Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klematisowa Gwiazda × Richie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klematisowa Gwiazda × Richie. Pokaż wszystkie posty

23 czerwca 2020

Od Klematisa CD Richiego

Wzdrygam się na uwagę Richiego. Pierwsze miejsce. To brzmi tak absurdalnie, że aż odsuwam się od dwójki psów: nie potrzebuję ich pomocy.
— Richie ma rację — fukam w stronę Leonisa. Moje łapy drżą, kiedy na osłabionych nogach próbuję utrzymać ciężar swojego obolałego cielska. Substancja, którą medyk rozprowadził wcześniej po mojej ranie zaschła na skórze, przez co, jak mniemam, krwawienie nieco się zmniejszyło. Nie zmienia to jednak faktu, że przez utratę krwi i tak nie będę w stanie przebyć dłuższej drogi o własnych siłach. — Nie mam zamiaru ryzykować życia mojego klanu. Jestem liderem, nie Gwiezdnym. Podejmuję decyzje, ale nie trzeba robić ze mnie obiektu kultu. Możemy znaleźć potrzebne medykamenty gdzieś indziej.
W momencie, kiedy Leonis obrzuca mnie swoim zirytowanym spojrzeniem, zaczynam żałować swoich słów. Bursztynowe tęczówki analizują każdy mój ruch, ale jego naburmuszony pysk milczy, jakby niezdolny do skomentowania mojej głupoty.
— Kwestionujesz mój plan leczenia, przywódco? — Choć trwa Pora Zielonych Liści, to głos medyka mrozi mnie aż do kości. — Zważywszy na to, że próbowałeś użyć rumianku na ranę, to medykiem jesteś raczej marnym.
— Panowie, może– — Richie próbuje stanąć między nami.
— Kwestionuję metody leczenia, które hipotetycznie mogą wyrządzić więcej krzywdy, niż ją naprawić — odburkuję. W odpowiedzi Leonis wywraca oczami, zupełnie przygotowany na mój bełkot godny protagonisty.
— Nie mamy pewności, czy ostatecznie kogokolwiek tam zastaniemy, durniu — warczy. — Nawet jeśli tak się stanie, prawdopodobnie będziemy mieć przewagę. Chociaż jesteś ranny, to mamy ze sobą jeszcze dosyć sprawnego wojownika, który kondycją fizyczną nadrabia braki w inteligencji. W to miejsce zazwyczaj chodzą medycy, którzy, jak wynika z mojego doświadczenia, nie marzą o mieszaniu się w walkę z obcymi psami, a zwłaszcza dowodzonymi przez lidera. — Mój ogon drga nerwowo, a uszy stulam blisko czaszki. Staram się jednak uspokoić swoją impulsywność, przypominając sobie, że pies nie jest moim wrogiem. — Zresztą, kto powiedział, że w ogóle mam zamiar się mieszać z kimkolwiek w walkę? Jestem zbyt leniwy na takie upierdliwości.
Pies wymija mnie, zupełnie jakby przestała obchodzić go moja opinia na temat tej wyprawy i z góry założył, że teraz to on przejmuje dowodzenie. Mrugam kilkukrotnie, jakby nie bardzo dochodziło do mnie, co właśnie do mnie powiedział. No tak, to przecież Leonis. Nie powinienem być ani trochę zdziwiony.
Rzucam okiem na Richiego, który wygląda, jakby głos uwiązł mu w gardle. Postanawiam zostawić go samego z myślami; może kiedyś przyzwyczai się do skomplikowanych relacji lider-medyk, w końcu te raczej trudno zrozumieć. Ba, jakbym ja sam je jeszcze rozumiał! Zasadniczo, sięgając głęboko do mojej pamięci, nie przypominam sobie sytuacji, w której naraziłem się Leonisowi. Być może to ja niczego takiego nie zauważyłem, być może ma on swoje osobiste powody, a być może nie znosi mnie bez powodu. Być może wszystko na raz.
Przekraczam ostatnie krzewy wyznaczające miniony już teren obrzeży. Naszym oczom ukazuje się nieco zniszczony budynek z powybijanymi oknami, otoczony z jednej strony liczną siecią torów. Strzygę uszami, słysząc w oddali odgłosy Potworów. Nie jesteśmy jeszcze w centrum miasta, ale z pewnością niebezpiecznie zbliżamy się do głównej siedziby Dwunożnych. Napotkane przez nas miejsce świeci pustkami, jakby ci o nim zupełnie zapomnieli. Wysokie chaszcze wcale nie przypominają krótko przyciętych trawników w lokalnych parkach, tory pokrywa już jedynie rdza, jakby dawno wyszły z użycia. Nie da się zaprzeczyć, że miejsce, do którego zaprowadził nas Leonis, od dawna jest już nieużywane. Do moich nozdrzy dochodzi jednak słabo wyczuwalny, nieznany psi zapach, który informuje mnie, że jeszcze niedawno ktoś tu przebywał. Uspokajam się — nie jest on świeży, to znaczy, że prawdopodobnie minęliśmy już wcześniejszych gości. Leonis miał rację.
— Hm — mruczę do siebie — wygląda jak nie najgorsze miejsce na siedzibę klanu.
— Jeśli chcesz zginąć we śnie przez zawalenie się na ciebie sufitu? Jak najbardziej. — Leonis przekracza tory, stawiając pierwszy krok na zarośniętym terenie wokół stacji. Rośnie tu pełno nieznanych mi dotąd ziół, chociaż przez dzisiejszy incydent kwestionuję swoją znajomość w tej dziedzinie.
Podążam za Leonisem, Richie stara się trzymać jak najbliżej mojego boku, chociaż z pewnym dystansem, zauważając, że wątpię w użyteczność jego obecności przy mnie. Próbuję nie zwracać na to uwagi, jak gdyby nigdy nic idąc przed siebie i ignorując nie tylko psy towarzyszące mi, ale też i ból.
Wchodzę w gąszcz wysokiej trawy i gdzieniegdzie rozsianych krzewów. Rozglądam się dokoła, udając zorientowanego w sytuacji, choć tak naprawdę kompletnie nie wiem, czego szukamy. Jedyne, co tutaj rozpoznaję to trawa, którą mogę zobaczyć w większości znanych mi lokacji, o ile jej widok nie zostaje zastąpiony betonem.
Odchrząkuję, posyłając Leonisowi swój najsympatyczniejszy psi uśmiech i dla złagodzenia sytuacji macham ogonem. Przez ruch otaczające mnie chaszcze szeleszczą.
— A tak właściwie, doktorze, to czego szukamy? — pytam grzecznie.
— Nie, nie, znawco chwastów — prycha. — Nie szukaMY. Ja szukam. Nie potrzebuję, żebyś zamiast potrzebnych mi ziół nałożył na ranę muchomora, czy co ty tam, do stu Dwunożnych, jeszcze wymyślisz.
Zasępiam się. Przecież nie może być tak źle z moim zielarstwem! Pomiędzy ziołami a grzybami istnieje spora różnica.
Richie szturcha mnie w nienaruszony kulą bok.
— Słuchaj, przywódco, nie powinieneś się za bardzo przemęczać, wiesz. Rozpoznawanie medykamentów to chyba dla ciebie dosyć wymagająca czynność — mówi. — Eee… oczywiście nie zrozum mnie źle. Po prostu lepiej, żebyś stanął na czatach. Co my zrobimy bez ciebie, jeśli ktoś jednak nas zaatakuje? Nasz lider musi być w jak najlepszej kondycji.
Klnę pod nosem, odwracając się od psów. Przywódca. Przywódca, przywódca, przywódca. To słowo toczy się przez moje myśli, dając się we znaki boleśniej niż zadana mi rana. W normalnych warunkach, bycie przywódcą nie przeszkadza mi, ba, mogę być z siebie dumny, że dowodzę hordą inteligentnych (w przeciwieństwie do innych klanów) psów. W tej sytuacji czuję się, jakbym nadużywał swojej władzy, a przecież nawet wcale tego nie chciałem.
Idę w stronę opuszczonego budynku, zatracając się w swoich myślach. Czasem wydaje mi się, że podejście Leonisa do świata jest najlepsze — nie przejmowałbym się każdą upierdliwą rzeczą, która spotyka mnie w życiu. Niestety jakby nie było, ja i Leonis zbyt bardzo różnimy się od siebie. Nie jestem pewien, czy nawet jestem zdolny do tak efektywnego udawania leniwego gbura. Potrzebuję być użyteczny, w jakikolwiek sposób. Właśnie dlatego zostałem przywódcą. Żeby działać dla innych, nie po to, żeby inni działali dla mnie.
Dochodzę do stacji. Tracę Bezgwiezdnych z pola widzenia — otaczają mnie samotne ściany opuszczonego budynku, skorodowane tory, skrzypiące pod moimi łapami deski i liczne chwasty, które w jakiś sposób dodają temu miejscu uroku. Kątem oka zerkam na ranę, która spowodowała tyle zachodu. Nie wygląda już tak groźnie, jak wydawało się jeszcze przed chwilą, ale podejrzewam, że i ślad po kuli dołączy do sieci blizn na moim boku.
Nie zauważam, kiedy tracę czujność. Na mojej szyi bez ostrzeżenia ląduje sznur, ktoś usilnie ciągnie drugi jego koniec. Próbuję się wyrwać, z mojego pyska ucieka jednak tylko pojedyncze szczeknięcie, w momencie, kiedy Dwunożny kopie mnie w zraniony bok.
Tracę grunt pod nogami, podobnie jak widoczność — mroczki przed moimi oczami nasilają się, czuję, jak mój oddech marnieje, a dobrze znajoma mi ciecz na powrót spływa po obolałym ciele. Jak zza ściany, dochodzi do mnie irytujący odgłos jakiejś mało chwytliwej melodii, po czym obcy przykłada bliżej nieznany mi obiekt do swojego ucha.
— Tak, tak. Miałeś rację. Kręcą się tutaj. Co? Nie, znalazłem tylko jednego kundla. Chyba jest sam. Sfora? Nie, baranie. Co robiłaby sfora na opuszczonej stacji kolejowej?
W pierwszej chwili pocieszam się tym, że hycel nie wie jeszcze o towarzystwie Richiego i Leonisa. Moją ostatnią myślą jest jednak to, że znowu sprawiłem kłopot zielarzowi winnym Bezgwiezdnym.
Z tym ostatnim, jakże marnym pocieszeniem, tracę świadomość, padając nieprzytomny na posadzkę.
<Richie?>
[1223 słowa: Klematis otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Richiego CD Klematisa

W momencie, gdy docierają do nas donośne obelgi bezgwiezdnego medyka, rzucam Klematisowi rozwścieczone spojrzenie. Kwiat, który stał się przed chwilą uważnie zmieloną przeze mnie papką, w istocie nie był niczym szczególnym, a ten tutaj śmiał udawać przede mną całkiem przytomnego znawcę chwastów. Widać jest z nim gorzej, niż raczył mnie poinformować. Ach, no i Leonis. Nigdy za nim szczególnie nie przepadałem, ale trzeba przyznać, że zna się chłop na fachu.
— Leonisie! — wykrzykuję i silę się na uśmiech. — Dałbym ci pyska, przysięgam, tak się cieszę na twój widok, ale nie wykluczone, że akurat przenoszę jakieś szczurze choróbska. Pomożesz?
Łaciaty pies patrzy na mnie ze wstrętem po drugiej stronie Klematisa, odwróconego w taki sposób, że medyk nie ma szans dojrzeć jego rany. W kilku susach znajduje się u mojego boku, a zażenowana mina nawet mu przy tym nie drga, co uznaję za imponujące.
Na widok poczerniałej od zaschłej krwi sierści przywódcy unosi wysoko brwi, ale bez słowa zabiera się do wywalania po kolei różnych roślin z dziupli, w której ukrywa swoje zacne medykamenty.
Ranny już dłuższy czas siedzi w milczeniu, więc znowu skupiam na nim uwagę; obserwuje poczynania medyka z wielkim trudem i wyjątkową intensywnością, jakby tylko ta czynność utrzymywała go jeszcze na jawie. Nie wiem, czy powinienem pozwolić mu zasnąć.
— Więc? — zagaduję Leonisa. — Jak oceniasz sytuację przywódcy?
Pies wyćwiczonym ruchem zbija w łapach w kulkę żółtawą maź i przyklepuje ją do pnia jabłoni, po czym wyciska z tych swoich leczniczych korzonków sok i obsmarowuje nim przyrządzoną papkę. Z punktu widzenia wojownika zupełnie niewyuczonego w tych szamańskich rytuałach wygląda to wszystko co najmniej dziwnie, ale kwestionować działań medyka nie będę.
— Nie jestem pod wrażeniem — mamrocze wreszcie w odpowiedzi i, hej, co to ma właściwie znaczyć?
— Sugerujesz — prycham teatralnie wręcz urażony, jakby to honor mojego przywódcy wisiał na szali, nie tylko jego życie — że Klematis nie wyjdzie z tego cało?
Przewraca oczami dość wymownie i dalej krząta się wokół drzewa bez słowa, a ja siadam na ziemi i jedyne co robię, to czuję się absolutnie bezużytecznie przez resztę czasu. Nic nowego.
— Usmaruj go. — Medyk pojawia się nagle tuż obok z wyciągniętą ku mnie łapą.
— Co?
— Papką. Durniu.
Klematis syczy i wzdryga się w pierwszej chwili po zetknięciu rany z mazią, ale jakoś wytrzymuje. Widzę, że jest na wpół świadomy tego, co się wokół niego dzieje, więc macham mu przed oczami łapą najbardziej nieznośnie, jak mogę, tak na przebudzenie.
— Dobra, wystarczy tego, młodziaku, sio.
Leonis chce przepchnąć się między mną a poszkodowanym, więc pospiesznie ustępuję mu miejsca. Klem po raz pierwszy od przybycia Bezgwiezdnego próbuje coś powiedzieć, a wtedy ten wpycha mu do gardła całą garść czarnych nasion i każe przełknąć. Niesmaczne zioła widać działają na niego całkiem efektywnie, bo aż otwiera szerzej oczy, przeżuwając mozolnie i połykając ze wstrętem. Nie wygląda dłużej na bliskiego nieprzytomności, co uznaję za sukces. Wtedy Leonis każe mu położyć się na nieporanionym boku, a gdy ten usłuchuje natychmiast, wściekle wklepuje kolejną warstwę lepkiej mazi w skórę rudzielca, na co zaskoczony przywódca reaguje urwanym wrzaskiem i mdleje.
Patrzę się z otwartą gębą na medyka, a on całkiem niewzruszenie na pacjenta. Leonis nie wygląda, jakby zamierzał się wytłumaczyć, toteż zaczynam go nękać o zagrażające życiu przywódcy traktowanie. Uspokajam się dopiero wtedy, kiedy zniecierpliwiony pies warczy coś o stu Dwunożnych i o tym, że tak będzie dla rannego lepiej.
— A więc zostaniemy tu jeszcze jakiś czas — wzdycham sam do siebie, bo uzdrowiciel powraca do swoich zabiegów w pełnym skupieniu. Rozglądam się naokoło. W oddali widać małe ludzkie chatki, a poza tym tylko wielkie morze traw i kłosów w sadzie. Zaczynam się zastanawiać, czemu właściwie nadal tu jestem zamiast, dajmy na to, szukać zwierzyny, skoro najwyraźniej nie będę już im dłużej potrzebny. Trochę niechętnie oznajmiam Leonisowi, że zapoluję i wrócę. Staram się nie myśleć przy tym o stanie Klematisa, bo czuję się przez to paskudnie – nie mogę wyzbyć się wrażenia, że to moja wina. Do tego wszystkiego dochodzi też troska o życie tego niewinnego psa, oczywiście, choć nie łączy nas nic, poza byciem współplemieńcami, radosną bandą nieudaczników.
Dwóch Bezgwiezdnych zastaję dokładnie tam, gdzie ich wcześniej zostawiłem. Wypuszczam z pyska chudą polną mysz, choć zadośćuczynieniem za narażenie czyjegoś życia wydaje mi się to absurdalnie śmiesznym. Leonis przywołuje mnie szybkim machnięciem ogona, bym pomógł dojść Klematisowi do przytomności, podczas gdy on starannie układa medykamenty z powrotem w dziurze. Widzę, że nasz kaleka jest już w miarę trzeźwy i może sam stanąć na nogach, nie mniej jeszcze na długo nie będzie można uznać jego sprawności za szczyt kondycji. Wspieram część jego masy i głośno pytam, czy możemy już wracać do nory Leonisa, gdzie przywódca będzie mógł wreszcie odpocząć.
— Zrobiłem, co mogłem — odzywa się medyk sucho. — Stąd musimy dojść jeszcze do dworca kolejowego. Przyda mu się coś, co tam rośnie.
— To wcale nie po drodze — protestuję. — Szanowny doktorku, nie jestem pewien, czy nasze tutaj chodzące nieszczęście da radę–
— Dam — przerywa mi Klematis ochryple i bierze kolejny wdech. — ...radę.
Mam ochotę zignorować jego deklarację, bo wcale mu nie wierzę, ale ten już się widać uparł, a Leonis kiwa głową, zdrajca jeden. Zamykam oczy i wznoszę łeb ku niebu w bezsilności, a następnie posyłam obydwu parszywe spojrzenie, bo czuję, że wleczenie postrzelonego psa po całej okolicy nie jest najbłyskotliwszym pomysłem. Zwłaszcza że w pobliże opuszczonego dworca zapuszcza się ostatnio coraz więcej wierzących w Gwiezdnych person.
Idę krok w krok z kuśtykającym psem. Na szczęście za każdym razem, gdy próbuje nam on wmówić, jaki to on nie jest zdrów jak ryba i gotów poradzić sobie bez pomocy, Leonis patrzy na niego spode łba i skutecznie ucisza mamrotanymi pod nosem groźbami. Po niedługiej wędrówce docieramy do granic pola, a stąd już niedaleko do miasta. Zatrzymuję naszą grupkę na rozdrożach.
— Czy to naprawdę konieczne narażać się na atak psów z klanu? — pytam niewyraźnie przez trzymanego w zębach gryzonia, ostatecznie pragnąc odwieźć ich od tego pomysłu. Mam złe przeczucia.
— Richard — mówi wyczerpany Leonis. Brzmi mniej więcej tak, jakby chciał być gdziekolwiek indziej, tylko nie w naszym towarzystwie. — Nikt nas nie zaatakuje. Zresztą, myśl sobie, co chcesz, ale nie przeszkadzaj mi w pracy.
— Ani bym śmiał, kapitanie! — odpowiadam śpiewnie, otwierając pysk w psim uśmiechu, kiedy medyk posyła mi kolejne nieprzychylne spojrzenie. — Znaczy, ee, wybacz przywódco — koryguję naprędce, zwróciwszy się do Klematisa — ty zawsze będziesz na pierwszym miejscu.
Ku mojemu niezadowoleniu łaciaty skubaniec prowadzi nas dalej w pole. Och, Gwiezdni, jak ja mu straszliwie nie ufam.
<Klematis?>
[1052 słowa: Richie otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

21 czerwca 2020

Od Klematisa CD Richiego

    Na litość medyka, myślę. Powtarzam w myślach wszystkie znane mi przekleństwa, jakby tylko te były w stanie pomóc mi w obecnej sytuacji.
    Przez krótką chwilę kuśtykam potulnie oparty o Richiego, szybko krzywię się jednak w grymasie bólu pomieszanego ze strachem przed obnażeniem się przy psie. Czuję, że nie powinien widzieć mnie w tym stanie, w głowie próbuję przeanalizować każdą minioną minutę na farmie, jakby to miało odwrócić czas i sprawić, że wymyślę lepszy plan niż przyjęcie kuli z całkowitym spokojem. Potrząsam łbem, równocześnie, żeby odgonić mroczki przed oczami i starać się nie myśleć o przeszłości. Nie, nic już z tym nie mogę zrobić. Na ten moment najważniejsze jest, że Richie jest cały i zdrowy. Ja mogę tylko podbudować swoje ego jako lider.
    Odsuwam się od Richarda, przy czym odruchowo krzywię się z bólu. Nikt z mojego klanu nie może widzieć mnie słabego — psychologiczne triki mówią, że wówczas oni też poczują się słabi.
    — Hej, Richie — zaczynam. — Mówię serio. Umyj się. Twój zapach położy mnie tutaj szybciej niż kula.
    Nie wydaje się przekonany, więc silę się na grymas uśmiechu, w niczym nieprzypominający wyszczerz Dwunożnych. Moje myśli krążą wokół jednego: utrzymuj się na łapach. Dopóki stoisz, wszystko będzie w porządku. Dopóki ty wierzysz, że wszystko będzie w porządku, inni też będą wierzyć, że tak będzie.
    Przełykam ślinę, myśląc, że do siedziby Leonisa, bezgwiezdnego medyka, jest daleka droga. Zwieszam łeb, chwilowo zapominając o towarzystwie Richarda i skupiając się na wymyśleniu prostszego sposobu na uleczenie mojej rany. Zresztą, po co mam w ogóle nachodzić medyka? Zdecydowanie bardziej jest potrzebny innym wojownikom w klanie.
    — Mam lepszy pomysł — rzucam. Mój ogon drga nieznacznie, próbując pokazać Richardowi, że wcale nie jest ze mną źle. — Powiedzmy, że znam miejsce, gdzie Leonis trzyma zapasowe medykamenty. To niedaleko stąd, w zasadzie krócej niż do jego siedziby w klanie.
    — Sugerujesz, żebyśmy tam poszli? — W odpowiedzi potwierdzam jego pytanie skinięciem głowy. — Nie mamy pewności, że go tam zastaniemy. A z tego, co mi wiadomo, ty nie jesteś medykiem.
    Próbuję odwrócić łeb tak, żeby móc rzucić okiem na ranę. Momentalnie zamieram, do porządku przywracając się nerwowym przełknięciem śliny. Postanawiam jednak nieco przyspieszyć kroku, choć przez natężenie bólu krew szumi mi w uszach i czuję, że brnę przed siebie jak w transie.
    — To wcale nie tak głęboka rana. Powinienem sobie z tym poradzić sam — mówię. — Ja prowadzę.
    Leonis będzie zły, kiedy odkryje, że ktoś oprócz hierarchii i jego samego wie o istnieniu kryjówki, upominam się w myślach. Nie mam jednak lepszego wyboru, a to najkrótsza droga, żeby jak najszybciej ulżyć mi w bólu.
    Resztę drogi spędzamy w większości w ciszy. Choć staram się, żeby tak nie było, to jednak nieświadomie wszystkie moje myśli wędrują do rany, jakby reagując na instynkt przetrwania. Tymczasem pies wydaje się nie chcieć zniszczyć już i tak gęstej atmosfery. Równocześnie staram się więc utrzymać na łapach, nie zemdleć, poprowadzić naszą dwójkę prosto do celu i co jakiś czas wybełkotać coś niemrawie do Richiego.
    W końcu, po nieco spowolnionej wędrówce, naszym oczom ukazuje się szereg zbliżonych do siebie    wyglądem drzew. Ich liście zielenieją w słońcu, mieniąc się i podkreślając swoje żywe barwy — choć ja widzę tutaj mieszaninę mniej lub bardziej natężonych odcieni koloru żółtego. Uroki bycia psem. Na pewno wiem jednak, że porą opadających liści walają się tutaj okrągłe owoce, w smaku czasem słodkie, czasem bardziej kwaśne. Odganiam jednak czasy, w których byłem zmuszany do chwilowego przejścia na wegetarianizm, kiedy to w klanach brakowało mięsa, podstawowego źródła naszej diety. Zalety mianowania mieszczuchem — teraz mogę ukraść Dwunożnemu hot-doga czy pogrzebać w śmietniku. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
    Unoszę łeb do góry, wysilając najmocniejszy ze swoich psich atutów: węch.
    — Co czujesz, Richie? — zagaduję, kiedy odnajduję wreszcie ten zapach, którego szukałem. Ufając nosowi, kieruję się w jego stronę.
    — Krew.
    — Pomocny jesteś.
    Źródło zapachu wskazuje na jedno z wielu drzew w sadzie, to na samym uboczu, ale z drugiej strony o rozłożystej, największej spośród rodzeństwa koronie. To w nim znajduje się dużych rozmiarów dziupla, w której medyk chowa swoje zioła na dosyć pomysłowy sposób. Chcę się unieść na tylnych łapach na tyle, żeby móc dostać do dziury, ale gwałtownie uderzają we mnie mroczki i rwący ból ciała — chwieję się, niemal tracąc grunt pod nogami, w ostatniej chwili jednak odzyskuję równowagę niedobitkami sił.
    Wydaję z siebie odgłos na wzór odchrząknięcia, który jednak przypomina gardłowy warkot.
    — Ekhm, Richie. Nie, żebym coś sugerował, ale jesteś wyższy… wiesz — mamroczę.
    — Ach, tak. — Pies szybko załapuje moją sugestię, chociaż podejrzewam, że w rzeczywistości zlitował się nad moim żałosnym stanem. Unosi się na łapach, chwilę grzebiąc w dziurze czubkiem nosa, aż w końcu wyrzuca przed moje łapy kilka różnych roślin.
    Skup się, Klematis. Co z tego, że przez nieustanne zawroty głowy wszystkie zlewają się w całość i tworzą jeden, różnokolorowy kwiatek.
    — Ten — wskazuję Richardowi kwiat o białych płatkach i żółtym środku, chcąc, żeby rozgniótł go i papkę położył na ranę. W tej kwestii niezaprzeczalnie nie będę w stanie poradzić sobie sam, jakkolwiek bym się nie starał.
    — Jesteś pewien? — Richie podejrzliwie zerka na kompletnie nieszczególnego kwiatka. — Wydaje mi się, że spotkałem go ostatnio na łące. Nie wygląda mi na magiczny lek na rany.
    — Jestem pewien. — Nie, nie jestem.
    — Skąd nauczyłeś się tyle o ziołach? Przecież jesteś, no wiesz, wojownikiem. Nie wyglądasz mi na speca od tej medycznej alchemii — zaczyna rozmowę, zgniatając niewinne kwiatki łapami.
    — Dawno, dawno temu, dłuższy czas musiałem spędzić u medyka poprzedniego klanu. Nie miałem nic ciekawszego do roboty, więc przypatrywałem się wszystkiemu, co robił. — Nie kłamałem. Choć ta krótka anegdotka z mojego życia jest prawdziwa, to nie da się ukryć, że krwawienie na taką skalę nieco utrudnia mi logiczne myślenie, a co dopiero prawidłowe rozpoznawanie cholernych badyli. Poza tym śledzenie poczynań ówczesnego medyka nie było w stanie mnie nim uczynić. Na swoją obronę moja wiedza, bądź co bądź, nie jest nieskazitelna.
    Patrząc na Richiego, wydaje się, że moja wersja wydarzeń zabrzmiała dosyć wiarygodnie, bo w milczeniu tworzy breję już jedynie przypominającą kolorem czymś, czym było przed zmiażdżeniem ciężkimi łapami. Tymczasem ja z każdym kolejnym biciem serca tracę wiarę w swoje słowa.
    — Gotowe — odzywa się z zamiarem nałożenia mikstury na moją ranę. Czuję jego oddech na karku, więc zaciskam zęby i przygotowuję się na dotyk i jeszcze większy ból niż przedtem. Nie zemdlej, Klem. To nie jest dobry moment.
    — Do stu Dwunożnych! — słyszę znajomy ryk innego psa dobiegający zza jabłoni. Richie aż podskakuje z wrażenia, a przygotowana wcześniej breja z chlupotem ląduje w trawie. — Jestem w stanie zrozumieć jednego skończonego kretyna, który nie zna poprawnego zastosowania rumianku, ale, na litość zielarza, dwóch?!
    Rumianek…?
    Kątem oka zerkam na biało-żółtą papkę. Nie wiem, o czym on pieprzy, ale z całą pewnością wiem, że rumianek nie nadaje się na rany.
    Naszym oczom ukazuje się zgorzkniały pysk, a dla jego ubogiej, psiej mimiki wisienką na torcie jest piorunujące na wylot spojrzenie. Wygląda, jakby miał dość życia. Albo pacjentów. Albo rumianku. Ewentualnie jednego z trzech wymienionych. Nie da się zaprzeczyć, że odnalazł nas Leonis, medyk Bezgwiezdnych.
<Richie?>
[1146 słów: Klematis otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Richiego CD Klematisa

    Przez kilka nieznośnie długich sekund męczę się ze wciąganiem brzucha przez szczelinę. W końcu po przejściu na drugą stronę czuję, że mogę swobodnie oddychać, mimo to z każdą sekundą rośnie we mnie irracjonalne zaniepokojenie. Nikomu nie stanie się krzywda, nie z mojej winy. Zaraz będzie po wszys—
    — Uciekaj, Richie! Dwunożni wrócili!
    Zapewne jak na złość przywódcy przystępuję do działania zgoła odwrotnego. Bez namysłu przypadam do dziury w płocie i spoglądam wyczekująco między nią a niebem, jakby stamtąd miał nam zaraz spaść ratunek. Już otwieram pysk z zamiarem ponaglenia towarzysza, ale nieznośną ciszę przerywa huk, od którego słowa więzną mi w gardle. Instynktownie odskakuję w tył, chwilę po tym robię krok ku szczelinie, chcąc sprawdzić, czy Klematis jest bezpieczny, ale w końcu zmuszam się do dreptania w rozpaczliwej bezsilności. Nie mam pojęcia, jak wygląda sytuacja psa po ataku Dwunożnych, lecz na przybycie mu z odsieczą jest już z całą pewnością za późno.
    Pozostaje mi jedynie liczyć na to, że rudzielec nie da się złapać Dwunożnym i w jakimkolwiek stanie zaraz go zastanę, bardziej przydam się po tej stronie ogrodzenia. Posyłam pobieżną prośbę do wszystkich zmarłych dusz – w których istnienie od dawna nie wierzę – aby Klematis okazał się nawet nie draśnięty, gdy już go dopadnę. Zakładam dość optymistycznie, że odgłos wystrzelonego z broni pocisku nie zagłuszyłby jęku bólu.
    Pada kolejny strzał, a ja wciąż nie wiem, co do jasnej Anielki dzieje się z moim przywódcą. Biorę głęboki wdech, uspokajam się i staram nie popędzać przywódcy.
    — Klemek?! — Nie, naprawdę, starałem się.
    — Idę, Richie! — odwrzaskuje mi krótko i nie brzmi przy tym bynajmniej na zdychającego, co mnie szalenie cieszy. Rudy psi pysk pojawia się w szczelinie, następnie połowa ciała Klematisa błyskawicznie przedostaje się przez otwór na moją stronę. Widzę, że wierci się przy tym straszliwie, by przepchnąć również resztę cielska przez ciasną przestrzeń. Bezceremonialnie łapię go szczękami za kark i szarpię mocno do siebie, do licha z troską o niepołamanie żeber przywódcy w całej tej szamotaninie. Jedyne, o czym myślę, to o odsłoniętym zadzie Klematisa i cienkiej ścianie desek częściowo oddzielającej go od zagrożenia.
    Pomyśleć, że od ostatniego strzału padło zaledwie kilkanaście bić serca. Rozlega się kolejny huk i cichy jęk, widzę małą, ciemną smugę, która mija nas i znika tak szybko, jak się pojawiła. Wtedy dociera do mnie, że tym razem kula nie mogła chybić. W końcu Klematisowi udaje się wyczołgać z moją pomocą z dziury. W pierwszej chwili przypadam do niego w panice, ale przekonuję się, że jak na postrzelonego patrzy mi w oczy całkiem przytomnie i niebyt przymilnie. Wypuszcza z nozdrzy rozdygotane powietrze i nim zdążę zapytać, czy da radę iść o własnych siłach, ten ucina niemrawo:
    — To nie najlepsze miejsce na rozklejanie się. Chodźmy już, proszę.
    Bez słowa ruszam szybkim truchtem za roztrzęsionym nieco towarzyszem. Coś czuję, że nie umiałby powstrzymać wrzasków bólu z podziurawionych na wylot mięśni, a wiem, że pocisk nie utknął w jego organizmie, więc jeśli za najlepszy wyznacznik szkód wyrządzonych psu uznać mogę jego ciche pojękiwania i grymasy, to zapewne kula tylko go drasnęła. Nie marnuję czasu i staram się lepiej ocenić jego stan zdrowia, ale blizny, brudne futro Klematisa i potencjalne plamy krwi zlewają się w jedno, kiedy biegnie.
    — Hej, zwolniłbyś może! — wołam. Pies rzuca mi niepokojąco umęczone spojrzenie przez bark, jakby chciał dać mi po uszach za bezczelność, samemu będąc już jedną łapą w grobie. Mimo to nie oponuje i na szczęście przystaje, wzdychając po ciężkim, jak mniemam, wysiłku.
    Okrążam Klematisa i wbijam spojrzenie w skołtuniony lewy bok, gdzie sierść nie lśni już ogniście, a jest ubłocona, pełna paprochów oraz, co mnie szczególnie martwi, nieco spalona. Zauważam wreszcie ranę po postrzale; wyróżnia się ona na tle starszej, paskudnej blizny, o którą lepiej psa nie pytać. Mrużę oczy na widok idealnie prostej linii, jaką kula wypaliła w skórze Klematisa, z najgłębszym i zarazem najobficiej (choć nie bardzo) krwawiącym punktem na udzie rozpoczynającym ślad, który ciągnie się przez cały bok i urywa płytko, na łopatce.
    — To musi boleć — komentuję pod nosem, czym zaskarbiam sobie tylko wściekłe spojrzenie, ale ignoruję je ostentacyjnie, skoro mój przywódca zaciska zęby i nic nie mówi. I dobrze. Nie potrzeba mi czuć się jeszcze większym draniem niż obecnie. Nie mogę pozwolić sobie też na żadne odstresowujące docinki, bo widzę, że Klematis już się robi drażliwy, więc od tej pory będę potulny, jak mogę.
    — Co każesz mi zrobić, przywódco? — Krzywię się na prześmiewczy wydźwięk własnych słów. To nie miało tak zabrzmieć. — Uch. Jeśli mogę w ogóle coś dla ciebie zrobić?
    — Richie?
    — Tak, przywódco?
    — Wykąpałbyś się. Śmierdzisz szczurzymi bobkami. — Ach, to by się zgadzało, biorąc pod uwagę czas, jaki spędziłem w skrytce Dwunożnych. Widzę, że Klematis już mi tu odpływa, więc wykorzystuję to jako pretekst do pacnięcia go w łeb. Udaję skruszoną minę, gdy posyła mi zamglone, acz groźne spojrzenie.
    — Dla ciebie chętnie, drogi przywódco, ale to chyba nie najlepsza pora.
    Wnet oferuję rudzielcowi swój bark, by wesprzeć część jego masy od tej nieporanionej strony i patrzę na niego wyczekująco.
    Zaczynam się obawiać, że Klematis nie wytrwa nawet połowy drogi do naszego cudacznego medyka, ale na lepszą pomoc liczyć nie możemy.
<Klematis?>
[837 słów: Richie otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia; Punkty Zdrowia Klematisa spadają do 22 (-78PZ)]

18 czerwca 2020

Od Klematisa CD Richiego

    W przypadkowych momentach swojego życia jako Bezgwiezdny jestem w stanie określić zalety mieszkania z Dwunożnymi — choć zazwyczaj są irytujący, mówią w niezrozumiałym języku i albo są na starcie wrogo nastawieni, albo wręcz przeciwnie, dokarmiają cię w najgorszym czasie dla klanu, to jednak pod pewnymi względami mutualizm obu naszych ras jest wyjątkowo opłacalny. A przynajmniej tylko z psiej strony, w końcu jestem pewien, że nie będę ulubionym futrzastym pupilkiem Dwunożnych mieszkających na obrzeżach swoich terenów. Jak wynika z moich wieloletnich obserwacji, gatunek ten szczególnie nie przepada za jednostkami, które podkradają im pożywienie. A przecież to istotna głupota — ofiara należy nam się tak samo, jak im, z tą różnicą, że oni nie za bardzo przestrzegają Kodeksu Wojownika.
    Wzdycham. Ja też nie powinienem. Zapewne dlatego teraz krążę wokół prowizorycznie postawionych desek przy domu, szukając dziury na tyle dużej, abym mógł się przez nią przecisnąć. O dziwo, nie jestem pierwszym psem, który wpadł na ten pomysł; istoty te są jednak na tyle głupie, że jeszcze nie zauważyły błędu własnego budownictwa. Nie jest to może najlepsza szczelina, będąc zmuszony do wciągnięcia brzucha, żeby przez nią przejść, ale finalnie dostaję się na drugą stronę płotu.
    Próbuję poruszać się bezszelestnie blisko desek, mając nadzieję, że Dwunożni nie wykryją mojej obecności — płot nieco uniemożliwia mi szybką ucieczkę, musiałbym cofnąć się z powrotem do dziury, przez którą się tutaj znalazłem, a przecież wtedy nasz psi sekret zostanie odkryty i będziemy musieli odrzucić drogę na skróty do znalezienia pożywienia. To nie jest trudne, myślę, czając się przy ziemi. Mam w końcu tyle możliwości do wyboru! Rozglądam się dokoła, chcąc dobrać rodzaj zwierzyny do swojej obecnej sytuacji. Cicho, bezszelestnie, nie zwracając na siebie uwagi, ale też w pojedynkę. Krowa odpada — zrobiłoby się zbyt dużo szumu, nie przecisnąłbym się przez dziurę i potrzebowałbym jeszcze paru silniejszych Bezgwiezdnych do tej roboty. Świnia? Te tutaj wydają się dziwnie przy kości, na upartego mógłbym skraść samo prosię. Kury? Kur—
    Nadstawiam uszu, słysząc rozpaczliwe wycie. Nie brzmi ono jednak jak krzyk z bólu, lecz desperacji, podejrzewam, że ktoś musiał gdzieś utknąć. Poza tym głos brzmi dziwnie znajomo. Wywracam oczami. To pewnie jakiś idiota z innego klanu zawalił misję zdobycia żarcia.
    Rozglądam się, zmieniając kierunek swojej drogi. Nie zaszkodzi spróbować sprawdzić, kto padł ofiarą Dwunożnych — być może upolujemy coś razem, a potem rozejdziemy się w swoje strony. Wrzask dochodzi z szopy, na moje nieszczęście znajdującej się wyjątkowo blisko samego domu. Jedynym źródłem światła w tym schowku jest małe okno, do którego mogę się dostać poprzez wspinaczkę po leżących przy ścianie skrzyniach. Trzy kroki, dwa, jeden. Znajdując się wystarczająco blisko nich, napinam wszystkie mięśnie swojego ciała i wskakuję na górę.
    Prycham pod nosem, ostatni raz zaglądając za siebie na wszelki wypadek, gdyby czaił się na mnie Dwunożny. Pies, który utknął, musiał być skończonym idiotą. Tylko idiota dałby się złapać tym wysokim kreaturom.
    Omiatam go wzrokiem przez okno. Zaraz, to przecież mój skończony idiota.
    — Richard, cholera jasna — mamroczę do siebie, uderzając łapą o szybę i modląc się w duchu, żeby nikt mnie nie usłyszał. — Wyłaź stamtąd!
    Bezgwiezdny wzrusza ramionami, po czym popycha drzwi szopy całym ciężarem swojego ciała, jakby chcąc zademonstrować mi, że ta sytuacja na stan obecny nie za bardzo ma wyjście. Jedzenie w momencie szlag strzela — najpierw muszę pomóc dosyć nieudolnemu wojownikowi się wydostać.
    Szybko taksuję wzrokiem otoczenie, szukając możliwości, dzięki którym będę mógł go wyciągnąć. Na starcie odrzucam pomysł z samodzielnym otworzeniem drzwi, w końcu prawdopodobnie są zamknięte na klucz, a ja musiałbym je wyważyć. Pozostaje mi tylko sprawić, aby to właśnie osoba, która go tam zamknęła, sama go też stamtąd wyciągnęła. Wzdycham cicho, patrząc na swoje łapy. Nachodzi mnie eureka — choć początkowo tego nie planowałem, prawdopodobnie będę musiał zwrócić na siebie uwagę. Raz kozie śmierć.
    Zeskakuję z pudełek, co wywołuje tylko ponowny krzyk Richiego, przesączony teatralnym wręcz oburzeniem.
    — Ej ty, przywódco! Nie zostawiaj mnie tutaj! — jęczy. — Nie widzisz, jaki jestem samotny? Zrobiłbyś coś!
    — No przecież próbuję — mruczę na wpół do siebie, napierając na pudła swoim bokiem. Nie czekam długo na reakcję, kiedy prawa fizyki poprzedzone są głośnym hukiem roztrzaskania pudeł o ziemię. Deski pękają wraz ze zderzeniem się z gruntem, a ja w momencie zdaję sobie sprawę, że nie ma już odwrotu.
    Drzwi od domu otwierają się z podobnym hukiem, a zza nich wypada zgarbiona Dwunożna suka, która wymachując kijem w powietrzu, wydziera się na całe gardło, niczym podniesiony alarm. Licząc na szybkość moich łap, ukrywam się w przestrzeni między szopą a domem, czekając, aż zacznie szukać źródła hałasu i otworzy schowek, a ja wtedy będę mógł zwrócić na siebie jej uwagę, dając czas na ucieczkę Richiemu.
    Polegam na swoim słuchu, chcąc umiejscowić jej położenie gdzieś w pobliżu. Dwunożna na chwilę milknie, prawdopodobnie rozglądając się po najbliższym terenie wokół szopy. Odkrywa rozbite pudła i prycha ze zirytowaniem.
    — Wstrętny kundel. Niech ja tylko pójdę po strzelbę — słyszę, choć nie jestem w stanie zrozumieć ani słowa jej niezrozumiałego języka.
    Do moich uszu dochodzi dzwoniący dźwięk prawdopodobnie jej kluczy. Chrzęst zamka. Nie szarpie jednak za klamkę, jakby się nad czymś wahając, po czym krzyczy w jeszcze bardziej irytujący sposób niż wcześniej:
    — Lis! Pieprzony lis! Widziałam rudą kitę za szopą! Ty leniwy staruchu, ruszaj dupę i wyciągaj strzelbę!
    I chociaż nie brzmi to dla mnie w żaden sposób logicznie, to jestem niemal pewien, że jej wrzask wcale nie znaczy czegoś dobrego. Słyszę, jak wycofuje się ponownie w stronę swojego domu, jakby przed czymś uciekała. Na szczęście Richie wykorzystuje sytuację i opierając się łapami o drzwi od wewnętrznej strony szarpie zębami za klamkę, tym samym uwalniając się z uwięzi.
    — Słuchaj, przyw— — Przerywam mu.
   — Nie wiem, co ta Dwunożna wymyśliła, ale mam przeczucie, że to nie jest nic dobrego — rzucam do Richiego. — Zmywajmy się stąd. Znajdziemy coś innego do jedzenia po drodze. Bezpieczeństwo klanu jest ważniejsze.
    Przez chwilę mam wrażenie, że chce mi coś powiedzieć, ale ostatecznie nie komentuje tego. Próbuję ułożyć w głowie mapę otaczającego mnie terenu, przypomnieć sobie wszystkie szczegóły tak, aby móc przemknąć się wszystkimi znanymi ukrytymi przejściami i szczelinami, chowając się przed powrotem wroga. Zza szopy kieruję się do krzaków, a Richard mimowolnie podąża za mną. Z krzaków znajdujemy miejsce za kurnikiem. W tym momencie wystarczy tylko przejść do płotu, a tam przecisnąć się przez dziurę. Cały problem polega na tym, że to miejsce odsłonięte, co czyni szczelinę naszą jedyną drogą ucieczki, niestety bez kamuflażu.
    Jako znak daję mu tylko skinięcie łba, chcąc, żeby Richie przeszedł pierwszy. W ten sposób będę mógł chronić jego zad i w razie czego zaatakować. Pies zgadza się bez większych protestów, a jego ciało przepycha się na drugą stronę płotu. Wypuszczam ze świstem powietrze z nozdrzy. Zaraz będzie po wszystkim, świat się nie zawalił, nikt po drodze nie zginął, Richie jest bezpieczny.
    Stawiam łapę przed siebie, a wraz z tym ruchem ponownie słyszę krzyk, tym razem podwojony — Dwunożna nie jest sama. Momentalnie próbuję się wycofać, ale na to z całą pewnością jest już za późno.
    — Uciekaj, Richie! — syczę. — Dwunożni wrócili!
    Kula ze świstem przemyka tuż obok mojego ucha, omijając mnie i trafiając w płot.
    Może w ciągu całego życia nie byłem na tyle grzeszny, żeby trafić do Infernum?
<Richie?>
[1166 słowa: Klematis otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

17 czerwca 2020

Od Richiego

      Trochę inaczej wyobrażałem sobie początek tego miesiąca.
      Co zazwyczaj robię w pierwsze dni miesiąca, zacznijmy od tego, jest sprawą ściśle tajną. Możliwe, że układam w głowie starannie kolejny plan sforsowania posiadłości Dwunożnych w poszukiwaniu jedzenia, w bardzo szczytnym celu zresztą, bo w imię mojej głodującej organizacji. Przynajmniej raz na tydzień trzeba ich wyżywić, wiadomo. Wracając do tematu: mało kto spoza mojego cudnego grona Bezgwiezdnych zdaje sobie sprawę z istnienia pewnego małego domku na obrzeżach miasta, gdzie, ku mojemu niezadowoleniu, wiecznie odbywają się spotkania Dwunożnej szczeniaterii, ale i tak zawsze warto się tam przypałętać, gdy przychodzi kolej na uzupełnienie zapasów. 
      Nieraz już wróciłem stamtąd ze świeżym kurczakiem, także i tego dnia rutynowo ominąłem Dwunożnych szerokim łukiem, aby przejść wreszcie do lepszej części zawodu wojownika (polowania). Jak zwykle przemknąłem przez podwórze nie zwróciwszy najmniejszej uwagi na tycią pułapkę na lisy czy inne bobry, która nigdy niczego nie złapała, i przywarłem całym ciałem do ziemi, by móc wczołgać się w ciasną przestrzeń między gruntem a wbijającymi się w plecy deskami. Przeczekałem tak chwilę w cieniu kurnika zamyślony, aż nadarzyła się okazja na capnięcie pierwszego lepszego ptaka pod nieuważność właścicieli.
      Wetknięcie łba przez mały otwór nie było trudne, oczywiście, bo daleko mi było do innych naturalnych drapieżników, przed którymi zabezpieczono kury budując im ten domek. Wyciągnąłem szyję, złapałem biedne zwierzę w szczęki i mocno ścisnąłem, w duchu współczując mu tak żałosnego losu. 
      Już chciałem się wycofać naprędce, gdy dotarły do mnie wrzaski i piski z zewnątrz, tak głośne, że aż zareagowałem lekkim podskokiem i rozluźniłem chwyt na zdobyczy w zaskoczeniu. Trup pomknął ku spanikowanym koleżankom, a ja przeklinając swoją nieudolność w myślach wykręciłem łeb i zaparłem się przednimi łapami, by wydostać z wnętrza kurnika, aż z impetem wylądowałem na zadzie. Rozejrzałem się dookoła i nim zdążyłem mrugnąć dostałem po łbie. Wcale przyjemnemu wrażeniu towarzyszyły równie bolesne, wysokie wrzaski, które zaczęły mieć triumfalny wydźwięk, co było już zwyczajnie... oburzające! Atakować tak znienacka. Hańba. Coś się we mnie zagotowało, i choć patrząc na to z perspektywy czasu przyznaję, że podjęty przeze mnie tok akcji był co najmniej durny, zamiast uciekać napiąłem mięśnie do wyskoku. Później była już tylko pogoń za babą i usilne próby wyszarpnięcia jej kija. Nastał chaos, a po nim nadeszła chwila na zdumienie, gdy grunt osunął mi się spod łap, a niebo zamknęło nade mną.
      Ciemność, ciemność... Po upadku kilka trzeszczących pod moim ciężarem stopni w dół, wspinaczce po schodach z powrotem na górę i ciężkich wielominutowych próbach rozwarcia drzwi, przez których szparę ledwie wpadało światło, docieramy wreszcie do mojej obecnej sytuacji.
      — Haloo? — mówię głośno, przytulając policzek do zimnych drzwi i po raz setny powtarzam, że potrzebuję pomocy. Czuję się przy tym niesamowicie żałośnie, bo odór śmierci i odchodów roznosi się po całej skrytce i wprost czuję, jak wsiąka w moją sierść. Z tego powodu polegać mogę tylko na swoich uszach, a słyszę okazjonalnie tylko szwargot tych drani, którzy mnie tu przetrzymują, więc sytuacja jest raczej niepokojąca. Zastanawiam się, czy to aby odpowiednia pora na dramatyzowanie i... Za późno, cholera. Oczami wyobraźni widzę już swoją przyszłość, a jest ona brudna i śmierdząca. Niemal porzucam już wszystkie swoje optymistyczne nadzieje na to, że ktoś się o mnie jednak zatroszczy, nim zginę marnie i przedwcześnie. Niemal.
      — Do jasnej cholery, wypuśćcie mnie.  Chwila ciszy, a potem ciszej, rozpaczliwiej: — Będę płakać.
<Ktosiu?>
[544 słowa: Richie otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]