Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dyniowy Szkwał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dyniowy Szkwał. Pokaż wszystkie posty

9 września 2021

Od Dyniowego Szkwału - drabble "Do grobu"

Pędził oszalały, ścigany i poszukiwany. Gdzieś zza drzewami, gałęziami wielkimi i ciemnymi wyłoniły się białe kły. Nie mógł ich zobaczyć. 
Wyczuł nieprzyjazny zapach zgnilizny i błota. Zapach był coraz bliżej, dotykał go i otulał, jak matka schorowane dziecko. 
Stanął.
Cisza.
Cisza ta była złowroga. Nie było słychać szumu drzew, ptaków ani nawet...
Odwrócił się i wtem poczuł, jak zimne, jak sople, kły, dotykają jego karku. Jeszcze chwila, a stanie się jednością z ciemnością oraz wilgocią, która go otaczała. Ruda sierść zabłyszczała i wymknęła się, by krzywo spojrzeć białymi oczyma prosto w pysk starego wilka. 
Zapach śmierci wciąż go nie opuszcza
[100 słów: Dyniowy Szkwał otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

10 sierpnia 2021

Od Dyniowej Łapy (Szkwału)

 Po długim leczeniu, które okazało się dosyć skomplikowane, gdyż rany Dyni były głębokie i w niektórych przypadkach nie chciały się goić, w końcu mógł opuścić legowisko medyka. Nie był jednak z tego powodu szczęśliwy. W jego głowie wciąż rozgrywały się sceny z minionej bitwy, na której prawie poległ, jak jeden z jego pobratymców. Nie mógł zrozumieć, dlaczego ktoś do tego dopuścił. Poszli na bitwę, zgadza się, ale nie mogli być na tyle słabi, by zakończyć walkę z jednym poległym. A mogło być dwóch, gdyby Dynia znalazł sobie wtedy jeszcze resztkę siły.
Podczas tej bitwy miał udowodnić, że mimo tego, iż czegoś mu brakuje, to wciąż nadaje się na wojownika i godnie będzie prezentować klan. Nauczył się kodeksu na pamięć — był w stanie wyrecytować od początku do końca z dokładnością jeden do jeden. Niesamowicie zależało mu na tym, by się pokazać z jak najlepszej strony. Pomimo to na bitwie, która wcale nie była tak duża, by w międzyczasie się pogubić, stracić orientacje, okazał się tym najsłabszym.
Na dodatek ten Pajęczy. Nie dawało mu to spokoju. Zabili go. Dlaczego tamtego dnia matka próbowała go okłamać? Wiedziała, że znienawidzi Industrii? I tak by ich znienawidził.
— Dynio. — O wilku mowa. — Jutro jest twoja ceremonia.
— Ceremonia? — zdziwił się.
Dopiero wyszedł z legowiska medyka po całkowitym leczeniu, a spotyka matkę, której wciąż nie mógł popuścić, że próbowała go okłamać. Na dodatek mówi o jakiejś ceremonii.
— Jutro razem z twoim bratem będziecie mianowani. — Irysowe Serce uśmiechnęła się delikatnie.
Po minie suczki mógł wyczytać, że trochę ochłonęła po walce i czuje się już lepiej. Przynajmniej ona.
Podeszła powoli do syna i liznęła go po głowie; mruknęła mu też coś do ucha, co zapewne było bardzo ważne, lecz Dynia był zbyt zahipnotyzowany. Zmysł słuchu przestał mu działać, a oczami wyobraźni, która była niezwykła, gdyż nie widział, więc również nie mógł wyobrazić sobie obrazów, „słyszał” szczekania i warknięcia z bitwy. Koszmar zaczął odgrywać się na nowo. Z jakiej racji miał być mianowany na wojownika, skoro na nic się nie zdał? Nie zasługiwał na to.

***

Tego niesamowitego (wbrew pozorom nie dla Dyni) dnia zebrało się sporo psów. Wszyscy czekali na liderkę, a dwóch uczniów stało tuż obok siebie. Krzaczasta Łapa, który dzielnie walczył podczas bitwy i dotrwał do samego końca. Dynia nie czuł się zazdrosny, ale gorszy, bo kiedy byli młodsi, to zdarzyło im się razem trenować. I co najlepsze — Krzak dorównywał wtedy Dyni, przez co treningi były przyjemne.
To mianowanie zapewne odbyło się przez to, że obaj brali udział w bitwie i obaj wyszli z niej prawie bez szwanku. Oczywiście to „prawie” dotyczy jedynie Dyni, w końcu to on spędził długi czas w legowisku medyka.
Ceremonia zaczęła się wraz z pojawieniem się Nakrapianej Gwiazdy. Ciche pomrukiwania i szepty ucichły. Każdy wpatrywał się w suczkę.
— Ja, Nakrapiana Gwiazda, liderka Flumine, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tych uczniów. Ciężko pracowali, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam ich wam jako wojowników. Krzaczasta Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia? — zwróciła się pierw do brata rudzielca.
— Obiecuję — odpowiedział.
Odchrząknęła cicho, czego zapewne nie usłyszał nikt inny oprócz Dyni z jego wrażliwym słuchem i kontynuowała:
— A zatem mocą Coelum nadaję ci imię wojownika. Krzaczasta Łapa, od dziś będziesz znany jako Krzaczasty Cień. Gwiezdni honorują twoją biegłość w walce i determinację, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Flumine. — Nakrapiana Gwiazda położyła głowę na głowie rudzielca i liznęła go po karku.
Zebrani zaczęli skandować nowe imię dawnego ucznia. Liderka pozwoliła im krzyczeć jeszcze chwilę, a gdy stwierdziła, że wystarczy, rzuciła jedynie spojrzenie w stronę najbardziej rozszerzanych. Nastała ponownie cisza.
Przywódczyni zwróciła się do Dyni, drugiego mianowanego dzisiaj ucznia:
— Dyniowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia?
— Obiecuję — odparł tak szlachetnym i pewnym siebie głosem, że gdyby znajdowali się w innym miejscu, to echo niosłoby oraz powtarzało to słowo.
— A zatem mocą Coelum nadaję ci imię wojownika. Dyniowa Łapa, od dziś będziesz znany jako Dyniowy Szkwał. Gwiezdni honorują twoją odwagę i oddanie w walce, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Flumine. — Zbliżyła się i tak jak w przypadku brata, położyła swój pysk na głowie rudzielca i liznęła go po karku.
Wrzaski wznowiły się i tym razem klan skandował nowe imię Dyni. Z jednej strony czuł się doceniony, jednak z drugiej nie wiedział, czy aby na pewno zasłużył. Stać było go w końcu na więcej.
Spojrzał na brata, który oglądał innych i wsłuchiwał się w tłum.
— Witaj, Krzaczasty Cieniu. — Spojrzał na niego, chcąc pogratulować mu mianowania.
Świeżo upieczony wojownik kiwnął głową.
— Dyniowy Szkwale — rzucił i wycofał się powoli tak samo, jak cała reszta.
[762 słów: Dyniowy Szkwał otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

8 sierpnia 2021

Od Dyniowej Łapy — bitwa z Industrią

 To było prawdziwe zaskoczenie dla Dyniowej Łapy, kiedy zostało obwieszczone mu, że został wybrany do bitwy, która zdecydowanie mogłaby podnieść jego morale oraz pomóc uświadomić innym, iż nadaje się na wojownika. Od momentu, kiedy te wieści do niego dotarły, młody, rudy uczeń, bezustannie trenował dzień w dzień, bez wiedzy mentorki i matki jednocześnie. Chciał być na równi z innymi, bo chociaż wmawiał sobie, że jest tak samo silny, to wiedział, iż czegoś mu brakuje.
Kiedy przyszedł dzień, w którym on oraz inni wojownicy (i jeden uczeń, jego własny brat) mieli stoczyć walkę, bez przerwy grzebał łapą w ziemi, próbując ukryć swoje zdenerwowanie przed tym, co miało nadejść.
Pokażesz się z jak najlepszej strony, prawda? Oczywiście, że pokażesz się z jak najlepszej strony, przecież po to tyle trenowałeś.
Dynia jednak jeszcze nie wiedział, jak ciężka będzie ta walka, gdy on, jako jedyny pozbawiony bardzo ważnego zmysłu, pcha się prosto pod kły doświadczonych wojowników Industrii. Logiczne myślenie, tego w nim zabrakło, gdy stanęli przed magazynem Ognistych.
Miał wrażenie, że czuje oddech kompanów, którzy stali tuż obok niego. Atmosfera się zmieniła, a powietrze wydawało się niezwykle ciężkie, na tyle, iż przez chwilę zabrakło mu tchu. Próbował odkaszlnąć, jednak wiedział, że nie zostałoby to miło odebrane, więc dusił się przez parę chwil i walczył z gryzącym gardłem.
— Powinniśmy załatwić to subtelniej — Usłyszał tylko, a zaraz po tym do jego uszu dotarł odgłos głośnego warknięcia.
Podłoże drżało, tak szalenie drżało, jakby znajdowali się na rozszalałym oceanie, a nie na terenach Industrii. Psy zaczęły na siebie krzyczeć i powarkiwać, jednak to nie było jedyne, co w tej chwili słyszał Dynia. Rudzielec słyszał oddechy kompanów i obcych psów, z którymi miał do czynienia w takiej, a nie innej sytuacji, słyszał także kroki, pazury, wbijające się głęboko w mokrą ziemię oraz, co najważniejsze, wiedział, z której strony nadchodzi wróg.
Po tonie warknięcia mógł się zorientować, że pies, który się na niego rzucił jest od niego odrobinę młodszy. Uczeń. Ktoś na tym samym poziomie.
Unik był prawie idealny. Właśnie, prawie, to kluczowe słowo. Omszona Łapa, bo tak nazywał się ten, który pierwszy zaatakował, zdołał dziabnąć go w bok. Dynia nie drgnął, chociaż ugryzienie nie należało do najprzyjemniejszych. Zamiast tego błyskawicznie zareagował i rzucił się na innego przeciwnika, który akurat znajdował się najbliżej, bo emo gówniarz odbiegł.
— Możecie już się poddać — warknął, zadowolony z tego, że trafił.
Jednak gdzie trafił? Przeciwnik nie wydawał się za bardzo zaskoczony, syknął coś cicho, jak czajnik w kuchni i odskoczył na bok. Dynia, gdyby tylko mógł, rzuciłby mu teraz wrogie spojrzenie. Zamiast tego spróbował ogarnąć sytuację i to, co odgrywało tuż obok niego. Nie mógł skojarzyć, kto kogo atakuje przez mieszaninę warknięć, pisknięć i innych, dziwnych odgłosów.
Można powiedzieć, że przez to, iż chwilę był nieuważny, a liczba odgłosów nieco go rozproszyła, zareagował za późno, gdy emo gówniarz oddał mu wszystko, za to, co zrobił jego bratu (tragiczna sytuacja). W ostatniej chwili próbował się obronić, schylając się, jednak nie, nie powiodło się to i Dynia skończył z dosyć poważną, krwawiącą raną.
Uśmiechnął się, bo tylko to w tej sytuacji mógł zrobić. Przeciwnik, najwyraźniej zwiedziony jego reakcją, stracił takt, dzięki temu rudzielec mógł capnąć go prosto w bark. Chociaż nie zadał zbyt wielu obrażeń, przez wadzącą, stosunkowo głęboką ranę, to dał radę się odgryźć.
Zbyt szybko się ucieszył z tego małego zwycięstwa, bo po chwili pojawił się kolejny emo gówniarz, który postanowił zaatakować go tuż za plecami. Dynia miał jednak wprawę do unikania takowych ataków, więc uniknął to zwinnie, niczym lis kradnący kury z kurnika.
— Cholerny gówniarz, co robisz na bitwie, skoro nie potrafisz mnie trafić? — Strzepnął na ziemię strużkę ślini, zwisającą z jego pyska.
Te słowa Dynię sporo kosztowały, gdyż stojący niedaleko brat emo gówniarza numer dwa wszystko słyszał i w furii rzucił się na rannego rudzielca. Chwilę się przepychali, warcząc na siebie, jednak boląca łapa wytrąciła ucznia Wodnych z równowagi. Omszona Łapa przygwoździł go do ziemi i wbił zęby prosto w jego kark.
— Kurwa, mleczaki ci nie zdążyły wypaść, bo nic mi nie zrobiłeś. — Zrzucił z siebie Ognistego, gdy tylko poczuł, że ten się rozprężył.
Niewyobrażalny ból dosięgnął już każdego centymetra rudego ciała. Uczeń jednak nie chciał po sobie pokazać jaką trudność zaczynają mu sprawiać kolejne kroki oraz naprężanie mięśni, by przyszykować się do kolejnego ataku lub obrony. Dwóch braci patrzyło na niego uważnie: jeden zaczynał mieć wątpliwości, jakby dostrzegł stan, w którym znalazł się ich przeciwnik, drugi zaś z wywalonym językiem czekał na więcej.
Poturbowany i z krwawiącymi ranami rudzielec wyszczerzył się w stronę jednego z braci. Jego wygląd musiał wyglądać niesamowicie przerażająco: dziwne, ślepe oczy, przez które został pozbawiony jednego ze zmysłu, białe kły, obsmarowane śliną, powoli wyciekającą z pyska oraz swobodnie cieknąca krew z najgłębszej rany. Wyglądał jak z prawdziwego horroru i gdyby dwójka Ognistych wiedziała, czy jest horror, to z pewnością skojarzyliby go sobie teraz z ohydnym potworem.
Dynia, wyczuwając w powietrzu niepewność, spróbował zaatakować kropkowanego uczniaka, jednak ten zdążył uniknąć jego szczęk w ostatnim momencie. Zaczynało robić się niebezpiecznie i niefajnie przez fakt, że tracił siły. Gdzieś obok niego, za nim, ale też przed nim, sojusznicy Dyni walczyli z innymi Ognistymi.
Rudzielec niespodziewanie padł na ziemię, kiedy jeden z bardziej "ogarniętych" braci oddał mu za poprzedni atak. Zaraz po tym nadszedł kolejny, z którego nie mógł się obronić z racji obrażeń oraz swojego położenia. Wszystko szło nie po jego myśli.
Korzystając z sytuacji, kiedy bracia odbiegli do kogoś innego, rzucił się na innego psa, wtapiając w miękką, mokrą sierść swoje kły. Został od razu zrzucony, jednak zadane obrażenie nie było małym. Czuł w pysku posmak ziemi oraz Ognistych. Gdzieś w tle słyszał za to krzyki, warknięcia oraz piski. Niesamowicie głośne oraz niepokojące.
Gdy odwrócił się, by zorientować się w tym, co się działo, usłyszał:
— Pajęczy!
Następne warknięcia oraz szczeknięcia dały mu do zrozumienia, że właśnie się coś stało. Zdenerwowany próbuje odnaleźć kogoś z Wodnych, jednak w międzyczasie musi unikać ataków gówniarzerii z Industrii.
I będąc już bardzo blisko, obrywa od starszej suczki, którą zaatakował wcześniej. Przewróciwszy się warknąć niesamowicie obrzydliwe przekleństwo i spróbował wstać, co uniemożliwił mu końcowy atak innego agresora.
Leżąc tak, miał wrażenie, że umrze, lecz uparcie trzymał się tego, iż nie może skończyć w ten sposób. Nawet jeśli śmierć na polu walki jest honorowa. Nie mógł umrzeć, kiedy reszta pobratymców walczy z tymi obrzygańcami i broni jego niezdolnej do dalszej walki dupy.
— Wycofajcie się! — Usłyszał. — Wycofajcie się!
To krzyczała jego matka. Być może ktoś inny, lecz Dynia przestawał odróżniać głosy. Przestawał cokolwiek słyszeć.
— Bierzcie Pajęczego! Weźcie go stąd!
Ruszył głową.
Bierzcie Pajęczego? Co do chuja stało się Pajęczemu?
— Zostaw mnie! — wycharczał. — Co jest z Pajęczym?! Puść mnie, słyszysz?! — Próbował się wyszarpać temu, który chciał zabrać go z pola bitwy. — Puść mnie ty, kurwa, tchórzu i powiedz mi, co stało się z Pajęczym?! Dlaczego się wycofujemy?! — Szarpał się dalej. — To na pewno nie ze względu na mnie! Hej! Słyszysz mnie, kurwa?!
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi, a od ciągłych krzyków ze zmęczenia stracił głos i siły, by dalej się wyrywać. W połowie drogi kopnął także w kalendarz, kiedy stracił przytomność.
Po długiej nocy w legowisku medyka razem z matką, której opatrzono powierzchowne rany i dobrze się zajęto, próbował dojść do tego, co stało się Pajęczemu. I dlaczego nie ma go razem z nimi u medyka. Mógł przeczuwać tylko najgorsze.
— Brakuje kogoś — mruknął do matki, która siedziała z nim już tylko dlatego, by przy nim czuwać. — Pajęczego. Co z nim?
Cisza.
— Co z Pajęczym Odwłokiem?
Zacisnął zęby, kiedy Irysowe Serce wstrzymywała się z odpowiedzią.
— Wykrwawił się przez obrażenia.
— Kłamiesz.
Matka polizała go po głowie.
— Przestań. — Odwrócił się na bok. — Kłamiesz. To oni go zabili. Nie wykrwawił się, prawda? Myślisz, że kiedy nie widzę, to możesz mnie tak okłamywać? Myślisz, że jestem głupi i się nie domyślę? — zaśmiał się. — Zabili go.
— Dynio...
— Zostaw mnie. Chcę być sam — warknął.
[1290 słów: Dyniowa Łapa otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia i 5 Punktów Treningu]

25 lipca 2021

Od Dyniowej Łapy CD Płomiennego Krzewu

 Dynia wziął sobie do serca wszystkie zasady obowiązujące wojownika, których nauczała go jego mentorka oraz matka jednocześnie. Nie mógł więc teraz odpuścić podobnego czynu, chociaż wiedział, że tym powinni zając się inni. Był tylko uczniem. Jednakże, czy to oznaczało, iż może przejść tuż przed nosem agresywnego wojownika z obcego klanu?
Patrzy na mnie pogardliwie, pomyślał i uniósł wyżej głowę.
— Tacy jak ty nie powinni być wojownikami. — Uśmiechnął się cynicznie. Pewność siebie pozwoliła mu zignorować przeciągłe warknięcie ze strony obcego samca. — Kodeks wojownika wyraźnie mówi: nie przekraczaj granic pozostałych klanów i nie poluj na ich zwierzynę. Powinno być ci to znane, prawda? — Przybliżył się. — Chyba że nie znasz kodeksu albo znasz, jednak nie przestrzegasz, co powinno być surowo karane. Zdajesz sobie sprawę, iż mogę to zgłosić, bo czuję zapach danego klanu od każdego obcego? — Uśmiech nie schodził mu z ust. — Nie musisz używać siły, by pokazywać kto tu rządzi, gdyż jest kolejna zasada kodeksu, która mówi, że drugi wojownik nie zabija drugiego wojownika, by wygrać, ale tylko wtedy, kiedy się broni.
Po tych słowach spodziewał się gwałtownej reakcji samca, jednak zdecydowanie nie podziewał się tak silnego ataku. Źle ocenił jego siłę. Nie czuł bólu pleców, które z zawrotną prędkością uderzyły o najbliższe drzewo, lecz czuł tylko swoją głupotę. Pies, z którym miał do czynienia, zdecydowanie był ślepy na jakiekolwiek zasady i nie obchodziły go żadne konsekwencje. Dynia nie wiedział jednak, dlaczego lider jego klanu nic jeszcze z tym nie zrobił. Ukrywał się? Maskował swoje przewinienia? Czy może lider był na tyle niekompetentny, by nie zwracać na to uwagi?
Podczas tych długich przemyśleń nie miał nawet czasu, by uniknąć kolejnego ciosu, lecącego w jego stronę. Gdyby na chwilę skupił się na tym, aby się obronić i uciec w jedną ze stron, to wolał zastanawiać się, dlaczego pies, taki, jak ten agresor jeszcze ma prawo bytu wśród klanowiczów.
Zsunął się bezwładnie na ziemię. Jego łapy odmawiały mu posłuszeństwa. Jednak to dobrze, może poudawać, że stało mu się coś niesamowicie i pies da sobie spokój. W ten też sposób odejdzie i zgłosi owo zajście do mentorki (i swojej matki jednocześnie), a ona powie o tym liderce.
Nie. Tak nie może być. Dynia nie jest tchórzem i z pewnością nie będzie udawać martwego. Stanie do walki, tak, jakby zrobił to prawdziwy wojownik Flumine; gdyż prawdziwy wojownik nie cofnie się przed żadnym niebezpieczeństwem i będzie dumnie reprezentować swój klan. Tak też myślał Dynia.
Powoli podniósł się na cztery łapy i po drganiach, o których pojęcia jego przeciwnik z pewnością nie miał, określił, w jakiej pozycji się znajduję. To gwarantowało mu płynny unik i chwilowe zdziwienie na pysku szarego, dorosłego samca.
— Co? — zaśmiał się. — Myślałeś, że jestem całkiem bezbronny? Nie lekceważ mnie. To, że nie widzę, nie znaczy, iż nie potrafię się obronić.
Płomienny Krzew, bo tak właściwie nazywał się przeciwnik Dyniowej Łapy, ruszył pędem w jego kierunku, otwierając paszczę i namierzając delikatny kark ucznia. Rudzielec nie dał się jednak tak łatwo — jeden krok w tył oraz skulenie, pozwoliło mu uniknąć ostrych jak brzytwa kłów agresora. Zaczynało robić się niebezpiecznie. Gadka o niezabijaniu drugiego wojownika na nic się nie zdała. Samiec nie cofnie się przed niczym; nawet jeśli ma już na karku podobne przewinienia, to nie zawaha się, by zabić także jego.
Dynia, wiedząc o tym, iż sytuacja robi się nieciekawa, próbował powoli obmyślać plan, który pozwoliłby mu unieruchomić samca. Złość jednak zaćmiewała jego logiczny umysł, przez co wciąż pchał się do walki i wciąż dostawał po dupie od większego oraz starszego Płomiennego.
Nie mając już więcej siły, poddał się, upadając na ziemię, jak szczeniak, który nie potrafi chodzić. Ze strony przeciwnika nie usłyszał żadnych słów; słyszał tylko odgłos ciągniętego mięsa po ziemi. Mięsa, które należało do jego klanu. Zniknęło. A on nie potrafił nic zrobić, by je ocalić.
Wrócił do legowiska, chociaż po drodze miał zamiar naleźć matkę, by o wszystkim jej powiedzieć. Wstrzymał się z tym jednak, wierząc, że samemu da radę rozwiązać sytuacje. W końcu to z jego winy zniknęły zapasy klanu. Wystarczy opracować plan i znaleźć odważnego samca, mającego głęboko w dupie kodeks, który był tak niezmiernie ważny dla Dyni. Sam się z nim rozprawi, nawet jeśli może być to ryzykowane i niezmiernie głupie, to uczeń wierzył w swoje zdolności. Teraz jednak woli odpocząć i wyleczyć bolące ciało, które w ciągu kilku minut zetknęło się z drzewem czy też ziemią tyle razy ile jest gwiazd na niebie.
<Płomienny?>
[725 słów: Dyniowa Łapa otrzymuje 7 punktów doświadczenia i x punkty treningu]

5 maja 2021

Od Dyniowej Łapy CD Krzaczastej Łapy

Zaskoczony propozycją brata w pierwszej chwili nie był pewien, co powinien odpowiedzieć. Mógł uznać to za zniewagę, jednakże zniewagą to na pewno nie było. Krzaczek (a właściwie już Krzaczasta Łapa), był chętny poćwiczyć z bratem, który urodził się bez jednego ze wspanialszych zmysłów. Dynia, będąc także zaciętym psem, pragnącym udowodnić innym, że się nadaje do poważnych zadań oraz wyzwań, uniósł wyżej łebek, uśmiechnął się i kiwnął głową. Krzaczek odwzajemnił uśmiech, za którym kryło się podniecenie związane nadchodzącą walką, po czym zamknął oczy, jak wcześniej zaproponował.
Zaczęli.
Dynia nie był mistrzem w korzystaniu z innym zmysłów, jednakże na pewno z większą precyzją był w stanie określić pozycję wroga (w tym wypadku brata) po wibracjach, odczuwalnych przez łapy. Skupiając się, próbował znaleźć kierunek, z którego nadchodzi przeciwnik i w ostatnim momencie odsunął się, kiedy Krzaczek wyskoczył do przodu.
Rudzielec odwrócił się, wiedząc, że brat nie poprzestanie na tym i najpewniej nic nie powie, gdyż nie pomogłoby to w walce, i spróbował uniknąć następnego ciosu. Krzaczek nie był nadzwyczaj precyzyjny; pozbawiony wzroku nie potrafił tak dokładnie wymierzyć ataku, jak gdyby używał oczu. Mimo wszystko ich poziom nagle się wyrównał i ich walka przypominała pewnego rodzaju zabawę.
Dwóch braci skakało z jednego konta do drugiego, przewracając coś raz za razem. Gdyby pojawił się tutaj przypadkiem jeden z wojowników, zapewne nie potrafiłby podążyć wzrokiem za ich zwinnymi ruchami. Krzaczek, który dobrowolnie odebrał sobie wzrok oraz Dynia, który nie widział od urodzenia, zdawali się pasować do siebie idealnie, jednocześnie różniąc się tak wieloma rzeczami.
Trenowali tak przez następne kilkanaście minut, które upłynęły nadzwyczajnie szybko. Skończyło się to oczywiście dużym zmęczeniem.
— Powtórzmy to — rzucił Dynia pomiędzy głośnymi sapaniami. — Potajemnie możemy trenować.
Krzaczek wyszczerzył się do brata. Można powiedzieć, że wyglądał na chętnego powtórki.
***
Zanim nadeszła ich kolejna próba zmierzenia się w potajemnej, braterskiej walce, nadciągnął dzień mianowania. Po tym widywali się rzadziej przez to, że Krzaczek zaczął skupiać się na własnym rozwoju oraz treningiem z mentorem. Dynia również — przydzielona została mu jego własna rodzicielka, która starała się uczyć go w odpowiedni sposób. Rudzielec próbował się także popisywać, próbować nowych sztuczek oraz samodzielnie trenować po zakończonym treningu z mentorką. Nie mówił o tym oczywiście nikomu — był wtedy sam ze sobą oraz z otaczającymi go dźwiękami natury. W ten sposób uczył się odróżniania dźwięków oraz wyczuwania wibracji w podłożu. Z dnia na dzień stawał się coraz lepszy.
Tego dnia miał udać się na malutki trening z Irysowym Sercem, która chciała pokazać mu coś nadzwyczaj ciekawego, co mogłoby przydać mu się w późniejszym treningu. Dynia bardzo się tym podekscytował, do tego stopnia, że wstał przed świtem. Z tego powodu na rodzicielkę czekał z dwie kolejne godziny. I jak to nasz Dynia, nie próżnował, siedząc w jednym miejscu. Rozpoczął swój własny trening od rozciągania, przysłuchiwania się śpiewającym ptakom, gdyż pora roku znów się zmieniła i zwierzęta powróciły do życia.
Spotkał także dwóch innych wojowników, którzy najwyraźniej szli na zwiady; Dynia przywitał się z należytym szacunkiem, po czym kaszlnął kilka razy bez opamiętania. Tego rudzielca zwykły kaszel nie mógł wystraszyć, więc można było się spodziewać, iż kompletnie to zignoruje nawet fakt, że w głowie zaczęło mu się kręcić (i gdyby mógł widzieć, to ujrzałby niezwykle ciekawy, wirujący świat przed oczyma).
Usiadł na chwilę i zaczerpnął świeżego, chłodnego powietrza, które z rana nie zdążyło się jeszcze ocieplić. Kaszel jednak nie przeszedł, a wręcz przeciwnie — wrócił ze zdwojoną siłą. Dynia zachwiał się na łapach, które zaczęły mu się niemiłosiernie trząść. Właśnie wtedy też nadeszła Irysowe Serce, z widocznym zmartwieniem na pysku, którego wcale tak często widać nie było, gdyż suczka większość emocji dusiła głęboko w sobie.
— Co się stało? — zapytała, podchodząc do dyszącego syna, próbującego złapać powietrze.
Kiedy Dynia jej nie odpowiedział (bo nie miał jak), postanowiła przełożyć dzisiejszy trening i zamiast niego zaprowadzić rudzielca do medyka, który jak się okazało — gdzieś zniknął. Siedzieli więc razem w legowisku Pogrzybkowej Sierści; w powietrzu unosił się duszący zapach przeróżnych, ususzonych, ale też świeżych ziół, który mieszał się ze stęchłym smrodem brudnych szmat, na których spał medyk. Dynia uwięziony w szponach złowieszczego kaszlu stracił na chwilę zmysł węchu, co z pewnością dobrym znakiem nie było.
Mijały kolejne minuty, a Podgrzybkowej Sierści wciąż nie było. Irysowe Serce zmarszczyła groźnie brwi, zapewne wiedząc, że o tej porze powinien być u siebie. Zła Irysowe Serce, to niedobry znak, szczególnie, jak na co dzień suczka widziana jest w stosunkowo dobrym nastroju. Teraz ten nastrój z pewnością nie był dobry.
Dynia kaszlnął. I to jedno odchrząknięcie spowodowało salwę niekończących się pokasływać z dziwnym, zbierającym się w jego pysku śluzem.
Irysowe Serce była coraz bardziej zdenerwowana oraz zmartwiona jednocześnie. Kto by w końcu nie był, kiedy twojemu dziecku się coś dzieje, a medyka nie ma na miejscu, gdy powinien być?
Zerwał się wiatr, a z drzew zerwały się liście, które zaczęły wirować w powietrzu i wpadać do legowiska, w którym cierpliwie (tak naprawdę to nie) czekała zastępczyni z jej synem. Dynia z każdą kolejną chwilą zaczynał się także irytować i nawet miał zamiar wyjść, prosząc matkę o powrót do treningu, gdyż w jego już trochę większej łepetynie narodziła się myśl, iż choroba marnuje mu cenny czas na zdobycie wiedzy niezbędnej w walce i polowaniu.
— Marnujemy tylko czas — zakasłał. — Nic mi nie jest.
Nawet sam Dynia wiedział, że właśnie próbuje oszukać samego siebie, jednak w tej chwili to się nie liczyło. Liczył się trening, jego chorobliwa ambicja i chęć nadgonienia rodzeństwa, które uważał za chwilowo „lepsze” od niego.
— Zostajesz tutaj. — Irysowe Serce jednym ruchem łapy zdołała usadzić go z powrotem. Nie użyła nawet zbyt wielkiej siły. Dynia był zwyczajnie osłabiony.
Wiatr znów zawiał a wraz z nim już nie liście, lecz Podgrzybkowa Sierść wszedł do legowiska, ignorując siedzącą zastępczynię z chorującym synem. Rozłożył świeżo zebrane zioła, pomamrotał coś do siebie, po czym odwrócił się i zapytał:
— Młody kaszle?
Irysowe Serce przytaknęła.
— Aha, mhm, dobrze. — Podszedł do rudzielca i odchylił mu łeb do tyłu, by zajrzeć prosto w gardło ucznia. — Mhmmm — przeciągnął. — Zielony kaszel.
Nim zastępczyni zdążyła zapytać o cokolwiek, niewielkich rozmiarów, trochę przypominający szczura medyk, chwycił zębami trochę niechlujnie zawinięte w szmatki zioła. Wyciągnął kilka nie do końca ususzonych listów i wepchnął je Dyni do pyska.
— Gotowe. — Odłożył na miejsce zioło, zwane również kocim narkotykiem, na miejsce. — Powinien poleżeć ze dwa dni i wróci wszystko do normy.
Medyk nie powiedział nic więcej. Zajął się swoimi sprawami tak, jakby nic się nie stało. Dynia zaś ledwo przełknął wepchniętą mu do pyska kocimiętkę. Miało to dla niego bardzo… specyficzny smak, na który jego kubki smakowe zaczęły wariować. Nie potrafił zdecydować, czy ma to smak bardziej cierpki, czy kwaśny, czy może ostry… wszystko to łączyło się w jedną całość.
Dynia po swojej rozkminie dotyczącej smaku kocimiętki wrócił ze swoją matką do legowiska uczniów, z którego zakazano mu wychodzić przez najbliższe dni.
Co za upokorzenie, pomyślał.
I to upokorzenie wróciło ze zdwojoną siłą, kiedy usłyszał głos jednego z braci.
— Nie trenujesz?
— Trenuję — odparł, zaciskając zęby.
Z trudem podniósł się na cztery łapy i „spojrzał” w kierunku, z którego padło wcześniejsze pytanie.
— Możemy iść teraz razem potrenować. — Uśmiechnął się i machnął ogonem zachęcająco.
<Krzaczasta Brwio, Dynia jest masochistą>
[1164 słówa: Dyniowa Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

27 marca 2021

Od Dyniowej Łapy do Irysowego Serca

Zupełnie niedawno gromadka rudych kulek była na tyle mała i nieporadna, że nie była w stanie samodzielnie przejść dziesięciu kroków. Nie wspominając oczywiście o Dyni, który już od pierwszych chwil życia doświadczył bolesnych problemów, wynikających z jego drobnej niepełnosprawności. Piesek jednak szybko zdążył się dostosować; poznawał świat za pomocą zmysłu słuchu oraz odczuwania wibracji. W ten sposób również nauczył się walczyć, co zresztą potajemnie ćwiczył z Krzaczkiem, równie zawziętym, jak on. Brat nauczył go wielu sztuczek, które wciąż wykorzystuje i ulepsza, kiedy tylko może.
Dynia nie chce pozostać w tyle i zrobi wszystko, aby udowodnić całemu światu, że zasługuje na tytuł wojownika. Przez to podejście wciąż uparcie dąży do celu i nie zapowiada się, by cokolwiek miało młodego powstrzymać.
Nadeszła również wiekopomna chwila, która pozostanie w główkach całego rodzeństwa do końca ich życia — mianowanie na wojownika oraz medyka. Mianowanym jest się tylko raz, tak więc szóstka rodzeństwa od rana nie mogła usiedzieć na miejscu. Nawet taki Dynia, który próbował sprawiać pozory opanowanego.
Nasz bohater w końcu dał ponieść się szalejącym emocjom i wywinął się spod opieki rodziców. Oczywiście, gdyby nie nieuwaga ojca, to zapewne zaraz dostałby srogi ochrzan za opuszczenie legowiska.
Ruda, już podrośnięta, kulka przemykała pomiędzy krzaczkami oraz niewielkimi drzewkami, które zapewne dopiero się rozwijały. Dynia nie widział nic z tych rzeczy, ale za to słyszał szum liści oraz śpiew pojedynczych ptaków, które raz za razem wydawały się siebie wzajemnie przekrzykiwać. Czuł także miękką ziemię oraz nieprzyjemne kamyki, drażniące jego poduszki łap. I kiedy inni pomyśleliby, jakie to banalne, ekscytować się odgłosami natury oraz dotykiem zwykłych kamyczków, Dynia z wielką chęcią opowiadałby innym o tym, co słyszy oraz czuje. Jednakże tego nie robił, myśląc, że w ten sposób ukazałby swoją zbyt wrażliwą, delikatną stronę. A nadmierne okazywanie słabości innym może doprowadzić to tego, iż w końcu zostaną wykorzystane one przeciwko tobie.
Jego chwilowa przygoda zakończyła się stosunkowo szybko, jak na niego, ponieważ został dostrzeżony przez jednego z wojowników. Trochę starszy już pies rzucił rudzielcowi ostrzegawcze spojrzenie, którego Dynia nie zauważył, ale za to usłyszał ciche warknięcie, wydobywające się spomiędzy zębów wojownika. Tylko to sprawiło, że postanowił zawrócić, niż wdawać się w niepotrzebne dyskusje z psem, którego powinien zresztą szanować.
Klematisowy Korzeń nawet nie zwrócił uwagi na fakt, iż przez jakiś czas w jego obecności znajdowało się jedynie pięć małych gamoni. Dynia to wiedział, więc przyszedł do rodziny i usiadł gdzieś na uboczu, aby poczekać na moment, w którym wyruszą na wielką ceremonię mianowania.
***
Dynia wyszedł naprzód, kiedy matka pchnęła go delikatnie nosem. Łapami przebierał powoli, uważając, by przypadkiem nie potknąć się lub nie zrobić czegoś, przez co będzie wyglądać na niezdolnego. Główkę cały czas trzymał wysoko w powietrzu oraz dumnie wypychał pierś do przodu. Pozostała piątka szła tuż obok niego.
— Dynio, Borowiku, Krzaczku, Rumianku, Miodku, Gorzka, jesteście z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniecie swój trening. — Rudzielec poczuł dreszcz, przebiegający mu po plecach. Był pierwszy. — Dynio, od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Dyniowa Łapa. Twoim mentorem będzie Irysowe Serce. — Serce zabiło mu dwa razy mocniej, kiedy z pyska liderki padło imię jego własnej matki.
— Zostaniesz mentorem Dyniowej Łapy. — zwróciła się do Irysowego Serca. — Irysowe Serce, okazałaś się wojownikiem odpowiedzialnym i uczciwym. Na pewno przekażesz temu młodemu uczniowi całą swoją wiedzę.
Nim się zorientował, co się stało, poczuł, jak Irysowe Serce styka swój nos z jego własnym. Z początku chciał odskoczyć do tyłu przez nagły dotyk, ale po chwili zdążył rozpoznać, kto przed nim stoi. Cały strach minął. Został uczniem. I zostanie przykładnym wojownikiem, który całą nabytą wiedzę przekaże innym. Taką też miał nadzieję.
<Irysowe Serce?>
[591 słów: Dyniowa Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

10 marca 2021

Od Dyni CD Krzaczka

Dynia nie wiedział, co się stało; usłyszał jedynie głośny plusk i smarknięcie Borowika. W swojej malutkiej główce zaczął tworzyć zarys wydarzenia: Borowik, irytujący szczeniaka do granic możliwości, został wepchnięty w błoto przez drugiego brata, mianowicie Krzaczka, który postanowił nie przejść obojętnie obok zaistniałej przed chwilą sytuacji. Na pyszczek rudzielca miał się już wkraść cyniczny uśmieszek, jednak przechodził mu w tym medyk, który dostrzegłszy niewidomego, postanowił do niego podejść i popchnąć w kierunku sterty pudeł. Szczeniak zachwiał się na krótkich łapach, ale nie pozwolił sobie na upadek. Jak bardzo żałosne byłoby, gdyby przewrócił się przy wszystkich?! Nie darowałby sobie.
Podgrzybkowa Sierść obejrzał go sprawnie, mrucząc do siebie co chwilę: “mhm” oraz “aha”. Dynia skrzywił się, czując, jak powoli zaczyna narastać w nim irytacja spowodowana niekomfortowymi mruknięciami medyka. Powstrzymał się jednak, aby nie powiedzieć czegoś niestosownego (chciał go tylko uciszyć), kiedy Podgrzybkowa Sierść poprosił, aby odwrócił głowę. Dynia wykonał posłusznie polecenie, chociaż małą główkę skierował nie w tę stronę, o którą prosił medyk. Podgrzybkowi na szczęście to nie przeszkadzało — obejrzał go i pozwolił odejść z cudowną wiadomością: “bezproblemowy”.
Mała ruda kuleczka, która jest oczywiście naszym niewidomym Dynią, skierowała się do wyjścia, przewracając przy okazji jedno z pudeł, które należało do Podgrzybkowej
Sierści. Zacisnął dopiero co wyrośnięte ząbki; tak dobrze mu szło, a jednak zrobił z siebie kretyna! Zdenerwowany przyspieszył kroki, nie zważając na to, że po drodze strącił jeszcze dwie inne rzeczy. Borowik, który zdążył już wyjść z błotnistej mazi, roześmiał się donośnie.
— Widzę, że kąpiel w błocie ci się spodobała — prychnął, unosząc łeb, aby pokazać, jak bardzo nie interesuje się jego zawyżonym ego oraz nieznośnym śmiechem. — Idź do pana medyka, może wykryje u ciebie robaki.
Borowik szykował się na kontratak, ale między szczeniaki wkroczyła Irysowe Serce. Spojrzała na nabuzowanego Borowika, całego w błocie, wypinającego dumne pierś Dynię oraz Krzaczka, który się wszystkiemu przyglądał i zapewne gdyby nie matka, poszedłby raz jeszcze wcisnąć pyszczek Borowika w błotnistą kałużę.
— Borowik chodź, jesteś następny. — Irysowe Serce schyliła się, aby popchnąć nosem szczeniaka. — Podgrzybkowa Sierść nie ma całego dnia! — ponagliła go, kiedy piesek zatrzymał się i obejrzał na braci.

***

Czas leciał nieubłaganie szybko — jeszcze chwila, a cała sześcioosobowa drużyna wybrańców zostanie uczniami. Dynia chciał być oczywiście szybszy, wyprzedzić system, aby jako uczeń wiedział podstawy i nie musiał tracić czasu na naukę zbyt prostych rzeczy. Właśnie przez tę jego widzimisię, zawziętość oraz upartość, wymykał się ze żłobka, kiedy nikt nie patrzył (albo też patrzył, jednak niewiele go to obchodziło) i szedł sam ze sobą trenować. Coraz lepiej wychodziło mu poruszanie się w terenie — opanował “widzenie” słuchem oraz powoli zaczynał rozumieć wibracje, docierające z otoczenia do jego łap. Nie chodził już pokracznie jak niewyspany wojownik po dwudziestoczterogodzinne pracy, ale jak prawdziwy, zdrowy szczeniak.
Tego dnia również postanowił udać się na miejsce swoich ćwiczeń, nie powiadamiając o tym nikogo; i wszystko byłoby jak wcześniej — Dynia idzie trenować, a nikt mu w tym nie przeszkadza. Kluczowym słowem natomiast jest tutaj “byłoby”.
— Kto tam? — warknął, słysząc czyjeś delikatne kroki zmierzające ku niemu. — Wracaj lepiej — próbował odgonić intruza, przybierając przy tym postawę bojową (która swoją drogą wyglądała dosyć zabawnie).
— Trenujesz tutaj?
Dobrze znał ten głos. Aż za dobrze.
— Dlaczego poszedłeś za mną? — Wyprostował się. — Chcesz potrenować ze mną? — zapytał, przeczuwając niemalże od razu, jaki może być cel Krzaczka.
— To propozycja?
— Skoro już za mną poszedłeś, to przyda mi się ktoś, z kim mogę powalczyć. — Uśmiechnął się zawadiacko.
Gdyby mógł widzieć, to zobaczyłby ten cudowny błysk w oku Krzaczka na samo słowo “powalczyć”. Brat był wyjątkowo chętny do wszelkiego treningu; w końcu to on spędzał na nim najwięcej czasu, nawet gdy padał ze zmęczenia, łapy odmawiały posłuszeństwa, a w uszach huczała krew. Krzaczek chciał ćwiczyć, chciał trenować i sprawdzać się w różnych sytuacjach. Kolejnym argumentem za oczywiście była jego dosyć przyjazna relacja z Dynią.
Bracia mieli udać się razem troszkę dalej, aby mieć więcej miejsca do różnorodnych prób oraz zapewne długiej walki, podczas której popiszą się nabytymi umiejętnościami. Przeszkodziła im w tym jednak jedyna siostra (Dynia zakładał, że tak naprawdę jej nie posiada), która musiała zacząć ich śledzić od samego żłobka. Nasz bohater, rudzielec, niewidomy zapaleniec treningowy, wyczuł ją od razu. Ten jeden, specyficzny zapach, który zapewne, gdyby był człowiekiem, przypominałby mu takie rozgotowane pyzy.
— Czego chcesz, Gorzka? — prychnął, słysząc jej charakterystyczne fukanie. — Wracaj do żłobka.
Suczka momentalnie się najeżyła.
— To wy powinniście wracać. — Uniosła dumnie głowę. — Wracacie, czy mam zgłaszać to rodzicom?
Krzaczek zaśmiał się pod nosem. Rudzielca tak samo, jak Dynie, siostra niebywale… wkurwiała. Tak, to odpowiednie słowo. Gdyby byli starsi, złapaliby ją za kark i odstawili do żłobka, czyli tam, gdzie jej miejsce. Gorzka należała do słynnej listy Dyni najbardziej irytujących psów.
— Nie wiem, co masz zamiar im powiedzieć, skoro sama wyszłaś ze żłobka. Wracaj tam, gdzie twoje miejsce, nie potrzebujemy tu takich pluskiew. — Brat odrobinę bliżej wściekłej siostry.
Gorzka się zagotowała.
— I kto to mówi! — krzyknęła. — Jeszcze zobaczymy, kto tutaj jest…
Nie zdążyła dokończyć, gdyż Krzaczek, poirytowany zbędnym ględzeniem suczki, wepchnął jej pyszczek w mrowisko.
— Zamknij się.
Gdyby byli dziećmi, od razu przybiliby sobie piątkę oraz żółwika. Było to niemałe zwycięstwo.
<Krzaczek?>
[834 słów: Dynia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

14 lutego 2021

Od Dyni

 
Nieporadne stadko malutkich istotek próbowało stawiać swoje pierwsze kroki, przypominając tym samym nowo narodzone źrebięta. Zabawny był fakt, iż każdy wyglądał praktycznie tak samo: rude, puchate kuleczki, tylko u niektórych zauważalne były białe znaczenia. Rodzice, którzy nimi się zajmowali, spali w kącie, będąc zmęczeni ciągłą opieką. Nie powinno być w tym nic dziwnego — szczeniąt urodziło się aż sześć. Świeża matka dawała im tyle uwagi, ile tylko potrzebują (a nawet i więcej), nie chciała odstąpić ich na krok, trochę tak, jakby te sześć małych kulek wciąż było do niej połączonych za pośrednictwem pępowiny.
Jedna z rudych kuleczek urodziła się niestety niepełnosprawna, co dosyć zaskoczyło samego medyka, który oglądał samczyka oraz rodziców. Żaden z nich bowiem nie przypuszczał, że ich syn okaże się ślepy, jakby Gwiezdni stwierdzili, iż wzrok do niczego mu się nie przyda. W takiej sytuacji Irysowe Serce szczególną uwagę poświęcała Dyni — to imię okazało się idealnie do niego pasować, był najbardziej puszystym szczenięciem z miotu — opowiadając mu o świecie, którego przecież nie mógł zobaczyć.
Dynia natomiast należał do tych typów osobowości, którzy udają, że nie czują się w pewien sposób poruszeni, gdy daje im się dużą ilość uwagi. Dynia chciał być indywidualistą — sam chciał poznać świat. Nie chciał czuć się gorszy od rodzeństwa, które wstawało na swoje łapki i krążyło wokół, obwąchując ciekawe przedmioty. Dynia nie chciał być traktowany jak jajko, które trzeba nosić w folii bąbelkowej, bo inaczej pęknie i już nigdy nie wróci do poprzedniego stanu. Uciekał więc spod opieki matki i na własną łapę przeszukiwał pomieszczenie, w którym spali, jedli oraz się bawili. Bez zmysłu wzroku było to niebywale trudne — potykał się o własne łapki, jak młody źrebak, niezgrabnie skaczący po trawie. Cicho skomlał pod nosem, nie chcąc, aby przypadkiem ktoś go nie usłyszał. Co by wtedy pomyśleli?! Pewnie płacze, co za niezdara!
Powoli jednak uczył się korzystać z innych zmysłów, które, na szczęście, działały na jeszcze wyższych obrotach, niż ten nieszczęsny wzrok. Szczeniak z upływem czasu dowiedział się, iż został obdarzony czułym słuchem (było to niestety też irytujące, kiedy budził się z byle powodu w nocy). Nie ujawnił tego odkrycia przed rodzeństwem — czekał bowiem na moment, kiedy sam będzie mógł się popisać, pokazać, że też ma w sobie coś niezwykłego.
— Uważaj. — Irysowe Serce spróbował złapać szczeniaka za kark, kiedy ten niepostrzeżenie kierował się prosto w stronę topniejącej zaspy śniegu.
Dynia odwrócił się gwałtownie i — nawet nie patrząc na matkę, ponieważ nie wiedział, w którą stronę patrzy — zmarszczył brwi. Jego malutki pyszczek przybrał taki wyraz, jakby właśnie zjadł cebulę, cytrynę oraz ogórka kiszonego, a do tego popił to mlekiem. Suczka zaśmiała się na jego oburzenie; doskonale wiedziała, że piesek w duchu jest jej wdzięczny za to delikatne ostrzeżenie.
— Wiem, gdzie idę — prychnął, po czym ominął zaspę, lecz przekonany o swojej umiejętności oceny terenu, skończył z łapami w błotnistej brei.
Za jego plecami rozległ się czyjś śmiech. To jeden z jego braci, który musiał bawić się z innymi i przez przypadek dostrzegł burmuszącego się Dynię. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż szczeniak rozpoznawał głosy swojego rodzeństwa — rozróżniał ich po śmiechu, po krokach oraz nawet oddechu. Ten, który się z niego zaśmiał był Borowikiem. Borowik niezmiernie go irytował — miał charakter, przyprawiający go o ból głowy.
— Uważaj, gdzie idziesz! — roześmiał się.
Dynia czuł, jak powieka jego oka oraz brew zaczynają drgać mimo jego woli.
— To było specjalnie. — Wypiął dumnie pierś. — Sprawdzam tym samym swoje umiejętności!
Borowik zaśmiał się ponownie, lecz nie dopowiedział nic więcej. Dynia poczuł się wygrany, chociaż wciąż w głębi duszy narastała w nim irytacja.
Jego życie było dosyć… skomplikowane. Trudno tutaj nie mówić o komplikacjach, kiedy mamy do czynienia z niewidzącym psem. Wśród rodzeństwa nie wyróżniał się wyglądem, jednakże tym jednym ubytkiem stał się czymś, z czego można było się naśmiewać. Dla nierozumiejących jeszcze świata szczeniąt trudno było pojąć, iż może urodzić się ktoś, kto nigdy nie zobaczy świata. Rodzice co prawda przykładali się do wychowania, starając tłumaczyć małym rudym kulkom czego wolno, a czego nie, to coraz częściej zauważali, że niektórych zachowań nie dadzą rady się pozbyć. Tak, jak nie dadzą rady pozbyć się wrodzonego zaangażowania Dyni, tak samo nie dadzą rady stłumić zachowania Borowika.
Wiosna powoli dawała o sobie znaki — do życia budziły się kwiaty oraz drzewa, które powoli wypuszczały świeże liście. Dynia słyszał, jak matka opowiada innym o kolorze płatków kwiatów oraz dlaczego te wielkie kreatury, zwane właśnie drzewami, wypuszczają ze swoich gałęzi coś zielonego. Rudzielec nie znał pojęcia zielonego, ponieważ nigdy nie mógł go zobaczyć. Pomimo tego nauczył się słowa zielony. Czasem, gdy chciał coś opisać, mówił, iż jest to koloru zielonego. Oczywiście często myliło mu się i słyszał w odpowiedzi: „chwila, przecież to nie jest zielony, ale niebieski!”. Udawał, że go to nie załamuje, chociaż w duchu czuł się przez to groszy — wszyscy inni wiedzą, jak wygląda kolor zielony, ale nie on. Mógł sobie tylko wyobrażać, próbując stworzyć w głowie definicję koloru, jednakże jeszcze mu się to nie udało. 
***
— Skup się — syknął do Rumianka. — Nie możesz tak postępować! — Miał oczywiście na myśli lekceważące podejście szczeniaka. Rumianek nie postarało się nawet zawalczyć o to, co należało do jejgo.
— Ale…
— Nie! — Odwrócił się. — Słyszałem, jak Borowik się z ciebie naśmiewał. Podnieś to. Upadło ci, prawda?
— Zjem to. — Usłyszał, jak Rumianek się oblizało.
Kawałek jedzenia, o którym była mowa, wylądował w błocie. Dynia usłyszał jedynie głośny plusk oraz śmiech Borowika.
— Następnym razem mu oddaj — prychnął, delikatnie poirytowany zachowaniem szczeniaka.
Od dawna już wiedział, że Rumianek większość rzeczy ma w głębokim poważaniu i będąc szczerym, irytowało go to. Irytowało go to, iż Rumianek nigdy nie wykazywało chęci… praktycznie żadnych chęci. Jedzenie leżało w błocie, a Rumianek mówiło, że to zje. Na dodatek się oblizało, jakby było to najśmieszniejszym, co zaraz wyląduje w jejgo pysku.
Dynia skrzywił się na samo wyobrażanie Rumianka ze smakiem pożerającego mięso utaplane w zimnym błocie.
— Tak, tak — wymamrotało. — Tobie też smacznego.
I na tym ich rozmowa się skończyła. Dynia chciał dać Rumiankowi cenną lekcję, ale ten nie wyglądało, jakby chciało z tego skorzystać. Rudzielec miał nawet wrażenie, że nie został wysłuchany. 
***
Śnieg topniał coraz szybciej, a promienie słońca ogrzewały rude futro Dyni. Każdego dnia naraża się na kolejne interakcje z rodzeństwem i chociaż były te lepsze, jak rozmowa z Krzakiem, to były też te gorsze, jak niechciana rozmowa Borowikiem.
Skrycie przed matką oraz ojcem próbował również trenować, chociaż jeszcze długa droga przed tym, aby został uczniem. Nikt nie odbierze mu tej radości z treningu, nawet fakt, iż nie widzi. To tylko drobny uszczerbek na zdrowiu, nic więcej.
Kiedyś pokaże wszystkim, na co stać ślepego psa — jak dobry jest w walce, jak zwinnie się porusza i jakie ma specjalne umiejętności. To wszystko jeszcze pokaże.
[1094 słowa: Dynia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

6 lutego 2021

Irysowe Serce rodzi

Nowe szczenięta Flumine, kolejno: Krzaczek, Miodek, Rumianek, Dynia, Borowik, Gorzka, nie wydają się posiadać większych uszczerbków na zdrowiu (poza głupawymi imionami nadanymi przez ojca w postaci przypadkowych słów, foliowej czapeczki drugiego z miotu i wrażliwości czwartego na zwracanie jego uwagi wołaczem: „spójrz!”). Niech Gwiezdni mają ich w opiece, żeby nie powybijali siebie wzajemnie... i klanu przy okazji.