Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różany Nos †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różany Nos †. Pokaż wszystkie posty

5 września 2020

Czystka

Przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego musieliśmy zrobić czystkę. Z tego powodu musimy pożegnać część postaci.
Przyczyna śmierci: przypadkowe podanie trujących ziół przez Laurencego
Odchodzi do: Coelum

Przyczyna śmierci: uduszenie się dymem w palącym się budynku Dwunożnych
Odchodzi do: Coelum

Przczyna śmierci: odwodnienie
Odchodzi do: Coelum

Przyczyna śmierci: upadek z dużej wysokości
Odchodzi do: Coelum

22 czerwca 2020

Od Różanego Nosa CD Irysowego Serca

Różana, o dziwo, nie była jakoś wielce przerażona stanem ciemnego szczenięcia. Zerknęła na psiaka spod przymkniętych powiek i odetchnęła głębiej, nie dając po sobie poznać żadnych emocji. Nie miała bladego pojęcia, czemu w środku nie poczuła ukłucia strachu o młodziaka, ale wytłumaczyła to sobie intuicją i wyrobieniem w zawodzie, gdzie często miała do czynienia z rannymi. Zatrzepotała jedynie rzęsami i polizała Opalową Łapę, chcąc go podnieść na duchu
— Nie martw się, dobrze? — łaciata ponownie zatopiła pysk w futrze świeżo opatrzonego szczeniaka — Twoja rana na łapie jest dość głęboka, ale żadne ścięgno nie zostało naruszone. A bok cię trochę poboli, bo posiniaczyłeś sobie żebra.
— A będę mógł biegać?
— Kochanie, oczywiście, że tak — Różana posłała mu czułe spojrzenie — Nie zadawaj takich głupich pytań. Jestem pewna, że już za trzy księżyce będziesz mógł wyjść z mojej nory i robić co tylko zechcesz.
— Nie jestem tego taka pewna — wtrąciła głośno Iryska, której boki nadal niespokojnie drżały — Ja ci dam takie straszenie mnie... Jeszcze chwila i to ja bym potrzebowała pomocy Różanego Nosa.
Ruda ułożyła się obok szczeniaka i położyła swój łeb tuż obok niego, ciężko oddychając. Dwa psy tworzyły obraz czegoś na podobieństwo matczynej miłości. I choć Irysowe Serce nie było matką czekoladowego, to tak czy siak musiała darzyć go silnym uczuciem. Łaciatą naprawdę podnosiły na duchu takie sytuacje. Momenty, choćby podobne do tego rozgrywającego się na jej oczach, naprawdę utwierdzały ją w przekonaniu o sile i dużej wartości swej profesji. Z dużym trudem trąciła miedzianą nosem i ruszyła w stronę wyjścia z jej kryjówki.
— Myślę, że Opalowa Łapa powinien trochę odpocząć — na te słowa obie suczki ruszyły i wygrzebały się z wnęki, wdrapując się po korzeniach starego dębu.
 Gdy tylko znalazły się na zewnątrz, ciepły wiatr zmącił ich futra. Okolica wokół jej leża była opustoszała i jedyne, co można było usłyszeć, to ciche poćwierkiwanie nocnych ptaków i szum liści. Różana mimowolnie się uśmiechnęła, obracając się w stronę Irysowego Serca. Suczka, której futro wydawało się być wyblakłe przy świetle księżyca, wydawała się nad czymś głęboko zastanawiać, choć łaciata nie wiedziała, co mogłoby być obiektem jej rozmyślań. Przecież Opalkowi nic poważnego nie grozi... Nagle jednak zdała sobie sprawę, że nie wszystko zostało tak naprawdę do końca wyjaśnione. Zaskoczenie uderzyło ją jak grom prosto z nieboskłonu, nie dając ani chwili na zwłokę.
— Słyszałaś co powiedział? — wymamrotała, próbując sobie odświeżyć we łbie konkretne słowa szczeniaka — Wspominał coś o dwunożnych i Nakrapianym Uchu...
— Martwi mnie cała ta dziwna sytuacja — powiedziała po chwili ruda i potrząsnęła swym bujnym ogonem — A co się tak właściwie stało z Nakrapianą? Gdyby wróciła, to pewnie byłaby z Opalową Łapą.
Różana zmarszczyła brwi. Nie była pewna tego, co ma teraz zrobić. Nie chciała zostawiać rannego szczeniaka samego, ale raczej mu tutaj nic nie groziło — chwilowo zaginiona suczka mogła natomiast potrzebować pomocy. Na niebie już dawno zawitał Księżyc i cały klan był na miejscu — wyznaczeni wojownicy trzymali wartę a reszta członków spała — Opalek więc był tu bezpieczny.
— Myślę, że chyba powinnyśmy ją poszukać, ale czy to dobry pomysł? — zapytała ostrożnie łaciata, choć w głębi serca wiedziała, że i tak pójdzie jej szukać, niezależnie od decyzji stojącej przed nią Iryski — Co o tym sądzisz?
 Skończyło się na tym, że obie suczki brodziły teraz w krzakach, nawołując Nakrapiane Ucho. Mimo, iż Wilczy Pysk, którego zapytały się zgodę nie pozwolił im na wyjście w pojedynkę, to Różana zdołała go jakoś przekonać. Tamten, choć sam chciał wyruszyć i pomóc, z trudem zadecydował, że zostanie. Lider nie był w najlepszym stanie a on sam musiał trzymać łapę na klanie i odeprzeć ewentualny atak wrogich psów. Wysłał więc trójkę wojowników, która aktualnie szukała wraz z nimi Nakrapianej w innych częściach obrzeży miasta. Według Opalowej Łapy to właśnie tam wybrali się na polowanie, które poniekąd przerwali dziwni ludzie wraz z ich skrzypiącymi potworami i dziwnym zapachem. I choć Różany Nos starała się z niego wydobyć trochę dokładniejsze informacje co do miejsca czy wydarzenia, to nic nie wskórała — każda odpowiedź Opalowej Łapy albo wymijała temat albo nie wnosiła nic nowego do dyskusji. Zmuszone więc były działać na własną łapę, doszukując się teraz samodzielnie pozycji Nakrapianej. Łaciatą suczkę cała ta absorbująca sytuacja nieco denerwowała, choć nie cieszyła się z prawdopodobieństwa, że jeden z członków klanu może być ranny. I choć to, co robiły, było ryzykowne, to w tym wypadku Różany Nos nie mogła zaakceptować Kodeksu i tej jednej zasady, która wbrew pozorom, mogła być krzywdząca dla tej niczego winnej, potrzebującej i być może rannej jednostki.
— Już jest wysoki księżyc a my nadal jej nie znaleźliśmy — wyszeptała Różana i zawiesiła łeb, gdy tylko z gąszczu wyłoniły się psy, które szły od innej strony — A co, jeśli ci ludzie coś jej zrobili?
Tak. Różany Nos strasznie się martwiła i choć cała piątka ryzykowała życiem, przechadzając się nocą po terenach Dwunogich, to nikt nie myślał o tym w ten sposób. Klan był klanem i klan musiał być silny — robił to zazwyczaj przez dbanie o swych członków. Nagle jednak wszystkie psy podniosły łby do góry i ochoczo się rozejrzały, bo do ich nozdrzy doszedł zapach ciepłej krwi. Jeśli nosy przekazywały im dobrą informację, to musiała być to posoka sarny bądź kozła. Stworzenia, którego nikt nie miał w pysku, kiedy Quintus bezwiednie przepędził ich z dawnych terenów.
— Pomożecie mi czy macie zamiar tak stać? — głos rozległ się z tyłu, więc zaskoczeni obrócili łby w tamtym kierunku — Jest mi ciężko. Różany Nos wzięła wdech, jednak nie potrafiła wydobyć z siebie nawet szeptu. Podbiegła w jego stronę, chcąc sprawdzić, czy nic jej nie jest. Nakrapiane Ucho trzymało w pysku średniej wielkości cielaka a ona sama była cała we krwi upolowanego zwierzęcia. Różana trąciła ją nosem, widząc, że chyba nic jej nie jest.
— Czemu nie powiedziałaś nikomu, że idziesz na polowanie? Teraz nie wiedzieliśmy, gdzie cię szukać a co dopiero gdybyś wyruszyła dalej! Na wszystkie Gwiazdy, i gdzie ty polowałaś, że doszukałaś się tej zdobyczy? Na drugim końcu lasu? — Różany Nos nie okazała swych burzliwych uczuć, jakie nią targały — I czemu zostawiłaś Opalową Łapę samego?
Ciemna medyczka była wściekła nieodpowiedzialnością, jaką wykazała się młoda wojowniczka. Suczka myślała, że tamta ma coś więcej w tym swoim łebku, aniżeliby szczenięce pomysły. Doceniała jednak jej lojalność wobec klanu i dbanie o niego, nawet jeśli miało to pogwałcić kilka zasad. Gdyby tylko Nakrapiane Ucho nabrało trochę pokory i trochę bardziej respektowało prawo klanu. Natomiast na ostatnie pytanie Nakrapiana odwróciła się w stronę łaciatej z wyraźnym zaskoczeniem w ślepiach.
— Nie brałam nikogo ze sobą — powiedziała cicho, nie spuszczając spojrzenia swych jasnych oczu z Różanego Nosa — Nie ryzykowałabym życia jakiegoś głupiego uczniaka.

<Irysowe Serce?>
[1047 słów: Różany Nos otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

18 czerwca 2020

Od Różanego Nosa CD Irysowego Serca

    Różany Nos zmarszczyła brwi i fuknęła coś niezrozumiałego. Cała ta sytuacja zahaczała o coś niezwykle dziwnego, choć suka wcale nie dziwiła się zjeżonej sierści na grzbiecie rudej. Sama miała pewne wątpliwości co do obcych, ale nie pozwoliła, aby na jej pysku zamalował się niepokój. Choć ruda trzymała swe nerwy na wodzy, to Różana czuła, że jeszcze chwila, a rzuci im się do gardła i zagryzie ich medyka. Tak czy siak, oni mają tutaj przewagę liczebną i to one byłyby zdane na ich łaskę — taka możliwość doprowadzała Różany Nos do szału. Chyba, że zdołałyby uciec. Ciemnooka mimowolnie wytypowała sobie w głowę trasę potencjalnej ucieczki, biegnącej pomiędzy ruinami starego dworca. Przez chwilę psy trwały w ciszy, ewidentnie szukając słabych stron u swego przeciwnika.
    Słowa tego kurdupla mimowolnie sprawiły, że w ślepiach medyczki zabłysł ognik złości. Może i byli równej postury, ale ona na pewno byłaby szybsza, choć pies akurat wyglądał na dość zręcznego. Ugh, akurat teraz musiały wpakować się w takie bagno? Nie miała bladego pojęcia, że zwykła wyprawa może być w tych okolicach aż tak niebezpieczna. Choć... czemu by tego nie wykorzystać na ich korzyść? Wiedza innego medyka mogłaby okazać się niezwykle przydatna w czasach, w których brakuje zapasów i roślin — mimo dogodnej pory a zwyczajowe spotkania psów danej profesji się nie odbywają.
    — Nam także nie odpowiada perspektywa bezcelowego skakania sobie do gardeł — Różana opuściła wargi, zasłaniając kły i w pokojowym geście stanęła tuż obok Irysowej. Słowa skierowane w stronę Irysowej mimowolnie pominęła, nie chcąc jeszcze bardziej prowokować sytuacji.
Przekręciła nieco głowę i wlepiła swe spojrzenie w medyka otoczonego przez trzy psy. Nie widziała sensu jakiejkolwiek walki. Nic by to nie wniosło, oprócz poobijanych i ledwie idących zwierząt, które w kilka sekund straciłyby całą swoją przydatność dla klanu. Zgrupowania, które nadal nie miało łatwo.
    — Przynajmniej w jednym się rozumiemy — fuknął i stanął w małej odległości od pyska medyczki — Raczylibyście się przesunąć? Nie chcę tutaj przeczekać całej wieczności zanim ruszycie swoje leniwe tyłki i sobie pójdziecie, zostawiając mnie w świętym spokoju.
    Różana uniosła brwi w nieukrywanym zaskoczeniu, nie wiedząc, w jaki sposób mogłaby odpowiedzieć obcemu. Nie spodziewała się takiego odzewu, mając gdzieś z tyłu przekonanie, że psy  z innego klanu będą nieco bardziej przyjazne. Nie wymagała wiele, ale teraz wszystkie jej nadzieje zostały starte na proch. Suka uniosła łeb i westchnęła dobitnie, jakby mając już dość. Czuła ich zapachy mieszające się z ziołami, choć chciała złapać klarowną woń obcych — następnym razem wiedziałaby już, że poznała te psy z bliska i w miarę by je kojarzyła.
    — Szkoda — powiedziała po chwili i odwróciła się na pięcie, nie chcąc tracić czasu — Weźmiemy to, czego szukamy i odejdziemy. Idziemy?
    Irysowe Serce pokiwała głową, nie spuszczając spojrzenia z intruzów i nie rozluźniając mięśni. Brązowa cieszyła się, że tak to wszystko się potoczyło. Walka nie była dobrym pomysłem a na dialog najwyraźniej za wcześnie... albo oni wszyscy, włącznie z suczkami, nie byli na niego gotowi. Różana wyłapała, jak rudawa oblizuje pysk po wypuszczonych kwiatkach i mimowolnie na nie zerka, kierując się w jej stronę. Suczka dogoniła brązową i zrównała z nią krok.
    — Wiesz, że to nie był rumianek, prawda? — powiedziała ściszonym głosem, ewidentnie nasłuchując.
    — Z przykrością mi to stwierdzić, ale tak — Iryska uśmiechnęła się leciutko i obróciła, by spojrzeć na kilka psów w tyle z nosami przy ziemi — Co o nich sądzisz?
    — Chyba... — łaciata przeciągnęła, chcąc mieć chwilę na zastanowienie się — Chyba nie mam jeszcze o nich zdania. W sensie, że nie wiem, czy mogę im ufać choćby w najmniejszym aspekcie. Na pierwszy rzut oka wydają się specyficzni, ale to w końcu niemalże nasi pobratymcy. A to, że są z innego klanu i nie są do nas przyjaźnie nastawieni, to już inna sprawa...
    — A zioła? — ruda przerwała i rozejrzała się wokoło — W końcu po to tu przyszłyśmy a ta czwórka nam przerwała ich szukanie...
    Różana zmarszczyła brwi i zatrzymała się, Iryska miała rację. Podniosła nos najwyżej jak potrafiła, niemalże stając na tylnych łapach i wzięła głęboki, powolny wdech. Jedyne co czuła, to rumianek.
    — Weźmiemy trochę tego rumianku. Chodźmy, słońce już jest nisko.
    Na tereny klanu wróciły już po zmroku, niosąc w pyskach pęczki rumianku. Różana czuła, jak jej zmęczona dzisiejszą wyprawą łapy, wołają o pomstę do nieba.
    — Dzięki za pomoc — Różany Nos uśmiechnęła się szeroko i skierowała swe spojrzenie w stronę rudej, która już miała wychodzić z jej nory — Gdyby nie ty, pewnie bym tyle go tu dzisiaj nie przyniosła.
<Irysowe Serce?>
[722 słowa: Różany Nos otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

6 kwietnia 2020

Od Riley CD Rysy

Riley uśmiechnęła się. Będąc szczerym, propozycja ciemnookiej nieco ją zaskoczyła. Zazwyczaj inne osobniki nigdy nie proponują swego wolnego czasu, aby pomagać medykowi szukać ziół - a w szczególności wojownicy, którzy zawsze mają coś do roboty. Do ich obowiązków należy przecież nieustanne patrolowanie naszych nowych ziem, obrona terenów czy choćby ciężkie polowania na zwierzynę, której jest teraz tak mało... Swój wolny czas przeznaczają zazwyczaj na odpoczynek czy spanie, a nie na nudne, często bezcelowe, wałęsanie się po lesie. Medyczka subtelnie przekręciła łebek i zerknęła z ukosa na Rysę, która zmrużyła nieco ślepia pod wpływem jaskrawych promieni słońca. Wiatr plątał jej sierść o rudawej barwie i sprawiał, że samica wyglądała na większą niż w rzeczywistości. Po chwili miedzianowłosa złapała i odwzajemniła spojrzenie, uśmiechając się szeroko. Riley nie darzyła wcześniej Rysy większą uwagą niż innych członków klanu, ale mimowolnie czuła, że może się to zmienić. W otoczeniu suczki czuła się naprawdę swobodnie i nie miała ochoty uciekać, mimo, że przebywały ze sobą już trochę czasu.
— Czemu tak właściwie nie? — powiedziała dość radośnie, jak na nią samą i odwróciła się frontem do Rysy — Prowadź więc do tego miejsca... nigdy wcześniej nie słyszałam tej nazwy. Jeśli znajdę tam choć kilka ziół, których potrzebuję, będę ci dozgonnie wdzięczna!
Wojowniczka kiwnęła głową i ruszyła szybszym krokiem w stronę wydm, majaczących się przy końcu plaży. Riley dopiero po chwili zauważyła, że niemal biegnie i mimowolnie rzuciła rudej wyzwanie, które ta, o dziwo, przyjęła. Piach wytrysnął spod ich łap, gdy suczki wyskoczyły i karkołomnym biegiem popędziły w stronę obranego celu.
Opuszczony dworzec wywarł na Riley ogromne wrażenie, choć nie pozytywne. Monumentalna budowla, która wyszła spod spiczastych łap Dwunogich, była przerażająca i budziła w młodej medyczce jedynie lęk, przed potęgą Dwunogich i odrobinę podziwu. Jedynie Rysa, która raźnie parła do przodu, sprawiała, że Riley jeszcze jakoś za nią człapała. Czekoladowa cały czas rozglądała się pełna niepokoju, wyraźnie widziała dawne ślady obecności Wysokich. A co, jeśli by tutaj wrócili?
W pewnym momencie miedziana zatrzymała się na śliskiej, szarej skale i głęboko odetchnęła, wyraźnie zadowolona. Riley westchnęła i uniosła oczy ku górze. Chciałaby mieć tyle odwagi, co ona.
— Czujesz? Tylko kilka razy, gdy byłam u ciebie, wyczułam ten zapach — zawołała i obróciła się w stronę czekoladowej; gdy ją dostrzegła, na jej pysku wymalowało się rozbawienie wymieszane z litością — Riley, czy ty się boisz?
Na dźwięk tych słów samica podniosła głowę i smętnie spojrzała się na Rysę. Nie chciała wyglądać na przestraszoną, ale nie potrafiła ukryć swojego strachu.
— Można ująć, że trochę się tego miejsca obawiam — po chwili jednak dodała, wyraźnie z nutką radości w głosie — Ale zioła czuję. I to nie jedno. Jeśli nam się poszczęści, to być może uzupełnię dzisiaj swoje zapasy w dość dużym stopniu. Czuję szałwię i nagietka...
— Riley, czekaj — ruda zeskoczyła z płyty i podbiegła do medyczki — Będzie szybciej, jak powiesz mi, czego mam szukać.
Wydawałoby się, że Rysa czyta w jej myślach. Dokładnie to, miała jej przed chwilą powiedzieć.
— Masz rację — powiedziała po chwili — Zajmiesz się rumiankiem. Wiesz jak wygląda?
— Ehm, tak. Mniej więcej.
— Pozwól, że ci przypomnę. Zioło, którego szukasz, ma bardzo łagodny zapach. Nie gryzie w nos, ba, można uznać, że samą wonią uspokaja. Niewielkie, o żółtych łupkach i białych płatkach. Jak znajdziesz kilka zbiorowisk tych roślin, to daj znać. Sprawdzę, czy to aby na pewno to, czego szukamy i zbierzemy ich dużo. Sądzę, że w naszym klanie wiele psów będzie go potrzebować. Ja w tym czasie zajmę się czymś innym...
Riley nie czekając, zaczęła wdrapywać się na sam szczyt budowli. Nie obejrzała się nawet za siebie, choć wiedziała, że Rysa za nią podążą. Niech jej będzie... Co chwilę łapy czekoladowej zsuwały się jej ze śliskiego spadu, jednak nie dawała za wygraną. Wskakiwała na pękniecie i ułatwiając sobie drogę, omijała wyrwy w pokryciu. Coś tu było stanowczo nie tak... Czuła to. Po prostu.
Dotarła. Z wycieńczenia usiadła i pozwoliła, by jej głowa dotknęła chłodnego kamienia. Specjalnie wybrała miejsce, które było w cieniu wielkiego głazu i pozwalało odetchnąć spokojnie wśród słonecznych promieni. Otworzyła ślepia i dostrzegła na linii leśnego horyzontu to, co nie dawało jej spokoju.
— Widzisz? — odwróciła się w stronę Rysy i westchnęła zaniepokojona.
Czwórka psów, zapewne wojowników, zmierzała w przeciwnym kierunku ich dawnej trasy. Mimo, że byli bardzo oddaleni, Riley widziała ich sylwetki i miała świadomość, że do Flumine nie należą.
<Rysa?>
[706 słów: Riley otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

16 marca 2020

Od Riley

Jak na wiosnę, było zimno w cholerę. Wiało niemiłosiernie i mimo cieplejszych promieni jaskrawej kuli na niebie, można by było stwierdzić, że nadal panuje pora nagich drzew. Jedynie napływ wszelakiego, co zielone, świadczył, że za niedługo miną szare dnie i nastąpi bardziej urodzajny okres.
Riley wstała niemal od razu po przebudzeniu i w sennym geście, rozwarła pyszczek w czynie mającym imitować ziewnięcie. Było to niezmiernie nędzne odwzorowanie tejże czynności, jednak samica nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Myśli krążące jej po łebku bardziej były skupione na czekających ją zadaniach, aniżeliby na tak błahych rzeczach. Na dodatek nie spała zbyt dobrze, więc przez pierwsze kilka chwil była wręcz nieobecna duchem. Ponownie ziewnęła i zaczęła się wygrzebywał z płytkiej gawry, dobrze ukrytej pod cytadelą dębowych korzeni. Gdy tylko dotarli na te tereny, od razu ją sobie przywłaszczyła, ledwo co dostając pozwolenie lidera na zajęcie tejże przestrzeni. O wiele łatwiej byłoby jej opiekować się chorym na ziemi wyścielonej suchą trawą, niż na mokrym i wilgotnym leśnym runie. Rozciągnęła się kilkakrotnie, dobrze naciągając mięśnie łap i objęła spojrzeniem miodowych oczu cały teren ich obozu. Dwa psy wesoło rozmawiając wracały z patrolu, reszta spokojnie odpoczywała skulona pod drzewami lub w niewielkich zagłębieniach. Medyczka odetchnęła głęboko powietrzem, które w najmniejszym stopniu nie przypominało tego, którym oddychała jako szczeniak. Zacisnęła powieki w grymasie niezadowolenia i dopiero po chwili wrócił jej ukochany spokój, tak bardzo teraz potrzebny.
Jako medyk, była bardzo niezadowolona z nagłej przeprowadzki. Nie, nazywajmy rzeczy po imieniu - była niebywale wściekła i niebezpiecznie rozżalona. Każda jej ścieżka w dawnym miejscu zamieszkania została pewnie zatarta a wszystkie jej misternie robione zapasy - zniszczone. Oczywiście, nie da się zaopatrzyć we wszystkie istniejące zioła na długi czas, ale żywot i właściwości niektórych roślin można przedłużyć, zostawiając je na działanie promieni słońca. Tak przygotowane można później zużyć w potrzebie i posiadać, gdzie idąc do lasu z chęcią zerwania - nie natrafisz na najmniejszą woń tejże istoty. Nie znała tych terenów i nie wiedziała, gdzie mogłaby się udać by zdobyć coś, co pomoże jej udzielić prawidłowej pomocy w chwili próby. Cały klan był w trudnym położeniu i oprócz woli przeżycie, nie miał na stan aktualny nic. Ona jednak musiała być przygotowana na każdą ewentualność i z bólem musiała przyznać, że nie jest.
Po prostu ruszyła przed siebie. Nie złapała z żadnym psem kontaktu wzrokowego i wyjątkowo nie przysiadła się do nikogo, aby choćby się przywitać. Uciekła przez gąszcz krzewów i z rozdziawionym psykiem zaczęła truchtać w nieznanym jej kierunku. Czuła, jak po jej łapami roztacza się istny świat po zimowym pogromie, który w porównaniu do ich sfory, świetnie sobie dawał radę. Wyczuwała mało leczniczych roślin... bardzo mało. Bardzo złe tereny i bardzo złe miejsce - miała wrażenie, że dużo zwierzyny tu nie będzie. I ta denerwująca woń istot bez sierści... miała wrażenie, że nie ma kąta, gdzie te niebezpiecznie istoty nie dotarły. Cienie rzucane przez drzewa pomału zmniejszały swoją obecną ilość i niedługo potem medyczka znalazła się na otwartej przestrzeni. Napływ nowych zapachów uderzył w jej nozdrza, niemal doprowadzając do zawrotów głowy. W powietrzu dało się wyczuć sól drażniącą jej język i ciemny nos - szum wibrujący w powietrzu musiał świadczyć o ogromnym wodnym zbiorniku gdzieś w okolicy. Nie chcąc marnować czasu, po prostu pobiegła w tamtą stronę bez najmniejszego wahania. Może i nie był to jej cel podróży - w końcu jakie zioła rosną w pobliżu wody zakażonej tak drażniącym płynem? Ale musiała. Chciała to zobaczyć na własne ślepia.
Piasek był zimny niczym podmuchy wiatru znad ogromnego bezmiaru wody. Drobinki przyczepiały się na opuszki jej łap i sprawiały, że miała wrażenie jakby chodziła po czymś nieznanym. Reczny piasek był bardziej... normalny. Riley fuknęła zaskoczona. Na początku bała się na niego wejść, lecz po kilku sekundach bez obawy maszerowała w stronę wściekłej wody. Tak ogromne jezioro powinno być spokojne, lecz bardziej przypominało rozjuszoną rzekę podczas burzy płynącą przez dawne tereny Flumine. Przez chwilę nie potrafiła uwierzyć w to, co widzi na własne ślepia i dopiero dotyk lodowatej wody morza uświadomił jej, że to nie jest iluzja. Zbiorowisko wody, które po chwili nadeszło, przypomniało jej o tym. Wielka fala uderzyła w drobną medyczkę i zwaliła ją z nóg, spychając wpierw w stronę niewidocznego brzegu a potem znów na wilgotny piach. Wystraszona odepchnęła się tylnymi łapami o dno wyłożone muszlami i kamykami, by po chwili znaleźć się mokra i zdezorientowana z dala od wodnej granicy. Otrzepała się i zapamiętała, by nigdy jej już nie przekraczać bez wyraźnego powodu.
— Chyba weszłaś trochę za głęboko — rozbawiony głos rozniósł się echem po plaży, uświadamiając Riley, że nie jest tu sama — Musisz uważać następnym razem!
Obróciła się i pomału napinając mięśnie, zerknęła na nieznanego przybysza. Bała się ujrzeć kogokolwiek, bo nieważne kogo by spotkała - jej jedynym ratunkiem jest karkołomna ucieczka.
— Jeśli to twój teren lub teren twojej sfory, nie mam zamiaru wam przeszkadzać — powiedziała cicho i cofnęła się niepewnie o jeden krok.
Dobrze wiedziała, że za nią rozciąga się morze, które odcięło by jej ewentualnej drogę ucieczki.
<Ktośku?>
[815 słów: Riley otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

"Nikt nie wydaje się bardziej obcy niż ktoś, kogo się kiedyś kochało."

[kliknięcie przeniesie do karty postaci]