Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaszczurczy Ogon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaszczurczy Ogon. Pokaż wszystkie posty

12 lipca 2022

Od Jaszczurczego Ogona do Potokowej Łapy

Gdy mniejszy pies ze mnie zszedł, wytrzepałem sierść z piachu, którym mnie obsypał i odwróciłem się z gniewnym błyskiem w oku w stronę napastnika.
— Co ty sobie wyobrażasz, co? Wiesz, haruję dla mojego klanu całe dnie. Chyba mogę się przez chwilę przespać, prawda?
Nieznajomy skulił się z przestrachem i spojrzał na mnie ze skruchą spode łba.
— Bardzo przepraszam, nie wiedziałem, że pan tu jest — powiedział ostrożnie.
Wbrew sobie, mój gniew natychmiast osłabł. Nie podobało mi się to, ale… pies zdawał się być uczniem, a wszyscy kiedyś byliśmy młodzi. Oczywiście, od dawna nie spałem, byłem lekko zmęczony i to z tego mógł wywodzić się mój gniew. Nie mniej, to jeszcze młodzik. A ja powinienem szukać sobie przyjaciół wśród młodych. Kto wie, może kiedyś będę rządził nimi, jako swoimi wojownikami.
— Spokojnie, nic się nie stało — odetchnąłem głęboko i poklepałem delikatnie ucznia po głowie. — Tylko następnym razem uważaj. No, to za czym tak biegłeś?
W oku ucznia ujrzałem ten sam błysk, który znałem aż za dobrze u psów w jego wieku. Uśmiechnąłem się lekko, wiedząc, co on oznacza. Młodzik gonił jakąś zwierzynę, a radosny wyraz jego pyska sugerował, że doskonale się przy tym bawił.
— No już, jaką to wspaniałą zwierzynę nie pozwoliłem ci upolować? — Zaśmiałem się przyjaźnie.
— Jaszczurkę — powiedział uczeń.
cofnął się o krok, szczerze zaskoczony.
— Dlaczego pan się śmieje? — Spytał z urazą.
Przestałem się śmiać, wstałem i spojrzałem mu w oczy.
— Jak się nazywasz, młody? — Spytałem.
— Już nie taki młody — mruknął, z ledwie widoczną urazą.
— No pewnie, pewnie — wyszczerzyłem zęby. — A więc, jak się nazywasz?
— Mówią na mnie, Potokowa Łapa — przedstawił się psiak, po czym wyprostował z dumą główkę. — Dziwię się, że o mnie nie słyszałeś, ale twój zapach ewidentnie wskazuje na to, należysz do Tenebris, więc… chyba ci ufam. Jestem uczniem Mlecznego Oka.
— Miło mi cię poznać, Potokowa Łapo — przywitałem się, z błyskiem w oku na myśl, że mam zaraz wyjawić młodemu, co mnie tak rozbawiło. — Nazywam się Jaszczurczy Ogon.

<Potokowa Łapo?>
[347 słów: Jaszczurczy Ogon otrzymuje 3 PD]

30 maja 2022

Od Jaszczurczego Ogona CD Igiełki

— Hej! Hej, ty! Co to jest, to co masz na szyi? To takie sjebjne? Masz to od Dwunoźnych, czy znalazłeś, czy co?
Podskoczyłem, słysząc radosny, cichy głosik i rozejrzałem się, szukając w okolicy źródła tego pytania. W pierwszym odruchu byłem gotowy rozszarpać psa, który śmiał insynuować, że mój piękny, dumny łańcuch mógłby pochodzić od, pff, Dwunożnych, ale zorientował się, że taki cienki głosik może pochodzić jedynie od szczeniaka.
A szczeniaka nie mógłby zaatakować, choćby nie wiem, jak ważny miałby powód. Byłoby to źle widziane wśród wojowników, i mogłoby stanąć mu na drodze do zyskania pewnych przywilejów, na które zdecydowanie zasłużył.
Gdy już się uspokoił, spuścił wzrok i dostrzegł małą, beżową suczkę. No oczywiście, to musi być jedno z młodych Słodkiego Pyska. Tylko co ona robi poza legowiskiem? Ach, te suczki, wciąż nie potrafią upilnować swoich malców.
Wziąłem głęboki oddech, siląc się na uprzejmość.
— Cześć, mała — powiedziałem, nawet nie próbując przypomnieć sobie jej imienia. — To jest mój łańcuch. Nie, nie dostałem tego od Dwunożnego, a sam go znalazłem w…
Ugryzłem się w język, nim dodałem „w śmieciach Dwunożnych”. Taka mała suczka mogłaby nabrać błędnego przekonania.
— A do ciego to słuszy? — Spytała mała.
— Łańcuch ma na celu mrozić krew w żyłach moich wrogów, gdy tylko usłyszą jego mroczny grzechot — wyszczerzyłem zęby, a gdy się zorientowałem, że suczka cofnęła się lekko zaskoczona (ale nie wystraszona), schowałem zęby. — Sprawia, że wyglądam groźniej — zacząłem iść w kierunku wyjścia z obozu. Nim napatoczyła się ta mała, miałem zamiar zapolować.
— Naprawdę? — Nie powiem, lekko zdenerwowało mnie zdziwienie w głosie suczki. — Ciekaj, dokąd iciesz? Jak cię nazywasz. Ja nazywam cię Igiełka.
Igiełka. Cudownie. Tylko to chciałem wiedzieć. Jak nazywa się młodzik, który się do mnie przyczepił.
— Wiedziałem, jak się nazywasz — skłamałem. — Ja nazywam się Jaszczurczy Ogon.
Odrobinę ulżyło mi, gdy Igiełka się zatrzymała. Już myślałem, że daje mi odejść, kiedy jeszcze raz zawołała.
— Ja tes chce wyglądać groźniej — szczeknęła za mną. — Gdzie mogę znaleść taki kacuch.
Najpierw warknąłem pod nosem, zdenerwowany szczenięcą wersją słowa określającego moją dumę. Ale po chwili wmurowało mnie w ziemię, na samą myśl, że szczeniak miałby wyjść sam na terytorium Dwunożnych, szukając dla siebie łańcucha. Jeśli Jasna Gwiazda dowie się, że to ja za tym stałem, na pewno wygoni mnie z klanu. O nie, nie mogłem na to pozwolić.
— Przyniosę ci coś — zawołałem do niej przez ramię. Na pewno znajdę w okolicy jakiś śmieć Dwunożnych, który młoda mogłaby założyć na szyje. Oczywiście, nie zdołam znaleźć już nic tak imponującego, jak mój łańcuch, ale jeśli Igiełka miałaby poczuć się, lepiej z jakąś błyskotką…
Nie czekając na jej odpowiedź, ani nie oglądając się za siebie, wyszedłem już z obozu. Odszedłem już kilka króliczych kroków od obozu, kiedy usłyszałem cichy dźwięk. Jakby małe, szczenięce łapki nadepnęły na gałązkę.
Natychmiast się odwróciłem i stanąłem pysk w pysk z… jakżeby inaczej. Z Igiełką.
— Co ty tutaj robisz? — Warknąłem.
— Chce wybrać sobie kacuch — powiedziała młoda. — Ty mógłbyś wziąć mi brzytki.
— Nie wybierzesz sobie kacucha — przedrzeźniłem ją. — A wiesz dlaczego? Bo szczeniaki nie mogą… Przerwałem, widząc determinację w jej oczach i rozumiejąc już wszystko. Nie, Igiełka za żadne skarby świata nie wróci do obozu. Sam kiedyś taki byłem. Za żadne skarby świata nie odpuści takiej przygody. — Dobra, chodź — mruknąłem zrezygnowany. — Ale masz się mnie słuchać i trzymać blisko…
Nie dokończyłem, bo kiedy tylko wyraziłem zgodę, by do mnie dołączyła, Igiełka była już daleko ode mnie.

<Igiełko?>
[554 słów: Jaszczurczy Ogon otrzymuje 5 punktów doświadczenia]

27 marca 2022

Od Jaszczurczego Ogona

— Mysie łajno — warknąłem, tracąc z łap drozda.
Normalnie, nie przejąłbym się tym i poszedł polować dalej. Ale tym razem przeszło mnie zwątpienie. Drozd był wielki, soczysty i powolny, a mnie spostrzegł stosunkowo późno. Powinienem był go złapać. Każdy dobry wojownik powinien był go złapać.
Zauważając, że nie ma tu nikogo poza mną, usiadłem i położyłem głowę na łapach. Może to wszystko dlatego, że w połowie jestem pieszczochem? Może krew psa domowego zawsze przeważy, jakkolwiek bym się nie starał? Może mój ojciec miał rację?
— Może powinienem odejść z klanu?
— Witaj, Jaszczurczy Ogonie — Usłyszałem za sobą nieznajomy głos.
Wstałem i odwróciłem się, szczerze zaskoczony i spotkałem się oko w oko z niewielkim, czarno-białym psem.
— Kim jestem? — spytałem wyzywająco, szczerząc kły. — Co robisz na terenie Tenebris? I skąd znasz moje imię?
— Spokojnie, przyjacielu, nie kradnę wam zwierzyny — uśmiechnął się smutno nieznajomy. — Nie jestem nawet psem klanowym. Nie mniej, wiem o was co nieco. Od dawna was obserwuję. 
— Od jak dawna? — spytałem, choć węch podpowiadał mi, że rzeczywiście nie należał do klanów i nie kradł nam zwierzyny. — Jak się nazywasz?
Czarno-biały pies prychnął z irytacji i zamachał ogonem.
— Nigdy się nie zmienicie, prawda? — warknął. — Przywiązujecie większą wagę do imion i rang niż do tego, jaki pies naprawdę jest w środku. Ale niech ci już będzie. Nienawidzę tego imienia, ale nazywam się Bierny. — Dopiero teraz zdałem sobie, że obcy pies nie ma jednej łapy. Od tego właśnie musiało pochodzić jego imię. Nie potrafiłem jednak zrozumieć, jak jakikolwiek pies mógłby nadać dziecku imię, przypominające mu o jego kalectwie.
— Skąd tyle wiesz o naszych klanach, skoro do żadnego nie należysz? — Spytałem.
Bierny ziewnął, rozciągnął się, po czym stanął obok mnie, patrząc mi w oczy. Dostrzegłem w jego spojrzeniu odwagę i inteligencję, ale również głęboko skrywany żal i cierpienie. Przeszył mnie dreszcz.
— To było w zasadzie do przewidzenia — powiedział leniwie. — Mogłem się spodziewać tego typu przesłuchania, kiedy tylko zdecydowałem się porozmawiać z którymś z was. Niech ci jednak wystarczy, że mam w sobie klanową krew. — Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, już mając go zapytać, do jakiego klanu należał jego przodek, ale jego jego spojrzenie nakazywało mi milczenie. Szacunek, który zaczęłam odczuwać dla tego dzielnego włóczęgi sprawił, że go posłuchałem. — Wiedz jednak, że nie jestem dumny z tego dziedzictwa. Wolę być niezależnym włóczęgą, niż pyszałkowatym wojownikiem. Oczywiście, bez urazy — dodał bez cienia skruchy. — Ale… Cóż, wiem o tobie dość, by wiedzieć, że kto jak kto, ale ty chyba najlepiej mnie zrozumiesz.
Zawahałem się, po czym skinąłem głową. Rozumiałem go doskonale. Mało tego, miałem wrażenie, że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Ja też gardzę życiem, jakie prowadzi mój ojciec i nie chcę mieć z nim nic wspólnego.
— Przykro mi, że też cię to spotkało — Polizałem go za uchem. — Dla mnie nie istnieje nic wspanialszego, niż służba mojemu klanowi. No, może za wyjątkiem kontrolowania go — dodałem, czując, że Bierny jest właśnie tym psem, przed którym mogę się otworzyć i który nie skrytykuje mnie za moje ambicje. — Ale nie zamierzam cię nakłaniać, byś też tego spróbował. Każdy powinien odnaleźć własną drogę. I nie musi to być wcale droga, przez którą wędrowali jego przodkowie. Bierny położył się na ziemi, wpatrując się w przestrzeń, jakby czegoś wypatrywał. Przez kilka uderzeń serca w ogóle się nie odzywał. Uszanowałem to. Też potrzebowałem czasem kilka chwil w ciszy, by pomyśleć.
— Nienawidziłem was — mruknął w końcu czarno-biały pies. — Chciałem, byście wy wszyscy cierpieli, tak jak ja. Abyście zrozumieli, jak wielką krzywdę mi uczyniliście. Spuściłem głowę. Nie miałem Biernemu za złe, jego uczuć wobec mojego klanu, ale wstydziłem się za psa, który kiedyś mieszkał na terenach klanów i który uczynił tak wielką krzywdę niewinnemu szczeniakowi.
— Teraz jednak… sam nie wiem — zawahał się Bierny. — Może nie wszyscy jesteście tacy, jak on — zmierzył mnie wzrokiem. — Zdajesz się być w porządku.
— Dzięki — uśmiechnąłem się, po czym dodałem żartobliwie. — W każdym razie, jeśli zdecydujesz się jednak zaatakować klany, pytaj o Jaszczurczego Ogona. Chętnie stanę po twojej stronie.
— Zapamiętam — powiedział włóczęga, nieco zbyt poważnie jak na mój gust. Przeszedł mnie dreszcz. Czy ja właśnie nie obiecałem mu wsparcia w podboju klanów. — Trzymaj się, Jaszczurczy Ogonie. Jestem pewien, że jeszcze się spotkamy — odbiegł, nie czekając na moją odpowiedź.
Patrzyłem za nim z zaintrygowaniem. Prawda, że jest to tylko włóczęga. W dodatku chowający głęboką urazę do klanów. I chyba szczerze zastanawiający się, czy nas nie zniszczyć. Ale mimo to, porządny z niego pies. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś go spotkam.
— Jaszczurczy Ogonie! — Z klanów wybiegł właśnie Borsuczy Upadek. — Ja… Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale długo nie wracałeś i Jasna Gwiazda poprosił mnie, bym cię poszukał.
— Już idę, Borsuczy Upadku — powiedziałem, nie odwracając się do pobratymca, a wciąż wbijając wzrok w ścieżkę, którą pobiegł Bierny. — Już idę.


[773 słów, niewpisane]

27 lutego 2022

Od Jaszczurczego Ogona

Wykradłem się ostrożnie z obozu, bacznie obserwując, czy nikt mnie nie podgląda. Musiałem zachować pewną ostrożność.
Ha, myślicie, że co robi dumny wojownik Tenebris, o nieco zaniżonej moralności? Cóż, jestem Jaszczurczy Ogon. Pewnie oczekujecie ode mnie jak najgorszego. A nie. Podszedłem niepewnie do starego dębu. W latach szczenięcych miałem wrażenie, że jest to najstarsze drzewo w lesie. Teraz kiedy dorosłem, mam wrażenie, że jest góra przeciętne. Spiąłem mięśnie i skoczyłem do najbliższej gałęzi, strącając łapą liście. Jeden z nich, wpadł prosto w moje łapy. Przydeptałem go z radością, znów czując się jak szczeniak. Nie patrzcie tak na mnie. Każdy, bez względu na wiek, lubi czasem się pobawić. A ja się dzisiaj nudzę.
— Co robisz na terytorium Tenebris? — Warknąłem, trzymając go w łapach. — Odpowiadaj!
Rzuciłem go, a następnie znowu na niego skoczyłem. I znowu, i znowu, i znowu. Mówcie sobie, co chcecie, ale to świetna zabawa.
Tak się w nią wciągnąłem, że całkowicie zapomniałem uważać na to, co się dzieje wokół mnie.
— Co robisz, Jaszczurczy Ogonie? — Usłyszałem radosne szczeknięcie i podskoczyłem zaskoczony.
Odwróciłem się ostrożnie i zobaczyłem Ciapka. Odetchnąłem z ulgą, uśmiechając się pod nosem.
Przed psem klanowym bałbym się skompromitować zabawą w liściach, ale Ciapek jest psem domowym. Lubię je, ponieważ... cóż, mam wrażenie, że tylko przy nich mogę być naprawdę sobą. One mnie nie oceniają. Nie mogą mnie oceniać. Jak ktoś, kto je karmę Dwunożnych, może oceniać kogoś, kto stara się żyć na własną łapę?
I właśnie dlatego, nie boję się robić w ich towarzystwie niczego, czego wstydziłbym się przy psie klanowym.
— Cześć Ciapku — powiedziałem. — Nie powinieneś być teraz w domu ze swoimi Dwunożnymi?
— Och, nie — powiedział z zadowoleniem Ciapek. — Wypuścili mnie dziś wcześniej. Nie wiem, mam ostatnio wspaniały tydzień. Dostałem nową karmę, o wiele lepszą od ostatniej. I pozwalają mi dłużej siedzieć na dworze.
Zaśmiałem się przyjaźnie i lekko popchnąłem go łapą.
— Życie psa domowego, nigdy tego nie zrozumiem — przyznałem.
— Życie psa dzikiego, nigdy tego nie zrozumiem — roześmiał się Ciapek. — Swoją drogą, nie powiedziałeś mi w końcu, co robisz.
— Ganiam liście — powiedziałem, wzruszając ramionami. — Nie mam teraz nic ciekawszego do roboty.
— Swoją drogą, znalazłem go — powiedział Ciapek. — Chcesz go spotkać?
Struchlałem. Wiedziałem, o czym mówi Ciapek. Jakiś czas temu dowiedziałem się, że Łatek, mój ojciec, przenosi się w nowe miejsce i mogę go już nigdy nie spotkać. Zleciłem Ciapkowi, aby go wyśledził. Po prostu... aby wiedzieć.
— Zaprowadź mnie tam!

***
 
— To tu mieszka? — Spytałem, patrząc na gniazdo Dwunożnych. — W porządku. Dobrze się spisałeś.
— Nie wejdziesz? — Spytał Ciapek, podchodząc do furtki.
— Nie — powiedziałem cicho.
— Przed przeszłością nie uciekniesz — mruknął Ciapek. — A to twój ojciec.
— Nie — warknąłem głośniej.
— W końcu będziesz musiał tu wejść — zauważył Ciapek.
Nic nie odpowiedziałem, tylko wpatrywałem się przez chwilę w wejście do domu mojego ojca.
— Równie dobrze możesz wejść już teraz — namawiał mnie Ciapek.
Oderwałem wzrok od domu mojego ojca i spojrzałem Ciapkowi w oczy. Zobaczyłem w jego spojrzeniu przyjaźń i dobro, ale mimo że był moim przyjacielem, nie mogłem już na niego patrzeć, przypominając sobie to, że jest tym, kim jest mój ojciec.
— Nie! — Teraz już praktycznie krzyknąłem.
Ciapek cofnął się zdegustowany, a ja potrząsnąłem głową, pragnąc się z tego wyrwać. Wiedziałem, że popełniłem błąd, krzycząc na niego. To nie jego wina.
— Wybacz — wymruczałem tylko, odwróciłem się i uciekłem w stronę lasu.
[538 słów, Jaszczurczy Ogon otrzymuje 5 punktów doświadczenia]

31 października 2021

Od Jaszczurczego Ogona CD Borsuczego Upadku

— Borsuk — syknąłem cicho, czując nieprzyjemny zapach. — Nie ma co, trzeba go przepędzić. Szczerze liczyłem, że to będzie spokojne polowanie, ale trudno. Za mną.
Pobiegłem przez krzaki, nie patrząc nawet, czy Borsuczy Upadek jest rzeczywiście za mną. Nie słyszałem tupotu jego łap, ale miałem ważniejsze sprawy na głowie. Muszę obronić klan. Nie mogę przejmować się swoim towarzyszem, który nie jest w stanie dotrzymać mi kroku.
Gdy wybiegłem zza zakrętu, zobaczyłem jego. Borsuka. Dokładnie takiego, jakiego się spodziewałem. Wielka, ciężka kupa futra z pazurami jak gałęzie i przekrwionymi oczami. Nastroszyłem sierść, gotowy do ataku.
Borsuk zobaczył mnie i odwrócił w moją stronę. Nie czekając na jego pierwszy ruch, skoczyłem mu na grzbiet i wgryzłem w kark.
Jakież było moja zaskoczenie, gdy borsuk po moim ataku ledwie parsknął, i pojedynczym ruchem wielkiej łapy, zrzucił mnie ze swojego grzbietu. Poczułem się jak szczeniak, próbujący zaimponować wojownikowi swoimi "wspaniałymi" ruchami bitewnymi.
Niemniej jednak, nie poddałem się. Ponowiłem atak. Pobiegłem w stronę borsuka, zamierzając wgryźć mu się w szyję, ale zwierzę znowu odrzuciło mnie łapą.
Tym razem, upadłem dość blisko od napastnika. Zamierzałem się podnieść, ale wróg znów zaatakował, przejeżdżając mi pazurami po łapie. Zawyłem z bólu i spróbowałem wstać, ale wróg stanął mi na boku, nie pozwalając mi się ruszyć.
— Hej, ty! — Usłyszałem głośny, acz lekko niepewny krzyk. — Odsuń się od niego!
Przechyliłem głowę i zobaczyłem Borsuczy Upadek. Sam borsuk, również zaciekawił się młodym psem, bo na chwilę się ode mnie odsunął. Skorzystałem z okazji i podniosłem się na łapy, lekko przy tym utykając.
Borsuczy Upadek skoczył na borsuka. Lepiej ode mnie wymierzył cios, jednak, chwilę przed atakiem, zawahał się, pozwalając nieprzyjacielowi go uderzyć. Wycofał się, strosząc sierść, ale bardziej ze strachu, niż ze złości.
Borsuk stanął na dwóch łapach i zaczął boksować w kierunku mojego towarzysza, który coraz bardziej cofał się wgłąb naszego terytorium.
Wmawiam sobie, że nie mogłem pozwolić Borsuczemu Upadkowi zaprowadzić wroga bliżej do obozu, ale prawda jest taka, że o samego psa również się trochę bałem. Przecież widziałem, jak walczył z włóczęgami. Dlaczego nie mógł zaatakować borsuka raz, a dobrze?
Zebrałem w sobie wszystkie pozostałe we mnie siły i pokuśtykałem do borsuka, gryząc go w łapę.
Borsuk znów skupił się do mnie. Borsuczy Upadek skorzystał z okazji i odbiegł jak się dało najdalej. Nie mogłem uwierzyć. Dlaczego tchórzy? Dlaczego się poddaje?
— Walcz! — Krzyknąłem w jego kierunku, robiąc niezdarne uniki przed ciosami borsuka.
— Przepraszam, Jaszczurczy Ogonie — zawołał. — Nie mogę znów zabić istoty żywej. Nie po tym, co stało się z przyjacielem Łaty.
— Co?! — Nie rozumiałem. — Tyle czasu minęło, od tego wydarzenia. Przecież w międzyczasie już walczyłeś i polowałeś.
— Ale nigdy jeszcze nie walczyłem z kimś w twojej obecności — prawie zawył. — Za każdym razem, gdy widzę, jak atakuje cię borsuk, widzę, jak w twoim kierunku biegnie tamten pies. I... Nie mogę się ruszyć.
— Więc to moja wina — warknąłem sarkastycznie, po raz kolejny dostając po pysku pazurami borsuka. — Bardzo przepraszam, postaram się konać cisz...
Nie zdołałem dokończyć, bo kolejne uderzenie borsuka posłało mnie wysoko przez polanę, aż do krzaka, za którym schował się Borsuczy Upadek. Spojrzałem na niego z wyrzutem, po czym spróbowałem ponownie wstać. Nie dałem jednak rady. Byłem zbyt słaby. Za mocno oberwałem. Jakkolwiek nienawidziłbym tej myśli, moja jedyna nadzieja była w Borsuczym Upadku.
Spojrzałem na nadchodzącego borsuka. Nie śpieszył się. Obaj dobrze wiedzieliśmy, że jego następny cios, będzie moim ostatnim i nie jestem w stanie tego zmienić.
Przynajmniej odejdę do Gwiezdnych jako wojownik. Chociaż...
Przypomniało mi się, jak Ciemny Kieł wspominała o Zgaszonych. Były to dusze psów, które nie odznaczyły się zbyt dużą szlachetnością za życia i zostały potępione przez swoich gwiezdnych przodków. Dusze, które kłamały, oszukiwały i manipulowały swoimi pobratymcami.
Czy ja, Jaszczurczy Ogon, Władca Podstępu, zasłużyłem na swoje miejsce wśród psów Coelum?
Moje ciało przeszedł strach. Szarpnąłem się jeszcze raz, próbując zmusić je do wstania, ale nic z tego. Siły starczyło mi już tylko tyle, aby odwrócić głowę i spojrzeć w oczy Borsuczemu Upadkowi. Miałem wrażenie, że nie widzi w nich strachu, tylko spokojne pogodzenie się z losem, chodź nie miałem nad tym kontroli.
— Nie... khe khe. Nie chcesz... khe, nie walcz — powiedziałem, plując krwią. — Jednak będziesz musiał patrzeć, jak umiera twój pobratymiec.
Borsuk stał już przy mnie, podnosząc mi nad głową ciężką łapę. Wziąłem głęboki oddech, świadom, że będzie on moim ostatnim, po czym zamknąłem oczy i położyłem głowę na ziemi.
Zaraz potem, usłyszałem ryk. Nie był to jednak ryk triumfu, a cierpienia. W jego łapę, właśnie tą łapę, którą miał ukrócić moje cierpienia, wgryzał się Borsuczy Upadek.
Podniosłem głowę, czując napływ nadziei. Więc jednak mi pomoże. Młody, wbrew moim lękom, włączył się w walkę z borsukiem. Napastnik próbował go strącić, ale Borsuczy Upadek przeskoczył mu na grzbiet i wgryzł się w kark. Zwierzę upadło, wciąż jedna żywe. Jeszcze raz spróbowało zamachnąć się w moim kierunku, ale Borsuczy Upadek ugryzł go w tylną łapę.
Borsuk ledwie dyszał. Spojrzałem najpierw na niego, później na Borsuczy Upadek. Wygraliśmy. Pytanie teraz, co teraz zrobić z borsukiem. Nie zdoła uciec z naszego terytorium.
Spojrzałem mu w oczy. Ledwie przed chwilą, sam żegnałem się z życiem. Fakt, teraz jestem uratowany. Wróg umiera, a mnie wyleczy Lisi Wrzask — cokolwiek by o nim nie mówić, jest dobrym medykiem, acz trochę zrzędliwym. Z kolei borsuka, nikt nie będzie przecież leczył, aby go zaraz potem wygnać.
Jakie są inne opcje? Zabić go, albo pozwolić mu powoli konać. Wiem, co sam bym wybrał. Za nic nie chciałbym umierać wolno, myśląc ciągle o własnej bezsilności. W takim przypadku, śmierć byłaby dla mnie wybawieniem.
Borsuczy Upadek go nie zabije, a ja nie mogłem go o to prosić. Musiałem sam wyświadczyć ostatnią przysługę mojemu prześladowcy.
Borsuk, jakby rozumiejąc, co zamierzam zrobić, zamknął oczy i podniósł głowę, odsłaniając gardło. Wgryzłem się w nie całą pozostałą we mnie siłą, wysysając z niego życie. Czułem przy tym pewną satysfakcję. To on miał mnie dobić, tymczasem to ja dobiję jego.
Rozległ się pełen trwogi jęk Borsuczego Upadku, który skończył się dopiero wtedy, gdy wyjąłem zęby z truchła borsuka.
— Nie musiałeś tego robić — szepnął z wyrzutem.
— To był akt łaski — stwierdziłem, po czym czując, że mogę wreszcie odpocząć, opadłem twardo na ziemię. — Biegnij, po Lisi Wrzask. Niech tu przyjdzie. Nie zdołam się doczołgać do legowiska medyka. Ja tymczasem — ziewnąłem, czując silne zmęczenie — zdrzemnę się.
<Borsuczy Upadku?>
[1028 słowa: Jaszczurczy Ogon otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

1 sierpnia 2021

Od Jaszczurczego Ogona CD Borsuczego Upadku

— Jaszczurczy Ogonie, weź Drewnianego Pazura, Słodki Pysk i Borsuczy Upadek i idźcie na patrol wzdłuż naszej granicy z Industrią. Ostatnio spotkałam się z wieloma doniesieniami o silnym zapachu Ognistych. 
— Robi się, Mleczne Oko — powiedziałem posłusznie i poszedłem zebrać patrol. 
Zobaczyłem Borsuczy Upadek i od razu do niego podbiegłem. 
— Sprowadź Słodki Pysk i Drewnianego Pazura i spotkamy się przed wyjściem z obozu. Wyznaczono nas na patrol. 
Borsuczy Upadek skinął na mnie na potwierdzenie, po czym ruszył szukać swoich pobratymców. Ja tymczasem stałem przy wyjściu z obozu, czekając na nich. Nie minęła dłuższa chwila, aż wszyscy się pojawili. 
— Idziemy — zarządziłem — Mówcie mi o wszystkim, co dziwnego zobaczycie. 
Słodki Pysk i Drewniany Pazur ruszyli pierwsi, ja i Borsuczy Upadek szliśmy z tyłu. 
Byłem pod wrażeniem opanowania Borsuczego Upadku. Minęło tyle czasu, został wojownikiem, a mimo to, wciąż nie pisnął słówkiem o swoim zabójstwie. Całkiem jakby... zapomniał. Czarno-biały pies uchwycił moje spojrzenie. 
— Wiem, o czym myślisz — powiedział — Nie zapomniałem. Po prostu pogodziłem się z tym, że jestem złym psem. 
— Co? — Nie kryłem zdziwienia i niewykluczone, że krzyknąłem trochę za głośno. Zaraz potem ściszyłem głos. — Borsuczy Upadku, nie jesteś złym psem i nikomu nie daj sobie tego wmówić. Działałeś pod wpływem impulsu. Gdybyś go nie zabił, nie obyłoby się bez ofiar po naszej stronie. Ktoś z nas by zginął, może my obaj. Patrz na to z innej strony. Uratowałeś życie współplemieńcowi. Nie myśl o tym jak o zabójstwie włóczęgi, dobrze? 
— No... może... — zawahał się Borsuczy Upadek. 
— No i dobrze — warknąłem — Bo nigdy nie lubiłem, gdy psy z mojego klanu dramatyzują z byle powodu. 
Ruszyłem za pozostałymi członkami patrolu, bardzo zadowolony z siebie. Kto jak kto, ale ja jednak potrafię rozwiązywać problemy.
<Borsuczy Upadku?> 
[ 277 słów: Jaszczurczy Ogon otrzymuje 2 punkty doświadczenia]

23 kwietnia 2021

Od Jaszczurczego Ogona CD Borsuczej Łapy

Natychmiast po usłyszeniu tego przeszywającego krzyku ruszyłem w kierunku, z którego dobiegał. Moją pierwszą myślą było, że kogoś mordują, a ponieważ jestem w pobliżu, powinienem chociaż zobaczyć zwłoki, aby móc je przytaszczyć Białej Gwieździe i wzruszając ramionami powiedzieć, że nie mogłem nic zrobić.
Wyszedłem zza krzaka i mój wzrok padł na dwójkę włóczęgów znęcających się nad jakimś młodzikiem. Chwila, rozpoznawałem tego młodzika. To Borsucza Łapa, uczeń Płomiennego Krzewu. Uznałem go za młodzika, mimo że jest ledwie księżyc młodszy ode mnie. Nie moja wina, że wygląda na tak małego.
Stłumiłem warknięcie, widząc jednego z agresorów, szczerzącego się do Borsuczej Łapy. To w końcu członek mojego klanu. A ci idioci nie mają nawet prawa tu być. Nie mogłem jednak za szybko zdradzić mojej obecności.
Z przyzwyczajenia pilnowałem, aby nie stanąć pod wiatr, choć włóczędzy nie wyglądali mi na takich, którzy byliby w stanie mnie wyczuć, nawet gdybym stanął tuż za nimi. Postanowiłem sprawdzić tą tezę.
Z bezpiecznej odległości okrążyłem scenę, wciąż obserwując napastników. Miło będzie poćwiczyć i pokazać tym głupolom, gdzie łapy zimują. Borsucza Łapa kulił się przed włóczęgami z zamkniętymi oczami. Gdy je jednak otworzył, natychmiast mnie zauważył. Z uśmiechem mrugnąłem do niego i ruchem głowy nakazałem mu ciszę. Uczeń ledwie dostrzegalnie skinął głową i natychmiast zyskał większą pewność siebie.
— Nie tkniecie mnie — warknął wyzywająco.
— Założysz się? — Zakpił jeden z psów. — Jak myślisz Łata, nie tkniemy go?
— No coś ty? — Zdziwił się sarkastycznie pies zwany Łatą. — Tylko go pogłaskamy.
Widząc, że nadszedł wreszcie mój czas, podkradłem się cicho do Łaty i popchnąłem go nosem. Z trudem nie upadłem, czując jego zapach. Wiedziałem jednak, że nie mogę tego zrobić. Pies skamieniał i odwrócił głowę.
— Bu! — warknąłem, wzorem tego, jak przed chwilą nastraszył Borsuczą Łapę i nim pies zdążył się zorientować, co się stało, zaorałem mu łapą po brzuchu.
Łata odskoczył, skamląc. Zamiast niego, skoczył na mnie jego przyjaciel. Co on myśli, że ja refleksu nie mam? Pies skoczył tak wysoko, że z łatwością zdążyłem się odsunąć, pozwalając mu opaść na ziemię, po czym sam skoczyłem mu na grzbiet, wgryzając się przy tym w jego kark.
Pies upadł, tracąc kontrolę nad łapami. Teraz z kolei Łata się ocknął. Puściłem bezimiennego włóczęgę i popchnąłem go w kierunku Łaty, który ku mojemu zdziwieniu, przeskoczył przez przyjaciela i stanął naprzeciwko mnie, z krwią kapiącą mu z brzucha.
— Tylko na tyle cię stać? — wycharczał. — Też przeszedłeś szkolenie szczeniaka ze ssania cycka?
— Ja? — Uśmiechnąłem się złośliwie. — Nie, niestety, nie znam twojego znajomego. Ja się uczyłem walczyć kłami, nie słowami. A ten cały Szczeniak — mruknąłem, udając, że nie wiem, iż mówi o Borsuczej Łapie — był twoim mentorem?
Łata nie wytrzymał i rzucił się na mnie. Tym razem dałem się rozproszyć, więc przeciwnik zadrapał mi ucho.
— Mysie łajno — zakląłem cicho.
Łata stał za mną z dumą wypisaną na pysku. Spojrzałem na niego z nienawiścią. Jedno zadrapanie ucha, to jeszcze nie zwycięstwo. Zaczęliśmy się nawzajem okrążać, mierząc wzrokiem przeciwnika.
— Znałem koty mądrzejsze od ciebie — warknął Łata.
— Nie martw się — powiedziałem z udawanym współczuciem, po czym skoczyłem na niego, zadrapałem oczy, popchnąłem i przyszpiliłem do ziemi — Może któryś z twoich potomków będzie psem posiadającym mózg.
— Arghgh — krzyknął coś Łata, choć nie byłem w stanie go zrozumieć.
— Słuchaj, zrobimy tak. — Praktycznie na nim usiadłem i zbliżyłem pysk do jego ucha. — Odejdziesz z naszego terenu o własnych siłach, czy mam cię wynieść w kawałkach?
Łata znowu zamruczał coś, czego nie byłem w stanie zrozumieć, ale po chwili usłyszałem krzyk Borsuczej Łapy.
— Uważaj!
Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że w moją stronę biegnie przyjaciel Łaty. Już miałem odskoczyć, wypuszczając przy okazji Łatę, ale nie zdążyłem. Nie, nie chodzi o to, że włóczęga mnie dopadł. To Borsucza Łapa stanął naprzeciw napastnikowi. Skoczył i ugryzł go w szyję. Patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem. Nie spodziewałem się, że on będzie do tego zdolny.
— Borsucza Łapo — przywołałem go ruchem głowy. — Pilnuj go i nie pozwól mu wstać. Ja muszę zobaczyć tego drugiego.
Podszedłem do psa, który miał mnie zaatakować i go obwąchałem. Włóczęga jeszcze oddychał, ale ranę na szyi miał tak poważną, iż nie było szans, że przeżyje. Nie miałem wątpliwości, że Borsucza Łapa nie zrobił tego specjalnie. Wojownik nie zabija, kiedy nie musi. Ale stres zadziałał na niego w taki sposób, że nie zdołał odpowiednio wymierzyć ciosu.
— Łata? — Wysapał pies.
— Żyje — powiedziałem. — Ty nie miałeś tyle szczęścia.
— Wiem, że umieram — warknął nieznajomy. — Obiecaj mi jednak, że nie zabijesz Łaty.
— Dam mu wybór — stwierdziłem.
— Wy, klanowe psy, nie jesteście lepsze... — włóczęga przerwał, kaszląc krwią — lepsze od nas. Popełniliście właśnie morderstwo.
— Przynajmniej nie znęcamy się nad słabszymi — odwarknąłem i wróciłem z powrotem do Łaty. Położyłem się przy nim płasko na ziemi, tak, aby patrzeć mu w zranione oczy. — Mam powtórzyć pytanie?
— Brutale — w głosie Łaty pojawiło się przerażenie. — Zabiliście go. Zabiliście...
— Nie musimy wiedzieć, jak on się nazywał — warknąłem, przerywając mu. — Tak, on nie przeżyje, ale ty, możesz. Zabierz jego ciało i zadbaj o zapewnienie mu godnego odejścia.
Nastała chwila ciszy. Poczułem, że się niecierpliwię, aż w końcu Łata dał za wygraną.
— Zgoda — powiedział. — Odejdę z waszego śmierdzącego terenu i już więcej tu nie wrócę.
— Jakiego terenu? — Nie przestawałem go męczyć i wbiłem mu łapę w brzuch.
— Pięknego terenu! — Prawie krzyknął.
— No, to to ja rozumiem — uśmiechnąłem się, po czym puściłem Łatę.
Pies wstał i podszedł do swojego towarzysza. Obwąchał go i zwiesił głowę. Nie musiałem tam podchodzić, aby wiedzieć, że jest już martwy. Łata złapał nieznanego włóczęgę za ogon i zaczął iść ciągnąc go po trawie w kierunku terenów Dwunożnych.
— Wszystko w porządku? — Zwróciłem się do Borsuczej Łapy.
— Tak — powiedział uczeń ze smutkiem w głosie. — Dziękuję... yhm.
Zdałem sobie sprawę, że Borsucza Łapa nie pamięta mojego imienia. Westchnąłem z irytacją. Dlaczego to właśnie ja muszę być za wszystko odpowiedzialny?
— Jaszczurczy Ogon — przedstawiłem się.
Dziękuję, Jaszczurczy Ogonie — powiedział Borsucza Łapa.
Widziałem smutek i strach bijący z jego spojrzenia. Czułem, że nie chodzi już o atak włóczęgów. Po wszystkim, nie ma się już czego bać. Borsucza Łapa boi się tego, jak go potraktują w klanie, za to, że zabił włóczęgę.
Parsknąłem z irytacją. Tak, byłem pewny myśli Borsuczej Łapy, ale to przecież bez sensu. Nikt w klanie nie musi się dowiedzieć. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale zrobiło mi się trochę szkoda Borsuczej Łapy. Napadnięto go, a teraz jeszcze został mordercą. To wiele, dla psa o tak słabej woli.
— Wiesz co? — Puściłem do niego oko. — Wygnałem Łatę z naszego terytorium, ale jego przyjaciel potknął się, upadł i rozszarpał sobie gardło o ostry kamień.
— Co? — Nie zrozumiał Borsucza Łapa.
— To był wypadek. — Uśmiechnąłem się. — Przyjaciel Łaty rozszarpał sobie gardło upadając na ostry kamień. Powtórz!
— Przyjaciel Łaty rozszarpał sobie gardło upadając na ostry kamień — powtórzył posłusznie Borsucza Łapa.
— No — uśmiechnąłem się chytrze. — I tą wersję usłyszy klan. Swoją drogą. — Zmrużyłem oczy — Łata miał trochę racji. Co ci kazało drzeć się na całą okolicę, a potem warczeć na przypadkowych włóczęgów? Przyszło ci do głowy, że mogłeś nie tylko zginąć, ale i narazić cały klan, gdyby zmusili cię, abyś zaprowadził ich do obozu?
— Przykro mi. — Skulił się Borsucza Łapa.
— No i słusznie — warknąłem. — Miałeś szczęście głupiego, że byłem akurat w pobliżu.
— Racja — zgodził się uczeń z błyskiem z oku. — Jeszcze raz ci dziękuję, Jaszczurczy Ogonie. Byłeś niesamowity.
— Cóż, nie pokonałbym obu napastników bez ciebie — burknąłem złośliwie i ruszyłem w stronę obozu.
<Borsucza Łapo?>
[1995 słów: Jaszczurczy Ogon otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

19 marca 2021

Od Jaszczurczego Ogona

— No i gdzie są te głupie chwasty — mruczałem pod nosem, przeszukując tereny Tenebris w poszukiwaniu leku.
Tak, zachorowałem. Naprawdę nie wiem, jak to się mogło stać, ale zważywszy na to, że Mleczne Oko nie umie się powstrzymać, przed nakłanianiem mnie do integrowania się z klanem, nawet się nie dziwię. Kim ja jestem, abym musiał się „integrować”? Jakimś szczeniakiem, który nie ma nic lepszego do roboty, niż wsadzać nos w nieswoje sprawy? Prychnąłem.
W każdym razie, dywagacje o tym niczego nie zmienią. Zachorowałem. Powinienem znaleźć jakieś zioła, aby nie osłabiać klanu swoją chorobą. I właśnie w tym celu biegłem samotnie przez terytorium Tenebris. Ale wszystko wskazuje na to, że nie ostało się tutaj nawet źdźbło leku.
Jak nie ma tutaj, to musi być gdzie indziej. Na przykład na terenach Industrii... Zamknąłem oczy i potrząsnąłem głową. Nie mogę. Chciałbym iść ukraść zioła innym klanom, ale to zbyt ryzykowne. Gdybym został nakryty... Mógłbym stracić zaufanie klanu. A wtedy nie będę miał tak dużego pola do manewru, jak mam teraz. Nie, nie mogę iść do innych klanów. Za dużo do stracenia.
Ale... jak nie w innych klanach, to gdzie?
„Przy gniazdach Dwunożnych” - usłyszałem w głowie. Zagryzłem zęby. Nie chciałem tam iść, ale widać nie mam wyboru. Nie chcę wracać do obozu bez ziół, udowadniając klanowi, że sam nie potrafię o siebie zadbać i potrzebuję ziół, które zebrały inne psy. Nie chciałem się też skompromitować, dając się złapać przez inny klan. Pozostała tylko wycieczka na tereny Dwunożnych.
Westchnąłem głęboko i ruszyłem przed siebie. Muszę okazać siłę. Pójdę tam, wezmę zioła i żadnego z tych bladych, wysokich istot nawet nie spotkam. Jestem tego pewien.
Panując nad oddechem, wyszedłem poza swoje terytorium. Jestem wojownikiem Tenebris. Nie mogę się trząść przed prostą wycieczką w okolice gniazd Dwunożnych. Nie mogę. Jestem wojownikiem, czy szczeniakiem? Właśnie.
Myśląc w ten sposób, powoli, krok za krokiem, szedłem przed siebie, rozglądając się za życiodajnym powodem mojej wizyty w tym miejscu.
Mimowolnie patrzyłem na dziwne dzieła Dwunożnych. Wielkie, skomplikowane schronienia, ogrodzenia, w jednym miejscu widziałem nawet przerażające narzędzie, służące zapewne do torturowania ich ofiar. Kawałek prostokątnego materiału, przywiązany do drzewa za pomocą łańcuchów. Przebiegł mnie dreszcz. Dwunożni są przerażający. Jak można zmuszać przedstawiciela własnego gatunku, aby wszedł na to coś?
— Patrzysz na huśtawkę? — usłyszałem głos za sobą i od razu podskoczyłem, odwracając się. Zobaczyłem małego, rudego pieska z czerwoną obrożą z dzwoneczkiem. Gdyby żył w klanie, byłby zapewne uczniem. — Spokojnie, nie bój się. — Stłumiłem warknięcie, rozumiejąc, że młody uznał mój skok obronny za objaw strachu. — Też lubię o tym rozmyślać. Jak to możliwe, że tak prymitywne istoty jak Dwunożni wynaleźli tak skomplikowane konstrukcje? Swoją drogą, jestem Rudy.
— Jaszczurczy Ogon — przedstawiłem się niechętnie.
— Masz dziwne imię — stwierdził Rudy. — Jaki Dwunożny nazwałby tak psa?
— Dla twojej wiadomości, nie jestem pieszczochem, a psem klanowym — mruknąłem coraz bardziej zdenerwowany, idąc dalej przed siebie w poszukiwaniu ziół.
— Pieszczoch? — nie zrozumiał Rudy. — Pies klanowy?
— Tak — potwierdziłem. — Pieszczoch to pies-niewolnik Dwunożnych. Psy klanowe, działają w grupie, jako lojalni, waleczni członkowie swojego klanu. Polujemy, walczymy, przestrzegamy kodeksu wojownika...
Opowiadałem o klanach, nie oglądając się na rudego pieska. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że rozpowiadam sekrety klanowe nieznajomemu. A co gorsze, nawet mi się podobało opowiadanie o tym. Natychmiast przestałem mówić.
— Słyszałem o was — stwierdził Rudy. — Ale myślałem, że nie nosicie obroży.
Zatrzymałem się. Co on powiedział? Jak on to nazwał? Niedoczekanie jego. Nikt nie ma prawa nazywać mojego trofeum obrożą, bez względu na wiek, płeć czy kolor sierści.
— Mógłbyś powtórzyć? — wysyczałem przez zęby, nie odwracając się.
— Nie no, nie chciałem cię urazić — mruknął zaniepokojony Rudy. — Bardzo ładna obroża. Sam chciałbym taką mieć. Moja odstrasza wszystkie zwierzęta, na jakie próbuję polować.
— Nigdy więcej nie nazywaj mojego łańcucha obrożą — warknąłem. — Nie jest nim. Psik.
— Jesteś chory? — spytał Rudy.
— Nie zmieniaj tematu. — Pokazałem kły. — Rozumiesz? To — wskazałem pyskiem na mój łańcuch — nie jest obrożą. Nazywaj to jak chcesz, ale nie obrożą.
— W porządku. — Skulił się Rudy. — A jak jesteś chory to mógłbym cię zaprowadzić do moich Dwuno...
— Nie — krzyknąłem, po czym mój wzrok padł na jakąś roślinę, rosnącą tuż przy schronieniu Dwunożnych. Westchnąłem z ulgą, po czym podszedłem, aby je wyrwać.
Wyrwałem zioło bez większych problemów. Potem się odwróciłem, aby zobaczyć, jak Rudy próbuje zapolować na wróbla. Pff, marnotrawstwo. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, młody podkradał się do ptaka jak prawdziwy wojownik. Gdy już miał skoczyć, wiatr powiał przez jego dzwoneczek, odstraszając ptaka. Polowanie – nieudane. Z jednej strony, pieszczoch nigdy nie zostanie łowcą. Z drugiej... gdyby nie ta obroża, Rudemu zapewne by się udało.
Zawahałem się. Młody właśnie mnie obraził, ale zdaje się, że byłby dobrym łowcą. Gdyby przyłączył się do klanu, odrzucając przy okazji swoją obrożę, mógłby być dobrym nabytkiem. Nie mogę go jednak zaprosić. Mogę być wtedy pewny porażki. Żaden pieszczoch tak łatwo nie opuści swoich Dwunożnych. Jednak, każdy młodzik jest szalenie ciekawy nieznanego.
Nie mogę go naciskać, ale jeśli pozna życie w klanie, może sam zdecyduje się do nas dołączyć. Biała Tęcza powinna zaakceptować mój wybór, gdy zobaczy, jak ten pies poluje, nawet bez treningu. Podszedłem do Rudego.
— Hej, chciałbyś może zobaczyć mój klan? — spytałem przyjaźnie.
— Jeszcze pytasz? — Rudy zrobił wielkie oczy. — Oczywiście, że chcę. 
* * *
— Zaraz się tobą zajmę, Jaszczurczy Ogonie — powiedziała Ciemny Kieł. — Zaczekaj jeszcze chwilę, muszę poprosić Lisi Wrzask, aby przygotował zioła. Nie wiem, gdzie jest. Pewnie znów bawi się z Borsuczą Łapą. Ach, młodzi. My też kiedyś tacy byliśmy.
Przewróciłem oczami, przypominając sobie, że jestem od nich tylko księżyc starszy. Po powrocie poprosiłem Skalny Potok, aby oprowadził Rudego po obozie i poszedłem zanieść zioła Ciemnemu Kłowi. Medyczka była w tym czasie zajęta pomocą innym chorym, więc nim do mnie przyszła, Rudy zdążył już obejrzeć cały obóz.
W obozie bardzo spodobało się młodemu psiakowi, ale stwierdził, że chce wrócić do swoich Dwunożnych. Nie powiedział, że nie dołączy, ale uznał, że musi to jeszcze przemyśleć.
Z kolei Biała Gwiazda... Cóż, popełniłem błąd. Niezbyt spodobała jej się obecność niesfornego psiaka w obozie, ale nie ukarała mnie za jego obecność.
Teraz siedziałem w legowisku medyczki i czekałem, aż mi pomoże. Czułem przy okazji pewien niedosyt. Trudno to wyjaśnić, ale chciałem, aby Rudy został w Tenebris. Jego umiejętności łowieckie wydały mi się dość obiecujące, jak na początkującego. Jednak on jeszcze się zastanawia, co sugeruje, że prawdopodobnie odmówi. A przywódczyni uważała, że popełniłem błąd, zapraszając go tutaj. Raz w życiu chciałem dobrze.
Jak teraz o tym myślałem, to... w młodym piesku wydawało mi się coś znajomego. Ciemne oczka, odstające uszka, ruda sierść... Hej. Właśnie. To dlatego Rudy mnie tak fascynował. Ten pies wygląda jak miniaturowa wersja mojego ojca.
[1074 słowa: Jaszczurczy Ogon otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczony z choroby]

7 marca 2021

Od Jaszczurczego Ogona

Zastanawiałem się właśnie, co mógłbym dzisiaj zrobić. Od jakiegoś czasu życie w klanie wydawało mi się strasznie monotonne. Nic tylko patrolowanie, polowanie i spanie. Jedyną przyjemnością pozostaje tylko zabawa emocjami pobratymców, ale nawet na to nie miałem ochoty. Czułem przygnębienie, choć nie rozumiałem dlaczego. Czułem, że muszę pobyć trochę w samotności, aby przemyśleć kilka spraw.
— Jaszczurczy Ogonie, mógłbyś pójść na polowanie z Płomiennym Krzewem, Jasnym Sercem, Drewnianym Pazurem i Borsuczą Łapą? — Usłyszałem za sobą głos Mlecznego Oka i stłumiłem zgrzytnięcie zębami.
Ponieważ zastępczyni przywódczyni osobiście mnie wyznaczyła, a ja nie miałem żadnej dobrej wymówki, nie mogłem odmówić. Chyba mogę się pożegnać z marzeniami o chwili samotności. Chociaż... Mówią, że los jest najlepszym nauczycielem (a może tylko ja tak mówię). A mój los nauczył mnie bardzo cennej umiejętności. Umiejętności przeradzania porażki w zwycięstwo.
— Bardzo chętnie, Mleczne Oko — powiedziałem płasko do zastępczyni. — Właśnie tak dziś myślałem, że chciałbym zrobić dziś coś dla mojego klanu.
— Podoba mi się twoja postawa — powiedziała z uśmiechem Mleczne Oko, odchodząc.
Przebiegłem wzrokiem po obozie, próbując zlokalizować psy, z którymi miałem dziś polować. Na moje szczęście, cała trójka była zebrana dokładnie w tym samym miejscu.
— Słuchajcie wszyscy — zawołałem, podbiegając do nich. — Mleczne Oko kazała naszej czwórce pójść na polowanie. A ja nie życzę sobie, aby mój klan głodować. Więc? Zamierzacie cały dzień plotkować, czy zrobić coś pożytecznego?
— Mleczne Oko już nam o tym mówiła. — Skinął głową Jasne Serce. — Czekaliśmy tylko na ciebie.
— To trzeba było mnie wołać, a nie czekać — warknąłem ponaglająco. — Od czekania żadna zwierzyna nam pod pazury nie wpadnie, prawda?
— Już idziemy, Jaszczurczy Ogonie. — Uśmiechnął się Drewniany Pazur. — Nie denerwuj się tak. Zresztą, Mleczne Oko mnie wyznaczyła, abym poprowadził patrol, więc nie musisz brać na siebie takiej wielkiej odpowiedzialności.
Spojrzałem na niego z przymrużonymi oczami, ale nic nie powiedziałem, próbując okazać, że jego komentarz na mnie nie wpłynął. Co on sugerował? Chodziło mu o to, że nieco za często wysuwam się jako pierwszy, do poprowadzenia patroli? Nie wydaje mi się. A nawet, jeśli to prawda, to co w tym złego? Nie ma chyba nigdzie w Kodeksie Wojownika, że wojownik nie może się nigdy wychylać przed szereg? Zwłaszcza jeśli pozostali to pędzące za tłumem barany. Potrząsnąłem głową. Na razie muszę się grzecznie zachowywać. Muszę wypchnąć komentarz Drewnianego Pazura z pamięci.
Irytowało mnie, że wszyscy tak wolno idą. Tylko Borsucza Łapa nadawał jakieś tempo, ale trudno się dziwić. Ja i uczeń byliśmy najmłodszymi członkami patrolu myśliwskiego. Ale pozostali również mogli się trochę pośpieszyć.
Kiedy odeszliśmy dość daleko od obozu, zastrzygłem uchem. W okolicy jak się zdawało nie było żadnych innych wojowników. Idealna okazja.
— Rozdzielmy się — zasugerowałem. — Złapiemy więcej zwierzyny.
— To chyba tak nie działa... — Zawahał się Jasne Serce. — My raczej tak tego nie robimy.
— A powinniśmy — mruknąłem.
— Zresztą, patrol prowadzi Drewniany Pazur. — Zwrócił mi uwagę Płomienny Krzew.
— O, no to przepraszam. — Nie dałem rady stłumić sarkazmu. — Już nigdy nie będę udzielał własnej opinii.
— Nie, właściwie, to nie był taki zły pomysł. — Zawahał się Drewniany Pazur. — Zgoda. Możemy się rozdzielić. Ja pójdę z...
— To był mój pomysł, więc pozwól, że ja nas rozdzielę — warknąłem i nie czekając na jego aprobatę, zacząłem rozdzielać członków patrolu. — Ty pójdziesz w prawo, z Jasnym Sercem. Płomienny Krzew zobaczy ze swoim uczniem, czy idąc w lewo nie znajdzie jakiegoś dorodnego królika. Ja z kolei ruszę przodem. Ktoś protestuje? — ostatnie zdanie wypowiedziałem prawie warcząc, dając do zrozumienia, że nie akceptuję sprzeciwu.
— Niech ci będzie, Jaszczurczy Ogonie. — Zgodził się Drewniany Pazur, choć w jego głosie był dystans. — Chodź Jasne Serce.
Zadowolony, że pozbyłem się innych psów, pobiegłem przed siebie. Samemu, czuję się naprawdę wolny. Nic mnie nie ogranicza.
Biegnąc, usłyszałem sikorkę. Uśmiechając się z satysfakcją, przestałem biec i zlokalizowałem ofiarę. Stała na trawie tuż przede mną. Przysiadłem, po czym zacząłem się skradać do ptaka. Głupia ofiara niczego nie podejrzewała. Gdy byłem już tuż przy niej... skoczyłem.
Zabiłem ją szybkim ugryzieniem w szyję. Wolę zabijać szybko. Psy mogę gnębić, ale nie chcę, aby zwierzyna cierpiała zbyt długo. To w końcu dar od Gwiezdnych. Zakopałem sikorkę i usiadłem, wdychając świeże powietrze i rozmyślając.
Właściwie, to czym się różni taki pies, od sikorki? Czy one też mogą mieć własne klany? Parsknąłem z rozbawieniem, na samą myśl. Nie, tylko psy są na tyle cywilizowane, aby tworzyć klany. Choć, jak się zastanowić, Dwunożni chyba są bliscy dosięgnięcia naszego poziomu. Z tego, co słyszałem, oni również są istotami stadnymi.
A w jaki sposób pies z Tenebris jest lepszy od psa z Industrii? Albo Flumine? W końcu wiadomo, że Tenebris to najlepszy klan, ale nawet tu może się kiedyś urodzić jakiś głupiec, a Ventus może się doczekać młodego geniusza, bijącego pod względem intelektu nawet mnie.
A włóczędzy? Czym się różni pies klanowy od włóczęgi? Czy oni sądzą, że ich życie jest lepsze niż nasze? Albo... pieszczochy?
Nie. Muszę przestać o tym myśleć. To wywołuje złe wspomnienia. Jestem psem klanowym jak moja matka, a nie pieszczochem, jak ojciec. Wielokrotnie to już udowodniłem i nie ma powodu, abym czuł wyrzuty sumienia tylko dlatego, że jestem psem pół-krwi. Gdzie tu moja wina?
Chwila... Wyczułem nowy zapach. Odwróciłem się, aby stanąć nos w nos z myszą. Nim stworzonko zorientowało się, co się stało, zabiłem je uderzeniem łapy. Tylko co się stało, że przybiegła idealnie do mnie? Coś musiało ją wystraszyć.
— Cześć Jaszczurczy Ogonie. — Usłyszałem radosny głos Jasnego Serca. — Dobry cios. Prawie ją miałem. Upolowałeś coś?
Westchnąłem smutno. No i tyle z mojej samotności. Ciekawe tylko, gdzie się podział Drewniany Pazur. Jasne Serce musiał go zgubić, goniąc za myszą.
— Owszem, złapałem sikorkę — powiedziałem z dumą. — Ptak nie zdążył nawet machnąć skrzydłem, nim go dorwałem.
— Miałeś szczęście — stwierdził smutno Jasne Serce. — Ta mysz to jedyna zwierzyna, jaką udało mi się znaleźć. Drewnianemu Pazurowi też chyba Gwiezdni nie sprzyjają. Wyjątkowo mało zwierzyny w tej okolicy jak na tę porę roku.
— Naprawdę? — Nie kryłem zaskoczenia w głosie. — Nie zauważyłem. Mi się wydawało, że zwierzyny jest nie mniej, niż zazwyczaj.
— Oj tak, ty zawsze miałeś farta podczas polowania — Jasne Serce popchnął mnie przyjaźnie. — Gdybyś był Bezgwiezdnym albo pieszczochem, zapewne nazywałbyś się Fuks.
Naprawdę niełatwo było mi zachować kamienny pysk. Jasne Serce nawet nie wiedział, jak był bliski poznania prawdy o moim pochodzeniu.
— Możliwe. — Skinąłem głową, wykopując sikorkę i licząc na to, że Jasne Serce uzna moją niepewność za oznakę skromności. — W porządku, wracajmy do reszty patrolu i zobaczmy, czy oni złapali coś więcej.
[1042 słowa: Jaszczurczy Ogon otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

„You know, the very powerful and the very stupid have one thing in common: they don’t alter their views to fit the facts; they alter the facts to fit their views.”

[kliknięcie przeniesie do karty postaci]