne to potrafię robić najlepiej na świecie i jak dotąd wykorzystywałem to niemal co dzień.
Spojrzałem na Błękitną, no dobra może trochę przegiąłem przy ostatniej rozmowie i poczuła się gorsza… tak się mogłem tylko domyślić. Zastanawiało mnie jeszcze to, że tak często ją widuje, przeznaczenie? Zbieg okoliczności? Przewróciłem oczami, puściłem to na chwilę w niepamięć.
— Przejdźmy się — zaproponowałem ot, tak.
— Uderzyłam cię, a ty masz to gdzieś? — spytała, patrzyła na mnie spode łba. — Myślałam, że znowu się na mnie rzucisz, niepodobne do ciebie.
Uciekłem wzrokiem na trawę, mogłem ci rozszarpać gardło, ale tego nie zrobiłem, ciesz się. Chce się zmienić choć w minimalnej ilości i przełamać wstręt do dotyku. O tak. To jest podstawa, której trzeba się pozbyć. Ale jak…? Jestem w stanie zabić za muśnięcie jednego włosa…
— Duszno — mruknąłem, przymykając oczy, gdy palące słońce wyszło zza dużej chmury.
Od razu pomyślałem o terenach Flumine, gdzie jest sporo wody, przydałoby się małe ochłodzenie. Na Tenebris znajdzie się sporo cienia, ale tego nie można porównać do chłodnej kąpieli.
— Możesz się schłodzić w małym zbiorniku u nas, ale pójdziemy tyłem terenów.
Kiwnąłem głową, niech będzie. Podniosłem się z ziemi i podążyłem za Błękitną, w odpowiedniej odległości oczywiście. Dotyk cały czas mnie przerażał… Ale pozytywem było to, że się na nią nie rzuciłem po uderzeniu w pysk. W oczy rzuciła mi się jej blizna na prawym barku, tak to moja sprawka. Wtedy zbyt blisko podeszła i zareagowałem, jak zareagowałem. Ciekawiło mnie czasami jak to jest gdy dwa psy siedzą obok siebie niemal stykając się ze sobą i nie ma żadnego spięcia ani rozlewu krwi. Co z tego, jak za chwilę mam przed oczami walki i przygniecenie siebie przez innego psa do ziemi, zero ruchu, możesz się modlić o cud. Ciężar przeciwnika zgniata ci kości, nie możesz oddychać, zdychasz w męczarniach.
Weszliśmy na tereny Flumine, dużo zieleni jak na taki upał, pomyślałem. Po chwili dostrzegłem jakiś ruch, ale to tylko inny pies. Miałem wrażenie, że ten klan tętni życiem bardziej niż inne. Później usłyszałem piski szczeniąt, jak ja ich nie lubiłem. Od razu przypomniałem sobie rozrywaną na strzępki Szyszkę i na końcu nabitą na gałąź. Odwróciłem wzrok i próbowałem wypatrzyć, gdzie był ten zbiornik. Miałem tylko cichą nadzieję, że nikt nie stanie nam na drodze.
<Błękitna Stokrotko?>
[568 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

24 maja 2021

Od Błękitnej Stokrotki CD Płomiennego Krzewu

Jak można być takim bezdusznym, zimnym, opryskliwym. Czułam strach, tak to nic złego czasami każdy czuje się mało pewnie w danej sytuacji. Czemu Płomienny zbudował wokoło siebie taki mur, jak można byłoby go przebić. Zapewne to niemożliwe. Zresztą wcale mi na tym nie zależy, przecież ja go nawet nie lubię. Jest totalnym przeciwieństwem mnie. Wywołuje swoją obecnością masę negatywnych emocji. Komuś takiemu jak on nie powinno się nigdy ufać. Jest nieprzewidywalny, dziwaczny. Kto o zdrowych zmysłach tak zacięcie walczy z drzewem. W co ja się wpakowałam, powinnam, już dawno skończyć tę znajomość, jednak z jakiegoś powodu nie potrafiłam. Jakaś mała cząstka mnie była ciekawa, dlaczego on taki jest ? Coś ciągnęło mnie do niego. Może właśnie ta tajemniczość. To, że nic o ni nie wiem, gdzieś w głębi duszy łudziłam się, że jak będę dobra i mila to przebije się przez ten mur, tymczasem im bardziej chciałam, aby mi zaufał i się zbliżył, tym więcej cegieł do niego dokładał. Powinnam przestać, to nie miało sensu. Jednak poddawania się nie leżało w mojej naturze. Jednak mądry ten, kto wie kiedy należy odpuścić. Czyżby to oznaczało, że jestem głupia, bo nie potrafię. Pies spojrzał w moją stronę, wstał, otrząsnął się i powoli ruszył w moim kierunku. Zatrzymał się zaledwie kilka metrów ode mnie.
— Dlaczego pozwoliłaś się dotknąć?
Czyżby naprawdę to go interesowało. Zapewne chciał usłyszeć odpowiedź i mnie wyśmiać. Jednak postanowiłam zaspokoić jego ciekawość.
— To dziecko było niegroźne, wiedziałam to.
— Niby skąd? — o dziwo pies kontynuował rozmowę.
— Po prostu to czuję, wiem kiedy chcą mnie skrzywdzić, a kiedy mają przyjazne zamiary.
— Niby skąd możesz to wiedzieć?
— Przeżycie.
Stało się to, czego się obawiałam. Płomienny niemal wybuchnął szyderczym śmiechem. Nie szczędził sobie złośliwości. Był jak wąż, który pluje jadem.
— Jesteś, głupia! Wiesz naiwna, ten hycel co Cię chciał złapać, On miał dobre zamiary? Nie znasz dwunogów. Nie wiesz, jacy są naprawdę. Do czego są zdolni, to są potwory. Byli i zawsze będą.
Nie wytrzymałam, zacisnęłam szczęki, ciężko było mi powstrzymać emocje. Ten jego śmiech doprowadził mnie do szału. Sam ton jego głosu jak to mówił był nie do zniesienia.
— Wiem, do czego są zdolni. Dbają o swoich pupili, kochają, czasami karmią nas lub pomagają gdy jesteśmy ranni. Nie mówię, ze nie ma złych dwunogów. Masz rację ten hycel i wielu innych nas nienawidzą, ale nie wszystkich mierzyć jedną miarą.
Płomienny patrzył na mnie wkurzony, jakby irytował się, że nie chcę słuchać tego co on mi mówi. Jednak niech się nie dziwi, on sam nie szanował i nie słuchał moich słów. Więc mam prawo podważać również jego wypowiedzi.
— Ty chyba, żyjesz nie w tym świecie — warknął, jeżąc sierść.
— Jeśli chcesz mnie przekonać do swoich racji siłą, nie uda Ci się!
— Tym razem nie zamierzam, ale pamiętaj nie kiwnę łapą jeśli Cię dotkną.
— Nie potrzebuję twojej pomocy, z resztą nie robisz tego bezinteresownie.
— Owszem nie, i co popłaczesz się z tego powodu — znowu zadrwił ze mnie, wpadając w ton szyderczego śmiechu, którego nienawidziłam.
— Nigdy nie poznałam większego potwora od Ciebie — warknęłam.
— Schlebiasz mi tym, wiesz — warknął, oblizując wargi, a jego oczy niemal zabłyszczały.
Nie wiem, byłam wściekła, nie mogłam się opanować, wzięłam zamach, uderzając Płomiennego w pysk.
Im dłużej go znalazłam, tym bardziej go nienawidziłam, a jednocześnie, ciągnęło mnie do niego. 
<Płomienny Krzew?>
[535 słów: Błękitna Stokrotka otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

22 maja 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Rozdzieliliśmy się za miastem, każdy z nam poszedł swoją ścieżką i to był właściwy wybór. Jak można…?czemu…?!PO CO…?! Nie mogłem zrozumieć, jak Błękitna pozwoliła, żeby to coś ją dotknęło…i jeszcze piszczało z zadowolenia. Na samą myśl o przesuwaniu się ludzkich palców po sierści pyska doprowadzało mnie do wymiotów… A gdyby to był duży Dwunożny i owe ręce zsunęły się na gardło, aby potem zacisnąć je na tyle, że brakowałoby ci oddechu? Nie wolno im ufać, nawet jeśli to głupie i nieporadne dziecko. Co jeśli znalazłby się ktoś z kijem albo z bronią? Też byś była taka potulna, Błękitna?, pomyślałem.
Kij. No właśnie kij, normalna leśna rzecz, którą można gryźć i rzucać na lewo i prawo. Akurat natknąłem się na jedną sztukę, leżał długi i gruby pod drzewem w cieniu. Sierść mi się zjeżyła na karku, właśnie takim mnie okładali przed walką na arenie. Właśnie przez to czułem nienawiść do świata Dwunożnych, jak i ich samych. Są fałszywi i dążą do zaspokojenia swoich potrzeb często kosztem życia niewinnej istoty, a potem wyrzucają, bo ten ktoś się „zużył” albo zdechł.
— Patrzcie na tego słabeusza — usłyszałem za sobą znajomy głos. — Walczysz czy uciekasz?
To tylko moja wyobraźnia, ocknij się idioto. Ścisnąłem mocno szczęki, to wszystko się dzieje w mojej głowie, jego tu nie ma.
— Ostatnią walkę wygrałeś, ale teraz cię zmiażdżę — głos przerodził się w donośny warkot — słyszysz?!
Oglądnąłem się odrobinę za siebie — on tam stał, potężnie zbudowany mastif tybetański, któremu ciekła ślina z pyska, brakowało lewego ucha, oka, miał rozszarpane gardło i brakowało kawałka skóry z klatki piersiowej. Przyjął postawę jak byk i tylko czekałem, aż ryknie gotowy do biegu. Mieliśmy razem ostatnią krwawą walkę, którą ledwo wygrałem, ale poprzysięgliśmy sobie rewanż. Podczas gdy my walczyliśmy na śmierć i życie, nasi niby właściciele również zaczęli się między sobą bić. Dostrzegłem to wydarzenie kątem oka i wtedy zadałem mojemu przeciwnikowi ostateczny cios w gardło. Z racji, że wcześniej usunąłem sobie gęste futro, miałem dostęp do skóry i tętnic, które powalą kolosa na dobre. Przez sekundę zdziwiłem się, że tak potężnie go potraktowałem i jeszcze stał na łapach mimo wciąż cieknącej krwi zewsząd.
Zwróciłem się w jego stronę, wydawał się mogiłą psiego wojownika, któremu wciąż mało walk. Bez zastanowienia ruszył na mnie, a ja na niego. Zderzyliśmy się ze sobą, to było niesamowicie silne zderzenie, bo przecież byłem mniejszy i smuklejszy, a mimo tego miałem wystarczająco sił, żeby pozostać na dwóch łapach. Czułem się znów jak na arenie, tylko że bez widowni. Piach zaczął się unosić w górze, tworząc chmurę pyłu, widzieliśmy tylko siebie naprzeciwko i nic więcej. Próbowałem go przewrócić na plecy, ale wydawał mi się nie do ruszenia. Co chwilę wbijałem mu zęby w szyję, wyrywając kolejne garści futra, nie robiło to na nim kompletnie wrażenia. Nagle uderzył mnie łapą i sam wylądowałem na plecach. Przycisnął mnie do ziemi, jego pysk wykrzywił się w uśmiech, a następnie ukazał wszystkie zęby chcące rozerwać mnie na strzępy. Masywna łapa nie miała zamiaru mnie wypuścić i mogłem go jedynie zmasakrować po pysku. Tak zrobiłem, złapałem jego górną szczękę i coraz mocniej ściskałem, aż usłyszałem pęknięcie. Zdobyłem przewagę, mogłem się uwolnić i przypuścić atak.
— Co ty robisz...? — głos odbił mi się echem.
Przeciwnik znów mnie powalił na ziemię, a raczej… gałąź. Potknąłem się o gałąź. Musiała spaść z drzewa, które było mocno obdarte z kory, a miejscami wypływał z niego sok. Czy ja walczyłem z drzewem i gałęzią? Wszędzie wokół pełno strzępek kory… Nie uznaj mnie za idiotę, pomyślałem.
<Błękitna Stokrotko?>
[576 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

10 maja 2021

Od Błękitnej Stokrotki CD Płomiennego Krzewu

Dlaczego on był tak sceptycznie nastawiony? Nic mu się nie podobało. Cały czas tylko marudził. Czemu temu gnojkowi totalnie nic nie pasuje? Ja byłam zachwycona wyłożonymi pysznościami, a ten głupek gardził. Dlaczego ja się z nim zadaję, po co ja go zapraszałam. Zbystrzałam kiedy jego wzrok skupił się na małym dwunogim dziecku. Maluch pewnie szedł w stronę Płomiennego Krzewu. Czy on naprawdę nie umiał się zachować? Zjeżył sierść i obnażył kły, ale to nie powstrzymało malca. Dzieliło ich zaledwie kilka metrów. Powietrze w chwili zgęstniało, czuć było napięcie. Czemu dwunodzy nie potrafią pilnować swoich szczeniąt? Ten malec zaraz się właduje w paszcze tego diabła. Musiałam coś szybko zrobić. Nie znałam jeszcze dobrze możliwości mojego towarzysza. Jednak nie wróżyło to nic dobrego. W ostatniej chwili wskoczyłam między psa a dziecko. Jego małe rączki złapały mnie za pyszczek. Położyłam uszy po sobie, patrząc zdziwiona. Zamarłam.
— Pesek mama pesek! — z jego ust wydobywały się dziwne dzięki. Których nie byłam w stanie zrozumieć.
Nagle duży dwunożny, przerażony ruszył w naszą stronę, szybko zabierając malca.
Gdy obejrzałam się za siebie Płomiennego Krzewu, już nie było. Poderwałam się i zaczęłam go szukać, na szczęście nie odszedł daleko.
— To było ohydne, jak mogłaś dać się dotykać, temu czemuś — warknął niezadowolony.
— Normalnie, ja nie jestem obrażona na cały świat tak jak ty, za to, że żyje.
Pies nic mi nie opowiedział, przewrócił oczami i nie zwracając na mnie uwagi, ruszył w swoją stronę. Nie zastanawiając się długo, powędrowałam w swoją stronę. Wracając do klanu, zgapiłam się, zazwyczaj jestem bardziej ostrożna. Tym razem na mojej drodze stanęły dwa psy. Nie dały mi dojść nawet do słowa. Rzuciły się na mnie z kłami. Broniłam się zacięcie, koniec końców udało mi się uciec. Czułam, jak krew spływa po moim pysku, jak i prawym boku. Te dranie dość mocno zatopiły we mnie swoje szczęki. Niezwłocznie udałam się do medyka. Moje rany zostały sprawnie opatrzone, na szczęście nie okazało się to być zbyt poważne.
— Uważaj na siebie bardziej Błękitna.
— Będę, zagapiłam się, to przypadek.
Opuściłam legowisko medyczki i udałam się na odpoczynek. Po krótkiej drzemce udałam się na patrol. Niedaleko naszych granic wyczułam znajomy mi zapach. 
<Płomienny Krzew?>
[353 słowa: Błękitna Stokrotka otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

28 kwietnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Przejść się? Z tobą? Czy ty do reszty zgłupiałaś i chciałaś iść gdzieś ze mną? Mam swoje ścieżki i ich się trzymam, nie potrzebuje zaciągania po jakichś losowych miejscach w dodatku z kimś u boku, o nie. Zapomnij o tym.
— To jak będzie? — spytała ostatecznie.
Nie odpuści, póki nie odpowiem, pomyślałem.
— Gdzie? — Przewróciłem oczami, jeśli to twoje miejsce okaże się bez sensu, to wrzucę cię do wody i jeszcze przytrzymam łapą.
— W fajne miejsce, zobaczysz. — Machnęła ogonem. – Napełnisz przy okazji żołądek.
Przekrzywiłem głowę, jedzenie? No w sumie czemu nie… Polowanie zawsze jest dobre na każdą okazję, znalazłaś jakąś dużą polane z jeleniami czy stado ptaków? Zaciekawiłaś mnie Błękitna. Na samą myśl poczułem burczenie w brzuchu, czyli nie zostaje nic jak udać się po jakąś ofiarę. Udałem się za nią i co jakiś czas rozglądałem na boki albo węszyłem w poszukiwaniu zwierzyny, ale jak dotąd nic nie docierało mi do nozdrzy. Szliśmy w ciszy, dobrze dla mnie, bo mogłem się skupić na szukaniu odpowiednich zapachów, choć szło to na marne. Zastanawiało mnie tylko, gdzie mnie prowadzi skoro za chwilę mamy miasto i same parszywe Dwunogi. Chodzi ci o żarcie ze śmietników?
— Jeszcze kawałek — oznajmiła.
Położyłem uszy, my na serio szliśmy do miasta. Nie podobało mi się, tym bardziej że niektóre Dwunogi mnie poszukiwali prawdopodobnie na odstrzał. Nie, żebym się bał, ale gdybym się rzucił na kogoś, to wybuchnie taka furia, że wszyscy zaczną mnie poszukiwać, a z taką liczbą sobie nie poradzę w pojedynkę. Do tego jeszcze włóczęgi, pełno ich szczególnie między dużymi budowlami albo w porcie. Udomowione kundle żebrzą o rybę, bo nie potrafią same upolować zdobyczy, co za nędzne pchlarze. Nawet walczyć dobrze nie umieją. Zaraz na myśl przyszła mi bójka z dwoma psami podczas wyprawy z Jasnym Sercem, bez problemu się z nimi rozprawiłem.
Weszliśmy do miasta, twarde kostki na ziemi strasznie mi się nie podobały i mruknąłem cicho na ich widok. W oddali zauważyłem pełno parszywych kreatur, które krzyczały na cały głos, trzymały swoje mniejsze wersje za rękę i wyczułem u niektórych nerwowość na twarzy. Nikogo jeszcze nie dostrzegłem, kto wcześniej we mnie celował bronią albo przeganiał.
— Idziesz? — spytała Błękitna. — No chodź, nie pożałujesz.
Obyś się nie myliła, pomyślałem. Skręciliśmy gdzieś w leśną ścieżkę, gdzie po chwili obydwoje wyczuliśmy wodę, a raczej jezioro. Szliśmy na port, pełno ryb i pływające maszyny z długimi kijami na środku. Zauważyłem też jednego włóczęgę, był zajęty szukaniem czegoś w dużej skrzyni. Minęliśmy go, miał szczęście kundel.
— Gdzie ty mnie prowadzisz… — mruknąłem.
Czułem się nieswojo pośród tylu Dwunogów, a ciągnący się zapach ryb doprowadzał mnie do wymiotów.
— To tutaj, za chwilę posmakujesz czegoś najlepszego w życiu — zapewniła.
Wskoczyła na pokład pływającej maszyny i zaczęła węszyć po kątach. Czy ona… wie, że tam ktoś może być i ją przegonić? Chyba nie była tego świadoma. Gdy Błękitna szwendała się po pokładzie, moją uwagę zwróciło metalowe wiadro z jedną dużą rybą. Zbliżyłem się i po prostu obserwowałem, jak stworzenie próbuje pływać, ale nie mogło ze względu na małą powierzchnie naczynia. Pewnie się zastanawia, czemu nie jest u siebie w jeziorze, tylko walczy o każdy oddech. Gdyby nie drażniący mnie zapach całego terenu, to wziąłbym sobie tę rybę. Po chwili coś mi mignęło przed nosem, w pierwszej chwili nie zauważyłem co, ale zaraz pojawiło się drugi raz i prawie mnie uderzyło w głowę. Zrobiłem krok w tył i teraz widziałem wszystko – rybak trzymał w ręce kij, żeby mnie odpędzić od jego zdobyczy. On się w tej chwili prosił o przegryzienie szyi… Odsłoniłem zęby, ale Błękitna przeszkodziła mi w konflikcie. Oddaliłem się od Dwunoga i wskoczyłem na pływającą maszynę, pełno tu było zapachów… młodych i jakiegoś mięsa.
— Co to ma być? — Zmrużyłem oczy.
— Nie marudź, chciałam ci pokazać, że od czasu do czasu można posmakować czegoś innego niż jelenia czy królika.
— Na jedzenie się poluje… nie dostaje pod nos gotowego — oburzyłem się.
Małe drzwiczki otworzyły się na środku i dwoje Dwunogów podeszło do nas z czymś w ręku. Natychmiast się cofnąłem i położyłem uszy, nie znosiłem ich obecności, a szczególnie gdy się zbliżali. Naliczyłem ich pięciu, więc nie ma szans na atak. Jeden z nich położył na ziemi okrągłe coś, a na nim mięso o silnym zapachu, ale mnie jednak nie ciągnęło do takiego typu jedzenia. Nigdy w życiu nie zjadłbym czegoś, co będzie mi podstawione pod nos. Sam potrafię znaleźć i upolować obiad bez niczyjej pomocy.
—Spróbuj chociaż — zachęcała Błękitna.
— Nie. — Usiadłem przy wyjściu i obserwowałem Dwunogów.
Młody szczyl nagle się poruszył i wyrwał z objęć swojej chyba matki, ruszył chwiejnym krokiem w moją stronę, wyciągając ręce przed siebie. Jak się zbliżysz za bardzo, to cię rozszarpie, pomyślałem. Odsłoniłem zęby i nastroszyłem sierść, nie żartuję i radzę ci odejść. Większe Dwunogi były zajęte czymś innym i nie zwracali uwagi na swojego durnego szczeniaka. Gdybym chociaż mógł zatopić zęby w jego młodym ciałku… Był niecałe 5 metrów ode mnie, jeśli nikt go nie zabierze, to poleje się krew.
<Błękitna Stokrotko?>
[811 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

15 kwietnia 2021

Od Błękitnej Stokrotki CD Płomiennego Krzewu

Udało mi się spłacić dług. Byłam z siebie bardzo dumna i zadowolona. Postanowiłam sobie, że już nigdy nie będę słaba w oczach innych psów. Nie mogłam sobie na to pozwolić, przecież byłam od niedawna mentorką młodego szczeniaka. Pomimo że byliśmy kwita, to poczułam lekki smutek, którego oczywiście nie pozwoliłam sobie okazać. Musiałam wracać do swoich obowiązków. Nie mogłam spędzać czasu, marnując go z jakimś obcym i to jeszcze z innego klanu. Powinnam się trzymać ze swoimi, ale chyba los tak chciał, albo może kosmos, że natknęłam się na niego. Odwróciłam się zadowolona i skierowałam kroki w moje ulubione miejsce, jakim był port. Zapach ryb, za którymi nie przepadałam, jednakże nie gardziłam, uderzył w moje nozdrza. Choć dwunogów tutaj nie brakowało, czułam się bezpiecznie. Obserwowałam statki, oraz ludzi przechadzając się po drewnianej powierzchni. Myślałam nad lekcją, jaką przygotuje swojemu podopiecznemu. Jednak od czasu do czasu myślami wracałam do tego jakże niesympatycznego gburowatego psa. Głupek. Potrząsnęłam głową, jakbym chciała wyrzucić go z mojej głowy, jesteśmy kwita, już nigdy więcej się nie spotkamy. W pewnej chwili wypatrzyłam okazję, aby wpełznąć niepostrzeżenie na morskiego potwora. Z gracją i wdziękiem wskoczyłam na pokład. Upadając, na cztery łapy, lekko poprawiłam postawę. Wyczułam dużo jedzonka i nie to nie ryby ani owoce morza. Dziczyzna, drób różnego rodzaju nawet wieprzowinka. Na samą myśl pociekła mi silna aż, oblizałam swoje wargi. Kierując się za wspaniałymi zapachami, schodziłam to coraz niżej, zaglądając do różnych pomieszczeń. Do moich uszy dotarły rytmiczne, skoczne dźwięki dobiegały z tej samej strony, z której ten przecudowny zapach. W końcu dotarłam, duże pomieszczenie w nim stoły a na nich jedzenie. Jednak nie brakowało tam dziwnie poruszających się dwunogów. Wtargnęłam do środka, zwracając na siebie ich uwagę. Serce skoczyło mi do gardła, gdy pięknie ubrana kobieta podeszła do mnie. Na jej twarzy widniał uśmiech, jej energia była taka przyjemna. Wyciągnęła dłoń w moją stronę, pachniała kwiatami. Wypowiedziała niezrozumiałe słowa, po czym podeszła do stołu. Po chwili wróciła z talerzem pełnym skórek, kości, resztek mięsa i postawiła przede mną. To wszystko pachniało wyśmienicie. Nie mogłam się powstrzymać, mój ogon kiwał się na lewo i prawo. Poczułam dotyk dłoni kobiety na swojej głowie. Gdy nie odeszła, zaczęłam zajadać. Nie wszyscy dwunożni nas łapią i przeganiają. Są też tacy od których czuć pozytywną energię. Gdy skończyłam swój poczęstunek opuściłam pomieszczenie jak i pokład tego morskiego potwora. Udałam się na spotkanie ze swoim uczniem, aby przekazać mu niezbędną wiedzę i zabrać na trening.
Po kilku dniach, spędzonych na terenie klanu, szukając ziół i przekazując wiedzę młodemu pokoleniu, znalazłam chwilę dla siebie. Łapy ponownie poniosły mnie na neutralne tereny. Tym razem był to gwiezdny szczyt. Położyłam się na chwilę, korzystając z promieni słońca. Moje powieki stały się ciężkie, więc oddałam się temu całkowicie. Obudził mnie zapach oj dobrze znany, podniosłam się i spostrzegłam wędrującego nieopodal psa. To znowu on, podbiegłam więc do niego.
— Cześć. — Lekko zamerdałam ogonem.
— Znowu ty, jesteśmy kwita.
— Jak się czujesz?
— Co Cię to interesuje — warknął.
— Nie bądź taki oschły.
— Bo co? Jakim prawem śmiesz mi mówić, jaki mam być.
— Wyluzuj, trochę, może pójdziemy gdzieś razem?
 <Płomienny Krzew?>
[507 słów: Błękitna Stokrotka otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

13 marca 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Medyczka sporządziła lekarstwo i kazała mi je od razu spożyć, póki świeże, a resztę brać jeszcze przez kilka dni. Byłem sceptyczny do tego całego uzdrowienia jakimiś roślinami, niechętnie je zabrałem i mimo uwagi, że mam je zjeść od razu, oddaliłem się w bardziej zacienione miejsce. Zapach cały czas obijał mi się o nos, był okropny i jeszcze bardziej wzrastała mi niechęć do połknięcia świństwa. Ciemna coś wspominała, że po jednym spożyciu powinienem czuć małą ulgę w gardle, więc jeśli nie podziała — pozbędę się zieleniny.
Znalazłem przytulne miejsce pod dużym krzakiem, wykopałem niewielką dziurę i zwinąłem w kłębek. Miękko i chłód, najlepsze co może być. Po chwili spojrzałem na „lekarstwo” i dostałem znowu ataku kaszlu, ale podczas niego okropnie się ośliniłem, a w dodatku osmarkałem. Mruknąłem cicho, po czym zjadłem jeden liść, obrzydliwy smak rozchodził się po podniebieniu. Nigdy w życiu nie jadłem czegoś tak wstrętnego, zmusiłem się do połknięcia. Musiałem wstrzymać na chwilę oddech, żeby uniknąć ponownego poczucia smrodu. Ja to mam jeść przez kilka dni? Nie ma mowy.
Ostatnie dni były…nie wiem jak to nazwać, ale plusem jest, że wyzdrowiałem, a minusem walka ze sobą i zjedzeniem ziela. Jeśli jeszcze raz będę musiał coś takiego jeść, to wolę już być zagryzionym przez kogoś innego. Tego dnia, gdy byłem w pełni sił, stwierdziłem, że go wykorzystam i przejdę się gdzieś dalej na niezbyt znane tereny. Dla mnie były one najlepszą ucieczką od całego towarzystwa klanowego. Czasami miałem ochotę zagryźć młodziaki, które dziczały i myślały sobie, że są panami lasu, potrafiły być irytujące… Dlatego tak doceniałem neutralne tereny — za pustkę, rzadko kiedy ktoś tu stawiał łapę. Przeciągnąłem się, uwielbiałem prostować plecy…
Pozbycie się choroby mnie zadowoliło, ujmijmy to tak, wiele razy byłem w przeszłości chory albo poraniony na tyle, że byłem przekonany o śmierci. To coś nie było niczym nowym, pewnie jeszcze nie raz mnie coś złapie, choć bardziej jestem zdania o tak zaciekłej walce, że zginę śmiercią tragiczną, ale przynajmniej będę sam dla siebie usatysfakcjonowany o tym, ze nie stchórzyłem. Stawię czoła każdemu i się nie cofnę.
Z rozmyślań wyrwał mnie zapach psa. Rozpoznałem woń suczki, przyszła sprawdzić mój stan czy liczyła na to, że padnę na ziemię i zacznę dziękować nie wiadomo jak bardzo? Zbliżała się powoli, stawiała łapy, jakby chciała, żebym jej nie usłyszał. A jednak usłyszałem. Odwróciłem się w jej stronę, mruknąłem cicho, ale nie ruszyłem się z miejsca. Zatrzymała się w bezpiecznej odległości i zwróciła uszy w moją stronę, czyli liczyła na podziękowania? Dostrzegłem jej napięte ciało, po chwili można było zobaczyć, jaka to ona jest sztywna i gotowa do ataku. Z jednej strony byłem zadowolony, że druga istota musi się uszykować przed moim nieoczekiwanym zrywem do jej gardła.
— Kwita — powiedziałem.
Suczka natychmiast się rozluźniła i chyba była rozwalona moją odpowiedzią. Wypuściłem powietrze z płuc, jesteśmy kwita, teraz idź stąd, żebym mógł się nacieszyć samotnością…
<Błękitna Stokrotka?>
[470 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

6 marca 2021

Od Błękitnej Stokrotki CD Płomiennego Krzewu

Czemu on był dla mnie taki podły? Zaatakował mnie. Ja nie miałam przecież złych zamiarów. Chciałam tylko mu podziękować. Chciałam być miła i się przydać. Krew trysnęła z mojego barku, poczułam złość, strach i jednocześnie smutek. Kuśtykając, odeszłam od niego. Czy to możliwe, że po jego ataku zostałam zarażona tą paskudną chorobą? Czułam się dziwnie kaszel, katar ból gardła do tego trudności z oddychaniem. Gdy doszłam do siebie i znalazłam zioła, dotarło do mnie, że on musiał być chory. Nie wiem czemu? Ta myśl tak bardzo mnie zmartwiła, musiałam sprawdzić, czy moje podejrzenia są słuszne. Przecież jestem mu coś dłużna. Pomimo niechęci spowodowanych przez jego atak postanowiłam to sprawdzić i go należność. Jestem głupia, narażam siebie dla jakiegoś dupka, który potraktował mnie jak śmiecia. Jednak nie potrafiłam inaczej. Jestem honorowa, zawsze spłacam długi. Tym razem nie pozwolę mu się skrzywdzić jeśli będzie trzeba, to pokażę mu kły. Ruszyłam więc na poszukiwanie mojego wybawcy, a jednocześnie kata. Gdy udało mi się go namierzyć, wyglądał dość mizernie. Nie byłam zadowolona z tego, że moje przeczucie się sprawdziło. Jednak może to karma i los go pokarał za to, że mnie tak potraktował. Wykrzesałam z siebie pewność i zaproponowałam, że wyjawię mu miejsce, gdzie rośnie lekarstwo. To załatwi sprawę naszego długu. Kamień spadł mi z serca, gdy niechętnie przystał na moją propozycję. Nie było z nim dobrze wyglądał gorzej niż ja gdy przechodziłam chorobę siejącą spustoszenie.
Pewnym siebie krokiem zmierzałam do torów, gdzie najczęściej były one spotykane. Pies ze wszystkich sił starał się nie dawać pokazać, jak bardzo jest osłabiony. Jednak musiałam zwolnić, wiem, jak ciężko się oddycha i porusza gdy brakuje tlenu. Długo wędrowaliśmy wzdłuż torów, mój towarzysz, tracił już cierpliwość. Na szczęście nic do mnie nie mówił, pewnie ciężko mu było iść i rozmawiać. W końcu złapałam trop, przystanęłam na chwilę, pociągając nosem. Pies patrzył na mnie pytająco, jednak nadal milczał. Wskoczyłam na tory i zaczęłam kopać. Znalazłam były tutaj. Jednak te kilka krzaczków to stanowczo za mało, aby go wyleczyć.
— Musimy szukać dalej — powiedziałam pewnym siebie tonem.
— Naprawdę, chcesz mnie jeszcze bardziej irytować? — warknął, dusząc się przy tym.
Co za tępak, musiałam pokazać mu, że teraz zabawa się skończyła. Nie bałam się go, był osłabiony, i chociaż by stał na głowie, to ja byłam silniejsza. Gdyby nie był w tak zaawansowanym stadium, nie zebrałabym się na to, ale teraz to ja wiedziałam wszytko najlepiej. Zatrzymałam się i odwracając pysk, spojrzałam w jego stronę. Tak Błękitna pokaż mu, że nie jesteś śmieciem i też masz swoją wartość.
— Słuchaj mnie dupku, nie podważaj mojego zdania, bo tym razem to ja rzucę Ci się do gardła, dobrze wiesz, że nie masz ze mną szans w tym stanie. Chcę Ci pomóc, musimy mieć więcej ziół więc rusz swój śmierdzący zadek.
Oj bardzo mu się to nie spodobało, ale zaniósł się takim kaszlem, jakby zaraz płuca miał wypluć. W końcu ruszył tyłek i szukał razem ze mną. Wiedziałam, że nie ma węchu, ale wzrok miał sokoli. Znalazł kolejne zioła i wykopywał.
— Brawo — zakpiłam z niego.
Igrałam z ogniem, wiem o tym, że jak wyzdrowieje, to może chcieć mnie rozszarpać. Jednak cieszyłam się moim triumfem i przewagą. W końcu z pełnymi pyskami udaliśmy się w stronę powrotną. Nie miałam w zwyczaju przekraczania granic, oddałam mu swoje zbiory i bez słowa pożegnania ruszyłam do obozu.
 
Minęło kilka dni gdy siedząc na brzegu, na neutralnym gruncie wyczułam zapach owego psa. Na pewno nie przyszedł mi podziękować. Wbiłam w niego wzrok. Wyglądał o niebo lepiej. Jeśli wrócił do siebie to dobrze, byliśmy kwita. Jeśli miał zamiar odgrażać się za moje pyskowanie, byłam gotowa stawić mu czoła. Nie byłam w stanie wyczytać kompletnie niczego z jego miny. Jednak byłam gotowa na ewentualne stracie. Czułam, jak moje mięśnie mimowolnie się napinają, serce wali jak oszalałe.
<Płomienny Krzew?>
[624 słowa: Błękitna Stokrotka otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczona z choroby]

23 lutego 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Odejdź, po prostu odejdź, warczałem w myślach, dlaczego nie możesz mnie zostawić? Jeszcze jedno słowo i pokaże ci, że ze mną się miło nie spędzi czasu. Jednym przyduszeniem łapy na karku zrozumie, co ja myślę o niej i jej ciekawości mną. Zresztą czemu suczka interesowała się moją osobą?
— Przemyślisz to, prawda? — zapytała z nadzieją i dodatkowo machnęła ogonem.
Nie, nie będę, w tej chwili chce być sam ze sobą i każdemu w pobliżu poleje się krew, obiecuję. Zauważyłem, jak suczka zbiera się do odejścia, uniosła tyłek, ale jednak się rozmyśliła i w dalszym ciągu marnowała mój czas. Te twoje błagania i maślane oczy mnie nie przekonają, zapamiętaj to. Szukała czegoś wzrokiem, krążyła po bokach, ale też skupiała się na mnie, gdy próbowałem dokończyć ciężko zdobytą rybę w mieście Dwunożnych. Odwróciłem specjalnie głowę i skupiłem się na kręgosłupie, chciałem go przegryźć na pół, żeby potem go zjeść w kawałkach. Jak można być takim słabym i nie dać rady się obronić przed hyclem? To pytanie ciągle mi latało w głowie, ona nie nadaje się na wojownika…
— Skąd masz te blizny na ogonie…? — spytała niemal szeptem.
Kątem oka widziałem jej klatkę piersiową. Była zbyt blisko. ZBYT BLISKO. CZY ONA WIE, W CO SIĘ WPAKOWAŁA?! Odsłoniłem szeroko zęby, nastroszyłem sierść na karku i nim się zorientowała, wbiłem jej zęby w bark, bez problemu rozszarpałem to miejsce do krwi. Suczka piszczała z bólu i strachu, tak się kończy podchodzenie za blisko i ciekawość! Puściłem mokre futro od krwi, po czym ją odepchnąłem, aż prawie straciła równowagę.
— Czemu... — spytała roztrzęsionym głosem.
Oblizałem kły od świeżej krwi, dostała za swoje.
— Wynocha — mruknąłem.
Suczka dalej stała z wystraszonymi oczami skierowanymi na mnie i co chwila unosiła łapę w górę albo stawiała delikatnie na ziemi. Nie słyszała, że ma się wynosić? Warknąłem głośno do niej i uderzyłem łapą w podłoże, aż złoty pył piasku uniósł się w górę. W końcu to pomogło przegonić panią ciekawską, nareszcie mogłem w spokoju zjeść zdobycz bez żadnych par ślepiów wbitych we mnie. Co ona we mnie widziała? Jedyne określenie pasujące do mnie to morderca, a nie miły przyjaciel do towarzystwa, liczyła, że nagle stanę się jej kolegą? Teraz miałem nadzieje, że nie odważy się do mnie zbliżyć albo i nawet pokazać na oczy, chyba że chce stracić całą łapę. Jestem dokładny w tym co robie i rzadko się mylę…
Co do ogona — nikt o nim nie wie, a coraz więcej pyta. Niech spadają na drzewo, nie ich sprawa. Dla mnie jest on oznaką zdrady i zemsty, codziennie widzę dzień, w którym nastała bitwa i ledwo uszedłem z życiem, ale później było już tylko lepiej. Byłem wtedy młody i cholernie głupi, to nie to, co teraz…
Nie widziałem suczki przez kilka dni, cieszyła mnie jej nieobecność. Chyba zrozumiała z kim miała do czynienia i wybrała właściwą opcję niewchodzenia mi w drogę. Mruknąłem cicho gdy mały owad usiadł mi na pogryzionej łapie po walce z rudym psem, poszczypało trochę, ale przestało. Po co mi iść do medyka, nie miałem ochoty być sztucznie uleczonym, skoro rany same się zagoją. Nigdy żadnego „lekarstwa” nie miałem w pysku, więc teraz jest mi tak samo zbędne. Czułem, jak z karku mi delikatnie skapują kropelki krwi na zieloną trawę, przypomniała mi się walka z niedźwiedziem, gdzie doznałem gorszych obrażeń i te ranki w porównaniu są niczym.
Poczułem w gardle drapanie, od rana mi dokuczało i coraz bardziej miałem tego dość. Do tego przypałętał się kaszel, za chwilę przez niego zwrócę śniadanie… Nie dałem się jednak i z tym walczyłem jak podczas bójki z innym drapieżnikiem. Jestem silny i wytrzymały, nie poddam się jakiemuś bólowi gardła czy kaszlowi. Dostrzegłem u siebie również spadek energii, ogólne osłabienie. Zacisnąłem szczęki, będę walczyć i zwyciężę. Kichnąłem głośno na koniec swych myśli.
Miałem przeczucie, że ktoś za mną stoi. Pewnie jakiś szczyl próbuje mnie podejść, za chwilę gorzko tego pożałuje. Odwróciłem się, strosząc futro i zobaczyłem tę suczkę, jeszcze jej było mało atrakcji? Dostrzegłem, że jej bark się zagoił, a pozostała niewielka blizna. Wyglądała na… przejętą?
— Też zachorowałeś, nie musisz ukrywać — odezwała się.
Wpatrywałem się w nią ze skupieniem, zachorowałem, to akurat wiem od rana.
— Jeśli chcesz wyzdrowieć, mogę ci powiedzieć gdzie znaleźć zioła… Będziemy mogli być wtedy kwita za pomoc z hyclem.
Ona mi nie da spokoju, pomyślałem ponuro. Dlaczego ja… Za jakie grzechy…
— Gdzie je znajdę — zgodziłem się tylko i wyłącznie dlatego, żeby się w końcu odczepiła.
Suczka machnęła kilka razy ogonem z zadowolenia. Czy ona kompletnie zapomniała o tym, że kilka dni wcześniej rzuciłem jej się prawie do gardła i polała się krew?
<Błękitna Stokrotka?>
[751 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

2 lutego 2021

Od Błękitnej Stokrotki CD Płomiennego Krzewu

Poczułam się mocno zignorowana, gdy pies łudząco podobny do wilka zaczął się oddalać. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, co mam zrobić. Patrzyłam, jak jego sylwetka powoli znika w oddali. Wzięłam głęboki wdech. Dokładnie zwęszyłam miejsce, w którym stał. Nerwowo rozejrzałam się dookoła. Ponownie przytknęłam nos do ziemi i ruszyłam za zapachem obcego. Ostatnio dużo mówiło się o włóczęgach. Wkradali się oni na tereny klanów, atakowali z zaskoczenia, gdy nikt nie pilnował. Zostawiali ciała swoich ofiar i przemieszczali się dalej. Nikt nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, Jaki mieli w tym cel. Po kilku takich przypadkach zwątpiłam, że są to samotnie podróżujące osobniki. Chociaż znaczna większość nadal trzymała się kurczowo tej teorii. Jako wojowniczka, chciałam rozwiązać tę zagadkę. Czyżby ten ignorant był jednym z nich ? Ciekawość pchała mnie do przodu. Gdy zobaczyłam, jak wślizguje się do miasta, od razu podążyłam jego śladami. Czułam, jak bardzo jest spięty, mijając ludzi. Przecież oni nie są aż tacy okropni. Zdarza się, że czasami poczęstują nas czymś pysznym, sami z siebie jeśli zrobi się wielkie piękne oczy, głodnego pieska. Nie czułam się jednak pewnie. Zatrzymałam się za rogiem gdy nagle jakiś roztrzęsiony zakrwawiony mieszaniec wpadł prosto na mnie.
— Co ci się stało ? — Oczy niemal mi się zeszkliły. Jego strach można było zwęszyć z kilometra jak nie dwóch.
Jednak nic nie odpowiedział, zignorował mnie i uciekł. Co jest z nimi wszystkimi, dlaczego wszyscy traktują mnie jak powietrze? Lekko położyłam uszy po sobie. Poczułam, jak coś zaciska się na mojej szyi. To był ten przeklęty Dwunogi z kijkiem i pętelką. Wszyscy wiedzą, że trzeba się trzymać od nich z dala. Gdy kogoś złapią, można być pewnym, że to są ostatnie chwilę życia na wolności. Chodzą również plotki, że utylizują nas jak śmieci. Tylko dlaczego ? Czy naprawdę nie mamy prawa funkcjonować w tym świecie ? Toczące się wojny między klanami nie są już karą ? Jeszcze zsyła się na nas dwunożnych ? Przecież nie różnimy się niczym od tych, których codziennie wyprowadzką na spacer. Mówią do nich pieszczotliwie, dbają, aby ich brzuszki były zawsze pełne. Więc jaki jest cel tego, że jeśli nie żyjemy u ich boku, musimy się bać ? Czy oni lubią tylko podporządkowanych?
Pętla coraz mocniej zacisnęła moją szyję. Zaczęłam się buntować, machać głową i szarpać, lecz im większy był mój opór, tym większy sprawiało mi to ból. Czułam, jak brakuje mi powietrza w płucach. Sztywny kijek nie pozwalał nawet zbliżyć się do Dwunoga. Nie chciałam zegnać się z wolnością, nikt nie miał prawa mi jej zabrać. Tym bardziej nie mieli prawa pozbawiać mnie życia i utylizować. Wpadłam w panikę, która nie polepszała sytuacji. Swoich piskiem musiałam zwrócić uwagę innych ludzi, ale oni mi nawet nie współczuli. Byli zimni, obojętni, ignorowali mnie. Czy naprawdę nie znaczę dla nich nic ? Co mnie podkusiło, aby iść za obcym psem, przecież nikt rozsądny by tego nie zrobił. Zachciało mi się, sprawdzać kim on jest? Teraz mam za swoje. Zobaczyłam jak, jakiś cień rzuca się na Dwunoga. Pętla się rozluźniła. Mogłam wyjąć głowę. To nie mógł być włóczęgą, tego byłam pewna. Jednak w przypływie emocji i strachu rzuciłam się do ucieczki. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Wyskoczyłam na ulicę, ledwo omijając dziwne pojazdy wydające głośny nieprzyjemny dźwięk, to była istna katorga dla moich uszu. Gdy poczułam się bezpiecznie, usiadłam na chwilę. Podnosząc wzrok, dostrzegłam, jak obcy zajada się swoją zdobyczą. Nie chciałam mu przeszkadzać, więc poczekałam, aż spokojnie zje. Gdy skończył, powoli wstał i ruszył przed siebie. Wzięłam głęboki wdech i podbiegłam do niego. Znowu to spojrzenie, negatywna energia biła od jego osoby. Zapewne było mu wszystko jedno. Jednak mnie uratował, a ja miałam u niego dług. Tak być nie mogło, musieliśmy wyjść na zero.
— Myślałam, że jesteś włóczęgą.
Wydał z siebie ciche pogardliwe parsknięcie. Ale milczał, usiłując unikać mojego spojrzenia.
— Dziękuje za ratunek. Wiem, że musisz być w takim razie z jakiegoś klanu. Na pewno nie jesteś z Flumine, ale jestem ci wdzięczna, a zarazem dłużna.
W końcu zatrzymał swoje spojrzenie na mnie.
— Nie dałaś sobie rady ze zwykłym kijem z pętelką, czego ja mógłbym oczekiwać od ciebie, poza tym, abyś nie wtykała nosa w nie swoje sprawy.
Położyłam uszy po sobie i zrobiłam wielkie, słodkie oczy.
— Na pewno jest coś, na co mogłabym ci się przydać... pomyśl.
<Płomienny Krzewie?>
[700 słów: Błękitna Stokrotka otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

31 stycznia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Przyglądałem się jakże pozytywnie nastawionej suczce wobec mnie. Czy ona… przedstawiła się mnie? Czemu i po co? Nie liczyłem na żadną przyjaźń z kimś obcym, ani z kimkolwiek, więc zignorowałem jej przywitanie. Posiadanie kogoś u boku to tylko niepotrzebny ciężar, jesteś potem odpowiedzialny za bezpieczeństwo, a w chwili niebezpieczeństwa musisz myśleć o sobie i tym kimś. Jak tu się skupić? Suczka zaskoczona moją ignorancją przekrzywiła głowę. Niech znajdzie sobie kogoś bardziej towarzyskiego i chętnego na „pogaduchy”, bo ja miałem dosyć, chociażby po wypowiedzeniu jednego zdania z czyjegoś pyska.
Postanowiłem udać się do miasta, miałem apetyt na coś… innego niż drobne ssaki w lesie czy ptaki na polu. Często tam bywałem, a Dwunożni — nawet gdy się natknąłem na jakiegoś — omijali mnie szerokim łukiem, myśląc, ze zaraz się rzucę do ataku. Głupi gatunek, pomyślałem. Miałem już wytyczone swoje ścieżki, dzięki którym przechodzę niezauważony, zupełnie jakby mnie nie było. Problemem były jedynie szczeniaki tych kreatur, najgorzej jak trafi się taki karaluch, którego można jednym ugryzieniem zabić. Wtedy jedynym wyjściem jest się wycofać, inaczej szczeniak zacznie się wydzierać bez powodu i nagle zbierze się wokół niego tłum obrońców.
Znajdowałem się niedaleko miasta, o dziwo nie bywałem tutaj na neutralnych terenach, ale było warto, bo ledwo wydeptana ścieżka prowadziła prosto do mojego celu. Zdeptana trawa ciągnęła się niemal w linii prostej między małą luką w krzakach, a potem kawałek w dół. Ruszyłem przed siebie. Myślami wróciłem do napotkanej obcej suczki… która zresztą szwendała się za mną. Nie waż się podchodzić zbyt blisko, zagroziłem jej w myślach.
Minąłem przejście w krzakach i zeskoczyłem z niewielkiej górki, moje łapy znalazły się już w mieście. Stałem właśnie na twardym podłożu, które składało się z twardych kostek. Nigdy nie wiedziałem, po co to Dwunożni zrobili, skoro ziemia jest miękka. Prychnąłem z niezadowolenia i ruszyłem przed siebie, miałem tylko nadzieje, że nie spotkam hycla — nauczyłem się tego słowa od tutejszych — chociaż nawet gdyby stanął mi na drodze, to gorzko by tego pożałował. Początkowo musiałem iść prosto między tymi kreaturami, ciągle powtarzałem sobie, żeby nikogo nie ugryźć, mimo że niekiedy wręcz ocierali mi się po bokach brzucha. Szczęki same chciały reagować, ale powstrzymywałem się, nie chciałem wywołać zamieszania, jeśli wróg ma przewagę liczebną. Minąłem jednego, drugiego ze szczeniakiem, aż się oblizałem na widok jego delikatnego, młodego ciała, trzeci prawie nadepnął mnie po łapie, czwarty ominął szerokim łukiem. Dojrzałem moją ścieżkę za dużym niebieskim pudłem, skręciłem tam natychmiast, nareszcie swoboda. Nienawidziłem tego odcinka i dotyku… Otrząsnąłem się z wrażenia, do nosa doleciał mi słodki zapach, co to było? Wcisnąłem łeb między pudełka, byłem blisko. Jednym kłapnięciem złapałem moją zdobycz, która okazała się słodkim ciastkiem. Widywałem takie u Dwunożnych, zajadali się nimi po kilka sztuk. Ciastko miało na sobie trochę białego czegoś, a ze środka wypływała gęsta, czerwona substancja. Zjadłem zdobycz na raz, oblizałem się porządnie, bo to coś białego zawsze się przyklejało do futra po bokach pyska. Spojrzałem jeszcze raz między kartony czy czegoś jeszcze nie było, ale nic takowego nie znalazłem. Zrobiłem kilka kroków dalej, może gdzieś jeszcze znajdę coś dobrego?
Za budynkami, gdzie Dwunożni nie chodzą, opłacało się zawsze zajrzeć, w dużych pojemnikach znajdują się resztki jedzenia, a dla mnie to uczta nie do opisania. Nie byłem wybredny, każdy kąsek się nada. Kawałek dalej udało mi się natknąć na rybę w całości, od razu złapałem ją w zęby i chciałem znaleźć spokojne miejsce do zjedzenia mojego cudownego znaleziska. Nagle przed nosem skoczył mi średniej wielkości pies, nie znałem go — jakiś kundel — ale musiał być tutaj jakiś czas i chyba również zależało mu na rybie. Był wrogo nastawiony, od razu wyszczerzył zęby, nastroszył sierść i ślina z pyska skapywała mu w coraz większych ilościach. Chcesz walki? Dostaniesz. Odrzuciłem rybę na bok i skierowałem wzrok na psa, zaraz cię rozszarpię i po co ci to głupku? Rzuciliśmy się sobie do gardeł, było wiadomo, że przeciwnik nie da mi rady i miałem rację. Wystarczyło, że zacisnąłem mu zęby na tętnicach, rozerwałem skórę i prosił o litość. Co za żałosne zachowanie, tacy nie mają przyszłości w życiu. Odwróciłem się, aby zabrać rybę i znowu ujrzałem tę suczkę, która chciała mnie zagadać. Po co za mną łazisz?, pomyślałem, zniżając głowę. Myślała, że miłym wyrazem pyska przekona mnie do siebie? Położyłem uszy i poszedłem na prawo, tam dojdę do wąskiego korytarza między budynkami i ominę Dwunożnych. Zatrzymałem się w pewnej chwili i uniosłem nos, wyczułem myśliwego w pobliżu. Zastanawiałem się teraz czy suczka sobie poradzi w starciu, niezbyt się przejmowałem jej losem, każdy musi radzić sobie sam w każdej chwili. Wyjrzałem zza ściany, rzeczywiście to był on, stary, wysoki i podstępny. Nie raz widziałem jak szybkim ruchem potrafi nawet charta złapać w pełnym biegu, albo małego psa schowanego w najciaśniejszym miejscu. Z chęcią bym mu rozerwał gardło, albo żywego rozrywać na kawałki.
— Gdzie jest ten wilk… — mruknął do siebie mijając miejsce, gdzie znalazłem ciastko.
Suczka gdzieś się schowała albo uciekła, nie mój problem. Cofnąłem się i miałem zamiar iść przed siebie, ale usłyszałem głośne piski połączone z krzykiem i dławieniem się. Aha, czyli dała się złapać, brawo, pomyślałem. Niepotrzebnie za mną szła, teraz niech sama się uwolni, skoro jest tak cwana i ciekawska.
Krzyki nie ustępowały, darła się tak cały czas, aż hycel nie zaczął jej ciągnąć po ziemi. Miałem tego dość i czmychnąłem wąskim korytarzem, w połowie musiałem być ostrożny, bo jeszcze i mnie by zobaczył. Położyłem uszy, ile można się wydzierać? Wyjrzałem zza rogu, napotkałem się wzrokiem z suczką, ten sam wzrok co przy każdej mojej ofierze — przerażenie, które przeradza się w bezbronność i na końcu jest poddanie. Czemu nie walczyła z nim? Dziwiło mnie to najbardziej.
Widziałem w hyclu tylko nienawiść do każdego psa, łapał nas i gdzieś wywoził. Teraz w zasadzie miałem okazję odegrać się na nim za to, co wyprawia. Szybko zaszedłem do od tyłu, wciąż mnie nie widział, odbiłem się od ziemi i ugryzłem go w prawą rękę. Puścił kija, który miał na końcu linkę, a suczka mogła w tym momencie się jej pozbyć w szyi. Wgryzłem się bardziej, aż poczułem krew, hycel miotał mną na wszystkie strony i krzyczał coś niewyraźnie. Puściłem go i oddaliłem się parę metrów. Wyszczerzyłem na niego zęby i szczekałem, a raczej ryczałem ze wściekłości. Wyraz twarzy mu się zmienił na bardziej ostrożną, trzymał się za krwawiącą rękę i miałem nadzieje, że odejdzie, bo inaczej go gorzej potraktuje. Wydałem z siebie ostatni ostrzegawczy ryk, hycel wycofał się, ale mina tym razem mówiła: „jeszcze się policzymy”.
Wróciłem po moją rybę i miałem nadzieje, że będę mógł ją w końcu zjeść. Suczka musiała udać się na nasze tereny, bo zamiast walczyć jak wojownik, to uciekła z podkulonym ogonem. Znów ten odcinek, gdzie tyle tych kreatur chodzi w jedną i w drugą stronę. Przebiegłem szybko twardą powierzchnię i znalazłem się na miękkiej trawie. Pomyślałem, żeby gdzieś tutaj w spokoju podelektować się posiłkiem, żołądek już się domagał. Znalazłem miejsce pod drzewem, w cieniu oczywiście. 
<Błękitna Stokrotko?>
[1135 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

20 stycznia 2021

Od Błękitnej Stokrotki do Płomiennego Krzewu

Dzisiejszego dnia postanowiłam zrobić sobie nieco dłuższą wycieczkę. Śnieg delikatnie padał, a temperatura spadła grubo poniżej zera. To jednak nie było w stanie powstrzymać mnie, przed wyprawą. Chociaż lubiłam nasze tereny, to nie potrafiłam długo wysiedzieć w miejscu. Nie chciałam również łamać reguł panujących w klanie, więc jak wycieczka to tylko na neutralny grunt. Drogę znałam dość dobrze, chociaż śnieżna pokrywa nieco utrudniała mi orientowanie się w przestrzeni. Jednak od czego ma się nos, on zawsze doprowadzi mnie do celu. Ruszyłam spokojnym marszem, gdyż nie śpieszyło mi się nigdzie. Czułam na sobie wzrok niektórych członków klanu, przywitałam się z każdym lekkim skinieniem głowy, gdyż tego wymaga kultura. Opuszczając tereny, usiłowałam iść wąskimi przesmykami ziemi niczyjej tak by aby na pewno nie przekroczyć granic. W końcu puściłam się biegiem gdy zobaczyłam, że jestem już na plaży. Zazwyczaj był tutaj piasek, ale teraz znajdował się pod kołderką białego puchu. Szum wody i jej zapach odprężały mnie do granic możliwości, zwolniłam, aby napawać się tym miejscem. Szkoda, że nie możemy wszędzie czuć się bezpiecznie, tylko u siebie lub na neutralnych terenach. A gdybyśmy wszyscy byli jedną wielką rodziną? Nikomu nie stałoby się nic złego, zresztą zyskalibyśmy na tym, więcej niż stracili. Jednak wiedziałam, że każdy klan ma na ten temat odmienne zdanie. Taki pokój wyglądałby pięknie, i choć łatwo się o tym mówi, to w rzeczywistości byłby cud. Od zawsze wiadomo, że dzieli nas gruba granica. Jednak gdybym miała głos w tej społeczności i spełniła swoje marzenie, starałabym się osiągnąć pokój z resztą. Choć nie uważam, że reszta władzy nie stara się tego osiągnąć, ale może mi by się udało. Chociaż to myślenie jest nieco głupie i dziecinne. Tak bardzo pogrążyłam się w tych myślach, że dopiero ostry zapach innego psa mnie z nich wyrwał. Zatrzymałam się i lekko mrużąc oczy, rozejrzałam. Po chwili skupienia w oddali dostrzegłam wilka. Nie stop! To nie był wilk. Lekko ruszyłam kłusem, aby zmniejszyć odległość między nami, gdy pies zobaczył, że dość pewnie kieruje się w jego stronę, skupił na mnie swoje spojrzenie.
Gdy dzieliło nas jakieś osiem metrów, zatrzymałam się, bacznie obserwując obcego. Uspokajała mnie myśl, że jesteśmy na neutralnym gruncie więc nieważne, z jakiego jest klanu, walka nie powinna być tutaj brana pod uwagę. Moje zamiary były jak najbardziej przyjacielskie.
— Cześć jestem Błękitna — rzuciłam bez zastanowienia.
Pies z wyglądu przypominał trochę mnie, więc dlatego byłam mocno podekscytowana. W moim klanie byłam jedyna. Jednak on nie pałał entuzjazmem co do mojej osoby. Raczej po jego minie i spojrzeniu, zdałam sobie sprawę, że nie mam do czynienia z sympatycznym kolesiem, a wręcz przeciwnie. Czemu ja go oceniam, przecież nie powiedział jeszcze ani jednego słowa. Może właśnie to milczenie budowało napięcie i zwiększało mój niepokój. 
<Płomienny Krzew?>
[447 słów: Błękitna Stokrotka otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]