Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Klematisowa Gwiazda•. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Klematisowa Gwiazda•. Pokaż wszystkie posty

18 lutego 2022

Od Klematisowego Korzenia [NPC]

Dzień ataku na Nakrapianą Gwiazdę.
Kolejny jesienny poranek zapowiadał się dla zastępcy wodnych równie rutynowo, co poprzednie. We Flumine przez ostatnie księżyce sytuacja nieco się uspokoiła. Medycy w końcu złapali lepszy wiatr w żagle, który pozwolił zmniejszyć śmiertelność chorych, a Nakrapiana powróciła do bycia całkowicie bezkonfliktową w swoich decyzjach oraz na zgromadzeniach.
Tak, były to naprawdę idealne warunki, by przechodzić żałobę. Los chyba ma to do siebie, że gdy w życiu zaczyna się coś psuć, to zapoczątkowuje to wielką lawinę cierpienia. Minęło wiele pór roku, ale Klematis nadal myślami wracał do Irysowego Serca, która musiała radzić sobie z dala od domu. Czas w tym przypadku nie uleczył ran, a jedynie dodał zmartwień. Nie ona jednak była powodem głębokiego żalu zastępcy, a śmierć jego syna. Była to sprawa bardzo świeża, makabryczna. Namnażała jedynie wątpliwości. Czy to nie kara od Gwiezdnych? Próby okazania swojej egzystencji, mocy sprawczej? Czy ich zdaniem sprowadzanie na żywe psy cierpienia było idealnym sposobem nawrócenia? Czy na granicy starości rudy nie zasługiwał na odrobinę spokoju i szczęścia?
Przez te natrętne myśli wodny starał się włożyć więcej swoich sił w pracę. Kolejne patrole, nawet jeśli bywały ciche i metodyczne, pozwalały rozchodzić emocje. Klematisowy Korzeń tego niepozornego na pierwszy rzut oka dnia wyruszył wraz z Słonecznym Pyskiem oraz Zroszoną Ptaszyną w kierunku granicy. Od ich wyjścia z obozu, rudy czuł na sobie spojrzenie jakiś obcych oczu. Nawet jeśli spróbował ukradkiem wyłapać wzrokiem ich właściciela, za każdym razem widział jedynie ogrodzenie, drzewo lub inny budynek. Czyżby poza stratą swoich bliskich miał też pogodzić się z nadchodzącym szaleństwem? Jedynym sposobem, by się przekonać, było skonfrontowanie się z ich cieniem. Zastępca zbliżył się do starszej suczki.
— Słoneczny Pysku, idź przed siebie, nie rozglądaj się — polecił w pierwszej kolejności, chociaż widać było, że jasna ledwo opanowała ten odruch. W końcu to tak, jakby kazał nie myśleć jej o wielkim różowym słoniu. — Mam wrażenie, że ktoś nas obserwuje i zamierzam to sprawdzić. Idźcie przodem, tylko czujnie, gdybym was potrzebował.
Na jej pysku widać było wahanie. Wymieniła porozumiewawcze spojrzenie ze Zroszoną. Nie zamierzała jednak podważać tego planu.
— Uważaj na siebie, Klematisie — odparła jedynie, skręcając w równoległą uliczkę, do tej którą szli.
Tym sposobem wodny został prawie sam. Co kilka metrów, w przejściach pomiędzy działkami wymieniając spojrzenia ze swoimi towarzyszkami. Cisza przed burzą była tak długa, że pies zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno śledząca ich osoba nabierze się na ich zgoła dość prosty pomysł.
W końcu jednak na jego drodze stanęła ona. Czarno-biała, umorusana błotem suka, której zupełnie nie kojarzył nawet po wzięciu głębokiego wdechu, który miał pomóc mu w wyłapaniu jej zapachu. Jej mina nie wydawała się zbyt pewna.
— Kim jesteś i co tu robisz? — zapytał od razu, szczerząc groźnie zęby.
— Jestem Owcze Serce i przyszłam cię zabić, by wypełnić wielki plan — odparła, zyskując nieco odwagi przez jego postawę obronną.
Na tak otwarte obwieszczenie zastępca Flumine nie wiedział, co odpowiedzieć. Dlaczego ktoś miałby tak lekko i dosadnie obwieszczać mu takie rzeczy? To nie były rzeczy, o których się mówiło, a które po prostu się robiło. Klematis jednak czuł się w miarę pewnie, wiedząc, że ich patrol ma przewagę liczebną, dlatego kontynuował swoje przesłuchanie:
— Jaki plan? — Nie sądził, by intruzka była tak naiwna, by wszystko mu wyśpiewać, ale najwidoczniej i tutaj zamierzała go zaskoczyć.
Owcza miała w sobie masę wątpliwości, ale było na nie za późno, Piaskowa na nią liczyła i nie mogła tak po prostu odpuścić. Zbliżyła się kilka kroków.
— Piaskowej Mary! Przybyłyśmy zbawić wasz klan, a ty jesteś jednym ze zdrajców na tych ziemiach. Nakrapiana już nie żyje, Gwiezdni są tego dnia po naszej stronie. — nie była do końca pewna, co mówi, ale starała naśladować w tym swoją przyjaciółkę.
Rudy najeżył swoją sierść, gotowy do odparcia ataku.
— Co zrobiliście z naszą liderką? I kim niby jesteście “wy”? — zawarczał.
— Ukróciliśmy jej panowanie. Przywrócimy znów porządek na wasze ziemie. Już teraz reszta Flumine na pewno pójdzie za nami! — opowiadała jak natchniona, na pewno Mara byłaby z niej tak dumna, że w końcu pojęła to, co tak długo próbowała jej wbić do głowy.
Rzuciła się na zastępcę, a adrenalina przemawiała przez jej ruchy. Rudy ledwo uniknął tego ataku, doznając jedynie brzydkiego zadrapania i sam zaatakował. Owcza w ostatniej chwili prześlizgnęła się pod jego łapą. Czyżby faktycznie się starzał? Czarno-biała patrzyła na niego z czymś, co można nazwać jedynie szaleństwem w oczach. Kiedy jednak miała tym razem spróbować przegryźć jego gardło, usłyszała za sobą kolejne warkoty. Podskoczyła, odsuwając się od rudego i wypadając na trasę potworów. Gadała tak długo, że dwie pozostałe na patrolu suczki zdążyły przybyć z odsieczą.
Strach sparaliżował Owcze Serce. Nie tak to miało być, miała walczyć jedynie z Klematisem, wykończyć go szybko, a potem schować ciało, zanim te dwie w ogóle się zorientują. Brązowa zrobiła parę kroków w jej stronę, ale to dopiero głośny dźwięk wydany przez jednego z potworów otrzeźwił byłą członkinię Industrii. Zbliżał się w jej kierunku, pies otrzymał pomoc, nie miała tutaj najmniejszych szans. Rzuciła się biegiem do ucieczki, nie mając pojęcia jak wytłumaczy się z tego Piaskowej.
— Co się stało, wszystko w porządku? — Słoneczna w sekundę znalazła się przy zastępcy.
— Nie wiem. Bredziła jakieś dziwne rzeczy. Mówiła, że Nakrapiana nie żyje i klan pójdzie teraz za nimi, nic z tego nie rozumiem — rudy w pierwszej chwili wydał się tą sytuacją nieco zagubiony, ale dość szybko zebrał się w sobie i zdecydował — Nie mamy pewności, co tam zastaniemy, lepiej będzie jeśli się przegrupujemy.

***
 
Kolejne dwa tygodnie trójka wygnańców spędziła na próbach przetrwania oraz pozyskania informacji o najeźdźcach. Patrole wokół ich tymczasowego schronienia obejmowała głównie Zroszona Ptaszyna, odkąd w ranę, którą zadała Klematisowi Owcze Serce, wdało się zakażenie. Trawiony gorączką pies, prawie nie ruszał się z nadmorskiej jaskini.
Późnym popołudniem Słoneczna kręciła się nerwowo koło byłego zastępcy wodnych, kiedy dotarły do jej uszu odgłosy kroków. Wydawał się to jednak bardzo zły znak, bo dźwięków łap było więcej, by mogła zbliżać się jedynie Zroszona. Czyżby wrogowie dowiedzieli się o ich kryjówce?
Jasna wojowniczka zaczaiła się na jednej z kamiennych półek i czekała. Kolejne smagnięcia pazurów o wilgotne, twarde podłoże wzmagały w niej napięcie. Kiedy jednak już szykowała się do skoku na najbliższego przybysza, przed jej nosem pojawiła się ich brązowa towarzyszka niedoli. U jej boku kroczył zaś Podgrzybkowa Sierść oraz Borowikowa Nóżka.
— Nieźle się tu urządziliście — zagadnął medyk, rozglądając się po grocie, aż w końcu jego wzrok padł na suczkę, nadal wyglądającą jakby miała się na nich rzucić. — Dobrze cię widzieć, Słoneczny Pysku.
— Byłoby lepiej w korzystniejszych warunkach — odparła, po czym ostrożnie zeszła na dół i poprowadziła gości w głąb pieczary.
— Co z moim ojcem? — wypalił Borowikowa Nóżka, zanim jeszcze zdążyli dotrzeć do poszkodowanego.
Wzrok Słonecznej padł na niecierpliwego rudego.
— Od dwóch dni gorączkuje, więc nie najlepiej — powiedziała to, co i tak kilka sekund później zamierzała przekazać medykowi.
Na kamiennym podwyższeniu, niczym stole ofiarnym z Narni, leżał chory. Było to jedno z niewielu suchych miejsc w nadmorskiej grocie. Niewielki Podgrzybek musiał zostać do niego podsadzony przez Borowika. Gdy tylko dostał się do Klematisa, zaczął go oglądać.
— Zroszona, jakbym mógł cię prosić — wymamrotał w końcu, a suczka podała mu trzymany do tej pory w pysku tobołek z szarej chusty. W środku znajdowały się zioła i przygotowane wcześniej leki, które udało się medykowi wynieść.
Piaskowa w ogóle mu nie ufała, także nie obawiał się, że bardziej wpadnie w jej niełaskę. Nie wiedział wtedy jeszcze, do czego mogła być zdolna.
W czasie opatrywania rannego Słoneczna starała się wyciągnąć od Borowikowej Nóżki jak najwięcej informacji. Kto ich zaatakował? Jaki mieli cel? Czy w klanie nikt poza Nakrapianą nie ucierpiał? Tym sposobem suczki dowiedziały się o chorych planach samozwańczej Gwiazdy.
— Wiesz może, czy ktoś w klanie się z nią zgodził? — dopytała Słoneczna.
— Nie? Chyba? Może? W zasadzie ciężko powiedzieć, bo mało kto się z nią kłóci. Raczej nikt nie chce problemów — wyjaśnił rudy.
Oznaczało to ni mniej, ni więcej tyle, że poza pewnością, że agresorów z Industrii było trzech, ciężko było powiedzieć, kto mógłby chcieć im pomóc.
— Myślę, że na ten moment najlepiej będzie, jeśli wrócisz z Podgrzybkową Sierścią i spróbujesz dowiedzieć się czegoś więcej.
— Nie ma mowy! Nie zostawię was! — zaprotestował młodszy pies.
— Zrozum. Póki nie poznamy sojuszników Piaskowej, a twój ojciec nie wyzdrowieje, jesteśmy w martwym punkcie. Pomożesz, zbierając informacje.
Tyle wystarczyło, by nadal kręcący nosem rudzielec, zgodził się na plan działania suczki. Na jej barkach spoczywała cała rebelia, dopóki były zastępca nie nadawał się do pracy. Nie mogła dać wchodzić sobie na głowę, pozostało jej jedynie sprawdzić się w roli tymczasowego lidera.

***

Niedługo przed zgromadzeniem klanów.
Doba za dobą stan Korzenia się poprawiał. Medyk spisał się na medal. A dzięki temu plan odbicia klanu w końcu mógł ruszyć się z miejsca. Większość czasu musieli poświęcić jednak nadal na zdobywaniu pożywienia oraz unikaniu patroli Piaskowej. W tym czasie Zroszona przyprowadziła do nich Leszczynową Kępę, która od tamtej pory dzieliła ich wygnańczy los. Powrót nawet w czwórkę był ryzykowny, nawet jeśli konspiratorzy wiedzieli, że w klanie nadal pozostały wierne staremu porządkowi psy. Utrata większej ilości doświadczonych wojowników mogła być dla Flumine sporym ciosem. Dlatego, połową zimy, w głowie Klematisa zrodził się pomysł znalezienia sojuszników spoza Wodnych. Najlepszym wyborem wydawał się Ventus. Byli ich sąsiadami, Brązowa Gwiazda był mądrym i dobrym liderem, w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki. A co najważniejsze to nie z ich klanu wyszła szalona morderczyni Nakrapianej. Nie mieli też do miasta tak daleko jak Tenebris czy Bezgwiezdni. Wystarczyło, tylko by tchnięty poczuciem sprawiedliwości i zachowania porządku Gwiezdnych Brązowy, zgodził się na prośbę byłego zastępcy.
Kiedy rudy ułożył w swojej głowie słowa, które mogłyby zadziałać, ruszył wraz ze Słonecznym Pyskiem, swoją prawą łapą, w kierunku pól. Nie łatwo było się przekraść ulicami, które jeszcze niedawno były ich domem, a teraz stały się całkiem wrogie. Pokonując jednak kolejne szyny torów, wodni stawali się coraz bardziej pewni. Musiało im się to udać, to oni byli tymi dobrymi, których przodkowie mieli w swojej opiece.
Dopiero gdy dotarli do stajni, wpadli na jednego z wojowników, który zaprowadził ich do Brązowej Gwiazdy.
— Klematisowy Korzeniu? Czy coś wydarzyło się we Flumine? — zapytał starszy już pies, widząc przed sobą dwóch intruzów.
Była to jego pierwsza myśl. Jeśli ich zamiary byłyby wrogie, nie przekroczyliby granicy tak beztrosko. Rudy starał się zachować spokój, nawet gdy mówienie o tym, co się wydarzyło nie było dla niego łatwe, trzymał się myśli, że patrzeć powinien na razie w przyszłość. Czas na żałobę pojawi się później.
— Tak, Nakrapiana Gwiazda nie żyje — odparł, nie czekał jednak na kondolencje. — Została zamordowana przez szaloną sukę, która wraz z dwoma innymi psami zaatakowała nas i przejęła klan. Na pysku wietrznego malowało się zaskoczenie. Nie codziennie w końcu słychać było o jakiś przybłędach, których atak kończy się powodzeniem.
— To jest tak absurdalny scenariusz, że aż niemożliwy mógłby się wydawać. Współczuję z całego serca — przyznał Brązowy. — Co teraz planujesz?
Wodny jakby na to pytanie właśnie czekał.
— Uratować naszą rodzinę, ale będzie to ciężkie bez przewagi liczebnej. Nie wiemy, ilu psom udało jej się namieszać w głowach. Dlatego właśnie chcielibyśmy prosić twoich wojowników o pomoc.
Lider milczał przez kilka uderzeń serca, swoimi piwnymi oczami wpatrując się prosto w rudy pysk gościa. Wysłanie tam swoich wojowników było ryzykowne. Skoro z łap agresorów zginęła już liderka Flumine, to istniała szansa, że i wietrzni, biorący udział w zbliżającym się starciu zostaną poszkodowani. Z drugiej jednak strony, odmowa w takiej sytuacji, byłaby naruszeniem kodeksu. A co jeśli przewaga ich byłaby tak duża, że nie musieliby się obawiać strat?
— Wiecie coś o tych psach? — Brązowy po całej masie myśli, która zalała jego głowę, zaczął od bezpiecznego pozyskania większej ilości informacji.
— Zaatakowali nas z zaskoczenia. Nadal nie wiemy, jak im się to udało ani czy ktoś się za nimi opowie. — odparł Klematis.
— A ilu masz sojuszników?
— Poza naszą dwójką — wskazał na Słoneczną, która cały czas w milczeniu trzymała się tuż przy nim. — Jest jeszcze troje pewnych wojowników i nasz medyk. Myślę, że więcej psów za nimi pójdzie, w końcu to nasi bliscy, ale nie udało nam się z nimi porozmawiać.
— W pierwszej kolejności powinni wam pomóc ochotnicy. Nawet jeśli zaatakujecie grupą, to może być niebezpieczne. Zwołam zebranie, na którym przedstawimy wasz problem, a gdy nikt nie wyrazi chęci, sam z wami kogoś wyślę. Sądzę, że to najlepsze wyjście. — Brązowy w głębi serca jednak wierzył, że członkowie jego klanu będą chętni do pomocy równie mocno, co on sam.
Lider jak powiedział, tak też zrobił. Gdy wietrzni się zebrali, rudy na jego prośbę powtórzył im wszystko. Zapadła cisza, którą przerwały dopiero po chwili szepty. Do pomocy zgłosiło się trzech ochotników, którzy dumnie czekali na Klematisa, który przyjdzie po nich o właściwej porze.

***

Po zgromadzeniu klanów.
Tydzień po wyprawie do Ventusu w jaskini pojawił się zdyszany Borowikowa Nóżka, prawie przyprawił tym obecnych tam konspiratorów o zawał. Od dawna nikt nie wparował tam z takim impetem. Zarówno Wodni jak i Wietrzni siedzieli jak na szpilkach, gdyż zbliżał się termin ataku na Piaskową Marę.
Wszystkie uszy były nadstawione, kiedy syn Klematisa opowiadał o ostatnich ekscesach „wybranej przez Gwiezdnych”.
— …a w dodatku miała czelność odprawić Podgrzybkową Sierść do starszyzny. Co ona sobie wyobraża? — zakończył zdawanie relacji.
Grota przez chwilę zamarła w ciszy przerywanej jedynie oddechami obecnych tam psów. Kiedy jednak podniosły się pierwsze słowa oburzenia, szybko dołączyły do nich kolejne i kolejne. Podejście do obozu Wodnych było już omówione wcześniej, teraz jedynie doszlifowano szczegóły. Klematis nie mógł dać słowa nikomu, że wróci z tego bez uszczerbku na zdrowiu. Jedno było jednak pewne. Wkrótce panowanie najeźdźców we Flumine dobiegnie końca.

19 czerwca 2021

Od Klematisowego Korzenia CD Miodowej Łapy

Mało kto jest takim masochistą, żeby poprawiać kinetykę z rozszerzonej chemii, ale okej, wyobraźmy to sobie: poniedziałek, czy tam wtorek, nie wiem, moje życie po zdalnym załamało już równowagę czterystu wymiarów, wracacie ze szkoły, w ręku dzierżycie energola z Tesco za dwa złote, dupa poci ci się jak honor Konfederaty na widok homokomando i nagle przychodzi wam powiadomienie z Discorda na kanale #klematisowy-korzeń: dostałeś odpis. Po cholernych trzech miesiącach, podczas których Klematisowy Korzeń zdążył przeżyć trzydzieści załamań nad swoimi sposobami wychowawczymi, Krzaczasta Łapa uknuł plan na zniszczenie Industrii, a Miodowa Łapa prawdopodobnie wypowiedział więcej modlitw, niż na serwerze Pod Obcym Niebem jest wiadomości ze słowem „kurwa” (4895 wyników, sprawdzałem).
Beztrosko myślicie: „Jezu, nareszcie”. W końcu będziecie mieli na co odpisywać, bo jesteś jedynymi osobnikami na blogu, którzy przekładają furry blog ponad oceny końcoworoczne, więc kiedy inni posyłają maślane oczka katechetce, żeby wystawiła im 6 na koniec, wy piszecie opowiadania o tym, jak to Krzaczasta Łapa nie zabił coś niematerialnego.
Wyciągacie telefon, modlicie się, żeby psy (nie, tym razem nie te furry) nie przejeżdżały gdzieś obok, kiedy włączacie Discorda przechodząc przez pasy. Potwierdzacie przeniesienie do klikniętego linku, bowiem wasz telefon nie może być już bardziej zawirusowany, niż wasze trzy szare komórki wykończone pisaniem opowiadań z punktu widzenia piesków.
Dostrzegacie blisko trzy tysiące słów miodkowego wysrywu, ale myślicie, że wcale nie może być tak źle. To tylko Lou. Powinniście się cieszyć, że nie napisała wam odpisu na dziesięć tysięcy słów o tym, jak Rybi Potop wali wiadro ze Snoop Doggiem. Problem w tym, że walenie wiadra jest przynajmniej całkiem przyjemne w stosunku do opisu Bitwy o Gniazdko. W końcu kto normalny — powtarzam, normalny — opisuje tysiąc słów swojej adoracji pączków hiszpańskich, czy jak to tam Google nazwało gniazdka? Nawet wasza dziewczyna, rozszerzająca pieprzoną geografię, nie jest masochistką w takim stopniu, żeby jeść pączka niewyglądającego jak pączek i nieposiadającego nawet dżemu. (Właśnie do niej napisaliście. Jeśli do końca opowiadania z nią zerwiecie, to już wiecie dlaczego).
Wasza INTJ, spocona dupa nie pozwala wam odpuścić. Bierze was obrzydzenie na myśl o tym potwornym pączku-nie-pączku-hiszpańskim, musicie zrobić trzy przerwy od czytania po drodze, zacmokać do kotka na ulicy, uśmiechnąć się do szczekającego yorka, wrócić do domu, wydrzeć się: „kurwa, mam dość” na całe mieszkanie i zwieńczyć to buziakiem w czółko dla swojego pieska.
W końcu, po kilku godzinach nieprzerwanej gehenny myślenia o Miodowej Łapie i dziwnych pączkach, wpadacie na genialny pomysł, niekwestionujący już waszych wszystkich wyborów, które doprowadziły was do tego momentu, że piszecie opowiadania furasami. Wystarczy w końcu nie czytać pierwszego akapitu, prawda? Nie, wszystkich kilku pierwszych akapitów. Tych wklejonych do licznika, które mają blisko tysiąc słów i uosabiają całą osobowość najbardziej stereotypowego ENTP w kilkudziesięciu? —set? zdaniach, ale nikogo nie obchodzi pieprzenie o MBTI, równie bardzo jak was nie obchodzi ciągnące się w nieskończoność pierdolenie o pączkach.
No dobra, trochę was obchodzi. Obchodzi was to, że są ludzie, którzy faktycznie lubią te gniazdka.
Chwilę temu odpisała wam dziewczyna, ale brzmi, jakby zaraz miała odmówić sześćdziesiąt dziewięć modlitw razem z Miodową Łapą pod presją, więc zostawmy ją w spokoju do końca tego opowiadania, uznając, że „to zależy” jest jednoznaczną odpowiedzią do „nie, kurwa, kto normalny lubi pączki-nie-pączki?”).
(Update z minuty później, cytując: „przecież to są jedyne znośne pączki, bo nie smakują jak pączki…”, dajecie jej więc soczystego blocka).
Co prawda ludzie obżerający się pączkami wiedeńskimi, hiszpańskimi, gniazdkami, Boże, jak zwał, tak zwał, nie są symulacją, ale pieskowe opowiadania mało odzwierciedlają rzeczywistość; podobnie jak z realami mija się fakt, że wbiega na ciebie twój rudy, kudłaty syn, który wieje przed owadem.
Gdyby cała ich ruda rodzina była ludźmi, to Krzaczasta Łapa jako starszy brat Miodka, z całą pewnością zamknąłby go w śpiworze w środku lasu, nie pozostawiając nawet sprayu na odstraszanie owadów.
— Robak? — jęknął Klematisowy Korzeń, próbując przetoczyć się z pleców na bok, ale Miodowa Łapa staranował go po raz drugi po drodze, szamocząc się między łapami, ogonem i depcząc po pysku ojca, a wszystko to w teorii po to, żeby uciec przed owadem, ale Klematis pomyślał, że w praktyce to on dla Miodka jest tym robakiem. — Gwiezdni, robak!
Natychmiast stanął na równe łapy, rozglądając się w panice.
Całe życie przygotowywał się do tego momentu. Pieprzone sto pięć księżyców, co z tego, że Miodowa Łapa ma jakieś dziewiętnaście, a wszystko to po to, żeby wreszcie udowodnić własnemu synowi, że wcale nie jest bezużyteczny.
— Nie martw się, Miodowa Łapo! — wydarł się bohatersko. — Ja cię obronię przed tym okropnym robakiem!
Impulsywnym ruchem chwycił w zęby pierwszą lepszą gałązkę, niby to miecz, wymachując nią w powietrzu. Rzucił się naprzód, żeby dopaść przynajmniej jedno ze skrzydełek, a żeby doprowadzić do katastrofy lotniczej, ale spudłował, wbijając patyk zdecydowanie nie tam, gdzie powinien.
— Trafiłem skurwysyna!
— Ała, kurwa, nie w szczepionkę!
No dobra, skurwysyna faktycznie trafił — Miodową Łapę — ale najwyraźniej nie tego, którego powinien.
Do jego rudawego, nieco ułomnego móżdżku, którego szare komórki wysilają się na tyle, żeby pomylić stokrotki z rumiankiem (nie Rumiankiem przez duże R oczywiście) wpadł kolejny, z perspektywy czasu jeszcze głupszy, niż powiedzenie, że Rowling nie jest transfobką, pomysł, ale chęć poczucia się jak bohater Naruto spowodowała, że Korzeń nie za bardzo myślał o konsekwencjach.
Zaciskając kły mocniej na patyku, podbiegł do Dwunożnych, którzy zapiszczeli ze strachu na widok zapchlonego, brudnego psa z szałem w oczach, odsłaniając oczom Klematisa żarzące się ognisko, nad którym wisiało parę słodkich pianek.
Jakaś pani rąbnęła go torebką w zad, ale szczerze mówiąc, nawet to bolało mniej od tego, jak Korzeń czuł się na widok ognia. Ale jakim byłby ojcem, jeśli nie potrafiłby przezwyciężyć własnego strachu nad życie- dobra, nie przesadzajmy, zdrowie psychiczn- dobra, tego Miodek też nie ma, ale Klematis uważał swoje bombelki za idealne.
Żar bijący od ogniska omiótł jego pysk, kiedy wsadził pomiędzy popiół gałązkę. Ta zapłonęła, a smród spalenizny uświadomił Korzeniowi, że do ognia zbliżył się za bardzo. Chwyciwszy patyczek — jak na złość — jeszcze mocniej, odwrócił się od panikujących Dwunogów i zaszarżował na Miodową Łapę i Rybi Potop, żeby usmażyć na grillu parę chitynowych pancerzyków.
Ktoś podłożył mu coś pod nogi. Kamień, Miodowa Łapa, Rybi Potop — Korzeń był zbyt spanikowany, żeby wydedukować, że od najbliższych kamieni dzieliło ich parę lisich susów, a Miodek był obecnie, cóż, niedostępny, nie posądził więc nikogo z żadnej trójki o zwykłą złośliwość. Upadł, a patyczek złamał się w pół, opadając na żwirową ścieżkę i migocząc pomarańczowym światłem tuż przed nosem Klematisa.
Zawył, próbując odepchnąć od siebie gałązkę, ale tylko sparzył się w łapę, niezdarnie potykając na rudych nogach.
Utkwił wzrok w zaczerwienionych poduszkach łap. Znowu był tym samym uczniakiem z wypaloną sierścią na boku, licznymi bliznami i zapachem medycznych okładów, który przylgnął do niego już do końca życia. Rybi Potop był tylko jednym z tych prychających pysków, które mówiły, że śmierć Zroszonej Stopy to tylko znak od Coelum; a on był nieudanym wynikiem ich zemsty.
Oprzytomniał dopiero kiedy coś chrzęstnęło dwa razy i z całą pewnością ten dźwięk nie wyszedł spod jego łap. Kiedy otworzył oczy, Rybi Potop zgniatał w pazurach żółtego owada, wrzucając go w spopielony stosik patyka, który zdążył wygasnąć.
— Klematisie, mówiłem — wycedził — że Gwiezdni patrzą na ciebie i każde twoje poczynanie obserwują.
Wypowiedział to z taką irytacją, że Korzeń mógł tylko odwrócić głowę od gardzącego spojrzenia Rybiego Potopu i Miodowej Łapy.
 
— Czy to konieczne?
Nawet mlaskanie Podgrzybkowej Sierści przypominało mu strzelanie tamtejszego ogniska.
— Oj, panie marudo — westchnął medyk pomiędzy mlaskaniem papki z żywokostu — niszczycielu dobrej zabawy, pogromco uśmiechów dzieci…
Pociągnął obolałym od oparzenia nosem, jakby zaraz miał się rozpłakać.
— Podgrzybku, jedynym pogromcą uśmiechów jesteś teraz ty.
Wypluł zawartość własnego pyska na kawałek mchu, uśmiechając się z dumą i oblizując mordkę, jakby piekący w oczy zapach żywokostu był dla niego najsmaczniejszą przyprawą.
— No, już nie jesteś dzieckiem — parsknął. — Część nałożę ci na oparzenia, a resztę zabierzesz i wyłożysz w swoim legowisku, dobrze?
— Wywalę go z łóżka.
Oboje odwrócili się w stronę kuśtykającej pomiędzy pudełkami Rysy.
— Irysko! — żachnął się Klematis, posyłając jej niewinnie spojrzenie.
— Słyszałam o tym, co się stało i…
— Przepraszam.
— Co?
Zaśmiał się sucho, nerwowo zerkając w stronę Podgrzybkowej Sierści.
— Chciałem, żeby uznał mnie za swojego tatę — powiedział. — Nie ojca. Tatę.
Wbił wzrok w swoje łapy, dopóki Irysowe Serce nie usiadła obok niego i nie przytuliła się do jego rudej, kudłatej sierści, uważając, żeby nie dotknąć żadnej z jego blizn.
Żadne nie musiało nic mówić. Oboje czuli, że zawiedli; a przecież nic nie zrobili.
Nie zrobili, prawda?
<bylem soczyscie zdesperowany piszac poczatek ale potem mi sie odechcialo>
[1381 słów: Klematisowy Korzeń otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

13 kwietnia 2021

Od Klematisowego Korzenia CD Konwalijkowej Łapy

TW: Żaby (cały trzeci fragment)
Klematisowy Korzeń był poważnym mężczyzną w średnim wieku. Miał żonę, szóstkę dzieci, punkt szósta rozwiązywał krzyżówki i, choć chciałoby się powiedzieć, że palił cygaro, to byłby zbyt wielką pizdą, żeby w ogóle się zaciągnąć.
Miał też Konwalijkową Łapę w czterech literach.
— Klematisie, kiedy następny trening? — Merdała ogonem, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
Na moment Klematis znowu stał się anegdotką w całym klanie. „A MASZ, TO ZA HOT DOGA!”, wtórował Borowikowa Łapa, bez krztyny powściągliwości rozgrywając przed całym klanem teatralne sceny, jak to jego ojciec nie podołał fast foodowi Dwunożnych, więc to jego uczennica musiała odwalić za niego robotę.
— Wujku Korzeniu…?
— Mhm. Zamyśliłem się.
— Zamyśliłeś się na trzy wschody słońca.
JEGO WŁASNA UCZENNICA. ZEŻARŁA MU HOT DOGA. NA JEGO OCZACH.
— No… wiesz — zagaiła nieśmiało — chciałabym się nauczyć polować też na inne rzeczy. Kebaby, burgery, zapiekanki…
— Na wszystko poluje się tak samo.
— Nie, nie! Jeśli pociągnę kebaba zbyt impulsywnie, wypadnie z niego całe mięsko!
— Gwiezdni jaśniejący! — wydarł się, z pełnym szokiem w oczach wskazując na coś łapą. Obraz pochłanianego hot doga zamigotał mu w głowie, a gniew trawił go niczym płomienie Infernum. — Opalowy Promyk wrócił! I zżera hot doga na monocyklu!
Zanim Konwalijkowa Łapa zdążyła wysłowić się z kolejnym referatem dotyczącym zróżnicowania fast foodów, Korzeń ulotnił się w przeciwną stronę na kolejne trzy wschody słońca.
 
Jako poważny mężczyzna w średnim wieku obiecał sobie też, że jego dzieci nie będą wmieszane w jego problemy. I to nie tak, że miałby dzielić się z nimi swoim uzależnieniem od pokera, ściągać długi i spłacać kredyt za mieszkanie, podczas gdy on zabaluje na Hawajach, ale za punkt honoru postawił sobie chociaż to, że konflikty pomiędzy nim a innymi nie przejdą na rude geny.
— Klematisowa Łapo — jęczał Brzozowy Kieł, włócząc się za swoją nową ofiarą krok w krok — wiesz, skoro moja córka przerosła już swojego mentora, to może powinienem napomknąć Nakrapianej, żebyś wrócił się do pozycji ucznia?
— ACH TAK?! — Przystanął. To pewnie ten okropny Brzozowy Kieł wrobił jego biedną, niewinną Konwalijkową Łapę w to, żeby ukradła mu hot doga, na pewno, jego uczennica przecież w życiu nie zrobiłaby czegoś takiego… — Moja uczennica będzie najlepszą wojowniczką, jaką ten klan kiedykolwiek zobaczy! Z Konwalijkowej Łapy od razu awansuje na Konwalijkową Gwiazdę!
Rozżarzony Język, Muszelkowy Nos i Puchate Serce wybuchnęli śmiechem. Irysowe Serce złapała się za głowę, poklepywana po plecach przez Nakrapianą Gwiazdę. Nic sobie z tego nie robił.
— A Krzaczasta Łapa?! Jestem pewien, że nie wytrenujesz go nawet w ciągu dwunastu księżyców! — krzyczał dalej.
— Zakład?!
— Zakład!
Staranowali się wzajemnie w drodze do legowiska uczniów. Jakby zakładu jeszcze było mało, urządzili zawody w tym, kto głośniej wykrzyczy imię swojego ucznia; wygrała Popielaty Strumień, wyklinająca z legowiska starszyzny po drugiej stronie obozu, żeby wszyscy się, do jasnych Gwiezdnych, zamknęli. 
 
— Żaby? — zapytała Konwalijkowa Łapa.
Czaili się w trzcinach, po łapy zatopieni w błocie.
Klematisowy Korzeń pokiwał głową, zniżając swoje barki.
— Po co się skradamy? Żaby nie wyglądają na zbyt… płochliwe — mruknęła, potulnie odtrącając od siebie małą żabkę.
— Pfff. Pływają, jakby miały motorówkę w dupach.
Szturchnęła żabkę raz jeszcze. Ta nie przesunęła się nawet o milimetr.
— Te są… jakieś mieszczańskie — westchnął Klematis.
Konwalijkowa Łapa zadrżała. Rudzielcowi przez chwilę wydało się, jakby zimny podmuch wiatru prawie zepchnął ją do rzeki, ale suczka złapała równowagę, wzdrygając się cierpiętniczo przez dźwięk głośnego plasknięcia błota pod łapami.
— Wujku Korzeniu, jesteś pewien, że to dobry pomysł pływać porą nagich drzew?
Pokręcił głową.
— Nie będziemy pływać. Pomyślałem, że za bardzo skupiamy się na twoim polowaniu. — Zmarszczyła nos. — To znaczy, jedzenie jest ważne. Bardzo ważne. I pewnie nie raz jeszcze kopsniemy burgera czy innego kebaba, ale spróbuj tylko jeszcze raz zjeść mojego hot doga, to wlecisz do tej rzeki pod lód. — Zaśmiała się. Nie żartował. — Ale powinniśmy podszkolić cię w zwinności. Widziałaś tego skurczysyna Krzaczastą Łapę?! Nie możesz być gorsza od niego.
— Nadal nie rozumiem.
— Zadanie jest takie: złap żabę bez dotknięcia choćby końcem pazura tafli wody. Jasne?
Pokiwała głową.
Minęła godzina — Konwalijkowa Łapa przeskakiwała z jednego brzegu strumienia na drugi, chlapała się w błocie, obszczekiwała wszystko, co tylko poruszyło się między trzcinami… ale żadna z żab ani drgnęła. Wydawały z siebie przyjazne rechoty, spacerując między łapami uczennicy, ale — ku większej irytacji Klematisowego Korzenia, bowiem Konwalijka uznała to raczej za zabawę — ropuchy wydawały się na złość rudemu mentorowi nawet nie unosić łapy na wysokość większą niż milimetr.
— To niemożliwe — jęczał, trącając jedną z żab łapą. — Coś musi je ruszyć!
— Wujku Korzeniu, możemy je adoptować?
Stanął pysk w pysk z żabą. Błysk w jej oczach rzucał mu wyzwanie, ale ropucha odpowiedziała na to jedynie kumkaniem.
— Sam spróbuję.
Nawet Miodowa Łapa i Rybi Potop przytaknęliby teraz, że Klematis został świrem — odprawiał nikomu nieznany obrządek, wymachując rudym tyłkiem nad głową żaby i wyszczekując barkę. Obrócił się na pięcie i wyciągając swoje ciało w pozycji baletnicy, szturchnął żabkę koniuszkiem pazura.
Zakumkała.
— NIE-MO-ŻLI-WE!
— Wujku Korzeniu? Mogę ci jakoś pomóc?
— Poradzę sobie sam!
Pacnął żabę łapą. I jeszcze raz. I kolejny.
— Może jednak możesz mi jakoś pomóc. — Konwalijkowa Łapa przeskoczyła na drugi brzeg, a adoptowana żabka posłusznie potruchtała za jej ogonem. — Okej, teraz słuchaj. Skoczymy na tę żabę w tym samym momencie, razem. Wystraszy się i ucieknie, a wtedy ty zaczniesz ją gonić, jasne?
Konwalijka pokiwała głową. Napięła mięśnie, przygotowując się do biegu i mierząc niewinną ropuchę takim wzrokiem, jakby właśnie wczuwała się w jeden z filmów country.
— Na trzy.
Żabka zarechotała.
— Raz…
Adrenalina próbowała wmówić Klematisowemu Korzeniowi, że żaby wcale nie są takie złe w smaku.
— Dwa…
Wypiął zad w pozycji do skoku à la Nicki Minaj.
— Trzy!
Konwalijkowej Łapie warto pozazdrościć refleksu — mentor i uczennica odbili się w tym samym czasie. Na podobny plan wpadła jednak ropucha, która uskoczyła w bok i z głośnym rechotaniem wpadła do wody. Tym samym Konwalijka podbiła oko Klematisowi swoim nosem, a on w podzięce przydzwonił jej łapą w ucho.
Nie mieli czasu na to, żeby się pozbierać. Klematisowy Korzeń wychylił się z błotnej kałuży jak potwór z Loch Ness, a brązowa maź nie zostawiła nawet rudego skrawka na jego futrze. Konwalijkowa Łapa zachwiała się na brzegu rzeki, przewróciła się z gracją, zadygotała i wpadła do wody.
— Następnym razem będziemy gonić za samochodami — westchnął Klematisowy Korzeń. — Goń ją!
<Konwalijkowa Łapo?>
[1013 słów: Klematisowy Korzeń otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia, Konwalijkowa Łapa 2 Punkty Treningu]

19 marca 2021

Od Klematisowego Korzenia CD Konwalijkowej Łapy

Klematisowy Korzeń nie był pewien, czy wolałby kopnąć samego siebie, czy samych Gwiezdnych.
Nie to, że nie miał szacunku do Gwiezdnych! Samo dołączenie do Bezgwiezdnych, jakkolwiek dobrze by się tam nie czuł, wywoływało u niego wyrzuty sumienia. Ale miał wrażenie, że ci tam na górze — niezależnie od tego, w jakim stopniu mają wpływ na los — ostatnio się na niego uwzięli.
Najpierw wdepnął w guano podczas pierwszego dnia treningu. Potem zgraja klematisowych komórek mózgowych juniorów kolejno wpakowywała się w kłopoty. Teraz jeszcze śmierć Bursztynowej Łapy, i chociaż nigdy nie był ze świeżym uczniem szczególnie blisko, a na dodatek reszta problemów Klematisa przy śmierci wydawała się błaha, to nie chciał, żeby nawet Coelum sprawiało, że jego rodzina była smutna.
Położył głowę na karku Konwalijkowej Łapy. Jej oddech był rozedrgany, a kiedy panika nieco się uspokoiła, uczennica nadal nie potrafiła zapanować nad uciekającymi łzami. Równoległe martwił się o Irysowe Serce — nie był pewien, czy ta dowiedziała się już o śmierci swojego ucznia, ale jeśli tak, to nie mogło skończyć się dla niej zbyt dobrze.
Na obu sukach powoli odbijały się wydarzenia ostatnich księżyców. Irysowe Serce każdego dnia dopytywała Podgrzybkową Sierść, czy aby nie otrzymał jakiegoś znaku od Gwiezdnych, a tylko Korzeń się domyślał, że wcale nie chodziło jej o religijną ciekawość, a o świadomość, czy Opalowy Promyk żyje. Konwalijkowa Łapa jeszcze niedawno obchodziła się z pierwszym widokiem śmierci w swoim życiu — a skoro zdeterminowała się do zostania wojowniczką właśnie dlatego, że Żabka odeszła, jak mogła czuć się z tym teraz, kiedy nie mogła zapobiec śmierci kolejnej bliskiej osoby?
— Chciałbym obiecać ci, że cię nie zostawię — wymamrotał, a oddech Konwalijkowej Łapy na chwilę zamarł — ale nie mogę. Naprawdę nie mogę, wiesz? Każdy nasz dzień to wyzwanie. Dzisiaj zapasy będą obfitować w zwierzynę, a jutro szczenięta będą umierać z głodu. — Konwalijka zaszlochała, próbując opanować oddech, więc Klematis pogładził ją nosem po futrze. — Nie urodziłem się jedynakiem. Byli ze mną jeszcze Listek i Łodyżka, ale zmarli niemal od razu po porodzie. Mama… Zroszona Stopa do końca swojego życia obwiniała mnie za ich śmierć, mimo że nigdy nie wiedziałem dlaczego. Uwierzyłem w to — prychnął — i cały czas żyłem w przekonaniu, że byłem winny czemuś, na co nawet nie miałem wpływu. Nie mogę dopuścić, żeby to samo stało się z tobą. Żabka i Bursztynowa Łapa już nie wrócą, ale tylko Gwiezdni wiedzą, dlaczego skrócono ich przyszłość. Nikt z nas, na ziemi, nie mógł na to wpłynąć.
— Ja… co jeśli ja też… no wiesz…?
— Na Gwiezdnych! — jęknął zaskoczony. — Nie miałaś wpływu na ich przyszłość, ale możesz wpłynąć na swoją. Jesteś moją uczennicą. Nauczę cię, jak walczyć, żebyś mogła obronić się w trakcie ataku i pokażę ci sposoby na polowanie, żebyś nie dopuściła do głodu.
Przytaknęła.
— Chcesz zacząć już dzisiaj? — zagaił.
— Nie czuję się na siłach.
— Poczekam — wymamrotał, zgarniając Konwalijkę do siebie bliżej łapą, żeby mogła poczuć to, że nadal przy niej jest. 
 
Więc czekał. Dzień, drugi, kolejny — codziennie zaglądał do Konwalijkowej Łapy. Dotrzymywała towarzystwa Płonącej Łapie i Błękitnej Stokrotce, podglądała, jak Brzozowy Kieł przegrywa z Krzaczastą Łapą, usilnie próbując ukryć własną porażkę. I kiedy bał się, że zawiódł jako mentor, Konwalijkowa Łapa stanęła przed nim, zdeterminowanym wzrokiem patrząc mu w oczy.
— Naucz mnie polować na parówki.
Brzmiało to całkiem zabawnie, ale uczennica — i jej mentor przy okazji — wyglądała na stuprocentową poważną. W sitcomie właśnie ktoś zacząłby klaskać, w anime w tle puszczono by motywujący soundtrack, zapewne z Naruto, czy cholera wie, jakiego shōnena. Klematisowy Korzeń uśmiechnął się szeroko i całkowicie szczerze i nim się odwrócił, żeby wyjść z obozu, rzucił do Konwalijki:
— A więc nauczmy się polować na parówki. 
 
— Kszz, kszzz, mayday, mayday, agencie Konwalijkowa Łapo, widzisz coś?
— Sksss. Agencie Klematisowy Korzeniu, Dwunożny z kebabem na horyzoncie!
— Nie, nie — westchnął, kręcąc głową. — Parówki. Parówki są najważniejsze. I nie pomyl ich z kiełbasą! Parówki są delikatne. Jak liście porą opadających liści. Jak…
— Możecie mi wytłumaczyć, co tu się, do mysiego zadka, dzieje?
Klematisowy Korzeń i Konwalijkowa Łapa podskoczyli. Muszelkowy Nos zdzieliła ich wzrokiem, a Gorzka Łapa wychylająca się spomiędzy jej łap wyglądała, jakby uradował ją sam widok przyłapania ojca i jego uczennicy na gorącym uczynku.
— Eee… polujemy na parówki — odparował Klematis, odwracając głowę pod wpływem rozbawionego spojrzenia Muszelkowego Nosa.
— Chcesz mi powiedzieć, że trenujesz moją córkę na wojowniczkę i uczysz ją polować… na parówki?
— Mamo, to naprawdę ważne! — Konwalijkowa Łapa podniosła się na równe łapy, gotowa w panice obronić swojego mentora. — Dwunożni zawsze mają masę jedzenia. Co jeśli porą nagich drzew dopadnie nas głód? Będziemy musieli sobie radzić inaczej, jeśli nauczę się już teraz, jak podkradać pożywienie Dwunogom, to może…
— Kochanie — Konwalijkowa Łapa wzdrygnęła się, kiedy wojowniczka jej przerwała, ale w głosie Muszelkowego Nosa ciężko było nie usłyszeć stłumionego chichotu — jeśli masz wpaść w kłopoty przez kradzież parówek, ukradnij chociaż najlepszego hot doga, jakiego u nich zobaczysz.
Ruszając przed siebie, posłała Klematisowemu Korzeniowi wdzięczny uśmiech.
— Muszelkowy Nosie, czy ja też mogę polować na parówki?
— Gorzka Łapo — Muszelkowy Nos odchrząknęła nerwowo, a ich oddalający się głos zaczął powoli stawać się echem mieszczańskiego ruchu — wiesz, polowanie na parówki to… poziom dla zaawansowanych.
— Klematisie, patrz, patrz! — Oczy Konwalijkowej Łapy rozżarzyły się dawnym blaskiem, kiedy półnagi Dwunożny schodził z deptaka, wcześniej odbierając z budki soczystego hot doga.
Jego bułka mieniła się złociście w letnich promieniach słońca, niczym rozrastające się kłosy na ventusowych polach. Gorąca paróweczka pokryta była kropelkami tłuszczu i przypominała Klematisowi wychodzących z morza Dwunogów, którzy błyszczeli skórą rodem Donalda Trumpa. Żółty sos jak kwitnąca łąka rozbłysł niewielką kałużą na chodniku, kiedy Dwunóg nieostrożnie przechylił hot doga w niebezpieczną stronę.
— Okej, młoda, słuchaj i ucz się, bo nie mamy za dużo czasu — powiedział. — Ty odwrócisz jego uwagę. Dwunogi lubią szczeniaki. Weź, nie wiem, podejdź do niego, zrób słodkie oczka, tymczasem ja zakradnę się do niego i wyrwę mu pa- — obślinił się — parówkę. Obserwuj mnie, a następnego hot doga to ty dorwiesz.
— Tak jest, kapitanie! — Nawet nie czekała na jego znak. Dzielnie ruszyła na misję zdobycia parówki, stając na drodze Dwunogowi, który od razu zauroczył się w uroczej, ociekającej śliną suczce.
— Pieseczek, ojoj — zachwycał się. — Chcesz kawałeczek? Lubisz paróweczki, co? No chodź, psinko ty moja, ecie-pecie…
— No jasne, że chcę paróweczkę!
— Konwalijkowa Łapo, nie! Pewnie rzucili na ciebie jakąś klątwę! Nie daj im się omamić! Bierz parówkę i wiejemy! — wrzasnął, nagle przerażony, że pysk uczennicy niebezpiecznie zbliżył się do buły, podobnie jak ręka Dwunoga, ostrożnie przysuwająca się do jej głowy.
Wtem Konwalijkowa Łapa porwała hot doga i odwróciła się w przeciwną stronę. Dwunożny zdążył musnąć jej ogon, ale ta już pędziła w stronę swojego mentora, po drodze — o, zgrozo — wpadając na Klematisa i przewracając ich oboje.
<Konwalijkowa Łapo?>
[1083 słowa: Klematisowy Korzeń otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia, Konwalijkowa Łapa 2 Punkty Treningu]

Od Klematisowego Korzenia CD Miodka (Miodowej Łapy)

Gdyby Klematis miał wybierać między śmiercią a wycieczką do portu, wybrałby to pierwsze. Śmierć przynajmniej nie zawierała w zestawie towarzystwa Miodka, no i był pewien, że w Coelum nie śmierdziało rybami.
— Daleko jeszcze? — dopytywał Miodek. Z nosa ciekła mu zielona wydzielina, potykał się o własne łapy, wyglądał, jakby pobił się z szopem w krzakach, ale szedł dzielnie w stronę portu.
— Nie.
Nie minęła minuta.
— Daleko jeszcze?
— Nie.
— CHYBA WIDZĘ OGON RYBIEGO PO-POTOPU!
— To latawiec, ba- bajkowy mój ty syneczku. — Baranie.
Relacja Klematisowego Korzenia z synem wyglądała jak test z matematyki na Kahoot. W tle mogłaby grać ta plumkająca melodia, kolorki śmigałyby po ekranie, pytanie brzmiałoby: „Gdzie jest mamusia?”, a z odpowiedzi pozostało: „A. Trenuje. B. Trenuje z Bursztynową Łapą. C. Trenuje z Bursztynową Łapą i Rybim Potopem”.
Był naprawdę kiepski w strzelaniu.
Moralność nie pozwalała mu okłamywać syna. Zazdrość nie pozwalała mu dopuścić do obsesji Miodka na punkcie Rybiego Potopu. Resztki egocentryzmu pozwoliły mu na to, żeby podrzucić Miodka Irysowemu Sercu, bo czuł się, jakby po macierzyńskim zaczął pracować w żłobku.
Irysowe Serce zmarszczyła czoło, kiedy ujrzała rodzinę na horyzoncie. Rzuciła do Bursztyna szybki komentarz, który zapewne oznaczał „zaczekaj” i skierowała się w stronę dwóch rudzielców, momentalnie otrzepując sierść Miodka z chwastów.
— Miodku, gdzieś ty był?
Korzeń prawie dodał „dobre pytanie”, ale tego dnia nie miał ochoty, żeby jego partnerka wylądowała w Infernum za morderstwo na nim.
— Spacerek — mruknął jedynie. — Hej, wszystko było pod kontrolą! Miodek chciał teraz zobaczyć, jak wygląda trening Bursztynowej Łapy i…
— GDZIE JEST RYBI POTOP?
— No dobra, UZNAJMY, że chciał zobaczyć, jak wygląda trening Bursztynowej Łapy.
Przysiedli w cieniu, przez chwilę obserwując, jak Miodkowi załącza się najszybszy tryb w mikserze na widok Rybiego Potopu. Ignorując maślane oczka szczeniaka, co chwilę odpychał go łapą, a do Klematisowego Korzenia dochodziły jedynie urywki słów: ...dwa metry odległości… ofiara?... Gwiezdni, Gwiezdni…
— Zrobisz sobie przerwę? — zagaił Irysowe Serce. Oboje chociaż na chwilę mogli się uspokoić; kiedy żaden ze szczeniaków nie próbował zabić się wzajemnie, nikt nie gubił się nieoczekiwanie, Miodek był zajęty swoim prorokiem, a Bursztynowa Łapa bawił się złapaną chwilę wcześniej rybą, która szamotała się na wszystkie strony, żeby złapać jeszcze ostatni oddech.
— Przydałoby się — westchnęła, układając głowę na betonowym pomoście. — Niedługo słońce zacznie zachodzić. Nie powinieneś iść na wieczorny patrol z Konwalijkową Łapą?
Zmarszczył nos. Będąc szczerym, musiał przyznać, że właśnie na to liczył — Konwalijkowa Łapa była zupełnym przeciwieństwem każdego z osobna jego szczeniaków. Była spokojna, słuchała się go, nie podpalała niczyich ogonów, a przede wszystkim nie miała niezdrowej obsesji na punkcie rzekomego proroka. Czy tego chciała, czy nie, traktował ją jak siódme dziecko i czuł potrzebę dotrzymywania jej towarzystwa w takim samym natężeniu, co jego rudemu gangu, zwłaszcza po tym, jak zmuszona była pożegnać swoje rodzeństwo. Ale, nawet kiedy został mentorem, nadal był ojcem i ostatnie, czego chciał, to zastąpienia tej funkcji przez kogoś innego.
— Pójdę z nią jutro o świcie. — Pokręcił głową. — Muszę… chcę spędzić trochę czasu z Miodkiem.
— Dobrze się czujesz?
— Yyy?
— Wiedziałam, że musiałam cię zarazić! Powinniśmy pójść do Podgrzybkowej Sierści razem, ale…
— Irysowe Serce — zajęczał Bursztynowa Łapa, nie odrywając wzroku od martwej już ryby pomiędzy jego łapami — możemy skończyć w końcu trening?
— ...ale najpierw muszę zająć się moim uczniem.
 
Niemal kolejny księżyc zajęło Irysowemu Sercu dotarcie do medyka. Klematisowy Korzeń — w przeciwieństwie do swojej partnerki — nie przejawiał żadnych oznak choroby, a przynajmniej nie na poważnie, bo Rysa wprost się na niego uwzięła.
— Kaszlesz — zadarła głowę — powinieneś pójść do medyka.
Odkaszlnął w odpowiedzi. Nie dlatego, że zaswędziało go w gardle; po prostu lubił być złośliwy dla Irysowego Serca.
— Oj, przepraszam. Kłaczek.
Nie odwzajemniała jego optymizmu.
Chwilę potem Klematisowy Korzeń był już ciągnięty za ucho w stronę legowiska Podgrzybkowej Sierści. Chciał być mężnym wojownikiem, ucieleśnieniem zapachu kocura czy innego lwa, nie dać się pomiatać przez Irysowe Serce, ale musiał przyznać, że, cholera, miała mocny uścisk.
— Podgrzybkowa Sierści — zawołała, przepychając się przez starannie ułożony stosik kartonów — przyszłam…
Korzeń pchnął ją w bok. Kartonowe pudełko zleciało ze stosu prosto na jej głowę, a zaskoczona Irysowe Serce puściła lekko uścisk swojego partnera. Ten, chichocząc podstępnie, jakby był prawdziwym Thanosem psich wizji, gilgotał jej nos ogonem, dopóki nie kichnęła tak głośno, że zatoczyła się i zrzuciła kolejne kilka pudełek — tym razem na Podgrzybka, w całości ukrytego w prowizorycznej pułapce.
— Przyszła się wyleczyć — dokończył z dumą.
— Fajnie — głos Podgrzybkowej Sierści potoczył się echem po kartonie niczym Dartha Vadera, kończąc soczystym kichnięciem. — Fuj, zarazki!
Więcej czasu niż samo leczenie Irysowego Serca zajęło wydobycie im medyka z kartonu. Podniesienie kartonu bez kciuków przeciwstawnych okazało się trudniejszym zadaniem, niż przekonanie Gorzkiej Łapy do tego, żeby zrobiła coś mądrego. W tym czasie zdążył przewinąć się tutaj Brzozowy Kieł („Och… nie przeszkadzajcie sobie”) i Nakrapiana Gwiazda („Moglibyście nie robić zamachu na mojego medyka? Dziękuję”), ale finalnie Podgrzybkowa Sierść ponownie ujrzał słońce.
— To… o co chodziło?
Klematis nadepnął Irysowemu Sercu na ogon, kiedy otworzyła pysk w odpowiedzi.
— Irysowe Serce jest chora od jakiegoś czasu, ale wiesz, obowiązki zastępczyni, sranie w banię, duma i w ogóle — posłała mu mordercze spojrzenie, kiedy odwracał się na pięcie w stronę drzwi, więc posłał jej tylko krótki uśmiech przez ramię — i nie powinna się spóźnić na mianowanie nowych uczniów.
 
Nie obyło się bez kolejnej serii morderczych spojrzeń rzucanych mu przez Irysowe Serce, kiedy nastał czas zgromadzenia zwołanego przez Nakrapianą Gwiazdę. Podgrzybkowa Sierść niemal przytulał się do jej boku i pacał ją łapą za każdym razem, kiedy choćby odwróciła wzrok w stronę Klematisowego Korzenia, ale ten skupił się tylko na szóstce rudych szczeniaków paradujących obok liderki i Konwalijkowej Łapie, która podobnie wierciła się zaraz obok.
— Wiesz, wujku Korzeniu, cieszę się, że wreszcie będziemy mieć nowych uczniów. — Uśmiechnęła się słabo. — Odkąd Bursztynowa Łapa umarł, jest… pusto.
Irysowe Serce była zbyt daleko, by to usłyszeć; ale zaraz po wypowiedzi Konwalijki odwróciła wzrok, zwieszając smętnie łeb, jakby i ją nagle dopadła samotność.
— Krzaczku, Miodku, Rumianku, Dynio, Borowiku, Gorzka, jesteście z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniecie swój trening. Krzaczku, od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Krzaczasta Łapa. Twoim mentorem będzie Brzozowy Kieł. Młody rudzielec skłonił głowę; nikomu nie umknął pobłażliwy, acz szczery uśmiech kwitnący na jego pysku.
— Zostaniesz mentorem Krzaczastej Łapy. Brzozowy Kle, okazałeś się wojownikiem entuzjastycznym i niezależnym. Na pewno przekażesz temu uczniowi całą swoją wiedzę.
Stuknęli się nosami; oczy Krzaczastej Łapy błyszczały złośliwymi iskierkami, kontrastując z rozbawionym spojrzeniem Brzozowego Kła. To właśnie głosy Klematisowego Korzenia i Konwalijkowej Łapy najmocniej przebijały się przez tłum skandujący imię nowego uczniaka.
Nakrapiana Gwiazda uciszyła tłum skinięciem pyska, kiedy Krzaczasta Łapa i Brzozowy Kieł wrócili do pozostałych. Nowy uczeń posłał dumne spojrzenie oczekującym na swoją kolej Dyni i Borowikowi.
— Miodku, od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Miodowa Łapa. Twoją mentorką będzie Słoneczny Pysk.
Oko Miodowej Łapy zadrżało, jakby wypił za dużo kawy.
— Zostaniesz mentorką Miodowej Łapy. Słoneczny Pysku, okazałaś się wojowniczką serdeczną i odważną. Na pewno przekażesz temu młodemu uczniowi całą swoją wiedzę.
Miodowa Łapa zmarszczył pysk. Podczas tradycyjnego zetknięcia nawet nie przymknął oczu (niezręcznie), tylko mroził to Słoneczny Pysk, to Nakrapianą Gwiazdę takim spojrzeniem, jakby nie dochodziło do niego, co właśnie się stało, a Klematisowy Korzeń był niemal pewien, że to nie z uciechy zostania uczniem.
Upewniło go w tym to, że kiedy Miodowa Łapa miał wrócić ze swoją mentorką ponownie na miejsce, odwrócił się od suki i nacierał prosto na ojca.
— T-to ty? — syknął, na tyle cicho, żeby nie zakłócić ceremonii. — Powiedziałeś Na-Nakrapianej Gwieździe, żeby Rybi Potop nie zostawał moim mentorem, prawda?
<Miodowa Łapo?>
[1231 słów: Klematisowy Korzeń otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia, Irysowe Serce zostaje wyleczona z choroby]

5 marca 2021

Od Klematisowego Korzenia do Miodka

Do tej pory Klematisowy Korzeń uważał się za lubianą osobę w klanie — większości nie był obcy, wręcz przeciwnie, przecież wychowywał się we Flumine, a dwie pory roku były wystarczająco długim okresem, żeby nawet sceptycy niekoniecznie polubili, co zaczęli tolerować Klematisa.
Rybi Potop wybrał akurat ten moment, żeby wpaść do żłobka, wymachując futrzastym ogonem i krzycząc:
— Miodku, dobre wieści!
Ogon zamarł mu na widok Klematisowego Korzenia.
— Och… jednak nieważne.
No dobra, w skali od 0 do 10 Korzeń był w klanie lubiany na poziomie -10.
Miodkowi nagle przestał podobać się kąt, w którym prawdopodobnie prowadził między swoimi dwoma komórkami mózgowymi debaty w kwestii spalenia wszystkich Bezgwiezdnych, najlepiej z ojcem włącznie. Podniósł się na równe łapy, wzniecając tym samym tabun kurzu i piszcząc jak konfederaci na widok tęczowych skarpetek:
— Rybi Potopie, nie! Zaczekaj! Chodzi o Gwiezdnych?! Gwiezdni ci coś przekazali?!
Klematisowy Korzeń chwycił go delikatnie za kark, żeby nie wypadł ze żłobka za swoim „mentorem”, a razem z szarpiącym się w zębach szczeniakiem czuł, jak jego reputacja w klanie spada o kolejne dziesięć poziomów.
— Hej, Miodku, ćśś — wymamrotał, wypuszczając szczyla. W jasnych oczach potomka migotały zirytowane iskierki; zapewne wizje tego, jak jego ojciec ginie pomiędzy rozżarzonym pyłem stosu. — Rybi Potop pewnie musiał iść na patrol.
Nie lubił kłamać i podejrzewał, że kłamstwo uplasowałoby kolejne pięćdziesiąt poziomów w dół w hierarchii Miodka. Mógł więc tylko mieć nadzieję na to, że nie skłamał, a Rybi Potop faktycznie dołączył się do Burzowego Gardła, Irysowego Serca i Bursztynowej Łapy, którzy opuścili obóz chwilę wcześniej. (Miał też nadzieję na cierpliwość Rysy i Bursztyna, żeby kolejny jej uczeń nie został pokonany przez te iście wujaszkowe żarty).
— Też chcę iść na patrol — burknął Borowik, przetaczając się na grzbiet. Nad bratem stanęła Gorzka, sugestywnie pacając go łapą.
— Ja poprowadzę patrol!
— W zasadzie to… możemy pójść… ale na spacer — wydukał Klematisowy Korzeń.
Sam nie wiedział, czy zaproponował to dla świętego spokoju, czy żeby Miodek kompletnie go nie znienawidził, ale czteroksiężycowy apostoł nagle się ożywił, mrucząc coś o spotkaniu z Rybim Potopem.
Chwilę później skończył z — na jego szczęście — tylko trójką szczeniaków. Logistyka krótkiej podróży do parku z czteromiesięcznymi szczeniakami, przy czym: dwa z nich wyglądają, jakby miały powtórzyć wiosnę ludów, a jeden mniej lub bardziej sekretnie chciałby odprawić rytuał voodoo, wydawała się wręcz niemożliwa. Sprawy wcale nie poprawiało piekące skórę słońce, ale ruda sierść Borowika nie tylko aparycją upodabniała go do lisa, bo posłużył się brzuchem ojca jak parasolką.
Słoneczny Pysk wydawała się szczęśliwa wizją robienia za ciocię dla pozostałych szczeniaków. Nie zdążył jej ostrzec, że Krzaczek w Minecrafcie prawdopodobnie próbowałby enchantować pochodnie, Rumianek spieprzało, żeby pod pretekstem „Ojeju, zobaczcie, jakie piękne kwiatki!” nawdychać się pyłu, a Dynia… nie, Dynia był najnormalniejszy z nich wszystkich. Naprawdę chciał ją uświadomić o niebezpieczeństwie, ale musiał ratować zapasy Podgrzybkowej Sierści przed staranowaniem Borowika.
— Czy w parku jest jezioro? — dopytywała Gorzka, dotrzymując kroku ojcu i ukrytemu między jego łapami bratu. Miodek szedł przodem, jakby nie po raz pierwszy opuszczał obóz, mimo że było to surowo zakazane; rozglądał się wokoło nie do końca przytomnym wzrokiem, a nuż Gwiezdni czają się za kątem lokalnej budki z kebabem.
— Nie, w parku nie ma jeziora.
— A jest woda? Gorąco mi!
— Jest sadzawka.
— Co to sadzawka?
— Eee… jezioro, tylko mniejsze.
— Czyli jednak w parku jest jezioro!
Dwa księżyce, pocieszał się w duchu. Jeszcze tylko dwa księżyce i to ich mentorzy będą musieli robić za parasol przeciwsłoneczny i encyklopedię definicji zbiorników wodnych. Momentalnie zatęsknił za Konwalijkową Łapą, ale wiedział, że nie będzie z nią tego dnia trenować, dopóki Irysowe Serce nie przejmie funkcji wychowawczych.
Borowik wychylił się zza rudej osłony.
— To park?
Klemats przytaknął. Szybko zrozumiał swój błąd.
— Gorzka, berek! Miodek, lamusie! Biegnij do parku, zanim Infernum cię dopadnie!
Och, wdali się w niego. Przejęli po nim nie tylko rudą sierść, ale i dwie komórki mózgowe na krzyż i kretyńskie pomysły.
Trzy ogniki przecięły ulicę i chaotycznie rozbiegły się po parku. Klematisowy Korzeń wyklinał Darwina, Mendla, porę zielonych liści i tego gołębia, który obrzucił go pogardliwym spojrzeniem, kiedy ruszył biegiem za swoimi kopiami.
Gorzka i Borowik szybko zapomnieli o trzecim królu. Nic dziwnego, jeśli Kacper i Baltazar postanowili się pobić na środku chodnika, na cholerę był im jeszcze Melchior?
Rozdzielił ich z głośnym syknięciem. Jego diabelskie spojrzenie prawdopodobnie w rzeczywistości było mniej diabelskie, niż myślał, że jest, bo Borowik zajrzał Klematisowi prosto w oczy i wpadł w głupawy atak śmiechu.
— Hola, panowie, co Iryska mówiła wam o kodeksie wojownika, hm? Czy tak przypadkiem niezgodne z nim było, żeby atakować członków swojego własnego klanu?
— Ale ten debil…
Korzeń zachłysnął się powietrzem.
— Kto cię nauczył takiego słownictwa, młoda damo?
— Krzaczek.
Nie zdziwił się ani trochę.
— Tato, jest taka sprawa… — Borowik nawet na chwilę nie spojrzał na ojca.
— Borowiku, twierdzisz, że jest coś ważniejszego od łamania kodeksu wojownika?
— Eee… no. Miodek chyba chce porozmawiać z Gwiezdnymi.
Nic nowego, przemknęło mu przez myśl. Miodek często mamrotał do siebie klątwy. Klematisowego Korzenia bardziej zdziwiło to, że Borowik nie wydawał się za specjalnie wierzący, a w związku z tym — fanatyzm brata nie powinien go obchodzić.
— Jaśni Gwiezdni i całe Infernum! — wydarł się, ignorując reprymendowaną dwójkę.
Miodek młócił małymi łapami taflę stawu, jeziora, czy ki chuj tam to nazywali. Zważywszy na to, że nie przeszedł jeszcze swojego treningu z mentorem, aby stać się mistrzem olimpijskim w nurkowaniu, jego pysk na przemian chował się pod powierzchnią wody i wychylał, łapczywie nabierając powietrza.
Korzeń bez zawahania się wbiegł do wody. Rześki strumień rozmył otępienie jego myśli spowodowane gorącem — płynął w stronę skaczącego w stawie Miodka, ale syn, zamiast ułatwiać mu robotę, wyglądał, jakby przed nim uciekał. Woda szumiała mu w uszach, ale nawet pod powierzchnią był w stanie usłyszeć głośne, borowikowe: „HAHA, CZUB SIĘ TOPI!”.
Zamiast myśleć o uratowaniu topiącego się potomka, pomyślał o tym, czy Borowik, mówiąc „czub” miał na myśli jego, czy brata.
W końcu udało mu się wyciągnąć szczenię za skórę na karku. Miodek krztusił się, drżąc na całym ciele.
— Co ci przyszło do głowy? — wymamrotał Korzeń, przejeżdżając językiem po już i tak mokrej sierści syna.
Hmm, przynajmniej nie smakuje jak Gorzka.
— Rybi Potop powiedział, że…
Syknął. Borowik i Gorzka spoważnieli, potulnie przyciskając się do boków ojca, podczas gdy ten tracił kolejne punkty u Miodka.
— Ja jestem twoim ojcem, nie Rybi Potop! — warknął.
Żaden oszołom nie mógł go przecież pozbawić autorytetu, prawda? Nie powinien czuć się zazdrosny, że Miodek bardziej lubi, ba, bardziej ufa wariatowi, który Klematisowego Korzenia przecież szczerze nienawidzi. I choć Korzeń na ogół szanował swój klan, tak miał wrażenie, że gdyby Miodek nigdy nie poznał Rybiego Potopu, pozbyłby się wyrzutów sumienia, że własny syn go nienawidzi.
Naprawdę żałował swojego dziedzictwa. Odszedł od Bezgwiezdnych właśnie dlatego, żeby na powrót być szczęśliwym, trzymać się swojej rodziny, a nawet założyć nową. W ten sposób powstało sześć rudych niedorajd, które nigdy nie powinny dowiedzieć się o przeszłości swojego ojca, a które nie dość, że się dowiedziały, to jeszcze oceniały go przez ten pryzmat.
— Przepraszam, Miodku. Nie chciałem na ciebie nakrzyczeć — zelżał. Klematis nie krzyczał, ale teraz miał ochotę nawrzeszczeć na samego siebie, że był nikim innym, jak durniem.
<Miodku?>
[1161 słów: Klematisowy Korzeń otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

3 marca 2021

Od Klematisowego Korzenia CD Konwalijkowej Łapy

Przynajmniej nie wdepnął w szczurze gówno — tak próbował się pocieszać tuż po ceremonii, kiedy Brzozowy Kieł chichotał z Błękitną Pręgą, jakoby „Klematisowa Łapa” miał otrzymać sześcioksiężycowego mentora. Mogło być gorzej, myślał, następując sobie na własne łapy, żeby chociaż tępym bólem powstrzymać własne machanie ogonem.
Wychodząc ze Starego Domu („Tak, Konwalijkowa Łapo, nie musisz pytać o trening, już idziemy. Eee, nie pytałaś o trening? Ja pytałem. Musiałaś mnie nie usłyszeć. WCALE NIE MERDAM OGONEM JAK SZCZENIAK, BRZOZOWY KLE! Wracając, idziemy na pierwszy trening. Teraz”.) wdepnął w szczurze gówno.
Wycierał ze zjeżoną sierścią własne łapy o krawężnik. Z tyłu głowy miał migoczącą postać Leonisa, który, wpadając w niekontrolowany, acz wyjątkowo wymuszony napad śmiechu, nabijał się z tego, że wielki lider Bezgwiezdnych… to znaczy, teraz co najwyżej wielki mentor Konwalijkowej Łapy, znowu śmierdzi. Przynajmniej Konwalijka miała do niego garść szacunku, bo kiedy rudzielec zmywał z siebie guano, ta rozglądała się dookoła, jakby Klematisowy Korzeń ze szczurzym gównem na łapie w ogóle nie istniał.
— Wujku… To znaczy, Klematisowy Korzeniu, co będziemy dzisiaj robić? — zapytała, kiedy Klematis odetchnął, osypując krawężnik ziemią.
— Mów mi Klematis — poprawił, wypinając pierś tak teatralnie, jakby udawał Jerzego Stuhra, czy innego tam Brzozowskiego.
— Nauczysz mnie polować na parówki?
— Parówki? — powtórzył. Trafiła mu się śmieszka, niespełniona stand-uperka, każdy szczeniak przecież wie, że na te podroby Dwunogów się nie poluje, myślał, ale spojrzenie Konwalijki utwierdziło go w przekonaniu, że wcale nie żartuje. — Konwalijko, skarbie, na parówki się nie poluje.
Zawiesił się, myśląc o tym, jak kiedyś wyrwał Dwunogowi hot doga z rąk, żeby zaimponować Irysce na randce. Może jednak na parówki dało się polować.
— Tata kiedyś przyniósł nam parówki do jedzenia. Mówił, że był w gruzowisku Dwunożnych, zobaczył te parówki, wszystko się zawaliło, traaach! Ledwo udało mu się uciec. Pokazał nam nawet okopconą sierść na ogonie!
— Ten dureń podpalił sobie przypadkowo ogon ogniskiem Dwunogów. — Spojrzała na niego smutno. Szybko wydedukował, że trzeba się poprawić. — Tak, mała, pójdziemy zapolować na parówki. Ale najpierw pokażę ci granice, okej? Nie chciałbym, żebyś przypadkiem wyrwała parówkę z pyska jakiegoś Ognistego.
Przywiązanie Irysowego Serca do Opalowego Promyka wcześniej wydawało mu się absurdalne. Początkowo, zaraz po porodzie ich sześcioraczków, Podgrzybkowa Sierść nieustannie nosił do niej ogórecznik, żeby wspomóc wydzielanie mleka. Mamrotał przy tym coś o stresie, a Rysa, niby to urażona, fukała, że niech Gwiezdni mają w opiece jej biednego Opalka. Czasem miał wrażenie, że dzieci mają nie sześć, a siedem, włącznie z wyrośniętym bobasem o czekoladowobrązowej sierści i wiecznie przerażonym spojrzeniu, jakby parówka berlinka miała go zaatakować.
Jeśli Opal zaliczał się do ich rudego gangu, to włącznie z Konwalijkową Łapą dzieci mieli już osiem.
Zaczęło się wtedy, kiedy żłobek opuściła córka Muszelkowego Nosa, Żabka. Najpierw Klematis myślał, że jako Żabia Łapa zostanie uczennicą Podgrzybka, tyle czasu spędzała u medyka. Kiedy po obozie rozniósł się odór smutku, a żłobek rozchodził rozpacz rodziny, zrozumiał, że Żabka tak naprawdę odeszła.
Konwalijkowa Łapa — wtedy jeszcze Konwalijka — wyglądała na szczerze zdruzgotaną, kiedy razem z Bursztynem zmuszeni byli opowiadać liderce, jak znaleźli swoją półżywą siostrę. I tak jak Bursztyn raczej wolał na wszelkie próby pomocy grymasić i fukać, to uwagę Konwalijki Klematisowi udawało się skutecznie odwrócić, namawiając ją do zwykłej zabawy. Księżyc później tym razem to on znalazł się na dywaniku u Nakrapianej Gwiazdy, kiedy opowiadał przywódczyni, jak to w zamian za bana na zgromadzenia, winna mu była, chociaż zostanie mentorem przyszłej Konwalijkowej Łapy.
Początek pory nowych liści miał zwiastować nowy początek. Został przecież ojcem, wszyscy liczyli też na to, że epidemia minie, łagodząc choróbsko wraz z pierwszymi promieniami słońca. Teraz pora zielonych liści była powiewem świeżości — otrzymując pierwszą uczennicę, klan pokazał, że ponownie mu ufa.
Ruszyli więc w stronę dworca, żeby przejść tam obok granicy Ventusu. Płomiennoruda sierść tańczyła smagana wiatrem, a Klem szybko pożałował, że nie wybrali się nad morze; zniósłby nawet chmarę półnagich Dwunogów, byleby poczuć na futrze wodę zamiast piekącego słońca.
Ostatnim razem na dworcu był, kiedy Leonis próbował pomóc (Leonis w ogóle potrafił pomagać?) mu z raną od postrzału. Zwyzywał go wtedy równo za sam pomysł użycia muchomora na ranę.
Rozchmurzył się na widok kwitnących pól. Podczas pory nagich drzew, wszelka roślinność bywała martwa — lecznicze zielsko było trzy razy ciężej znaleźć. Porą nowych liści pąki dopiero rozkwitały, żeby teraz powitać ich całą gamą kolorów i zieleni.
— Świetnie! — westchnął, kiedy minęli stary, walący się budynek. Przez roztrzaskane szyby do środka wpadały promienie, które oświetlały pokryte chwastami wnętrze. Korzeń uniósł się na tylnych łapach, zaglądając przez okno, ale zmarszczył nos, nie znajdując nic, co przypominałoby ulistnioną łodyżkę o miętowym zapachu. — Możemy tutaj przy okazji znaleźć zioła dla Podgrzybkowej Sierści.
Konwalijkowa Łapa spróbowała wspiąć się do tego samego poziomu co mentor. Widząc, że jej krótkie nogi nie dosięgły parapetu, pochylił głowę, pozwalając jej wejść na swoje barki. Ledwie powstrzymał się przed komentarzem, że tych parówek to chyba jednak jej już wystarczy.
— Co tam rośnie?
Uniósł łeb. Zieleń to zieleń, na chuj drążyć temat?
— Szczypiorek — strzelił.
— Podgrzybkowa Sierść mówił, że to koperek — powiedziała, przechylając głowę w bok, jakby chciała przyjrzeć się roślince pod każdym kątem.
— Koperek nie naprawia zdrowia.
— Podgrzybkowa Sierść mówił, że…
— O, patrz tam!
Ruszył do przodu. Konwalijkowa Łapa niemal od razu zeskoczyła z jego grzbietu, kierując się we wskazane miejsce.
— Co czujesz? — zapytał, kiedy uczennica otworzyła pyszczek, zatrzymując się na środku łąki.
— Psy.
— To Ventus. — Korzeń zbliżył się do niej, wskazując nosem tereny za torami. Konwalijka zaczęła wiercić się podekscytowana, kiedy rudy mówił jej o koniach, czyhających na nich zza stajni i polach, które pokrywała rzesza roślinności. — Dworzec jest terenem należącym do wszystkich klanów, jak plaża czy park. Wiesz dlaczego? — Pokręciła głową. Podkopał jednego z długich chwastów obok łapy uczennicy, żeby ułatwić jej wyciągnięcie jego korzeni. — Dlatego. Pełno tu ziół leczniczych dla Podgrzybka i innych medyków. Wiesz, że pomiędzy medykami zawsze panuje pokój, nieważne, z jakiego klanu pochodzą?
— Pokażesz mi granicę reszty klanów, Klematisie?
— Najpierw musimy wykopać i zanieść do obozu te zioła — wymamrotał, wskazując w stronę zielska. Konwalijkowa Łapa przytaknęła i zaczęła kopać tak samo, jak ja wcześniej. — Jeśli zdążymy przed zachodem, może pójdziemy na wieczorny patrol, żeby oznaczyć granice z Industrią.
Węszył z nosem przy ziemi, próbując wyłapać zapach medykamentów. Przystanął dopiero pod starym, zardzewiałym płotem, który zapewne miał odgradzać dworzec od torów, choć raczej z marnym skutkiem. Teraz wyglądał, jakby przeżył już zmagania ze wszystkimi czterema żywiołami, a kiedy zapewne wcześniej okalał większość tutejszych terenów, obecnie zajmował długość może dwóch lisich ogonów. Oparł się łapami o płotek, chcąc zajrzeć za niego, na wszelki wypadek, gdyby jego drugą stronę porastały zioła… i coś zwaliło się obok niego w trawie.
Nie zdążył nawet powiedzieć „hę?”. Rzucił się biegiem, po drodze wrzeszcząc przeraźliwie do Konwalijkowej Łapy:
— MŁODA, ODWRÓT! ODWRÓT, NATYCHMIAST! AAAAAA, NA GWIEZDNYCH, NIE DZIABNIJ MNIE, NIE, AUĆ, NIE!
Za nim w pogoń krążyła chmara pszczół, wyglądająca, jakby zaraz miała zbezcześcić obóz Flumine podobnie, jak Klematis omyłkowo zbezcześcił ul.
<Konwalijkowa Łapo?>
[1120 słów: Klematisowy Korzeń otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia, Konwalijkowa Łapa 2 Punkty Treningu]

6 lutego 2021

Irysowe Serce rodzi

Nowe szczenięta Flumine, kolejno: Krzaczek, Miodek, Rumianek, Dynia, Borowik, Gorzka, nie wydają się posiadać większych uszczerbków na zdrowiu (poza głupawymi imionami nadanymi przez ojca w postaci przypadkowych słów, foliowej czapeczki drugiego z miotu i wrażliwości czwartego na zwracanie jego uwagi wołaczem: „spójrz!”). Niech Gwiezdni mają ich w opiece, żeby nie powybijali siebie wzajemnie... i klanu przy okazji.





3 lutego 2021

Od Klematisowego Korzenia CD Irysowego Serca

„Korzeń wrócił do Flumine” szybko przestało być plotką.
Z początku klan podzielił się na dwa obozy: jeden, traktujący nowego (starego?) wojownika jak powietrze i drugi, który nie ukrywał wesołego machania ogonem na widok dawnego przyjaciela. A potem Klematisowy Korzeń został „przynieś, wynieś, pozamiataj” (szczególnie pod okiem Burzowego Gardła, który teoretycznie nie ukrywał tęsknoty, ale zrzucaniem na rudego obowiązków widać było, że daje mu nauczkę).
Kiedy emocje po powrocie opadły, Nakrapiana Gwiazda dała mu karę. Nie był do końca pewien, czy liderka faktycznie chciała dorzucić mu więcej obowiązków, czy mściła się za kradzież uwagi Irysowego Serca, ale Klematis zmuszony był zasypiać i budzić się w legowisku uczniów, wykonywać zadania uczniów i ogólnie rzecz biorąc, wszyscy dookoła dogryzali mu, naprawdę traktując go jak ucznia. Początkowo pies dzielił legowisko z Wojowniczą Łapą (niemiłosiernie wiercącym się w nocy), ale nawet jedyny uczniak w klanie szybko je opuścił, otrzymując nowe imię Wojowniczego Mrozu.
A potem Klematisowy Korzeń dowiedział się o tym, że ma szlaban na zgromadzenie klanów. I jakby tego mało, usłyszał, że wkrótce zostanie tatusiem.
Gwiezdni wiedzą, czy bardziej dość mogłaby go mieć Irysowe Serce, czy Nakrapiana Gwiazda.
— Nakrapiana Gwiazdo — jęknął, drapiąc pazurami w drzwi od pomieszczenia liderki, które ta sprytnie zamknęła, żeby uniknąć konfrontacji z Klematisem — Nakrapiana Gwiazdo, ja cię błagam, nie mogę jej zostawić!
— Do stu stokrotek, jest otoczona całą gwardią wojowników!
— Cała gwardia wojowników nie jest równa jedynemu i niepowtarzalnemu mnie! Co, jeśli przez sen ktoś postanowi ją zamordować?! Na przykład, eee… lis, tak, lis! Lis wejdzie do obozu i udusi Irysowe Serce we śnie!
— Co do kurwy nędzy robiłby lis w centrum miasta?
— Mordował Iryskę.
Nie widział tego, ale mógłby przysiąc, że Nakrapiana Gwiazda właśnie przewróciła oczami.
— A jeśli szczeniaki się urodzą i porwie je jakiś jastrząb?
— Jakim cudem technicznie możliwe miałoby być wlecenie jastrzębia przez okno?
Nie wiedział. W lesie czasem niefortunnie zdarzyło się, że drapieżniki porywały maluchy, ale Klematis nigdy nie słyszał o przypadku, gdzie dziki ptak zaatakowałby kogoś na terenie Dwunożnych. Przezorny zawsze ubezpieczony.
— Hej, Klematisowa Łapo! — Wzdrygnął się. Burzowe Gardło zastawił mu drogę do legowiska liderki, po czym pacnął rudzielca potężną łapą w łeb, niby to pieszczotliwie mierzwiąc mu włoski. — Przydałbyś się na coś i nazbierał trochę zielska dla Podgrzybka, co, młody?
Irytacja spowodowana traktowaniem go jak ucznia chwilowo przeminęła. Wrócił na ziemię, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji — to nie były byle jakie ziółka, które można było pomylić ze stokrotką, rumiankiem czy inną konopią. Nad tajemniczą rośliną wisiało fatum zdrowia członków jego klanu, których Klematis za nic nie chciał zawieść; nie po raz drugi. Co jeśli Irysowe Serce by się rozchorowała? Niepewność czuwała już nad Flumine, odkąd Podgrzybkowa Sierść zdiagnozował objawy choroby (tej, która położyła Ciemną Gwiazdę na zgromadzeniu) u dwóch ze szczeniąt Muszelkowego Nosa. Niedawno urodzone Tulipanka i Żabka musiały zostać odseparowane od rodzeństwa, żeby zgodnie z zaleceniami medyka uniknąć rozprzestrzeniania się choróbska, ale Klematisowy Korzeń jako pies o delikatnym sercu i będący przyszłym ojcem patrzył ze smutkiem na żałośnie pokaszlujące szczeniaczki, które piszczały, chcąc wrócić do swoich braci.
— Tak jest, Burzowe Gardło — wymamrotał wojskowo. Zadowolony podporządkowaniem się mu starszy wojownik oddalił się, zapewne po to, żeby opieprzyć pozostałych Wodnych, żeby ruszyli się do roboty.
Rudy zerknął kątem oka na odchodzącego wuja, po czym ruszył w przeciwną do wyjścia z obozu stronę. Oczywiście nie skłamał Burzowemu; miał zamiar wykonać obowiązek zbierania ziół, ale… nie sam.
Irysowe Serce na pewno nie odmówi pomocy Flumine.
Miał wrażenie, że Rysę już wystarczająco denerwuje spowodowana ciążą chwilowa bezczynność. Zmuszono ją do odstąpienia od pewnych obowiązków zastępczyni, a większość czasu musiała spędzać w nudnym żłobku, co jakiś czas odwiedzana przez Podgrzybkową Sierść.
Zajrzał więc do żłobka. Muszelkowy Nos drzemała, co jakiś czas otwierając jedno oko, żeby spojrzeć, czy jej szczenięta jeszcze żyją. Irysowe Serce, celnie wpatrzona w sufit, leżała do góry brzuchem na podłodze.
Zerwała się niemal natychmiast, kiedy ujrzała rudy łeb wystający zza drzwi.
— Hola hola, młoda damo, nie tak szybko! — wymamrotał, podpierając bok partnerki, kiedy ta prawie wyglebiła się przez nagły zawrót głowy.
Zanim Irysowe Serce zdążyła w ogóle otworzyć pysk (zapewne po to, żeby zaprotestować, bo przecież umie sobie poradzić, dlaczego do cholery Korzeń jest taki nadopiekuńczy?), zostali zbombardowani przez skaczące, różnokolorowe kule futra.
— Wujku Korzeniu! — Konwalijka wyszczerzyła drobne ząbki. — Opowiedz mi historię!
Klematis chciał się wymknąć; przyszedł tutaj po Irysowe Serce, poza tym epidemia nie była żartem, powinni jak najszybciej nazbierać medykowi zapas ziół. Jednak nie zdążył wymyślić szybkiej wymówki dla Konwalijki (i wlepiającej w niego oczy gromadki rodzeństwa), bo Muszelkowy Nos i Irysowe Serce równocześnie spiorunowały go takim wzrokiem, jakby nie miał w ogóle wyboru odmówić małej suczce.
— Och… to… a słyszeliście już tę historię, jak wasz tata, oczywiście kiedy byliśmy jeszcze w lesie, wpadł do jeziora, uciekając przed kurą Dwunożnego? — zmyślił.
Szczeniaki rozejrzały się po sobie.
— Nie, nie! Opowiadaj!
Parsknął życzliwym śmiechem, starannie układając ogon na łapach, po czym przybliżył się do gromadki, żeby wyszeptać im coś na ucho.
— To tajemnica — szepnął. — Nie mówcie Brzozowemu Kłowi, że wam powiedziałem, jasne? Zapytajcie go sami.
Rodzeństwo jak zaczarowane zamknęło pyszczki, nagle zdesperowane, żeby dochować wujowej tajemnicy. Kiedy dzieciaki namawiały się między sobą, jak sprytnie zmusić do mówienia swojego ojca, Klematis popchnął delikatnie Rysę w bok, dając jej znak, że powinni się ulotnić, póki kaszojady nie zaczną zadawać więcej pytań.
Kiedy ruda para wyszła z obozu, Irysowe Serce stanęła przed partnerem, marszcząc czoło.
— Coś się stało?
— Nie, nie — parsknął. — Burzowe Gardło wysłał mnie po zioła dla Podgrzybkowej Sierści. Pomyślałem, że chcesz się wyrwać z klanu.
— Och, naprawdę? — prychnęła z nutą złośliwości w głosie. — I twierdzisz, że się nie przeziębię od spaceru? W trakcie pory nagich drzew? W ciąży?
— Nie prowokuj nadopiekuńczego Klematisa, bo wyśle Nakrapianą Gwiazdę, żeby cię śledziła. — Szybko spoważniał, zastępując uszczypliwości kolejną dozą prostej troskliwości. — A tak w ogóle… jak się czujesz?
— Nie prowokuj Rysy w ciąży, bo zaraz puści pawia.
Odsunął się. Tak na wszelki wypadek. Tymczasem Irysowe Serce zdążyła go wyminąć i, z pełnią gracji kobiety w zaawansowanej ciąży, ruszyła w kierunku, gdzie potrzebne zioła były najczęściej spotykane. Klematisowy Korzeń, jak potulny piesek, dołączył do niej uderzenie serca później.
— Wiesz, jak wyglądają te zioła?
— Parę dni temu je zebrałam… znaczy… — urwała, wiedząc, że Nadopiekuńczy Klematis™ bardzo chętnie udziabałby ją za to w ogon — ...widziałam je parę dni temu. Mają długie łodygi i są dobrze ulistnione.
Skinął głową. Potem zrobi jej referat na temat uważania na siebie.
Słońce przygrzewało ich futra — pora nagich drzew już dobiegała końca. Brudny śnieg rozpuszczał się pod łapami, a przechodząc obok parku, mogli zauważyć wystające spod cienkiej warstwy puchu przebiśniegi. Zima zawsze dawała psom w kość, szczególnie pod względem chorób, więc Klematis liczył na to, że wraz z porą nowych liści nadejdzie nowa era dla klanów i epidemia zniknie tak szybko, jak się pojawiła.
Rozdzielili się, kiedy na horyzoncie widoczny był już dworzec i granice z Ventus. Co prawda, Klematisowy Korzeń co chwilę zerkał w stronę partnerki, tak na wszelki wypadek, gdyby coś chciało ją pożreć żywcem, a to zdecydowanie utrudniało mu skupienie na ziołach… wystarczająco na tyle, żeby rudzielec wpadł łapą w niewielki dołek, ryjąc pyskiem o śnieg.
Korzeń udawał, że nie słyszy, kiedy Irysowe Serce parsknęła śmiechem.
— Pomóc ci? — zagaiła, przypatrując się nieudolnemu wojownikowi, który próbował wydostać kończynę z dziury.
— Poradzę sobie — wymamrotał.
Jego futro musnęło o coś delikatnego i krzaczastego.
— Hej, coś tu jest — mruknął do Iryski, choć wątpił w to, żeby w przypadkowym dołku znaleźć oczekiwaną roślinę. Wydostał łapę i, nim zajrzał do środka, wcisnął do dziury już celowo swój pysk, żeby pociągnąć zioło za kruchą łodyżkę.
<u go girl>
Klematisowy Korzeń wyciąga z dziury dużą kępę ziół. Flumine otrzymuje 20 ziół.
[1233 słowa: Klematisowy Korzeń otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]