Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dym †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dym †. Pokaż wszystkie posty
30 maja 2022
Dym umiera
Dym umarł śmiercią szczęśliwą, trafiając do Vanity. Możemy go pożegnać razem z Piripiri w opowiadaniu o jej najsmutniejszym dniu życia.
12 grudnia 2021
Od Dymu do Kurki
Stało się, ta chwila musiała nastąpić, Miękkiej już z nami nie było.
Jej ciało zostało znalezione, wskazywało na walkę, jej ostatnią walkę. Z wywiadu dało się wywnioskować, że nie tylko ona odeszła. Nie było jak jej pomścić. Moje serce waliło jak oszalałe, złość, gniew, nienawiść, strach i niepewność przeszywały całe moje ciało. Musiałem wziąć się w garść, choć nie potrafiłem. W moim życiu działo się wiele. Dopiero co poznałem niedawno Pumę, która wydawała mi się miłością mojego życia. Na chwilę stałem się beztroskim psem. Wystarczyło stracić czujność na ułamek sekundy. Czy to naprawdę, oznaczało, że nie zasługiwałem na szczęście? Zacząłem się obwiniać za śmierć Miękkiej. Może gdybym nie stał na warcie, wyczułbym zagrożenie. Wtrącił się i uratował sytuację, może wtedy Miękka by żyła. Te myśli nie dawały mi spokoju. Moje serce znowu zaczęła oplatać betonowa zbroja. Postanowiłem wybić sobie miłość z głowy, oczyścić myśli. Musiałem znowu stać się twardym psem, jeśli miałem ogarnąć ten cały obowiązek, który na mnie spadł jak głaz. Ciężko mi było oswoić się z nową sytuacją, momentami nie ogarniałem rzeczywistości, nie byłem w stanie się pozbierać. To była moja słabość, byłem beznadziejny, nie dało się nawet odczuć mojej obecności jako lidera, jednak postanowiłem, to zmienić. Moja żałoba się skończyła, teraz nastał czas, aby nadrobić wszystko.
***
Kilka tygodni później
Bycie Liderem momentami mocno mnie irytowało. Nie zamierzałem jednak siedzieć w jednym miejscu i głowić się nad rozwiązaniami problemów. To nie dla mnie. Był wczesny poranek, słońce dopiero co zaczęło wschodzić. Nocny patrol za chwilę kończył zmianę.
— Jesteście. — Spojrzałem na wojowników.
Cztery psy tylko przytaknęły wśród nich byli: Księżyc, Świt, Mlecz, Bóbr.
Ruszyliśmy w stronę wysypiska śmieci. Tam Mlecz zmienił się z Miętą.
— Coś się działo w nocy? — spytałem, patrząc na Miętę.
— Nie, o dziwo nikt się nie kręcił, nudy. Pozwól, ale jestem zmęczona. — Po tych słowach Mięta odwróciła się i ruszyła w stronę obozu.
Nie była zbyt wylewna, ostatnio nasze relacje mocno się pogorszyły.
Wraz z resztą ruszyłem dalej, przy cmentarzu stróżowała Lotos, którą zmieniał Księżyc.
— Kilka dwunogów przyszło dzisiejszej nocy — oznajmiła — zapałali tylko te dziwne światełka.
— Czyli standardowo, możesz wracać.
Lotos tylko przytaknęła, ruszyła na spoczynek po długiej nocy.
Kawałek dalej przy kościele krążył Jazgot. Bóbr poszedł do niego, zamienił z nim kilka słów. Jazgot wymienił ze mną spojrzenia, po czym ruszył na stare blokowiska. Również i my się tam udaliśmy, naszej kryjówki pilnował Żonkil, którego zmiennikiem był Świt.
Po porannym obchodzie, zmianie warty czuwającej nad naszymi terenami, udałem się do Rudzika, Chwasta i Cienia.
— Gotowi?
— Na co? — spojrzeli na mnie zdziwieni.
— Dzisiaj tak wy zapewnicie klanowi pożywienie.
— Idziemy na polowanie? — mruknął Chwast.
— Tak, dzisiaj wykażecie się zdolnościami łowieckimi.
— Mamy tak beznadziejne tereny, że tutaj ptaka złapać nie ma jak — prychnął Cień.
— Aby w końcu dobrze zjeść, musielibyśmy włamać się na tereny innego klanu, Ventus mają pola, na pewno tam znajdziemy jakąś sarnę — zaproponował Rudzik.
— Nie... Idziemy na tereny neutralne.
— Tam nie ma nic ciekawego — westchnął Cień.
— Idziemy na Płyciznę — odparłem i ruszyłem.
Młodzi mieli za zadanie łapać wszystko, co nada się do zjedzenia. Nie obyło się bez wygłupów, sprzeczek, i bycia całymi mokrymi. Jednak wróciliśmy z kilkoma rybami, jakimiś krabami, owocami morza. Gdy wszystko znalazło się na miejscu, reszta klanu przybyła, aby się pożywić.
Oddaliłem się nieznacznie, po czym na końcu zjadłem to co pozostało.
Słońce było już wysoko na niebie, w pewnej chwili usłyszałem dziwny dźwięk w oddali. Jakby ktoś z naszych wpadł w kłopoty.
Poderwałem się i ruszyłem za odgłosami, dobiegającymi ze strony wysypiska.
<Kurko?>
[568 słów, Dym otrzymuje 5 punktów doświadczenia]
11 września 2021
Od Dymu CD Pumy
Moje serce zaczęło bić szybciej. Nie wiedziałem, czy to sen, czy jawa? Nie przecież nie śpię, to naprawdę się wydarzyło. Byliśmy parą, czułem się nieswojo przez chwilę. Wewnątrz aż skakałem z radości, jednak stać mnie było na merdanie ogonem jak jakiś mały szczeniak. Nie potrafiłem opisać tego co czuje, ale jeśli to są motyle w brzuchu, to mogę mieć ich tysiące. Musieliśmy jakoś uczcić naszą wspólną decyzję. Myślałem dość intensywnie, co mógłbym zaproponować. Nagle mnie olśniło, nie mogłem zapomnieć o swoich obowiązkach.
— Co powiesz, abyśmy spędzili dzisiejszą noc pod gwiazdami. Jest okres spadających gwiazd, to może być fajny widok — zaproponowałem. Bacznie przyglądałem się reakcji Pumy. Chyba była w podobnym rozanielonym nastroju. Jej ogon również kołysał się na boki.
— Z tobą zawsze.
— W takim razie widzimy się gdy niebo będzie usłane tysiącami gwiazd, znajdę cię.
— Uciekasz już ?
— Przepraszam, odprowadzę cię, na pewno ci to wynagrodzę — lekko polizałem ją w pyszczek.
Ruszyliśmy żwawo na blokowiska. Rozejrzałem się dookoła. Pobiegłem zmienić jednego z patrolujących wojowników. Pierwszy raz tak bardzo mi się dłużyło. Jednak gdy w końcu moja zmiana dobiegła końca, a niebo usłane było gwiazdami, ruszyłem w poszukiwaniu Pumy.
— Tutaj cię mam! - krzyknąłem, radośnie podbiegając.
— To gdzie idziemy na te gwiazdy ?
— Zobaczysz! — powiedziałem pełen entuzjazmu i energii. Sam jej widok już naładował moje akumulatory na maksa. Zabrałem Pumę na Płyciznę znajdująca się pod stromą wydmą. Nie musieliśmy wcale stać w wodzie, aby było widać w niej odbijające się niebo.
— Czyżbyś wybrał płyciznę, w obawie o to bym znowu się nie podtopiła?
— Czytasz mi w myślach.
Na chwilę weszliśmy do wody, patrząc raz w niebo, raz w jego lustrzane odbicie w wodzie. Potem zaś ułożyliśmy się na pasku.
— Zobacz Dym, spadająca gwiazda!
— Pomyśl życzenie, tylko nie mów na głos, bo wtedy się nie spełni.
— Mówisz poważnie ?
— Tak — zaśmiałem się, patrząc w jej piękne oczy.
— Naprawdę wierzysz w takie przesądy ?
— Wole zachować ostrożność — zaśmiałem się
<Puma?>
[331 słów: Dym otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]
18 czerwca 2021
Od Dymu CD Pumy
Możliwość spędzania czasu z Pumą sprawiała mi ogromną radość. To było dziwne uczucie, dlaczego tak bardzo chciałem, aby była blisko mnie. Lubiłem ją obserwować, rozmawiać z nią, wymieniać się doświadczeniami życiowymi. Im bardziej poznawałem jej świat, tym bardziej byłem spragniony jej towarzystwa. Po zakończonym patrolu udaliśmy się na plażę. Postanowiłem jednak zostać na brzegu. Przez dłuższą chwilę patrzyłem się na nią jak głupek, po prostu się zagapiłem. Dostrzegłem jej atuty fizyczne, to jak pięknie się porusza. Jak słodko wyglądała gdy woda zmoczyła jej sierść, była naprawdę urocza. Jednak w ułamku sekundy woda zakryła ją całą. Podniosłem się i wpatrywałem w wodę. Serce skoczyło mi do gardła. Ruszyłem biegiem i wskoczyłem do wody. Nerwowo rozglądałem się, wziąłem głęboki wdech, wstrzymałem oddech i zanurkowałem. Otworzyłem oczy pod wodą, jednak na nic mi się to nie zdało. Widoczność była zerowa, do tego słona woda od razu podrażniła moje oczy. Nerwowo machałem łapami, schodząc coraz niżej, wyczułem ją pod moimi przednimi łapami. Na oślep, otworzyłem pysk, łapiąc ją za skórę. Mocno odepchnąłem się od dna tylnymi łapami. Wynurzając się na powierzchnię, otworzyłem oczy. Ile sił w łapach wiosłowałem w stronę brzegu, gdy poczułem grunt wraz z nieprzytomną Pumą, wyszedłem na brzeg.
— Nie zasypiaj, nie możesz zasnąć, słyszysz mnie!?
Bylem zdenerwowany, martwiłem się o nią naprawdę.
— Puma! Żyjesz? — Uniosłem się poddenerwowany, zobaczyłem, że jej powieki zaczynały się otwierać, a klatka się unosiła.
Gdy jej oczy się otworzyły, poczułem ulgę, w przypływie emocji nachyliłem się lekko i otarłem swoim pyszczkiem o jej pyszczek.
— Nie strasz mnie tak. Błagam Cię! — westchnąłem.
Puma lekko zamerdała ogonem, wzięła kilka głębokich oddechów.
— Nic mi nie jest. — Powoli zaczęła się podnosić.
— Musi Cię zobaczyć Leonis.
— Naprawdę, już jest dobrze, nic mi nie jest — uparła się.
Pokiwałem przecząco głową. Nie podobało mi się to. Naprawdę ta sytuacja wyglądała bardzo niebezpiecznie, tym bardziej nie zmierzałem jej odpuścić. Nie zgodzę się na to, aby ot, tak sobie po prostu olała sprawę i wróciła do normalnego funkcjonowania. Powoli ruszyłem w stronę obozu, cały czas bacznie obserwując Pumę, szedłem powoli, nie chciałem narzucać szybkiego tempa. Martwiłem się, aby nie okazało się, że woda dostała się do płuc. Po powrocie do obozu złapałem lekko Pumę za ucho i zacząłem iść w stronę medyka.
— Ałaaaa! Dym co ty robisz? — warknęła.
— Idziemy — powiedziałem przez zęby.
Gdy Leonis nas zobaczył, przewrócił oczami. Nie był zachwycony. Puma zaś stawiała opory, ale przejąłem inicjatywę.
— Proszę, zbadaj ją, podtopiła się lekko — wyjaśniłem.
Leonis niechętnie obejrzał moją towarzyszkę. Zadał jej kilka pytań, po czym na chwilę zniknął. Gdy wrócił, przyniósł jakiś dziwny proszek.
— Dodawaj to przez trzy dni do jedzenia. Będzie dobrze.
Zadowolony z siebie wyszedłem wraz z Pumą od medyka, suczka wydawała się być na mnie obrażona, ale co ja poradzę, że się o nią martwię to silniejsze ode mnie.
— Nie musiałeś, mnie tak ciągać.
— Przepraszam Cię, ale martwiłem się o Ciebie.
— Jasne, ale dzięki za ratunek. — Uśmiechnęła się lekko.
— Nie masz, za co to mój obowiązek. — Zamerdałem ogonem.
— Tak jasne rozumiem.
Odprowadziłem Pumę do jej legowiska.
— Odpocznij, masz trzy dni wolne od patrolu i treningu.
— Nie, przyjdę na trening, nie chcę mieć zaległości — zaprotestowała.
— Proszę Cię, odpuść sobie jutrzejszy trening. Chociaż zrób sobie wolne.
— Kto za mnie pójdzie na patrole przez ten czas?
— Spokojnie znajdę zastępstwo, albo sam pójdę, a ty się oszczędzaj.
Poszedłem na miejsce posiłku, wyrwałem spory kawałek mięsa z dzika i zabrałem do Pumy.
Położyłem przed jej legowiskiem, tak aby nie zauważyła mnie i wróciłem do swoich zajęć.
Następnego dnia było dziwnie bez Pumy na treningu, czułem tęsknotę, czegoś mi brakowało. Szczerze nie mogłem się doczekać do czasu wolnego. Po obowiązkach, spotkaniu z Jazgotem i Miętą udałem się sprawdzić, jak się miewa Puma.
— Cześć, jak się dzisiaj czujesz?
— O wiele lepiej! — Zamerdała ogonem.
— Jadłaś coś dzisiaj?
— Jeszcze nie.
— To może skoczymy razem, dzisiaj mamy jakieś ptaszydło, ale starczy dla każdego po jednym.
— Jasne, chętnie w sumie to umieram z głodu.
Ruszyliśmy więc na nasz pierwszy posiłek tego dnia. Znowu czułem, że ten dzień ma sens. Po dotarciu na miejsce sięgnąłem po jednego gołębia, zacząłem starannie oskubywać go z piór. Zerkałem co jakiś czas, jak radzi sobie moja towarzyszka. Ptasie pióra łaskotały mój nos, to sprawiało, że niemal co chwilę wydawałem z siebie prześmieszne dźwięki. Puma nie mogła się powstrzymać i zaczęła się śmiać ze mnie. Był to dość uroczy dźwięk dla moich uszu.
— To nie jest zabawne — mruknąłem lekko poirytowany.
— Oj daj spokój — zaśmiała się.
Złapałem piórko w pysk i skoczyłem na nią. Suczka wylądowała na grzbiecie, a ja dość skutecznie zacząłem łaskotać ją po nosie. To wywołało bardzo podobną reakcję do mojej. Teraz to ja miałem się z czego śmiać. Nagle poczułem czyjś wzrok na sobie. Od razu się opamiętałem, wypuszczając Pumę z uścisku i nerwowo obejrzałem się za siebie. Moim oczom ukazała się niezadowolona, zażenowana, obrażona, Mięta. Czym prędzej odwróciła głowę, aby na nas nie patrzeć, udając, że jej to nie interesuje.
— Coś się stało — w głosie Pumy usłyszałem troskę i lekki smutek.
— Nie nic, nie wiem czemu? Mięta się ostatnio na mnie obraża, kłócimy się o wszystko, mam wrażenie, że zaczęła mnie niemal unikać celowo.
— Może powinieneś z nią szczerze porozmawiać? — zaproponowała.
— Próbowałem, ale jedyne co słyszę to, że nie podoba jej się, moja relacja z tobą.
— Może jest zazdrosna, do tej pory byliście nierozłączni, spędzaliście ze sobą wolny czas, teraz dzielisz go też ze mną. Przyzwyczaiła się do Ciebie, może to ją irytuje? — zasugerowała.
— Możesz mieć rację, ale co mam zrobić? Zrezygnować z naszej relacji tylko dlatego, że Mięcie się ona nie podoba, przecież to by było całkiem bez sensu.
— Nie wiem, chciałabym Ci pomóc, ale ciężko jest mi tobie doradzić. Przecież, jej nie olewasz, widzę, że się dwoisz i troisz, aby dla każdego znaleźć czas. Masz też masę obowiązków. Wojna wisi w powietrzu, trenujesz wojowników, patrolujesz z Miętą i ze mną. Wraz z Jazgotem szukasz zabójcy Szyszki i tak jestem pełna podziwu, że znajdujesz czas na to wszytko.
— Jazgot! — niemal krzyknąłem.
Puma spojrzała na mnie zaskoczona.
— Przepraszam Puma, zapomniałem, muszę jak najszybciej go znaleźć. — Złapałem gołębia między przednie łapy, po czym zacząłem go oskubywać z mięsa. Zostawiłem same kosteczki, następnie rzuciłem się biegiem w poszukiwaniu Jazgotu.
Gdy go znalazłem, odetchnąłem z ulgą. Musieliśmy przeprowadzić długą poważną rozmowę, sam na sam. Gdy wszytko było już jasne, wróciłem na teren obozu. Udałem się na patrol w zastępstwie za Pumę. Chodząc samotnie, miałem czas na własne przemyślenia.
Od dawna gryzło mnie, to dziwne uczucie, którym darzyłem Pumę, nie była to zwykła sympatia. Czułem, że to coś więcej, dlaczego tak bardzo chce spędzać z nią czas? Czemu sprawia mi to tyle radości? Dlaczego zaczynam się czasami przy niej denerwować? Nad wyraz martwiłem się o jej zdrowie gdy się podtopiła. Dlaczego tak bardzo serce waliło mi jak ją przytuliłem? Gdy jej nie widziałem dłużej niż kilka godzin, czułem tęsknotę. Jednak czy Ona czuła to samo do mnie? Chciałem się tego dowiedzieć. Jednak co jeśli nie? I mnie wyśmieje, albo odrzuci?
Czy to przekreśli wtedy nasza całą przyjaźń i długo budowaną relację? Co jeżeli jednak czuje to samo co ja? Ale jeśli zaniedbam ją przez nadmiar obowiązków? Lub zbyt emocjonalnie podejdę do niej, przez co spapram wojnę? Jak będę umieć rozdzielić uczucie od obowiązków, aby traktować ją na równi z resztą? Przecież nie mógłbym dawać jej fory lub faworyzować tylko dlatego, że bylibyśmy razem. To było tak bardzo skomplikowane.
Musiałem się ogarnąć, teraz był czas na patrolowanie okolic wysypiska, a nie rozwiązywanie swoich emocjonalno-uczuciowych problemów i życiowych rozterek. Przyłożyłem nos do ziemi, łapiąc wszystkie zapachy. Jeden z nich nie zgadzał się, nie kojarzyłem go z nikim znajomym. Udało mi się odseparować tę woń od reszty i ruszyłem jego tropem. Trop zaprowadził mnie do jednej z dziur w ogrodzeniu wysypiska, przecisnąłem się przez nią. Gdy trop się urwał nerwowo rozejrzałem się.
W pierwszej chwili przyszło mi na myśl. Jakiś pies z innego klanu wdarł się na nasze terytorium. Druga opcja, jaka przyszła mi do głowy to, że włóczędzy musieli wedrzeć się na wysypisko w poszukiwaniu jedzenia albo materiałów, tylko po co? Zastanawiało mnie tylko dlaczego jego zapach rozmył się i zniknął. Dla bezpieczeństwa obszedłem jeszcze wielki obszar, być może uda mi się jeszcze złapać trop. Niestety, tak jak się obawiałem, wyparował. Byłem lekko sfrustrowany. Krążenie bez sensu, było strata czasu. Wróciłem więc na wysypisko i dokończyłem patrol. Po powrocie udałem się do Pumy. Przemyślałem sprawę, chciałem jej wyznać to co czuję. Gdy tylko ją ujrzałem, znowu ogarnęła mnie radość. Nie byłem jednak pewny jak mam zacząć tę rozmowę.
— Cześć, jak się czujesz? — spytałem, naprawdę zainteresowany.
— Wszystko dobrze. Jak było na patrolu?
— Jakiś włóczęga wdarł się na wysypisko, najgorzej, że gdy poszedłem za jego tropem, nagle wyparował, obszedłem jeszcze spory teren, ale już nie odzyskałem go. Dziwne, czyżby miały jakieś metody na kamuflowanie swojego zapachu.
— Słyszałam, że podobno są rośliny, które jak się w nich wytarzasz, neutralizują twój zapach.
— Znasz może, jak się nazywają? — Spojrzałem na nią pytająco.
— Nie, słyszałam tylko, że takie są.
— Chciałbym z tobą porozmawiać, ale na osobności.
— Jasne coś się stało?
— Nie spokojnie, ale dasz się zabrać na spacer?
— Tak. Dokąd idziemy?
— Może na opuszczony dworzec kolejowy?
— No okey. — Lekko się skrzywiła.
Ruszyliśmy spokojnym krokiem, zależało mi, aby mieć pewność, że będziemy sami. Nikt nie będzie, słyszał mojego żałosnego wyznania. Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej się stresowałem, serce biło mi jak dzwon. Totalny mętlik w głowie, niemal zapomniałem wszystkiego co miałem jej powiedzieć. Nerwowo zacząłem oblizywać wargi.
— Coś się stało Dymie? — Puma spojrzała na mnie lekko.
— Nie spoko nic mi nie jest.
Gdy dotrawiliśmy na miejsce, nie było już odwrotu. Usiadłem, a Puma zajęła miejsce naprzeciwko mnie. Zaciekawiona wlepiła we mnie swoje spojrzenie.
— To, co chciałeś mi powiedzieć?
— Nie wyśmiejesz mnie?
— No nie, dlaczego miałabym to zrobić?
Zebrałem się w sobie, kumulując całą swoją odwagę. Wziąłem głęboki oddech.
— Chciałem, abyś wiedziała, to dziwne dla mnie, ale jak jesteś przy mnie, to czuję się szczęśliwy. Tylko nie przerywaj mi, proszę. Czuję, że żyję, lubię z tobą rozmawiać, i spędzać czas, jak Cię nie ma obok, to zaczynam tęsknić. Potrzebuje spędzać z tobą czas, bo to daje mi siłę. Nie wiem jak to nazwać albo podobasz mi się, ja chyba się zakochałem w Tobie. Nie musisz odwzajemniać tego, nie chcę Cię zmuszać do niczego, chciałbym, abyś to wiedziała. — Odetchnąłem z ulgą gdy w końcu to z siebie wyrzuciłem. Nie spodziewałem się żadnej odpowiedzi, nie wiedziałem, jak Puma zareaguje. Jednak naprawdę kamień spadł mi z serca.
<Puma?>
[1717 słów: Dym otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]
26 maja 2021
Od Dymu CD Jazgotu
Musiałem poważnie porozmawiać z Miękką. To wszystko wymykało się spod kontroli. Miałem jej poparcie w każdej mojej decyzji. Odkąd pamiętam, nie sprzeciwiła się mi ani razu, przytakując i przyklaskując na wszystko, co powiem. Nie zwracam honor, odradzała nam pójście na zgromadzenie, jednak mimo odmiennego zdania nie zabroniła nam iść. Wszyscy działaliśmy pod wpływem emocji. Nawet Jazgot, który zaczął się wtrącać. Podważać nasze zdanie, wydawało mi się to niedorzeczne, jak bardzo jest pyskaty. Bycie lojalnym wobec lidera to podstawa. Nie wytrzymałem, musiałem wyprosić młodzieńca, robił za dużo szumu wokoło siebie. Gdy tylko opuścił legowisko Miękkiej, wróciliśmy do kontynuowania naszej rozmowy.
— Domyślasz się Dymie, kto mógł dopuścić się tak ohydnego aktu okrucieństwa?
Analizowałem wszystko, co miałem w głowie, usiłowałem sobie przypomnieć zapach każdego psa ze zgromadzenia. Porównać to wszystko w głowie. Jednak miałem pustkę. To sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej bezradny. Tym bardziej że to był mój jedyny wolniejszy dzień od pracy, który spędziłem w miłym towarzystwie Pumy. Tamtego dnia pogoda była prawie idealna. Powietrze było takie świeże, a zarazem trochę wilgotne co było bardzo dobrym połączeniem. Mieliśmy pełno tematów do rozmów, czas bardzo szybko leciał, zaś po powrocie czar prysnął tamten dzień okazał się być tragiczny. Tym bardziej czułem żal do samego siebie, że na kilka godzin odpuściłem. Nie mogłem powtórzyć tego błędu, zapewne gdybym zamiast wylegiwania się na plaży był na miejscu, krążąc nieopodal, na pewno zawróciłbym niesforną dwójkę, a to cale wydarzenie nie miało prawa, by się odbyć.
— Nie, próbowałem przepytać drugie szczenię, jest zbyt wystraszony, nie wskaże nam oprawcy.
— To za wcześnie dla niego.
— To zostanie z nim do końca życia — westchnąłem.
Czułem, że nie wiem co mam zrobić. Mógłbym sam pozbyć się mordercy Szyszki, wynegocjować, aby nam go wydali i się z nim rozprawić. Jednak tutaj chodziło o stawienie czoła, wrogom. Pokazanie naszej siły. Może i kiedyś brzydziła mnie przemoc, jednak są granice. Nie mógłbym tak po prostu żyć z myślą, że nie zrobiłem kompletnie nic. Czy wojna jest rozwiązaniem? Czułem, jak byliśmy postawieni pod ścianą, atakowani ze wszystkich stron, włóczęgi ten potwór z Tenebris. Szczerze na zgromadzeniu jedyną sensowną osobą wydawała się właśnie Biała Gwiazda, a tutaj proszę, jej członkowie klanu nie są tacy święci, jak mogłoby się wydawać. Miałem oko na wszystkich, mimo braku wiary mieliśmy w sobie więcej moralności niż morderca Szyszki.
— Musimy wiedzieć, jak ogromną przewagę mają nasi wrogowie — oznajmiła Miękka.
— Mam udać się na przeszpiegi?
— Tak, tylko nie daj się złapać.
— Jasne, a nawet jeśli mnie schwytają, zniszczę ich od środka.
— Musisz iść wypowiedzieć wojnę Białej, wykorzystaj tę okazję do sprawdzenia ich.
— Tak zrobię. Jeśli znajdę mordercę?
— Zabij go, jednak pamiętaj, chcemy, aby poznali naszą siłę jedna ofiara to stanowczo za mało.
Przytaknąłem, jednak miałem wątpliwości co do jednej kwestii, którą musiałem poruszyć.
— Ostatnio wraz z Miętą spotkaliśmy kolejnych włóczęg. Najwidoczniej pogonienie ich przyniosło odwrotny, niż się tego spodziewaliśmy.
— To było dawno temu. Zanim wypowiemy wojnę, musimy oczyścić teren.
— Mamy pozbyć się tyle włóczęg ile się da?
— Wykorzystaj to w treningu do wojny Dymie, wierzę, że Ci się uda.
Dlaczego wszystkim muszę zajmować się ja, przecież mamy tyle psów w sforze. Gdybym był zwyczajnym szarym wojownikiem, nie musiałbym się przejmować niczym. Otrzymywałbym rozkazy z góry i je wykonywał.
— Czy mogę już odejść?
— Tak. Zdaj raport z porannego treningu.
Wyszedłem od liderki, musiałem znaleźć Jazgota. Jego zachowanie było karygodne. Złapałem jego trop i udałem się do miasta. Tak spotkałem niesfornego młodzieńca, który uważał, że wszystko wie najlepiej.
— Nie muszę Ci chyba odpowiadać. — Uśmiechnąłem się podstępnie w jego stronę
Ten jeden mały gest rozluźnił nieco atmosferę, jednak nie na długo. W wielu rzeczach nie zgadzaliśmy się z młodym.
— Czujesz coś?
— Tylko kundle dwunogów i nikogo kto należałby do klanu.
— Co z włóczęgami?
— Miękka, chce, abym ich powybijał pojedynczo jak kaczki, wykorzystał treningi, aby ich zabić.
— Coś z rodzaju polowania, tylko zamiast na zwierzynę to na nich?
— Tak dokładnie, polowanie na włóczęgi.
— To nas osłabi! Przecież sam mówiłeś na zgromadzeniu, nie można ich lekceważyć!
— Będziemy trenować w grupach jedna duża, przed posiłkiem druga po posiłku.
— Jak chcesz podzielić grupy?
— Rankiem zjawiają się wszyscy poza patrolem nocnym i obecnym, szczeniętami w tym czasie będzie się zajmowała Miękka po posiłku Ci, co patrolowali w nocy i rano.
— Czyli będziemy w ramach treningu polować na nich, to głupota Dym czy Ty się w ogóle słyszysz!
— Jazgot, posłuchaj, treningi nie opierają się na ich łapaniu, mamy ćwiczyć zręczność, szybkość siłę i wytrzymałość.
— Jak niby chcesz to ćwiczyć? No pochwal się, jaki masz pomysł?
— Jeżeli chodzi o wytrzymałość, będziemy biegać z każdym treningiem coraz więcej kołek wokoło granic, kolejne przeciąganie liny, każdy z każdym, a następnie na wymiennie jeden drugiemu musi odebrać linę, mają do dyspozycji cały teren klanu.
— Nie brzmi to jakoś przekonująco — westchnął.
— I tak będziesz musiał się zjawić. Czy Ci się podoba ten pomysł, czy nie? Takie są odgórne rozkazy.
Gdy będziemy gotowi, zapolujemy, pozbędziemy się jednego problemu, po drugim.
— Dym a jeśli wydaliby nam mordercę Szyszki?
— Chcesz, abym negocjował z nimi?
— Czemu cały klan ma płacić za błędy jednego członka?
— Posłuchaj, gdybyś to ty dopuścił się takiej rzeczy, chroniłbym Cię, rozumiesz. Nie wydałbym nikogo z Bezgwiezdnych, jeśli by ktoś Cię zabił za twoje grzechy, pomściłbym Cię.
— Dlaczego? Przecież to by wyrównało winy.
— Bo jesteśmy rodziną, jako Bezgwiezdni jeden za wszystkich wszyscy za jednego. Jeśli po dobroci nie dostaniemy sprawcy, wytropimy i zabijemy go sami. Już wkradając się na ich tereny, łamiemy zasady, wiem, że będą się bronić tak samo jak my chcąc dorwać nasz cel. To jest wojna, samo wkroczenie tam już zmusza ich do ataku.
— To głupota — prychnął.
— Wolałbyś, abyśmy porozmawiali, załagodzili sprawę, a morderca niech zabija kolejne szczeniaki. Może nie byłeś przywiązany do Szyszki, choć przecież pilnowałeś szczeniąt od czasu do czasu. Pamiętam, jak bardzo pragnąłeś zemsty po śmierci twojego wujaszka, gdy został zamordowany. Co ich się tak nie bałeś, bo uważałeś, że są gorsi, a gdy przychodzi zmierzyć się z klanem, trzęsiesz się i uciekasz. Bo według Ciebie Bezgwiezdni nie są wartościowi, tak bardzo przejąłeś się przechwałkami na zgromadzeniu, że uznałeś, że naprawdę jesteśmy wyrzutkami, których można potępiać na każdym kroku?
— Nie masz pojęcia, co myślę i co czuję! — niemal krzyknął, po oczach widziałem, że moje słowa miały moc i nieco zraniły Jazgota, choć nie o to mi chodziło.
Chciałem, aby uwierzył w to, że Bezgwiezdni mają taką wartość jak reszta. Przewaga liczebna, tego się bał. Przecież nie wezmę psów na łąkę czy gdzieś pod las nie staniemy naprzeciwko siebie. Nie będziemy się naparzać do utraty sił. Czy on tak sonie wyobraża Wojnę ? Przecież jest coś takiego jak strategia, praca zespołowa. Nie jestem na tyle głupi i nierozsądny, też zdaje sobie sprawę z wielu aspektów. Z mocnych stron naszego klanu jak i słabych.
Moją uwagę przykuł pewien pies kręcący się między budynkami. Pachniał Tenebris, ale nie był zabójcą. Jazgot również zwrócił na niego uwagę. Szczupła sylwetka ruda sierść zakręcony ogon i zimne niebieskie oczy. Ruszyłem pewnym krokiem w jego stronę.
— Dym uspokój się! — usłyszałem głos Jazgota.
Odciąłem psu drogę ucieczki, choć on sam nie wyglądał, na takiego co chciałby uciekać.
Rudzielec spojrzał na mnie lekko zaskoczony, na jego pysku pojawił się chytry uśmiech.
— Kogo ja tutaj spotykałem Dym, zastępca bezgwiezdnych — jego głos brzmiał jakby, szczerze ucieszył się na mój widok, bardziej zdziwiło mnie, że widział mnie pierwszy raz, a znał moje imię.
Wybijając się, złapałem w szczeki jego krtań, przyduszając lekko.
— Co tak agresywnie? Przecież to nie ja zabiłem Szyszkę! — powiedział, ledwie dysząc.
W momencie go puściłem, skąd on wiedział? Czy miał cos wspólnego z tym atakiem?
— Gadaj! Co wiesz! — warknąłem.
— Wiem tylko tyle, że wasz szczeniak nie żyje, a zabił go, cóż nie mogę powiedzieć, bo sam bym zginął.
— Umrzesz albo z moich lap, albo mordercy Szyszki więc lepiej gadaj! Co wiesz!
— Nie mogę zdradzać własnego klanu. Nie zrobiłbym tego. Chyba że miałbym pewność, że ta łajza, która mnie okaleczyła, boleśnie zginie.
— Kto mów wreszcie! — warknąłem.
— Dymie spokojnie, najpierw pozwól, że się przedstawię, jestem Krwawy Zew, być może wiem, kogo szukacie, równie dobrze mogę go wam przyprowadzić. Jednak nie ma nic za darmo, nie przepadam za psami z mojego klanu, nie szanują mnie, traktują jak wyrzutka. To okropne uczucie. Gdybym pomógł Ci dodać to czego chcesz pozbyłbyś się kilku kundli? Mam listę chętnie ci pomogę.
— Dym nie ufaj mu, z nim coś jest nie tak to gnida — warknął Jazgot nerwowo.
— Kogo chcesz się pozbyć? — spytałem, udając zainteresowanie.
— Przybliż się do mnie. — Uśmiechnął się złowieszczo
Nadstawiłem uszu, a pies wyszeptał mi imiona, po czym uśmiechnął się tajemniczo i rzucił do ucieczki.
— Co on Ci powiedział?
— Imiona wśród tych imion jest imię mordercy.
— Co za kanalia zdradzająca własny klan, ja bym mu nie wierzył — odparł Jazgot.
— Też bym tego nie robił, ale sprzedał mi ważną informację.
— Jaką?
— Te psy są najsilniejsze, w ich klanie, możemy wyeliminować je przed wojną, zdobywając przewagę.
— Czekaj szukamy tylko mordercy Szyszki.
— Wiem, zabijać go wyrównamy rachunki, zabijając siłaczy osłabimy Tenebris zyskując respekt.
— To twój plan? Chcesz ryzykować dla chwały?
— Mamy zwężoną listę podejrzanych Jazgot, rudy nie odszedł, daleko więc taki jest plan. — Puściłem oczko w stronę młodego,
Na szczęście młody kumał, przecież wiedziałem, że ten cały Krwawy musi być dobrym szpiegiem, obserwatorem, knującym wiele. Jedna część mnie mówiłaby mu nie ufać, druga zaś miała nadzieję, że naprawdę podał nam sprawcę niemal na tacy, jednak postanowiłem nie dzielić się tym z Jazgotem. Pewne sprawy muszą pozostać dla mnie i Miękkiej.
— To co dalej robimy?
— Wracamy.
Po powrocie udałem się do Miękkiej, a następnie do Mięty. Miałem zakręcony dzień, rozmowa z Pumą tez nie była łatwa. Wszyscy czego ode mnie oczekiwali.
Następnego dnia odbyły się treningi, ku mojemu zadowoleniu Jazgot w nich uczestniczył. Następnie udałem się na spotkanie z Białą Gwiazdą, a po powrocie milczałem, decyzje, jakie zostały podjęte, postanowiłem na jakiś czas zachować dla siebie, nie chwaląc się nimi. Wyczaiłem Pumę i udałem się z nią na patrol. Po naszym powrocie natknąłem się młodego.
— Dym i co byłeś u Białej?
— Tak, na razie niech Cię to nie interesuje. — Uśmiechnąłem się w jego stronę.
— Co ze gromadzeniem klanów? — spytał Jazgot.
— To dzisiaj prawda.
— Wybieramy się?
— Jeśli chcesz, możesz iść — odparłem.
— A ty czy chcesz powiedzieć, że mam iść sam?
— Jeśli zdążę, też się tam zjawię.
— Obyś zdążył, szczerze nie chcę być tam sam.
— Rozumiem, pójdziesz jako nasz mały szpieg, może uda ci się poznać mordercę po zapachu, jeśli ja tam się zjawię, wywołam niepotrzebny gniew. Ledwo na ostatnim spotkaniu zapanowałem nad emocjami.
<Jazgot?>
[1712 słów: Dym otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]
24 maja 2021
Od Dymu CD Pumy
Po powrocie do obozu dotarła do mnie tragiczna wiadomość. Czułem od razu wyrzuty sumienia. Dlaczego pozwoliłem sobie na chwilę nieuwagi? To całe zamieszanie sprawiło, że musiałem zostawić Pumę bez najmniejszego słowa wyjaśnienia. Zacząć działać bez zbędnej zwłoki. Moim zadaniem było odnalezienie zaginionych szczeniąt. Nie czekając od razu, ruszyłem za słabym zapachem maluchów. Niestety gdy dotarłem na miejsce tragedii, potwierdziły się moje najgorsze obawy. Ciało małej Szyszki, a raczej pozostałości walały się wszędzie. Szczenię, które przeżyło, bezpiecznie sprowadziłem do domu. Sam czułem, złość, żal oraz ból. Nie mogłem wyobrazić sobie cierpienia matki, która za chwilę dowie się o śmierci swojego dziecka. Przecież to złamie jej serce, pozostawi bliznę na całe życie. Musieliśmy podjąć działania, szybko zorganizowałem zgromadzenie, objaśniłem nowe zasady patrolowania oraz poinformowałem, że musimy przygotować się na wojnę. Wraz z pomocą klanu udało się nam pozbierać szczątki młodej suczki i godnie pochować. Po tym całym zamieszaniu potrzebowałem chwili spokoju. Widziałem, jak Puma chce ze mną porozmawiać. Jednak to nie był czas i miejsce. Targały mną tak silne emocje, jedyne co mogło mi pomóc w danej chwili to odrobina samotności. Zostanie samym ze sobą z własnymi, kłębiącymi się myślami. Klamka zapadła, jutro zostanie wypowiedziana wojna. Nie mogę pozwolić, aby nas lekceważono, bezkarnie zabijano niewinne szczenięta. Od teraz jeśli jakiś szczeniak opuści obóz czeka go surowa kara, oraz wyciągnięte konsekwencje. Nie zamierzam pomijać tych, co patrolują, jeśli pod czyimś okiem jakiś szczyl się wymknie, patrolujący też dostaną po głowie. Kłębek myśli nie pozwalał mi spokojnie zasnąć, cały nadal drżałem ze złości. Jednak od jutra nastanie również ciężki czas, sam przygotuję klan do walki. Musiałem mieć zapas siły. W końcu po kilku godzinach udało mi się zasnąć. Obudziłem się o świcie. Na pierwszym treningu zjawili się znaczna większość. Nie stawiła się tylko Puma, Mlecz oraz Pył, obecnie patrolujący wyznaczone strefy. Wieczorem długo myślałem, nad czym się skupić.
— Szeregu stań! — rozkazałem.
Wszyscy ustawili się w jednej linii.
— Zaczynamy od szybkości wszyscy macie za zadanie biec wzdłuż granicy w jednym szyku, robimy sześć cztery okrążenia. Równe tempo nie zwalniamy. Za mną! — krzyknąłem, ruszając biegiem.
Kondycja jest bardzo ważna w tym przypadku, musimy mieć wydolny organizm, aby mieć siłę wtapiać kły we wroga, jeśli ich zmęczymy, z pewnością łatwiej nam będzie ich pokonać. Na całe szczęście, choć po kilku osobnikach widziałem, że już po trzecim okrążeniu mają dość, wszyscy stanęli na wysokości zadania. Nikt nie odpadł, co szczerze mnie bardzo ucieszyło. Po przebiegnięciu pełnych czterech kółek zrobiliśmy chwilę przerwy, aby napić się wody i złapać oddech. W tym czasie udałem się na chwilę po ogromny materiał, który znalazłem na wysypisku jakiś czas temu.
— Szeregu stań! — rozkazałem.
Ponownie wszyscy ustawili się w szeregu, większość odzyskała już oddech, była zwarta i gotowa do kolejnego zadania.
— Pora teraz na pokazanie siły, musimy rozszarpać ten materiał, dobierzemy się w pary, każdy z was dostanie fragment, waszym zadaniem będzie wyszarpanie go przeciwnikowi, na sygnał zmiana, jeden pies z pary przesuwa się o jedno w prawo tak, aby każdy trenował z każdym czy wszystko jasne?
— Tak!
— Na początku Laurency i Cierń, Kasztan i Jazgot, Szałwia i Miedź, Szmaragd i Wianek, Ikra i Szrama, Ostrokrzew i Cykuta, Bóbr i Mięta.
Wszyscy zaczęli rwać materiał gdy każda para miała już swój fragment, ustawili się naprzeciwko siebie. Jeden z pary trzymał w zębach jeden koniec.
— Start! — Na ten sygnał drugi z pary podbiegał, łapał za końcówkę i zaczynała się szarpanina. Dawałem im kilka minut, po czym donośnie krzyczałem.
— Zmiana! — Psy przesuwały się o jeden, zmieniając swojego przeciwnika.
— Start!
I tak aż każdy nie szarpał się z każdym. Gdy ćwiczenie dobiegło końca, ponownie pozwoliłem wszystkim na chwilę oddechu i odpoczynku oraz ugaszenie pragnienia. Czas nas gonił, gdyż za chwilę nadejdzie pora posiłku, a po niej kolejne trzy psy będą musiały iść na patrol.
— Na dzisiaj ostatnie zadanie. Ponownie dobierzcie się w pary te same jak na początku poprzedniego zadania. Parami stań!
Psy szybko zrobiły to czego od nich oczekiwałem.
— Teraz uwaga jedna osoba z pary trzyma fragment materiału, zaczyna z nim uciekać druga osoba na mój znak rusza i jej zadaniem uciekającego jest nie pozwolić odebrać sobie materiału a goniącego zrobić wszystko by go odebrać jasne!
— Tak!
— Laurency, Jazgot, Miedź, Wianek, Ikra, Cykuta i Mięta wy bierzcie materiał. — Po tych słowach wszyscy niemal po chwili trzymali swoje zdobycze. — Ruszać!
Każdy ruszył ile sił w łapach, to ćwiczenie ma za zadanie sprawdzić i poprawić ich zręczność. Po ponad minucie krzyknąłem:
— Ruszać!
Pozostałe psy ruszyły, aby dorwać swoich przeciwników i odebrać im trofeum. To zadanie nie było proste, musieli używać swoich zmysłów do wytropienia przeciwnika, dogonić go pomimo tego, że uciekający mieli przewagę czasową. To ćwiczenie zajęło najwięcej czasu gdy ostatnia para wróciła. Wszyscy odłożyli zabrane przeciwnikom materiały.
— Szeregu stań! Spisaliście się znakomicie jutro ponownie trening jasne, idźcie coś zjeść, a potem ci, co mają patrol, niech idą do swoich stref. Rozejść się!
Sam wraz z całą resztą udałem się na przerwę oraz na posiłek, aby następnie przeprowadzić trening trójki, która była na patrolu. Spotkaliśmy się w tym samym miejscu.
— Szeregu stań! Cztery okrążenia wokół granic ruszmy!
Równym tempem ruszyłem, biegłem obok Pumy co prawda, żadne z nas się nie odezwało. Byłoby to bardzo nieprofesjonalne gdybym z nią rozmawiał podczas treningów. Musiałem traktować ją tak samo jak resztę. Po bieganiu i chwili przerwy musiałem podobierać na s z pary
— Szeregu stań, waszym zadaniem będzie wyszarpanie fragmentu materiału przeciwnikowi, na sygnał zmiana, jeden pies z pary przesuwa się o jedno w prawo tak, aby każdy trenował z każdym czy wszystko jasne jeśli tak to Mlecz jest w parze z Pyłem a Puma, ćwiczysz ze mną.
Czemu tak dobrałem, no cóż, jakoś podświadomie, chciałem spędzać z nią czas, chociaż byłem na posterunku, tylko w taki sposób mogłem to zrobić. Złapałem za końcówkę materiału.
— Start! — krzyknąłem, Puma od razu złapała za końcówkę, mocniej zacisnąłem szczęki. Szarpała, usiłując przeciągnąć mnie na swoją stronę, miotała głową na lewo i prawo, zapierając się przednimi łapami, mocno pracując również tylnymi, aby osiągnąć swój cel. Nie ukrywam, musiałem również mocno. Akurat w tym starciu nie miała ze mną szans. Po kilku minutach z dumą trzymałem materiał w pysku.
— Zmiana — wycedziłem przez zęby, po chwili przy mnie zjawił się Mlecz
Przyznam szczerze, Puma sprawiała mi większy problem niż on, jednak mimo wszystko nie lekceważyłem swojego przeciwnika jednak gdy jego szczeki się różniły, wyszarpałem materiał. Z zadowoleniem spojrzałem na Pumę, która również wygrała swoje starcie z psem.
— Zmiana! — Naprzeciwko mnie pojawił się Pył, chwycił materiał i ponownie zaczęła się, szarpanina po kilku minutach znowu triumfowałem, ku mojemu zadowoleniu Puma również wyszarpała Mleczowi materiał.
Po kolejnej chwili przerwy zabrałem się za objaśnienie kolejnego zadania.
— Jedna osoba z pary trzyma fragment materiału, zaczyna z nim uciekać druga osoba na mój znak rusza i jej zadaniem uciekającego jest nie pozwolić odebrać sobie materiału a goniącego zrobić wszystko by go odebrać jasne!
Ponownie dobraliśmy się w te same pary. Puma i Mlecz trzymali materiał.
— Start!
Oboje ruszyli początkowo biegli razem, potem rozdzielili się, tak aby trudniej było ich złapać. Znikając nam z oczu, po ponad minucie spojrzałem na Pył.
— Ruszamy!
Puściłem się biegiem, łapiąc nosem powietrze, aby wyczuć Pumę. Po chwili udało mi się ją dogonić, jednak to nie było najważniejsze, musiałem jej zabrać zdobycz. Zostałem pozytywnie zaskoczony, Puma była zwinniejsza ode mnie. Może i byłem szybki, to chociaż momentami już prawie miałem swój cel, ona robiła albo jakiś odskok w bok, albo zwrotkę. Zacisnąłem kły, lekko poirytowany, że nie mogę jej dorwać, szybkość to nie wszystko. Ten pościg trwał naprawdę długo. Koniec końców odebrałem jej materiał, ale tylko dzięki temu, że byłem bardziej wytrzymały od niej gdy czułem, że powoli brakuje jej sił, wykorzystałem moment.
Po zakończeniu zadania zebraliśmy się w miejscu, gdzie rozpoczęliśmy.
— Widzimy się jutro, rozejść się!
Mlecz i Pył zadowolenie pobiegli do obozu, jednak Puma stanęła naprzeciwko mnie.
— Wszystko w porządku? — w moim głosie dało się wyczuć lekkie zmartwienie.
— Czy ta wojna z Tenebris jest konieczna?
— Tak, nie możemy pozwolić, by zabijano nasze szczeniaki, musimy pomścić Szyszkę, zrobić to dla Szałwii jesteśmy rodziną jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
— Ja to rozumiem, ale co z włóczęgami?
— Nie przejmuj się, będziemy na wszystko gotowi.
— Uważam, że ta wojna to nie najlepszy pomysł — kontynuowała.
— Puma, posłuchaj mnie, to jedyne wyjście, postaw się na miejscu Szałwii, gdyby to przydarzyło się twojemu dziecku? Musimy Pumo to zrobić, a teraz przepraszam Cię, idę na patrol z Miętą. Obiecałem jej, że dotrzymam towarzystwa.
— Jasne — westchnęła.
Ruszyłem biegiem do Mięty, po czym poszliśmy razem na patrol, jak zawsze zdążyliśmy się posprzeczać o wszystko. Po sprawdzeniu naszej strefy udałem się do Białej Gwiazdy. Zajęło mi tam dość sporo czasu. Postanowiłem, na razie nikomu nie mówić co zostało ustalone.
Po powrocie nie miałem siły na nic, musiałem odpocząć, dać sobie, chociaż kilka minut. Gdy słońce całkiem zaszło, udałem się na posiłek. Następnie szybko przemknąłem do swojego legowiska, tej nocy na szczęście nie miałem koszmarów.
Wstałem wraz ze wschodem słońca, ponownie zacząłem dzień od treningów. Mieliśmy dokładnie ten sam plan ćwiczeń, poza tym, że zamiast czterech kółek było pięć. Po skończonej jednej grupie ponownie miałem chwilę przerwy, aby napełnić brzuch i zająć się mniejszą grupką. Po zakończeniu drugiego treningu. Postanowiłem na doczepkę udać się z kimś na patrol. Dobra może nie z kimś wiedziałem, że teraz jest Pumy kolej. Więc podszedłem do niej, zanim ruszyła na swoją cmentarną strefę.
— Cześć, mogę Ci potowarzyszyć? — Uśmiechnąłem się w jej stronę.
<Pumo?>
[1540 słów: Dym otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]
22 maja 2021
Od Dymu do Białej Gwiazdy
Po spotkaniu z bezgwiezdnymi udałem się do swojego legowiska. Potrzebowałem chwili spokoju. Byłem wściekły, targały mną różne emocje, dawno nie czułem tak mocnej chęci zemsty. Może i jesteśmy niewierzący, ale nikt nie ma prawa zabijać naszych szczeniąt. To był ogromny cios wymierzony w naszą stronę. Nie możemy po prostu siedzieć na dupie, czekając, z nadzieją, że sytuacja się nie powtórzy. Miękka nie podważała mojej decyzji. Jakby po prostu pozostawiła tę sprawę w moich łapach. Co innego Jazgot, który się awanturował. Gdy nastał nowy świt, zebrałem wojowników na poranny trening. Liczyła się szybkość, zwinność, siła oraz inteligencja. Po skończonym przygotowaniu wszyscy udali się na posiłek, następnie trening odbyły psy, które wróciły z porannego patrolu, od teraz właśnie tak będą wyglądały nasze dni. Następnie udałem się wraz z Miętą na wspólny patrol. Martwiło mnie, że po raz kolejny spotkaliśmy włóczęgę na naszej ziemi. Późnym popołudniem wybrałem się na tereny Tenebris, czułem zapach zabójcy, lecz nie mogłem go nigdzie zlokalizować. Zapewne psy z tego klanu również czuły nasz zapach po wczorajszej wizycie na ich ziemi. Musiałem być czujny, aby nie dać się schwytać strażnikom. Nie było to proste zadanie, dobrze pilnowali swoich granic. Tylko dzięki szybkiemu i zwinnemu biegowi udało mi się dostać do ich obozu. Jednak otaczający go mur był najtrudniejszą przeszkodą. W ostateczności zostałem schwytany przez wojowników.
— Mam Cię gnojku. — Poczułem mocny ucisk szczęk na swoim karku. Trzymał mnie mocno zbudowany pies, większość jego futra pokrywała czerń. Końcówki łap zaś miał brązowe. Miejscami w oczy rzucały się białe fragmenty. Nie znałem jego imienia. Obok stał zaś samiec o długich łapach i smukłej sylwetce. Jego futro barwy rudej przechodzącej w nieco kremowy odcień. Miejscami posiadał lekkie czarne zabarwienia, na pysku, wokół oczy bladoniebieskiej barwie tęczówki. Pociągnąłem nosem, jednak żaden z nich nie był zabójcą Szyszki.
— Puszczajcie, mam sprawę do waszej liderki. — Zacząłem się wyrywać.
Czarny pies jednak nie zamierzał mnie puścić.
— Kim jesteś? — warknął rudzielec.
— Jestem Dym, ktoś z waszych zabił szczeniaka od nas.
Potężny pies poluzował swój uścisk, puszczając mnie, grzecznie odprowadzili mnie do Białej Gwiazdy. Która miała rzekomo podjąć decyzję co dalej z intruzem.
Jednak gdy tylko przekroczyłem próg, a moim oczom ukazała się ich liderka, od razu, bez większego zastanowienia przeszedłem do sprawy.
Nie pozwoliłem jej, zadawać zbędnych pytań, od razu przeszedłem do sedna sprawy.
— Wasz wojownik zabił naszego szczeniaka — oznajmiłem wściekły, moje wszystkie mięśnie napięły się do granic możliwości, nie potrafiłem się rozluźnić, czekając na reakcję Białej Gwiazdy.
— Nic mi o tym, nie wiadomo — odpowiedziała zaskoczona.
— Nie udawaj nawet — warknąłem.
Wojownicy, którzy mnie pilnowali, wydobyli z siebie głośny warkot. W tym momencie z resztą sam sobie bym nie ufał. Jednak po zapachu, wiedziałem, że wśród nich nie było sprawcy.
— Nie mam pojęcia kto za tym stoi, skąd masz pewność, że to ktoś z nas?
— Czułem zapach, na szczątkach ofiary, poza tym ciało znajdowało się nieopodal.
— Może ktoś nas wrabia? Nie pomyślałeś o tym? — odpowiedziała spokojnie.
— Nie usprawiedliwiaj swoich kundli, wydajcie mi sprawcę, musi zginąć albo szykujcie się na wojnę.
— Wypowiadasz nam wojnę? Na pewno możemy to rozwiązać w inny sposób — zaproponowała.
— To wasz kundel ją wypowiedział, zabijając Szyszkę! Wydaj nam mordercę, a zastanowię się. Choć nie ręczę za swoich, przyjaciół.
— Ta sytuacja nie powinna mieć miejsca — szepnęła jakby sama do siebie.
Spokój Białej Gwiazdy, lekko podziałał na mnie. Więc pozwoliłem sobie na odrobinę rozluźnienia.
— Wydaj nam mordercę Szyszki, znasz swój klan, do kolejnej pełni chcę go mieć! W przeciwnym razie Bezgwiezdni urządzą sobie polowanie na waszych terenach i zginie wielu niewinnych. Nie odpuszczę, dopóki go nie zabiję. Nie pozwolę nas lekceważyć Biała, rozumiesz! Sama widziałaś na zgromadzeniu, nie mogę pozostać bierny.
<Biała Gwiazdo?>
[593 słowa: Dym otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]
Od Dymu CD Mięty
Mięta nie przepadała za Pumą. Mało powiedziane ona jej totalnie nie tolerowała. Nie rozumiałem, czemu pała do niej taką niechęcią. Przecież i tak większość czasu spędzałem z Miętą. Zresztą jest moją przyjaciółką, nie powinna się cieszyć tym, że się czasami z kimś spotykam tak poza obowiązkami. Udaliśmy się na patrol, tak jakby to było coś na zgodę. Te głupie, włóczęgi podchodziły niebezpiecznie blisko. Mięta z ogromnym zaangażowaniem usiłowała dorwać jednego z nich. Wiedziałem, że się zirytowała swoją porażką, usiłowałem ją jakoś zmotywować, aby się nie łamała. Może to głupie, bo Mięta jest najtwardszą samicą, jaką spotkałem do tej pory w swoim życiu. Jednak nie umyślnie mi się udało. Gdyż zaczęła się wydurniać, doprowadzając również i mnie do śmiechu.
— Jasne, ale tak serio to poważna sprawa.
— Wiem, od kiedy ty taki sztywny jesteś?
— Po co ktoś, zabił szczeniaka? Przecież to nawet jak dla nas bezgwiezdnych, jest nie do pomyślenia.
— Jak widać Tenebris, też nie respektują zasad — mruknęła.
— Musimy ich dorwać, zrównać z ziemią.
— Wiem, ale jesteś tego pewny?
— Tak, dzisiaj idę do Białej Gwiazdy.
— Naprawdę, chcesz ryzykować życie innych?
— Nie, możemy siedzieć bezczynnie z nadzieją, że to się nie powtórzy.
— Nie sądzisz, że włóczędzy to już wystarczający problem?
— Problem zacznie się wtedy, gdy inne klany zaczną nam wybijać młode pokolenie. Co byś zrobiła? Gdyby to twoje dziecko zostało tak brutalnie zamordowane?
— Fuj nie chcę mieć dzieci. — Wzdrygnęła się na samą myśl.
— No wiem, ale nie zostawiłabyś tego. Chcę, aby Szałwia i reszta czuła wsparcie klanu.
— Nie lepiej, aby nam wydali mordercę?
— Biała taka nie jest, ale zaproponuję jej.
— Znając Ciebie, ty byś nikogo nie wydał.
— Oczywiście, za swoich pójdę w ogień, dlatego musimy się zjednoczyć, wygrać z Tenebris i z włóczęgami.
— Wojna z nimi nas osłabi na pewno w jakiś stopniu, nie uważasz, że włóczędzy będą mieli dobrą okazję, aby nas zaatakować wtedy? — Spojrzała na mnie pewna swoich słów.
— To nie ma znaczenia, po wojnie z włóczęgami również bylibyśmy łatwym celem dla ich klanu. Zemsta nie może czekać.
— Nie poznaję Cię, wiesz? Zmieniłeś się.
W jednej chwili, jakby posmutniała, czy ona chce mi zasugerować, że ja się zmieniam. Owszem na pewno, bo sytuacja tego wymaga. Faktycznie kiedyś byłem ostatni do bijatyk, natomiast teraz, stałem w pierwszym rzędzie.
— Przez ten czas dużo się zmieniło, życie pokazało mi swoją brutalność. Jeszcze teraz to morderstwo, jak mam cieszyć się życiem? Jak mam być beztroski ? Nie mogę, rozumiesz? Nie mogę pozwolić sobie na chwilę słabości!
— To Miękka powinna się tym zająć nie ty, nie uważasz, że zrzuciła na Ciebie zbyt wielki ciężar?
— To jest odpowiedzialność — westchnąłem.
— Odpowiedzialne jest według Ciebie wywoływanie równolegle wojen?
— Mięta, wierzę w nasz klan, w każdego z nas z osobna.
— Może jednak aż tak się nie zmieniłeś. — Lekko się uśmiechnęła.
— Co masz na myśli?
— Nadal jesteś naiwny, ale pozytywnie nastawiony, chociaż mysi móżdżek z Ciebie.
Zamerdałem ogonem, dobrze, że nadal widziała we mnie tego mysiego móżdżka. Lubiłem, jak mnie tak nazywała, chociaż to obraźliwie. Jednak to wyzwisko z jej pyszczka wydawało się być dość urocze.
— Dobrze, że nadal mnie lubisz.
— Kto ci tak powiedział?
— Ty!
Mięta przewróciła oczami i westchnęła głęboko. Nic się nie zmieniała.
Po zakończonym patrolu nasze drogi się rozeszły. Po chwili odpoczynku późnym popołudniem ruszyłem na tereny Tenebris, aby porozmawiać z Białą Gwiazdą.
<Mięta?>
[535 słów: Dym otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]
16 maja 2021
Od Dymu
Wracałem od Miękkiej, w powietrzu coś wisiało. Szałwia nerwowo chodziła po obozie, szukając wraz z Ikrą dwójki szczeniąt. Podbiegłem do nich.
— Co się stało?
— Chwast i Szyszka, nigdzie ich nie ma!
Zamarłem, na chwilę. Czyżby dwójka dzieci, wymknęła się z obozu niepostrzeżenie. Miałem złe przeczucia, ale nie chciałem nikogo martwić i denerwować jeszcze bardziej.
— Znajdę je i przyprowadzę. Obiecuję.
Po tych słowach zacząłem węszyć, zapachy mieszały się w moim nosie. Były słabe i niewyraźne. Zamknąłem oczy, biegałem jak poparzony, czując frustrację. Po kilku minutach dopiero wpadłem na trop. Ruszyłem biegiem cały czas z nosem przy ziemi. Gdy zapach poprowadził mnie poza tereny Bezgwiezdnych, czułem jak serce, zaczyna walić mi jak młot. Dyszałem ze zdenerwowania przekraczając granice klanu Tenebris. Zapach mieszał się z jeszcze innym psem. Gdy dotarłem na miejsce masakry. Krew, strzępki futra to była Szyszka. Przyłożyłem nos do ziemi, czułem zapach tego drania, który ją rozszarpał. W pierwszej chwili miałem ochotę go zabić. Jednak musiałem się uspokoić. Rozejrzałem się dookoła, ranny czarny szczeniak leżał ukryty w krzakach.
— To ja Dym — oznajmiłem. Malec wyszedł, zapłakany, lekko złapałem go za kark i ruszyłem do obozu. Odstawiłem malca do medyka. Szałwia i Ikra od razu niemal się tak zjawiły.
— Dym gdzie jest Szyszka? Co z nią? — Szałwia patrzyła na mnie z oczami pełnymi nadziei.
— Nie żyje, pies z Tenebris ją rozszarpał.
Nie mogłem stać bezczynnie, patrząc na ból matki, która właśnie straciła swoje dziecko. Ruszyłem do Miękkiej, opowiadając o całym zajściu.
Bez zbędnej zwłoki liderka zorganizowała spotkanie całego klanu.
*** Zebranie Bezgwiezdnych ***
Cała społeczność zebrała się w jednym miejscu. Miękka postanowiła oddać mi głos w tej sprawie. Jako że już wcześniej omawiałem z nią pewne kwestie.
— Posłuchajcie uważnie, to spotkanie miało dotyczyć czegoś innego początkowo. Jednak muszę wam przekazać dzisiaj szereg złych wieści. Po pierwsze Szyszka córka Szałwii została rozszarpana przez psa z Tenebris. Nie wiem jakim cudem nikt nie zauważył dwójki dzieci wymykających się z obozu. Po drugie coraz więcej włóczęgów interesuje się naszymi terenami. Dlatego postanowiono zmienić obecny system patrolowania. Od dzisiaj zamiast trzech pełnych kółek, dzielimy teren na trzy strefy, każdy patrolujący pies ma swoją strefę plus jeden dodatkowy pies idący po całości, ale tylko na nocnej zmianie. Jeden strefa to obóz. Druga strefa cmentarz. Trzecia to kościół i wysypisko. Tak jak mówiłem nocą, dodatkowy pies obchodzi całość. Zmiany są co trzy godziny.
Tylko tak możemy uchronić się przed atakiem i przed kolejnymi wybrykami dzieci.
— Kto tknął nasze szczeniaki? — rozległ się głos z tłumu.
— Nie wiem, ale powinni nam za to zapłacić, nikt nie ma prawa tykać naszych szczeniąt — warknąłem.
— Co chcesz zrobić? — usłyszałem w oddali głos Mięty.
— Dać im nauczkę, wypowiedzieć im wojnę — odparłem.
Nastała cisza. Miękka lekko się skrzywiła.
— Nie jesteśmy gotowi — odezwała się Puma.
— Dlatego jutro zaczynamy trening, kto nie ma patrolu, przygotowuje się do walki. Co oznacza brak czasu wolnego. Albo patrolujecie, albo trenujecie.
Rozległo się zamieszanie. Jednak jeśli chcą poczuć to co ja muszą zobaczyć to na własne oczy. Miękka dała sygnał do marszu, wszyscy udali się za nią na miejsce masakry. Wraz z pomocą członków klanu, pozbieraliśmy szczątki szczeniaka. Czułem, że to obudziło w ich sercach nienawiść do klanu Tenebrisu, bo co jeśli to byłby ich dzieci. Wspólnie pożegnaliśmy Szyszkę, zakopując jej szczątki na terenach bezgwiezdnych. Po uroczystej chwili ciszy zebranie dobiegło końca.
[539 słów: Dym otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]
9 maja 2021
Od Dymu CD Mięty
To miejsce było ciekawe. Intrygowało mnie, że do tej pory wcześniej tutaj nie dotarłem. Czasami Mięta potrafi mnie pozytywnie zaskoczyć. Jednak nigdzie nie mogliśmy mieć spokoju. Na horyzoncie pojawiły się dwa psy. Moja towarzyszka miała rację, nie potrzebowaliśmy kolejnej wizyty u medyka. Po tych wszystkich potyczkach naprawdę nam wystarczyło.
Problem włóczęg rósł na coraz to większą skalę. Dlatego nie miałem oporu, aby zjawić się na zgromadzeniu i poruszyć, tak bardzo istotny temat. Informacja ta ponownie mocno poróżniła mnie i Miętę. Nie spodziewałem się, jednak innej reakcji, niż jej gniew skierowany w moją stronę.
Suczka pozostawiła mnie samego. Jednak nie na długo.
O poranku obudziło mnie jedno ze szczeniąt Ikry, informując mnie, że Miękka chce, abym się u niej stawił. Nie miałem na to najmniejszej ochoty. Lecz nie mogłem się sprzeciwić woli liderki. Gdy stawiłem się u Miękkiej. Wyznaczyła mnie i Miętę, abyśmy sprawdzili cmentarz. Podobno na ostatnim patrolu, jednego z wojowników zmartwił dziwny zapach. Udałem się więc aby zgarnąć Miętę ze sobą. Gdy w końcu na siebie wpadliśmy, jej mina mówiła sama za siebie. Nadal była na mnie zła.
— Musimy sprawdzić cmentarz, Miękka nas wybrała na tę misję.
— Super, czy ja już zawsze będę na Ciebie skazana?
— Niewykluczone.
Moja towarzyszka teatralnie przewróciła oczami. Jednak tak samo jak ja, nie miała wyjścia. Miała rację, byliśmy na siebie skazani. W milczeniu patrolowaliśmy cmentarz.
— Czujesz ten zapach? — Spojrzałem na Miętę.
— Tak, zapach śmierci i zniczy oraz świeżych kwiatów.
Dokładnie obeszliśmy kilkukrotnie cały obiekt. Poza nowymi kamieniami nie było nic niepokojącego tutaj.
— Po prostu dwunogi musieli, ostatnimi czasy pochować więcej swoich — stwierdziła Mięta.
— Masz rację, nie ma tutaj nic niepokojącego.
Wracając z cmentarza, w oddali dostrzegłem Pumę. Mój wzrok zatrzymał się na niej.
— Ja zdam raport Miękkiej — zadeklarowała się Mięta.
— Dzięki za pomoc.
Każde z nas poszło w swoją stronę. Liczyłem na odpoczynek, jednak finalnie, udałem się z Pumą na spacer po plaży i wzgórze. Spędziłem bardzo miło czas.
Po powrocie do legowiska ułożyłem się wygodnie do snu.
Wczesnym porankiem udałem się na posiłek, a następnie pogadać z Miętą. Nie chciałem, aby była na mnie zła i obrażona. Gdy ją dostrzegłem w okolicach kościoła, wyrwałem się biegiem w jej stronę.
— Cześć! — pełen entuzjazmu zawołałem. Miałem nadzieję, że dzięki temu również ją zarażę dobrym nastrojem. Niestety jednak to mi się nie udało.
— Hej — mruknęła posępnie.
— Daj spokój, będziesz wiecznie na mnie zła?
— Tak, bo jesteś mysim móżdżkiem.
— Poszedłem tylko dlatego, bo mam świadomość problemu.
— Ich to nie interesuje — warknęła pod nosem.
— Wiem, ale sama widziałaś te dwa psy, patrolujący cały czas donoszą o nowych zapachach zbliżających się w większej to ilości.
— Wiem o tym i co zamierzasz z tym zrobić?
— Zmieniliśmy strategię patroli.
— Co nam to da jeśli nas zaatakują?
— Będziemy na to gotowi, Miękka nam przewodzi, nie mogę wypowiadać wojny.
— Zamiast trenować, to sobie polazłeś wczoraj gdzieś z Pumą! Masz to gdzieś!
— Miałem luźniejszy dzień, mam prawo do odpoczynku.
— Zamiast przygotować nas na atak ewentualny, łazisz sobie na schadzki z jakąś panienką.
— Mięta uspokój się, wszytko będzie dobrze. Obiecuję.
Mięta spojrzała na mnie, jakby mi nie wierzyła. Miała prawo we mnie czasami wątpić. Jednak naprawdę czułem, że wiem, co robię.
— Niby jak zamierzasz nas na to przygotować?
— Zaufaj mi po prostu.
<Mięta?>
[527 słów: Dym otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]
Od Dymu CD Pumy
Odpoczywałem, po zgromadzeniu klanów. Sam na własnej skórze przekonałem się, dlaczego Bezgwiezdni nie uczestniczą w tym wydarzeniu. Psy z innych klanów wydawały mi się takie nierozgarnięte. Ile można zbierać się na jedno spotkanie, spokojnie mogło trwać ono zaledwie kilka chwil, a ciągnęło się wieki. Do tej pory nie miałem tak silnej świadomości jak bardzo klany są do nas uprzedzone. Do tej pory w uszach wybrzmiewał mi głos Malwowego Ogona, jak zaczyna nas obrażać przy wszystkich. Może niepotrzebny był tej mój wybuch złości. Położyłem głowę na łapach i zamknąłem oczy. Odgoniłem wszystkie negatywne myśli, poczułem, jak powoli tracę kontakt z rzeczywistością wszystkim, co mnie otacza. Sen jest jak przygotowanie do śmierci, każdego wieczoru umieramy a rankiem, budzimy się na nowo. Tym razem nie obudził mnie promień słońca, ani śpiew ptaków tych, które nie odleciały na ziemię gdzieś do ciepłych krajów. Moja pobudka była o wiele mniej przyjemna. Poczułem, jak ktoś szturcha mnie łapą po głowie. Ledwo przytomny, zaspany leniwie otworzyłem jedno oko. Obraz był nieco zamglony, ale była to sylwetka jakiegoś małego szkraba. Nie przypominam sobie, abym miał dzieci, więc nieco poddenerwowany podniosłem głowę. Ta puszysta brązowa kulka. W sumie już nie taka mała brązowa kulka. Zaciągnąłem kilkukrotnie nosem. Dopiero po zapachu, gdzieś w czeluściach umysłu przypomniałem sobie imię szczeniaka, który skutecznie mnie obudził. W sumie nic mnie nie ominie.
— Bóbr co się stało, czemu nie jesteś z Ikrą, tylko mnie budzisz?
— Bo mama poszła do Miękkiej i słyszałem, jak mówiły, że masz przyjść tam, ale nie wiem po co. Tego już nie usłyszałem.
— Bóbr! Miałeś zostać z resztą rodzeństwa, a nie się za mną wymykasz — to był głos poirytowanej Ikry. Dobiegał z zaledwie kilku metrów. Mały szczeniak od razu puścił się biegiem do ucieczki przed rozzłoszczoną mamuśką.
Dobra to już był ten moment. Podniosłem się, przeciągnąłem i otrzepałem. Udałem się prosto do liderki, ciekawe co tym razem dla mnie przygotowała. Przecież ostatnio już zebrałem wszystkie informacje od medyka. Przedstawiłem jej nowy plan patrolów. Czyżbym o czymś zapomniał coś mi, umknęło. Faktycznie nie przekazałem jej, co się działo na zgromadzeniu. Czy naprawdę Miękką by interesowało, co tam się działo skoro do tej pory i tak bezgwiezdni nie zjawiali się tam?
— Podobno mnie wzywasz — westchnąłem, przekraczając nieśmiało próg jej legowiska.
— Jak wrażenia po zgromadzeniu? — Lekko przekrzywiła głowę, wyglądała na naprawdę szczerze zainteresowaną, czego się przecież po niej nie spodziewałem kompletnie, myślałem, że akurat ten temat zostanie olany, a tutaj proszę.
— Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się takiego chaosu, nie było głównego prowadzącego. Wszyscy powtarzali tylko, że jest dobrze, radzą sobie, że jakieś straty ponieśli podczas epidemii, ale dadzą radę. Oczywiście co do włóczęgów każdy chwalili się, jak to bez problemu ich zabijają. To jest granie i udawanie, że jest dobrze. Nikt nie ma jaj tam się przyznać, ma problem. Jedna wielka przepychanka komu wiedzie się lepiej bez sensu strata czasu.
— Cieszę się, że sam się o tym przekonałeś, wiem, że jesteś młody pełen zapału, ale jak widzisz mamy powody, by się tam nie zjawiać.
— Jedyne co to omal nie złapałem się z kilkoma psami, gdy zaczęli nas lekceważyć.
— Co się stało Dymie, zawsze byłeś taki opanowany, od jakiegoś czasu jesteś wiecznie spięty.
— Ta epidemia mnie wykończyła.
— Dymie, ona się skończyła, ubył ci jeden wielki ciężar. Nie rozpamiętuj tego, zajmij się tym, co tu i teraz a tamto już nie istnieje. Wiem, że to był trudny okres dla Ciebie i nie miałeś czasu na odpoczynek. Ale teraz można powiedzieć, masz troszkę więcej luzu.
— Czy to znaczy, że dzisiaj mam nie robić nic? — Spojrzałem, przekrzywiając lekko głowę z nadzieją.
To rozbawiło Miękką, aż zasłoniła łapą pyszczek, niestety zaprzeczyła, machając głową. Mój entuzjazm w sekundzie zgasł. Myślałem, że wrócę do swojego legowiska i odeśpię, ale niestety nie, bo Miękka miała inny plan i zadanie dla mnie, już się bałem, gdy zaczęła mówić.
— Jeden z patrolujących, przy cmentarzu wyczuł coś niepokojącego, sprawdźcie to proszę z Miętą.
— Dobrze, w takim razie od razu ruszam.
— Nie! Zaczekaj, idź najpierw coś zjeść, bo schudłeś.
— Ale — chciałem od razu zabrać się za wykonanie powiężonego mi zadania.
— Bez dyskusji Dymie to rozkaz! — mruknęła.
Przytaknąłem i opuściłem jej legowisko, udałem się na posiłek. Łowcy się postarali i dzisiaj mogliśmy skosztować całkiem dorodnego dzika. Biedaczek musiał się zgubić, skoro dotarł aż tutaj. Być może szukał jakichś resztek jedzenia na wysypisku. Wraz z napełnieniem żołądka dopadła mnie senność. Jednak szybko przegnałem to uczucie, udając się po Miętę. Na szczęście nie musiałem jej długo szukać.
— Cześć Mięta!
— O to znowu ty, jak miło Cię widzieć — westchnęła ironicznie.
— Mnie Ciebie również, Miękka prosi, abyśmy sprawdzili jakieś dziwne zapachy, unoszą się przy cmentarzu.
— Może zapach śmierci? Przecież ostatnio jacyś dwunodzy tam się kręcili.
— Wolałbym to jednak sprawdzić.
— Oj, niech Ci będzie, chodźmy i miejmy to już za sobą.
Wraz z Miętą żwawym krokiem wybraliśmy się na cmentarz, obeszliśmy go wzdłuż i wszerz kilkakrotnie dookoła.
— Poza nowymi kamieniami i większą ilością światełek nic tutaj nie ma. — Mięta spojrzała na mnie, czy abym ja niczego innego nie zauważył. Chciałem powiedzieć to samo.
— Zróbmy jeszcze jedną rundkę, tak dla pewności.
Niechętnie, z zerowym entuzjazmem Mięta przystała na ten pomysł. Na szczęście Mięta miała rację, dwunogi pożegnali po prostu tam swoich bliskich, stąd te nowe kamienie się pojawiły. Ten dziwny zapach okazał się być zapachem dużej ilości kwiatów, które powoli zaczynały więdnąć.
— Misja zakończona, zagadka rozwiązana. — Zamerdałem ogonem.
Wraz z Miętą uzgodniliśmy, że to ona przekaże wieści Miękkiej, zaś ja udam się na odpoczynek. Gdy kierowałem swoje kroki w stronę blokowiska, natknąłem się na Pumę. Suczka zaproponowała wspólny spacer. W sumie czemu nie, co prawda miałem w planie odpoczynek, jednak wizja wspólnego spędzenia czasu podobała mi się o wiele bardziej, niż samotne wylegiwanie w legowisku.
— Jasne, z przyjemnością, masz jakiś pomysł?
— No nie wiem... myślałam, aby udać się na jakieś neutralne grunty. Nudzą mnie tereny bezgwiezdnych, ile można chodzić w koło po tych samych wydeptanych ścieżkach? — Lekko zmrużyła oczy, czekając na moją reakcję.
— W porządku, to co byś powiedziała na spacer po plaży? Moglibyśmy potem udać się na gwiezdny szczyt? Chyba że wolisz jakieś inne miejsce?
Puma spojrzała na mnie, lekko zamerdała ogonem. Chyba ten pomysł przepadł jej do gustu. Jednak czekałem na odpowiedź.
— Wiesz, czytasz mi w myślach Dymie — jej głos był pełen entuzjazmu i radości. Co sprawiło, że sam zacząłem merdać ogonem.
— Nie ma czasu w takim razie do stracenia. — Ruszyłem spokojnym krokiem, przecież miał być to rodzaj odpoczynku, a nie wyścigi. Nigdzie nam się z resztą nie śpieszyło. Z tego co się orientowałem, Pumy zmiana była dopiero o świcie, więc nie gonił nas czas.
Kierowałem się dobrze znanymi mi już wydeptanymi ścieżkami. Nie chciałem przekraczać granic innych klanów, zwłaszcza po wczorajszym spotkaniu. Droga minie nam o wiele szybciej jeśli zostanie podtrzymana, jakaś rozmowa — pomyślałem. W sumie to świetna okazja, abyśmy lepiej się poznali. Zastanawiałem się, o co mogę ją zapytać, jednak suczka wyprzedziła mnie.
— Jak było na zgromadzeniu?
— Przyjemne doświadczenie to raczej nie było. Moja i Jazgotu obecność, wywołała spore poruszenie. Nikt nie był zadowolony. To spotkanie przypominało wyścig szczurów, kto lepiej sobie radził w trudnych czasach. Inne klany bardzo bagatelizują problem włóczęgów. Dla mnie to poważny problem, a po nich to spływa. Nie udało mi się zbyt wiele wyciągnąć od reszty. Muszę skupić się na naszym klanie, aby jak najlepiej przygotować się na atak.
— Jesteś pewny tego, że on na pewno nastąpi?
— Tak, bardzo się uparli na nasz teren. Zamiast coraz mniej napotykam ich coraz więcej. Nawet ostatnio z Miętą spotkaliśmy dójkę. Są różnej wielkości, nie można ich lekceważyć.
— Rozumiem.
— Damy radę, a jak tobie podoba się bycie wojowniczką?
— W porządku, mam spory obszar do patrolowania, ale też dużo czasu wolnego. Nie narzekam.
— Ja też, jak sama wiesz, byłem szarym wojownikiem, niewyróżniającym się za bardzo od reszty gdy się poznaliśmy.
— Racja, ale spadła na ciebie ogromna odpowiedzialność. Jeśli kiedyś zostaniesz liderem, będzie ona jeszcze większa.
— Spokojnie, jeszcze dużo czasu, Miękka nie jest taka stara z resztą, nie zależy mi jakoś bardzo na tym, ledwo radzę sobie z presją bycia zastępcą a mowa o zostaniu liderem.
— Myślę, że dałbyś radę. Widać jak bardzo się starasz.
Powoli pod naszymi łapami dało się wyczuć piasek, a szum fal stawał się coraz bardziej słyszalny. Wiatr coraz mocniej wiał od strony morza.
— Koniec tematu pracy, zaraz będziemy na miejscu. Zmieńmy temat.
— Jasne, masz rację praca to zły kierunek, jeśli ma się chwilę, wolnego, nie można nią cały czas żyć. W takim razie może opowiesz mi swoją historię?
— Pewnie, dawno temu nosiłem nazwę Pachnący Wrzos. Moi rodzice byli starszymi psami, można powiedzieć, że byłem dla nich cudem, nie nacieszyłem się nimi długo, po ich śmierci coś we mnie pękło, stwierdziłem, że nie wierzę w gwiezdnych, że są niesprawiedliwi, o ile istnieją. Wszystko, co o nich głoszą to bujda. Nie mogłem znieść towarzystwa tych wszystkich, którzy do nich wzdychali. Dołączyłem do Bezgwiezdnych, zmieniając imię na Dym.
— Czemu akurat Dym?
— Dym to symbol połączenia ziemi i nieba. Jest bezkształtny dlatego określa to co trudne do uchwycenia, opisania i określenia. Od wieków jest kojarzony z odchodzeniem i przemijaniem, dym potrafi otumanić, odebrać rozum, również to zwiastun nieszczęść podkreślający grozę wojny. To imię po prostu do mnie pasuje. Jestem, gdzieś pomiędzy nie jestem wierzący, więc wiszę między niebem a ziemią. Sam z resztą wiem jak, że dziś jesteśmy, jutro nas nie ma.
— Nie spodziewałam się, że to imię ma dla Ciebie tak głębokie znaczenie.
Szliśmy po plaży, fale rozbijały się o brzeg, podmywając piasek. Wiatr nadal hulał, ale przyjemnie spędzało mi się czas. Nie spodziewałem się, aż tak bardzo rozgadam.
— Czemu nosisz imię Puma?
— Na jej pysku, dostrzegłem grymas.
— Rodzice mnie nazwali Skoczna Puma, a po odejściu i przystąpieniu do bezgwiezdnych zostało mi tylko Puma.
— Musieli mieć powód, widzisz, puma kojarzy mi się z niezwykle inteligentnym, samotnym doskonałym łowcą trudnym do wytropienia, siłą i władzą. Z tego co pamiętam już, na pierwszym spotkaniu naszym wtedy za wszelką cenę chciałaś mi udowodnić swoją odwagę.
— No tak idąc na wysypisko — zaśmiała się.
— Dokładnie.
Łapy poniosły nas na wzgórze, gdzie oboje pod pięknym drzewem na chwilę się położyliśmy.
— Masz jakieś marzenia? — Spojrzała na mnie.
— Chciałbym, aby Bezgwiezdnym wiodło się jak najlepiej.
— A jakieś własne marzenia? — Skrzywiła się.
— Nie mam pojęcia, może gdybym był wojownikiem nadal, to chciałbym się kiedyś zakochać, ale teraz wiem, że nie mogę. A ty masz jakieś marzenia? — Zerknąłem na nią, zaś potem ponownie wlepiłem wzrok w morze.
<Pumo?>
[1700 słów: Dym otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]
Subskrybuj:
Posty (Atom)