Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gniewny Niedźwiedź × Lisi Wrzask. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gniewny Niedźwiedź × Lisi Wrzask. Pokaż wszystkie posty

29 czerwca 2021

Od Lisiego Wrzasku CD Gniewnego Niedźwiedzia

(okay jestem nierobem, skipik do kilka księżyców wcześniej) 
Czarny medyk był niezadowolony, bardzo niezadowolony. Czemu właściwie? Było mu nieznośnie źle, jesień przyszła, a on wiedział, że niedługo ktoś się pochoruje. Na pewno. Taka pora roku była, a on uczniem medyka nie był pierwszy księżyc. Ba! Miał już od dawna pełne imię wedle niego, a nawet jak nie było to dawno, to mógł się poszczycić, że umiał leczyć dobrze innych. Nie był bezradnym uczniem medyka, który nawet nie wiedział, co zrobić na gorączkę, czy na wymioty. Leczenie takich rzeczy było powoli coraz bardziej dla niego nudne. Tyle dobrego, że psy musiały go prosić o pomoc, a nie on jakiegoś innego medyka. Przecież, by nigdy nie prosił nikogo o pomoc! On sam sobie da radę! Taki miał charakterek, taki nieznośny lekko. Chociaż uważał siebie za jedynego normalnego, a innych za głupków. Spokojnie wyszedł ze swojego legowiska i podszedł do stosu.
Wojownicy mogliby się wziąć do pracy, a nie, że ojoj złamałem sobie pazurka, ratujcie, chyba przez 4 dni nie mogę polować. Dupa, a nie polować — pomyślał wkurzony. Nie miał zbytnio ochoty na ani jedno jedzenie ze stosu, w końcu ci niewdzięczni wojownicy je upolowali i było w ich pyskach. Rozglądał się, myślał, liczył i mocniej myślał, aż w końcu zauważył, że Gniewny Niedźwiedź brał zwierzynę. Nie lubił psa, ba nawet go trochę nienawidził. Może lekka afera by była, gdyby powiedział, że to jego miała być? Może lepiej nie? Nie dzisiaj stwierdził szybko. Zostawi sobie to na inną „okazję”. Uśmiechnął się złośliwie i wziął jakąś zdobycz ze stosu. 
***
Nastał ten dzień. Został pełnoprawnym medykiem. Mógł robić, co chciał i Ciemny Kieł nie mogła mu przeszkodzić. Z drugiej strony już brakowało mu mentorki i jej w legowisku. Lubił ją, a to rzadkość. W końcu nie było drugiego, takiego, fajnego psa w mieście, a na pewno nie w Tenebris. Jego rodzinnym klanie, w którym miał został prawdopodobnie do końca swoich dni. W którym miał wyszkolić kiedyś ucznia, by przekazać wiedzę. Dziwnie się czuł, jak o tym tak rozmyślał. Był ważny, bardzo ważny w klanie. Lepszy od reszty rodzeństwa! Od głupiego Borsuczego Upadku, Srebrnego Pyłu, czy Stokrotkowego Płatka. ON był ważny i bez niego klan by miał problemy z przeżyciem. ON miał wiedzę jak leczyć, oni nie. Miał w sobie z każdym uderzeniem serca coraz bardziej sprzeczne emocje. Polizał swoją sierść na ogonie i wstał. Zgłodniał, a jako że była pora opadających liści wiedział, że musi zjeść, zanim psy niższej rangi zjedzą mu jedzenie. A mu, jeśli chodzi o pokarm i jego gustu nie było łatwo zaspokoić. W głowie przemknął mu swój stary plan na wkurzenie kogoś, a czemu, by nie użyć do tego nowej rangi? Humor mu dopisywał, więc szybko znalazł swoją „ofiarę”. Gniewny Niedźwiedź. Nie lubił psa, a kto wrogiem Liska temu utrudniał życie. Bywa. Zobaczył, że starszy wojownik chciał wziąć jakąś mysz. Postanowił, że zacznie od razu.
— To moja mysz! — wrzasnął, udając zdenerwowanego. — Głodny jestem, oddaj ją!
<Gniewny Niedźwiedź? Jestem leniem ok?>
[476 słów: Lisi Wrzask otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

8 lutego 2021

Od Gniewnego Misia CD Lisiej Łapy

Odnalazł niemałą trudność w zniesieniu humorów młodego ucznia Ciemnego Kła, ponieważ każda chwila, jaką spędzał na przedziwnej prokrastynacji, równało się intencjonalnemu wydłużaniu okresu niedomagania Kruczego Dębu. Trzymając w pysku zwinięte zioła, odczuwał swoistą satysfakcję płynącą ze wzorowo pełnionej służby, niemniej jednak kiedy Lisia Łapa stanął w progu legowiska tenebrisowej medyczki, wszystkie euforyczne emocje uleciały z niego jak para wodna z rozpalonego, gwiżdżącego czajnika — i to całkiem dosłownie, ponieważ prędko otrzeźwiał i, wracając do swojej zwyczajowej formy, wyrzucił z siebie pełną oburzenia serię wyzwisk. Impulsywność Gniewnego Niedźwiedzia wylazła z niego jak mały robak ze środka zgniłego jabłka, motywując go do wylewania na Lisiego Smroda kolejnych wiader pomyj — czarny szatan nie zamknął pyska przedwcześnie i w chwilach, które powinny wyznaczać koniec rozmowy, brnął dalej, zupełnie nie bacząc na swój obowiązek okazywania szacunku względem starszych, bystrzejszych od niego wojowników. Gniewnemu cisnęło się na język wytknąć mu młodzieńczą niekompetentność i złudne przeświadczenie, jakby pozjadał wszystkie umysły, ale, popędzany naglącą obietnicą złożoną Kruczemu Dębowi, pokręcił tylko łbem i, ominąwszy napięte ciało uczniaka, wyszedł z legowiska, dzierżąc w zaciśniętym z nerwów pysku przemycone zioła.
Skromna mieszanka przeciwbólowych roślin wylądowała u łap emerytowanej wojowniczki. Spojrzała na nie, jakby nieobecna, po czym uniosła spojrzenie na Gniewnego Misia.
— A cóż to? — zapytała z niezmąconym spokojem, wykrzywiając pyszczek w błogim uśmiechu. Niedźwiedź trącił pyskiem wysuszone, niemal spopielone liście niedbale rozsypane na uklepanej ziemi — rozdrobnione na podobieństwo maku nie były najprostsze do przetransportowania, toteż Gniewny, coby nie zmarnować znacznej ich ilości, zawinął lekarstwa w kawałek materiału znaleziony w wojowniczych legowiskach. Nie był w stanie określić, do kogo należał, jednocześnie nieszczególnie o to dbał. — Dla mnie?
Potwierdził niemrawym skinieniem. Otoczył zioła łapą, zagarniając je z powrotem do jednego miejsca, żeby obolała samica mogła pochylić się nad nimi i zebrać co do drobiny. Z gardła Kruczej wydobyło się starcze zająknięcie, ale zanim Niedźwiedź zdążył zapytać, czy wszystko z jej pokrzywionym kręgosłupem i nieprawidłowo zrośniętymi kośćmi w porządku, pochłonęła całe medykament, szeleszcząc jak mały odkurzacz. Odetchnęła, dając Gniewnemu jednoznaczny sygnał, iż przygotowana (skradziona) mieszanka zadziałała, spełniając swoje zadanie na raptem trzy uderzenia serca po tym, jak ją spożyto. Niedźwiedź miał pełną świadomość utrzymującego się u emerytki efektu placebo; docenił jednak jej nastawienie sprowadzające się do ignorowania wiercącego problemu. Liczył wówczas, że kiedyś, w niedalekiej przyszłości, Kruczemu Dębowi uda się założyć mu na nos różowe okulary w kształcie dwóch serduszek. Brzmiało to co najmniej absurdalnie — jak nikt widział pachnącego różami Śmierdzącą Łapę albo Bezzębnego Oposa z kompletem długich, śnieżnobiałych kłów, tak osobliwym widokiem byłby radosny jak szczygieł na wiosnę Gniewny Niedźwiedź. Jednak zdarzało mu się witać dzień w nastroju lepszym niż rutynowej pogardy względem każdego dookoła — później nadchodził czas spoufalania się z resztą klanu i cały ta nadzieja pryskała, jakby była tylko marnym, bezkształtnym złudzeniem wytworzonym przez spragniony rodzinnego ciepła umysł Misia. Towarzystwo starszyzny zapewniało mu wszystko, czego potrzebował — wypełniało lukę po nieżyjących najbliższych, poszerzało zakres i tak rozległej wiedzy na temat historii Tenebris i powiązań między jego członkami, stanowiło oderwanie od smętnej rzeczywistości spędzanej na nieustannym włóczeniu się po obozie oraz okazjonalnym spożywaniem skromnych, niemal żołnierskich posiłków. Niedźwiedź postulował za jak najhojniejszym dla starszych podziałem zwierzyny, toteż za każdym razem, kiedy czuł, że jego żołądek nie zaciska się już w ciasny supeł, zbierał to, co zostało, często nawet połowę przydzielonej mu części, i zanosił Kruczemu Dębowi albo innemu psu, który okazywał mu trochę więcej życzliwości niżeli przeciętny pasożyt lub, wedle życzenia, wyjadacz, spod znaku klanu smutku, żałości, Emo Trinity i oczu podkreślonych czarnym eyelinerem.
— Śpij dobrze, Kruczy Dębie — rzucił na pożegnanie, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi i część starszyzny stopniowo zbierała się do snu. Stanął u progu ich legowiska, popatrzył po każdym spośród obecnych tam psów. Wydawałoby się, że kiwnął łbem sam do siebie. Jakby chciał zapewnić o swoich szczerych intencjach. — Miłej nocy — zwrócił się tym razem do wszystkich, ze szczególną serdecznością przenosząc spojrzenie na Jodłową Skórę. — Tobie też, stary grzybie.
— A spierdalaj. — Dobiegło go z głębi zacienionych resztek na wpół zawalonego pomieszczenia.
Odwrócił się na tylnych łapach i pokierował ku zamieszkanej przez wojowników części ruin, gdzie spodziewał się zaznać trochę większego spokoju, niżeli o jakiejkolwiek innej porze dnia — liczył na to, że poniektórzy zaryzykowali polowaniami o zmroku, a mentorzy nie wrócili jeszcze z prowadzonych przez siebie lekcji. W drodze zdążył przekląć raz czy dwa na pałętające się pod nim szczenięta — o ile nie myliła go pamięć, byli uczniami, ale prędzej nauczyłby się władać bronią albo pisać przy nieposiadaniu kciuka przeciwstawnego, niż dokopał w odmętach swojego przykrytego grubą warstwą kurzu, nieużywanego mózgu do tego, czyimi — zgromić zupełnie poważnym, pełnym posępności wzrokiem parę Gwiezdnym winnych psów, przy okazji potknąć się o podejrzane wybrzuszenie na trawniku i wyłożyć dokładnie tak, żeby przez następne księżyce szczycić się przywilejem narzekania na własne samopoczucie, chociaż powszechnie było jasne, iż Gniewny Misio takowy przywilej posiada bez względu na okoliczności.
— Głupie dzieciaki — charknął, rozglądając się dookoła. W otoczeniu nie wypatrzył żadnego smroda, na którego mógł zrzucić pełnię winy. — Uciekł! Uciekł, gówniarz, wystraszył się mnie i uciekł. Na Gwiezdnych, co to za pokolenie, co to za czasy — mruczał raz za razem, chociaż w promieniu najbliższych trzech metrów nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć iście starcze żale. — Ciekaw jestem, kto zapracuje na mnie, kiedy odejdę do starszyzny. Wszyscy z głodu pomrzemy.

Pierwszy raz, odkąd pamiętał, głód prawdziwie wiercił mu w brzuchu dziurę. Uczucie to było na tyle dziwne i uciążliwe, że naprzemiennie bolał i nie bolał — w drugim przypadku wyczuwalna pustka zdawała się tak pusta, iż wręcz gotowa pochłonąć to, co, anatomicznie, posiadał w swoim wnętrzu. Nie warto się zgrywać; Gniewny Niedźwiedź względnie atrakcyjny był tylko zewnętrznie — narządy, jak sądził, miał nadpsute i w wystarczająco marnej formie, żeby one szwankowały, a on mógl wyraźnie odczuwać ich niespecjalną wydajność poprzez cykliczne bóle rozlewające się po całym ciele. W praktyce jednak nie było to nic innego, jak efekt wmawiania sobie poniektórych symptomów zwiastujących niechybną śmierć. Gwiezdni nie chcieli go wśród swoich szeregów, toteż, ku jego niezadowoleniu, odkładali ją w nieskończoność. To informacja wyjątkowo poufna, dlatego zdradzam ją szeptem, ale i ckliwa, więc, jeśli spojrzycie w dół, trzymam pudełko chusteczek, byście mogli, sami wiecie, zapłakać, tak w razie czego; czujcie się wolni do korzystania z nich, tylko nie smarkajcie do jednej, to trochę niehigieniczne. Gniewny Misio, czasami, tak najzwyczajniej w świecie, jakby taka właśnie była kolej rzeczy, znajdował sobie całkiem ładny skrawek pagórka, najlepiej z widokiem na pola — zimą zaśnieżone, latem pokryte połaciami złotobrązowych zbóż — i patrzył gdzieś w dal, a jego myśli mąciła tylko jedna myśl — kiedy zobaczy swoją rodziną. Kiedy wszystko się skończy, kiedy będzie mógł odetchnąć i powiedzieć Teraz wszystko będzie w porządku. Czasami, ale tylko czasami, chciał umrzeć tylko po to, żeby przestało boleć.
A bolało. Bolało jak diabli.
Chusteczki proszę wrzucać do najbliższego kosza albo wciskać do kieszeni, coby nie zanieczyszczać środowiska. Rzodkiewkowa lubiła naturę, więc w hołdzie zadbajmy o swoje otoczenie.
Przełknął ślinę, chociaż wiedział, że zda się to na niewiele. Uniósł ciężkie cielsko, wyprostował zdrętwiałe łapy, ziewnął przeciągle. W porze, kiedy znaczna większość mentorów zabierała swoich uczniów na rutynowe lekcje polowania, radzenia sobie w zdradliwym terenie, czy czego tam marzyli się uczyć za dzieciaka, Gniewny, nie posiadając swojej marionetki, na którą mógłby przelewać negatywne emocje, z reguły ucinał sobie całkiem miłe drzemki popołudniowe pomagające mu, jak twierdził, w trawieniu. Mógłby w tym czasie potruchtać po lesie, coby zgubić zbędne fałdki albo, jeszcze korzystniej, wyjść na polowanie i przynieść jelenia sporych gabarytów, jaki zapełniłby jego żołądek na całą Porę Nagich Drzew.
Poczłapał do usypanego z trucheł leśnej zwierzyny kopca. W trakcie zimy nie dysponowali pożywieniem znacznie przekraczającym klanowe zapotrzebowanie — zdarzały się dni, gdzie jedynie hojność poniektórych jednostek ratowała Tenebris od głodu, i taki właśnie dzień miał wówczas miejsce. Gniewny Niedźwiedź, przez własny idiotyzm i skłonność do przesypiania zbyt długich godzin, spóźnił się co najmniej ćwierć dnia, więc sterta jedzenia zdążyła zmaleć, oferując tym samym szczuplejszy, zdecydowanie bardziej rygorystyczny wybór między kościstą łanią a starą myszą, która zmarłaby mimo wszystko, gdyby nie wojownik o bystrym spojrzeniu albo dobrym węchu.
Z niesmakiem trącił nosem zwłoki tejże myszy — nie należała do najgrubszych, ale wyróżniała się na tle pozostałych (pozostałych trucheł, niemniej jednak zaznaczanie tego może wywoływać mieszane uczucia).
— Oddawaj! To moja mysz, pierwszy ją zobaczyłem! — Rozległo się nieoczekiwanie i mimo że dookoła tłoczyła się gromada innych psów, intuicja Gniewnego wskazała mu nadawcę władczego, wyjątkowo bezpośredniego komunikatu, od jakiego przekazywania zwykły stronić szare psy. Lisi Odwłok, jak spod ziemi, wyrósł tuż obok Niedźwiedzia, niemal plując z poirytowania.
Puchacz odłożył mysz na podłoże, żeby móc otworzyć pysk. Nie spodziewał się jednak, że młody, pyskaty uczeń Ciemnego Kła weźmie to za akt uległości i pogodzenia się z apodyktycznymi żądaniami czarnego szatana. Nie minęła chwila, a zwłoki zniknęły spod łap Misia, zmieniając swojego właściciela na, zgodnie z wypowiedzią samego Niedźwiedzia, wyjątkowo obcesowego, protekcjonalnego gówniarza o umyśle niewiele większym od dupy tej zasranej myszy.
— Zabrałeś mi ją sprzed nosa, pieprzona kupo futra. — Zacisnął zęby, czując stadialnie wylewającą się z niego złość. Był na skraju eksplodowania, chociaż Lisi Odwłok zdążył wypowiedzieć — wykrzyczeć — raptem dwa zdania. Gdyby był Bruce’em Bannerem, najprawdopodobniej już pękłyby mu spodnie i zmieniłby się w zielonego potwora o nieokrzesanej aparycji wygłodniałego wielkoluda. Jakby nie patrzeć, jedyna zieleń może ich poróżnić.
— Byłem pierwszy! — jazgotał bez ustanku. — Byłem pierwszy i to ty mi ją zabrałeś. To moja mysz i… i...
— Nie mów tak dużo, bo się zmęczysz — przerwał mu chłodno Niedźwiedź. — Sapiesz jak Jodłowa Skóra, lichy z ciebie medyk w takim razie. Oddaj mi tę mysz, na Gwiezdnych.
— Nie! Nie rozumiesz, że nie oddam ci m o j e j myszy, którą dojrzałem jako pierwszy i do której mam wszelkie prawa? Idź, upoluj swoją własną! — Lisi Odwłok ściskał zwłoki w pysku, mówiąc tak niewyraźnie, że Gniewny z trudem rozpoznawał zlewające się ze sobą słowa.
— Z pełną wzajemnością, gówniarzu — charknął.
— Ani medycy, ani ich uczniowie nie muszą polować!
W starożytnym kodeksie faktycznie funkcjonował zapis, jakoby medycy nie mieli obowiązku polowania, ale Gniewny Niedźwiedź miał to serdecznie w dupie.
— Mam to w dupie — rzucił nadzwyczajnie obojętnie. — Jeśli…
— Gniewny Niedźwiedziu.
Uniósł spojrzenie na smukłą postać stojącego za nim Drewnianego Pazura. Leśna podróbka border collie zdawała się mieć w sobie wystarczająco dużo powagi, żeby Gniewny uznał go za pajaca. Nie lubił przesadnie beztroskich, nieodpowiedzialnych jednostek, ale wojownicy bez skazy nie kojarzyli mu się szczególnie lepiej — nie to, że ktokolwiek w ogóle przypadał mu do gustu. Był dosyć wybredny w kwestii przyjaciół i najprawdopodobniej z właśnie tego względu nie miał komu wypłakiwać się w futro.
— Drewniany.
— Drewniany Pazurze.
— To nie było pytanie. Stoję przed tobą, czego potrzebujesz?
— Zgodnie z życzeniem Białej Gwiazdy, nazajutrz o poranku udajesz się na poszukiwania ziół potrzebnych do walki z epidemią — oznajmił bez zająknięcia, pomimo wyczekującego, pełnego napięcia spojrzenia Misia.
Niedźwiedź wypuścił ze świstem powietrze, odwracając się z powrotem ku kupie mięsa.
— Sranie w banie, znajdź kogoś chętniejszego. — Wykrzywił pysk w grymasie niezadowolenia.
— Biała Gwiazda wyraźnie…
— Biała Gwiazda, Biała Gwiazda — zaskrzeczał w nieudolnej próbie sparodiowania głosu rozmówcy. — Dajże mi spokój. Lisi Odwłok będzie prędzej zainteresowany, niż ja.
— Lisiej… Łapie przydzielono podobne zadanie, na prośbę Ciemnego Kła — dodał dobitnie wojownik. — Z racji, że delegacje nie powinny składać się z wyłącznie jednego psa, wyruszycie wspólnie.

<lisi odwłoku?>
(bez punktów)

Od Lisiej Łapy CD Gniewnego Niedźwiedzia

Wchodzę do obozu wściekły. Jak on do cholery mógł tak powiedzieć?! Nazwał mnie gówniarzem, popamięta mnie. Będzie prosił o ratunek z zatwardzeniem. Ha! Błagał nawet. Podnoszę głowę, spokój wreszcie będzie. W legowisku zrobię porządek, Ciemny Kieł poszła szukać jednego zioła. Ostatnio bałagan się w nim zrobił. Sprzątałem wczoraj, strasznie długo mi to zajęło. Niech ktoś popsuję ten bałagan, a nie ręczę za siebie. Zwinnym skokiem doskakuję do wejścia do jamy medyków. Błoga cisza będzie! Wchodzę do legowiska medyków i rozglądam się. Co on tutaj robi?! Gniewny Niedźwiedź! NAJWIĘKSZY DUREŃ, KTÓRY ŻYJE! Patrzę na niego wściekły. Bez mojego pozwolenia nie wolno grzebać w ziołach!
— Co ty do cholery tutaj robisz? WYPAD — warczę do starszego. Co on tutaj robi?!
— Zachowuj się gówniarzu — warczy wojownik.
— Co kodeksu nie znasz? Medyk ma władzę ABSOLUTNĄ w legowisku! — warczę wściekle. Niech wypada stąd. I co on ma w pysku? Jakieś zioła? Nie ma. — Co ty masz w pysku łajdaku? Odkładaj grzecznie, a życie będzie ci milsze. Otrujesz jeszcze kogoś, a winę zwalą na mnie.
— Sam sobie rządź i otruwaj psy, ja wiem w przeciwieństwie do ciebie, co robię — warczy Gniewny Niedźwiedź. Nie no, nie wytrzymam. Nie ma opcji, za chwilę coś mu zrobię, nie ręczę za siebie. Napinam mięśnie i jeżę sierść. Niech nie myśli sobie, że nie umiem walczyć, czy coś.
— Lisia Łapo, chodź! Mieliśmy zbierać zioła, a ty zostawiłeś swoje! — woła Medyczka. Serio? Ona nie może ruszyć tyłka i pójść?
— Upiekło ci się, następnym razem się doigrasz, zrozumiałeś? Wypad teraz szybko — warczę i wychodzę niechętnie z legowiska medyka. 
***
Ja mam dość. Mogę się zabić? Będzie łatwiej. Psy chore, ja nie mam co robić w życiu chyba ostatnio, znaczy, Gwiezdnym się nudziło. Pewnie chcieli zabrać kilka słabych psów do siebie, by nie męczyć mnie, żyjąc z nimi. Strzepuję kawałek śniegu z ucha. Czując ściśnięcie w brzuchu, podnoszę się, głodny jestem. I to jak. Wychodzę jednym skokiem z miejsca spoczynku. Jaki ja głodny, jeny. Podchodzę do sterty zwierzyny powolnym krokiem. O widzę! Taka Ładna mysz, taka pulchna! Zjem ja, będzie taka dobra. Już ją czuję! Widząc, że ktoś, a dokładniej Gniewny Niedźwiedź zabiera mi MOJĄ mysz wbijam pazury w ziemię. Tak nie może być! Jak będzie trzeba, to podrzucę mu zioła na zatwardzenie, już i tak raz podpadł mi! Zrobię to! Na pewno. Podbiegam do wojownika.
— Oddawaj! To moja mysz, pierwszy ją zobaczyłem! — warczę wściekle do starszego. Jak będzie trzeba to będę walczył o tę mysz, zbyt mam na nią ochotę.
<Gniewny Niedźwiedź? Przepraszam za gniota>
[405 słów: Lisia Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

21 stycznia 2021

Od Gniewnego Niedźwiedzia do Lisiej Łapy

Umówmy się, dotąd nie było źle, ponieważ każdemu zdarza się pochować matkę. Niektórym nawet dwie. A innym rodzeństwo, nawet trzy sztuki rodzeństwa. Śmierć była szczególnie kapryśna, kiedy chodziło o najbliższych Gniewnego Misia; nie wysyła się do niej listów, w które pakuje się łapówki, żeby przełożyła wyrok na najdalszy pasujący termin, nie słodzi ani nie obrzuca kwieciem, gdy przychodzi, nie pada na kolana ani nie płacze, bo w momencie, w jakim stajemy z nią twarzą w twarz, tudzież pyskiem w czaszkę, wszystko inne staje się nieistotne, bo nas już nie ma. Tak przynajmniej mówił Epikur. Od nas zależy, czy posłuchamy Epikura, czy aż do końca naszych dni będziemy się miotać i wyrywać, wyklinając niematerialne, gwiezdne byty, zjawisko opuszczania ciała przez domniemaną duszę i inne, pokrewne okoliczności skutkujące niechybnym zerwaniem więzi między światem doczesnym a zmarłym, na rzecz kto by tam wiedział, czego. Gniewny zadzierał łeb ku niebu i zadzierał, za dnia i za nocy, jak było słonecznie, jak lało, jak błyskało — i choćby wytężał go w nieskończoność, widział jedynie niezmierzony żadną miarką niebieski w odcieniu adekwatnym do aktualnej pory doby. Kilka lat zajęło mu poszukiwanie odpowiedzi na to, co dzieje się później. Podróżował, poszedł na, wydawałoby się prostemu, szaremu psu, na sam skraj świata, pytał każdego, kto zdawał się mieć trochę więcej komórek mózgowych, niż trzy na krzyż, z czego dwie odpowiadające za umiejętność rozróżnienia wiewiórki od dzika, czy wie, gdzie podziewają się jego bliscy. „Jak gdzie? Panie, toć oni siedzą sobie nad rzeczką!” — odpowiadali mu ci mniej sprytni. Z ust mądrzejszych rzadko kiedy słyszał odpowiedź, a jeżeli padała, była tak jednoznaczna, że pozostawało mu tylko wysnuwać pojedyncze wnioski i formować swoje nowe teorie. Zbyt wiele księżyców spędził na doszukiwaniu się czarno-białego rozwiązania, bo kiedy koniec końców, gdzieś na trzy księżyce przed niezupełnie planowanym powrotem do klanu, zorientował się, w czym tkwi cała tajemnica, najpoważniej w świecie dosięgnął samego dna, co najmniej trzy długości drzewa poniżej najgorszego mułu. Gniewny Miś zorientował się, że w każdej chwili może umrzeć.
Pozostało jedyne pytanie — czy Gniewny Miś nie chciałby umrzeć? 
***
— Wspaniały dzień na gnębienie wszystkich dookoła, co, Gniewny Niedźwiedziu? — Usłyszałem irytująco uniesiony ton głosu jednego z tych śmierdzących starców, których jedynym zajęciem było przesiadywanie w tym swoim żałosnym legowisku z grupą innych psów równie wiekowych, jak on sam. Za każdym pierdolonym razem, kiedy krążyłem po tamtych okolicach, czułem duszący odór zgnilizny, psich odchodów i starczego smrodu, a gdy wypominałem to Jodłowej Skórze, natychmiast stroszył się jak paw i odpowiadał, że to dlatego, że się tam pojawiłem. Jego obecność sprawiała, że walory tego miejsca spadały z trzech punktów na dziesięć do minus sześćdziesięciu dziewięciu. — Coś ty? Żeś się zepsuł? Krucza, ten młody chu-...
— Jeszcze się zmęczysz, stary pniaku — powiedziałem z oschłością, mierząc cholernika przenikliwym, jak mi się zdawało, spojrzeniem. Wyjątkowo oporna jednostka tylko zarechotała, powodując tym samym nagły skok ciśnienia w mojej krwi. — Nie uduś się!
Spośród całej starszyzny Jodłowa Skóra wydawał się najbardziej uciążliwy i działający na nerwy. Miał co najmniej dwa i pół tysiąca księżyców, martwicę mózgu i pewnie jakąś traumę do kompletu, ponieważ ino wchodziłem do tego przeklętego legowiska, to on już koczował na mnie, ukryty między krzewami, żeby wyskoczyć na krok przed miejscem jego ukochanej, Kruczego Dębu, wycharczeć do mnie parę słów jakieś popieprzonej klątwy, pomachać tylną łapą, bo gdyby posłużył się przednią, to uderzyłby pyskiem prosto o stwardniałą, pewnie obsikaną po dziesięciokroć ziemię, i splunąć mi prosto między m o j e łapy, których z całą pewnością mi zazdrościł i nie mógł zdzierżyć widoku kogoś, kto mógł się nimi posługiwać. Kiedy tylko nadarzała się odpowiednia sytuacja, i te braki mu wypominałem, zaraz obok litanii na temat jego niesprawności psychicznych i chorób, których objawy zmyślałem na poczekaniu. Inna sprawa, że Jodłowa Skóra wcale mi nie wierzył, podkopując tym samym mój autorytet wśród starszyzny. W pewnym momencie stałem się dla nich kimś na kształt wodza. Właściwie, mimo pełnienia służby, powoli stawałem się jednym z nich, dzieląc się świeżutkimi ploteczkami, jedząc wspólnie i robiąc te wszystkie starcze rzeczy, jakie tylko przychodzą na myśl. Tylko ich towarzystwo sprawiało, że nie żałowałem powrotu do, wyobraźcie sobie, że właśnie pluję, Tenebris, zgorszonego i w formie jeszcze gorszej, niż te pięćdziesiąt księżyców temu. Tłumaczyli mi, co zmieniło się podczas mojej nieobecności, rysowali na piachu drzewka genealogiczne nowo narodzonych i sporadycznie przywoływali imiona mojego rodzeństwa, które schodziły z ich języków równie prędko, jak Jodłowa Skóra tracił godność, ponawiając nieustannie propozycje bijatyki o Kruczy Dąb między mną a nim. Żeby nie zrozumieć mnie źle — Kruczy Dąb miała dobrze ponad sto dwadzieścia księżyców i, chociaż brzmi to przeokropnie, bliżej jej było do końca niż dalej. Nie to, że ja będę żyć wiecznie.
— Nie martw się o mnie, dzieciaku, przeżyję cię i zatańczę na ziemi, pod którą cię pochowają.
Gniewny Miś słyszał to co najmniej trzynaście razy w ciągu jednego księżyca.
— Prędzej się w niej wytarzasz, bo do tego momentu zupełnie zgłupiejesz. Albo ją zjesz.
Jodłowy prychnął, wyraźnie dotknięty obelgą, a ja tylko spuściłem łeb, żeby spojrzeć na Kruczy Dąb.
— Zostaw go, kochanieńki — powiedziała do mnie skrzekliwie, ale z miłością, jakbym był jej dzieckiem. — Jodłowa Skóra nie wie, co mówi. Jest już taki stary!
— Sranie w banie, Krucza, na twoim też zatańczę! — wykrzyczał z drugiego końca segmentu ruin, w którym wówczas się znajdowaliśmy.
— Może to i lepiej — wtrąciłem się. — Będziemy mieć spokój od starczego pierdolenia.
Samiec nie odpowiedział już nic więcej, tylko poświęcił pełnię swojej uwagi innej suczce, niewiele młodszej od Kruczego Dębu, która przysłuchiwała się naszej wymianie zdań, odkąd tylko dotarłem do legowiska starszyzny. Był poranek, słońce wstało raptem kilka chwil temu, jednak zdawałem sobie sprawę z tego, że moi przyjaciele będą już na nogach — zauważyłem, że im więcej księżyców mają na karku, tym wcześniej chodzą spać i wcześniej się budzą. Pasowało mi to w zupełności; rano zachodziłem do nich, spędzaliśmy wspólnie czas aż do górowania słońca, później wychodziłem na polowanie, wracałem wczesnym popołudniem i na wieczór chodziłem na patrol, żeby wrócić z niego jak najpóźniejszą nocą, świadomy tego, że i tak nie zdołam zasnąć. Unikałem tłumów przeklętych młodzików, które pałętały się tylko pod nogami, w biegu wpadając na przypadkowe psy. Dzieciakom przydałaby się krztyna dyscypliny, jakiej wyraźnie nikt nie był w stanie im zapewnić. Z pokolenia na pokolenie stawaliśmy się coraz to słabsi i trzeba było być ślepym, żeby nie zobaczyć, jak się staczamy. Dobrzy wojownicy to już przeżytek. Historia.
— Mam do ciebie prośbę, słoneczko. — Kruczy Dąb szturchnęła mnie w bok pyskiem, jakby sądziła, że straciłem nią zainteresowanie.
— Prośbę? — powtórzyłem.
— Otóż to, mały, otóż to. — Pokiwała łbem. — Ostatnimi czasy boli w tych okolicach. — Wskazała łapą na swój brzuch. — Boli mnie tak, że spać nie mogę. Czy mógłbyś temu zaradzić?
Nie byłem medykiem, wbrew temu, co sądziła starszyzna. Wprawdzie znałem kilka ziół, swoimi czasy wykułem się na blachę ich właściwości, ale daleko mi było do jakiegokolwiek obeznania — dawałem im sprawdzone rzeczy, które pomogły w moich przypadkach, nierzadko skrajnych i, na pierwszy rzut oka, beznadziejnych. Raz, całkowicie nieumyślnie, otrułem Jodłową Skórę, niemniej jednak, ku mojemu zdziwieniu (i niezadowoleniu), wyszedł z tego cało.
— Pójdę po zioła i wrócę do ciebie wieczorem.
Kruczy Dąb posłała mi słaby uśmiech.
Pora Nagich Liści nie obfitowała w zioła. Generalnie Pora Nagich Liści przynosiła ze sobą więcej smutku niż radości, wszystkim odmarzały dupy i zewsząd dochodziły mnie tylko „zimno, hoho” albo „zaraz odpadną mi poduszki”, aż robiło mi się słabo za kolejnym razem, kiedy byłem świadkiem następnej fali narzekań i wylewania swoich żali. „O, Gniewny, mogę cię przytulić?” — nie, na Gwiezdnych, spieprzaj ode mnie w podskokach. Razem z mrozem objawiały się te gorsze oblicza większości psów; umierając z zimna, jedynym, o czym myślisz, jest chęć ogrzania się, a nie silenia na jakiekolwiek kurtuazje czy szykowności. Nigdy w życiu nie pomyślałbym, jak prędko szacunek do drugiego psa zostanie zastąpiony przez grubiaństwo i prymitywizm.
Za cel obrałem sobie szklarnie Dwunożnych. Domki wypełnione skrzeczeniem ich małych szczeniąt często wyposażano w gorące od środka, otoczone czymś dziwnym, przezroczystym i jeszcze przeze mnie nienazwanym mniejsze wersje domostw, tylko otwartych praktycznie całą dobę. Obok nielicznych znajdowały się wydzielone, ogrodzone niewysokimi płotkami skrawki ziemi, z której wyrastały zdolne do przeżycia zimy zioła. Nie zdecydowałem jeszcze, co nadawałoby się na dolegliwości Kruczego Dębu i ciężko wyobrazić sobie, jak w głębi duszy żałowałem, że problemem tym nie był obciążony Jodłowa Skóra — wystarczyłoby wówczas podać mu trochę ciemiernika i byłoby po kłopocie.
Jak sęp krążyłem wokół małych domków warzyw, ale pora, jaką wybrałem na polowanie na rośliny, okazała się skrajnie nieodpowiednia — jedna z tych Dwunożnych, niespecjalnie urodziwa, widocznie pomyślała o tym samym, co ja, ponieważ chodziła po ogrodzie w tę i we w tę, pieląc swoje zielone dzieciaki jakby miały jakiekolwiek uczucia. „Głupi Dwunóg” — przeszło mi przez myśl, kiedy koczowałem za płotem, skulony podobnie do Jodłowego polującego na moje mięso. „Pierdolę to, co za bezmózgie stworzenia”. Zmarnowałem zdecydowanie zbyt czasu na przyglądanie się, jak płomiennoruda kreatura wypina swoje pośladki w rytm jakiejś dwunożnej muzyki, spełniając tym samym wszystkie bezgłośne zachcianki sąsiada jeden dom na prawo. Krzaki zaszeleściły, kiedy wskoczyłem między suche gałęzie, a Dwunożna tylko spojrzała za mną tonącym w wysokich zaspach. To znaczy, nie wiem, czy spojrzała, jednak byłem wystarczająco głośny, żeby podejrzewać, że to zrobiła.
Plan awaryjny, zgodnie ze swoją nazwą, wykluczał powodzenie planu głównego, więc wróciłem do ruin, w głowie układając sobie poszczególne jego podpunkty. W tej porze znaczna część Tenebris obchodziła lasy, szukając zwierzyny na wspólny posiłek — lampka w moim łbie jarzyła się jasnym światłem, kiedy mijałem drogę do legowiska Ciemnego Kła. Chadzałem nią z rzadka, wyłącznie w sytuacjach wymagających jednorakiej desperacji jak ta, w której znajdowałem się w tamtym czasie, a medyczka nie zdawała się mieć cokolwiek przeciwko; prawdopodobnie zmieniłoby się to, gdyby dowiedziała się o licznych kradzieżach mających pozornie niewielką wartość ziół. Tojad, mający silne właściwości prowadzące do niechybnej śmierci, wpadł w moje łapy raz czy dwa. Nie wykorzystałem go co prawda jeszcze nigdy, ale zdarzały się momenty, w których to rozważałem. Tojad. Taki ładny kwiatek. Ciekawe, jak wyglądałby w moim żołądku.
Ścieżką nieopodal dreptało nieznajome mi szczenię. Przewróciłem oczami na samą myśl.
— Hej, ty! — zawołałem do niego.
Czarny piesek uniósł wysoko łepek, rozglądając się po okolicy, jakby w poszukiwaniu źródła nawoływania. Nawet spostrzegłszy mnie, nie ruszył się na choćby długość mysiego skoku. „Bezczelny gówniarz” — zakląłem pod nosem wystarczająco cicho, żeby dzieciak nie dosłyszał żadnej obelgi. Potrzebowałem go zbyt mocno.
— Ty… kimkolwiek jesteś… psie, niech będzie, psie, szukam Ciemnego Kła. Nie mignęła ci się?
Dzieciak drgnął. Na całe szczęście, bo już zacząłem obawiać się, że było z nim coś nie tak.
— Musi być w swoim legowisku — odparł, w mojej opinii, nieco bezczelnie i niegrzecznie, prężąc się w próbie spojrzenia na mnie z góry.
— Zaprowadź mnie tam — zażądałem.
— Kim ty jesteś?
Zmrużyłem oczy, rozchylając lekko pysk.
— Kim ty jesteś? — powtórzyłem jego słowa. — Kim ty jesteś? Słuchaj, rozpuszczony gówniarzu, nie wyrażaj się tym tonem, bo przysięgam na Gwiezdnych, że wyrwę ci wszystkie kończyny i ukręcę jaja, żebyś zastanowił się nad swoim zachowaniem. Jeśli to nie pomoże, odgryzę ci ten długi język. — Zbliżyłem się do niego na niebezpieczną odległość. — Wszyscy jesteście tak rozpieszczeni, że aż przykro mi, kiedy na was patrzę. Wszyscy. Słabi i pizdowaci. Kto jest twoją matką? Pewnie Sarni Ogon! — Przypomniałem sobie, że Sarni Ogon już nie żyła. Nie żyła w momencie, w którym opuściłem Tenebris. — Jak nie ona, to pewnie Jaskółcza Piosenka! Obie takie same, siebie warte! Za moich czasów złoiłbym ci skórę, a twój mentor tylko pokiwałby łbem i powtórzył moją robotę. Teraz to ja wyjdę na tego złego! Co za czasy! — jęknąłem żałośnie, kręcąc łbem z politowaniem. — Zapieprzaj do Ciemnego Kła i powiedz jej, że w legowisku wojowników czeka na ranny. Nie może się ruszyć.
— Coś ty, do cholery, powiedział?! Jak będziesz zdychał, to ja ci łaskawie uratuję życie! To ja, nie ty, mam kontakty z Przodkami, więc jak chcesz, popaprańcu, to idź i rozkazuj Borsuczej Łapie! Nie mnie! — wrzasnął do mnie, wyrzucając z siebie coraz to nowsze sformułowania.
— Mam w dupie, kim jest Borsucza Łapa, pyskaty gówniarzu — wycedziłem, z całą siłą wczepiając się w podłoże. Idiotyczny odruch. — Nie dbam o to, kim są twoi Przodkowie i jakie bajeczki ci wciskają, jestem starszy i proszę cię o to, żebyś poszedł do Ciemnego Kła. Masz jej przekazać to, co powiedziałem. Dokładnie to.
Pies patrzył na mnie z wściekłością wymalowaną na pysku.
— Przekażę, co do słowa — warknął wściekle. — I dbaj o relacje z medykiem, bo nie znasz ani dnia, ani godziny, w którym złapie cię niespodziewane zatwardzenie. Przez przypadek.
„Z medykiem” — powtórzyłem w głowie. „Czyli gówniarz musi być uczniem Ciemnego Kła. Całkiem nieźle”.
Ciemny Kieł zniknęła za drzewami, udając się prosto do legowiska wojowników. W tym czasie udało mi się bezszelestnie przetransportować po wyboistej, zaniedbanej dróżce do jej siedziby. Dopadł mnie delikatnie mdlący zapach zielska, jednak mojemu węchowi udało się względnie szybko do niego przywyknąć. Nie kichnąłem, nie wstrzymywałem oddechu.
— Rumianek, dziurawiec, rumianek, dziurawiec. — Myszkowałem po zapasach, powtarzając nazwy ziół jak mantrę. Rumianek był wyborem dosyć oczywistym, a dziurawiec przyszedł mi na myśl niespodziewanie. Moja pewność à propos jego właściwości wahała się na granicy dziewięćdziesięciu pięciu procent. — Dziurawiec!
Złapałem w zęby ususzone resztki pachnącego dziurawca, nie odwracając się jednak z zamiarem wyjścia z kryjówki Ciemnego Kła. Pokręciłem się tam jeszcze moment. Oba zioła znalazły się w moim pysku i przysięgam na Gwiezdnych, że już miałem iść.
Czarny pies pojawił się u progu, a z jego spojrzenia wyczytałem więcej, niż kiedykolwiek dotąd.
Przez „kiedykolwiek” warto rozumieć „wyłącznie naszą ostatnią rozmowę”.
<Lisia Łapo?>
[2199 słów: Misio otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia, lamus, zabrakło ci jednego słowa XD]