Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cytrynowy Liść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cytrynowy Liść. Pokaż wszystkie posty

28 marca 2022

Od Cytrynowego Liścia CD Stokrotkowego Płatka

Podczas pory spadających liści.
Ze spokojem wpatrywałem się w nią — wijącą się z nerwów na wszystkie strony wojowniczkę, która sprawiała wrażenie, jak gdyby byle silniejszy podmuch wiatru mógł zrzucić ją z nóg. Tym dłużej na nią patrzyłem, tym bardziej przypominała mi kruchą, białą różę, tańczącą na tle jesiennej scenerii.
Uśmiechnąłem się do niej ciepło, gdzieś w środku czując niepokój — mimo upływających sekund Stokrotka wyglądała cały czas tak samo przerażająco niepewnie, a równocześnie tak samo rozkosznie. Miałem wrażenie, że czas stanął w miejscu. Otaczał mnie ten sam niezmienny zapach liści, te ciepłe, brązowe ślepia wpatrzone wprost we mnie. Powiedz coś, powiedz coś. Przerwij tę ciszę. Poczułem, jak moje serce przyśpiesza.
Kocham Cię, Cytrynowy Liściu…
Łapy się pode mną ugięły, a słowa Stokrotki zawisły w powietrzu niczym spadające, złote liście. Rozbrzmiewały w mojej głowie słodkim echem, tym jej zmysłowym głosem, jak gdyby stworzonym do szeptania prosto w ucho. Czułem ciepło na sercu, które rosło wraz z niepewnością.
Nie potrafiłem wydusić z siebie z żadnego słowa. Nie potrafiłem zebrać upojonych tą chwilą myśli, wydobyć z pyska odpowiedzi. Tym dłużej o tym myślałem, tym większą suchość czułem w gardle.
Błogą ciszę przerwał cichy szelest liści. Od wojowniczki dzieliły mnie trzy bardzo małe kroki, które pokonałem jak w zwolnionym tempie, mając wrażenie, że w rzeczywistości nie istniejąca, słodkawa mgiełka spowalnia moje ruchy.
Oparłem pysk o jej bark, wdychając zapach jej szyi. Biło od niej kojące ciepło. Zamknąłem na chwilę oczy, na co natychmiast odtworzyły się w mojej głowie nasze wspólne wspomnienia.
— Cytrynowy Liściu... Ja... Znaczy...
Stokrotka zamknęła swoje piękne ślepia, marszcząc w zamyśleniu czoło. Śnieg zaczął padać gęściej, a wiatr szeptał niezrozumiałe słowa w koronach nagich drzew.
— Naprawdę bardzo cię lubię, wiesz? Możesz na mnie liczyć.
Polizała mnie w czoło. Chociaż zrobiło mi się ciepło w środku, jedynie skinąłem głową. Ból po utraceniu Bolesnego nie zniknął, a wręcz przeciwnie; jawne okazywanie sympatii ze strony Stokrotkowej sprawiło, że przed oczami stanęły mi wspomnienia. Przysunęła się bliżej mnie. Jej ciepły oddech roztapiał śnieżynki na moim futrze, gdy zatopiła w nim swój pysk. Gdy przemyślała swój ruch, speszona, skromnie wbiła wzrok w ziemię. Uśmiechnąłem się delikatnie.
— Dziękuję — powiedziałem, a po chwili wahania dodałem: — Myślę, że... powinienem iść dalej. To były piękne czasy, ale się skończyły. Mam jeszcze własne życie do przeżycia, prawda? — spytałem, szukając poparcia.
Stokrotka uniosła pysk.
— Prawda — odparła ze spokojem.
Siedzieliśmy w ciszy; obserwowaliśmy przystrojony, migający światełkami magazyn, jezioro okute lodem i gwiazdy, rozsiane po calutkim, zimowym niebie.
Otworzyłem oczy i cofnąłem się o krok do tyłu, chcąc spojrzeć Stokrotce prosto w twarz.
— Przepraszam… — wyszeptała tak cicho, że gdybym stał o parę kroków dalej, wziąłbym jej słowa za szept wiatru. Wyglądała tak krucho i niepewnie, jak gdyby cisza z mojej strony uderzyła ją prosto w nos.
Uśmiechnąłem się do niej ciepło, czując napływającą wilgoć do oczu.
— Nie masz za co — odparłem spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. — Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś i… — przerwałem, na co jej ślepia zamigotały z nadzieją oraz przerażeniem.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, wzruszony odwracając od niej wzrok. Poczułem wielką kluchę w gardle.
Stokrotkowy Płatek nie czekała na kolejne słowa. Podeszła do mnie, czule mnie liżąc po pysku. Rozluźniłem się. Jej słodki zapach otoczył mnie jeszcze ciaśniej, gdy odwzajemniałem czuły gest.
I tak to było.
Byliśmy razem.

<Stokrotkowy Płatku?>
[535 słów: Cytrynowy Liść otrzymuje 5 PD]

27 lutego 2022

Miot w Tenebris! [Cytrynowy Liść x Stokrotkowy Płatek]

historia

Czy Stokrotkowy Płatek lub Cytrynowy Liść, zastępca Tenebris, spodziewali się, że ich dopiero rozwijająca się relacja i wiążące się z nią schadzki będą miały jakiekolwiek daleko idące materialne skutki? Niekoniecznie.
A jednak, teraz owe skutki powoli rosły w brzuchu Stokrotkowej, co niechętnie potwierdził jej własny brat, klanowy medyk.
I choć zarówno ona, jak i Cytrynek, nie planowali jeszcze zakładać rodziny, razem zdecydowali, by urodzić i wychować ich wspólny miot.

aparycja
Wielkość psa:
○ średnia, duża
Uszy:
○ stojące
Długość sierści:
○ półdługa
Kolory:
○ solid czarny
○ solid brązowy
○ solid dowolny odcień rudego
○ solid biały (może być więcej, niż jeden na miot!)
○ dowolny odcień rudego z czarnym sable
○ dowolny odcień rudego z brązowym sable
Wszystkie powyższe muszą mieć znaczenia irish spotting
 
formularz
Aby zarezerwować miejsce w miocie, należy wypełnić poniższy formularz i wkleić na przeznaczonym do tego kanale na serwerze.
Uwaga! Miot rodzi się 20 marca i oficjalnie pojawi się wtedy na stronie, ale kartę postaci należy odesłać do 18 marca
Imię szczeniaka:
Płeć:
Kontakt: (discord, ewentualnie mail/howrse)
 
zapisani
1. Listek, pies
yender#3602
2. Zakwitka, suczka
JustToBe#8776
3. Drozd, pies
•floweryheart•#7579

20 grudnia 2021

Od Cytrynowego Liścia CD Stokrotkowego Płatka

Zastępca lidera klanu, zachowujący się jak szczeniak? Bawiący się z wojowniczką w berka...? Gdyby ktoś powiedział mi to parę księżyców temu, odesłałbym go do medyka, myśląc, że zwariował. Teraz trudno mi nie wierzyć, skoro zastępcą jestem ja, a wojowniczką moja przyjaciółka, Stokrotkowy Płatek. Nie wiedziałem, dlaczego się tak zachowuję, ale przecież nie mogło mi to wyjść na złe. Prawda? Wydawało mi się, jakbym obudził się z zimowego snu; po tym całym smutku, jakiego doznałem, nareszcie świat zwrócił mi zwyczajną radość z głupiej zabawy. W zasadzie nie świat, a Stokrotka.
Nasza przyjaźń rozwijała się stopniowo, lecz równomiernie. Zyskała ona trwałe fundamenty, których prawdopodobnie nawet Gwiezdnym nie udałoby się skruszyć. Ufałem jej tak, jak mało komu zaufałem w całym moim życiu. Ufam jej tak, jak ufałem kiedyś Bolesnemu. ,,Bolesna Łapa’’. To dzięki Stokrotce to imię nie przywołuje u mnie bólu, a szczęśliwe wspomnienia, które pozostają ze mną do końca życia; mogłem być wdzięczny jej za wiele, ale to za to byłem najbardziej. Wreszcie mogłem pozytywnie patrzeć i w przeszłość, jak i w przyszłość — pogodziłem się, że Bolesny nie wróci. Zresztą, nie mógłbym się przygotować na to, by go znów zobaczyć. Nie mógłbym z nim porozmawiać.
Nie.
Nie chciałbym z nim rozmawiać. Nie chciałbym, żeby wracał.
Kocham go, ale kocham go tak, jak się kocha kogoś, kto odszedł. Kocham wspomnienia, które zostawił. Jednak nie chciałbym, żeby znów się pojawił. Żeby do mnie wrócił. Ja… pogodziłem się z tym i boję się, jakby to miało wyglądać, gdyby nagle znów się pojawił.
Nie wiem, dlaczego tego nie chcę; przecież jeszcze kilkanaście księżyców temu było to moje największe marzenie.
Zerknąłem kątem oka na Stokrotkę; wojowniczka śmignęła przede mną, na co delikatnie się uśmiechnąłem.
— Hej! — krzyknąłem, próbując zwrócić jej uwagę. Obejrzała się na mnie przez bark, zatrzymując się i sapiąc. — Może odpoczniemy? — wyszeptałem, siadając na lekkim podwyższeniu. Moja przyjaciółka usiadła obok mnie i skinęła głową.
Patrzyliśmy razem na panoramę obozu Tenebris. Naszego domu. Zbliżał się wieczór; psy stawały się czarnymi cieniami, przemykającymi pod ścianami legowisk. Ruiny, chociaż w niczym nie przypominały wyniosłej budowli, teraz skryły się pod jakąś tajemniczą peleryną i wydawały się starym zamkiem. Jednym z tych, o których tak chętnie opowiadał Bolesny; mój były partner lubił dzielić się wytworami swojej wyobraźni.
Niebo przyjęło trzy kolory. Na samej górze były białe, puszyste chmury, które stopniowo zlewały się w róż, by ostatecznie zmienić się w pomarańcz. Ów jasne wytwory płynęły spokojnie po niebie, pociągane przez podmuchy wiatru, które mierzwiły nam sierść.
W ciszy czułem jedność z tym miejscem i będącymi tutaj psami. W głowie pojawiła mi się pewna myśl: Czy zawsze byłem wobec nich w porządku? Przecież kodeks wojownika nie zakładał, że można mieć partnera w innym klanie.
Nie byłem najwierniejszy swojemu klanowi. A teraz zostałem zastępcą przywódcy — kiedyś ich poprowadzę. Mój wzrok stał się zamglony, kiedy skruszony opuściłem go na ziemię.
— Chodźmy — stwierdziła nagle Stokrotkowy Płatek, nie odrywając wzroku od krajobrazu rozciągającego się przed nami. Widocznie wyczuła moje zmieszanie.
— Gdzie? — spojrzałem na nią zdziwiony.
— Gdziekolwiek… — mruknęła, żartobliwie trącając mnie łokciem w żebra; pod wpływem kuksańca zakrztusiłem się powietrzem i własną śliną. — ...zastępco przywódcy!
Mimowolnie uśmiechnąłem się. To zabrzmiało bardzo wyniośle. Starałem się ignorować dziwne, nerwowe kłucia w brzuchu, które mówiły mi, że jestem parodią zastępcy.
— Skoro chcesz… — wydukałem, nagle onieśmielony, nie mając żadnego pomysłu, gdzie można by się wybrać.
Stokrotkowy Płatek zerknęła na mnie, po czym wstała.
— W takim razie poprowadzę — odparła, delikatnie merdając ogonem.
Kiwnąłem głową i, lekko zmęczony długim, bezsensownym bieganiem, podążyłem za nią.
Szliśmy przez pokryte szeleszczącymi, opadłymi z drzew liśćmi podłoże, upstrzone gdzieniegdzie mulistymi kałużami. Promienie zachodzącego słońca oświetlały nasze barki, gdy przemieszczaliśmy się, chłonąc wieczorne widoki pory spadających liści.
Lodowisko jeszcze nie było gotowe na porę nagich drzew, a pozostawało zwykłym, miejscami oblodzonym placem. Stokrotka ominęła śliskie miejsca z niebywałą łatwością, a ja, próbując nadrobić rosnący między nami odstęp, przyśpieszyłem.
Sęk w tym, że przechodząc do truchtu, natrafiłem łapą na kupkę oszronionych liści, które uciekły mi spod nóg, okazując schowany pod nimi lód; wytrzeszczyłem oczy i dziko machając łapami, starałem się złapać równowagę.
Stokrotka najwyraźniej usłyszała moje nieudolne próby wyprostowania się z godnością i wyraźnie zdziwiona, zatrzymała się. Tymczasem ja, możecie mi pogratulować, uderzyłem w nią tak gwałtownie i szybko, że z wyrazem zaskoczenia nagłą sytuacją malującym się na jej pysku, zachwiała się.
Jakimś cholernym cudem suczka utrzymała się na łapach, a równocześnie dała mi podporę, dzięki której nie wywróciłem się na krzywy ryj.
Za wszelką cenę unikałem jej wzroku, czym prędzej prostując się i starając się pewniej stanąć na nogach. Czułem, jak moja skóra pod gęstą sierścią oblewa się czerwienią, co, dodatkowo, odebrało mi mowę. Stokrotkowy Płatek również była zawstydzona; przez dłuższy czas strzelaliśmy naokoło rozbieganym wzrokiem, by patrzeć wszędzie, tylko nie na siebie nawzajem. Czułem, jak spina się i, gdy tylko w stu procentach odzyskałem kontrolę nad kończynami i złapałem jakoś przyczepność z podłożem, zawstydzony, odskoczyłem od niej.
— Um… Eee… Przepraszam.
Zaciskając zęby, lekko spanikowany, spróbowałem złapać z nią kontakt wzrokowy, którego jeszcze przed chwilą tak gorąco unikałem i, o zgrozo, udało mi się.
Trwał on dosłownie sekundę, ale, jak się łudziłem, zamiast spowodować jakąś normalną reakcję i być dobrym początkiem do jakiejkolwiek rozmowy, spotęgował uczucie zażenowania które odczuwałem.
W mojej głowie narodziły się też nowe pytania.
Dlaczego tak gwałtownie reaguję? Dlaczego to, co robię i myślę, nie ma najmniejszego sensu? Dlacze-
Przerwałem. Nie byłem pewien, czy chcę znać odpowiedź. Czułem, że nie jest to coś, czego teraz chcę się dowiedzieć.
Idiota. Jesteś idiotą, Cytrynowy Liściu.
— Uhm… Może… Znaczy… Chyba wystarczy na dziś spaceru — zaczęła Stokrotka, z zakłopotaniem wbijając wzrok w swoje łapy. — Tylko… Sama nie wiem… 

<Stokroteńko? Hetero związek wreszcie zaczyna nabierać realnych kształtów>
[ 918 słów, Cytrynowy Liść otrzymuje 9 punktów doświadczenia ] 

25 listopada 2021

Od Cytrynowego Liścia CD Stokrotkowego Płatka

W tamtym opowiadaniu akcja działa się dwa lata temu. Teraz robię time skip nie do teraźniejszości, ale do ostatniej zimy, bo głupio pominąć dwa lata ich znajomości. (Słowem: Akcja dzieje się nie dwa lata temu, ale rok temu, jupi. Flowery, przyśpieszamy)

Zima minęła, a wraz z nią największa żałoba. Śnieg zaczął topnieć, ustępując miejsca trawie i kwiatom; na drzewach zaczęły pojawiać się pąki, później różowe i białe kwiaty. Cytrynowy zaczął na nowo uczestniczyć w życiu klanu; chodził na patrole, polował, pomagał uczniom. Po jakimś czasie opowiedział o śmierci swojego partnera siostrom, które wiedziały o jego związku, a również rodzicom, którzy zatroskani śledzili jego rozpacz i brak chęci do czegokolwiek. Wkrótce dowiedziała się o tym także Aroniowa Łapa, która dotychczas nie wiedziała nawet, kim jest Bolesny.
Po wiośnie przyszło lato. Słońce prażyło piekielnie mocno, suszyło rośliny. Wojownicy wychodzili jedynie wieczorem i wczesnym rankiem, a południe przesypiali, rozmawiali, uczniowie pomagali starszyźnie, która wyjątkowo mocno odczuła wysoką temperaturę. Cytrynowy nieźle dawał sobie radę w tym czasie. Polował, rozmawiał, poszedł na zgromadzenie; jedynie w nocy nawiedzały go sny z Bolesnym, po których przychodziła rozpacz.
Jesień, a w zasadzie Pora Spadających Liści, przyszła powoli, spokojnie. Było pięknie, kolorowo, deszcz nawet nie padał tak często, jak się wojownik spodziewał. Liście szeleściły pod łapami, szczeniaki obrzucały Cytrynka jak i innych członków klanu całymi kolorowymi garściami, śmiejąc się wesoło, więc uśmiechał się też Cytrynowy.
Wspomnienia o zmarłym wróciły z podwójną siłą wraz z przyjściem mrozów, śniegu i głodu.

***

Śnieg prószył delikatnie, wirując powoli. Niebo było czarne jak smoła, w oddali migały światła pędzących potworów, a ich ryki rozbrzmiewały z oddali.
Wracałem z polowania wraz z Stokrotkowym Płatkiem, trzymając w pysku zasypaną śniegiem wychudzoną ryjówkę. Kierując się do obozu, szedłem wzdłuż granicy z Industrią, wpatrując się w okute lodem jezioro. Stokrotka podążała za mną, w zębach mając zabitą srokę; szła powoli, z niepokojem obserwując moje ciche zainteresowanie terenami Industrii.
Zwolniłem, a po chwili stanąłem w zaspach śniegu. Obserwowałem ozdobiony świątecznymi lampkami magazyn, migający do mnie uspokajająco.
— Zaniesiesz moją zdobycz do obozu? — wyjąkałem cicho, kładąc na ziemi martwe zwierzątko. Niepewnie uniosłem pysk, wpatrując się w wojowniczkę. — Chciałbym tu chwilę posiedzieć.
Stokrotka westchnęła, obdarzając mnie nieodgadnionym spojrzeniem; jej oczy przez ułamek sekundy miały trochę troski, odrobinę zawiedzenia i zdziwienie, a potem, nagle i niespodziewanie, zapełniły się zrozumieniem.
Usiadła lekko, a śnieg prawie w ogóle nie zatrzeszczał pod jej ciężarem.
— Zostanę z tobą.
Kątem oka zerknąłem na nią. Śnieżynki opadały lekko na nasze futra, z biegiem czasu zamieniając się w zimną wodę. Siedzieliśmy w ciszy. Ja, pogrążony we własnych rozmyślaniach, a obok mnie czuwająca Stokrotka — wydawało się, że nie umie znaleźć słów, którymi mogłaby dodać mi otuchy.
— Cytrynowy Liściu, Bolesny chciałby, abyś był szczęśliwy — po chwili powiedziała z nutką ciepła w głosie. — Gdziekolwiek jest, na pewno na ciebie patrzy razem z innymi Gwiezdnymi i wie, że będziesz mógł żyć normalnie.
Przez długą chwilę milczałem. Po kilkunastu uderzeniach serca westchnąłem, zwieszając pysk do piersi. Wojowniczka utkwiła we mnie swoje głębokie, brązowe ślepia, które, odbijając blask kolorowych lampek, z śnieżynkami na rzęsach, spoglądały prosto na mnie.
— Wierzysz w to? — spytałem się ze zwątpieniem.
W odpowiedzi na moje słowa na pysku wojowniczki pojawił się wyraz zakłopotania.
— W drugą część tak... — powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem. Zaskoczony podniosłem głowę, dotychczas bezwładnie zwisającą.
— Nie wierzysz? — niemal lękliwie zapytałem. Serce zabiło mi szybciej.
— To nie tak — wyglądała na zakłopotaną. — Wierzę... Tylko... — zająknęła się. Po chwili kontynuowała cicho, z wyraźną skruchą. — Trudno mi uwierzyć. Sama nie wiem. Często mam chwile zwątpienia.
Powoli kiwnąłem głową. Kto… Kto ich nie ma?
Nastała cisza. Moja towarzyszka ewidentnie chciała zabrać głos, jednak wyglądało na to, że brakuje jej odwagi. Kiedy w końcu zebrała siły, jej ton brzmiał, jak gdyby zżerały ją nerwy.
— Cytrynowy Liściu... Ja... Znaczy...
Stokrotka zamknęła swoje piękne ślepia, marszcząc w zamyśleniu czoło. Śnieg zaczął padać gęściej, a wiatr szeptał niezrozumiałe słowa w koronach nagich drzew.
— Naprawdę bardzo cię lubię, wiesz? Możesz na mnie liczyć.
Polizała mnie w czoło. Chociaż zrobiło mi się ciepło w środku, jedynie skinąłem głową. Ból po utraceniu Bolesnego nie zniknął, a wręcz przeciwnie; jawne okazywanie sympatii ze strony Stokrotkowej sprawiło, że przed oczami stanęły mi wspomnienia. Przysunęła się bliżej mnie. Jej ciepły oddech roztapiał śnieżynki na moim futrze, gdy zatopiła w nim swój pysk. Gdy przemyślała swój ruch, speszona, skromnie wbiła wzrok w ziemię. Uśmiechnąłem się delikatnie.
— Dziękuję — powiedziałem, a po chwili wahania dodałem: — Myślę, że... powinienem iść dalej. To były piękne czasy, ale się skończyły. Mam jeszcze własne życie do przeżycia, prawda? — spytałem, szukając poparcia.
Stokrotka uniosła pysk.
— Prawda — odparła ze spokojem.
Siedzieliśmy w ciszy; obserwowaliśmy przystrojony, migający światełkami magazyn, jezioro okute lodem i gwiazdy, rozsiane po calutkim, zimowym niebie.
— Kto śmie… wpierniczać się na tereny klanu Tenebris?! — wyjąkałem, starając się mówić śmiertelnie poważnym głosem.
Przybrałem groźny wyraz pyska, jednak nie mogłem powstrzymać się od merdania ogonem. Lubiłem Bolesnego coraz bardziej i zabawy z nim były znacznie lepsze niż z innymi psami, ponieważ zawsze mówił coś śmiesznego i wymyślał fajne zabawy. Jednak czasami po prostu czułem, że jestem za głupi na jego gry i za wolno wymyślam odpowiedzi. Tak jak na przykład dzisiaj.
— Kto odważył się dokonać najazdu na tereny klanu Tenebris, tego spotka śmierć! Kimże jesteś, złowrogi nieznajomy? — podpowiedział mi Bolesna Łapa, szepcząc, a jego oczy błyszczały z rozbawienia.
— Tak! Kto odważył się dokonać najazdu na tereny klanu Tenebris, tego spotka śmierć! Kimże jesteś złowrogi nieznajomy? — posłusznie powtórzyłem za nim, jeżąc sierść i warcząc. Przełknąłem zażenowanie faktem, że po raz setny musiał mi mówić, co wypada powiedzieć.
— Waćpan Bolesny! A kimże ty jesteś, że śmiesz do mnie w te słowa przemawiać? — odwarknął mój najdroższy przyjaciel, szczerząc kły.
— Jam jest Cytrynowa Gwiazda, zaiste! — krzyknąłem, skacząc na niego. — Waćpanie, nie odważysz się już więcej wcho… przycho… właz… wpierniczać na tereny klanu Tenebris!...

<Stokrotkowy Płatku? Możesz zrobić skip do teraźniejszości>
[948 słów Cytrynowy Liść otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

3 października 2021

Od Cytrynowego Liścia CD Jasnej Gwiazdy — zgromadzenie klanów

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Przystąpiłem z łapy na łapę i poczułem, jak zasycha mi w gardle. Przypomniały mi się nasze rozmowy, gdy jeszcze byłem szczenięciem, a Jasna Gwiazda — Jasnym Sercem.
,,— Na Gwiezdnych! — syknąłem do siedzących obok mnie uczniów, próbując dowiedzieć się od nich czegoś ciekawego. — Ile trwa takie zbieranie się?
— Cytrynku — odpowiedział mi cicho Jasne Serce. — Poczekaj, potem zacznie się zabawa. A jak będzie nudno, to potem zabierzemy was w jakieś ciekawe miejsce, dobra? Tylko nie przeszkadzaj.’’
Gdy byłem uczniem, na każdym zgromadzeniu Jasny ze mną rozmawiał; to było całkiem miłe.
,,— Hej Cytrynek — wymruczał cicho Jasne Serce, podchodząc do mnie. — Nic się nie dzieje.
Przełknąłem nerwowo ślinę, mierząc wojownika przestraszonym wzrokiem. A co jeśli to on jest mordercą? Nie, wątpię, Poprawiłem się zaraz. Jasne Serce jest bardzo fajny. Spróbowałem coś wydukać, jednak głos uwiązł mi w gardle.
— Jeśli chcesz, możemy pójść trochę do tyłu — zaproponował Jasny. — Nic się nie stanie, a wyjdziemy z tłumu, co?’’
Zmarszczyłem brwi. Jakoś nie docierało do mnie, że ten pies — dawniej doświadczony wojownik, a teraz lider — wybrał mnie na zastępcę. Nie chciałem jednak odrzucać tej propozycji. Rodzina, a szczególnie ojciec byliby ze mnie cholernie dumni, a ja sam mam szansę zostać kimś więcej, mieć wiele nowych możliwości.
Z drugiej strony, nie jestem pewien, czy się do tego nadaję. Chyba musiałbym stanąć na głowie, by być dobrym zastępcą. Sam nie wiem, to jest tak wielka odpowiedzialność… Głupie pierdolenie. I tak mam gotową odpowiedź. Wezmę tę robotę i postaram się być dobrym wsparciem dla klanu. Odepchnąłem na bok wszelkie wątpliwości.

***

Zająłem miejsce obok Jasnej Gwiazdy, który siedział wraz z innymi liderami (bu, że nie na gałęzi. Żarty żartami, ale zawsze myślałam, że przywódcy skakali po drzewach, tak jak w wojownikach Erinek. Byłoby fajnie. Kurwa, szkoda). Rzuciłem okiem na pozostałych zastępców, po czym rozglądnąłem się po zebranych psach. Próbowałem uspokoić walące serce i uporządkować pędzące myśli. Nie chciałem niczego zepsuć. Psy powoli zaczęły się gromadzić; większość siedziała w czterech dużych grupach, chociaż, gdy dłużej się przyglądnąłem, dostrzegłem także trzech Bezgwiezdnych wojowników.
— Proponowałabym już zacząć. Lepiej szybciej zacząć i szybciej skończyć.
Podskoczyłem nagle, zaskoczony głosem Sowiego Pazura. Zażenowany podrapałem się za uchem, chociaż zaraz przestraszyłem się, że inni pomyślą, że psy z Tenebris mają pchły. Znieruchomiałem. Wszystkie psy utkwiły wzrok we mnie, innych zastępców, a także przywódców; z nerwów zagryzłem język i powoli się rozluźniłem. Spokojnie, spokojnie.
Jasna Gwiazda przytaknął, na co Rzepka zabrała głos.
— Słuchajcie wszyscy, mam świetnie wieści! Niedługo przyjedzie nowa dostawa mini Rzepakowych Gwiazdek!
Tłum, po krótkim milczeniu, ożywił się, a kilka psów, w tym Jazgot, Brązowa Blizna i wojowniczka z Ventus, której imienia nie znałem, złożyła przywódczyni gratulacje. Również chciałem powiedzieć parę miłych słów ciężarnej liderce, jednak jedyne, na co się zdobyłem, to delikatny uśmiech. ,,Mówiłam, że się ucieszą’’ usłyszałem szept usatysfakcjonowanej Rzepki.
Jedynie Bryzowa Gwiazda nie wyglądała na zadowoloną.
— Rzepakowa, to na pewno dobry pomysł byś miała więcej dzieci, skoro już nad tymi, które masz nie panujesz? — mruknęła, wyraźnie łypiąc okiem na silnego, nieznanego mi osobnika o nietypowej maści, który rozmawiał z łaciatym uczniem Ventusu.
Potomek Rzepakowej Gwiazdy kazał Bryzowej spierdalać, w tłumie zawrzało. Już po chwili Rzepka zmieniła temat.
— Jazgocie? — zwróciła się do Bezgwiezdnego, który z wielkim zaangażowaniem, przez wiele zgromadzeń poruszał sprawę Szyszki. — Jakieś nowe wieści? Czy sprawa została rozwiązana?
Wojownik uniósł wzrok, po czym spoglądnął na Jasną Gwiazdę. Zakręciło mi się w głowie, gdy na nowo wróciły do mnie wspomnienia o wymierzaniu sprawiedliwości na Oszronionym Pysku; co prawda odwróciłem wzrok, gdy zatopiono kły w jej szyi, jednak potem, gdy zabraliśmy jej ciało, nie mogłem nie poczuć smutku i żalu. Fakt, ostatnimi czasy zachowywała się dziwnie i zamordowała szczeniaka. Mimo wszystko zawsze widziałem ją jako dawną Oszronioną, mentorkę mojej siostry. Nie mogłem zrozumieć, że morderczyni i doświadczona wojowniczka, nauczycielka, przyjaciółka Sikorki to ten sam pies.
— Owszem — kiwnął głową. — Nowy lider dostarczył nam sprawiedliwości.
Niektóre psy szeptały między sobą, z wyraźną ulgą. Inne, których było znacznie mniej, posyłały sobie podejrzliwe spojrzenia. Większość wpatrywała się teraz we Jasnego, Jazgota, a niektóre także we mnie.
— Sprawczyni została ukarana na oczach Bezgwiezdnych — potwierdził przywódca Ciemnych.
Przez dłuższą chwilę rozmawiano jeszcze o mordercy Szyszki; kilkoro wojowników głośno skrytykowało surową karę, jaką było odebranie życia Oszronionej. W głębi duszy się z nimi zgadzałem, chociaż zdawałem sobie również sprawę, że przemawia przeze mnie sympatia do wojowniczki, która nieraz prowadziła treningi mojej siostrze i mi. Lepiej czułbym się ze świadomością, że ona, mimo zamordowania szczeniaka, żyje.
Dostrzegłem Drewnianego Pazura na czele, a za nim potykającą się o własne łapy Oszroniony Pysk.
Aronia zdążyła jeszcze posłać swojemu ojcu rozzłoszczone spojrzenie, zanim przybiegli do nas zziajani wojownicy.
— Sikorkowa Łapo, co tutaj się dzieje? — Mentorka rudej suczki żądała wyjaśnień. — Biegłaś jak burza!
— Skalny Potok, on… Cytrynowa Łapa i… — Sikorka zaczęła się tłumaczyć, jednak zaraz potem zrozumiała kolejne słowa Oszronionej. — Wow, Oszroniony Pysku…
Naprawdę tak myślisz?! Biegłam jak burza?! Leciałam jak prawdziwa Sikorka? Ojej! — zawołała i śmiejąc się, zaczęła tańczyć w miejscu.
Uśmiechnąłem się smutno, jednak zaraz potrząsnąłem głową. To nie czas na wspomnienia. Teraz jest zgromadzenie klanów.
— Nowy lider?
,,Woah, Sowi jest bardzo spostrzegawczy’’ przemknęło mi przez myśl, zanim wszystkie zgromadzone psy nie utkwiły wzroku we mnie i Jasnego. Zagryzłem język jeszcze mocniej.
— Z Białą wszystko w porządku. Postanowiła zrezygnować ze stanowiska, jest na zasłużonej emeryturze. Gwiezdni zgodzili się z jej wyborem.
Sowi Pazur kiwnął głową i nie ciągnął tematu.
— Na pewno należycie się przyłożyli do rozwiązania sprawy. Oszroniona jednak nie była jedynym czyhającym zagrożeniem — beżowo-biała Wietrzna wojowniczka, której imię dosłyszałem w tłumie, to jest: Żałobna Pieśni, zabrała głos. — Ja… Czy mogę prosić o uwagę? — wzięła wdech. Wszyscy na nią spojrzeliśmy. — Jeśli chodzi o włóczęgów… Mieliśmy w Ventusie atak na medyków. Włóczęga z Quintusu wdarł się w naszą czujność podstępem!
Przez uderzenie serca wszyscy milczeli. Chciałem się odezwać, jakoś mądrze zareagować. Dotychczas nic nie powiedziałem. Mimo wszystko siedziałem cicho, a moje szare komórki próbowały właśnie przetrawić to, co usłyszałem.
,,Czy nic się nie stało?’’, ,,Wszystko w porządku z medykami?’’ Psy szczekały, domagając się wyjaśnień.
— Podstępem! — zarechotała Bryzowa Gwiazda, świdrując swoją wojowniczkę wzrokiem. — To TY go tam wpuściłaś!
— Na szczęście nie zdążył nic... — zaczęła Żałobna, jednak zamarła, słysząc słowa swojej liderki. Widać było, że się w niej zagotowało. — Znaleźliśmy w trakcie patrolu psa, który utrzymywał, że jest ciężko chory. Że ma niesprawne tylne łapy. W mojej rodzinie... zaistniała taka choroba — w oczach stanęły jej łzy. — Myślałam, że zdążymy mu pomóc. Zabraliśmy go do medyków. Nie zostawiłabym nikogo w potrzebie. — po krótkiej chwili przerwy, kontynuowała. — Okazało się, że nie potrzebował pomocy. Przesłuchiwany przyznał, skąd przybył. Jego zadaniem było wyeliminować naszych medyków.
Skakałem wzrokiem po przywódczyni Ventusu i wojowniczce. Zacząłem się utwierdzać w przekonaniu, że Bryzowa jest pojebana.
Brązowa Blizna był wyraźnie rozdrażniony zachowaniem Bryzowej.
— Chciała pomóc! — warknął.
Przekrzykiwali się, jednak powiedziano również cenne wiadomości; członek Quintus, który zaatakował, nazywał się Kwaśny, był czarno-brązowym psem średniej wielkości. Niezbyt szczegółowe informacje, jednak każdy teraz wiedział, na jakiego psa miał zwracać uwagę, gdyby kręcił się jeszcze w okolicy. Po omówieniu sprawy Szyszki i ataku psa z Quintus, Cynamonowa Pestka wstała z tłumu.
— Mieliśmy przepowiednię od Gwiezdnych. Widzieliśmy gwiazdy. Pięć gwiazd i... Dwie z nich spadły. Boję się, że może być to związane z tym atakiem.
— Ale jak to… spadły?
— A może jedną z owych Gwiazd była Biała? Przestała być Gwiazdą, a na powrót stała się Tęczą.
— Jeżeli to przepowiednia, to i tak się z nią nic nie zrobi.
To była dla mnie szansa. Postanowiłem się odezwać. W sumie jako zastępca idiotycznie byłoby siedzieć całe zgromadzenie cicho.
— Jestem pewien, że rozmawiałaś o tym z innymi medykami. Czy oni także otrzymali taką samą wizję? Jesteście zgodni co to znaczenia tej przepowiedni? — szczeknąłem. Nie spodziewałem się, że tak głośno. Na początku głos leciutko mi zadrżał, chociaż dokończyłem bez zająknięcia. Nikt nawet nie zauważył. 
— Reszta widziała to samo — mruknęła. Zrobiło mi się jej szkoda, ponieważ widać było, że jest zestresowana. — Myślimy, że może chodzić o liderów i ich odejście z pozycji, w jeden czy inny sposób.
Było dość spokojnie, a przynajmniej w porównaniu do tego, co miało zaraz się wydarzyć. Panowało lekkie napięcie, wszyscy próbowali rozwikłać przepowiednie, wspólnie typowaliśmy liderów, o których może w niej chodzić, jednak panowała atmosfera do zniesienia. Co do sprawy Quintus, to nawet wyznaczyliśmy z każdego klanu posłańców, jakimi były najszybsze psy: Żonkil, Żałobna Pieśń, Szarakowy Obłok, Ciepła Pleśń i Wojowniczy Mróz. A tutaj nagle Bryzowa dostała wścieklizny.
— Stul swój głupi pysk, jesteś tylko kolejnym wojownikiem — warknęła do Żałobnej, która właśnie przemawiała. — Zostałam liderką bo walczyłam o tą pozycję kłami i pazurami, nie dam komuś takiemu jak ty tego zniszczyć.
I rzuciła się na Żałobną.
— Kły i pazury to trochę za mało, żeby rozsądnie rozporządzać żywymi istotami! Kły i pazury mamy wszyscy! — krzyknęła. Prawie syczała z bólu. Przywódczyni przygwoździła ją do ziemi i stała nad nią, tocząc pianę z pyska.
— Bryzowa Gwiazdo, podczas zgromadzenia panuje pokój — Mimo szoku, jako jeden z pierwszych zareagowałem. — Zapomniałaś? Rzucanie się na członkinie swojego klanu nie jest dobrym pomysłem...
Zastępca Ventusu również zareagował.
— Bryzowa Gwiazdo! — warknął na liderkę podskakując do nich i próbując je rozdzielić. — Ogarnij się w końcu! Nie możesz atakować wojowników ze swojego klanu!
Nasza ulubiona przywódczyni zjeżyła się jeszcze bardziej, odwracając się gwałtownie w stronę Cynamonowej Pestki i Jazgota, którzy również kazali jej zaprzestać. Uniosłem pysk w górę, dostrzegając na niebie kilka pojedynczych chmur. ,,Klanie Gwiazdy, dlaczego nie reagujecie?’’
— Ta wojowniczka to same problemy! Ściągnęła na nas wojownika Quintusu, uważa się za ważniejszą niż reszta, mimo, że nie potrafiła nawet skończyć treningu — zaśmiała się.
Wszyscy zignorowaliśmy jej słowa. Kilka psów z zatroskaniem podeszło do Żałobnej, ale na szczęście nic jej się nie stało. Znaczna część ze zgromadzonych patrzyła na liderkę Ventusu z coraz większą wściekłością. Gdy zaczęliśmy omawiać ostatnią sprawę, dotyczącą rozstawionych przez dwunożnych wnyków, większość już wyłączyła się z dyskusji.
Z roztargnieniem spojrzałem w księżyc, zdając sobie sprawę, że zgromadzenie było wyjątkowo długie. Niektóre uczniaki drżały z zimna, a innym oczy się zamykały.
Powoli wstaliśmy; wojownicy rozmawiali cicho i żegnali się z przyjaciółmi z innych klanów, dotykając się nosami. Uczestnicy zgromadzenia na nowo wzbili się w grupy i zaczęli odchodzić z Płycizny, w kierunku swoich terenów.
Uśmiechnąłem się delikatnie w stronę Stokrotkowej i zająłem miejsce na końcu gromady Ciemnych, sprawdzając, czy aby na pewno wszyscy jesteśmy. Jasna Gwiazda, idący na przedzie, spoglądnął na mnie i kiwnął nieznacznie głową, uśmiechając się. Wyglądał na zadowolonego. Zaraz podbiegł do niego jego syn, Pajęcza Łapa, wesoło się szczerząc i mówiąc coś z zapałem.
Mam jedynie nadzieję, że jedną ze spadających gwiazd jest Bryzowa. Spojrzałem w górę, jednak gwiazdy nadal mrugały uspokajająco, a księżyc srebrzył się idealnie okrągłą tarczą. Gwiezdni jak na razie nie chcą nic więcej zdradzić.

Koniec wątku Cytrynowego Liścia i Jasnej Gwiazdy.
[1747 słów: Cytrynowy Liść otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

10 września 2021

Od Cytrynowego Liścia — drabble ,,Szczeniacka miłość’’

Wydawałoby się, że pachniał jak każdy Płomienny; dymem, kartonem i dwunożnymi z magazynu. W jego zapachu było jednak coś przyjaznego, bezpiecznego. Pachniał jak małe ognisko, otoczone ciasnym kręgiem dwunożnych, jak garść przypieczonych pianek, jak żar grzejący twarz.
Ciemne oczy, błyszczące i przejrzyste, niby dwa nocne jeziora, w których toni odbijały się migoczące gwiazdy. Futro, brunatne, gęste, przyprószone na grzbiecie onyksową czernią, gdzieniegdzie skołtunione, z widocznymi kropkami zaschniętego błota; mimo to, wciąż pozostawało ciepłe i miękkie, bez względu na to, ile łez w nie wylałem.
Jego pysk zdobił delikatny uśmiech, który, ilekroć go widziałem, speszony, odwzajemniałem.
Nikt mi go nie zastąpi.

[100 słów: Cytrynowy Liść otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

31 sierpnia 2021

Od Cytrynowego Liścia CD Stokrotkowego Płatka

To się dzieje w zimie
Stałem przez dłuższą chwilę nieruchomo, mrugając mokrymi oczami; zimowy wiatr dmuchał we mnie, czesząc zamarzniętą sierść i wyciskając spod powiek wszystkie łzy, które spływały po moim pysku, kapiąc powoli, by niedługo potem zamarznąć na śniegu.
Rozglądnąłem się za wojowniczką, z początku jej nie dostrzegając; jej biała sierść wtopiła się w ośnieżony krajobraz. Po kilku dłuższych chwilach spostrzegłem jednak jej czarne oczy, błyszczące w zamyśleniu i współczuciu.
Poczekała na mnie, a ja do niej doczłapałem. Śnieg na nowo zaczął sypać z nieba, rozmazując okolicę; otoczenie pokryło się białymi smugami, a tu czy tam także kropkami, zamieniając się w miszmasz czarnego i białego.
Zadarłem w górę pysk, nie przerywając marszu. Płatki śniegu kontrastowały z onyksowym niebem, upstrzonym niezliczonymi gwiazdami. W desperacji szukałem wzrokiem sylwetki Bolesnego na nieboskłonie, ułożonej przez gwiazdy czy też powstałej z chmur; było jednak pusto. Poczułem na sercu lodowate pazury.
Łapa mi się poślizgnęła, a ja pojechałem do przodu, niemal zderzając się ze Stokrotkową. Lekko oszołomiony rozglądnąłem się po okolicy nieobecnym wzrokiem, znów wbijając spojrzenie w górę. Część gwiazd zamigotała, by chwilę potem zniknąć, przesłonięta przez ciemne chmury. Zmarszczyłem nos, gdy grudka gradu uderzyła we mnie z impetem.
— Patrz przed siebie — wyszeptała Stokrotkowy Płatek; w panującej ciszy, przerywanej jedynie co jakiś czas uderzeniami gradu, jej aksamitny głos wydawał się nienaturalny i odległy.
Zwolniła tempo, zrównując się ze mną. Jej białe futro otarło się o moje, strzepując z niego śnieg; biło od niej przyjemne ciepło, jednak ledwie je czułem, raz za razem trącany przez lodowaty wicher. Oczy zaczęły mnie szczypać, a słona woda zostawiała po sobie mokre ślady na moim pysku, na których szczególnie mocno czuć było przejmujące zimno.
Szliśmy w równej linii. Wojowniczka zatrzymywała się co jakiś czas, cierpliwie na mnie czekając; za każdym razem, gdy do niej dochodziłem, ruszaliśmy znowu, tyle że coraz wolniejszym tempem.
Grad walił coraz mocniej. Zaspy śniegu okryły się warstwą lodowych kulek; mniejsze z nich wbijały się w łapy, większe uderzały w ciało z całej siły, zostawiając po sobie siniaki. Stokrotkowa położyła uszy płasko na głowie i syknęła cicho, gdy nie zdążyła odskoczyć od kuli gradu.
Szedłem spokojnie, podążając za zapachem wojowniczki; wszystko, co widziałem, było rozmazane i ograniczyło się do barwy śnieżnobiałej bieli, tu czy tam pomieszanej z kruczoczarnym kolorem nieba. Całe moje ciało zamarzło, a stawy chrupały z każdym, najmniejszym ruchem. Wiatr rzucał moimi uszami, przeszywając je swoim jazgotem; jedyne co czułem to zimno, jednak nie byłem pewien, czy to z powodu temperatury i pogody, czy od środka ciała, z bólu.
A potem, nagle, poczułem rozgrzewające ciepło, a jednolite, mlecznobiałe otoczenie zniknęło, zastąpione przez ciemność.
Nierówny oddech Stokrotki rozbrzmiewał w pomieszczeniu, a para unosząca się wraz z nim rozpływała się po uderzeniu serca. Suka otrząsnęła się, dygocąc z zimna; ja natomiast stałem nieruchomo, pełen przerażającego, obcego mi dotąd spokoju i bierności.
— Wróciliśmy do ruin — zakomunikowała cichym szeptem suczka, otrząsając się z drobinek lodu i śniegu; lodowata papka prysnęła mi prosto w pysk. Nieznacznie drgnąłem.
Poczułem muśnięcie jej ogona ma moim pysku, gdy wskazywała mi drogę.
Automatycznie poczłapałem za nią w stronę legowiska wojowników; na miękkich posłaniach spały zwinięte psy, a ich ciała unosiły się w miarowym oddechu. Jeden z Ciemnych poruszył się, przewalając się na drugi bok; poczułem, jak Stokrotka lekko podskakuje, zaskoczona nagłym hałasem. Potem nastała cisza.
Stałem jeszcze chwilę w milczeniu, pozwalając roztopionemu śniegu spływać z mojego futra; pod łapami poczułem lodowatą kałużę, zalewającą moje poduszki. Przycisnąłem łapy do zimnego i mokrego podłoża jeszcze mocniej.
— Hmm… — wojowniczka mówiła bardzo cicho, a jednak wyraźnie; przyjęła łagodny ton głosu, starając się nie obudzić śpiących Ciemnych. — Dobranoc, Cytrynowy Liściu.
Rzuciła mi jeszcze długie spojrzenie, po czym, co zauważyłem kątem oka, utkwiła wzrok w moje posłanie. Zmarszczyła brwi i ruszyła powoli w stronę swojego legowiska. Zwinęła się w kłębek na swojej kupce mchu i szmatek, zamykając oczy.
,,Dobranoc, Cytrynowy Liściu’’
Czy te słowa na pewno były wypowiedziane do mnie?
Zamrugałem wolno oczami. Wszystkie sylwetki psów wydawały się obce, odległe i takie same; otoczenie pokryło się mgłą.
,,Dobranoc…’’
,,…Cytrynowy Liściu’’

<Stokrotkowy Płatku?>
[655 słów: Cytrynowy Liść otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

3 sierpnia 2021

Od Cytrynowego Liścia CD Stokrotkowego Płatka

Spojrzałem tępo na białą wojowniczkę. Co ona mówiła? 
Mój wzrok powoli ślizgał się po otoczeniu, raz za razem natrafiając na Stokrotkę, śnieg czy majaczące w oddali drzewo. 
Stokrotka, śnieg, drzewo, Stokrotka, śnieg, drzewo, Stokrotka, śnieg, drzew- 
— Cytrynowy Liściu? — suczka podeszła do mnie, z uwagą mi się przyglądając. Kłęby pary z naszych oddechów łączyły się, sunąc powoli w górę, do gwiazd. Zamrugałem, kierując spojrzenie z powrotem na śnieg. Śnieg, Stokrotka, drzewo... Tak to było? Chyba nie... Zresztą, sam już nie wiem... 
— Dziwnie się zachowujesz — mruknęła z troską suczka, śledząc moje spojrzenie swoim wzrokiem, jak gdyby miała nadzieję, że w ten sposób znajdzie odpowiedź na dręczące ją pytania. Chwilę staliśmy w ciszy, razem patrząc na siebie nawzajem; w końcu nie wytrzymałem jej spojrzenia i zwiesiłem pysk, obserwując opadające na moje łapy płatki śniegu. Niepewnie uniosłem jedną z nich, z trudem ją prostując; stawy trzasnęły cicho, a po moim ciele rozniosła się fala zimna, dzięki czemu chociaż na chwilę moje myśli przestały krążyć wokół Bolesnego. 
Przełykając ślinę, uniosłem głowę, wpatrując się w migoczące na onyksowym niebie świetliste gwiazdy. Nie było widać ani jednej chmurki, po ziemi nie przebiegała zwierzyna, wiatr także nie jazgotał; wszystko wydawało się takie spokojne. Gwiazdy mrugały do mnie leniwie, a jedna z nich spadając przecięła niebo — nieuważnie śledziłem tor jej wędrówki, dopóki nie zniknęła za horyzontem. Zaszkliły mi się oczy, gdy pociągnąłem nosem. 
— Ponawiam pytanie… Co się stało? 
Poczułem na sobie pytający wzrok wojowniczki, który wwiercał mi się w skórę. Stokrotkowy Płatek niepewnie przystąpiła z łapy na łapę. 
— Halo...? 
Czułem, jak czarno-brązowe futro ociera się o mnie; w nos załaskotał mnie znany zapach mojego partnera, a uszy wychwyciły cichy, wypełniony archaizmami szept. 
Odwróciłem się z nadzieją, a mój ogon automatycznie zamerdał. Bolesny! Jesteś tutaj ze mną…? 
Jednak ujrzałem jedynie miejski krajobraz pełen topniejącego śniegu. Milczałem, stojąc nieruchomo. Po chwili upadłem na niską warstwę śniegu; zanurzyłem nos w lodowatej zaspie, aż nie poczułem okropnego szczypania, od którego moje ciało przeszedł dreszcz. 
— Przestań! — ledwo rozróżniałem słowa Stokrotki, gdy ta stanęła nade mną, ciągnąc mnie za skórę na karku. — Co ty robisz?! 
Suczka użyła całej swojej siły, zmuszając mnie do utrzymania się na łapach. Patrzyła się na mnie wielkimi, ciemnymi oczami, a jej pysk przyprószony był śniegiem; wpatrywała się we mnie przez dłuższą chwilę, po czym lekko zawstydzona otrzepała się, unikając mojego wzroku. Nabrałem głęboko powietrza, zanim się odezwałem.
 — Eee… Bolesna Łapa był moim partnerem… — głos zaczął mi się łamać, gdy zacząłem się tłumaczyć. — Więc chciałem go odwiedzić, a on mieszkał w magazynie, na terenach Industrii, ale… — mówiłem coraz ciszej, aż w końcu zupełnie przestałem się odzywać; położyłem się gwałtownym ruchem, opierając pysk na przednich łapach, które wyciągnąłem daleko przed siebie. Po chwili poczułem na nosie spadający płatek śniegu, a oczy zapiekły mnie od łez. 
Stokrotka wydała z siebie cichutkie westchnienie, po czym pokiwała głową w geście zrozumienia i przycisnęła pysk do czubka mojej głowy; poczułem na czole jej wilgotny język i ciepły oddech mierzwiący mi sierść. 
— Tak mi przykro — mruknęła. 
Patrzyła na mnie przeciągle roziskrzonym wzrokiem, a po krótkiej chwili przymknęła oczy, cofając się o jeden krok do tyłu; pocieszająco uśmiechnęła się w moją stronę. 
Nieznacznie uniosłem pysk, wpatrując się w niebo. Jedna z gwiazd zamigotała jaśniej; westchnąłem głęboko. Och, Bolesny, czy widzisz mnie teraz z góry?
<Stokrotkowy Płatku?>
537 słów, Cytrynowy Liść otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

25 lipca 2021

Od Cytrynowego Liścia CD Aroniowej Łapy

 Nieobecnym wzrokiem spoglądałem raz na Aronię, a raz na uczennicę Flumine. W spojrzeniu Ciemnej zauważyłem poirytowanie i złość, gdy raz za razem próbowała przerwać Wodnej.
— No, w każdym razie, to muszę wam powiedzieć, że od zawsze czułam respekt przed wojownikami z Tenebris. Wydawało mi się, że jesteście tacy skryci, nieprzyjaźni i w ogóle! A teraz widzę, że całkiem sympatyczne z was psy! Takie miłe, wyrozumiałe, słodkie, że aż miło się na was patrzy!
Zaśmiałem się nerwowo, wwiercając się w Aroniową Łapę rozpaczliwym spojrzeniem.
— Chyba nigdy nie rozmawiałaś ze Skalnym Potokiem — uczennica z mojego klanu przewróciła oczami, z lekkim politowaniem patrząc na Wodną. — Albo z Płomiennym Krzewem; morderca wypisz-wymaluj. Nienormalny psychopata. Krwawy Zew, mój mentor nie jest lep-
— No wiesz, żaden klan nie może być idealny! — przerwała jej Zroszona, z zapałem kontynuując rozmowę. — Flumine też ma swoich małych grzeszników. Jestem jednak pewna, że przesadzasz. Nie może być przecież tak źle! Macie też przecież dużo wspaniałych członków. Pozazdrościć! Ale żeby nie było, to my też tacy słabi nie jesteśmy. Na przykład niedawno urodziły się u nas szczeniaki. Rude co prawda nie są, ale…
— Co ty w ogóle robisz na naszych terenach? — odważyłem się odezwać. Zaraz tego pożałowałem, gdy w jednej chwili poczułem na sobie wzrok dwóch suczek, a uszy zapłonęły mi z zażenowania.
— Eee… — Zroszona, o dziwo, przez krótką chwilę nie wiedziała, co ma powiedzieć. Zaraz jednak głęboko nabrała powietrza, uśmiechając się ze skruchą. — Ja przyszłam tutaj, a teraz rozmawiamy, więc…
— To już wiemy — Aroniowa Łapa szybko zrozumiała, że jest to idealna okazja by pozbyć się nieproszonej koleżanki. — Dobrze wiesz, że nie powinnaś tutaj być. Naszym obowiązkiem jest ciebie przegonić.
— Spokojnie, nie? — zaśmiała się cicho uczennica. — Przed chwilą jeszcze sobie grzecznie rozmawiałyśmy, a teraz co? Przecież chciałaś się ze mną spotkać, co nie? To, że przyłapał nas ten… No, jak on się nazywał? — Zroszona spojrzała na mnie, marszcząc nos. — A, tak, Cytrynowy, Cytrynowy… Liść, no tak. To, że on do nas dołączył, czy to coś zmienia? Nic! — brązowa suczka uśmiechnęła się chytrze, a ja wymieniłem z Aronią porozumiewawcze spojrzenia. — Będzie nas więcej, to wspaniale! Może coś upolujemy, co? Pogawędzimy sobie przy jedzeniu, super będzie! — zaraz jednak kapnęła się, że jej propozycja jest nie na miejscu. — A no tak, przepraszam najmocniej, jesteśmy z innych klanów, to polować razem, na tych terenach nie możemy. Ale to nic! Tym nas więcej, tym lepiej! Znacie jeszcze kogoś, kto chciałby z nami spędzić czas?
,,Czy ona jest poważna?’’ — zadałem sobie w myślach pytanie i, spoglądając na Aronię, zdałem sobie sprawę, że pewnie po jej głowie także chodzą podobne myśli. Aż łapy mnie świerzbiły, by przegonić Zroszoną Łapę z naszych terenów, jednak nie znałem dokładnie sytuacji i nie chciałem wyciągać pochopnych wniosków.
— Aroniowa Łapo? Czy Zroszona mówi prawdę? Chciałaś się z nią spotkać? — wydukałem.

<Aroniowa Łapo?>
[457 słów: Cytrynowy Liść otrzymuje 4 punkty doświadczenia]

1 lipca 2021

Od Cytrynowego Liścia do Stokrotkowego Płatka

Kręciłem się wokół legowiska wojowników, nerwowo przygryzając wargę. Wiem, wiem, że Bolesny zabronił mi wchodzić na tereny jego klanu, ale musiało coś być na rzeczy. Mógł być chory i samotny albo potrącił go potwór dwunożnych i właśnie umiera. Może ktoś go zaatakował i potrzebuje mojej natychmiastowej pomocy?
Już od jakiegoś czasu planowałem, że go odwiedzę w magazynie, skoro na opuszczony dworzec przestał przychodzić. Cały czas jednak rezygnowałem, a raz, gdy już niemal wszedłem na tereny Płomiennych, wywąchałem patrol i czym prędzej — choć z niechęcią — wróciłem do ruin.
Potrząsnąłem głową, próbując oczyścić umysł. Szybko zaglądnąłem do legowiska wojowników, sprawdzając, czy wszyscy śpią. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zauważyłem kilkanaście zwiniętych w kłębek psów, pogrążonych w śnie. Odetchnąłem z ulgą.
Wtem dostrzegłem psa, który stał i wpatrywał się we mnie. Cofnąłem się przestraszony, a do moich nozdrzy wleciał zapach Stokrotki. Suczka podeszła parę kroków do przodu, wpadając na mnie.
Poczułem zażenowanie, gdy samica zaczęła coś bełkotać i cofnęła się pośpiesznie, spuszczając na chwilę wzrok.
— Eee… Musiałem… Znaczy się… — usiłowałem wyjść z zaistniałej sytuacji z godnością. Po chwili wahania zdecydowałem się na kłamstwo. — Chcę pójść na nocne polowanie. A ty…? C-czemu nie spałaś?
Śnieżnobiała samica uniosła głowę, wgapiając się we mnie oczami w kolorze oszałamiającego, ciepłego brązu.
— Dopiero się kładłam — zaśmiała się, przystępując z łapy na łapę. — Lubię czasem odetchnąć świeżym, nocnym powietrzem i chodzić spać ostatnia. Poza tym wyglądałeś na zdenerwowanego. Zaciekawiłam się — wyznała, a ja już wiedziałem, że nie powstrzymam jej gadulstwa. — Wiesz co, jak idziesz na te nocne polowanie, to pójdę z tobą. Dawno na takim nie byłam, a to świetna okazja. Będzie nawet lepiej we dwie osoby, bo jak coś się stanie, to ktoś poleci po pomoc. Zawsze razem raźniej, czyż nie?
Przełknąłem ślinę, autentycznie przerażony.
— Mam nadzieję, że upolujemy dużo zwierzyny — zaszczebiotała, merdając ogonem.
Pokiwałem w milczeniu głową.
Stokrotka nawijała w kółko, a ja co chwila kiwałem głową i rzucałem jakieś „yhmm… to ciekawe, ciekawe, mów dalej”, jednak moje myśli krążyły wokół Bolesnego. Co ja najlepszego zrobiłem? Jak niby teraz wejdę na teren Industrii? Może ją gdzieś zgubię? Powiem jej, żebyśmy się rozdzielili, ona zacznie polować, a ja pójdę prosto do Bolesnego? To chyba najrozsądniejsze rozwiązanie — myślałem.
Wyszliśmy z obozu pod osłoną nocy. Mijając Fiołkową Skałkę, która stała na warcie, zakomunikowałem jej, że wybieramy się na polowanie.
W milczeniu obrałem drogę, idąc w stronę Ogrodów. Zamyślony potykałem się co chwila, ignorowałem gadulstwo niechcianej towarzyszki podróży, a gdy w oddali odezwał się nocny ptak, podskoczyłem przestraszony, jeżąc sierść.
— Słuchaj, o co chodzi? — Stokrotka zatrzymała się, przyglądając mi się uważnie. W myślach przeklinałem bez opamiętania. Musiałem się zachowywać jak idiota.
Zainteresowałem się moimi łapami, jednak po chwili uniosłem głowę, niepewnie patrząc na suczkę. Przecież jej nie okłamię drugi raz. Zacisnąłem zęby, a pazury wbiłem w rozmokłą ziemię. Nie mam innego wyjścia.
— Rozdzielmy się — odezwał się ktoś, a ja po chwili zrozumiałem, że to mój głos. — Ty pójdziesz do ogrodów, a ja… eee… gdzieś indziej, dobrze?
Nie kłamałem zbyt dobrze, dlatego bojąc się, że z mojego wzroku wyczyta prawdę, unikałem jej spojrzenia. Po niekończącej się chwili Stokrotkowy Płatek odezwała się, a ja odetchnąłem z ulgą.
— Cóż… — Suczka przyglądała mi się, przekrzywiając głowę. — Skoro chcesz…
Posłałem jej niepewny, krzywy uśmiech i szybko ją wyminąłem. Nie spoglądając za siebie, potruchtałem w stronę granicy terytorium Industrii. Ledwo powstrzymywałem się od przyśpieszenia do szalonego pędu. Zrobiłem głupio, idąc prosto do granicy po tak żałosnym kłamstwie, jednak wtedy nie miałem czasu na żadne sensowne przemyślenia. 
***
W magazynie było przerażająco ciemno, mój oddech wśród nocnej ciszy wydawał się głośny niczym ryk potworów, a serce biło mi tak głośno, że pewnie obudziło wszystkich wojowników. Wartownik chodził zamyślony po korytarzu, co chwila, zaglądając do różnych legowisk. Skuliłem się w rogu, modląc się, by wytarzanie się w znaczeniach zapachowych Płomiennych było wystarczającym kamuflażem.
Przywarłem do ściany i szurając brzuchem o podłoże, zacząłem się skradać. Sierść stawała mi dęba, a po kręgosłupie rozchodził się nieprzyjemny dreszcz. Co chwila rozglądałem się w panice po otoczeniu, a do uszu dolatywały równomierne, spokojne oddechy śpiących wojowników. Wartownik nagle zatrzymał się, węsząc w powietrzu. Wstrzymałem oddech i przywarłem do ziemi, nie wydając najmniejszego szelestu.
— Tenebris…? — wyjąkał pies pełniący straż, a ja zrozumiałem, że jest to suczka. Jej głos i zapach wydawały się dziwnie znajome.
Z łomoczącym sercem posuwałem się wzdłuż ściany. Już niemal skręciłem do legowiska Bolesnego, gdy na moim karku zacisnęły się szczęki. Byłem tak przerażony i zaskoczony równocześnie, że omal nie dostałem zawału.
— Co tutaj robisz? — warknęła wojowniczka, zaciskając mocniej zęby na mojej skórze. Nie mogłem się odwrócić, jednak wyczułem, że jest to Stopowa Łapa, przyjaciółka Bolesnego.
— Stopowa Łapo! — niemal krzyknąłem, lecz w porę się opanowałem. — Ja…
— Już Stopowa Ścieżka — doprecyzowała biała wojowniczka, puszczając moją skórę. Skrzywiłem się, a na karku zostały mi piekące ślady po zębach. — Ponawiam pytanie. Co tutaj robisz?
— Chciałem się dowiedzieć, jak się czuje Bolesna Łapa. Ostatnio… Nie przychodził na miejsce naszego spotkania. Dostał imię wojownika? Mogę się z nim zobaczyć? — Zamerdałem lekko ogonem.
Cisza, która zapadła po moim pytaniu, nie wróżyła nic dobrego. Tknięty nagłym niepokojem, wlepiłem w Stopową błagalne spojrzenie.
— Coś mu się stało, prawda? Ja… Nie powinienem się tak…
— Cytrynowy… — Ścieżka, świeżo upieczona wojowniczka zmieszała się, spuszczając wzrok. — Słuchaj…
— CO MU JEST?! MÓW! MUSZĘ SIĘ Z NIM…
Suczka pokręciła gwałtownie głową, nakazując ciszę.
— Cicho… — westchnęła. — On nie żyje.
Poczułem się, jakbym dostał obuchem w łeb. Zszokowany wwiercałem się w Stopową przerażonym spojrzeniem, jednak w głębi duszy wiedziałem, że mówi prawdę. Te wszystkie chwile z Bolesnym… Czy to tak miało się skończyć? Że go już nie ma? Po co Gwiezdni go zabrali? DLACZEGO?
— K-kłamiesz… — wyjąkałem, a po moim pysku spłynęły łzy.
Stopowa Ścieżka z początku nie odpowiedziała. Ze współczuciem zanurzyła pysk w mojej sierści, próbując mnie pocieszyć.
— Przykro mi. 
***
Zmuszałem łapy, by stale poruszały się do przodu. Nieobecnym wzrokiem wodziłem po okolicy, w końcu jednak utkwiłem go w moich pazurach, a jedyne co mi przyszło do głowy, to ich bezsensowne liczenie. W kółko i w kółko i w kółko…
W końcu dotarłem do ruin. Moja droga powrotna trwała zdecydowanie dłużej — szedłem w żółwim tempie i robiłem nieregularne postoje, podczas których kuliłem się w kłębek, miotałem w rozpaczy po okolicy i głośno szlochałem.
Przez dłuższą chwilę nadal wgapiałem się w moje łapy, jednak z wielkim wysiłkiem udało mi się unieść głowę, utkwiwszy wzrok w ścianę ruin.
— Cytrynowy Liściu! — usłyszałem z oddali wołanie Stokrotki. — Wiesz, ile cię szukałam?!
Nie ruszałem się i milczałem. Wojowniczka podbiegła do mnie, mrucząc coś zdenerwowana. Gdy tylko zobaczyła moją minę zamilkła, próbując połączyć fakty.
— Do jasnej cholery, co się stało…?
<Stokrotkowy Płatku?>
[1080 słów: Cytrynowy Liść otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

16 czerwca 2021

Od Cytrynowego Liścia

Coraz bardziej zbliżałem się do ruin. Na samą myśl, że mam partnera, i to nie byle jakiego, bo Bolesnego, miałem ochotę wyć ze szczęścia. Mam nadzieję, że szczęśliwie i bezproblemowo udało mu się wrócić do magazynu. Jutro pójdę na opuszczony dworzec i na niego poczekam, a potem pokażę mu kilka trików i udzielę paru rad, by i on dostał imię wojownika. Swoją drogą, zastanawiam się, jak Rzepakowa Gwiazda go nazwie? Ciekawe, czy będzie to coś tak oklepanego jak Bolesny Ogon, czy Pazur. Raz jeszcze wróciłem myślami do naszego spotkania i rozmowy, a na sercu poczułem przyjemne ciepło.
Z fantazjowania o Bolesnym wyrwały mnie znajome, wesołe szczeknięcia.
— Cytrynowy Liściu! Gdzie byłeś? — zawołała Sikorkowe Szczęście, śmiejąc się radośnie. — Uwierzysz, że dzisiaj upolowałam najwięcej zwierzyny ze wszystkich psów, które były na polowaniu? Chodź, zjedz coś! Może gołębia, co? Są pyszne i świeże!
Moja siostra trajkotała, wywalając język, reklamując gołąbki i odprawiając jakiś szalony taniec. Dopiero po chwili zauważyła, że także i ja jestem przeszczęśliwy, gwałtownie się zatrzymując i lustrując mnie uważnym wzrokiem.
— Co, ty także upolowałeś jakąś zwierzynę? — zapytała się ostrożnie, a na jej pysku po chwili znów zawitał uśmiech.
— Och… — parsknąłem. — Zaraz ci wszystko opowiem, bo nie uwierzysz.
Wyraźnie zaintrygowałem siostrę, jednak miałem zamiar podzielić się moją wspaniałą wiadomością także w towarzystwie Słodkiego Pyska; po niedługich poszukiwaniach znalazłem ją przy stosie zwierzyny.
Wraz z Sikorką dosiadłem się do mojej drugiej siostry, która w tym czasie powoli przełykała tłustego szczura i spoglądała na nas pełna ciekawości. Powoli wziąłem ze stosu zwierzyny najpiękniejszego gołębia, mając nadzieję, że wybrałem tego, który padł dzięki umiejętnościom Sikorki. Widząc pełen aprobaty wzrok rudej suczki, wiedziałem, że dobrze wybrałem — wojowniczka niemal eksplodowała ze szczęścia i uważnie obserwowała, czy zdobycz mi posmakuje.
— Jest pyszne — zapewniłem siostrę, powoli gryząc mięso. Co prawda nie przepadam za ptakami; ich mięso mnie nie przekonuje, a ich pióra wpadają do pyska, łaskocząc w podniebienie.
— Dajecie wiarę, że jeszcze nie tak dawno byliśmy Łapami? — Po krótkiej ciszy odezwała się Słodycz, próbując podtrzymać rozmowę. Właśnie skończyła jeść swój obiad, a gdy tylko przełknęła szczura, zastygła w bezruchu, podchodząc do mnie. — O…! — pisnęła, strzepując z mojego futra kilka gołębich piór. — Lepiej. Teraz jesteś o wiele czystszy.
Zadowolona suczka rzuciła mi jeszcze jedno krytyczne spojrzenie, po czym zajęła znów swoje miejsce. Kątem oka zauważyłem jak Sikorka, lekko znudzona i poirytowana, przewraca oczami.
— Do rzeczy — zacząłem, podnosząc niepewnie wzrok na moje siostry. — Kojarzycie Bolesną Łapę? — zapytałem. Suczki niepewnie kiwnęły głowami, a ja mógłbym przysiąść, że właśnie w tej chwili próbowały sobie przypomnieć, o kim ja w ogóle mówię. — To taki uczeń z Industrii — wytłumaczyłem, biorąc głęboki wdech. — I… Eee… O-od dzisiaj jesteśmy parą.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Niepewnie popatrzyłem na dwie suczki, próbując wyczytać coś z ich spojrzenia. Były chyba przede wszystkim zaskoczone. Może wcale się nie…
W tej chwili moje siostry zaczęły mi gratulować i się śmiać, a ja powoli spuściłem wzrok, próbując ukryć mój szeroki uśmiech i cichy chichot.
— Ojej, muszę go kiedyś poznać! — wykrzyknęła Słodki Pysk, merdając ogonem. — Gratuluję!
Odetchnąłem głęboko, napajając się bezgranicznym szczęściem. Wreszcie wszystko zaczęło się układać po mojej myśli. Wreszcie. 
***
Siedziałem na opuszczonym dworcu kolejowym, czekając na Bolesnego. Liście na nielicznych drzewach pożółkły, cicho szeleszcząc pod wpływem chłodnego wiatru. Powietrze też już nie było tak gęste i duszne, chociaż nadal ciepłe i całkiem przyjemnie.
Mijały kolejne minuty, a brunatno-czarnego psa nadal nie było nigdzie widać. Z początku byłem przerażony i miałem ochotę pobiec do obozu Industrii, by upewnić się, że Bolesny jest zdrowy i szczęśliwy. Potem dopiero przypomniałem sobie jego ostrzeżenia i prośbę, bym więcej nie wchodził do magazynu, bo to może się źle skończyć. Nie chciałem go denerwować i straszyć — lepiej poczekać na niego tutaj, na dworcu.
Uczeń jednak nadal nie nadchodził, a ja powoli pogodziłem się z myślą, że dzisiaj go już nie zobaczę. Może czekał na mnie, tak samo jak ja na niego, tylko o innej porze dnia? Ale przecież zwykle spotykaliśmy się właśnie teraz, o zachodzie słońca. Może właśnie ma trening albo polowanie?
Westchnąłem, udając się w drogę powrotną do ruin. Jutro też przyjdę i na niego poczekam, jednak na tereny Płomiennych — tak jak prosił Bolesny — wchodzić nie będę. Zresztą, jutro na pewno go spotkam, a jak nie, to pojutrze. Ewentualnie poczekam do zgromadzenia i wtedy z nim pomówię.
Właściwie, to co miałoby mu się niby stać? Nic. Na pewno jest cały i zdrowy!
Odwróciłem się, upewniwszy się, że Bolesnego nadal nie ma. Niestety, nigdzie nie zobaczyłem mordki mojego partnera. Nadstawiłem uszu, mając nadzieję, że chociaż usłyszę ucznia Industrii. Niestety, jedyne co wychwyciłem to ciszy szum drzew, smutne popiskiwanie myszy i ryczenie potworów w oddali.
Nieee… nic mu się przecież nie stało!
Powlokłem się powoli w stronę mojego obozu.
[774 słowa: Cytrynowy Liść otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

5 czerwca 2021

Od Cytrynowej Łapy CD Bolesnej Łapy

Królik wcześniej usłyszy, mysz wcześniej wyczuje.
Tak to było? Chyba. Powtarzałem sobie słowa mojego mentora w myślach, węsząc w powietrzu. Niestety, porady o leśnej zwierzynie zbyt często mi się nie przydadzą. To było miasto. Najważniejsze było to, by wiedzieć, o jakiej porze i gdzie jest najwięcej dwunożnych i kiedy należy uciec od tych łysych kreatur, a kiedy zaatakować. Niestety. Żałowałem, że nie mogę żyć w lesie. Zamyśliłem się na chwilę. Czy na pewno poradziłbym sobie, żyjąc w dawnym domu, z widokiem na góry i las? Swoją drogą, życie w mieście też nie było łatwizną. Ciągle jakieś potwory, pieszczochy, dwunożni i hycle. Właśnie. Ciekawe, czy Industria poradziła sobie z zagrożeniem?
I czy Bolesnemu nic się nie stało.
Mysz przebiegła mi przed nosem, wyrywając mnie z zamyślenia. Skoczyłem za nią, jednak zareagowałem zbyt późno. Chybiłem o kilka długości szczenięcego kroku, trafiając pazurami w pustą przestrzeń. Zachwiałem się gwałtownie, jednak udało mi się zachować równowagę. Z rozczarowaniem popatrzyłem w stronę, w którą uciekła zwierzyna. Trzeba było się skupić na polowaniu, tak jak radził Drewniany. Straciłem szansę. Postanowiłem jednak, że nie będę rozpaczał. To polowanie to była porażka i dobrze zdawałem sobie z tego sprawę, ale trudno, uda mi się innym razem. Włóczyłem się po okolicy od dwóch godzin i nic mi się nie udało złapać. Najpierw dwunożny mnie pokopał, jak spróbowałem mu zabrać jedzenie, a gdy na niego wyskoczyłem z zębami, inne dwunogi także mnie zaatakowały. Najrozsądniej więc było się wycofać.
W pierwszej chwili miałem ochotę wrócić do ruin, jednak potem przypomniałem sobie o słowach Bolesnego, który wczoraj przekazał mi, że będzie na mnie czekał na opuszczonym dworcu. Co prawda sam nie byłem pewien, czy znów chciałbym robić z siebie głupka, ale muszę się upewnić, że nic mu nie dolega.
Podreptałem więc w stronę dworca kolejowego, zupełnie nie zauważając dwóch Dwunogów, którzy stali kawałek ode mnie, wskazując na mnie palcami i o czymś rozmawiając z przechodniami. Brzmiało to jak jakieś pytania, jednak gdy rozmówcy odwracali się w moją stronę, zaprzeczali. Ci dwaj nie wyglądali przyjemnie, ale ja, jak na razie nic o tym nie wiedziałem.
— Bolesny — powiedziałem szeptem, wlepiając wzrok w majaczący na horyzoncie budynek. — No, zobaczymy, czy mnie kochasz, czy nie. Wyznam ci… — Słowo „miłość” jakoś nie przechodziło mi przez gardło, więc odchrząknąłem i dokończyłem: — To, co czuję.
Dzisiaj byłem tego pewien.
Pełen radości, pobiegłem w stronę dworca, merdając ogonem, pogrążony w wesołych myślach. Dlaczego się nie odwróciłem i nie zobaczyłem Dwunożnych, którzy podążyli za mną?
<Weź nie zabijaj Bolesnego. Jest brzydki i jest owczarkiem, ale weź, proszę, nie zabijaj go ;((>
[404 słowa: Cytrynowa Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

Od Cytrynowej Łapy CD Aroniowej Łapy

Spoglądałem na zachodzące słońce, gdy znieruchomiałem, tknięty jakimś nagłym, jak upadek, przeczuciem.
— Eee… — wyjąkałem, spoglądając z zaskoczeniem na wściekłą Aronię. — Eee…
— No, co chciałeś? — syknęła suczka, jednak zaraz potem westchnęła i dokończyła łagodnie: — Wybacz… Nie chciałam. Czemu mnie wołałeś?
— Nic takiego. — Niemal natychmiast odpowiedziałem, odwracając się błyskawicznie. — Ale… Krwawy Zew… On chciał coś ci powiedzieć…
Aroniowa Łapa z nagłą wesołością podbiegła do swojego mentora, a ja zaskoczony obserwowałem, jak suczka skacze wokół wojownika, po czym zatrzymuje się, grzecznie dziękując. Jeszcze przed chwilą wyglądała, jakby chciała mnie zamordować, a teraz sobie skacze i się uśmiecha.
Ja jednak miałem ważniejsze sprawy na głowie niż zamartwianie się zmiennym nastrojem koleżanki. Mimo że byłem padnięty, postanowiłem, że nazbieram tyle mchu, ile tylko uniosę, pragnąc zadowolić mojego mentora. Skierowałem się w stronę parku, próbując znaleźć w sobie jakieś pokłady energii — niestety, trening wyczerpał wszystkie moje siły. Słońce prażyło, powietrze było nieruchome i gęste, z niemą prośbą oczekując na deszcz. Droga wręcz smażyła łapy, a gdy się przeszło na trawę, jej ostre łodygi nie były zbyt przyjemne w dotyku. Przystanąłem, głośno dysząc i ze zrezygnowaniem zobaczyłem, że nie przeszedłem nawet połowy drogi. Chwilę zastanawiałem się, czy mam kontynuować wędrówkę, jednak najzwyczajniej w świecie mi się nie chciało.
Westchnąłem, postanawiając, że za mchem rozglądnę się w okolicach obozu i nie będę się zapuszczał w taki upał do parku. Jakoś powlokłem się do ruin, starając się iść po chłodnym podłożu. Ponieważ w najbliższej okolicy obozu nie zauważyłem mchu, postanowiłem więc udać się do wielkiego kamienia, który — jeszcze niedawno — był cały obrośnięty tą miękką, zieloną roślinką.
Wyminąłem parę krzaków i, ku mojemu rozczarowaniu, ujrzałem zwykły kamień, na którym rosły jakieś uschnięte resztki mchu. Starannie obrałem cały kamień z zielska, starając się nie upuścić żadnej drobinki. Praca szła nawet szybko i przyjemnie, mało roboty i w dodatku dość monotonnej, acz łatwej.
Gdy już miałem pysk pełen wyściółki do legowisk, niespodziewanie poczułem zapach dwóch innych psów, znajdujących się w pobliżu. Jeden zapach od razu rozpoznałem — lekki, trochę swędzący, nasiąknięty wonią psa z Tenebris — Aronii. Drugiego jednak nie potrafiłem dopasować do żadnego poznanego przeze mnie psa — pachniał jak jakieś kwiaty, odurzająco słodko, a jednocześnie cuchnął jakimiś śmieciami, jakby jego posiadacz przed chwilą wytarzał się w jakimś gównie, a następnie posypał grzbiet różami. Jak dla mnie nieprzyjemne.
Dziwne było tylko to, że wcześniej ich nie wyczułem. Może właśnie wiatr zmienił kierunek, albo to oni starali się być niezauważeni. Może Aroniowa Łapa się z kimś potajemnie spotyka? Może ma jakąś miłość?
Lekko rozbawiony, odłożyłem mech w bezpieczne miejsce i zacząłem się skradać, szurając brzuchem o ostrą trawę. Raz czy dwa się skrzywiłem, jednak zacisnąłem zęby, zachowując ciszę. Po krótkiej chwili usłyszałem także stłumioną rozmowę i jakieś śmiechy. Chociaż tego nie byłem pewien. Czasami niektóre psy śmieją się, jakby płakały, a inne płaczą, jakby się śmiały. W każdym razie, gdy byłem wystarczająco blisko dwójki psów, przygotowałem się do wyskoczenia z kryjówki, starając się zrobić olśniewające wejście. Zwykle gdy coś planuję, wszystko się nie układa. Jednak tym razem upewniłem się, gdzie siedzą psy, by przez przypadek ich nie zmiażdżyć. Rzuciłem także okiem na podłoże, szukając jakiś kamieni bądź gałązek. Gdy nic nie znalazłem, wyskoczyłem zza krzaków.
Ujrzałem przed sobą dwójkę psów, siedzących blisko siebie i śmiejących się głośno. Aronia właśnie opowiadała o swoim treningu, gdy jednak mnie zauważyła, przerwała w pół zdania.
— Mówiłam, że kogoś czuję. — Powiedziała, patrząc raz na mnie, raz na swoją sympatię. Wyglądała, jakby próbowała się usprawiedliwić.
— Aroniowa Łapo…? — Wlepiłem wzrok w moją koleżankę i nieznajomego psa. — Co ty tu robisz? Co wy tu robicie?
<Aroniowa Łapo?>
[570 słów: Cytrynowa Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

29 maja 2021

Od Cytrynowej Łapy — zgromadzenie klanów

Lekko spłoszony usiadłem obok mojego mentora, nerwowo rozglądając się po zgromadzonych psach. Wiele z nich już siedziało, czekając, aż przywódcy zabiorą głos. Mimowolnie mój wzrok przebiegł po wszystkich wojownikach i uczniach, gwałtownie zatrzymując się na Bolesnej Łapie. Bez słowa wstałem ze swojego dotychczasowego miejsca i w podskokach podszedłem do mojej sympatii. Udając, że w ogóle nie widzę podejrzliwych spojrzeń wojowników, zacząłem rozmowę.
— Heeej… — odparłem niepewnie i mimo tremy pomachałem parę razy ogonem. Niech wie, że się cieszę.
— Witam — odpowiedział Bolesna Łapa, posyłając mi swój uśmiech. Czym prędzej odwróciłem wzrok, niechcący zauważając liderkę Industrii, Rzepakową, która rozłożyła się przy zastępcy, skupiając się na gromadzących się psach. Było widać, że ich relacja nieco się zmieniła od tamtego zgromadzenia. W jednej chwili zrobiło mi się tak strasznie przykro, że miałem ochotę się rozpłakać. Bolesny zaczął coś mówić, jednak ja zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle kiedyś powiem mu to, co czuję. Zawsze gdy się za to zabierałem, błyskawicznie traciłem głos. Może sam podświadomie tego nie chciałem? A jak Bolesny znajdzie sobie kogoś innego? Ta myśl była nie do zniesienia.
— Bez przedłużania — chrząknął głośno Sowi Pazur, patrząc na Rzepakową. Wróciłem do rzeczywistości, znów przytłoczony taką ilością obcych psów.
— Nasz szczeniak wszedł na tereny Tenebrisu i został zamordowany — po chwili ciszy głos zabrał wojownik Bezgwiezdnych, którego słyszałem już na tamtym zgromadzeniu. Wziąłem głęboki oddech, próbując odszukać mówiącego wzrokiem. — Myślę, że to jeden z tematów, które warto byłoby omówić. Nie znam się na kodeksie, ale zapytałem się kilku osób i wiem, że mordowanie jest zdecydowanie niedozwolone przez niego.
Wstrzymałem oddech, nie mogąc ogarnąć umysłem, jak ktoś mógłby zamordować szczeniaka. Co gorsza — morderca był z mojego klanu. Był Ciemnym. Może nawet jest ze mną spokrewniony? Nawet siedzący obok mnie Bolesny zamilkł, wlepiając wzrok w bezgwiezdnego.
Wszystkie psy także na chwilę umilkły, a ja powoli wstałem, postanawiając, że wrócę do mojego mentora. Mijając pewną wojowniczkę z Industrii, niemal się wyjebałem, ale sztucznie się wyszczerzyłem i na gumowych nogach wróciłem do ciemnych.
— Zajmuję się już tą sprawą. Szukam sprawcy, który gdy tylko uda mi się go znaleźć, zostanie w trybie natychmiastowym wydalony z klanu — wyjaśniła Biała Gwiazda, pełna spokoju i zdecydowania.
Wyłączyłem się z tej dyskusji, gdyż sam jej temat przyprawiał mnie o dreszcze. Rozglądnąłem się po moich pobratymcach, dostrzegając ich wady. Krwawy Zew zajął miejsce na tyle, cicho coś mamrocząc. Z całego serca współczułem Aronii, przypominając sobie jej opowieść, jak wojownik niemal ją utopił, każąc jej pływać w zimnej, słonej wodzie. Może to on był mordercą? Odepchnąłem od siebie te myśli i udając, że nie zauważyłem chłodnego wzroku Skalnego Potoku, przysunąłem się jeszcze bliżej mojego mentora. Miałem ochotę uciec ze zgromadzenia i żyć nadal w swoim świecie pełnym motylków, uśmiechu i hasania na wilgotnej trawie z Bolesnym. Byłem bliski płaczu.
— Hej Cytrynek — wymruczał cicho Jasne Serce, podchodząc do mnie. — Nic się nie dzieje.
Przełknąłem nerwowo ślinę, mierząc wojownika przestraszonym wzrokiem. A co jeśli to on jest mordercą? Nie, wątpię, Poprawiłem się zaraz. Jasne Serce jest bardzo fajny. Spróbowałem coś wydukać, jednak głos uwiązł mi w gardle.
— Jeśli chcesz, możemy pójść trochę do tyłu — zaproponował Jasny. — Nic się nie stanie, a wyjdziemy z tłumu, co?
— Ee… — Spoglądnąłem niepewnie na mojego mentora, próbując wyczytać coś z jego spojrzenia. Może miałby coś przeciwko? Drewniany jednak nieznacznie kiwnął głową. — Tak…
Znów wybuchła wrzawa, jednak jedyne co z niej usłyszałem to krzyki Rzepakowej o nuggetsach.
— To chodź malutki, podejdziemy... — Rozejrzał się. — O tam, tam, gdzie stoi Płomienny. Ja wiem, że jest straszny, ale nie martw się, nie będziemy za blisko. Nic nie zrobi ci, obiecuję.
Podążyłem za spojrzeniem starszego ode mnie psa, wlepiając wzrok w Płomiennego. Wróciło do mnie wspomnienie, jak wojownik, jedząc mysz, powoli rozpruwał jej wnętrzności, śmiejąc się złowieszczo. (A może to był Krwawy…?) Zatrzymałem się gwałtownie, starając się nie pokazywać, jak bardzo jestem spanikowany. Wiedziałem, że Jasny chciał jak najlepiej, ale wolałbym nie siedzieć przy Płomiennym Krzewie.
— Aaaaa, ja podziękuję, eee... usiądę obok Drewnianego Pazura, on mnie obro... Znaczy się, sam siebie obronię w razie konieczności. Dziękuję za troskę.
— To ja zrobię kółko i potem wrócę do ciebie, dobrze? Masz rację, Drewniany jest silny i nie da ci nic zrobić. — Uśmiechnął się do mnie, a ja poczułem ciepło na sercu, że stara się, bym czuł się tutaj dobrze. — Ale jakby co, to tylko powiedz, a odprowadzę cię do klanu.
Kiwnąłem nieznacznie głową i błyskawicznie wróciłem na moje miejsce obok Drewnianego Pazura. Nawet gdy temat morderstwa się zakończył, a głos przejęli dowódcy Industrii, informując o hyclach, czułem się jakoś dziwnie przestraszony. Raz za razem rozglądałem się nerwowo, obawiając się o moje siostry, które zostały w obozie. Może morderca jest wraz z nimi? Poczułem zimny dreszcz, który skradał się powoli przez kręgosłup, a tuż za nim ze strachu stawała dęba moja sierść.
— Cytrynowa Łapo? — Szepnął do mnie Drewniany Pazur. Siedział spokojnie, nieruchomo, uważnie śledząc to, co dzieje się na zgromadzeniu. — Chyba się nie boisz, co?
— Eee… Nie, nie… — Mój mentor spoglądał na mnie ze szczerą ciekawością, a ja poczułem, że nie mógłbym go teraz okłamać. Westchnąłem. — Obawiam się o moje siostry i mordercę, który jest w naszym klanie. Poza tym… Zgromadzenia chyba nie są dla mnie. Tyle nieznanych psów, część z nich jest wrogo nastawiona, a przywódcy nie poruszają wszystkich tematów. — Tutaj miałem na myśli Bryzową i Nakrapianą Gwiazdę, które niepewnie na siebie spoglądały, jakby zastanawiając się, czy mają poruszać jakieś mroczne zdarzenie. — Nie wiem, komu to służy.
— Komu to służy? Jak to — wszystkim. Pomyśl, gdyby nie było zgromadzeń, nie byłoby praktycznie komunikacji między klanami — spokojnym szeptem tłumaczył Drewniany. — Poznajemy też nowe psy i zdobywamy potrzebne umiejętności. A właśnie, co do umiejętności. — Mój mentor delikatnie zamerdał ogonem, a ja, wiedząc, że powie coś miłego, natychmiast się rozluźniłem. — Robisz bardzo duże postępy, naprawdę. Jesteś niezwykle zdolny, chociaż nie chcesz tego pokazać.
— Dziękuję… — wydukałem i wlepiłem wzrok w swoje łapy, próbując nie pokazać, że uśmiecham się jak nienormalny. — Bardzo chcę zostać wojownikiem.
Moje słowa jednak zagłuszyły hałasujące psy, które powoli wstawały z miejsc. Zgromadzenie zostało zakończone, a psy już za niedługo wrócą do swoich legowisk.
Ja także wstałem, rzucając tęskne spojrzenie Bolesnej Łapie. On jednak nie spoglądał w moją stronę, tylko wesoło rozmawiał ze Stopową Łapą.
— Możemy już iść — pisnąłem do mojego mentora, bez słowa wymijając Bolesnego. Niemal czułem na sobie jego wzrok, ale nie patrząc w jego stronę, podążyłem za Drewnianym, wracając do ruin. W myślach cały czas odtwarzałem sobie pochwałę mentora, chcąc się jakoś pocieszyć, bo — nie wiedząc czemu, znów poczułem się okropnie.
[1062 słowa: Cytrynowa Łapa otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i 5 Punktów Treningu]

24 maja 2021

Od Cytrynowej Łapy CD Bolesnej Łapy

Ani się obejrzałem, a w ciągu kolejnych dwóch księżyców niemalże codziennie spotykałem się z Bolesnym. Czasami także zapraszaliśmy do spotkań Konwaliową Łapę, jednak z nią było zupełnie inaczej. Źle czułem się w towarzystwie ich obu naraz i jakbym miał wybierać — wybrałbym Bolesnego.
Był wspaniały. Miałem wrażenie, że zaraża mnie tą swoją aurą, ale w przeciwieństwie do Konwalii, jego moc dodawała mi skrzydeł — a nie je podcinała. Przy tym zauważyłem, że niechęć, którą miałem do niego na początku zmieniła się w przyjemny dreszczyk biegnący wzdłuż kręgosłupa za każdym razem gdy go zobaczyłem. I o ile na początku była to lekko kąśliwa przyjaźń z czasem zaczęła mi nie wystarczać. Chciałem czegoś więcej — tyle że on raczej nie.
Bywały takie chwile, kiedy przełykałem ślinę i brałem się na odwagę. Miałem wtedy ochotę zrobić jakąś aluzję, lekko zasugerować, czy wprost powiedzieć. Usprawiedliwiałem się jednak tym, że mam dziesięć księżyców. Dziesięć. Co ja mogę wiedzieć o miłości? Nie liczyłem oczywiście na to, że stworzylibyśmy z Bolesnym parę — a przynajmniej jak na razie. Chciałem tylko wiedzieć, na czym stoimy, co on czuje i na co liczy. Widząc Bolesnego, czułem się okropnie, jakbym coś przed nim ukrywał, a jednocześnie jakby pies czytał mi w myślach i doskonale o tym wiedział. Ta niepewność, co mam zrobić, a jednocześnie ciekawość, ta walnięta ciekawość, która pytała się mnie: „Ciekawe, co sądzi o tym Bolesny?” nie dawała mi spokoju. Zanim jednak zdecydowałem się na wyjawienie mu swego uczucia, okazja mijała, bądź coś mnie powstrzymywało. Jak na razie próba, która była już najbliżej zaliczenia częściowego sukcesu wyglądała mniej więcej tak:
Po zakończonej zabawie odpoczywaliśmy wśród chwastów niedaleko torów kolejowych. Słońce już powoli zachodziło, tak więc poderwałem się z ziemi, postanawiając wrócić przed zmrokiem do obozowiska.
— Eee… Chyba będę musiał już iść.
— Z pewnością. Noc jeszcze cię zaskoczy, przyjacielu mój drogi.
— Eee…
— Co chodzi ci po głowie, kochany? — spytał się uprzejmie Bolesny, wwiercając się we mnie spojrzeniem brązowych oczu.
I tutaj myślałem, że posikam się ze szczęścia, słysząc, jak zwraca się do mnie „kochany”! Niemal zupełnie zapomniałem, że jeszcze przed chwilą powiedział do mnie „przyjacielu”.
— Kochany! — powtórzyłem więc niepewnie jego słowa, nie mając pomysłu, jak mógłbym przedłużyć temat.
— Owszem.
I tutaj już wszystko zepsułem.
— E, he he… — Nerwowo oblizałem wargi. — Ja, ja, także… Żegnaj, kochany!
Wątpię, by domyślił się, o co mi chodziło.
Rzeczywiście, słowa Cytrynowej Łapy były niczym seria z karabinu maszynowego, która tonęła w morzu chrząknięć, nerwowego chichotu i zdenerwowanego szczerzenia zębów. Nawet gdyby się wysłowił, z pewnością Bolesny wziąłby go za chorego psychicznie i wzgardził jego miłością.
Dzisiaj jednak miało być inaczej. Miałem się z nim spotkać sam na sam i się wysłowić. Miało mi się udać. M u s i a ł o mi się udać.
Grunt to wierzyć w siebie, prawda?
Tylko że ja nawet nie miałem tego gruntu.
<Bolesna Łapo?>
[461 słów: Cytrynowa Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu] 

Od Cytrynowej Łapy CD Bolesnej Łapy i Konwaliowej Łapy

Czekałem przed wejściem do legowiska medyków. Zastanawiałem się, co ja tu w ogóle robię. Dlaczego zostawiłem Bolesnego, nic mu nie mówiąc? Czy tak powinienem się zachować?
Ale przecież on ma cię gdzieś.
Pokręciłem gwałtownie głową. Nie, on mnie lubi. To ja mam go gdzieś. A przecież chcę go lubić! Chociaż… Nie…„Lubić” to nie jest dobre słowo.
Dlaczego więc go zostawiłeś i poszedłeś z Konwalią?
Mimo prób przekonania samego siebie, że przecież nic nie zepsułem, doskonale wiedziałem, że jestem winny. Nie będę więc zaskoczony, jeśli Bolesny nie będzie chciał się ze mną spotykać. Ba! Może nawet ze mną nie rozmawiać! I tak mam dosyć jego archaizmów!
Czyżby?
…Dokładnie. Bo tak się składa, że…
— Cytrynowa Łapo? — Z legowiska medyka wyszła Konwaliowa Łapa, a ja podskoczyłem przestraszony.
— Nie rób tak więcej — warknąłem, jeżąc sierść i błyskając przestraszonymi oczami.
— Zobaczę. Przecież nie mogę nic obiecywać. Nie wiem, co się sta…
— To pomyśl — syknąłem na nią. — Dlaczego postawiłaś mnie w takiej sytuacji? Dlaczego najnormalniej w świecie nie mogłaś powiedzieć, że: „Musimy iść” albo: „Drewniany Pazur ciebie oczekuje. Chce z tobą poćwiczyć. Wracajmy”?
— Ty znowu o tym? — westchnęła. — Żałuję, ale nie mogę zmienić przeszłości. — Suczka zmierzyła się ze mną swym spokojnym i pytającym wzrokiem, jakby chciała się dowiedzieć, o czym ja pierdolę.
— Właśnie! — Wykorzystałem jej słowa, by wygrać kłótnię. — Ja także nie mogę zmienić przeszłości! Wiesz, ile bym dał, żebyś cofnąć czas?! Żałuję, że cię wtedy lizałem, po tym cholernym pysku! Nie mogłem cię kochać, skoro byłem w wieku…ośmiu księżyców? Byłem naiwnym szczeniakiem! Zresztą, nie lepszym od ciebie. — Dopiero gdy wypowiedziałem moje myśli, zrozumiałem, co one oznaczają. Przygryzłem wargę, jednak nadal wpatrywałem się w oczy Konwalii. Nie mogę jej teraz pokazać, że żałuję moich słów. I tak nie bierze mnie na poważnie. Gdy nie spuszczę wzroku i nie pokażę uległości, może zacznie mnie szanować.
— Uważasz, że nie umiałeś kochać w wieku ośmiu księżyców? Teraz masz dziesięć. Uważasz, że jako uczeń (którym nadal jesteś) nie miałeś głowy do miłości? Akurat. Przecież miałeś głowę. I serce. I duszę. Zdolność do uczuć dostaje się przy narodzinach. Podczas gdy ciało podlega zmianom, zdolność ta nie rośnie, nie maleje. Po prostu jest.
Wpatrywałem się w nią znużonym i poirytowanym wzrokiem. Pewnie gdybym nie był w tak zabójczym nastroju, to bym jej przytaknął i wydukał jakieś przeprosiny, a potem księżycami żałował moich słów, obarczając się winą. Cóż, dzisiaj jednak stałem niewzruszony, cicho powarkując.
— Po prostu zostaw mnie w spokoju i przestań mi wszystko komplikować. Życie bez ciebie byłoby łatwiejsze. Skoro tak bardzo kochasz Gwiezdnych, to sobie do nich pójdź.
Odszedłem od niej, uparcie wpatrując się w drzewa majaczące w oddali. Mrugałem zawzięcie oczami, próbując przepędzić gromadzące się powoli łzy. Mimo moich prób zatamowania powodzi, słone krople spływały mi po pysku, zostawiając po sobie mokre ślady. Za łatwo przychodzi mi zarówno płacz, jak i złość. Nie byłem pewny, dlaczego w kółko płaczę. Zastanawiałem się nawet, czy nie porozmawiać o tym z mamą, ale co bym jej miał powiedzieć? „Hej mamo, bo zastanawiam się, czemu tyle płaczę” czy „Trujący Obłoku? Ostatnio…albo nie: Często dużo płaczę. Czy ty też tak miałaś, jak byłaś mała?” No nie, nie wyobrażam sobie tego, szczególnie że moja matka jest bardzo… konsekwentną wojowniczką o żelaznych zasadach. Jednak wiem, że ona mnie kocha. Co prawda mam jeszcze siostry i ojca, ale… Gdybym miał rozmawiać o tym z ojcem, chyba bym się ze wstydu spalił, a z siostrami…? Pewnie by mnie wyśmiały, może nawet pocieszyły. Ale tak naprawdę, to o czym tu rozmawiać? Po prostu taki jestem. Chyba. Ranię wszystkich dookoła. Siebie też ranię. Jestem do niczego. Po prostu przestanę się odzywać. Postanowiłem. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
I tak nie umiesz się przecież poprawnie wysłowić. Nikt nie zauważy, że przestałeś mamrotać jakieś głupoty, bo i tak rzadko kiedy używałeś swego głosu.
— Cytrynowa Łapo? — Usłyszałem z oddali wołanie mojego mentora. Nie odwróciłem się jednak, w obawie, że zauważy mój płacz. Nie mógł mnie zobaczyć w takim stanie. Wojownicy nie płaczą.
Ależ ty nie jesteś wojownikiem. Jesteś głupim uczniem. Uczniaki niech sobie płaczą.
Przyspieszyłem kroku. Nie odwracaj się. Idź przed siebie. Zagryzłem wargę, przechodząc w szybki bieg. Wiedziałem, że i tak prędzej czy później się odwrócę, by zobaczyć, o co chodzi. Walnięta ciekawość.
Powoli spoglądnąłem za siebie. Drewniany zaczął biec w moją stronę, wyraźnie zatroskany. Warknąłem cicho i przyspieszyłem kroku, próbując od niego uciec. Wiedziałem jednak, że nie uda mi się uciec. Za to zrobię z siebie idiotę.
— Co ci się dzieje? — Drewniany Pazur szybko mnie dogonił, blokując mi drogę. Widziałem jedynie zarys jego sylwetki, gdy górował nade mną, gdyż łzy skutecznie rozmazały mi widoczność. — Cytrynowa Łapo… — Wojownik pochylił się, a jego pysk znalazł się tuż przy moim. Błyskawicznie przegoniłem łzy, wiedziałem jednak, że nietrudno będzie zauważyć, że mam zaczerwienione, królicze oczy i cały mokry pysk. W oczach mentora dostrzegłem szczere zmartwienie. — Coś się stało? Chciałem zaproponować ci polowanie, ale chyba to nie jest dobry pomysł.
Milczałem, powoli spuszczając wzrok. Miałem ochotę się rzucić na mentora, wypłakać mu się w futro i niemalże udusić mocnym uściskiem, ale pamiętałem dobrze, że obiecałem sobie, że już będę milczał na wieki. Poza tym obawiałem się, że mój głos wcale nie będzie pewny i spokojny, a łamliwy i przepełniony spazmami.
— Chcesz ze mną o czymś porozmawiać? Coś się stało? Chciałem ci zaproponować polowanie, lecz… Chyba to nie jest odpowiednia pora, prawda? — spytał się łagodnie Drewniany Pazur, rozluźniając dotąd napięte mięśnie. Przekrzywił głowę, lustrując mnie uważnym wzrokiem. Za późno. I tak już widzi, że beczałem.
— Nic — wykrztusiłem, nie dbając o swoje postanowienie. Po coś mam głos, czyż nie? Po prostu zacznę się zachowywać jak wojownik. Muszę nim zostać. Muszę. Zero płaczów, zero emocji i zero… I zero przyjaciół. Zero Bolesnej Łapy. Gdy tylko pomyślałem o przyjacielu, poczułem niemiłe ukłucie w sercu. Gdy natomiast wróciłem myślami do mojej rozmowy z Konwalią, miałem ochotę oderwać sobie ten nienormalny łeb.
— Cóż… — Drewniany chyba średnio mi wierzył. Jednak nie ciągnął tematu. Dobrze, dobrze… Szanował moje emocje, tak jak ja szanowałem jego. — Więc chcesz pójść na to polowanie, czy nie?
— Oczywiście, że tak… A jakże…? 
***
Stąpałem z dumnie uniesioną głową, starając się nie pokazywać pustki, jaką czułem w środku ciała. Za to na zewnątrz wyglądałem na dumnego, wysportowanego ucznia (może trochę za bardzo obrośniętego szczenięcym futrem), który mimo swego młodego wieku zbliża się wielkimi krokami do mianowania na wojownika. Niosłem w pysku wielkiego królika, którego upolowałem sam. No prawie. Drewniany Pazur pomógł mi go tylko zagonić, lecz to ja go zabiłem. Pomyślałem o chwili, w której skręciłem kark temu zwierzęciu. Precyzyjny skok i precyzyjny cios. Bezszelestne podejście, szybkie zabicie i pochwały od mentora. Czy może być coś lepszego?
Spojrzałem po psach znajdujących się w obozie. Moje siostry patrzyły na mnie ze szczerą zazdrością, zajadając jakieś małe odpadki po żarciu dwunożnych. Wojownicy kiwali zadowoleni głowami, a mój mentor puchnął z dumy. Ja zresztą też. A przynajmniej do czasu, gdy nie dostrzegłem zapłakanego pyska Konwalii i jej stalowego spojrzenia. Wręcz jej nie poznałem. Gdzie ten spokojny, nieśmiały uśmiech i zrównoważone spojrzenie pełne kojącej mocy?
Zepsułeś ją. I nie tylko ją.
Przystanąłem, spoglądając na królika, którego niosłem w pysku. Było to dość trudne i dopiero gdy zrobiłem delikatnego zeza, udało mi się go dokładnie zobaczyć. Jego oczy były zimne, martwe, bez iskierki życia. W głowie zadźwięczał mi głos szczenięcej Konwalii: Sam daleko nie zajdziesz. Wykazałeś się głupotą. Nawet dwunożni nas nie depczą, chociaż mogą to robić.
Wypuściłem królika z pyska, pozwalając, by upadł na stos martwej zwierzyny. Nonsens. Przecież zabiłem go, by nakarmić klan. Zrobiłem jak wojownik.
A czy na pewno się tym kierowałeś? To tylko wymówka. Daruj sobie. Poza tym… Podziękowałeś chociaż Gwiezdnym…? Zachowałeś się jak prawdziwy wojownik?
Zrobiło mi się niedobrze. Powoli poczłapałem do legowiska uczniów, zupełnie nie słysząc pochwał mijanych wojowników.
— Cytrynowa Łapo… Co ci się dzieje? Odwaliłeś dzisiaj kawał d o b r e j r o b o t y. M a s z b y ć z c z e g o d u m n y!
Nagle coś mi się przypomniało. Powoli zacząłem łączyć fakty. Jedzenie, które dotąd miałem w żołądku, podeszło mi do gardła, a łapy zaczęły się niebezpiecznie chwiać. Miałem wrażenie, że zaraz głowa pęknie mi jak balon.
— O, nie… — pisnąłem cichutko niczym szczeniak.
— Co? — Mój mentor był wyraźnie zaskoczony. — Odpowiesz mi czy nie? Coś się stało?
— Nic…
— No co?
— Ja… On pomyśli, że mam go w nosie…
— No bo masz…? — Drewniany Pazur najwidoczniej nie wiedział, o czym ja w ogóle mówię.
— Nie…
— Czekaj, o kim ty mówisz?
— O Bolesnej Łapie…
— O kim?
Ja jednak wyłączyłem się z tej głupiej wymiany zdań. Mój mentor myślał chyba, że mówię o kimś innym. Zresztą, nieważne. Najważniejsze jest to, że Bolesny ma mnie w gdzieś. On kocha Konwaliową. Znów zakręciło mi się w głowie. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo jestem zmęczony. Przypomniało mi się, jak Bolesny oglądał ranny pysk Konwalii. Jak sprawdzał, czy nic jej nie jest. On… Miał wtedy dziwny błysk w oku… I… Iii…
— Muszę go przeprosić. Może jeszcze nie jest za późno. I Konwalię też. Może jeszcze coś z tego wyjdzie.
<Bolesna Łapo?>
[1487 słów: Cytrynowa Łapa otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]