Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryzowa Gwiazda †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryzowa Gwiazda †. Pokaż wszystkie posty

19 października 2021

Bryzowa Gwiazda umiera


Przepowiednia się spełniła, dwie liderki odeszły z tego świata. Na pierwzszy ogień poszła Bryzowa Gwiazda z Ventus. Choć nie zabiły jej rany otrzymane w wyniku walki ze swoją siostrą — Miękką — na pewno zrobiła ta Cynamonowa Pestka, która omyłkowo podała jej cykute. Może to i tak dobrze. Możecie przeczytać o tym w tym opowiadaniu.
Przez swoje morderstwa, okrutne traktowanie członków klanu i bycie najgroszą liderką w historii Ventus, Bryzowa trafia do Infernum, tam gdzie jej miejsce.
Jebać Bryzową.

21 marca 2021

Od Bryzowej Gwiazdy CD Krwawego Zewu

Bryzowa Gwiazda już myślała, że ma przewagę. Już myślała, że głupim kijem będzie w stanie sprawić, że intruz będzie zwiewał, gdzie pieprz rośnie.
Nie.
Jednym kłapnięciem, tak, jakby nie sprawiło mu to w ogóle trudności, pies złamał patyk, który wydając z siebie głuchy trzask, opadł na ziemię.
Nim liderka zdążyła chociażby drgnąć, została złapana za kark i powalona na ziemię. Szarpanina chwilę trwała, a przywódczyni poczuła, jak kły samca przebijają się przez skórę na jej szyi. Niewiele myśląc, złapała napastnika za łapę i mocno ugryzła, czując, jak jej pysk wypełnia krew.
Już miała się podnieść, gdy jej kark został puszczony, ale zaraz poczuła pieczenie w boku. Została przyciśnięta do ziemi, jak nic niewarty pieszczoszek. Och nie! Nie zamierzała się teraz poddać. Wyślizgnęła się.
Dwójka psów, stojąc na dwóch łapach, niczym dwunożni na ringu, zaczęła się bić. Walić łapami, drapać pazurami. Kłapać paszczą. Prali się jak prawdziwi wojownicy.
Bryzowa czuła dużo mniejszy ból, dzięki adrenalinie. Co nie oznaczało, że umknął jej uwadze fakt, iż jej piękne uszko zostało naderwane przez tego prostaka bez zasad.
Furia wypełniła oba psy, mimo ran napędzając ich ciała, zachęcając do coraz bardziej zaciekłej walki. Liderka nawet chciała znów sięgnąć po kij, który mimo złamania, dalej mógł być użyteczny, ale Krwawy Zew wyrwał jej go z pyska.
Dwa walczące psowate wyglądały tak, jakby stanowiły jedność. Jakby były jednym ciałem, splecionym ze sobą w potyczce.
Przywóczyni pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi, co skończyło się fatalnie. Samiec złapał ją za kark i kilkukrotnie trzepnął nią w drzewo. Walił nią o biedną roślinę tak, jak mama ubija kotlety.
Suka poczuła straszny ból rozchodzący się wzdłuż kręgosłupa i wrzasnęła. Kiedy pies ją puścił, wstała, trzęsąc się na łapach. Warczała, we wrogim uśmiechu i rozpoczęła się krótka wymiana zdań.
— Za kogo ty się masz?
— Nie twoja sprawa, damulko.
— Jak ty mnie nazwałeś? Wiesz, z kim zaczynasz?
— Nie i nie muszę wiedzieć!
— Jestem przywódczynią tego klanu a ty intruzem.
— Nie obchodzi mnie, kim jesteś, stajesz mi na drodze do zdobycia lekarstwa, którego potrzebuje mój klan.
— Mój niby nie?
— Gówno mnie obchodzi twój klan, tak jak ciebie mój więc niech wygra lepszy!
Suczka zdała sobie sprawę z tego, że walcząc dalej, ryzykuje własne życie.
Tylko czemu powalenie psa nie było tak proste, jak w przypadku Trzmielego Lotu? Czemu nagle zrobiło się trudniej? — zastanawiała się, rozczarowana samica — przecież wszystko miało iść po mojej myśli! Od kiedy przywódcy nie są darzeni szacunkiem? Od kiedy coś im się nie udaje?
Bryzowa Gwiazda wyobrażała sobie, że prowadzenie klanu da jej nieskończoną moc. Że wszystko będzie jej się udawało.
Tylko czemu tak nie było?
Musiała się teraz wycofać z walki. Na szybko wymyśliła krótki i niedopracowany plan, po czym wystartowała do przeciwnika, a przeciwnik — do niej. Miało już dojść do kolejnego starcia, jednak psina w ostatniej chwili wyminęła kundla. Ten nie zdążył wyhamować przed drzewem. Trzask intruza uderzającego w pień nie był tak głośny, jak jej się wydawało, jednak nie na tym teraz się skupiała.
Pruła przez pole, taranując rośliny rosnące przed nią. Przed jej oczami zamajaczyła kępka ziół. Ziół, o które toczyła się walka. Nie zwalniając, spróbowała je wyrwać. Uciekała z walki, ale nie zamierzała dać wojownikowi tej satysfakcji ze zdobytych niesprawiedliwie medykamentów. Zamierzała zdobyć je przed nim i nie dać się złapać.
<Krwawy Zewie?>
[535 słów: Bryzowa Gwiazda otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

16 marca 2021

Od Bryzowej Gwiazdy CD Krwawego Zewu

Bryzowa Gwiazda dumnie kroczyła przez pole, w poszukiwaniu roślin leczniczych.
Generalnie jej status z „Nie wiem, czy dobrze robię”, zmienił się na „Mam władzę, więc mogę wszystko”. Jej przygnębienie się skończyło, w momencie, w którym zrozumiała, że przemoc to najlepsza droga do władzy. W końcu, w tym świecie nie było nawet zbytniej różnicy pomiędzy dobrem a złem.
Już nie mogła się doczekać następnego zgromadzenia, które będzie musiała poprowadzić. W myślach już składała monolog o tym, jak dobrze się powodzi klanowi. W ogóle nie rozumiała do końca, po co się mówi takie rzeczy. Przecież to oczywiste, że lider nie pokaże słabości przy wrogich klanach, więc, na Gwiazdnych, po co?
Dobieranie słów i istny Roleplaying ze samą sobą, przerwał jej jednak widok sporej kępki ziół, rosnącej na polu. Rozpędziła się i ruszyła w jej kierunku, łamiąc inne rośliny na polu, w biegu. Wiatr przyjemnie rozwiewał jej futerko, a słońce powodowało, że ładnie ono błyszczało.
Nagle ni stąd, ni zowąd wleciało w nią coś dużego i brązowego, niemal zwalając z nóg. Ostatecznie jeszcze nie zmiotło jej z planszy, więc lekko obolała, złapała równowagę i zmierzyła się z przeciwnikiem. Śmierdział on ostro zapachem Tenebrisu, tak więc obnażyła kiełki.
— Dla twojego dobra, lepiej sobie odpuść — warknął wściekle.
O nie nie! On nie ma prawa mówić jej, co ma robić! I to jeszcze na jej własnym terytorium!
— To MOJE terytorium, MOJEGO klanu ty wybryku natury! — wrzasnęła wściekle.
Pod jej łapami, nie wiedzieć czemu, leżała gałąź. Była duża, jednak dało się ją unieść w pysku. Niewiele myśląc, złapała za nią.
Była gotowa ubić Krwawemu głowę szybciej, niż twoja babcia puree, a jednocześnie wpatrywała się w psa z taką nienawiścią, jak pięciolatek w talerz warzyw.
Machnęła pyskiem i bęc! Głowa intruza doznała bliskiego spotkania z kijem.
— WY-NO-CHA! — krzyczała w szale, lejąc biednego psa patykiem, niczym babcia laczkiem, kiedy zjesz ziemniaczki, ale zostawisz mięsko.
<Krwawy Zewie?>
[307 słów: Bryzowa Gwiazda otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

20 stycznia 2021

Od Bryzowego Szeptu CD Mięty

Bryzowy Szept odwróciła się i spojrzała na Miętę, przeszywając ją wzrokiem niemal na wylot.
Miała ochotę teraz wrócić do obozu. Tak bardzo żałowała, że w ogóle przyszedł jej do głowy ten spacer. Gdyby tylko mogła cofnąć czas… Zmieniłaby nie tylko to, ale też wiele innych nieprzyjemnych zdarzeń. Zwłaszcza to jedno najgorsze.
Tak niewiele brakowało, a rzuciłaby się Bezgwiezdnej do gardła!
Po co w ogóle proponowała odprowadzenie suczki na jej tereny? — tego nie wiedziała. Znów postąpiła szybko i głupio, bez przemyślenia sprawy. Nie wypadało już zrezygnować, więc chciała mieć to jak najszybciej z głowy.
Odwróciła wzrok, bo takie przyglądanie się sobie bez większego celu było dość niezręczne.
— Idziesz? — mruknęła nieco ciszej, niż wcześniej i potruchtała przed siebie.
Z początku chciała zawrócić i poprowadzić przez pole, ale finalnie zdecydowała się pójść naokoło pola przez dworzec, a następnie zatrzymać się gdzieś przed granicą z terytorium Tenebrisu.
Suka nieco zwolniła, po czym weszła na tory, idąc centralnie na ich środku, kierując się w stronę dworca. Nie bała się; żaden potwór nigdy tędy nie jeździł, więc nie było powodu do trwogi. Prawda?
Ostre kamienie raniły jej łapy, a jednak wojowniczka zdawała się tego w ogóle nie czuć. Była zbyt skupiona na wizji miękkiego legowiska czekającego na nią w obozie i bodźce ze świata zewnętrznego słabiej zwracały jej uwagę, jeśli w ogóle.
Większość drogi przemilczała; o czym miałaby niby rozmawiać z intruzem?
Na dodatek czuła mocne poczucie winy, że tak niewiele brakowało, a nieznajoma leżałaby martwa u jej łap, tak, jak medyk Industrii. Wiedziała, że traci panowanie nad instynktem. Lecz czy aby na pewno to był instynkt?
Na horyzoncie zobaczyła sad — miejsce zabójstwa Trzmielego Lotu.
Za każdym razem, kiedy tylko spojrzała w lewo, miała przed oczami to sztywne, zimne czarno-białe ciało z przegryzioną szyją, leżące w ogromnej kałuży szkarłatnej cieczy, wsiąkającej powoli w ziemię oraz leżące wokół podobnego koloru jabłka i jesienne liście. Zamglone, martwe oczy zielarza. Mogła nawet niemal znów poczuć charakterystyczny, metaliczny smak psiej krwi.
Jasnowłosa wzdrygnęła się i obróciła, aby się upewnić, że Mięta cały czas podąża za nią. I rzeczywiście, robiła to, tyle że nie kroczyła przez środek torów, a zaraz obok nich; najwyraźniej ona nie miała ochoty pozdzierać sobie poduszek na łapach, a Bryzowa nie miała prawa mieć jej tego za złe.
Większy kamień wbił się mocniej niż wcześniej w łapę wojowniczki Ventusu, wyrywając ją z pętli rozmyślań. Suczka pisnęła, po czym machnęła nogą, starając się wyciągnąć z niej ten głupi, twardy przedmiot.
Skupiła się na tym tak bardzo, że jej uwadze umknął szelest w krzakach od strony sadu oraz dwie rude kity wystające zza drzewa. A to był fatalny błąd.
Bezgwiezdna podbiegła do Bryzowej, aby zapytać, dlaczego marsz został przerwany. Na szczęście suka nie potrzebowała pomocy przy pozbyciu się ciała obcego, które już moment później wylądowało na swoim miejscu. Koniec ze spacerkami przez środek torów!
Ale teraz miały większy problem; nosy samic wypełnił smród lisów, które opuściły sad, najwyraźniej z zamiarem przypuszczenia ataku na wojowniczki.
Rudawa suczka dopiero teraz odczuła skutki chodzenia po torach; na łapkach miała gdzieniegdzie ranki, ale oczywiście największa była ta spowodowana przez kamień, który utknął w jej nóżce.
Ale, nawet jeśli zostaniemy zaatakowane, to adrenalina zrobi swoje. Prawda?
<Mięto?>
[523 słowa: Bryzowy Szept otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

19 stycznia 2021

Od Bryzowego Szeptu CD Brunatnej Łapy

Ciemność. Sen bez żadnych marzeń sennych, po prostu pustka.
Czyż to nie przyjemne, mieć chociaż na moment szansę zasmakować nieistnienia i nie mieć już tego głupiego poczucia obowiązku? Nie czuć, jak grzechy uciskają twoje sumienie niczym ostre kamienie?
Bryzowy Szept spała bardzo twardym snem w uliczce nieopodal paru pojedynczych domków dwunogów.
Los (a właściwie to upierdliwe szczenię, ale o tym później) jednak nie dał jej długo odpoczywać, bo zaledwie kilkanaście minut po zaśnięciu poczuła, że coś małego, ruchliwego, ale bardzo miękkiego skacze wokół niej, trącając Bryzowe futerko swoim ciekawskim nochalem.
Wojowniczka była na tyle oszołomiona nagłą pobudką, że początkowo nawet nie wiedziała, kim jest i gdzie się znajduje.
Jesteś Bryzowy Szept, a to jest część twojego terytorium, lub, terytorium neutralnego, tak? A to takie małe, czarne i zachowujące się jak żaba na sterydach to twoja uczennica, Brunatna Łapa — wyszeptała intuicja.
— Bryzowy Szepcie! Bryzowy Szepcie, cześć! Bryzowy Szepcie, kiedy trening? Bryzowy Szepcie! A pokażesz mi jak walczyć? Bryzowy Szepcie! Wiesz, że tam były koty? Bryzowy Szepcie, widziałam tam! O, tam! Taki ładny bluszcz! Bryzowy Szepcie, a upolujemy kota? Bryzowy Szepcie! Bryzowy Szepcie! Czy ty mnie słuchasz? — suczkę zasypał istny wodospad pytań dotyczących treningu, kotów i bluszczu.
Mentorkę na tyle rozśmieszyło zachowanie uczennicy, że zapomniała już nawet o swoim wiecznym zmartwieniu i się szczerze uśmiechnęła. A zrobiła to chyba pierwszy raz od śmierci medyka Industrii. Przez skorupę wątpliwości i strachu przebiła się jej stara, skrywana głęboko w sobie osobowość.
— Hej! Ale po kolei, bo nic nie zrozumiałam — zachichotała, podnosząc się i otrzepując ze śniegu.
— No bo ja chciałam, żebyś mi zrobiła trening! Tak dawno nic nie ćwiczyłyśmy! Proszę! — pisnęła niespeszona.
— Dobrze, Brunatna Łapo. Dzisiaj pouczę cię kodeksu.
— Ale kodeks jest nuuudny! Nudny jak opowieści Słonecznego Mchu o jastrzębiach!
— Brunatna Łapo — wojowniczka spojrzała na terminatorkę sugestywnie — bez kodeksu nigdy nie zmienisz drugiego członu swojego imienia — mówiła — postaram się, żeby nie było nudno.
— Ale… No dobra.
— Siadaj — poleciła jasnowłosa. — To chyba będzie nie najgorsze miejsce na naukę zasad.
Zrezygnowana uczennica opadła zadkiem na biały puch, zajmując ten skrawek ziemi, który znajdował się najbliżej Bryzowej.
— Znam trochę kodeksu! Mama mi o nim mówiła, kiedy byłam szczeniakiem — pochwaliła się młoda, wypinając dumnie pierś.
— W takim razie będzie nam łatwiej — zauważyła suczka. — No dobrze. Pierwszy punkt mówi o obronie klanu nawet za cenę życia. Wiesz, co to zna — chciała dokończyć, ale Brunatna już wiedziała, o co chodzi.
— I mogę się przyjaźnić z psami innych klanów, ale muszę walczyć za klan, jak będzie trzeba. A czy na zgromadzeniu poznam innych uczniów?
— Dokładnie tak. Nie wiem, czy weźmiesz udział w najbliższym zgromadzeniu, ale z pewnością za którymś razem Orzechowa Gwiazda pozwoli ci iść. Jestem pewna, że się z kimś zaprzyjaźnisz — zapewniła, machnąwszy ogonem w nagłym przypływie energii.
— Ale super! A ja wiem, jaki jest drugi punkt kodeksu — i zanim Bryzowy Szept zdążyła chociaż udzielić jej zgody na mówienie, rzekła — nie przekraczaj granic pozostałych klanów i nie poluj na ich zwierzynę.
— Tak. Ale powinnaś poczekać, aż skończę — zaśmiała się wojowniczka, nie mając jej jednak tego występku za złe.
— Przepraszam — powiedziała młodsza suczka ze skruchą. Przypominała teraz takiego małego szczeniaka, który nabroił i jest mu wstyd.
— W porządku. Trzecia zasada mówi, że przed tobą jedzą starsi, karmicielki, samice w ciąży i ich potomstwo, czyli szczeniaki. Nie możesz tknąć posiłku, jeśli nie otrzymasz zgody. Tylko ranni i chorzy uczniowie oraz wojownicy mogą jeść ze starszymi — wytłumaczyła. Jedyną reakcją Brunatnej Łapy było kiwnięcie łebkiem, a więc kontynuowała — Zwierzyny nie wolno zabijać dla zabawy. Robisz to jedynie po to, aby klan mógł się nim pożywić. Za każdy kęs i życie zwierzęcia należy podziękować Gwiezdnym, bo dzięki nim możesz zjeść.
— Czyli oni dają na przykład wiewiórkom życie? — zapytała zdziwiona Brunatna Łapa.
— Tak — odpowiedziała krótko mentorka, mimo iż nie była tego pewna.
— To nawet ciekawe.
— Cieszę się, że tak uważasz. Następny punkt możemy pominąć, przejdźmy do kolejnego. Kiedy zostaniesz mianowana na wojowniczkę, będziesz musiała czuwać całą noc w całkowitej ciszy. Takie są zasady. A kiedy lider umrze, ktoś — tutaj przełknęła głośniej ślinę — znaczy, zastępca będzie musiał go zastąpić. I wtedy będzie trzeba wybrać też nowego zastępcę. Musi to nastąpić przed wschodem księżyca.
— I Złoty Popiół będzie kiedyś Złotą Gwiazdą?
— Tego akurat nie wiem. Nikt tego nie wie, ale możliwe.
— A chciałabyś być zastępcą?
Bryzowy Szept przekręciła łebek w bok. Oczywiście, że nawet mimo tego, czego się dopuściła, nie zrezygnowała ze swojego marzenia. Myślała o tym wręcz intensywniej niż wcześniej.
— Chciałabym. Ale to chyba nie jest koncert życzeń, tylko nauka kodeksu, prawda? — Wyprostowała się bardziej. — Już niedługo pełnia księżyca i zgromadzenie, podczas którego panuje pokój. Ale pewnie o tym wiesz, dlatego lecimy dalej. — Zmrużyła oczy, starając się przypomnieć sobie, jaka była następna w kolejności zasada. Ale kiedy przypomniała sobie, co ona (zasada) mówiła, stwierdziła, że należy ją pominąć — Nie możesz zostawić rannego szczeniaka na pastwę losu, niezależnie od tego skąd pochodzi.
— Ale ominęłaś punkt o konieczności oznaczania granic każdego dnia! I o tym, że należy wygonić każdego intruza! — jęknęła oburzona Brunatna Łapa.
— Tak, ominęłam ten punkt. Cudownie — ton głosu wojowniczki Ventusu zmienił się na nieco bardziej podirytowany. Punkt o intruzach przywoływał niemiłe wspomnienia, dlatego wolała, aby o nim nie mówić.
— Coś się stało?
— Nie. Wszystko jest w porządku — mruknęła wymijająco — Może zrobimy sobie krótką przerwę? — zaproponowała rozglądając się.
W niewielkiej odległości od ich dwójki siedziała szylkretowa kocica, długimi pociągnięciami szorstkiego języka czyszcząca swoje długie futerko.
— Tam jest kot! — zapiszczała podekscytowana uczennica, a oczka jej zabłyszczały.
— Co ty na to, żeby narobić mu stracha? Będzie zabawnie — szepnęła entuzjastycznie, robiąc pozycję łowiecką — Spróbuj mnie naśladować. Tylko bądź cicho. Jeszcze nas nie zauważył, a jesteśmy bardzo blisko.
Obie suczki powoli podkradały się do zwierzęcia na ugiętych łapach, z ogonem opuszczonym nieco w dół.
<Brunatna Łapo?>
[933 słowa: Bryzowy Szept otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia, Brunatna Łapa 2 Punkty Treningu]

17 stycznia 2021

Od Bryzowego Szeptu CD Mięty

Rześkie, chłodne zimowe powietrze pobudzające zmysły do działania. Śnieżnobiały, lodowaty śnieg, przez który całe ciało przechodziły dreszcze. Niegdyś unosiły się tutaj pyłki, a pola były koszmarem dla osób z alergią.
Ale Pora Nagich Drzew otoczyła tereny klanów zewsząd białą pokrywą, przykrywając niemal wszystkie rośliny śnieżnym puchem, nieco tłumiąc ich zapach. Zbiorniki wodne zamarzły, a otoczenie zdawało się być podejrzanie ciche, jakby opuszczone (nie licząc oczywiście gniazd dwunożnych oraz ich dróg, gdzie niezależnie od wszystkiego, zawsze było głośno i żywo).
Mocniejszy podmuch wiatru rozwiał jasne futro Bryzowego Szeptu, a wydychane przez nią powietrze uniosło się przed polem w formie pary, aby następnie po prostu zniknąć. Ciemnobrązowe, psie oczy skierowane były przed siebie, a z pyska trudno było odczytać jakiekolwiek emocje.
Suczka stała przed polem. Złote kłosy je (pole) tworzące uginały się pod ciężarem śniegu.
To nie był najlepszy czas na bezcelowe wycieczki poza obóz, a jednak spacery stały się jej rutyną, zdążyła się po prostu do nich przyzwyczaić.
Zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo podejrzane są — jak to Bryzowa zwykła nazywać — samotne patrole łowieckie, podczas których nawet nie zaszczycała mijanej zwierzyny spojrzeniem. Mimo wszystko zawsze znajdowała sobie jakąś wymówkę, dlaczego i tym razem nic nie przyniosła.
No dobrze, ale po cholerę w taką porę roku ruszać się bez przyczyny poza obóz? Wojowniczka potrzebowała po prostu pomyśleć. Ach nie, nie pomyśleć. Źle to ujęłam. Tego starała się właśnie unikać, bo jej tok myślenia ciągle zbaczał na temat zabójstwa medyka Industrii, a nie miała już ochoty zataczać tego błędnego koła i zastanawiać się, jak bardzo słuszny był jej czyn, dochodząc za każdym razem do wniosku, że nie jest w stanie tego ocenić.
Bryzowy Szept łudziła się, że przechadzki po terenach pomagają oczyścić jej umysł. A było wręcz przeciwnie.
Nie zdawała sobie sprawy z tego, że wystarczyłoby jej mieć po prostu kogoś, komu mogłaby się wygadać. Kogoś, kto najpewniej nie nazwałby jej szurniętą morderczynią (bo tego spodziewała się po klanowiczach, gdyby im powiedziała, czego się dopuściła), a wysłuchałby jej. Przestawała sobie radzić z tym dobrze wszystkim znanym „wewnętrznym, krytycznym głosem”.
Potok jej myśli nagle się urwał, przerwany odgłosem śniegu ugniatanego przez czyjeś łapy; psina ustawiła się w pozycji łowieckiej i schowała za kępą krzaków, starając się pozostać niezauważoną.
Hałasu z pewnością nie wywołało małe stworzenie. Pachniało ono miastem, ale nie na tyle, żeby pomylić je z dwunożnym. A więc to był najpewniej samotnik, pieszczoch lub, Bezgwiezdny. Kiedy sunia wychyliła się z krzaków nieco mocniej, dostrzegła, że istota jest jasnobrązowa i posiada krótką sierść.
Część Bryzowego mózgu krzyczała, że czas wracać do domu. Inna, żeby po prostu wyjaśnić sobie z tym psem, czemu wszedł na tereny Ventusu. Ale najgłośniejszy był głos, który nakazywał jej w ciszy podążyć za Bezgwiezdną.
Nie! Nie mam ochoty na powtórkę z rozrywki! — mówiło przerażone spojrzenie suczki, jednak jej łapy chwilę później jakby same ruszyły za Miętą.
Przeciskając się przez pole, cały czas starała się zachować na tyle dużą odległość, żeby intruzka nie zdawała sobie sprawy z jej obecności w pobliżu.
Co ona właściwie robiła? — nie miała pojęcia. Tropiła Bezgwiezdną jak jakąś zwierzynę, zamiast po prostu ją przegonić ze swoich terenów.
Bardzo chciała teraz wrócić do obozu, ale zdawało jej się, że straciła chwilowo kontrolę nad własnym ciałem; łapy same ją niosły przed siebie.
I niosły ją i niosły. Tak ją niosły, że aż zaliczyła jakże majestatyczną glebę, płosząc przy tym zarówno Miętę, która rzuciła się biegiem przed siebie, jak i kilka ptaków.
Swoją drogą, to gdyby Bryzowa mogła, nie podniosłaby się nawet z ziemi; chociaż starała się, jak mogła, żeby żyć tu i teraz, to znakomicie pamiętała, do czego ostatnio podkusił ją instynkt kiedy stanęła oko w oko z intruzem i nie chciała znów kogoś skrzywdzić.
A może to nie był instynkt, tylko coś innego? — to nawet nieistotne. Ważne, że się stało.
Chcąc nie chcąc podniosła się z ziemi, łapiąc trop; do tej pory szła pod wiatr za Bezgwiezdną, która na szczęście (lub nie) nie odbiegła na tyle daleko, żeby nie dało się jej ponownie wyczuć.
Teraz szła bardzo ostrożnie, zastygając w bezruchu za każdym razem, kiedy nieznajoma się rozglądała. Kłosy były, najwyraźniej nie najgorzej ją kamuflowały, bo jeszcze nie została zauważona.
Wkrótce pole się skończyło, przecięte przez tory.
Obie suki się zatrzymały.
Teraz. Zaatakuj. Bez litości. Pokaż jej siłę. Możesz osiągnąć wielkość. Możesz być Bryzową Gwiazdą. Ale musisz pokazać takim intruzom jak ona, gdzie jest ich miejsce. Musisz pokazać, że się nie boisz — usłyszała znów ten sam głos dobiegający z jej głowy.
Powoli podkradała się bliżej i bliżej, aż kłosy się skończyły. Była gotowa, aby rzucić się na Miętę. Jej pysk był bez wyrazu.
Aż dosłownie kilka kroków od niej, opamiętała się.
Co ja właśnie próbowałam zrobić? — potrząsnęła głową.
Jasnobrązowa dama odwróciła się, ukazując swoje oblicze.
— Zgubiłam się! — rzekła nieznajoma.
Co teraz zrobić? — zastanawiała się wojowniczka Ventusu.
Chciała po prostu znów być tą starą, wesołą Bryzową, której głowy cały czas nie zaprzątało morderstwo.
Czym się stała przez swój narcyzm i chęć władzy?
Chwila, starą Bryzową? No tak. Przecież kiedyś była taką optymistką! Właśnie, optymizm. A gdyby tak spróbować po prostu znów być wesoła?
Uśmiechnęła się (w ten przyjazny sposób) sztucznie i zamerdała ogonem.
— Jesteś Bezgwiezdną? — zapytała, starając się, aby jej głos nie brzmiał obojętnie, lecz był napełniony optymizmem. Wyszło jej tak sobie. — Mogę pomóc ci opuścić te tereny.
Co ty robisz? Na co właśnie się piszesz, mysi móżdżku?
Nie wiedziała, ale czuła, że lepiej byłoby, gdyby się wycofała. Jednak na to było już zdecydowanie za późno.
Teraz czekała już tylko na odpowiedź, która nie nadeszła przez dłuższą chwilę.
<Mięto?>
[910 słów: Bryzowy Szept otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

6 grudnia 2020

Od Bryzowego Szeptu

A więc kolejny, zimowy poranek; drzewa w śniegu, trawa w śniegu, krzaki w śniegu — wszystko w tym cholernym, zimnym śniegu, który brał się — nie wiedzieć czemu — z samego nieba.
Tylko po co komu śnieg w niebie? Może komuś zawadzał i dlatego jest zrzucany na ziemie? A czemu on nie wróci tam, skąd przyszedł? — Bryzowemu Szeptowi zachciało się teorii spiskowych.
W rzeczy samej; Bryzowy demon był w stanie teraz rozmyślać nad tymi najmniej istotnymi rzeczami, lub, analizować każde dygnięcie, każdy ruch, każde słowo innego psa, byleby tylko nie myśleć o swoim okropnym występku, jakim było nie do końca umyślne zamordowanie Trzmielego Lotu.
Pocieszający był fakt, iż przynajmniej jeszcze, nikt nawet jej nie podejrzewa, w końcu, co mogłaby zrobić ta zazwyczaj wesoła, optymistyczna wojowniczka, która nawet by muchy nie tknęła?
Pff, dobre sobie! Optymistyczna? Wesoła? Nie, nie, nie. Na pewno żadna z tych cech nie była u niej teraz widoczna.
Suka spędzała ostatnio więcej czasu śpiąc, leżąc w najmniej nadających się do tego miejscach, lub, włócząc się bez celu, ze smutkiem zwieszając głowę, choć przy swej uczennicy starała się przynajmniej udawać, że jest dobrze, że jest okej, że nic takiego się nie dzieje. Nie, nie było dobrze, a morderczyni nie potrafiła ukryć swoich prawdziwych uczuć. 
Ku jej głębokiemu zdziwieniu; ta dziwna emocja, jaką był wyżerający od środka smutek, przerodziła się w, o zgrozo, pustkę i obojętność.
Teraz miała minę taką, jakby pozbawiono ją wszelkich emocji, wiecznie ten sam ton, brak typowej dla niej werwy, ogon, który do tej pory był wiecznie uniesiony, nie majtał już na boki, a zwisał sobie w dół. 
Psinie znudziło się już wieczne użalanie się nad swoją osobą; co miało jej to niby dać? Czy nie lepiej byłoby po prostu zapomnieć o tym niechlubnym czynie? Czego klany nie zobaczą, to ich nie zaboli. A śmierci medyka nikt nie widział, więc jestem bezpieczna. — powtarzała sobie wojowniczka.
Czasem wydawało jej się nawet, że może i postąpiła słusznie, zagryzając intruza; a co, jeśli taka jest prawdziwa droga do władzy? Poplamiona krwią, ale jednak… łatwiejsza?
Weźmy sobie taki Quintus; oni użyli siły i doprowadzili do rozlewu krwi, ale wygrali. Jakkolwiek okropnie by to nie zabrzmiało, to możliwe, że tylko w ten sposób dadzą radę kiedyś odbić dawne terytoria.
Tak czy siak; nie zrezygnuje z marzenia, jakim było zostanie przywódcą, z powodu jakiegoś głupiego, i tak już zdechłego psa. Będzie teraz ostrożniejsza, bo — jak się kilka dni temu dowiedziała — nie zawsze jest w stanie zapanować nad swoim instynktem, a bardzo łatwo jest jej zrobić komuś niechcący krzywdę.
Suczka wstała znad lodowatej kałuży, w której zmoczyła swój czarny nosek i wbiła w nią zobojętniały wzrok, patrząc na swoje krzywe, rozmazane odbicie.
Patrzyła na siebie ni to z obrzydzeniem, ni to z podziwem. Nie była już pewna tego, czy robi źle, czy robi dobrze; jej zamiarem było brnięcie w to dalej, bez marnowania czasu na myślenie nad sobą i swoim zachowaniem.
— Niezależnie od wszystkiego; będę lepsza od Orzechowej Gwiazdy i każdego przywódcy, jaki kiedykolwiek rządził klanami! — poprzysięgła sobie, tupnąwszy łapą.
Słońce zaświeciło jej w oczy mocniej, na co Bryzowy Szept je zmrużyła i odwróciła się, ruszając w stronę obozu, który był za rogiem. Mogła wracać, bo wiedziała już, co zrobi; dobitnie udowodni każdemu, kto ośmieli się w to zwątpić, że właśnie ona będzie najlepszym materiałem na przywódcę, niezależnie od tego, czego będzie musiała się podjąć. A to udowadnianie miała zamiar zacząć od swojej uczennicy, Brunatnej Łapy, której akurat nie było w domu.
Szła pewnym krokiem, twardo stąpając po ziemi, nie bawiąc się w żadne tańce wywijańce, ani też nic sobie nie wyobrażając.
Nie dało się zgadnąć, co czuje, bo minę miała pokerową.
Niektóre psy spoglądały na nią ze zdziwieniem, inne coś szeptały pomiędzy sobą, ale ona miała to głęboko w poważaniu. Skinęła głową do Płomiennego Zachodu i Orzechowej Gwiazdy, na Złoty Popiół popatrzyła ze słabo ukrywanym obrzydzeniem i weszła do legowiska wojowników, robiąc sobie pośpiesznie wyrko z mchu, bo to, które służyło jej przez noc rozwaliła; było zbyt mało starannie wykonane.
Po kilkunastu, jak nie kilkudziesięciu minutach, położyła się na idealnie jak na jej preferencje poukładanej roślince i zmrużyła oczy.
Nie minęło kilka chwil, a świadomość wojowniczki pochłonęła czarna fala, a suka zasnęła snem twardym i bez marzeń sennych, mrucząc jedynie coś o kałużach, byciu liderem i o zwycięstwie.
[704 słowa: Bryzowy Szept otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

22 listopada 2020

Od Bryzowego Szeptu

Pora była niezwykle wczesna.
Słońce ledwie wychylało się nad horyzont, swym blaskiem powodując łzawienie przyzwyczajonych do otaczającej je zewsząd ciemności oczu.
Stado zwyczajnych, szarych gołębi uniosło się w jednym momencie z ziemi, szybując w idealnie uporządkowanym kluczu nad polem. Zdawało się, że lecą hen, daleko w stronę słońca, lecz tak naprawdę nikt nie wiedział, gdzie ptactwo zmierza.
Delikatne powiewy wiatru muskały czubki wysokich traw, słoneczników i innych roślin mieniących się kolorem tęczy, która zawitała na nieboskłonie po długich, nocnych opadach, moczących obozy klanów do cna.
Gdzieś na tyłach majaczyło parę drzew, jedne z nich korę miały mocno popękaną, inne gładszą. Ich liście natomiast mieniły się kolorami jesieni — jedne były jeszcze zielone, inne brązowe. Były też takie, których kolor podchodził ni to pod pomarańcz, ni to pod czerwień, ale także i żółte.
W trawie zaś ulokowały się grzyby każdej możliwej wielkości i kształtu, pnąc się ku górze i skrzywiając trochę na bok. Niektóre obrastały pnie martwych drzew, doprowadzając do ich szybszego rozkładu, a inne pasożytowały na tych żywych, wyrastając na nich, wyglądem przypominając schodki.
Szkoda tylko, że po tych „schodkach” nie dałoby się wspiąć, lub też nijak ułatwić sobie wspinaczki.
Gdzieś nieopodal, w krzakach, coś głośno zaszeleściło. Chrzęsty i inne odgłosy świadczące o obecności zwierzyny były zagłuszane tylko od czasu do czasu przez głośniejszy podmuch wiatru, ryk potwora w oddali, lub też przez słowa jakiegoś zbłąkanego dwunożnego.
Aktualnie większość zwierząt żyjących dziko przygotowywała swoje ciało na nieubłaganie nadchodzący czas chłodu, którego nadejście było wpierw sygnalizowane wyglądem lasu, a później pogodą która — dzięki Gwiezdnym — nie była jeszcze taka najgorsza, rok temu zdecydowanie aż tak kolorowo nie było.
A wracając, w tą większość zwierząt, o której wspominałam akapit wyżej, wpisywały się również i klanowe psy, albowiem psie organizacje zaczęły zbierać zapasy, a polowania odbywały się stosunkowo częściej, bo zaraz cały pokarm mógł pouciekać. Oczywiście, nikt nie panikował, ale jednak jak to się zwykło mówić — przezorny zawsze ubezpieczony.
Z tego też powodu Bryzowy Szept, którą zbyt wcześnie zbudził blask porannego słońca, uświadomiwszy sobie, że o ponownym zaśnięciu nie ma mowy, podjęła się planu B na takie okazje — ruszyła na nieoficjalny patrol łowiecki w samotności, przemierzając tereny swojego klanu, rozglądając się ciągle na boki, w obawie, że wykryje intruza, a nuż coś, lub też ktoś z niecnymi zamiarami zechce się na nią rzucić?
Rozmyślając na ten temat, truchtała sobie z wiatrem przed siebie, a jej łapy moczyła poranna rosa zgromadzona na zielonych paseczkach trawy, co nie było szczególnie przyjemnym doznaniem.
Ogółem, w byciu mokrym nie było niczego przyjemnego. No, chyba że woda była cieplutka, ale z taką wojowniczka się jeszcze nie spotkała, gdyż z dwunożnymi, którzy kąpali swe pupile w cieczy o wyższej temperaturze, nie chciała mieć absolutnie, ale to absolutnie nic wspólnego.
Ona chciała być świetną wojowniczką! Ba! Przywódcą! A nie jakimś zapchlonym pieszczoszkiem, podległym tym łysym małpom, który nie potrafiłby muchy upolować!
Dodatkowo była całkowicie, ale to całkowicie pewna, że w roli lidera byłaby najlepsza! Że jej znikome umiejętności sprawowania nad innymi władzy samoistnie by się rozwinęły, ażeby takim psom domowym mogła jako ważna persona splunąć w łapy! Haftu!
Generalnie, to Bryzowy Szept miała umysł szczeniaka — wydawało jej się, że wszystko może, że każda rzecz przyjdzie jej z łatwością, jeśli tylko będzie chciała, a prawda była inna — psina nie miała praktycznie szans na wyższe stanowisko.
Członkini Ventusu zrobiła poważną minę i zmieniła krok na taki, który miał przypominać pewny chód Orzechowej Gwiazdy.
Wyglądało to tak, jakby chwilę temu napiła się mocnego trunku; szła chwiejnie, śmiesznie stawiając łapę za łapą, a w, chociażby najmniejszym procencie nie była teraz podobna pod względem sposobu chodzenia do przywódczyni. Głowę miała uniesioną wysoko, jak gdyby podtrzymywaną jakimś magicznym sznurkiem w górze.
— Tak tak, wiem, że jestem cudowna! W końcu nazywam się Bryzowa Gwiazda! — mruczała sama do siebie, wyobrażając sobie swoją osobę jako dumną głowę Ventusu.
— Czemu zawdzięczam swoją pozycję? Oczywiście, swoim umiejętnościom! — mówiła dalej, a gdyby mała zwierzyna ją obserwująca mogła się śmiać, to całe otoczenie wypełniłoby się chichotem.
Idąc tak przed siebie, zauważyła wronę średniej wielkości, dziobiącą robaka, którego postawił przed nią okrutny los.
— Tsaaa, a teraz pokażę wam, jak się poluje — szeptała dalej sama do siebie, ustawiając w dość słabej pozycji łowieckiej.
Zaczęła się powoli skradać w stronę zwierzęcia, napinając mięśnie i zaciskając zęby. Ogon, którym do tej pory merdała, wylądował bardziej w dole.
Pochyliła się lekko, czując napięcie.
Jeszcze dwa kroki. No dobra, jeszcze pięć. A teraz bliżej. I bliżej. Uwaga, bo go spłoszysz. Shhh. — myślała, skradając się.
Teraz! — wrzasnął instynkt, a suczka wyskoczyła zza krzaka, szybując niczym ptak w stronę zwierzyny.
Mówiąc ptak, miałam na myśli pingwina. Bo latać to się Bryzowa nie uczyła, z lądowaniem też sobie najlepiej nie radziła.
Jak to bywa, straciła równowagę i przeturlała się szybko w nieznanym nikomu kierunku, tracąc szansę na przyniesienie klanowi świeżego ptaszyska.
Turlała się dłuższą chwilę, a czas — jak jej się wydawało — podczas tej czynności zwolnił.
Obijała się co moment o jakiś kamień, to łapą, to plecami, wydając z siebie dźwięki podobne do pisków, tylko że bardziej zduszone.
Na Gwiezdnych! Świat wiruje! — mówiły jej wybałuszone w przerażeniu ślepia.
W końcu brązowo-biała wojowniczka zatrzymała się kawałek dalej, a jej oczom ukazał się sad.
Sad pełen czerwono-zielonych, okrągłych owoców, leżących to tu, to tam, przy czym większość z nich nie znajdowała się już na drzewach, a na ziemi.
Kilkanaście jabłek było już brązowych, pokrytych białymi plamkami. Nie pachniały one (jabłka) zbyt pięknie, a wręcz odrzucająco. W dotyku zaś były szorstkie i sflaczałe, niczym poduszki łap u starszych.
Bryzowy Szept podniosła się chwiejnie z ziemi, odrobinę oszołomiona.
— T-to był przykład tego, jak się nie poluje. Takich błędów nie wolno popełniać. — podsumowała suczka, otrzepując się z brudnej ziemi, liści i patyków, które utkwiły w jej futerku.
Ziewnęła, rozglądając się na boki, po drzewach o złocistych liściach, jakby oczekując odpowiedzi, lub jakiegoś komentarza (którego, tak nawiasem, nie otrzymała).
Wzięła głęboki wdech jak zawsze, kiedy znajdowała się wśród drzew.
Rośliny miały zapach wręcz przepiękny, świeży i inny, niż śmierdzące potwory, które często uprzykrzały klanom życie.
Ich woń była wprost idealna!
Zaraz do jej nozdrzy dotarł jeszcze jeden, niepokojący zapaszek, na który pani będę-najlepszym-przywódcą warknęła groźnie.
Na terenie znajdował się inny pies i to zdecydowanie nienależący do Ventusu!
Delikwent najwidoczniej zdał sobie sprawę z tego, że jego obecność została zauważona, więc usiłował się cofnąć w rosnące gdzieniegdzie krzaki, ale — ku jego nieszczęściu — nadepnął na gałązkę.
To wystarczyło, aby Bryzowa wpadła w szał.
Ja będę najlepszą liderką! Ja przegonię intruza! Ja dam mu nauczkę! — powtarzała sobie w głowie.
Z okrzykiem napełnionym nieokiełznaną furią wykonała długi skok wprost na — czego miała się już za chwilę dowiedzieć — uzdrowiciela Industrii.
Pies był albo tak stary, albo tak słabo znał się na walce, że jego reakcja była znikoma; ot tak, stał, jakby czekał na jakiś wyrok.
Może była to dezorientacja, może szok, ale dał w ten sposób napastniczce dużą przewagę, którą ta wykorzystała, albowiem od razu zaatakowała jedno z czulszych miejsc, a mianowicie kark, natomiast pazurami drapała psie boki.
Zmusiła Trzmielego do przewrotu na brzuch, układając swój ciężar tak, aby ten się przewrócił.
Czuła się jak królowa całego lasu! Ba! Świata!
Stawiała, że atakowany był samotnikiem lub też pieszczochem, ponieważ nie wyczuła od niego dotychczas zapachu któregoś z klanów.
A że, jak sądziła, to nie stworzenie klanowe, to mogła z nim zrobić to, co chce, pokazać swoją siłę, wreszcie się jakoś wykazać na tle klanu.
I tu popełniała okropny w skutkach błąd.
A wracając, jej bielutkie ząbki obejmujące szyję medyka zacisnęły się na niej (szyi) mocno, raniąc ją i dziurawiąc mocno, a suka wgryzała się z sekundy na sekundę mocniej.
Teraz pies pod nią próbował się wyrwać, usiłował się obronić, ale wszystko na marne.
Bryzowy demonek miał, a raczej, miała zbyt dużą przewagę.
Ten demonek poczuł, jak szkarłatna ciecz o charakterystycznym, metalicznym smaku dociera do jego języka, a później również i do przełyku, bo nie mając możliwości krwi wypluć, połykał ją odruchowo.
Sprawiła, że pies ledwo łapał oddech, a gdy już to robił to bardzo łapczywie, bo złapanie oddechu było sprawą życia lub śmierci.
Widziała w jego oczach ból, widziała ogromny strach, ale napędzała ją myśl, że jak tylko da mu nauczkę, to mniemanie innych członków Ventusu o jej osobie.
Nie, nie zdawała sobie już sprawy z tego, co takiego robi.
Teraz już nie było odwrotu.
Zaczęła machać pyskiem na boki, pogłębiając zadane kundlowi rany.
Z pyska Trzmielego Lotu wydobyło się ciche charknięcie oraz wylał się z niego cały wodospad krwi, oddech był płytszy… I płytszy…
W tym właśnie momencie Bryzowy Szept jakby zrozumiała, co ona najlepszego narobiła!
Odskoczyła szybko od ciała, patrząc się na nie w niebywałym szoku.
Niee! To nie byłam ja! To na pewno nie byłam ja! Co ja zrobiłam? — krzyczało jej spojrzenie pełne szoku.
Tak, Bryzowy Szepcie. ZAMORDOWAŁAŚ. Zamordowałaś psa — zapiszczał cichy głosik w jej głowie.
— To nie może być prawda! Ej, ej, odezwij się! — krzyczała, szturchając czarno-białe cielsko.
Wzięła głęboki oddech.
I wtedy wyczuła ten subtelny zapach. To był członek Industrii.
Oczy zwierzęcia były mocno zamglone, medyk nie żył.
Zabiła medyka, a nie samotnika lub pieszczoszka.
Otworzyła pysk, jakby dalej niedowierzając i szturchała martwego dalej.
Cóż to ci da, Bryzowy Szepcie? Teraz pokazałaś swoją prawdziwą naturę. Jesteś tylko bezlitosnym mordercą, Bryzowy Szepcie. — dogadywał dalej głos.
Teraz w jej głowie pojawiło się pomiędzy milionami różnych myśli to jedno słowo; dołek.
Musiała wykopać dołek, jeśli chciała ukryć ciało.
Natychmiastowo zabrała się do pracy, rozkopując silnymi łapami glebę, odrzucając jej drobinki do tyłu.
Czymże teraz różniła się od wojowników Quintusu?
Niczym. Zabiła psa. Na dodatek medyka.
Z każdym ruchem zdawała się coraz mniej obecna.
Wesoła, rozbrykana i rozmarzona suczka zniknęła już na zawsze.
Dołek, zarówno w świecie fizycznym, jak i psychicznym się pogłębiał z minuty na minutę.
Po kilkudziesięciu minutach był on na tyle głęboki, aby pomieścić w sobie medyka, tak więc świeżo upieczona morderczyni złapała sztywne ciało i gwałtownie wsunęła je do środka.
Teraz wbiła w nie już obojętny wzrok.
Ten pies nie zasłużył na taki los.
Rozejrzała się jeszcze, po czym zaczęła zakopywać dół, obawiając się, że któryś z członków jej klanu może to widzieć.
W rzeczy samej, jeden pies to widział. Co prawda nie należał on do Ventusu, a do Tenebrisu, ale tu był, został jedynym świadkiem całego zdarzenia, może też miał zamiar o tym komuś powiedzieć.
Jedno było pewne. Jeśli tak, to wojowniczka jest skończona.
Suczka wygładziła ziemię, a właściwie to próbowała ją wygładzić łapkami, po czym rzuciła szybkie spojrzenie na krwawą plamę, która została w miejscu zabójstwa i oddaliła się hen, daleko.
Zapewne do jakiegoś zbiornika wodnego, żeby zmyć z siebie krew.
Medyk Industrii, Trzmieli Lot, ginie spod łap Bryzowego Szeptu.
[1738 słów: Bryzowy Szept otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

14 listopada 2020

Od Bryzowego Szeptu CD Jeziornego Kwiatu

Bryzowy Szept nie usłyszawszy odpowiedzi, zaczęła się zastanawiać, czy Jeziorny Kwiat w ogóle życzy sobie jej towarzystwa.
Być może przeszkodziła jej w ważnych rozmyślaniach albo coś w tym właśnie stylu lub suczka po prostu wolała pobyć teraz sama? I czy śledzenie jej do tego miejsca, a następnie opuszczenie kryjówki jak gdyby nigdy nic było złym posunięciem?
Jednak już uderzenie serca później, do jej uszu dotarło powitanie. Może i to nie była odpowiedź na pytanie „jak ci mija dzień?”, ale przynajmniej ta nie próbowała zbyć wojowniczki Ventusu milczeniem, za czym suczka nie przepadała.
Rówieśniczka spojrzała jej w oczy, czego Bryzowy Szept nie miała pojęcia, jak ma interpretować. Taki kontakt wzrokowy zazwyczaj oznaczał wyzwanie, którego ta z pewnością nie mogłaby zaakceptować, zważywszy na to, iż brakowało jej energii, którą zagospodarowała na i tak nieudane polowanie. Dodatkowo nie miała najmniejszej potrzeby walczyć z kimkolwiek, zważywszy na ciężką sytuację klanów, którą pojedynek by tylko pogorszył.
Lekko się zestresowała i otworzyła już pysk, aby coś powiedzieć, miała dużą ochotę zawrócić do obozu i iść spać, ale poczuła, jak coś mokrego spada na jej głowę i wnika w jej sierść, lądując finalnie na skórze, co powodowało bardzo nieprzyjemne dreszcze.
Zaczęła — jak się zorientowała już moment po konfrontacji z kropelką — się mżawka, a chmury dotychczas porozsiewane pojedynczo na niebie zmieniły kolor z jasnobiałego na dość niepokojąco ciemny.
Suka zdała sobie sprawę z tego, że do Jeziornego Kwiatu musiała się skradać dość długo, skoro nastąpiła tak nagła, przynajmniej w jej odczuciu, zmiana pogody.
A może to była po prostu kwestia pory roku?
W każdym razie jej reakcja nie była natychmiastowa, bo nie bała się szczególnie bycia mokrym. A woda jak woda, póki tylko nie było jej za dużo i nie była zbyt hałaśliwa, to jej nie przeszkadzała.
— Czemu uciekasz? To tylko malutki deszczyk.
No i oczywiście, wykrakała, gdyż małe kropelki, które dotychczas nie były dla niej żadnym wielkim problemem, zamieniły się w większe, padające gęściej i będące coraz mniej znośne, a z nieba dochodziły głośne grzmoty.
Nagle zerwał się mocny wiatr, który zmniejszał widoczność, bo futro targane powiewami (wiatru) zasłaniało widok na niektóre strony.
Automatycznie zaczęła rozglądać się za jakimś miejscem, w którym można by się schować i przeczekać burzę, która z minuty na minutę przybierała na sile i dawała coraz mocniej o sobie znać.
Odwróciła się w stronę swej psiej towarzyszki jednak, co zauważyła dopiero po paru minutach, ta schroniła się pod dachem drewnianego budynku dwunożnych, któremu natomiast członkini Ventusu nie chciała ufać. Ogółem, uczono ją, aby unikała przedmiotów zbudowanych przez niebezpiecznych ludzi, o których naopowiadano jej dużo złych rzeczy.
Słysząc jednak warkot nadjeżdżającego potwora, stwierdziła, że mądrzejszym posunięciem jest ukrycie się razem z Jeziornym Kwiatem, niż zostanie rozjechanym lub złapanym.
Tak więc czym prędzej ruszyła w jej stronę, znajdując się w środku tego czegoś zrobionego z drzewa, w którym unosił się lekki, znajomy zapaszek drewna, a co za tym idzie lasu.
— Na Gwiezdnych! Co za nagłe oberwanie chmury! — skomentowała, po czym ulokowała się gdzieś blisko drzwi, by na wszelki wypadek móc uciec. Nigdy nie wiadomo, co takiego czai się w miejscu stworzonym przez dwunożnych.
Usiadła, cały czas gotowa do biegu, a jednak usiłując się rozluźnić poprzez słuchanie dźwięku kropelek cieczy uderzających z dużą siłą o dach. Dźwięk ten wydawał się nawet przyjemny dla jej wrażliwych uszu.
Minuty spędzone w bezruchu dłużyły się niemiłosiernie.
Na dodatek tutaj nie działo się nic ciekawego ani godnego uwagi, wszystko było takie monotonne i nudzące. Nie licząc wojowniczki Tenebrisu, wszystkie żywe istoty zniknęły z zasięgu jej wzroku.
No, może oprócz dwunogów, którzy chodzili po ulicy z różnokolorowymi, pokrytymi jakby błoną szkieletami, po których spływała deszczówka, lądując na twardej, betonowej ziemi, aby dotrzeć do jakiegoś płytkiego strumyczka, a następnie do dziury, będącej, inaczej mówiąc, studzienką kanalizacyjną, ale psina rzecz jasna o tym nie wiedziała. — Myślę, że to już końcówka — stwierdziła, kiedy grzmoty i błyski zniknęły, a wiatr nie wiał już tak gwałtownie, na co drzewa się wyprostowały, nie będąc już uginane pod naporem wiatru.
Zerknęła na swoją koleżankę, której obecność dotychczas ignorowała. Wydawała się zestresowana burzą, przeskakiwała z nogi na nogę i nerwowo podskakiwała. Znajdowała się również dość głęboko, wycofawszy się prawie że do ściany.
Kiedy nawałnica ustała, Bryzowy Szept odetchnęła z wyraźną ulgą, wysuwając nos zza drzwi chatki i spoglądając teraz w niebo.
Powietrze, które jeszcze kilkanaście minut temu było ciężkie, teraz wydawało się dużo lżejsze i przyjemniejsze do wdychania, smog był prawie niewyczuwalny, a na błękitnym sklepieniu zaświeciło słońce i pojawiła się niesamowita tęcza.
— Zobacz, jaka ładna tęcza! — krzyknęła urzeczona pięknem tego zjawiska, aż podskakując z ekscytacji.
Prędko przypomniała sobie, że nie w ten sposób powinna okazywać entuzjazm, bo nie rozmawiała z kimś, kto należał do jej klanu, a z wojowniczką wrogiej grupy psów.
— T-to znaczy, wydaje mi się, że ta tęcza wygląda bardzo ładnie. I w ogóle. Jest ciekawa — poprawiła się, machając jak oszalała ogonem na boki.
Poczuła nagły napływ energii.
To może być jeszcze świetny dzień. Prawda?
<Jeziorny Kwiecie?>
[810 słów: Bryzowy Szept otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

30 października 2020

Od Bryzowego Szeptu CD Jeziornego Kwiatu

Na twardą, lekko popękaną ziemię, opadły łapy nieco zmęczonej, zdyszanej członkini Ventusu, mocno się od niej (ziemi, nie Bryzowego Szeptu) odbijając w biegu, ale zaraz zatrzymując się, orząc podłoże długimi pazurkami. Ze złością wojowniczka spojrzała przed siebie, gdzie biała, puchata kita zająca właśnie znikała jej z oczu, kryjąc się w norze. Z niezadowoleniem obnażyła kiełki, a jej spojrzenie niemal przeszywało wszystko, na co tylko je zwróciła na wylot. - A niech cię, głupi, śmierdzący zwierzaku - prychnęła cicho, wyładowując frustrację, ale jednocześnie nie chcąc wypłoszyć całego pokarmu w promieniu kilku kilometrów.
Biała w rude łaty, średniego wzrostu suka chwilę wcześniej goniła dużego zwierzaka, jednego z najpulchniejszych, jakich w okolicy ostatnio miała szansę zobaczyć. Gdyby tylko nie ta głupia, sucha gałązka, którą nadepnęła, skradając się do futrzaka, nic by się nie stało! Taak, bo najlepiej zrzucić winę na złośliwość rzeczy martwych, niż przyznać się w duchu do winy. A mogłaby się pochwalić w obozie, jaką ona to jest świetną łowczynią i dobrym materiałem na przywódcę. Lecz teraz było już za późno, straciła na to okazję.
Westchnęła ze smutkiem, w powolnym tempie oddalając od miejsca, w którym ostatnio zajączka widziała. W dzikiej pogoni za potencjalną ofiarą, nawet nie zdała sobie sprawy z tego, jak głęboko się zagłębiła w niebezpieczne terytorium. Liście przyjemnie szeleściły pod jej łapami, kroczyła ona przez piękny las, mieniący się kolorami jesieni, pachnący ziołami zbieranymi przez medyków i małymi stworzonkami będącymi pokarmem dla klanowych psów niegdyś będący miejscem utopii dla klanów, aż... wolała się teraz tym nie przejmować.
Słońce mocno grzało jej biało-brązowy grzbiet, mimo iż była jesień i teoretycznie powinno się robić chłodno. Podniosła pysk ku niemu, z brązowych oczu poleciało jej kilka łezek, gdyż jego blask był zbyt oślepiający. Jak meduza z mitów dwunogów. Zbyt straszne, by na to patrzeć, lecz zbyt piękne, by odwrócić od niego wzrok. Dzięki Gwiezdnym dzisiaj był jeden z cieplejszych dni, bo Bryzowy Szept nie przepadała za tymi zimniejszymi.
Nie było według niej, absolutnie fajnego w marznięciu, nie mając przez nie nawet ochoty ruszyć zadka z legowiska, w obawie o zamarznięcie na kość, niczym tafle zbiorników wodnych. Wtedy to miało się chęć niczym wielki, futrzasty niedźwiedź zasnąć na cały ten lodowaty okres i obudzić się we wiosnę, kiedy to wszystko pięknie kwitło, a zwierzyna wracała na pożądane przez psy miejsce.
Po dłuższej wędrówce przez gęsto zalesione tereny, będące najlepszym dla suczki idealnym miejscem do odpoczynku, w końcu zapewniały dość dużo cienia, i przeciskanie się co chwila przez gąszcz różnego rodzaju roślin, ze wplątanymi w sierść kawałkami ściółki leśnej, dotarła do miejsca, gdzie wysokie, zielono-brązowe, lub też zielono-białe rośliny o popękanej korze rosły w trochę większej odległości od siebie, tutaj było zdecydowanie bezpieczniej. Był to sam brzeg lasu, obok znajdowała się głośna droga dwunogów, po której szybko jeździły potwory, wydając z siebie nieprzyjemne, głośne dźwięki, słyszalne aż tutaj.
Miała zamiar się położyć na pleckach i oddać przyjemnej, wieczornej nostalgii, przypominając sobie jej największe uczniowskie wybryki, z których wyciągnięto bolesne dla jej dumy konsekwencje, i lata szczenięce, zabawę z bratem oraz wysłuchiwanie z podekscytowaniem opowieści starszych, bardziej doświadczonych psów. Zdała sobie sprawę z tego, że jej życie układało się idealnie, tak, jak zapragnęła. To też dodawało jej pewności siebie.
Coś ją jednak powstrzymało przed kontynuowaniem rozmyślań na temat przeszłości. Otóż znajdował się już tu, jak mniemała, wilk! Automatycznie obnażyła swoje całkiem spore kiełki, warknęła, będąc przekonana co do tego, że jest to inny psowaty, bez klanu. Czy teraz będzie musiała walczyć? W obecnym stanie, bardzo zmęczona po długim polowaniu, nie miałaby szans z wilkiem. Psowaty jednak jej nie zauważył, co Bryzowego Szeptu nie zdziwiło, biorąc pod uwagę dzielącą ją od niego odległość.
Mogłaby teraz zawrócić do obozu, wyrzucając to zdarzenie raz na zawsze z głowy, skupić się na ważniejszych rzeczach, jak przygotowanie klanu na nieuchronnie zbliżającą się zimę. Jednak coś, zwane ciekawością jej przeszkadzało. Wilczysko odeszło nawet bliżej drogi ludzi, dając jej idealną szansę na ucieczkę, zwierzę nawet by jej nie zdążyło wyczuć. A jednak nie mogła się po prostu powstrzymać, ot co! Dlaczego wilka tak ciągnęło do dwunożnych? Po prostu musiała to wiedzieć! Oczywiście, ta wiedza była jej potrzebna tak czysto do celów naukowych.
Oddaliła się parę kroków, zagłębiając się na chwilę w las, cały czas obserwując delikwenta. Parsknęła śmiechem, gdy ten się przewrócił. Przyglądała mu się bardzo, ale to bardzo uważnie. Nagle, zdała sobie z czegoś sprawę, wyczuwszy subtelny zapach Tenebrisu. Przecież w jednym z klanów, była suczka, Jeziorny Kwiat, która była niesamowicie podobna do kuzynów psiaków. Odetchnęła z ulgą, ganiąc się w duszy. Jestem mysim móżdżkiem! Jak mogłam jej nie rozpoznać!
Powoli, uważając, aby nie zostać uznaną za zagrożenie, podeszła do spoglądającej w błękitną toń kałuży, wojowniczki Tenebrisu. Pyszczek członkini Ventusu przybrał przyjazny wyraz, widocznie się rozluźniła. - Witaj, jak ci mija dzień, Jeziorny Kwiecie? - zapytała, po czym usiadła na zadku przed żółtooką, czując całym swoim ciałem zmęczenie wynikające z aktywności fizycznej. Udawała, że przed chwilą wcale prawie nie zwiała przed psiną ze strachu.
Kilka liści moczyło się w sadzawce, co z jakiegoś powodu jej przeszkadzało. Suka trąciła je lekko łapką, dostrzegając teraz w wodzie całe odbicie swojej mordki. Wzięła głęboki wdech. Bryzowy Szept uwielbiała wdychać piękny, czysty zapach lasu, ale tym razem zaczęła się krztusić. Powietrze było gorzkie i miało lekko szary kolor. Obok jezdni unosił się smog. Klanowiczka zaczęła głośno kaszleć, z niezadowoleniem krzywiąc nos. Czemu ludzie śmierdzieli tym czymś?
Czy to był ich sposób na zniechęcenie przeciwnika na zrobienie sobie z nich przekąski? Jeśli tak, to na pewno bardzo skuteczny.
<Jeziorny Kwiecie?>
[902 słowa: Bryzowy Szept otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]