26 lutego 2021

Od Migoczącej Łapy

Od kilku dni naszego Migotka męczył kaszel i katar. Bez wątpienia były to objawy choroby, która już od dłuższego czasu męczyła jego klan. Zbierał już raz zioła, a teraz musiał ponownie zapracować na siebie. Gdy tylko przydarzyła się ku temu okazja, dołączył do porannego patrolu. Co prawda, raczej ów patrol nie miał zamiaru zbierać ziół, ale nic się nie stanie, jeśli raz poszuka ziół bez wiedzy medyka, czy wojownika, prawda...? W każdym razie udał się poza obóz wraz z patrolem. Starał się jak najbardziej wytężyć swój węch, mając nadzieję, że wyczuje w powietrzu woń ziół, jednak udało mu się dopiero po dłuższym czasie drogi. Niepostrzeżenie oddzielił się od grupy i podążył za zapachem ziela, starając się nie zmieszać tropu z wonią innych roślin czy zwierzyny. Gdyby nie fakt, że większość jego pobratymców cierpi z choroby, a jego mentor gdzieś zniknął, bez wątpienia byłaby to jego jedna z lepszych Pór Nowych Liści. Już tyle umie, zapewne, gdyby Brązowa Blizna tu był, już byłby mianowany na wojownika...
Odciągnął od siebie przytłaczające go myśli, od których miał ochotę zaszyć się w swoim legowisku i cicho łkać. Skupił wzrok na kępce ziela na horyzoncie. Był tylko jeden mały problem... Owa kępka znajdowała się po drugiej stronie torów. Myślami wrócił do momentu, w którym to Brązowa Blizna uratował go z potrzasku torów. Teraz tu jego mentora nie było i nikt nie mógł mu pomóc. Wtem kichnął. Ach, raz kozie śmierć! Zginie od potwora albo pokona go choroba! Potwór właśnie nadjeżdżał z zawracającą szybkością. Uda mu się przebiegnąć przed nim i zdobyć zioła albo będzie musiał wyhamować... O ile w ogóle da radę zrobić i to...
[270 słów: Migocząca Łapa otrzymuje 2 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

25 lutego 2021

Od Leonisa CD Ciemnego Kła

Leonis nieironicznie zaczynał bać się pieszczochów.
Zaczęło się od… Jastrzębia? A może Jastrząb był którymś z kolei pieszczochem na drodze ich wędrówki? Już kompletnie stracił poczucie czasu — nie wiedział, ile dni nie ma go w obozie Bezgwiezdnych, a co gorsza, nie wiedział kiedy wróci i czy kiedykolwiek wróci. Nieszczególnie chciał się o tym przekonywać, stając pysk w pysk z Małym.
Jego plan był subtelny. Może i przejście kanałami niekoniecznie było przyjemne i higieniczne, ale przynajmniej nie musieli atakować żadnego Dwunożnego i, cholera jasna, uciekać przed krwiożerczym niskopodłogowcem.
Rzucenie Ciemnego Kła na pożarcie Małemu nie wyglądało na zły pomysł.
Biegli na łeb, na szyję. Krótki skurczybyk doganiał ich tak, jakby jego właściciel w gratisie zamontował mu helikopter w dupie. Ciemny Kieł zerkała za siebie co chwilę z wahaniem, a Leonis nie był pewien, czy to dlatego, że zastanawia się nad sensem walki z nim, czy oddaniem się dobrowolnie w jego paszczę. Szybko zrozumiał, że to koniec obejmowania dowodzenia przez medyczkę.
Drzwi piwnicy były otwarte. Wchodzenie po schodach z powrotem do rezydencji Dwunoga było uciążliwie i ich spowolniło, a Mały pokonywał schodki długimi susami, jakby gonienie uciekinierów było jego wieczornym self-care.
Pomieszczenie, do jakiego wpadli, pachniało naprawdę ładnie. Na tyle ładnie, że odwróciło myśli Leonisa od goniącego ich skurczybyka mającego 69 cm w kłębie na szczudłach. Syknął, kiedy szczęki zacisnęły się na jego ogonie, boleśnie wyrywając sierść, ale w odpowiedzi Leonis zatrzepotał tyłkiem niczym Nicki Minaj i uderzył ciałem Małego o ścianę.
— Ciemny Kle, jedzenie! — wrzasnął, dobijając kurdupla o ścianę i subiektywnie wskazując na kuchenny blat.
— Na Gwiezdnych, teraz chcesz jeść?!
— Do stu Dwunożnych, nie, kretynko!
Mały puścił jego ogon. Skóra go piekła, ale adrenalina odejmowała mu bólu, więc rzucił się w stronę blatu, zdejmując z niego cały gang owoców.
— A masz! — Mały dostał w pysk z jabłka. — Żryj to! — Pomarańcza uderzyła go w nos. Nawet Ciemny Kieł odsunęła się od Leonisa, kiedy ten z chęcią mordu obrzucał swojego wroga zawartością rogu obfitości.
Mały albo miał alergię na jabłka, albo nie lubił owoców, albo Leonis wywołał w nim chęć wsadzenia mu banana w ucho, bo rzucił się w ich stronę trzy razy agresywniej. Sok kapał mu z pyska, kiedy zacisnął kły na trzymanej mandarynce.
— Twój Dwunożny chyba cię przecenił, skoro dałeś się pokonać mandarynce — prychnął Leonis. Jego sarkastyczne uwagi dawały mu czas na to, żeby przekalkulować techniczne możliwości kuchni, bo Mały wydawał z siebie głośny bulgot „Hhghghh!” stłumiony mandarynką, a Leonis, chociaż nie miał pojęcia, co to oznacza, to był pewien, że to nic miłego.
— Wyważ… — zaczął, chwytając w zęby banana, żeby cisnąć go w Małego, bo ten zaczął niebezpiecznie się zbliżać.
— Drzwi?
— Wyważ okno!
Banan wleciał centralnie w oko Małego. Pies wrzasnął przeraźliwie, cofając się o krok i usilnie machając głową. Bardziej niż o uciekinierów najwyraźniej bał się o siebie, ale Leonis uznał, że jeśli szybko nie zareagują, to pieszczoch może za bardzo wziąć do siebie powiedzenie „oko za oko”.
Ciemny Kieł jakby instynktownie podkuliła tylną łapę. Nie miał czasu na zastanawianie się, czy właśnie to zasymulowała, czy ból faktycznie znowu dał się jej we znaki.
— Do stu Dwunożnych — mruknął.
Wskoczenie prosto w okno nie może być przecież takie trudne, nie? Kogo obchodzą odłamki szkła w łapach czy w oku, „drobne” zadrapania, co z tego, że mógłby przeciąć sobie jakieś naczynie krwionośne. Był stuprocentowo pewny dwóch rzeczy — potrzaskanie okna własnym ciałem nie było bezpieczne, no i sam Leonis nie za bardzo nadawałby się do filmu akcji.
Rzucił pomarańczą w szybę. Na powierzchni nie pojawiło się nawet zadrapanie, a owoc odbił się z głuchym łoskotem, uderzając w — na szczęście — głowę Małego.
Owoce musiały bardzo lubić Leonisa i Ciemnego Kła, ewentualnie naprawdę bardzo nie lubiły Małego.
Wyklinał na wszystkie pokolenia truskawek, sycząc do brązowowłosej medyczki coś w stylu: „pomóż mi, do cholery”, równocześnie próbując ułożyć krzesło na swoich plecach. Medyczka podparła jego bok, po czym Leonis rzucił się przed siebie, odbił od podłogi i wyrzucił tobołek na grzbiecie w powietrze.
Tym razem szyba roztrzaskała się. Leonis natychmiast odwrócił od niej głowę, zasłaniając już i tak pokiereszowanym ogonem pysk Ciemnemu Kłowi. W tle Mały zakrztusił się sokiem z mandarynki, ale nawet pomimo ataku kaszlu próbował się do nich doczołgać.
Wyskoczyli przed okno, łapami lądując w odłamkach szkła. Ból można było porównać do cierni, które wbijały się czasem w poduszki. Syknął cicho, uznając, że i tak zajmie się tym później, chyba że chce wylądować na arenie z kiścią winogron w pysku.
Dopiero kiedy wpadł nosem w świeżo zakwitające liście, zdał sobie sprawę, że w sumie to był skończonym idiotą, że wyobrażał sobie tak łatwą drogę ucieczki. Dwunożny naprawdę dobrze się zabezpieczył — Bóg wie, czy to dlatego, żeby nikt się na jego posesję nie włamał, czy żeby nikt z niej nie uciekł. Stojąc pod potężnym ogrodzeniem, które okalały całe zastępy równo przyciętego żywopłotu i zwisającego bluszczu, Leonis mógł mieć tylko jeden punkt widzenia, a było nim odcięcie ucieczki.
— Kop — jęknął, starając się zachować zimną krew, chociaż mina mu zrzedła.
Nawet we dwójkę ciężko im było przekopać się pod świeżo skoszoną, równiusieńką trawą rezydencji. Od drugiej strony dzieliła ich odległość lisiego ogona, i choć brzmiało to łatwo, nie potrafili włożyć tyle sił w łapy, żeby wydostać się, zanim nie usłyszeli za sobą chrzęst odłamków szkła na werandzie.
Nie mieli czasu. Leonis odwrócił się, dosięgając własnego barku, skąd wyrwał dorodną kępkę sierści. Następnie wrzucił ją w połowicznie wykopany dół i pociągnął Ciemnego Kła w żywopłot, dając jej bardzo wyraźny znak, że ma się zamknąć.
Mark i Mały okrążali podwórko. Dwunożny przykładał sobie do policzka worek z lodem, kuśtykając cudacznie i łypiąc na wszystko dookoła tak złowrogim spojrzeniem, jakby sam miał ochotę poprawić Małemu mandarynkę w pysku. Pieszczoch jednak jej się pozbył (prawdopodobnie przy pomocy właściciela), ale jego sierść nadal pokrywał różnoraki miąższ i sok, który niemal tłumił jego zapach.
Nie zajęło długo, zanim dwójka znalazła futro Leonisa. Ten modlił się (na swój leonisowy sposób) do losu, żeby owocowa słodycz Małego odwróciła jego uwagę od tego, że poszukiwani czają się kilka kroków od nich.
Mark przeklął pod nosem. Mamrotał do swojego pieszczocha powtarzalną komendę „szukaj”, równocześnie grzebiąc w kurtce, żeby wyciągnąć z niej niewielki pilocik. Machnął ręką w powietrzu, poklikał, przez podwórko rozdarł się zgrzyt i… brama zaczęła się otwierać. Przeczucie i przyspieszone bicie serca utwierdzało Leonisa w tym, że brama tak naprawdę otwiera się szybciej w rzeczywistości, a to jego głowa próbuje wydłużyć pewną śmierć.
Ciemny Kieł nie potrzebowała znaku. Rzuciła się w na bramę, po drodze taranując zaskoczonego Małego. Leonis bez większego zastanowienia czmychnął za nią, ale zanim brama w pełni się otworzyła, a ich wrogowie w ogóle ocknęli, postawili swoje łapy na betonowym chodniku. Tak jest, Leonis-Man i jego przydupas Ciemny Kieł znowu wydostali się z kłopotów, pokonując zło!
Ciemna stanęła na pokrywie od studni kanalizacyjnej. Ta zachybotała się i z łoskotem spadła do ścieków, a razem z nią — Ciemny Kieł, która pociągnęła też Leonisa.
<Ciemny Kle? niech owoce będą z tobą>
[1131 słów: Leonis otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Konwalijki CD Bursztynka

Konwalijka zmarszczyła brwi, wpatrując się w leżącą Żabkę. Nie wiedziała, dlaczego znajduje się w takim stanie. Już od paru dni widziała, że zachowywała się nieco nieswojo, ale teraz wyglądała naprawdę kiepsko. Zanim jednak zdążyła przemyśleć, co się dzieje, Bursztynek już wybiegł do przodu. W końcu do niej również dotarło, że powinna zobaczyć co dzieje się z siostrą, dlatego ruszyła zaraz za bratem. Może gdzieś się zraniła? W takim razie nie musiała się martwić, jej nieco starsza siostra zaraz się nią zajmie i wszystko będzie dobrze… tak? Prawda?
— Żabko? Hej! — wymamrotała Konwalijka, wkładając nos w futerko siostry. Nie słysząc jednak żadnej odpowiedzi, a jedynie przerywany oddech, wzrok Konwalijki skierował się na brata. Co teraz? — wydawały się błagać jej oczy, chociaż nic nie powiedziała. Najwyraźniej jednak Bursztynek doskonale zrozumiał jej myśli, bo bez chwili wahania zawołał:
— Coś jest z nią nie tak! Musimy ją zabrać do medyka!
Suczka pokiwała szybko głową, podnosząc się. Łapy zaczęły się trząść, kiedy patrzyła na Żabkę w tak mizernym stanie. Wszystko będzie dobrze, powtarzała sobie nieustannie w myślach. Słowa brata nie do końca do niej docierały, chociaż wykonywała wszystkie jego polecenia. Zanim się obejrzała, udało jej się jakoś znaleźć siły na położenie Żabki na grzbiecie swojego brata, a następnie już biegli w stronę medyka.
Szybciej!
Wpatrywała się kątem oka w biały pyszczek siostry, przytrzymując ją swoim ciałem. Pyszczek Żabki poruszał się nieznacznie, jednak nie wydobywały się z niego żadne słowa. Co chciała przekazać? Co kłębiło się w jej małej, młodej główce, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że są to jej ostatnie chwile? Nigdy się nie dowiedzieli. Jej ruchy powoli ustępowały, a bok przestawał się unosić. Oczy Konwalijki otworzyły się szeroko, kiedy wpatrywała się w ciało Żabki. Nie wiedziała jak zareagować. Pochyliła się nad nią i zaczęła ją trącać nosem, chociaż nie reagowała. Powtórzyła to parokrotnie, ale na nic. Konwalia cofnęła się gwałtownie. Na ten widok jej ciało zaczęło mimowolnie się trząść.
— Konwalijko, idź… po kogoś... — wycharczał Bursztynek, wyraźnie zmęczony. Nie zatrzymując się nawet, żeby kiwnąć mu głową, odwróciła się i pobiegła za najświeższym zapachem, który mogła wyczuć. Potykała się o własne łapy, starając się dotrzeć do źródła jak najszybciej. W końcu jednak dotarła do psa, którego przedtem spotkali. Stanęła, starając się opanować swój oddech.
— Ż-Żabka… ona… coś się z nią stało — wydusiła z siebie, kuląc się. Na szczęście jednak pies nie pytał dalej i jedynie kazał jej poprowadzić go do siostry. Konwalijka nie czekała nawet, żeby odpocząć, rzucając się przed siebie z obolałymi łapami. Jeśli będzie szybka, to uratują Żabkę. Musi być szybka. Musi biec!...
Wychyliła wreszcie głowę zza dywanów i zobaczyła Bursztynka, unoszącego pysk znad nieruszającej się suczki. Konwalijka zatrzymała się w miejscu, wpatrując się w jej ciało. Starszy pies wybiegł zza suczki, ale po zobaczeniu Żabki zatrzymał się momentalnie. Podszedł powoli, sprawdzając jej oddech. Cisza. Wziął ją delikatnie na plecy, a następnie bez słowa pognał z nią w kierunku medyka. Zostali sami. Znajomy zapach nadal unosił się w powietrzu.
Łzy zaczęły powoli spływać po pyszczku, kiedy zdała sobie sprawę z tego, co przed chwilą się wydarzyło. Gwar w obozie ustał, a przynajmniej dla niej. Usiadła powoli, wpatrując się w pustą przestrzeń. Wydech. Wdech. Wdech... Zaczęła krztusić się własnymi łzami, wciągając gwałtownie powietrze. Bursztynek zbliżył się do niej powoli, a ona włożyła pysk w jego futro, przytulając się. Nie spojrzała na niego, wiedząc, że nie chce okazywać swoich słabości. Czuła jednak jak jego łzy kapią jej na kark.
Nie była wystarczająco szybka. Nie uratowała Żabki.
Czas rozciągał się niewyobrażalne, tak jakby ta chwila trwała całą wieczność. W końcu jednak usłyszała jakieś psy i delikatny głos taty przy uchu. Spojrzała na niego swoimi zaczerwienionymi i spuchniętymi od płaczu oczami, wtulając się w jego futro. Wszystko jej się mieszało, a głowa bolała przeraźliwie. Jakoś udało jej się dojść do legowiska. Była tam reszta rodzeństwa oraz Muszelkowy Nos, przesiąknięta zapachem Żabki, z również podkrążonymi oczami. Bez słów przytulili się wszyscy do siebie, a niedługo potem zasnęli w ciszy. Konwalijka zdawała sobie sprawę z tego, że płakała przez sen.
Był to ostatni dzień, w którym było jej to dane. Nigdy więcej. Przynajmniej tak sobie obiecała, powoli zasypiając, ze spojrzeniem skierowanym na łagodne pyski rodziny. Jej głowę wypełniała jedynie prośba, żeby nikt inny już jej nie zostawił.
<Bursztynek? lecz się chłopie>
[698 słów: Konwalijka otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

24 lutego 2021

Od Sowiego Pazura CD Jagodowej Mgły

Czemu wszystkie suczki w tym klanie są takie denerwujące? A do tego śmierdzi chorobą. Najpierw wyrywa go z zamyślenia, a potem jeszcze wymyka się z obozu. Dobrze wiedział, że lider jej nie pozwolił, po prostu nie chciał mówić. Milczenie to złoto. Nad czym się zamyślał wojownik? Nie nad czymś konkretnym, prędzej o tym, jaki to jest wspaniały. Zanim jeszcze Jagoda do niego podeszła… właściwie jak ona się nazywa? Już zdążył zapomnieć. Wiedział, tylko że Jagoda, ale jaka? Denerwująca? Oszroniona Gwiazda nie dałby jej tego, jednak pasowałoby. Denerwująca Jagoda? Jednak nie pasuje, bo ona jest… jak jej było? Jagodowe Serce? Nie to było coś na M. Jagodowy Mróz? Raczej nie. Jagodowa Mysz? O! Idealnie pasuje. Po chwili zastanowienia olśniło go. Oszroniona Gwiazda zwracał się do niej Jagodowa Mgło. Zepsuł mu marzenia. Co prawda to on zapomniał, ale uznajmy, że to on zepsuł jego marzenia. Wszystko by wyszło gdyby nie ten wścibski lider. Sowi Pazur i tak uważał, że powinna się jeszcze nazywać Jagodowa Łapa, jej mentor jak widać, nie umie trenować uczniów, za to on jest wspaniałym mentorem. No ba! Przecież on ogólnie jest wspaniały, mądry, i najważniejsze, piękny, cud. Chodzący ideał. Nie potrzeba niczego więcej. To po prostu Kropelkowa Łapa jest słabą uczennicą. Co się dziwić? Za energiczna, i taka dziwne ogólnie, a przynajmniej we wspaniałej, prawdziwej, jednej, niepowtarzalnej, pięknej, najważniejszej i cudownej opinii Sowiego Pazura.
Niestety, jednak już były dawno ciemne chmury na niebie, a do tego jej udało się znaleźć aż piętnaście ziół. Phi! Też mi coś, przecież on też tak umie, znaczy, potrafi znaleźć. Oczywiście, przecież nie jest jakimś szczeniakiem. Chociaż bał się, że zacznie padać deszcz. Jego piękne futerko ucierpi. Ono na to przecież nie zasługuje. Fatalna sprawa. Spojrzał na Jagodową Mysz, również znaną jako Jagodową Mgłę. Była z siebie dumna, było widać to po niej. Przyniosła tylko zioła, a ona się cieszy, jakby sama borsuka zabiła, lub przepędziła, na to samo wychodzi.
— To są zwykłe zioła — parsknął wrednie, przewracając oczami.
— Sam byś tyle nie zabrał! — syknęła dosyć donośne, jak na… siebie?
Chociaż i tak suczka wydaje się miła, to nie jest, i nie stara się nawet tego ukrywać. Ona po prostu jest taka jakaś pewna siebie, z tego co widać. Co mu się nie podobało.
— Ja bym tyle nie zabrał? Pf! Nie wiesz, z kim rozmawiasz — powiedział oczywiście ciągle tym swoim poważnym głosem.
Zanim suczka zdążyła odpowiedzieć, na jej nos spada pierwsza kropla z deszczu. Sowi Pazur spogląda na niebo, ta, zaczyna padać. A tak dobrze było. Spojrzał ponownie na Jagódkę. Była wyraźnie niezadowolona z tego powodu. Nie można było się dziwić. Wzdycha cicho, a na ziemię spadało coraz więcej kropel. Rozgląda się po jeziorze, również błagając w myślach Gwiezdnych, aby nie było burzy. Co prawda, Gwiezdni są tak samo wspaniali jak on, ale on jeszcze nie dostał jakiś nadzwyczajnych mocy poza wyglądu oraz umiejętności. Również dostrzegł jak na malutkie roślinki — przebiśniegi, mocno biją krople po ich płatkach. Zapowiadało się na ulewę.
— Głupi deszcz! — syknęła wojowniczka, ewidentnie nie zwracając się bezpośrednio do deszczu.
— Kochaj deszcz… — nie zdążył nawet dokończyć, kiedy suczka mu przerwała.
— Bo?
— Tylko on na Ciebie leci. — Przewrócił oczami, oraz odwracając wzrok z już mokrej suczki.
Wypadałoby znaleźć jakieś schronienie, a po co? Aby jego futro nie było już zaraz całe mokre. Ona niech sobie moknie. On jest ważniejszy, jednak z drugiej strony… niedawno co dopiero była leczona, dlatego jak się znowu rozchoruje, to będzie mieć jakiś dowód na to, że wyszła bez pozwalania, albo dostanie burę za to, że jej nie odesłał. Wolał jednak nie dostać bury, ale jak ona nie będzie chciała za nim iść, to już nie będzie jego wina. Co zrobi Sowi Pazur? Oczywiście ruszył w stronę magazynu, a przynajmniej dopóki nie usłyszał drwiącego głosu Jagodowej Mgły.
— Już tchórzysz? Przed chwilą mówiłeś, abym kochała deszcz — parsknęła. Ona naprawdę chyba chce go denerwować, nie to, że wszyscy tego nie robią. Odwrócił pysk w jej stronę.
— Ja przynajmniej jak widać, mam jakiś rozum.
— Boisz się!
— Czy ja wyglądam, jakbym się bał?
Co prawda, już jego puchate futro, teraz przylegało mu prawie do skóry, to i tak zachowywał powagę. Co na pewno nie było przyjemne, wolał jak jego piękne, puszyste, wspaniałe, lśniące futro wraz z nim się poruszało, a nie. Przykleiło się, a do tego już nawet miał wrażenie, że coraz bardziej mu uszy opadają, ciężkie były. Na pewno Jagoda też czuła, że coraz bardziej jej futro robi się mokre, i ciężkie.
— Wyglądasz jak szczur — stwierdziła po chwili Jagodowa Mgła.
— Ty nie lepiej — stwierdził również szybko.
Wypadałoby tutaj też określić jakieś zasady. Na pewno jego pierwsza i druga zasada się tu przyda, ale reszta, jest pod względem co do psa. Nie każdy potrzebuje tych dodatkowych zasad. Wywraca ponownie oczami i rusza znowu w stronę obozu, jednak widząc kałużę przed sobą, już mu się odechciało. Deszcz bardzo szybko zaczął padać. Najpierw go nie było, a potem pojawił się znikąd. Spojrzał ponownie na Jagodową Mgłę, która patrzyła na niego, jak rezygnuje przez kałużę.
— No i co? Nagle taki odważny? — prychnęła lekceważąco.
— Nie jestem świnią, aby taplać się w błocie, no, chyba że chcesz zaprezentować. — Przewrócił oczami ponownie, pokazując na ową kałużę. Już to widzi, jak próbuje przez to przejść, no jasne.
— Po prostu nie umiesz — naśladowała go suczka, co go trochę zdenerwowało.
On nie da rady? On by dał radę, gdyby mu się chciało. Jednak nie chce być jeszcze bardziej mokry, a tym bardziej, kiedy tu jest tak brudno. Ble! Sowi Pazur, i jego futerko na to nie zasługuje. Kto wymyślił to? Przez kłótnię z nią, nie zauważył kiedy minęło tyle cennych chwil, w których mógł zrobić tyle rzeczy. Ale nie, on musiał pójść po jakieś zioła, z chorą wojowniczką. No pięknie, tego brakowało. Syknął pod nosem przekleństwa, oczywiście tak — aby Jagodowa Mgła tego nie usłyszała. Najchętniej to by ją wyzywał od wszystkiego, co najgorsze, jednak próbował się powstrzymywać. Co go ratowało, od jej rozszarpania. Co prawda, jeszcze mógłby się wywrócić na błocie, próbując ją złapać. Nie jest najszybszy, to trzeba przyznać. Dlatego też próba jej zabicia wychodziła z jego puli, co może zrobić. Również co by inni pomyśleli? Sowi Pazur zabójca? Aż tak to może nie… dlatego też opinia innych jest cenna. A tym bardziej pozytywna, ach! Chociaż wszyscy wiemy, że opinia Sowiego Pazura jest najważniejsza, najlepsza i wszystko, co najlepsze. Jednak jak ktoś go chwali, to przynajmniej ktoś ma mu to odwagę powiedzieć. 
<Jagodowa Mgło?>
[1051 słów: Sowi Pazur otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Jazgotu — „Pora Nagich Drzew według Dwunożnych” [przygoda #15]

Stanął mocno na łapach. Kołysał się lekko w prawo i lewo, sprawdzając swoją postawę. Wpatrywał się uważnie w oczy Pyłu. Starszy pies delikatnie się uśmiechał. Często zaczynał się uśmiechać, gdy już trochę się rozgrzali. Potrzebowali chwili, by znaleźć miejsce, które spełniało jego standardy czystości. Pył powiedział, że nie chce upadać na brud, a Jazgot miał zamiar się upewnić, że spotka się z ziemią.
Zaatakował. Biegł na niego prosto i Pył oczywiście postarał się odsunąć. Jazgot już to przewidział. Wykręcił i wpadł na samca z całym swoim impetem. Zabolała go przy tym łapa, za mocno ją wykręcił. Pył upadł, przygnieciony uczniem. Jazgot szybko się pozbierał i postarał się go przygwoździć. Wojownik wykręcił się spod niego. To był nieprzyjemny ruch, ale instynkt zadziałał i uderzył Pyła w pysk łapą. Oby nie został ślad. Samiec syknął, więc nadzieja chyba była płonna. Jazgot wykorzystał moment. Wtedy doskoczył i przycisnął jego gardło. Nie chciał mu zrobić krzywdy, ale mieli zasady. Póki osoba nie uderzyła ogonem trzy razy w ziemię, mieli walczyć.
Jazgot zaczynał się już niepokoić, bo Pył ciągle miał błysk walki w oczach. Przycisnął jeszcze mocniej. W końcu samiec przestał się wyrywać i nareszcie zasygnalizował poddanie się. Wtedy nareszcie Jazgot wypuścił z siebie wstrzymywane powietrze i odsunął się.
— Stajesz się ciężki. — Wojownik wstał i się otrzepał. – Ale wciąż brakuje ci finezji.
— Nie wytrenowałem jej. Mam jeszcze czas — odpowiedział z uśmiechem. — Czy starczy na dziś? — zapytał. Pył pokiwał łbem. Tylko trochę go to zasmuciło, ale postarał się tego nie pokazywać. W końcu męczył go już od paru godzin.
— Co robisz dalej, idziesz na patrol?
— Patrol już wyszedł — odpowiedział. A, tak, zapomniał.
Kasztan uczestniczył dziś w patrolu przecież i tym razem Jazgot musiał odmówić. Powiedział, że jest zmęczony i chce sobie poleżeć. Nie chciał, żeby jego mistrz wiedział, że trenuje z innymi psami. Miał nadzieję, że nikt tego mu nie przekaże, ale plotki roznosiły się szybko. Jeżeli te tematy były dla niego ciężkie, to nie chciał ich wyciągać. A z drugiej strony już potrafił sobie wyobrazić zawód na jego pysku, gdy dowie się, że Jazgot znalazł sobie innych trenerów. Planował nauczyć się wszystkiego i postawić Kasztana przed faktem dokonanym, tak, by samiec nie mógł się martwić.
— Pozbieramy zioła?
— Co ty towarzyski dziś jesteś? — Jazgot zarumienił się i spojrzał na własne łapy.
— Nie jestem, wydaje ci się — prychnął. — Pozbieram sam. Ty też powinieneś! — Samiec tylko przewrócił oczami.
To całe zbieractwo sprawiło przynajmniej, że nauczył się paru rzeczy. Nie miał może żadnej specjalnej wiedzy medycznej, ale poznał parę ziół, które były przydatne. Zaczynało go nieco męczyć chodzenie po nie samodzielnie. Czuł, jakby oddalał się od Kasztana, przez swoje kłamstwa. Mlecz miał swoje zajęcia, Nieuchwytki za to nie widział już od kilku księżyców. Nie chciał tego przyznać, ale chyba naprawdę stał się samotny.
Zaczynało się już ściemniać. Jazgot krążył dookoła cmentarza. Rzadko zdarzało mu się tam teraz zachodzić. Za bardzo kojarzyło mu się z wujkiem Richiem. Wszystkie inne psy z czasem straciły w jego głowie tytuły wujków i ciotek, jakoś samo z siebie to zaszło. Richie tylko pozostał.
Jazgot nazbierał nieco krwawnika, bo na pewno się przyda. Przy nagrobku znalazł odpowiednie zioła i spróbował przesunąć go podnieść, by się do nich dostać. Z pełnym pyskiem wylądował u medyka. Szrama z nim rozmawiała, więc tylko podrzucił roślinki na miejsce i wyszedł bez słowa. Miękka patrzyła na niego nieco dziwnie. Dziś nie miał ochoty z nią rozmawiać. Zawsze zmuszała go do myślenia.
Nie mógł znaleźć Mlecza, Pył miał go dość, Kasztan z Miętą poszli na patrol. Świerzbiły go nogi. Nie mógł usiedzieć w miejscu.
Teraz rzadziej wychodził do miasta, ale nadal bardzo dobrze się w nim odnajdywał. Rozpoznawał te drobne różnice w zapachach konkretnych miejsc. Znał fragmenty chodnika, które powinno się przeskakiwać i miejsca, gdzie potwory dwunogów wyskakiwały znikąd. Było mu dobrze. Smutno, ale całkiem dobrze. Oglądał się tylko co chwila, spodziewając się zobaczyć mordercę za sobą. Nie było nikogo, tylko ulice pełne dwunogów. Wysiadali ze swoich potworów i szli w tym samym kierunku. Postanowił za nimi podążyć.
Część dwunogów zwracała na niego uwagę, zwłaszcza ci z maluchami. Jazgot zwinnie wymijał ich długie nogi. Tylko raz prawie wszedł pod potwora, ale odskoczył, wiedząc jego świecące oczy. Nie był pewien, gdzie właściwie zmierzali. To było niemal przyjemne. Idąc przed siebie, w tej wielkiej grupie, czuł się lepiej. Wiedział, że nie mieli pojęcia, kim był, ale niemal potrafił sobie wmówić, że nie jest sam.
Najpierw wydawało mu się, że to oczy potworów. Dopiero potem zrozumiał, co widzi. To były gwiazdy przyczepione do słupów, do ścian, do płotów. Stał, patrząc na nie jak zaczarowany. Kiedy to się stało? Jak? Nie był w stanie oderwać wzroku. Jak oni byli w stanie tego dokonać?
Ktoś na niego nadepnął i przerażony Jazgot odskoczył. Wpadł na innego dwunoga i ten krzyknął. Przedostał się do jednej z lamp i skulił się pod nią, starając się stać niewidzialnym. Zdenerwowany dwunóg, nie patrzył nawet już w jego kierunku. Zamiast tego zainteresował się bliskimi gwiazdami. Jazgot zrobił to samo.
To jakby, znalazł się w innym świecie. Czemu nie było tak wcześniej? Czy on jakimś sposobem to przeoczył?
— Hej? — usłyszał za sobą. Obrócił się szybko i najeżył, zanim zdążył nawet pomyśleć. Stał tam pies. Duży, przypominający mu bardziej owłosionego Dyma i na dodatek był czysty. Jazgot sam dbał mocno o zachowanie ładnego futra, ale ten pies… ten pies miał jedynie błoto na łapach, nigdzie więcej. Niemal błyszczał z tej czystości.
— Kim jesteś? — zapytał się Jazgot, tylko trochę się rozluźniając.
— Graham — powiedział i jak poruszył pyskiem, coś błysnęło pod jego sierścią. Obroża. Czyli Pieszczoch. Jazgot opuścił ogon i uniósł nieco łeb. — A ty?
— Jaz… Nazywam się Jaz — skłamał dość gładko. Nie wiedział, jakie pieszczochy mają stosunki do klanów, ale zapewne nie miały za dużo miłości do Bezgwiezdnych. Nikt przecież nie miał. Pies popatrzył na niego i przechylił łeb w bok.
— Miło cię poznać, Jaz. — Uśmiechnął się delikatnie, jakby bał się pokazać zęby. — Nie jesteś stąd, prawda?
— Niezupełnie — powiedział, starając się dobrze dobierać słowa. Kłamanie w żywe oczy było trudne, znacznie lepiej sobie radził, gdy mógł wtrącać jakieś ziarenka prawdy. — Trzymam się raczej krańców miasta. Postanowiłem się wyjątkowo przejść do centrum. Ty? Mieszkasz tu?
— Niezupełnie — zaśmiał się pies. Jazgot nie wiedział, czy jego radość i rozluźnienie go cieszy, czy może martwi. Pozostał uważny. — Mieszkam trochę za rynkiem. Wyszedłem, bo to ostatni dzień światełek świątecznych. Jakoś w tym roku moi państwo nas na nie wzięli.
Moi państwo. Jazgot aż zadrżał na dźwięk tych słów. Pozwolić się zniewolić. Dać innej rasie całkowitą kontrolę nad sobą. Słyszał o tym tyle opowieści, a ten pies mówił o tym, jak o czymś normalnym. Zwyczajnym. Czy pies może być aż tak ślepy, by nie dostrzegać własnych łańcuchów?
— Może chciałbyś się ze mną przejść? — zapytał. Jazgot zawahał się.
— Nie dziękuję — powiedział w końcu z ciężkim sercem.
— Na pewno? Uwierz mi, to nie problem. I tak zmierzam w tamtym kierunku. — Wskazał łbem w stronę głównej ulicy. — Przydałoby mi się jakieś towarzystwo. Wiesz, trochę samotnie jest tak chodzić wśród ludzi, którzy mnie nie znają.
— Ludzi? — wyrwało mu się to niechcący.
— Ach, nie używacie tego określenia, prawda? Wiesz, dwunogów.
Ludzie. Dziwne określenie. Zapamiętał je, na wszelki wypadek.
— Dobrze, możemy się przejść — powiedział, jakby łaskawie się zgadzał na propozycję psa. Wiedział jeszcze, gdzie jest. Póki kojarzy rejon miasta, nie miał co się niepokoić. Nauczył się walczyć i wiedział, jak biec. Da przecież radę. Postanowił się pilnować i nie spuszczać wzroku z otoczenia. Uczył się być wojownikiem, jakby co, pokona przecież jakiegoś pieszczocha.
Poza tym, światła. Naprawdę starał się walczyć ze swoim zdziwieniem. To było… niesamowite. Nie szli środkiem, tylko bokiem, by nie wpadać za bardzo na dwunogów, nie, ludzi. Nie dość, że dali radę zawiesić gwiazdy na słupach, a dodatkowo dali radę wrzucić więcej na nieboskłon. Czuł, jakby miały zaraz opaść na niego.
W budach, rozstawionych po targu, stało jedzenie. To było coś innego niż zwykle. Nie czuł tylko i wyłącznie mięsa, ale jakieś nowe zapachy. Nie umiał tego nawet nazwać. Jakby było czymś słodziutkim, a jednocześnie jakieś bardziej… miodowe? Leśne? Nawet jeśli nigdy nie postawił łapy w prawdziwym lesie, to potrafił sobie to odpowiednio wyobrazić. Wyciągnął łeb w górę, starając się złapać jak najwięcej zapachu. Próbował zapamiętać je jak najlepiej, mając wrażenie, że znikną z jego pamięci, jak tylko wyjdzie spod gwiazd.
— Co o tym sądzisz?
— Hm? — Jazgot spojrzał na psa. Uśmiechał się do niego trochę dziwnie. Jakoś tak przyjacielsko. Postarał się odpowiadać równie przyjemnie, żeby samiec się nie zasmucił.
— O Gwiazdach. Czy nie jest to dla ciebie jakieś… bluźniercze? — zapytał Graham. Przez chwile nie był pewien, o czym samiec mówi.
— A, Gwiezdni? Niespecjalnie. — Spróbował zobaczyć coś pomiędzy światełkami, ale nie był w stanie dostrzec czegokolwiek między światełkami. — Nie jestem wierzący.
— A myślałem, że wszystkich klanowiczów łączy wiara. — Jazgot zamarł, ale szybko postarał się przywrócić sobie spokój.
— Skąd pomysł, że jestem z klanu?
— Patrzyłem na ciebie i nie wydajesz się być włóczęgą. A jest na tobie za wiele zapachów, byś mógł być samotnikiem. Zostają klany. Ale nie musisz mi mówić, jak nie chcesz. — Uśmiechnął się do niego ponownie i zwolnił krok, by dostosować się do Jazgota. — Rozumiem, że pewnie wolałbyś nie zdradzać nic pieszczochowi.
Spojrzał na niego. Próbował rozpracować, ile ten pies miał lat. Na pewno nie był młody, rozpoznawał to po głosie, ale przez to całe zadbanie ciężej było mu rozpracować wiek. Wydawał się być całkiem sprawny, nie powinien być zbyt stary.
— Czemu żyjesz z ludźmi? — zapytał się. Pies zamyślił się przez chwilę.
— Bo lubię. Dobrze mi jest z nimi. Nie muszę się niczym martwić, jestem zadbany i bezpieczny. To jak bycie w klanie, tylko z innym gatunkiem. Rozumiesz, prawda?
Nie, nie rozumiał. Nie wiedział, czy potrafi rozumieć. Ten pies wydawał się miły, przyjemny, normalny. Mógł uciec z klatki, a jednak właśnie tam wracał? Dlaczego? Dlaczego wolał wybrać ich zamiast swoich?
Dotarli do świecącego drzewa. Jazgot zatrzymał się, by na nie popatrzeć. Miał wrażenie, że wszystkie kolory tego świata świeciły właśnie przed jego oczami. Błyskały tysiącami, milionami świateł i blaski odbijały się od wiszących kryształów.
Graham dał mu czas. Usiadł z boku i pozwolił mu patrzeć, Jazgot nie był pewien, ile czasu minęło. Jakiś dwunóg błysnął swoją maszyną na niego. Wtedy uznał, że musi się zbierać. Wzbudzał już za duże zainteresowanie. Ociągał się jednak, jeszcze jeden, ostatni raz obszedł drzewo dookoła. Miał nadzieję, że zastąpi mu mordercę w snach. Wrócił do Grahama.
— Jutro już tego nie będzie? — Chciał pokazać to wszystko Mleczowi.
— Niestety. — Pies pokręcił łbem — Za rok znowu będziesz mógł je zobaczyć.
— Szmat czasu — westchnął i ruszył za psem.
Świateł powoli było coraz mniej i mniej. Okrążyli już rynek i na nowo przechodzili przez targ. Zbliżali się niebezpiecznie do granic z Flumine. Jeszcze nie czuł ich zapachów, ale wiedział, gdzie powinny się zaczynać. Chociaż milczeli przez większość drogi, było mu dobrze. Lepiej milczeć z kimś, niż samemu.
— To tu. — Pies wskazał łbem na ładny, duży domek z ogródkiem i jasnymi ścianami. — Moi państwo wyszli dziś, więc może chcesz wskoczyć do nas. Moja ukochana pewnie będzie chciała cię poznać.
— Ukochana?
— Też miała do czynienia z klanami. Raczej jej nie znasz, jak tak patrzę, ale moglibyście pogadać o jedzeniu szyszek i kopaniu dołów.
— Tak, to jest dokładnie to, co robią klany — zaśmiał się Jazgot. — Dziękuję ci — powiedział w końcu. - Przydał mi się ten spacer.
— Mogłem się domyślić, patrząc na to, jak krążyłeś zagubiony. — Poklepał go łapą w kark. — Powodzenia Jaz. Wpadnij, jak kiedyś będziesz miał czas. Mój płot jest zawsze możliwy do przeskoczenia.
— Pewnie zapamiętam. — Odwrócił się jeszcze, by zobaczyć, jak Graham jednym, sprawnym ruchem przeskoczył przez ogrodzenie. Wiatr zmienił kierunek i Jazgot pozwolił mu owiać swój pysk. Przez moment przyszedł do niego dziwny zapach. Taki… ciepły, ale ziemisty, jak mleko i opadłe liście. Jak dom.
Jazgot pokręcił łbem. Wrócił do domu truchtem, wchodząc na tereny od strony cmentarza. Czekała na niego Miękka, siedząc przy oknie, spokojna jak zawsze. Kazała mu w ramach kary, za ucieczkę, sprzątać legowisko. Było warto.
Gdy zasypiał, morderca znów się pojawił, ale był oświetlany w snach milionami nowych gwiazd. 
[1969 słów: Jazgot otrzymuje 19 Punktów Doświadczenia +10 za przygodę, 4 Punkty Treningu i w ogóle jest kox bo nawet Szrame terminator wyleczył]