Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gołębie Żebro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gołębie Żebro. Pokaż wszystkie posty

12 kwietnia 2022

Od Gołębiego Żebra (Gołębiej Łapy)

Powiedzenie, że Gołąb był zestresowany, nie byłoby niczym nowym. Dziwnym byłoby powiedzenie, że jest odwrotnie. Ten już-nie-taki-dzieciak przez większość czasu jednak trząsł tyłkiem przed każdym najmniejszym wyzwaniem, jakie stawiał mu los. Choć z niektórymi już sobie radził, lepiej już gorzej, to, to co właśnie przed nim stanęło, zmiotło go wręcz z planszy. Nie mógł tego się spodziewać i choć wiedział, że ten moment musi w końcu nastąpić... Czy naprawdę musiał kurcze teraz? Sądził w głębi swojego przestraszonego serduszka, że byłoby o wiele więcej lepszych momentów na coś takiego. Ten, zdawał się być po prostu specjalnie wymierzony w niego.
Naprawdę nie chciał mówić, że nienawidzi swojej mentorki. To uczucie było naprawdę silne, męczące i Gołąbek najlepiej nigdy nie chciał musieć go poznać. Wolał, by jego relacja z każdym pozostawała raczej na pokojowym torze, ale gdy... Gdy Dmuchawcowy Lot, nagle mu oznajmiła, że to czas jego mianowania, coś w nim pękło. Żadnego testu wojownika, żadnej miłej, pokrzepiającej rozmowy. Tylko sucha informacja, pozbawiona jakichkolwiek emocji. Kompletnie zignorowała fakt, że większość jego treningu nigdy się nie odbyła — a przynajmniej nie w świecie żywych — i przeszła od razu do sedna. Nie miała dla niego czasu, jej rosnący z każdą chwilą brzuch dawał o sobie jasno znać. Jej zabawa z nim się skończyła.
Gołąb pierwszy raz pomyślał o nienawidzeniu kogoś właśnie w tamtym momencie.
Błagał, łkał ku Gwiezdnym, prosząc, by to wszystko było jakimś koszmarem, nocną marą. Wolał, by Gwiezdni zesłali na niego karę w postaci wizji tego co się może stać. Karę za zaniedbywanie treningów. Na pewno mógł zrobić coś by Dmuchawcowy Lot się nim zainteresowała, choć odrobinę bardziej...
To wszystko jednak było prawdziwe. Zapachy, ciepło słońca na jego skórze i bicie własnego serca, które słyszał we własnych uszach. Przełknął głośno ślinę, zaciskając oczy. Powstrzymywał łzy. Czuł się upokorzony. Nie chciał, by tak to wyglądało. Jakaś część jego wolała, by został uczniem już do końca życia. Wyrywałby pchły dla starszych, słuchając ich opowieści, aż w końcu którąś by się może zadławił. Może i nie jest to najbardziej chwalebna śmierć, ale na pewno los lepszy niż to uczucie poniżenia, które teraz rozpalało jego gardło i żołądek. Jeszcze chwila i zwymiotuje.
Nie stał tam sam. Na szczęście. Blisko niego, ramie w ramie, odciągając od niego część uwagi, stali Spadająca Łza i Bolesny Bark. Oni dzisiaj także mieli otrzymać nowe imiona. Czuł się choć trochę pewniej z nimi u boku, kolejnymi dorosłymi psami, którzy na pewien sposób także przechodzą swoje mianowanie. Obaj skrzywdzeni okrutnymi imionami przez byłą liderkę. Dzisiaj, Brązowa Gwiazda chciał to naprawić.
Przemówił, jednak jego słowa, jedynie dudniły w uszach Gołębia, który był na skraju załamania psychicznego. Widział jak pysk jego łaskawego lidera, powoli się porusza, a słowa, które z niego wychodziły na pewno miały jakiś sens i składały się na zdania. Gołębia Łapa jednak nie potrafił tego zrozumieć. Żadnego z nich.
Odleciał swoimi myślami daleko. Hen, daleko. Zastanawiał się, czy jego ojciec patrzy z góry. Czy jest z niego dumny? Czy... Czy jest dobrym synem? Chciał być dobrym synem, wiedział, że jego matka siedzi gdzieś w tłumie psów, uważnie go obserwując. Czy była z niego dumna? Chciał, by była z niego dumna, ale w głębi czuł, że ją zawiódł.
Wybudził go okrzyk.
— Spadający Promyk!
Wręcz podskoczył w miejscu, wyrwany z toku myśli. Dopiero po chwili, dostrzegając szeroki uśmiech suczki obok siebie, zrozumiał tę sytuację.
— Spadający Promyk...! — powtórzył niepewnie, przytłumionym głosem.
To musiało być jej nowe imię.
Było piękne.
Następna była kolej Bolesnego Barku. Tym razem Gołębia Łapa przyglądał się całemu wydarzeniu, chcąc odgonić swoje myśli od czarnych miejsc w jego uroczej główce. Owczarkowaty powoli wyszedł przed szereg, spoglądając z ufnością na Brązową Gwiazdkę, którego mądry pysk już dawno oznaczył się szarością. Odchrząknął i powoli przemówił.
— Bolesny Barku. Imię, które nadała ci moja poprzedniczka, jest imieniem, którego nienawidzisz. Długo czekałem na to będziesz gotowy na jego zmianę, a gdy w końcu mnie o to poprosiłeś, byłem bardziej niż chętny spełnić twoje życzenie.
Bolesny Bark pokiwał głową, a lider Wietrznych kontynuował.
— Przeżyłeś ogromny ból. Przeżyłeś walkę, która na zawsze cię skrzywdziła. Nie sądzę jednak, że powinieneś się tego wstydzić. Twoja rana pokazuje twoją siłę. Dla mnie i dla wielu innych Wietrznych wciąż jesteś Rozmarynem. To było imię nadane przez twoją matkę, dlatego mianuję cię Rozmarynowym Barkiem!
Na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. Patrzył się z ulgą na Brązową Gwiazdę.
Nawet Gołąb uśmiechnął się na moment. Naprawdę miło patrzeć jak Rozmaryn w końcu się uśmiecha. Dawno nie widział takiej radości rozciągającej się na jego pysku. Był pierwszym, który wykrzyczał jego nowe imię, w stronę nieba.
Prawie zapomniał, że to też jego mianowanie. Został tylko on, otoczony klanem. Spadający Promyk i Rozmarynowy Bark wrócili do swoich bliskich, a on tkwił tam. Sam jak palec. Przełknął głośno śline i oblizał nerwowo swój pysk. Chciał wbić wzrok w ziemię, jednak coś z tyłu głowy mówiło mu, że jest to bardzo niekulturalne, więc pomimo wszystkim swoim instyktom, patrzył się na Brązową Gwiazdę, siedzącego na Snopie Siana.
— Gołębia Łapo, twój trening był długi... — zaczął i zamilkł na moment. Zaniósł się kaszlem.
Cień strachu przeszył serce Gołąbka. Czy to zły omen?
Lider jednak po chwili kontynuował.
— Był długi i... To czas byś został wojownikiem. Proszę Gwiezdnych, by spojrzeli swoim łaskawym okiem na ciebie, ucznia, który pracował tak długo na godne wojownicze miano. Gołębia Łapo. Od dzisiaj będziesz znany jako Gołębie Żebro.
Myślał, że się przesłyszał, jednak okrzyki jego nowego imienia szybko sprawiły, że... To było jego imię. Dziwne, osobliwe, ale jego. Nie rozumiał, skąd się wzięło. Nie rozumiał, dopóki nie obejrzał się po sobie.
Był obrzydliwie chudy, a wystające po bokach żebra stały się jego znakiem rozpoznawczym.

[938 słów: Gołębie Żebro otrzymuje 9PD]

3 marca 2022

Od Gołębiej Łapy CD Sarniego Tupotu — Event Walentykowy

 dzieje się to kiedyś tam, znaczy niedawno, ale nie teraz
Związek Gołębia z Kijankiem był na pewno czymś, czego młody jeszcze-nie-wojownik się nie spodziewał. Ich charaktery były tak bardzo rozstawione na spektrum, tak bardzo różne od siebie, że nie jeden pies powiedziałby, że coś takiego jest niemożliwe. Że ich związek jest wymuszony przez jedną ze stron. Ale szczerze? Gołąbek wcale się tak nie czul. Był szczęśliwy. Przy Kijankowej Kałuży, czuł, jakby dostawał skrzydeł, takich jak jego upierzeni imiennicy. Kijanek czasami zakradał się wieczorami, do legowiska uczniów. Rozmawiali razem nawet i pół nocy, a inne psy musiały ich nieustannie uciszać i znosić ich śmiechy i chichoty. Zachowywali się jak dwa zakochane gołąbki.
Choć przed tym, była także faza, w której Gołębia Łapa za żadne skarby świata nie chciał, by ich związek wyszedł na światło dzienne. Nie widział żadnej innej, oficjalnej pary, która nie składała się z psa i suczki i był szczerze dość w tym zagubiony. Czy tak na pewno powinno być? Nie wiedział, jaką role powinien w tym wypełnić, jak się przypasować. Były momenty gdzie był po prostu przerażony, a łzy cisnęły mu się do oczu. Kijankowa Kałuża jednak wspaniałym pomysłem uznał, że pokaże dla całego klanu, jak bardzo się kochają i niedługo Ventus spoglądało na nich nieco inaczej. Kijanek bowiem, przy całym klasie polizał bardzo czule Gołębia Łapę w policzek, wprawiając ucznia w osłupienie.
Jakoś udało mu się przełknąć swoją dumę i zaakceptować ten fakt. Obecność Kijanka z boku pomagała, ale wciąż to wydarzenie wzbudzało w nim burze uczuć, która doprowadzała go do bólu głowy. Ciągle czuł, jak ściskał go żołądek, nie potrafił powiedzieć, co jest nie tak, a zioła od Manaciego Olbrzyma chyba przestały już pomagać. Zamykał się czasami w sobie, przesypiając kolejne i kolejne momenty. Kijanek starał się go wyciągać, w pewnym sensie mu się udawało. Uczeń wciąż jednak wydawał się lekko tym wszystkim przytłoczony. A potem jeszcze Sarenka wyskoczyła z tym... Z tym pomysłem.
Gołębia Łapa stał, z szeroko otwartymi ślepiami, wlepionymi w całą tę scenę. Jakieś jedzenie, światła i... te pierścionki. 
Przełknął głośno ślinę, starając się, by obiad nie podszedł mu do gardła.
— Sarni Tupocie, nie wiem, czy to dobry pomysł... — spróbował cicho, ale Kijankowa Kałuża go zagłuszył.
— I zrobiłaś to wszystko sama? - spytał, unosząc jedna z brwi. Na jego pysku gościł lekki uśmiech.
Suczka ochoczo pokiwała głową. Widać było, jak promienieje szczęściem. Była idealnym przeciwieństwem jedynego ucznia z tej gromady, który nie wiedział nawet, jak się wysłowić. Biedny zapomniał języka w gębie.
— Oczywiście, ze sama! Ja wszystko sama, bo jesteście tacy przekochani — rozczuliła się. — Zasługujecie na najbardziej romantyczne spotkanie, jakie jest tylko możliwe! — chichotała, a jej pysk zdobił ten nieznikający nawet na sekundę uśmiech.
Kijanek pokiwał głową z uznaniem, zerkając nagle na Gołąbka, który szczerze wolałby zapaść się szczerze pod ziemie, niż stać pośrodku tego show. Nie minęła nawet chwila, jak loczkowaty zagonił swoją siostrę hen daleko, by zostawiła ich samych. Wylądowała w krzakach, tuż nieopodal, obserwując wszystko bacznie. Jej ślepia błyszczały w świetle księżyca.
Wojownik polizał swojego partnera po policzku, tak jak wtedy, prowadząc go powoli do leżaków.
— Położysz się, Gołąbku?
Nogi miał szczerze jak z waty, wiec wręcz runął posłusznie na leżak. Kijankowa Kałuża położył się na drugim, tuż obok, wbijając w niego swój wzrok. Jego piękne futro, wyglądało jeszcze bardziej idealnie niż zwykle w tym świetle. Może i cala sceneria była dość kiczowata, a jej przesłodzony i wymuszony romantyzm, wywoływał w Gołębiu nieprzyjemne uczucie skrętów w żołądku, ale...  Musiał to przyznać, kochał Kijankową Kałuże ponad wszystko.
— Wiesz Gołąbku, myślę, ze cudownie wyglądasz — spróbował zagadać Kijanek.
Gołąb jednak nadal nie mógł wydusić z siebie słowa. Ugrzęzły mu one w gardle, a jego wzrok ciągle uciekał w krzaki, tam, gdzie siedziała Sarenka.
— Nie mogę uwierzyć, ze moja siostra cos takiego wymyśliła. Czaisz? I to dla nas! — parsknął z uśmiechem.
Gołąb czul się każde uderzenie swojego serca.
— Może zjemy, co? Myślę, że zasłużyliśmy. A potem możemy zająć się tym… przypieczetowaniem - zamruczal.
Oczka sarenki odpowiedziały trzepotem rzęs.
Zapowiada się długa noc.

<Sarenko? Trochę speedrun i krótkie, ale w sumie miło się bardzo pisało uwu>
[662 słowa: Gołębia Łapa otrzymuje 6PD + 6PD za Event Walentynkowy]

12 grudnia 2021

Od Gołębiej Łapy

dzieje się to podczas powodzi
— Hej Gołąbku, jesteś dzisiaj wolny? — uczeń usłyszał za sobą znajomy pomruk, loczkowatego współczłonka Ventus. W jego głosie słychać było to znajome ciepło.
Gołąb oderwał się od swojego zadania, które w teorii powinno być przynajmniej minimalnie ciekawe. Może nie w swojej definicji, jednak kontakty ze starszymi potrafiły być interesujące. Ich historie, które opowiadały, wywoływały uśmiech na pyskach wielu, lub przynajmniej zaciekawiony błysk w oku. Teraz jednak, wszyscy byli chyba zbyt markotni z powodu tej przeklętej powodzi, by mieli jakąkolwiek chęć na choćby otwarcie pyska, a co dopiero jakąś opowieść z ich młodych i ciekawych lat. Dlatego w ciszy, wymieniał po prostu na wskroś przemoknięte legowiska. Tu szmata, która waży chyba tonę, tam mech, który aż ciężko chwycić w zęby.
Poczuł się aż głupio, stojąc tak ze śmierdzącym kawałkiem starego koca w pysku, tuż przed swoim przyjacielem. Palił się w środku ze wstydu. Z wrażenia, aż upuścił kawałek starego posłania na podłogę. Wydała z siebie mokry, obrzydliwy chlupot.
Robienie tego niezbyt przyjemnego zadania i bycie złapanym w niezbyt korzystnej, to jednak nie wszystkie powody, dlaczego Gołębia Łapa chętnie zapadły się pod ziemię. By zniknąć już na zawsze i nie musieć czuć oceniającego wzroku każdego na siebie. Wciąż był "łapą", był uczniem, mimo pracowania tak długo i starania się ponad swoje siły. W tym samym czasie jego przyjaciel ledwo ukończył te przeklęte 12 księżyców, a już został mianowany wojownikiem. Kijankowa Kałużo... Jak to zrobiłeś?
— Coś ci wypadło — uśmiechnął się pod nosem, dotykając łapą skrawka koca.
Gdyby mógł, Gołąb już dawno byłby czerwony ze wstydu. Prawdopodobnie był, pod tą kupą futra. Przełknął głośno ślinę, ubierając na pysk nerwowy uśmiech i wydając z siebie coś na wzór chichotu. Miał ogromną gulę w gardle. Dlaczego takie rzeczy zawsze musiały go spotykać? Czym sobie zawinił dla Gwiezdnych, że ci go pokarali takim losem? Cała ta sytuacja była tragedią, kolejnym upokorzeniem. Jakby już wywalenie się pyskiem prosto w błoto, tuż przed oczami Kijankowej Kałuży nie wystarczyło. Ten świat go nienawidził, a on nawet nie wiedział, dlaczego i co mu zrobił i jak może to naprawić. Miał ochotę wcisnąć się w najciemniejszy kąt stajni, zostając tam już na zawsze.
— Ta... Dzięki Kijankowa Kałużo — posłał mu kolejny nerwowy uśmiech, wzdychając.
— To odpowiesz mi na moje pytanie? — wyszczerzył zęby.
— Co?
— Pytałem się, czy jesteś dzisiaj wolny. Więc?
Gołąb zaśmiał się pod nosem, przeklinając się w myślach. Kretyn.
— Dzisiaj? Dzisiaj... Dzisiaj nie, nic nie robie poza wymianą posłań u starszych więc..
Przerwał mu.
— Więc nie będziesz miał nic przeciwko wspólnemu wypadowi nad kanion?
Kanion? Kanion... Cholera jasna, kanion! Nie, nie, nie ma mowy, przecież tak niedawno Brunatny Horyzont tam zginęła, rozszarpana na kawałki przez niedźwiedzia! Przecież to jest tak cholernie zły pomysł. Nie chciał skończyć tak jak ona, lub nawet gorzej. Tak jak jej syn. Ciężko się patrzyło na Bolesnego Barka, jak ledwo dawał radę chodzić, pomimo tak wielu prób medyków, by mu w jakikolwiek pomóc, ulżyć. Widział jak Manaci Olbrzym i Cynamonowa Pestka się starali, a mimo to, cała ta chęć do życia z niego uszła. Gołąb wiedział, że już-nie-Rozmaryn chciał dać z siebie wszystko. Wręcz na siłę pchał się do patroli czy polowań, mimo że za każdym razem przełykał łzy.
Nie chciał skończyć w ten sposób, miał całe swoje życie przed sobą.
— Nie wiem, czy to bezpieczne Kijankowa Kałużo... — powiedział powoli.
— Nie przesadzaj, gdzie indziej możemy pójść? Wszystko jest zalane, przemoknięte do cna. Jak chcesz brodzić w błocie to okay — cicho prychnął, zerkając znacząco na Gołębia.
Czuł, jakby serce mu na chwilę stanęło.
To była jego szansa.
Nie zepsuj jej.
Przełknął ślinę i spojrzał znowu na Kijankową Kałużę, starając się nie uciekać wzrokiem na boki, co było trudniejsze, niż się wydaje. W końcu zdołał wydusić z siebie ciche "dobrze, możemy iść".
Czuł się, jakby było to najtrudniejsze co miał w swoim życiu do powiedzenia. Ledwo przeszło mu to przez gardło, a teraz czuł, jak gdyby paliło go od środka. Wziął głęboki wdech, chcąc uspokoić swoje biegnące na zabój serce.
Na pysku Kijankowej Kałuży pojawił się zadowolony uśmiech.

* * *

Gdy tylko tam stanął, jego łapy zadrżały. Słońce chyliło się już zachodowi, a on, stał tam, patrząc się w bezkresną otchłań. Nie mógł nawet dostrzec dna, ciemność kompletnie je zalała. Zmrużył swoje oczy, wytężając wzrok i zbliżając się delikatnie.
Zaczął spadać w dół. Coraz niżej i niżej, w tę ciemną otchłań, która go pochłaniała. Grawitacja przyciągała go do siebie, a podłoże się zbliżało szybciej, niż mózg Gołębia mógł to pojąć. Z jego gardła wydobył się krzyk, który przerwał ciszę dookoła. Wiedział, że wszyscy to usłyszą. Wiedział, że jego mama, tata, że jego rodzeństwa to usłyszy i potem zainteresuje się tym, co się stało. Załkał głośno, rozumiejąc, że był to ostatni moment w jego życiu. Potem zrozumieją, że ich członek rodziny umarł, zginął, roztrzaskał się o ziemię. Otworzył swoje oczy, wziął ostatni oddech i zderzył się z ziemią.
— Yo, Gołąb, wszystko okay? — Kijankowa Kałuża zaśmiał się, trącając nosem starszego psa.
Gołębia Łapa podskoczył, spoglądając w jego stronę. Otworzył swój pysk, przerażony, wręcz gotowy do krzyku mogącego rozwalić bębenki uszne.
— Weź, nie patrz się tak na mnie, jakbyś zobaczył ducha — parsknął śmiechem, wskakując na jeden z kamieni blisko urwiska.
Serce mu się na moment zatrzymało. Gdzieś z tyłu głowy bał się, że jego loczkowaty przyjaciel zaraz spełni los jego wyobrażenia. Nie wybaczyłby sobie gdyby coś takiego się stało. Jednak ta pewność siebie, która biła z Kijankowej Kałuży niszczyła to wyobrażenie. Kruszyła je w drobny mak, uświadamiając dla ucznia, że jego przyjaciel tryska zapałem i nie boi się każdego kroku, który musi postawić. Nie boi się każdego poranka, prosząc Gwiezdnych o łaskę.
Pies odwrócił się i wbił w Gołębią Łapę wzrok, posiadając złotą aureolę słońca za sobą. Światło rozświetlało jego futro, dodając mu tak ogromnego mistycyzmu. Wyglądał jak niebiański anioł, który miał właśnie przekazać mu swoją przedwieczną wiedzę.
— Chodź, zabiorę cię w podróż na koniec świata — coś błysnęło w jego oku.
I wtedy Gołąb zrozumiał jedną rzecz — jest gotowy oddać dla niego całego siebie. 
 
[1003 słowa: Gołębia Łapa otrzymuje 10PD oraz 3PT]

7 października 2021

Od Gołębiej Łapy

Czy tak miał wyglądać jego trening? Już na zawsze?
Gołąb zadawał sobie to pytanie chyba codziennie, myśląc o tym jak bardzo jego trening zwolnił. Dmuchawcowy Lot była o wiele bardziej skupiona na... Czymkolwiek była skupiona, żeby poświęcić, choć minimalną chwilę na trening, któregokolwiek ze swoich uczniów. Nie chciał skończyć jak Burzowa Łapa! Niektórzy w jego wieku posiadali już własne szczeniaki, małe biegające dookoła kuleczki, a ten... Ten nawet nie dostał swojego wojowniczego imienia! Nie tak przecież miało wyglądać życie wojownika, spędzając jego pół jako uczeń.
Dzisiejszego dnia jego, pożalcie się Gwiezdni, mentorka po raz kolejny zbyła go, jakby był nikim. Gołębia Łapa naprawdę nie wymagał od niej wiele, po prostu chwile uwagi. Nie zająłby jej nawet zbyt długo. Dmuchawcowy Lot jednak tylko burknęła coś pod nosem do siebie, rzucając do niego "powtórz kodeks wojownika" czy coś w tym stylu. Ale ile razy można go powtarzać?! Gołąb znał go już na pamięć, wybudzony w środku nocy wyśpiewałby całość bez choćby jednego zająknięcia. To... Trochę straszne. Zwłaszcza że czasem ciężko byłoby dla niego wykonać nawet głupi skok, by dobrze złapać ofiarę. Wiele dni Gołębia, zmieniało się w długie siedzenie w stajni, pomagając każdemu, kto się tylko nawinął. Do pewnego czasu niańczył szczeniaki Pręgowanej Skóry, gdy ta chciała odpocząć od ciągłych pisków maluchów, jednak one także dorosły i zostały uczniami. A on został sam.
Nawet Kijankowa Łapa nie miał dla niego czasu, biegał gdzieś z Pstrokatym Skrzydłem.
Dzisiejszy dzień spędził na pomocy dla Obłocznego Poroża w uszczelnianiu ścian stajni. Tu wciskali siano, tu stare szmaty, których nikt nie chciał dać dla nawet najbardziej zrzędliwych wojowników — a Bryzowa Gwiazda już rozgryzła ich taktykę wpychania śmierdzących szmat do jej legowiska — więc nadały się idealnie do tego zadania. Wszystko by sprawić, że w obozie Wietrznych będzie choć trochę cieplej. Pod koniec tego wszystkiego był tak zmęczony, że po prostu padł na swoje posłanie, usypiając w parę sekund. Zwykle zasypianie zajmowało mu o wiele dłużej, przewracał się z jednego boku na drugi, wstając i układając się w innej pozycji.
Nie zdążył nawet otworzyć oczu, a uderzyło go ogromne ciepło. Słońce pomiziało delikatnie jego nos, który natychmiastowo się poruszył w poszukiwaniu zapachów. Jego nos delikatnie drgał. Powoli się podniósł, otwierając leniwie oczy i rozejrzał. Przed nim rozciągała się bezkresna, piękna polana, pełna wysokich traw i kwiatów. Ich kolory zapierały dech w piersiach, niektórych z nich nawet nigdy nie widział. Słyszał gdzieś w oddali bzyczenie pszczół, śpiew ptaków i szum liści. Nie czuł tutaj mrozu zimy, jedynie promienie słońca i letnią bryzę. Co to było za miejsce? I gdzie reszta jego klanu, gdzie jego rodzeństwo, rodzice?
— Gołąbek?
Wręcz podskoczył gdy usłyszał ten obcy, choć przyjemny głos. Koił jego uszy jak miód, mimo to, jego serce biegło prędkością zająca przez pola. Jego oddech był równie przyśpieszony, dyszał cicho, oblizując się nerwowo.
Odwrócił się wręcz natychmiastowo w stronę swojego rozmówcy.
— K-Kim jesteś?! — nastroszył się. Wyglądał przez to na dwa razy większego niż był. — I skąd znasz moje imię? Nie podchodź! — kłapnął zębami.
W oczach można było dostrzec jasny, oczywisty strach. Nie ruszało to jednak psa siedzącego spokojnie, parę metrów dalej, wpatrzonego w Gołębią Łapę.
— Spokojnie mały — zaśmiał się cicho, ziewając, pokazując rząd ostrych jak brzytwy zębów. Po karku Gołębia przeszedł dreszcz. Pies jednak siedział niewzruszony, a jego karmelowe futro lekko się rozwiewało. — Nic ci nie zrobię przecież, rozluźnij się. Nie widzisz jaka ładna jest tutaj pogoda? Usiądź sobie na słońcu, a nie trzęsiesz tyłkiem.
"Trzęsiesz tyłkiem...?"
Gołębia Łapa pociągnął nosem i wziął głęboki wdech. Suchość w ustach nie dawała mu spokoju. Znowu się rozejrzał, jego wzrok skakał od prawej do lewej, próbując skupić się na otoczeniu. Prawda to... Nie wyglądało groźnie, wręcz przyjemniej, niż cokolwiek na terenach jego klanu. Zaczął wymieniać w swojej głowie kwiatki dookoła siebie, ich kolory i liczby płatków. Umoczył w ślinie swój cały pysk. Cokolwiek by się uspokoić.
— Co... Co to za miejsce?
— To? — jego rozmówca się zaśmiał, spoglądając w niebo. Jego wzrok ruszał się razem z ruchem chmur, które leniwie sunęły po niebie. — Takie małe, wyjątkowe miejsce, pomiędzy materialnym światem a tym co zamknięte jest za spirytualną bramą z biletem w jedną stronę. Podoba ci się tutaj?
— Chyba tak... — mruknął cicho, spuszczając swoją głowę. Wciąż coś mu tutaj nie pasowało i pozostawiało nieprzyjemny posmak na języku. — Po co tu jestem?
— Jak to po co? Chodzi o twój trening, wiesz Gołąbku, słabo siedzieć tak w miejscu, bez rozwijania się. Chce ci z tym pomóc — wyszczerzył się. — Zasługujesz na więcej.
— N... Naprawdę?!
Nieznajomy pies pokiwał głową, stając przed Gołębią Łapą.
— Jesteś naprawdę wyjątkowym, młodym psem, wiesz? — mruknął z uśmiechem. — Zostałeś wybrany. Jesteś stworzony do wielkich rzeczy, nie chciałbyś być na to gotowy? Co Dmuchawcowy Lot może ci obiecać, skoro nawet nie ma dla ciebie czasu?
"Wielkich rzeczy?" szepnął cicho Gołąb.
— Więc?
— Oczywiście, że tak! Chce... Chce być gotowy.
Przed oczami Gołębia stanął obraz jego, jako wielkiego i silnego wojownika (a może i lidera!) Ventus, który z wypiętą piersią idzie w przód, broniąc swojego klanu. Przecież to jego marzenie. Jego ciche marzenie, o które w ukryciu modlił się każdego wieczoru. Oczy mu się rozświetliły.
— Kiedy możemy zacząć? — spytał z uśmiechem.
— Ach, nie dzisiaj, nie zdążymy. Co powiesz na jutro?
Uczeń pokiwał ochoczo głową, machając lekko swoim ogonem. Nie mógł w to uwierzyć! Prawdziwy trening, tylko dla niego. W końcu ktoś, kto nie będzie pomiatał nim całymi dniami. W końcu da radę coś osiągnąć...
— To, co mały? Zostajesz moim uczniem, nie?
Gołąb mimowolnie podskoczył, dotykając się nosem z karmelowym psem. Zaśmiał się cicho, otrzepując się.
Wszystko dookoła powoli zaczęło się rozpływać, znikając we mgle.
— No cóż, demony przeszłości mnie wołają do siebie. Będę na ciebie tutaj jutro czekał.
Gołębia Łapa pokiwał głową. W ostatniej chwili jednak otworzył szeroko oczy.
— Właśnie... Nie wiem, jak masz na imię! — wykrzyczał w stronę psa, który zaczął zanikać w coraz gęstszej mgle.
— Oh, jestem Wiśniowe Serce, Gołąbku — kącik jego pyska się delikatnie uniósł. — Myślę, że je zapamiętasz.
Poderwał się wtedy z posłania, biorąc głęboki wdech, wzdrygając się z mrozu.
 
[1021 słów: Gołębia Łapa otrzymuje 10PD; 3PT i nowego mentora, który nie ma wcale złych zamiarów]

4 sierpnia 2021

Od Gołębiej Łapy

Gołąb nie mógł dosłownie usiedzieć tego dnia. Wstał już o wschodzie słońca, przeszkadzając dla dosłownie każdego, kto znalazł się pod jego łapami. Obudził chyba całe legowisko wojowników swoim rabanem. Inne psy zerkały z wyrzutem na szczeniaka i Cedrowy Deszcz, wręcz pytając, dlaczego nie uspokoi swojego malucha. Gołąb jednak nie przestawał. Mimo to jego mentorka ciągle spała lub przynajmniej bardzo dobrze udawała, że to robi. A przecież dzisiaj umówił się z nią na trening! W końcu! Nie, żeby Gołębia Łapa marudził, ale jego trening szedł im naprawdę wolno. Przynajmniej żadne z jego rodzeństwa nie zostało jeszcze wojownikiem, to byłoby już dla niego za dużo. Mimo że ich naprawdę kochał, chciałby, by być najlepszym ze swojego wieku. 
Po raz kolejny szturchnął łapą swoją mentorkę. Zrobił to, najmocniej jak tylko umiał, a patrząc, że Gołąb jest mimo wszystko jeszcze szczeniakiem, nie powalało to z nóg. Dal z siebie wszystko. Szturchał Dmuchawcową od dobrej godziny, nieprzerwanie nękając ją i wybudzając ją ze snu, nieprzerwanie będąc też odganianym. Nie rozumiał tego, przecież chciał po prostu nauczyć się w końcu czegoś. Naprawdę chciał! Był tak bardzo zmotywowany, by chłonąć wiedzę. Miał dość już łażenia w kółko ze swojego posłania do posłania Dmuchawcowego Lotu. Czy trening to tak naprawdę dużo do poproszenia?
 — Dmuchawcowy Lotu, wstań! Proszę! — jęknął zrezygnowany Gołębia Łapa, naskakując na swoją mentorkę, która poderwała się do góry, odruchowo warcząc. Szczeniak się wycofał, przyciskając swoje uszy do siebie. Suczka otrzepała się, patrząc przez chwilę w przestrzeń. W końcu jednak wbiła wzrok w swojego nadpobudliwego ucznia, mając markotną minę na pysku.
 — Nie możesz dać mi się nawet wyspać? — prychnęła, marszcząc nos. 
Wciąż była dość zaspana, wolała przeleżeć w swoim legowisku przynajmniej kolejną godzinę, bez brzęczącego gówniarza nad głową. Przeciągnęła się i ziewnęła. Gołąb aż policzył wszystkie jej zęby, traktując dosłownie wszystko, co się działo od tego momentu jako trening. 
 — Dobrze, chodźmy — burknęła na szczeniaka, wychodząc. Szła przed siebie, nie czekając nawet na swojego ucznia. — Chce mieć cię po prostu z głowy, za jakie grzechy Bryzowa mi cię wcisnęła — powiedziała już ciszej. 
 — Co?
 — Nic. Znasz już podstawy polowań, prawda? 
 — Oczywiście, że tak! — pomachał ogonem. — Wytłumaczyłaś mi to już jakiś czas temu, Dmuchawcowy Locie. Słuchałem cię przez cały czas.
Ta tylko zerknęła na szczeniaka, unosząc jedną z brwi i usiadła na trawie niedaleko stajni. Od co najmniej godziny było już kompletnie jasno, a mimo to Dmuchawcowy Lot z chęci by jeszcze chwilę pospała. Westchnęła głośno, przeklinając w myślach Bryzową, i rozejrzała się po okolicy, próbując znaleźć coś, co szczeniak mógłby możliwie upolować. By jednak w międzyczasie zająć go czymś, kazała mu wytłumaczyć to jak powinno się polować. Robił to prawdopodobnie po raz trzeci, ale kogo to by interesowało? Na pewno nie Gołębia, który bez wahania rzucił się do tłumaczenia.
 — Najpierw powinienem wytropić ofiarę — zaczął, dumny z siebie. — Potem jeśli jest więcej niż jedna, wybrać tą, którą mam największy szansę, by ją złapać. No wiesz Dmuchawcowy Locie! Najsłabszego z całej gromady — zaciął się na moment. — Powinienem stać też tak, by wiatr nie zdradzał mojego położenia, prawda? 
Ta tylko kiwnęła głową, ciągle się rozglądając. Gołębiowi to jednak wystarczało, uśmiechnął się i wrócił do tłumaczenia.
 — Potem już zostało mi podkraść się i złapać moją ofiarę z zaskoczenia. Dobrze mi poszło? 
 — Mogło być lepiej. Co jeśli ofiara zacznie uciekać? Będziesz sterczeć jak kołek? — suczka nagle skupiła swoją uwagę znowu na szczeniaku.
 — Wtedy powinienem ją gonić, złapanie zdobyczy jest ważne dla klanu.
 — Gratulacje — powiedziała raczej sarkastycznie. Nagle wbiła wzrok w coś w oddali. — Patrz. Tam — wskazała jedno miejsce pyskiem, przylegając brzuchem do ziemi, by nie wystraszyć ofiary. Gołąb zrobił to samo.
 Szczeniak niezbyt jednak rozumiał. Przez wysoką trawę niezbyt dobrze widział, co tam było, poza szarą plamą. Zerknął na swoją mentorkę. 
— Co tam jest? 
— Gołąb. Upoluj go, zanim odleci. 
— Na pewno powinienem? 
 — Czemu niby nie? Gołębia Łapa delikatnie się skulił, jakby kontemplując w swojej głowie czy to, co chce powiedzieć, na pewno ma sens. Czuł się, jakby słowo mu ugrzęzło w gardle, nie mógł z siebie wydobyć żadnego dźwięku przez dobrą chwilę.
 — Więc?
 — No wiesz Dmuchawcowy Locie... Ja też jestem w pewnym sensie gołębiem.
[709 słów: Gołębia Łapa otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

13 lipca 2021

Od Gołębiej Łapy CD Wilczego Cienia

Tego dnia Gołąb chciał przeżyć coś innego, coś nowego. Miał dość siedzenia w stajni lub trenowania koło niej. Trening z Dmuchawcowym Lotem był mimo wszystko dość powolny, a Gołębia Łapa miał ochotę odlecieć w dal i zwiedzać świat. Jego oczy były wielkie i ciekawe tego, co się kryje za rogiem. Wiedział jednak jedno, co się łączyło z jego małym marzeniem — opuszczenie klanu. Jego domu. A na to nie mógł sobie pozwolić. Był wierny dla swojego klanu, swojej rodziny. Kochał ich tak bardzo, nie miałby serca opuszczać ich dla czegoś tak prostego, jak swoje szczeniackie marzenie. Poza tym! Miał o wiele bardziej szlachetny cel w swoim sercu i dlatego właśnie nie mógł porzucić Wietrznych.
Chciał choć trochę spełnić swoje marzenie o podróży, jednak co chwilę cofał się, niepewny swoich kroków. Dosłownie. Jak głupio by to nie wyglądało, mała, urocza kulka, jaką był Gołębia Łapa, wychodził ciągle ze stajni, tylko by się wycofać znowu do środka. W głowie miał taki mętlik, że nawet proszenie gwiezdnych o pomoc mu nie pomagało. A on tylko chciał iść nad rzekę! Ciekawiło go, jak wyglądała w tej porze roku, gdy wszystko było przykryte zimnym puchem. Jednak strach przed tym, co się może stać, był chyba jeszcze większy niż chęć pójścia tam. Co, jeśli się utopi? Albo spotka kogoś z Quintusu?! Nie chciał jednak zamęczać żadnego wojownika swoimi głupimi życzeniami. Większość chodziła teraz i werbowała jakieś przybłędy do klanu. Dla Gołębia ten pomysł wydawał się naprawdę abstrakcyjny, widział też, że nie jest jedyny. Przecież te psy, nigdy nie poznały tego, kim są Gwiezdni! A teraz tak po prostu... Mogą dołączyć? Naprawdę był bardzo zagubiony. Zarazem cieszył się, że jego klan stawał się większy, ale zarazem bał się tego, jakie psy dołączą.
Po raz kolejny wysunął łeb ze stajni, znowu się chowając do środka, biorąc parę głębokich wdechów. Bał się, choć tak bardzo nie chciał. Czuł się taki słaby, że był bliski płaczu. Ale nie był swoim bratem, nie był Pszczelą Łapą, nie będzie płakał. Zacisnął swoje oczy, by powstrzymać łzy i pobiegł przed siebie, myśląc, że może w ten sposób uda mu się wyjść na przygodę. Jeśli nie będzie myślał o drodze, to się nie zatrzyma, prawda?
Ale oczywiście, że na kogoś wpadł.
Szybko otworzył swoje oczy, wbijając wzrok w wojownika przed nim. Od razu go rozpoznał, to był Wilczy Cień! Może on mógłby zabrać młodego ucznia nad rzekę? Nie wyglądał na zbyt zajętego, jego wzrok był wręcz nazbyt znudzony.
— Witaj — powiedział spokojnie, siadając, patrząc się dla Gołębia w oczy.
— Jestem Gołębia Łapa! — zaśmiał się szczeniak, domyślając się, że wojownik pewnie nie zna jego imienia.
— Co tu robisz? — spytał znowu tym swoim spokojnym głosem, wręcz bez żadnego wyrazu czy choć krzty emocji.
— Więc... — zaczął Gołębia Łapa, zastanawiając się jak to najlepiej ubrać słowo, by nie wyjść na kompletnego głupola. — Chciałem pójść nad rzekę, ale, ale! Pomyślałem, że bezpieczniej będzie wziąć kogoś ze sobą... — Zamachał lekko ogonem. — Chciałbyś mnie tam zaprowadzić Wilczy Cieniu?
— Po co?
Te słowa sprawiły, że Gołąb osłupiał. Po co? A po co się robi cokolwiek, po co się marzy, po co się biega i tarza w trawie, obserwując chmury? Po co się modli do gwiazd, szukając w nich przewodnika? Po co się ryzykuje swoje życie, wyruszając na śmiertelnie niebezpieczne wyprawy? Po co, po co, po co?
— A czemu nie? — Spojrzał tymi swoimi niewinnymi oczami, próbując przekonać starszego wojownika. — Nigdy tam nie byłem...
<Wilczy Cieniu?>
[558 słów: Gołębia Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]