Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chwast × Krzaczasty Cień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chwast × Krzaczasty Cień. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2021

Od Chwasta do Krzaczastej Łapy (Krzaczastego Cienia)

tw: badziewnie opisane branie narkotyków, bo nigdy nie próbowałem i nie mam pojęcia, jak to wygląda.
Cała ta zaistniała sytuacja powoli przyprawiała mnie o niemały ból głowy. Kompletnie nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje, ponieważ działo się za dużo. Nagle z mojej wielkiej przygody i próby odwiedzenia dawnego znajomego zrobiła się wielka maziaja, której poniekąd nie szło zrozumieć. Myślałem, że jedyne co mnie spotka to ochrzan od starszyzny, jako kara za nasze zachowanie, natomiast zdążyły wydarzyć się rzeczy zupełnie inne. Na drugi plan wskoczył także Laurency z kilkoma Bezgwiezdnymi u boku, na dokładkę psując moje plany, albowiem ledwo nie przyszedłem, a już miałem wracać do obozu, chociaż bardziej my, a nie ja, ponieważ szliśmy w grupie pełnej różnych psów. Tych, którzy nie byli mi znani, bałem się w zasadzie mniej niż zwykle, prawdopodobnie ze względu na ich przyjemny dla oka wygląd, natomiast przykładowo Laurency przerażał mnie doszczętnie. Jego zachowanie pogarszało się chyba z każdą minutą, wzbudzając we mnie coraz to większy niepokój o zdrowie psychiczne kundla; odkąd dowiedział się, że opuściłem teren klanu, by móc odwiedzić przyjaciela, z jego mordy nie schodził perwersyjny uśmiech, którego swoją drogą chyba jeszcze nigdy nie miałem okazji spotkać (i nie zamierzam widzieć drugi raz!), specjalnie próbował iść tuż obok mnie, posyłając spojrzenia nie do zrozumienia, ponadto nieustannie szeptał pod nosem pojedyncze słowa. No, jeśli to nie wygląda jak jedna z chorób, które Leonis ma w zwyczaju leczyć, to nie mam pojęcia jakiego rodzaju opętanie to jest. Może za długie spacery mu szkodzą?
— Hejka, Chwaścik — odezwał się, przyciągając ze sobą niebywałą energię ENFP, a ja zacząłem wątpić w istnienie sensu mojej egzystencji — Nie masz mi może czegoś do powiedzenia?
— Nie, chyba nie — oznajmiłem, jednak moja odpowiedź pozostawiła go nieprzeciętnie zawiedzionym.
— Nie okłamuj mnie, przecież widziałem cię z tamtym dzieciakiem — Aha, serio o to mu chodziło? — Ładny jest nawet, może do niego faktycznie zagadasz, co? Rude psy są totalnie w twoim typie, widać to na kilometr! Okej, czekaj, co?
Spojrzałem się na niego, jakbym patrzył na niesłychanie niemyślące, może nawet bardziej niż pies, o którym właśnie prowadziliśmy rozmowę, dziecko, opisujące swoje dziwne pomysły i fantazje, nie posiadające żadnego odniesienia do rzeczywistości. Tak, właśnie to robił w tej chwili Laurency.
— Mam do niego zagadać? Pomyśl przez chwilę, przecież chwilę temu się z nim biłem! — odparłem zaskoczony, wpatrując się we wciąż rozdziawiony pysk mentora, który dumnie tupał łapami po niezaschniętnym błocie. 
— Oj tam, oj tam, my z Leonisem też tak zaczynaliśmy, a teraz patrz, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi! — zaśmiał się zadowolony, nawiązując ze mną kontakt wzrokowy. — Uwierz mi, jestem w tym mistrzem. 
Ta, bo mój mentor niby się zna na romantycznych relacjach? Przecież nawet nie znam tego jego Ciernia, skąd mam wiedzieć, czy ich związek jest normalny?
— Laurency, nie wiem czy… — zacząłem, jednak jeden z wojowników, którzy postanowili dołączyć do naszej wycieczki w stronę klanu Bezgwiezdnych przerwał mi mój ledwo zaczynający się wywód na temat tego, jak bardzo teoria mentora nie miała ładu ani składu i żeby najlepiej już nigdy nie wspominał o niskim rudzielcu, który wpędził mnie w objęcia śmierci z rąk Słoneczego Pyska, której niechcący spartaczyliśmy stosik kamieni.
— Lemur, tak? Masz chwilkę? Słoneczny Pysk chciałaby zamienić z tobą parę słów — odezwał się ledwo kojarzony przeze mnie głos psa, który znikąd pojawił się między nami, odciągając zagadanego kundla w stronę drugiej wojowniczki.
Przez jakiś czas szedłem spokojnie wydeptaną ścieżką, zastanawiając się nad słusznością teorii spiskowej mentora. Nie, no przecież to kompletnie nie składa się w całość. Chociaż może? Fakt, rudy wcale nie był taki brzydki, ale przecież oboje w dalszym ciągu nie osiągnęliśmy odpowiedniego wieku, żeby w pełni bawić się w takie rzeczy, niektórzy mogliby pomyśleć nawet, że to nielegalne i totalnie nam się w głowach zrobiła różowa papka od tych bijatyk. Czekaj chwilę, czemu się nad tym w ogóle zastanawiasz, Chwast? Westchnąłem. Moje oczy wędrowały mozolnie z ziemi do nieba, wciąż znajdując te same widoki. Jasnozielona trawa, brązowa kora drzew i ich szmaragdowe korony, jakby wieżyczki pałacu. Powieki stawały się coraz cięższe przez brak jakiegokolwiek sensu trzymania ich w górze. Na przedzie paru dojrzalszych, śmiejących się z niezrozumiałych dla mnie żartów, jednak nigdzie brak wrogiego ucznia. Zaraz, brak wrogiego ucznia! Gdzie on poszedł? Tak szybko uciekł?
— Dalej śmierdzisz ptasim gównem, wiesz? — burknął niezadowolony głos, przywołując nagłą falę dreszczy, przeszywających całe moje ciało. Czy on musi się tak skradać?
— A t-tobie to chyba brakuje porządnego wychowania — zająknąłem się, gdy nisko spuszczona głowa przybliżyła się do mojego pyska. — Przepraszam bardzo, ale co ty robisz?
— Chcesz się stąd urwać? — wymamrotał, jakby zawstydzony składaniem propozycji wspólnej ucieczki, nieco rozbawiając moją przerażoną dupę. 
Przyjrzał mi się, samemu wyglądając jak inna osoba, niż przed chwilą. Był spokojniejszy, czułem, jakby chęć zabicia mnie ociupinę go opuściła. Ale pewnie nie na długo.
— Nie chcesz, to nie — odparł, odwracając się ode mnie w stronę skrętu ścieżki. A ja podążyłem za nim.
Im bardziej nasza podróż się wydłużała, tym silniejsze odnosiłem wrażenie, iż moje spostrzeżenie sprzed parunastu minut nie było trafne. Nie odzywaliśmy się do siebie ani półsłówkiem, udając, że dla siebie nie istniejemy. Tym bardziej nie wiedziałem, po co zaproponował mi wspólne zboczenie ze szlaku. Przez ciągłą obecność mentora i życie z jego ekstrawertycznym, pociesznym i nader głośnym charakterem byłem nieprzyzwyczajony do tego typu cichych zachowań z drugiej strony. Z tego też powodu kompletnie nie miałem ochoty nawiązywać z nim głębszej więzi, mimo dość długich nalegań Laurencego, któremu zrodził się w głowie pomysł „spiknięcia” mnie z tak skrytym w sobie uczniem z Flumine. Przez całą naszą relację nie słyszałem dziwniejszych słów niż chwilę temu, a Laurency akurat uwielbia rzucać kuriozalnymi stwierdzeniami. Ten stary wojownik, pomijając nawet wszelki szacunek i miłość, którą go obdarzam, kompletnie sobie nie radzi w tych, czy podobnych sprawach. Niewykluczone, że prawie każda jego znajomość opiera się głównie na Laurentowskich wahaniach nastrojów i rozmawianiu o gejach, nie inaczej, oj nie. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi poznać jego partnera, od razu wypytam się, w jakich okolicznościach się poznali. Mogę się założyć, że podczas jego opowieści zejdę z tego świata albo ze śmiechu, albo z płaczu. Oczywiście nie mówię też, że w tym temacie jestem niemożliwym ekspertem, bo nie jestem, lepiej nie wspominać też mojego braku znajomych i ciągłego otaczania się w towarzystwie na wpół myślącego Bezgwiezdnego i jego ociupinę nierozsądnych znajomych, jednak wolałbym nie przyjmować od niego tego typu porad. Jeszcze się go posłucham, spowoduję jakąś wojnę i co wtedy?
— Mógłbyś się tak nie ociągać? W takim tempie to szybciej się zestarzejemy, niż dojdziemy na miejsce — prychnął naburmuszony towarzysz, jakby sam od początku nie szedł ślimaczym tempem. To przez niego wolniej stawiałem łapy, przecież zamordowałby mnie wzrokiem, o ile nie naprawdę, gdybym stanął mu przypadkiem na ogon!
— Muszę utrzymywać odstęp, żebyś przypadkiem nie skręcił mi karku… — wyszeptałem najciszej, jak się tylko dało, żeby tylko ten rudzielec nie przyswoił do siebie tych słów, ponieważ nie zwiastowałoby to raczej niczego dobrego. Niestety kompan stale szukał konfliktów, odwracając łeb w moją stronę i przyglądając mi się świdrującym wzrokiem, co jedynie zdążyło przysporzyć mi ogromnego bólu coraz mocniej bijącego serca. Hola, hola, oczywiście nie z zauroczenia, ale przez obawę o stratę życia z jego przeraźliwie ostrych szponów. Rzecz jasna moja żądna wiedzy natura nie pozwoliła mi tym razem odwrócić oczu, jak na normalną przerażoną osobę przystało, a coraz bardziej prosiła się o wpatrywanie w bursztynową mordę właściciela ogromnego zada. Co ciekawe, dostrzegłem pewną różnicę, na którą wcześniej mój mózg nie zwracał większej uwagi — mokry nos przypominał barwą bardziej jeden z rodzajów kwiatów, który ma w zwyczaju rosnąć w miejscu mojego pierwszego spotkania z Laurencym, niż korę drzew. Taki mały fun fact do kolekcji wiedzy bezużytecznej.
— Nie gap się tak, bo oślepniesz od patrzenia na moją urodę — mruknąłem z większą pewnością siebie, myśląc, że skoro do tej pory nic mi nie zrobił to raczej opanuje swoją żądzę bycia najpotężniejszym samcem alfa i raczej mnie nie zaatakuje — przynajmniej nie bez ostrzeżenia, ponieważ na walkach to chyba się jeszcze znam. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo gdy ostatnim razem naparzałem się z wiewiórką, to wygrałem!
— Chyba miałeś na myśli brzydotę — warknął ostrzegawczo, co wcale mile nie zabrzmiało. Nie wiedziałem też, dlaczego w przeciągu sekundy zrobił się z niego taki nadąsany burak. Może ma parcie także na pewnych siebie osoby? Albo skrycie mu się podobam, tylko jest kretynem i nie chce się do tego przyznać? Oby nie!
Po zakończeniu krótkiej wymiany zdań, która tak naprawdę nie miała żadnego sensu, ponieważ jedynie pogłębiła dzielącą nas przepaść pełną złości i chęci mordu, zapadła bardzo przyjemna, choć nieco zbyt długa jak na moje przyzwyczajenia cisza, tak naprawdę ratująca mnie w tamtej chwili z opresji. On szedł w swoim tempie, ja w swoim, nie zwracaliśmy na siebie uwagi i było mi to na rękę. Łączył nas jedynie wspólny cel, równocześnie zmuszający nas do przebywania w tym samym miejscu w tej samej chwili, jednak dało się z tym żyć na dłuższą metę. Uczeń z Flumine prowadził mnie przez gęsto zalesiony las, jakby znał go na wylot; dobrze wiedział, gdzie się znajduje, którym zakrętem podążać, czy warto pchać się w tę wielką kałużę, zamiast spróbować ją jakoś obejść. Cieszył mnie taki przewodnik, albowiem miałem jakąś pewność na to, że dojdziemy do Bezgwiezdnego obozu wcześniej, niż wlokąca się za nami starszyzna, która prawdopodobnie wcale się nie ociągała, tylko próbowała nas jak najszybciej znaleźć, ponieważ nikt z obecnych raczej nie zaufałby temu rudzielcowi gdziekolwiek oddalić się ze mną bez dorosłego. No, może oprócz mojego mentora. Mógłbym się założyć o wszystkie moje bursztyny, że w momencie, gdy ja podrywałem się wzajemnie z nowym chłopakiem, ten wypłakiwał oczy za wszelkie lata z obawy, że znowu mnie zgubił. Nie dziwię mu się, też bym się zesrał w gacie, gdyby mój uczeń po raz kolejny uciekł mi sprzed nosa. On kiedyś przeze mnie umrze na zawał.
— No dobra, co teraz, panie przywódco? — zapytałem Krzaka nieświadomie, kompletnie zapominając, że jest on tykającą bombą, którą z łatwością można zdetonować.
— Nic, pomyliłem drogę — wydusił beznamiętnie, odwracając przymuszenie łeb, aby upewnić się, czy jeszcze za nim stoję. — Musimy zawrócić.
— Nie mam na to siły. Wysysasz ze mnie ostatnie krzty energii — odparłem, siadając obok jednego z większych drzew jabłoni. — Możemy chwilę odpocząć?
Nie odpowiedział mi na pytanie. Rudy chyba uznał je za zbyt głupie, aby było jakkolwiek warte uwagi, co nielekko mną poruszyło. Czyżby aż tak mnie nie lubił? Nie, przecież to nie jest ważne, bo jest kretynem, a na co mi taki kretyn? No właśnie, na nic. Powinienem przestać przejmować się bezsensownymi bzdurami.
Usadowiłem się w miejscu, z którego miałem dobrą widoczność na Krzaka, towarzyszący nam krajobraz oraz ewentualną drogę, mogącą nam pomóc, gdy postanowilibyśmy się ruszyć. Obserwowałem nieznaną mi okolicę, żeby później z łatwością zapamiętać wygląd miejsca. Jednym z moich ulubionych zajęć jest zdecydowanie buszowanie między wspomnieniami pięknych miejsc, a to akurat się do nich zaliczało swoją niezwykłą prostotą. Wokół wiele zielonkawych, gdzieniegdzie bursztynowych liści, które ochoczo szeleszczą wraz z ruchem łap. W oddali więcej wysokich żywych wieży, przykrytych wysokimi krzewami i szarymi skałami. Do tego dołączyło się dziwne uczucie, jakby ktoś obserwował ruchy moich gałek ocznych. I miałem rację, ponieważ tą osobą był nie kto inny, jak wrogi uczeń, wylegujący się jak gdyby nigdy nic. Utrzymywaliśmy go przez chwilę, nawet myślałem przez chwilę, że rzuci coś w stylu „masz coś na mordzie”, jednak nic takiego nie miało miejsca, co jeszcze bardziej wprowadziło mnie w zakłopotanie. Czego on ode mnie właściwie oczekuje?
Gdy tylko Krzaczor postanowił zerwać ze mną niewinny kontakt wzrokowy, usadowił się między pnącymi wysoko w górę dębami, chowając się nieświadomie pomiędzy gęstymi zaroślami, co uniemożliwiło mi upewnianie się, czy aby na pewno jestem bezpieczny w miejscu, w którym spoczywałem. Minęło jednak troszkę czasu, co znacząco wpłynęło na moje poczucie bezpieczeństwa. Zdążyłem się nieco rozluźnić, ponieważ z powodu narastającego stresu większość moich mięśni postanowiła zbić się w ciasną kupę, tworząc bolesne uczucie, uniemożliwienie ruchu, przez co jedynym narządem zdolnym robić cokolwiek były moje oczy. Ich czujną uwagę przykuł kolorowy krzew, na którym rosły bladoróżowe maliny, o których niegdyś uczył mnie Laurency. Nie są trujące, to pamiętam. Wzrok zawisł na nich przez jakiś czas, aczkolwiek, gdy oczy znudził ten sam widok, ruszyły nieco niżej, ażeby znaleźć swą następną zdobycz — grzybki. I to nie byle jakie grzybki, albowiem ich kształt nieco różnił się od tych, które zazwyczaj można spotkać na swojej drodze podczas szukania miejsca na poranne gówno. Te były niezwykłe, wyróżniały się, wręcz krzyczały, żeby zwrócić na nie uwagę. A co Chwast lubi najbardziej? Oryginalność. Przy okazji byłem też nieco głodny, toteż nie trzeba było długo czekać na rozwój wydarzeń.
— Hej, Krzaczor — rzuciłem, żeby zwrócił na mnie swoje mordercze spojrzenie. — Co myślisz o tych grzybkach?
Na początku nawet się nie odwrócił, aczkolwiek szum deptanych przeze mnie liści musiał go zaciekawić, przez co jego wzrok powędrował na moje łapy i znajdujące się tuż przed moim pyskiem rośliny.
— Może tego nie jedz, co? Nie wiadomo, czy ci dupy nie rozerwie — warknął zbulwersowany Rudy, zapewne bojąc się konsekwencji zjedzenia nieznanego kwiatu. (Tak, kwiatu, bo nie mam innego synonimu.)
— Oj tam, głodny jestem — mruknąłem zirytowany usłyszanymi wulgaryzmami, jednak wiedziałem, że wszelka próba zwrócenia mu uwagi nie miałaby najmniejszego sensu. Ktoś go serio powinien wychować.
Parę wystających ponad trawę główek grzybów wylądowało w moim pysku, a ja starałem cieszyć się każdym kęsem, żeby zaspokoić wilczy głód, albowiem nie rosło ich w tym miejscu zbyt wiele.
— No i co? Żyjesz tam jeszcze? — Podczas gdy ja wciąż przeżuwałem każdy kęs, zaśmiał się kpiąco, pewnie czekając na wielki wybuch bomby atomowej, co, jestem pewien, ucieszyłoby go niezmiernie, jednakże nic takiego nie miało miejsca, ponieważ w tym właśnie momencie stał się cud na świecie.
— Ależ spróbuj, jakie to dobre! — wrzasnąłem zadowolony z odkrycia smakowitej przekąski, jednak Krzak zamiast się cieszyć, wyglądał na co najmniej zdegustowanego moją postawą. — Co się patrzysz, serio mówię, spróbuj! 
Ale moje słowa chyba go nie przekonały, albowiem mimo tego, że towarzysz podniósł wygodnicki tyłek z miejsca, w którym odpoczywał, to wcale nie podszedł skosztować pyszności, a jedynie stanął niedaleko mnie i zastanawiał się, czy przypadkiem nie ma do czynienia z największym debilem na tej planecie.
— Przegrzał ci się mózg chyba — stwierdził, robiąc kąśliwą minę. — Prędzej stanę na dwóch nogach, niż wezmę to do ust ( ͡° ͜ʖ ͡°).
A żebyś się zaraz nie zdziwił!
Fuknąłem na niego obrażony, licząc na kolejny uśmieszek z jego kolekcji „uśmieszków dla totalnych debili”, żebym poczuł się nieco bezpieczniej przed tym, co miałem zamiar zrobić. Wpatrywałem się w niego w intrygą, a na mój kompletny brak ruchu Krzak zareagował w ten sposób, w jaki sobie zażyczyłem. Pozwoliło mi to na działanie, ponieważ wtedy, gdy najmniej spodziewał się reakcji z mojej strony, złapałem za jego futrzasty kark, żeby następnie przycisnąć jego rozdziawiony pysk do mojej zdobyczy, tym samym wpychając mu parę pysznych grzybów do mordy.
— Do reszty ci się w dupie pomieszało? — warknął, próbując wypluć resztki połkniętych roślin. Co za marnotrawstwo jedzenia.
— Przesadzasz — stwierdziłem, poklepując go dumnie po plecach. — No i co? Dobre, nie?
Znowu nie odpowiedział. Jeśli zrobi to kolejny raz, to przysięgam, zamorduję go własnymi łapami do spółki z Laurencym! Wyszarpał się spod mojego objęcia, uciekając na drugi koniec niewielkiej dziury drzew, w której ówcześnie przystanęliśmy. Co za kretyn, jeny, co za kretyn…
Od momentu, w którym postanowił dać mi do zrozumienia, że serio jest coś ze mną nie tak i najprawdopodobniej przydałoby mi się jakieś leczenie, ignorowałem go przez jakieś dwie minuty, do momentu, w którym kopnął mnie nagły zastrzyk energii, w kółko powtarzający „Kurde, Chwast, nie ma na co czekać! Ruszaj tyłek!”. Okazał się być na tyle przekonujący, iż mnie, tego ogarniętego osobnika, opanowała żądza równoczesnego rozlewu krwi i fizycznego dotyku od kogoś, kto znajdował się najbliżej. I tą osobą był niestety pan maruda, który wyszarpałby mi oczy, gdyby tylko miał dobrą okazję.
— Ej, Krzak, chodź na solo — palnąłem, kompletnie się nie zastanawiając nad konsekwencjami wypowiedzianych słów. Jak można było się domyśleć, ze względu na jego naturalne problemy psychiczne, na reakcję nie trzeba było długo czekać. Poderwał się nagle z miejsca, zmierzając w moją stronę. Już z tej odległości można było zauważyć jego połyskujące w słońcu ostre pazury, na których myśl serce podchodziło mi pod samo gardło z czystej ekscytacji. Niemniej w chwili, będącej tą rozpoczynającą starcie, straciłem czucie w przednich łapach, które były niezbędne do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Do pierwszego symptomu doszło także ciągłe przemieszczanie się obrazu, choć nie było ono tak dręczące, jak pozbawienie możliwości wskoczenia na plecy Rudzielca i ściągnięcie go na dół.
— Cholera, czekaj chwilę — jęknąłem z przerażenia, gdy ciemne gwiazdy zaczęły zasłaniać mi wszelki widok. — Twoje dupsko zniknęło mi z pola widzenia!
Usłyszałem obok cichy pomruk, który został poprzedzony cichym szelestem suchych liści. Próbuje mi namącić w głowie, czy co?
— Nie gadaj tyle, bo stracę ochotę — mruknął, rozciągając swoje zaspane mięśnie. — I ty pewnie też, bo się w gacie zaraz zesrasz.
Zaśmialiśmy się synchronicznie na jego słowa, co poniekąd wyprowadziło mnie ze stanu „srania w gacie”, tak jak to Rudy opisał. To nie tak, że bałem się samej walki, ponieważ wierzyłem w swoje umiejętności, dodatkowo ustaliliśmy, iż zachowamy to w tylko i wyłącznie w ramach treningu — tak, aby nikomu nie stała się krzywda. Kto wie, co to były za grzyby? Może dodają magicznej siły? Moją głowę bardziej zaprzątał wirujący wokół obraz świata, który mój mózg chyba przestał już dawno pojmować. Nim ustawiliśmy się naprzeciw swoich pysków, wszystkie kolory zaczęły mieszać się w jedną całość, tworząc coraz to dziwniejsze barwy i wzory, wiele wzorów! Nie potrafię znaleźć w mojej pamięci czegoś, co przypominałoby piękno tamtych cudacznych widoków.
— Ale masz szerokie źrenice! Normalnie, jak dupa Iryski! — wrzasnął Rudy, wyrywając mnie z głębokiego zamyślenia nad prawdziwym kolorem liścia, który właśnie spadł mi na czubek nosa.
— Serio? Ej, a ty już nie jesteś rudy — stwierdziłem z zawodem, chcąc na nowo zobaczyć tamten bursztynowy kolor, który z ostatnim czasem wpadł mi w oko. Ot, takie rozczarowanie.
Podczas gdy ja próbowałem pozbierać się po ataku oczopląsów i narastającego bólu głowy, który odczuwałem mniej więcej pięć razy bardziej, niż zazwyczaj, już niezbyt rudy (a przynajmniej w moich oczach) towarzysz stawiał kroki coraz to bliżej i bliżej mnie do tego stopnia, że w pewnym momencie niemal stykał się ze mną końcówką futra. Gdyby okoliczności różniły się od tych, w które zostałem wtedy wrzucone (oczywiście nie z własnej winy, skąd miałem wiedzieć, żeby nie dotykać tamtych grzybów? Laurency powinien mnie o tym uprzedzić) zapewne dostałby ostrym kopniakiem po mordzie, jednak trująca substancja chyba za bardzo mną zawładnęła, może nawet częściowo wyłączyła mózg, ponieważ bez zastanowienia przysunąłem się do niego bliżej. I nie, wcale nie wyglądało to uroczo, jak u normalnej pary, która jest ze sobą praktycznie całe życie, a bardzo niechlujnie i zapewne zawstydzająco z widoku trzeciej osoby, albowiem nasze łapy leżały na sobie, tworząc jedną całość, natomiast pysk Krzaka sunął powoli w górę, co na przemian mnie przerażało i mocno ekscytowało. W pewnym momencie ciało ucznia praktycznie na mnie leżało, co wzbudziło we mnie chęć krzyknięcia czegoś w stylu „złaź ze mnie, bo żebra mi złamiesz”, lecz gdy popchnął mnie w stronę gęstego buszu, zrozumiałem, o co temu kretynowi chodzi — przynajmniej tak mi się przez chwilę wydawało, ponieważ jak tylko znaleźliśmy się między zieloną zasłoną, zaczął robić rzeczy, o których nawet w najgorszych koszmarach nie śniłem. No, teraz to chyba będę je mieć codziennie.
Jednymi z ostatnich wspomnień, wciąż utrzymujących się w wielkim katalogu retrospekcji, była spadająca z drzewa szyszka, uderzająca prosto w moją cierpiącą z bólu głowę, która jeszcze chwilę przed spotkaniem z twardym kłosem leżała na miękkich plecach rudego towarzysza. Na moje szczęście ostatni, a jak mi się wydaje, najważniejszy fragment naszych grzesznych czynów został mi z pamięci wymazany, jakby za sprawą magicznej różdżki, która chciała oszczędzić mi porannego wstydu, przychodzącego wraz z urywkami wczorajszych wybryków. Ostatnimi słowami, które siarczyście zakończyły moją nieszczęsną podróż do krainy wodnych psów, były głupie wyrazy padające z ust płaczącego z dumy Laurencego, szybko wyłaniającego się zza gęstych, ledwo widocznych krzaków wraz z pozostałymi wojownikami — „Jestem z ciebie taki dumny, Chwaścik! Wiedziałem, że jesteście dla siebie stworzeni!”

<Krzaczasta Brwio?>
[ 3259 słów, Chwast otrzymuje 32 punkty doświadczenia i 5 punktów treningu]

22 czerwca 2021

Od Krzaczastej Łapy CD Chwasta

„Krzaczasta Łapa był wkurwiony” powinno rozpoczynać każde opowiadanie od niego CD Chwasta. Widzieli się jakieś, cholera, dwa razy, a jak na umiejętności społeczne Krzaczka, nawet dwa, teoretycznie przypadkowe spotkania były czymś wielkim w jego życiu. Cały problem leżał w tym, że Krzak na swoje życie towarzyskie wcale nie narzekał, a Chwast po raz drugi doprowadził go do kurwicy i zaczynał zajmować miejsce w rankingu zaraz za Brzozowym Kłem w kolejności „najbardziej wkurwiających osób, jakie Krzak znał”.
Ten przeklęty Brzozowy Kieł pojawiał się przed nim codziennie, a Chwast zjawił się dwa razy i dostał kamieniem w łeb.
— O-ona mnie zabije — wyszeptał Chwast, cholera wie, czy do rudzielca, czy do siebie samego. — Ja siebie zabiję. Skrzywdziłem kamienie.
— To tylko kamienie — odburknął.
— Aż kamienie! — Bezgwiezdny prawie wpadł w płacz, kiedy Słoneczny Pysk w milczeniu doglądała okazanych zniszczeń w swoim legowisku, lustrując wzrokiem kolejne pojedyncze kamyczki, a każde wyglądające identycznie. — To były jedyne takie, najbardziej wypolerowane, umyte w wodach Płycizny kamienie, takie, które odbijały się w słońcu, emanowały tęczą i-i Laurency powiedział, że to prawdziwy diament dla queerowego dziedzictwa!
— Och — westchnęła Słoneczko — kamyczki się rozsypały.
— S-Słoneczny Pysku! — wydukał Chwast, akcentując każdą literkę, ale Krzaczek skupił się na tym, że skąd do cholery uczeń Bezgwiezdnych zna imię tutejszej wojowniczki. — Znajdę ci inne takie. Lepsze. Przysięgam na kamień, który znalazłem trzy dni temu, ten, który miał na sobie ptasie guano.
— Przecież mówiłeś, że to jedyny taki na świecie — powiedział teatralnie Krzaczasta Łapa, po raz pierwszy od dawna uśmiechając się z tak głupiego powodu, jakby był, no nie wiem, może najzwyczajniejszym w świecie szczeniakiem, odczuwającym uczucia i robiącym sobie głupie żarty, niż przedwcześnie dojrzałym uczniakiem, który ma na koncie przynajmniej jedno morderstwo. — Jedyny. Tęczowy. Queerowy. Co zrobi Leu… Liru… La… — wzdrygnął się — ja pieprzę, te dziwne imiona. Co zrobi Laurowy Radosny, jeśli się dowie, że zarysowałeś dziedzictwo queerowej historii?
— Spokojnie, dzieciaki, nic się nie sta-
— Laurency! — zawył Chwaścik. — O nie, Laurency! On się załamie! Parówki Ciernia mu nie pomogą! Jak ja mu niby powiem, że zgubiłem tak ważną rzecz dla jego gejostwa?
— Nie mów? — zaproponował.
— Dzieciaki, to tylko ka-
— Karygodny czyn łamiący Kodeks Wojownika? — rzucił Krzak.
Chwila nowego dla Krzaczastej Łapy szczęścia rozmyła się wraz z pierwszym zawołaniem wojownika Flumine. Nagle przypomniał sobie, jak bardzo nienawidzi tracić czujności; jak bardzo nienawidził sam siebie, że nie potrafił zawsze być idealny.
— Słoneczny Pysku! — Do legowiska wojowników zajrzał Puchate Serce, wyszczerzając niewielkie, wykruszone ząbki w przyjaznym uśmiechu. — Mamy… malusi problem. Malusi, naprawdę.
— Czy może być większy problem od brzydkich kamieni? — westchnął Chwast.
Słoneczny Pysk i Krzaczasta Łapa znali swoje obowiązki równie dobrze, jak Chwaścik znał się na kamieniach. Zostawili go samego z żałobą po queerowym dziedzictwie, kierując się za Puchatym Sercem, który naprędce tłumaczył coś nieśmiało, ale jego puchaty ogonek drgał nerwowo, nie pokrywając się z entuzjazmem.
— Więc — nawijał — byliśmy na małym patrolu i Dyniowa Łapa wyczuł jakiś zapach. No i poszliśmy za tym smrodem, który doprowadził nas do jakichś dwóch psów, dajesz wiarę, że nawet nie próbowali się schować? Znaczy, jeden się zarzekał, że próbował, taki, wysoki, no, jasny, kudłaty, powiedział, że jakiś Lau… Lei… że jakiś pies kazał mu się nasmarować gołębim gównem, żeby zamaskować zapach.
— Mhm — przytakiwała Słoneczko ochoczo, podczas gdy Krzaczasta Łapa miał wrażenie, że każdy schodek na dolne piętro dłuży się coraz bardziej.
— Poszliśmy, gdzie pokazał, a był tam ten Li… Lemur? Porozmawialiśmy z nim, fajny nawet, uznaliśmy, że możemy ich puścić wolno, bo trochę głupiutcy się wydawali, ale Lemur się uparł, że nie wyjdzie stąd bez Chwasta.
— Och. — Słoneczny Pysk i Krzaczasta Łapa spojrzeli po sobie równocześnie. — Mamy Chwasta.
— Macie Chwasta? — Puchate Serce zamrugał. — Powinienem zawołać Podgrzybkową Sierść? Co prawda leżał w legowisku trochę zmęczony, cały taki, napuchnięty, ale może chociaż Rumiankowa Łapa z nimi porozmawia. Poza tym przecież nie jesteście medykami, skąd możecie…
— To imię, skarbie — westchnęła Słoneczko, zaglądając przez ramię, jakby ze schodów zaraz miała stoczyć się górka kamieni.
— Dziwne imiona — wymamrotał Puchate Serce, odchodząc w bok, kiedy cała trójka minęła ostatni schodek.
Krzaczasta Łapa nigdy nie narzekał na szczególnie nudne życie, ale wielokolorowy, ubrudzony w białym guano pies, który tarzał się po ziemi, podczas gdy wojownik Flumine gilgotał go po brzuchu, był zdecydowanie najdziwniejszym zjawiskiem.
— Ha-ha… przestań, nie mogę oddycha-ha-ha-ć! — piszczał.
— Mów! — syczał Brzozowy Kieł, nie przestając go torturować nawet na sekundę. — Jak masz na imię naprawdę, Lemurze?!
— Laurency!
— To nawet nie ma drugiego członu!
— Laur Ency? — jęknął.
— Mamy Chwasta — odparowali Krzaczek i Słoneczko.
— Chwaścik? — Wysoki, jasny pies zamerdał ogonem jak skończony idiota, ale Krzak nie mógł powiedzieć tego głośno, bo zarówno wyglądem, jak i energią, cholernie przypominał Słoneczny Pysk.
— Oddamy go wam za minutkę. — Słoneczny Pysk odwzajemniła merdanie ogonem.
— Oddamy go wam, jeśli złożycie nam ofiarę w postaci jednego z was — dodał Krzaczasta Łapa.
— Za minutkę.
— Jeśli za minutkę złożycie nam ofiarę w posta-
— LAURENCY!
— CHWAST!
— LAU-REN-CY!
Wyglądali jak scena z westernowego filmu ustawiona w slow motion, ale przynajmniej skutecznie zatkali Krzaka, który wolał śmiać się jak Mlecz — to jest: jak skończony idiota — z tego, że Chwast rzucił się prosto w ramiona (łapy?) Laurencego, przytulając do jego brudnego, ociekającego ptasim gównem futra.
— Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę!
— Super — burknął Krzaczasta Łapa — pozbyliśmy się obu problemów na raz.
Odwrócił się i już miał odejść w kierunku legowiska uczniów, żeby rozkoszować się chociaż przez chwilkę, wspomnianą wcześniej minutkę odpocząć z daleka od Chwasta. Albo z daleka od idiotów, ale to zdawało się synonimami.
Nie odszedł daleko, bo dość brutalnie został zatrzymany nadepnięciem na ogon, a choćby dotknięciem pojedynczego włoska na futrze był w stanie rozpoznać, kto to był.
— Mamo — mruknął, pochylając łeb z niechętnym szacunkiem.
— Krzaczasta Łapo — potaknęła, uśmiechając się ukradkiem — mam zadanie bojowe dla ciebie.
— Mhm.
— Odprowadzisz, proszę, tych panów, do ich obozu?
Sierść zjeżyła mu się na karku, ale odpowiedział najbardziej nienawistnym „mhm”, jakie w życiu przyszło mu było wymruczeć.
 
Skończył, idąc gęsiego ze Słonecznym Pyskiem, Puchatym Sercem i nienadgryzioną trójką idiotów z Bezgwiezdnych.
Bądźmy szczerzy, każdego z nich uważał za mniejszego lub większego idiotę — może poza Słonecznym Pyskiem i Puchatem Sercem, do których zachowywał własny, klanowy szacunek, ale optymizm i przyjacielskość nie mieściły się w jego małym móżdżku, więc musiał zaliczyć ich do jakiejkolwiek kategorii. Scenka nie przypominała już western, a kanał Mini Mini. Albo ID, gdzie Krzaczek mordował przedszkolaki pod mostem.
— No i wtedy on mi mówi, że zapomniał o naszej rocznicy — nawijał Puchate Serce, machając na boki swoim krótkim ogonkiem. — A potem, poteeem — przeciągał dramatycznie — potem zabrał mnie na randkę do parku, i wiecie co? Przyniósł mi dwa, takie śliczne ślimaczki. Czaicie? Bo nazywa się Rogaty Ślimak. Miały kolorowe skorupki i, Gwiezdni, nie wiedziałem, że ślimaki mogą być tak dobre.
— Zawsze się tak nie odzywasz?
Prawie podskoczył, kiedy poczuł na karku oddech Bezgwiezdnego wojownika.
Czy wszyscy Bezgwiezdni byli tacy sami?
— Mhm.
— Wiesz, Chwast mi o tobie mówił. W sensie niekoniecznie Chwast. Chwast powiedział Laurencemu, a Laurency powiedział mnie, więc tak jakby mi powiedział. I wiesz, co? Strasznie dużo o tobie mówił. Jakieś całe trzy słowa, jeśli tata tego nie przekręcił. Myślę, że się w tobie zakochał.
— Mhm.
Powinieneś do niego zagadać. Naprawdę, myślę, że pasowalibyście do siebie. W sensie powinieneś przestać być trochę emo, edgy, wiesz, taki vibe od ciebie zalatuje, jakbyś kogoś zabił, ale nie zabijesz mi przyszywanego brata, prawda? — zaśmiał się sucho.
Krzaczasta Łapa miał bardzo dziwne sposoby odpowiadania rodzinie swojego przyszłego chłopaka.
Doskoczył do Mlecza i zacisnął szczękę na jego łopatce. Zanim smród krwi w ogóle dotarł do jego nozdrzy, Mlecz, zaskoczony atakiem, upadł, machając przednimi łapami, żeby odepchnąć od siebie Krzaka, który dociskał go do ziemi w bardzo dziwnej metodzie BDSM, której Laurency i Cierń już nie praktykowali.
— Nie mów mi co mam robić.
Zanim Krzaczasta Łapa został odepchnięty przez resztę, pozostawił na pysku Mlecza krwawą bliznę od pazurów.
<Chwaście?>
[1277 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

20 czerwca 2021

Od Chwasta CD Krzaczastej Łapy

Akcja dzieje się po odpisie Słoneczka

 — Czekaj, jak on cię nazwał? Laur... Laa...L, co? — wymruczałem, starając się ze wszystkich sił odwzorować tamto dziwne przezwisko, którego wcześniej użył nieznajomy Bezgwiezdny, zwracając się do mojego mentora.
— Laurie, Chwaścik, Laurie — sapnął dochodząc do niewielkiej, ówcześnie wykopanej przeze mnie, dziury. — Mam ci to przeliterować?
— Nie mów, że potrafisz, bo parsknę głośniej, niż ty stękasz — zachichotałem cicho, patrząc na jego skrzywioną przez wypowiedziane słowa minę. Starszy wojownik wywinął się przede mnie, upewniając się, że widzę jego niezadowolenie z wyśmiania, jak takie małe dziecko, które ma w zamiarze albo się obrazić, albo rozpłakać. W zasadzie nie zdziwiłbym się, gdyby w tamtej chwili przedstawił kolejny występ z cyklu „Nie mogę teraz rozmawiać, przechodzę moje rutynowe pięciominutowe załamanie” tak jak ostatnio, kiedy ledwo dychałem na Leonisowym bagnie. Niestety tym razem Laurency do nikogo nie dzwonił, a szkoda, bo noc stałaby się wtedy jeszcze piękniejsza dla moich niewyspanych oczu, niż już była.
— Żebyś wiedział, że potrafię… — wymamrotał, w końcu siadając na skale na tyle dużej, żeby mogła pomieścić naszą dwójkę w całości, a nie — tak jak ostatnio — musiał co chwila z niego spadać tylko po to, byleby jemu zostawić więcej miejsca do wypoczywania w pełnym słońcu. Na szczęście tym razem zostałem przez Laurencego bardziej zachęcony do dołączenia, dlatego wciąż trzęsąc się z rozbawienia całą sytuacją, postanowiłem dosiąść się do towarzysza, kilka razy upewniając się o wielkości kamienia, aby na pewno nie zjeżdżać z niego gołym i zmęczonym łażeniem za zapachem Mlecza, tyłkiem.
— No i co? — spytałem, podnosząc wzrok do góry, gdzie spotkałem się jedynie z plecami towarzysza. Niemniej, patrzyłem się na nie, jak w najpiękniejszy zachód słońca, czy niesłychanie rzadki minerał. Żadną z tych rzeczy oczywiście nie były, jednak spoglądając oczami pełnymi głębokiej nadziei na odbycie jednej z tych pięknych, wzruszających rozmów, bo w końcu zaraz miało zacząć wschodzić tak długo wyczekiwane przeze mnie słońce, samo w sobie sugerujące na przeprowadzenie takowej, miałem więcej szans na wygraną. Czy maślanymi oczami coś wskórałem? Skądże znowu, mentor spojrzał się na mnie tylko raz, dodatkowo wydając się wielce zmęczonym. Jego oczy powoli zaczynały się do siebie kleić, łapy układać wygodniej, przypominając rozkładającą się na plaży płaszczkę, natomiast do mnie dotarło, że raczej nie mogę już na niego liczyć.
— No i co…?
— No i co „co”?
— Ale co?
— Co?
— Co „co”?
Oh, znaleziony wczoraj szary odłamku płycinowej skały, ześlij na mnie swą opanowanie, żebym mu czegoś nie zrobił i przy okazji siłę, bo jeśli już mnie na coś najdzie, to chcę to załatwić porządnie.
— Laurency, słuchaj — odzywając się konkretniej po wymianie tamtych bezsensownych wyrazów, przysunąłem się do dyszącego pyska bliżej, to znaczy pokonałem nieprzemierzone góry i głębsze niż twoja stara doliny, silne podmuchy wiatru i parę spadających na moje puszyste łapy ze strony płycizny błękitnych, jak już w sumie nie wiem co, kropel chłodnej wody, to znaczy próbowałem przeczołgać się po okupowanej przez nas skale, ażeby dostać się na przód i popatrzeć samcowi prosto w oczy. — Tylko weź tego nikomu nie wygadaj, bo jak to mówisz, „będzie przypał”. Zanim jeszcze zostałem mianowany uczniem, spotkałem takiego rudego gościa na terenach Flumine. Owszem, był trochę podejrzany i ogólnie zaczął mnie w pewnym momencie dusić, ale tak poza tym to miło się z nim spędzało czas. Myślisz, że powinienem go w końcu odwiedzić? Trochę czasu już minęło…
Pamiętam, że w tamtym momencie zadziało się coś, czego bym się nie spodziewał, przynajmniej nie o tej porze dnia, bo przecież wiadomo, że gdy z góry nie pada na niego słoneczko, to mentor działa z podwójnym spowolnieniem. Laurency powoli zwlókł się z siadu, zakręcił włochatymi bioderkami, ówcześnie przesuwając się w stronę rosnącego obok potoku krzaka, gdy już tam stał z przerażeniem kichnął dwa i pół raza na widok wylatujących zza niego nieźle rozwścieczonych przez wypłoszenie z domu żądnych krwi pszczół, a następnie prychnął na wystraszonego jego dzikimi, dość egzotycznymi jak na te tereny, choć nie jak na mentora tańcami, brązowego jeża, przy okazji niosącego na swoim kolczastym grzbiecie posiłek w postaci czerwonego jabłka. Co by nie było, pies wyszedł z tego masowego ataku z życiem, przez co z mojego serca stoczył się wysoki stos bolesnych kamieni, bo przecież nie przeżyłbym, gdyby, nie daj boże, mój jak dotąd jedyny przyjaciel został pokonany w walce z dziesięciokrotnie od niego mniejszym ssakiem. Na sam koniec z jego zaspanego pyska wydało się przeciągłe stęknięcio-jęknięcie, co mogło oznaczać mniej więcej dwie rzeczy; albo zapomniał, o czym przed chwilą rozmawialiśmy, albo poprzez moją genialną genialność Laurency uruchomił starą, od wieków nieużywaną machinę, pozwalającą na przetwarzanie podstawowych informacji dostarczonych z otoczenia, czyli wynalazek, który bardzo by mu się w tej chwili przydał. Wiecie co to za niezwykłe, mogące zdziałać cuda urządzenie? Mózg. Mózg się nazywa. I on właśnie zaczyna go używać. Specjalnie dla mnie.
— Nie no, w sensie ten, no wiesz… może to będzie początek cudownej znajomości, kto wie? — wydusił całkiem na poważnie i tym razem jego słowa sprawiły, że i ja zacząłem się nad tym zastanawiać, aniżeli wyklinać w myślach, że ponownie palnął coś, co wcale nie przybliżyło mnie do rozwiązania problemu.
— Mówisz? Czyli iść do niego? — Trzymałem na nim wzrok, myśląc, że pokiwa głową albo zamacha ogonem, ale nie, Laurency to jednak Laurency, więc postanowił odwrócić się do mnie tyłem, a łbem do zielonej rośliny. Ten mały głupek odciął się od rzeczywistości, przebierając w chaszczach łapą w niewiadomo jakim celu.
— Jejuśku, chyba trzeba będzie złożyć zażalenie, przecież to niedopuszczalne — wybełkotał, na co ja jedynie chrząknąłem, nie będąc pewien, czy mentor przypadkiem nie zapomniał, że też tam jestem. — No tak, tak, powinieneś, powinieneś, to bardzo ważna sprawa się integrować — wystękał, przy okazji klnąc pod nosem, że przecież gdzie są te maliny, zawsze tu były, że przychodzi tu tak często i za każdym razem je wyjada.
Zawiesiłem się na nim przez chwilę, wymieniając wszystkie za i przeciw, wiedząc że i tak robię to bez sensu, ponieważ już chwilę temu zdecydowałem na amen, że się tam przejdę i koniec. Z tego też powodu podniosłem wszystkie moje kości i przymocowane do nich zasiedziałe na wygodnej skale mięśnie, ruszając w podobną stronę do tej, którą obrałem ostatnim razem, modląc się do znikających poprzez wschód słońca gwiazd o prostą i w miarę możliwości spokojną podróż.
— Kurcze blade, ktoś mi je musiał ukraść — powiedział sam do siebie, rozglądając się, gdzie się podziałem. — No, powodzenia Chwaścik, tylko wróć żywy!
Jak mi się tam spodoba, to w ogóle nie wrócę.
***
Czy na początku drogi, gdy tylko wszedłem na odpowiednią ścieżkę, prowadzącą do domu mojego dawnego kolegi, byłem szczęśliwy? Byłem. Czy w środku drogi, gdy mimo nastającego wraz z upływem czasu rozjaśniającego świtu zaczynało robić się trudniej, ze względu na wysokie rośliny, skutecznie ograniczające widoczność i szybkość, z jaką mogłem się poruszać, byłem szczęśliwy? Byłem, oczywiście, że byłem, bo w końcu to jakaś odmienność, coś innego, niż zwykły codzienny trening wraz z Laurencym, krótka rozmowa tu i ówdzie przeprowadzona jedynie z inicjatywy brata, a niebawem spanie i rozpoczęcie następnego dnia. Tak, mogę przyznać, anormalna przygoda dodawała mi o wiele więcej radości i energii do działania, niż leżenie plackiem na płyciźnie z mentorem u boku, niemniej sam fakt mówiący o tym, że no przecież nie lubisz rutyny, o co ci chodzi, Chwast? jakoś przestał mnie przekonywać wraz z sekundą, w której wkroczyłem na teren zamieszkałego przez poszukiwanego przeze mnie Krzaczka. Pierwszym rzucającym się w oczy jak leżący w stawie minerał szczegółem była obfita ilość psów, znajdujących się tuż przed moim nosem. Każdy z nich posiadał inne zadanie, inne sprawy, potrzebujące pilnego rozwiązania, każdy z nich poruszał się w inną stronę, co tworzyło w mojej głowie obraz pełen zamieszania i niemożliwego zgiełku, który jak opowiadał stary Bezgwiezdny — jest często spotykany na zgromadzeniach klanu, co tylko coraz bardziej zachęcało mnie do pojawienia się na jednym z nich w bliskiej lub nieco dalszej przyszłości. Następną kroplą w niemożliwie zatłoczonym morzu zwanym Flumine była ta przytłaczająca moje delikatne, ledwo już żyjące uszy. Co chwilę wyłapywały coraz to nowsze głosy i odgłosy, dźwięki skomleń i psiej radości, śpiew plączących się pod łapami ptaków i wszelkie szumy i nie-szumy wiejącego na zachód wiatru. Wszystko zwiewnie łączyło się w harmonijną melodię, towarzyszącą podczas zwiedzania klanu. Gdy tylko zacząłem iść po prowadzącej w głąb tego całego zamieszania wydeptanej ścieżce zauważyłem, że w tym klanie ktoś musi mieć bzika na punkcie rudego koloru, ponieważ moje przerażone tym faktem ślepia zdążyły zarejestrować już dwa podobne, jak nie takie same psy przyodziane w sierść koloru zgniłej pomarańczy. Błagam, żeby to nie byli psychopaci.
Przez obraną przeze dróżkę przewijało się wiele czworonogów, z których każdy wyglądał na swój sposób inaczej i piękniej od reszty. Niektóre wyróżniały się większym puchem od innych, niektóre wysokością, a inne, tak jak ten, którego przyszło mi w tych czasach samemu szukać, pokryte były sierścią o intensywnej, wręcz rażącej barwie. Natomiast wraz z ciągłym przyglądaniem się mijanym psom uznałem, że nie są oni tak straszni, jak wydawało mi się wcześniej — po prostu wyglądają trochę dziwnie na pyskach i rozmnażają się szybciej, niż króliki na porę nowych liści.
Parę podmuchów wiatrów i nowo przybyłych razem z nimi chmur później większość ogarniającego moje ciało podekscytowania zdążyło z niego wypłynąć na skutek braku ukończenia wcześniej obranego celu. Zaczynałem powoli zastanawiać się nad sensem mojego przybycia, bo przecież skoro nigdzie go nie było, to mogłem tego dnia zostać i chociażby ot tak, z nudów dokończyć trening, ale nie, Chwast potrzebuje przygody! Chwast potrzebuje jakiejś akcji, może ciekawej zabawy, bo jeszcze zanudzi się na śmierć, a jak wiadomo jest to bardzo bolesna, taka nie do zniesienia, i, o zgrozo!, Laurency nie da rady wypłakać się ze smutku i tęsknoty do końca swojej emerytury, prawda, Chwast? Prawda, Chwast. Jednak kto by pomyślał, że właśnie wtedy, nie chwilę przed i nie chwilę później, bo tak właśnie działa prawdziwe życie, moje oczy zarejestrowały jeszcze jedną kulkę miedzianego futra, miotającego się na boki, niczym upolowana przeze mnie wczorajsza dżdżownica. Mogę wam teraz dać chwilkę, żeby każdy z was miał szansę na odgadnięcie zagadki — kto skrywał się pod nazwą jeszcze jedna kulka miedzianego futra? To zaczynamy. Trzy. Dwa. Jeden. Czas werdyktu, kim może być ta osoba? Czy był nią dawniej spotkany szczeniak, o którym przypomniałem sobie dwie godziny temu? Oczywiście, że nie. Ktokolwiek tak pomyślał powinien jeszcze raz zastanowić się nad sensem swojej egzystencji, a potem drugi i jeszcze jeden, ponieważ obserwowany przeze mnie pies nie był małym szczylem, nie był też uczniem, a jednym z dumnych i godnych wojowników, który najpewniej jakimiś niewidzialnymi więzadłami został przez los złączony z gangiem rudych, albowiem jak można było się spodziewać — sam taki był.
Nie był to jednak koniec moich zdziwień i zachwytów, wszak naprzeciw dorosłemu wojownikowi stanął parę razy mniejszy czworonożny, posiadający o wiele bardziej skwaszoną minę, niż (prawdopodobnie) jego rodzic. Szybko zauważyłem, że rówieśnik nie jest zadowolony z przeprowadzanej z nim rozmowy, co zaczęło mnie troszkę zastanawiać. Czy zrobił coś złego, czy może pouczający go samiec nie posiada w miarę zdrowego umysłu, wymaganego na wychowywanie małych? Obserwując ich przez parę mignięć światła, powoli łączyłem puzzle i dzięki postawie rozmawiających wysnułem, iż to najpewniej rodzic nie posiada kompletnego zestawu młodego chemika i nie potrafi być normalnym ojcem, a jedynie karać i zatykać uszy na słowa małego.
Nie minęło mnie pełne okrążenie powiewu od zarzucenia wyżej wspomnianej hipotezy, a przed legowiskiem pojawił się jeszcze jeden podobny kolorystycznie do pozostałych niski pies, dzięki czemu posiadaliśmy wtedy świętą trójcę; jeden z nich — jak już wspomniałem — wyglądał na zatroskanego ojca, drugi na niewinnego aniołka, natomiast trzeci na dziecko, które pojawiło się na tym świecie tylko po to, żeby maltretować wszystkich spotkanych na swojej drodze.
Ale heca, trzy rude psy!
Wypowiedziane w myślach słowa przyprawiły mnie o równie szczery jak i szeroki uśmiech na twarzy, bo tak, widok był dość zabawny — cała rodzina miedzianych psów, wyglądających kompletnie tak samo, stojących obok siebie i na dodatek rozmawiających o psie łajno wie czym. Tak, Chwast, kabaret roku. No więc siedziałem na udeptanej trawce, kompletnie niczym się nie przejmując i przy okazji obserwując szczęśliwą rodzinę, jak ostatni dziwoląg, któremu w życiu się zbytnio nie poszczęściło. Co zabawne, jeden z rudych piesków chyba usłyszał wtedy mój podejrzany chichot i odwrócił łeb od rozmawiającej rodziny. Modliłem się w duszy, żeby to przypadkiem nie był Krzaczor, bo wtedy zaliczyłbym największy przypał sezonu, jednak gdy tylko przyjrzałem się uważniej dostrzegłem, że i tym razem moje prośby szeptane do najświętszego kamienia na nic się zdały, ponieważ właśnie on zmierzał żwawym krokiem ku mojej zmieszanej twarzy. I w zasadzie nie obawiałbym się niczego złego i nawet wciąż bym się cieszył, gdyby nie rozsrożona mina, którą uczeń niechętnie niósł ze sobą na drobnym pysku.
— Co ty tu robisz? — burknął od razu bez żadnego przywitania, jakby nikt nigdy go nie nauczył, że gdy pierwszy raz się kogoś widzi to należy powiedzieć „Siemaneczko, ziomeczku!” albo chociaż się ładnie uśmiechnąć. To tak tu się niby traktuje gości po długiej podróży?
— A co robię? Nic nie robię — odparłem zgodnie z prawdą, bo przecież w dalszym ciągu wysiadywałem spokojnie na grzejącym moje plecki słoneczku. — Pamiętasz mnie w ogóle?
— Nie — mruknął, kompletnie mnie olewając. — Zjeżdżaj stąd.
O nie, mój drogi, nie mam zamiaru teraz sobie stąd iść, zabawa dopiero się rozkręca!
Nigdzie w moim idealnym planie odwiedzenia starego znajomego nie została uwzględniona powyższa sytuacja, toteż nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby zawracać się do rodzinnego klanu. No przecież to byłoby bez sensu; przypominasz sobie po roku o istnieniu twojego jedynego znajomego, pokonujesz całą tę krętą drogę, żeby tylko zobaczyć, czy ten jeszcze żyje i na koniec zostajesz potraktowany, jak tamten biedny jeż, który chciał tylko upolować śniadanie dla swojej żony, czy tam męża, już sam nie wiem. Jakiego grymasu nie miałbym wtedy wyrysowanego na pysku przez jego kąśliwe słowa, jestem pewien, że w środku pod tymi wszystkimi kręconymi kudłami czułem się o wiele, wiele gorzej. Niby nic takiego nie zdążyło się jeszcze wydarzyć, lecz zakłuło. I to nielekko.
Powoli zaczynałem żałować, że w jakikolwiek sposób nie odpowiedziałem na jego odzywki, ponieważ gdy ten zauważył, że nie mam zamiaru ruszyć się nawet o milimetr, zaczął odchodzić w głąb zgromadzonego tłumu psów. W tamtej chwili myślałem nad tym, czy po prostu nie odłożyć planów na inny dzień i nie zająć się czymś innym, mimo że czułbym się w takim wypadku fatalnie przez następne trzy dni. Pamiętam, że podobnie przeżywałem tamten dzień, gdy jako o połowę mniejsza kuleczka puchu niemal utopiłem się na płyciźnie. Fakt faktem, była to po części wina Laurencego, któremu ktoś powinien naprawić jego spowolniony zapłon, jednak przez całą noc obwiniałem siebie za całe zajście. Bo przecież mogłem stracić dobrego mentora i wzamian dostać kogoś, kto jeszcze by czegoś ode mnie wymagał i nie posiadał należytego poczucia humoru, czego bym nie zniósł, bo jak to tak przejść przez trening bez suchych żartów i rozmowach o spadających z nieba gejach?
— A co się będę takim głąbem przejmować — wyszeptałem, próbując przekonać sam siebie, że wcale mnie to nie obchodziło. — Niech sam zjeżdża.
Ponownie rozłożyłem się na środku trawiastej przestrzeni, zahaczając tym razem ogonem o roślinny gąszcz, tym samym próbując uchronić go od nadmiernej ekspozycji na światło słoneczne. Na moje nieprzeciętne szczęście, a Krzaka gorzkie utrapienie, już po niedługiej chwili, liczonej od zakończenia rozmowy, zaczęły dziać się rzeczy dziwnie i wcześniej przez nikogo nieprzewidywane. Po tylnej części mojej piątej, kłębiastej nogi otarło się bowiem coś, czego dotyk aktywował we mnie tryb awaryjny i zmusił do raptownej ucieczki z miejsca zdarzenia. Tak też się złożyło, że nie za bardzo wtedy myślałem nad tym, dokąd pobiec, więc przypadkowo podskoczyłem, zaliczając spektakularną wpadkę, czyli wpadnięcie na stojącą najbliżej osobę.
— Co ty odstawiasz? Wiewiórki się przestraszyłeś?! — zaśmiał się, odwracając się w stronę przebiegającego nieopodal zwierzęcia i przy okazji szydząc z mojego adekwatnego do sytuacji zachowania. Niech ten rudzielec nawet nie próbuje mi wmawiać, że nigdy w swoim krótkim życiu nie przestraszył się włochatej myszy, wskakującej na twoje plecy zza drzewa. Niech się przypadkiem ze szczęścia nie zesra.
— Ha-ha, bardzo śmieszne, naprawdę… — wymamrotałem, marszcząc żałośnie brwi, zarazem próbując uspokoić szarżujące bicie serca, ponieważ nie chciałem, żeby ten gbur przypadkiem je usłyszał.
— Dobra, złaź ze mnie — burknął z poirytowaniem, na co nie za bardzo zareagowałem. — Głuchy jesteś? Złaź ze mnie!
Szczerze to nieszczególnie rozumiałem, z jakiego powodu ten awanturnik od razu podniósł na mnie swój piskliwy głos. Przecież to wcale nie tak, że wyrywałem mu kudły, wcale a wcale! Jego sierść była w dotyku zbyt miękka i wygodna jak na moje kości, żeby ją przypadkiem kaleczyć. Jestem ostrożny, jeśli chodzi o żywe poduszki.
W każdym razie domyśliłem się, że miły Krzak po prostu nie istnieje, tak jak wyobrażałem to sobie pięć minut temu i zapewne prędzej, czy też później pojawi się w którymś miejscu mała iskierka, zapalająca całe, nieposkromione ognisko, przed którym trzeba będzie uciekać, gdzie pieprz rośnie, żeby dziwnym, dziwniejszym trafem nie zrobić z siebie potrawki na jutrzejszy obiad. Naturalnie tak właśnie się stało z momentem zepchnięcia mnie na piach i ustawieniem się do odpowiedniej pozycji bojowej, co z kolei wystawiło mnie i moje zdolności w bijatykach na próbę, ponieważ kiedy to był ostatni raz, gdy mogłem się wykazać? A, no tak. Zanim zostałem uczniem, czyli wieki temu.
— Tępak z ciebie, wiesz? — zawarczałem tak samo groźnie, jak Laurency skrzeczy o poranku, żeby wybudzić mnie ze snu, czyli bardzo.
— Przygłup!
— Dureń!
— Cymbał!
— Osioł!
— Osłem to ty będziesz, jak z tobą skończę! — wrzasnął głośniej, niż Laurency podczas ataku tamtych mrówek dzień wcześniej, dodatkowo raniąc moje wrażliwe uszy, a zanim przeszedł do reszty swojego przedstawienia, zdążył jeszcze zaszurać czystymi łapami o podłoże, tym samym brudząc je niemiłosiernie. Jak ja w ogóle mogłem myśleć, że istnieje szansa na to, że zostaniemy dobrymi ziomkami, skoro jest takim brudasem?
Atak z jego strony przyszedł dość niespodziewanie, bodajże po jednym błyśnięciu promyka, tym samym niszcząc mój pokojowy plan ugryzienia go w ogon, żeby się trochę uspokoił i zastanowił nad tym, co próbuje zrobić. Rozumie się, że poprzez zaskoczenie już na samym początku zdążyłem oberwać od niego w moją ulubioną łapę, bo w tą, którą zazwyczaj podnoszę znalezione na drodze cenne manatki. I było to bardzo nieprzyjemne. Niemniej jednak towarzysz niemalże od razu otrzymał ode mnie w powitalnym prezencie soczystego kopniaka w pysk za to co zrobił, ponieważ mimo mojej pokojowości, którą tak usiłuję załatwić większość problemów, nie wstydzę się oddać temu, kto bezpodstawnie rzuca się na innych. I tak też było w tym przypadku i będzie w każdym następnym, boć nie dam sobą tak łatwo pomiatać. Chwila nieuwagi, cichy jęk i kolejny ruch. Krzak nie chciał się tak szybko poddawać, może po prostu nie potrafił. Zasyczał, szykując się do następnego zrywu. Rudawe, tylne łapy ugięły się w sposób niesłychany, pomocny na tyle, aby wskoczyć wprost na mnie. Na moją głowę, nie, na głowę i tułów. I szarpaliśmy się tak przez chwilę, może dwie albo trzy, a nikt na to uwagi w dalszym ciągu nie zwracał, co dziwiło mnie bardzo, zważając na to, iż jeszcze chwilę temu otaczało nas tylu wojowników. Jasna sprawa, chciałem go zrzucić, próbowałem, jednak ten uczepił się mnie jak łaskocząca pchła. Poprzez nałożenie się ciężaru jego ciała i nieudane próby zrzucenia tego glonojada zatoczyliśmy parę kółek wokół jednego z rozłożonych legowisk. Na początku myślałem, że co tam, wywalimy się, przynajmniej będzie miękko, jednak dopiero po paru spojrzeniach w tamtą stronę zrozumiałem, iż to nie było byle jakie zapchlone legowisko, a miejsce kogoś, z kim miałem już do czynienia. Prawdopodobnie należało do suki, którą niegdyś poznałem na tych terenach. Dlaczego do niej? A no dlatego, że tuż obok jej posłania lśniła w blasku słońca wysoka, kolorowa wieżyczka, składająca się z różnej wielkości kamyków i kamyczków. Jej autorka wabiła się Słoneczny Pysk, a przypomnienie sobie jej imienia jeszcze bardziej zmartwiło moją dupę, ponieważ ta kochana wojowniczka by się załamała, gdyby ten gnojarz coś rozwalił. Bo co gdyby zmieniła swoje miano na Pochmurny Pysk?! To byłaby przecież niewyobrażalna katastrofa...
— Krzaczor, złaź na piach, bo naskarżę na ciebie Leonisowi i… — Czekaj, komu? Przecież on go nie zna!
Na nic zdały się moje jęki, stęki i wykrzykiwane nieposiadające najmniejszego sensu zdania do nieogarniętego Krzaka, ponieważ do tego pustego łba nie przyszła mu nawet jedna myśl związana z posłuchaniem moich słów. A wiadomo, że skoro jeden z nas nieszczególnie myśli, to prawdopodobieństwo, że wpadniemy w kłopoty, wynosi mniej więcej sto, jak nie tysiąc procent. Pamiętam, że przez jego zachowanie obiecałem sobie, że jeśli w niedalekiej przyszłości znajdzie się odpowiedni moment na strzelenie go w głowę, to zrobię to bez zawahania. Może nawet dwa razy.
Odłamku skały, gdzież jest twa siła?
Szkoda tylko, że nie wystarczyło mi tym razem czasu, ażeby zepchnąć go z siebie i zapobieć szykującej się zagładzie. Gdyby razem z nami był tutaj Laurency zapewne by kibicował któremuś z nas z jedzeniem w łapie i Cierniem pod pachą, zamiast próbować nas rozdzielić, więc w zasadzie nie byłoby różnicy. Widać, że w tym świecie jestem zdany sam na siebie, co można zaliczyć jako potworny błąd losu, ponieważ i tym razem doszło do czegoś, czego tak bardzo nie chciałem, aby doszło do skutku. No wywaliliśmy się na stosik tak pięknie umytych, niczym te należące do Maki Paki*, przy okazji omal nie łamiąc mi łapy, a Krzakowi czoła, bo przecież bałwan zdążył mnie jeszcze kopnąć przed uderzeniem o ziemię.
„No cóż, stało się” — mniej więcej to mówiła wtedy mina Krzaczora, który jak gdyby nigdy nic stał i patrzył się spokojnie na bałagan, który stworzył jego zbyt dumny zad. Doprawdy jego postawa załamywała mnie jeszcze bardziej, niż potrzeba pokazania się u medyka Bezgwiezdnych. „No dobra, a co z tobą, Chwast?” Ja byłem zdruzgotany, bodaj jedna z najpiękniejszych, nie, zaraz, jednak najpiękniejsza, najlepsiejsza, w ogóle wszystko, z czym naj może się połączyć, wieżyczek kamiennych, tak starannie wcześniej ułożona, została właśnie roztrzaskana na wiele drobnych kamyczków, których nie sposób samemu zebrać (a Krzakowi to na pewno nie przyszłoby na myśl mi pomagać!). Jedyne szczęście objawiające się w tej całej sytuacji, było takie, iż tym razem ten wypadek nie mógł zostać uznany za mój czyn, tylko kogoś innego. Kogo? Oczywiście tego rudego świrusa, naburmuszonego szczeniaka, nie ucznia, na ucznia to on się nie nadaje, nie dorósł jeszcze, którego ja, jako dobry przyjaciel przyszedłem odwiedzić z pokojowymi zamiarami. No, nie tym razem, Chwaścik, nie tym razem.
Do tysiąca Dwunożnych, ale z niego przepotężny kretyn!
— Co żeś narobił, Krzaczor?! — wrzasnąłem totalnie załamany, z płaczem rzucając się na ziemię, zarazem próbując co nieco pozbierać do kupy, żeby tylko nikt nie spostrzegł, jaki bałagan panował obok legowiska Słoneczka.
— Co JA narobiłem?! — zawarczał, cofając się o parę kroków, co w sumie mnie uspokoiło, bo kto wie, może chciał wtedy odgryźć mi łeb? Oby nie.
— A niby kto, głąbie? To przecież wina tego twojego dużego zada... — wymamrotałem pośpiesznie, żeby tylko usłyszał jak najmniej, czego w zasadzie szybko zdążyłem pożałować, ponieważ na moje nieszczęście jego rozwścieczony wzrok rzucał się po moim ciele, jak stado złapanych w lesie morderczych pcheł, co z kolei spowodowało, że o ucieczce nie było już mowy. Znaczy jakaś była, ale czy wycofanie by się udało, to nie jestem pewien.
Towarzysz na szczęście nie zareagował zbyt gwałtownie niż jego oczy, a jedynie wydobył z siebie trochę odgłosów wzmożonej agresji i zdenerwowania, powstałego dzięki mojej skromnej uwadze na temat jego ponadprzeciętnych rozmiarów tyłka. Może to jego jakiś czuły punkt?
— Ej, b-bo ten tego, myślisz, że będzie z-zła? — wyjęczałem z niepokojem, zastanawiając się, gdzie mógłbym zacząć szukać zgubionych kamyczków, żeby uzbierać chociażby co większe z nich, równocześnie niesfornie próbując poukładać te, które leżały wokół mnie.
— Nie no, raczej nie powinna — odrzekł, będąc zirytowanym całą sytuacją, albo w sumie bardziej moim zachowaniem, ponieważ w tle wciąż mógł słyszeć moje pociąganie nosem, czy powtarzane w kółko „Przecież ona mnie zabije”.
Stał tak nade mną bez celu i spoglądał na mizernie złożoną kupę minerałów, natomiast ja wciąż kuliłem się z płaczem nad legowiskiem suki, z nadzieją modląc się o spokój i błogosławieństwo do własnego kamienia, który dalej schowany był w mojej ukrytej skrytce na najbardziej kamienne skarby. Może dzięki temu jakoś ujdę z życiem.
I nim się obejrzałem, tuż przed moimi trzęsącymi się ze zdenerwowania łapami, pojawiła się Słoneczko cała na złoto, bo przecież w takowej barwie posiada sierść. Jeszcze przez parę ukradkiem uciekających mi sekund nie odczuwałem tak wielkiego przerażenia, jakie miało mnie spotkać za ich zdublowaną ilość, jednak wraz z podnoszeniem łba wzrastał także poziom mojego wystrzelonego już w niebo stresu. A kiedy nasze spojrzenia się spotkały, już wiedziałem, że nawet najpiękniejsza znaleziona przeze mnie przeprosinowa skałka mi nie pomoże.
Cholera, Laurency, nie podoba mi się tu, zabierz mnie do domu!

<No i co żeś narobił, Krzaczor?>
[4015 słów: Chwast otrzymuje 40 Punktów Doświadczenia i 5 Punktów Treningu]

10 marca 2021

Od Krzaczka CD Chwasta

Dotarli właśnie do sadzawki (czyli w sumie — dwa metry dalej, ale przydałoby się nie wymagać zbyt dużo od ich krótkich łapek), kiedy Krzaczek stracił cierpliwość.
Nie lubił, kiedy ktoś mu przeszkadza w treningu. Nie dlatego, że nie mógł się wtedy skupić (przyzwyczaił się do maksymalnej dawki irytacji, kiedy w jego otoczeniu był Borowik), ale zwyczajnie wolał unikać kłopotów, których mógłby nabawić się pięcioksiężycowy szczeniak uciekający z obozu.
Krzaczek nie umiał liczyć i zapewne byłby tym typem osoby, która w sekrecie sprawdza na kalkulatorze, jaki jest wynik 2+2, ale nie trzeba było długiej kalkulacji, żeby przewidzieć, że obcy na terenach swojego klanu to nie byle płotka dla przyszłego wielkiego wojownika.
Nie, żeby marzył o zostaniu wiedźminem psich klanów.
Powalenie szczeniaka było łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać. Krzaczek nie do końca wiedział, czy to wynik jego sekretnych treningów, czy faktu, że obcy interesował się przybrzeżnymi kamyczkami i własnym strachem, ale już po chwili podciął psu nogi, przytrzymując jego głowę z nosem tuż nad taflą sadzawki.
— Nie sądziłem, że moja pierwsza prawdziwa walka odbędzie się ze skończonym idiotą.
— JAKI PIĘKNY KAMYK!
— Co do…
Latający Potwór Spaghetti musiał go mieć w swojej opiece, bo Krzaczek niezgrabnie obrócił się na jednej z łap, upadając na plecy nie w sadzawce, a na ziemi.
„Nie sądziłem, że moja pierwsza prawdziwa walka odbędzie się ze skończonym idiotą”, wspomniał swoje słowa. Masz rację, Krzaczku — ciężko byłoby walczyć z samym sobą.
Chwast rzucił się w tył zwrot do miejsca, skąd przyszli, jakby w stołówce podawana była jego ulubiona jajecznica ze szczypiorkiem. Wydawał z siebie przy tym cichy dźwięk: „Hhhhghghh!”, stłumiony trzymanym w pysku kamieniem.
Na ogół Krzaczek nie miał większego problemu z myśleniem, ale na ogół było tutaj kluczowe. Na ogół w końcu potrafił też utrzymać swoje gnające emocje na wodzy, mimo że wielokrotnie miał ochotę zrobić z członkami swojej rodziny to, co gracze League of Legends robią z własnym laptopem po nieudanej rozgrywce. Na ogół nie spieprzał mu też sprzed nosa dwumiesięczny uciekinier z obsesją na punkcie kamieni. I choć cała ta sytuacja wyglądała zabawnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że rozgrywała się pomiędzy dwoma niedorostkami, to Krzaczek wkurzył się nie na żarty i poprzysiągł zrobienie z chwastowej kolekcji kamyków rewolucję francuską.
Poczuł, że po raz pierwszy liże smak porażki — nie przewidział, że ktoś może mieć taką dozę odwagi (głupoty? Ryzyka?), a tym bardziej nie przewidział, że już wkrótce wyląduje w pobliżu terenów Ventus, co jest istotnie taką samą głupotą, jaką zrobił Chwast.
— Ty chwastojadzie! — wrzasnął.
— To, że mam na imię Chwast, nie znaczy, że jem chwasty!
— Zaraz będziesz je żreć, niech tylko cię dorwę, do cholery!
Chwast potknął się na torach. Ten błąd pozwolił Krzaczkowi odbić się tylnymi łapami i skoczyć gonionemu na plecy, żeby oboje potoczyli się w dół pagórka. Zapach wyrwanej sierści przyćmił mu zupełnie obcą, a nawet obce wonie, które powinny od razu go zaalarmować, ale był zbyt skupiony na wciskaniu nosa psa do gleby.
— Chyba… chyba mamy problem — wydusił Chwast, rozbieganym spojrzeniem próbując rozglądać się wokół siebie.
Ty masz problem!
— Prrr.
Prrr? Uścisk Krzaczka zelżał, zapewne przez nagły bezruch, który pozwolił mu jedynie na spojrzenie za siebie. Spodziewał się ujrzeć miasto Dwunogich — nie mogli przecież przetoczyć się tak daleko, prawda? — ale zamiast tego ujrzał przed sobą dwie wypustki i zęby wielkości jego łapy, które delikatnie łechtały rudą sierść.
Z punktu widzenia trzeciej osoby nie wyglądało to wcale tak delikatnie.
W łańcuchu pokarmowym (oczywiście w myśl Krzaczka) koń stał najwyżej, drugie miejsce zajmował sam Krzak, zaś ostatnie Chwast. Dlatego, zamiast skupić się na dalszym kopaniu dupy intruza (co z tego, że właśnie sam był intruzem), postanowił ratować własną.
Rzucił się na oślep przed siebie. Tętent za nim mieszał się z kruchym stukaniem łap o podłoże przez Chwasta, który najwyraźniej również uznał, że przede wszystkim powinni uciekać. Gwiezdni wiedzą, co kilkumiesięczne szczeniaki mogą mieć w głowie, ale na pewno nic mądrego, bo swoim przerażonym skomleniem płoszyły konia jeszcze bardziej.
— W lewo! W polu go zgubimy! — zapowiedział.
— Staranuje nas i rośliny!
Pożałował tego, że nie miał czasu na opracowanie planu. Biegli więc nadal przed siebie — Krzaczek skupił się na jabłoniach w oddali, osiatkowanych niezdarnie, jakby Dwunodzy zabezpieczyli je tylko przed wiatrem, a nie przed obecnością bezpańskich psów. Koń nie wyglądał, jakby był zdolny do dobrego ukrywania się pomiędzy krzewami i kluczenia pomiędzy siecią drzew, za to szczeniakom było już zdecydowanie bliżej do tego.
Szkoda tylko, że żaden z nich nie zauważył kolejnego tabunu zwierząt hodowlanych.
Nie wpadli w łaciaty zad tylko dlatego, że Krzak wyhamował gwałtownie i popchnął barkiem Chwasta w bok. Uskoczyli, mając przed sobą stajnię — choć większość wojowników narzekała na uroki mieszkania w mieście, to zagroda wydała się Krzaczkowi najlepszą drogą ucieczki, jaką mógłby w ogóle spotkać. Wślizgnął się przez szczelinę, ciągnąc za futro swojego towarzysza.
— Jest ich więcej! — zajęczał Chwast, rozglądając się dookoła.
Serce Wodnego na chwilę stanęło. Szybko jednak dojrzał, że ciche chrząkanie mieszkających tu rumaków rozlega się za zagrodami. Może i żyjąc dziko nie miał zbyt do czynienia z Dwunożnymi, ale nie wątpił w ich zdolność tworzenia zabezpieczeń; zwłaszcza po tym, jak Gorzka musiała tłumaczyć się Irysowemu Sercu, dlaczego spędziła całą noc poza obozem, bo Dwunożny przypadkiem zamknął ją w straganie na rynku.
— Zatkaj się i schowaj, dopóki ten koń sobie stamtąd nie pójdzie — warknął, tracąc wszelkie chęci do współpracy.
Skierował się w stronę stosu siana, gdzie skrył się w kącie, starannie układając pysk na łapach. Nie miał cierpliwości jeśli chodzi o innych, ale za to nie miał skrupułów, by przeczekać kilka godzin, dopóki koń nie zostanie zamknięty tak samo jak pozostałe. Mógł przynajmniej liczyć, że właśnie tak będzie, a nawet jeśli… nawet konie muszą czasem spać, nie? Wystarczy przekraść się pomiędzy jego nogami i...
Zapomniał, że nie jest sam.
— Przesuń się. — Chwast staranował go swoim tyłkiem.
— Nie.
— Proszę?
— Znajdź sobie inny kąt. Masz aż cztery.
Chwast się nie ruszył.
— No dalej, sio — ponaglił, gromiąc Bezgwiezdnego wzrokiem.
— Nie, nie o to chodzi, my chyba… nie jesteśmy tutaj sami.
— Są konie.
Coś pacnęło łapą stos siana tak, jakby był jedynie pyłkiem kurzu. „Niedźwiedź!”, pomyślał Krzaczek.
— Eee… Brunatny Horyzoncie, spokojnie, to tylko jakieś szczeniaki. Możemy wracać do spania. — Kaczy Plusk omiótł ich zaspanym spojrzeniem, jakby intruzi byli jedynie koszmarem sennym; snem o największym strachu, który obrócił się w kreskówkę posypaną brokatem.
Imię Brunatny Horyzont brzmiało tak samo obco, jak i blisko. Krzak domyślał się już, że znaleźli się w jakimś klanie, choć nie miał pojęcia w jakim. Spokój niedźwiedzia przy koniach uspokoiła go, bo wojownik nie zdawał się widzieć w nich zagrożenia… ale misiowate podejście na widok dwóch zupełnie obcych szczyli nie świadczyło o nim, żeby przejmował się czymkolwiek. A tego rudzielec był pewien, zwłaszcza patrząc na to, jak uporczywie próbował przegonić Chwasta — wtargnięcie na tereny obcego klanu było kłopotami nieważne, czy zrobił to wojownik, czy szczeniak.
„Misio!”, pomyślał Krzaczek.
Nie, chwila.
„Mamy przesrane!”, pomyślał Krzaczek.
<Chwaście?>
[1123 słowa: Krzaczek otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

6 marca 2021

Od Chwasta do Krzaczka

 — Wstawaj! — Usłyszałem rozkaz tuż nad sobą. Byłem wtedy jeszcze bardzo zaspany, ponieważ jak na moje oko, pora była dość wczesna. Dodatkowo podczas nocy nie za bardzo udało mi się odespać poprzednią wyprawę nad płytką wodę. Biegałem tam od południa do późnego wieczora, przez co strasznie pobolewały mnie łapy. Co za tym idzie, musiałem praktycznie wlec się po ziemi całą tę drogę.
— Nie będę się powtarzać. Wstawaj natychmiast! — nakazał damski głos. Otworzyłem jedno oko, kierując je w jego stronę. Wcale nie byłem zdziwiony, że moja matka stała nade mną i zdzierała sobie gardło z byle powodu. Zdarza się to bardzo często, więc zdążyłem przywyknąć.
— Czemu aż tak ci przeszkadza, że sobie śpię? — mruknąłem, na nowo układając się w wygodną pozycję. Rozciągnąłem prawą łapę, zwinąłem bardziej ogon, a głowę przechyliłem…
— Dlaczego nigdy mnie nie słuchasz? Nie tego cię uczyłam!
Nie, niczego mnie nie uczyłaś.
— Jak zwykle, robisz mi tylko problemy!
Jeśli tak, to może po prostu zniknę?
— Wynoś się z tego wyra, ale już! — wrzasnęła ze złością, ostro zamachując się na mój grzbiet. Na całe szczęście zdążyłem zerwać się z legowiska i odbiec od niej o parę metrów. Jednak opłaca się tyle biegać.
Złapaliśmy kontakt wzrokowy. Ona patrzyła się nienawistnie, za to ja — z widocznym żalem. Chociaż to nie pierwszy raz, gdy zachowała się w ten sposób, to jednak nie chciałem nią gardzić. Mimo wszystko wciąż jest moją matką — dlatego nie chcę jej za nic winić, nawet kosztem mojego samopoczucia i zdrowia.
Stanęła baczniej. Wyprostowała się, nie spuszczając ze mnie oczu. Wyglądała, jakby była gotowa pobić mnie tu i teraz. Nie chciałem, żeby tak się stało, nie chciałem znów czuć piekących ran na moich łapach. Nie chciałem czuć się winny.
Więc uciekłem. Po prostu uciekłem; moje kończyny jakby same z siebie zerwały się do szybkiego biegu w stronę mieszczącego się za mną centrum obozu. Wówczas przypomniałem sobie słowa psa, który jako jedyny zaoferował mi pomoc. „Nie myśl o tym” — głos kundla krążył mi chwilę po głowie. Jest lepiej, gdy o tym nie myślisz — szepnąłem cicho, dopowiadając jego dalsze słowa, które dodały mi otuchy. Na wspomnienie o nowo poznanym samcu, mój humor natychmiast się poprawił.
Po niecałej minucie dotarłem do gęściej zaludnionej części klanu. Postanowiłem zwolnić, widząc jaki natłok kundli tam panował. Obok mnie przechodziły przeróżne psy, które widziałem pierwszy raz na oczy. Fascynowało mnie, jak wiele ich tam było, a także to, w jaki sposób każdy z osobna wyróżniał się czymś innym — a to grubością futra, jego kolorem czy kształtem. Byłem też ciekaw, czy któryś z nich mógłby być dość interesujący podczas obserwacji. Znudziło mi się oglądanie tych samych liści, codziennie porywanych przez północny wiatr...
Przechodząc przez nasze tereny, zauważyłem, jak pewien szczeniak grzecznie czekał przy legowisku medyka. Zainteresował mnie ten widok, dlatego podszedłem trochę bliżej, aby podsłuchać ich rozmowę. Gdy tylko moje pole widzenia się powiększyło, zauważyłem, że pieskiem była dość znana mi Kurka. Nigdy nie zamieniliśmy ani słowa, jednak moje oczy wypatrywały ją nieraz między bawiącymi się rówieśnikami. Po chwili zaobserwowałem ruch obok niej; okazało się, że dorosły kundel trzymał w pysku jakąś zieloną roślinę, przypominającą zwykły chwast. Zastanawiało mnie, co pomaga wyleczyć. Bolący ogon, nadmierną ciekawość, a może brak dobrego węchu do poszukiwania nieznanych skarbów?
Koniec końców suczka odeszła, wyglądając na zadowoloną, uprzednio biorąc od niego lekarstwo. Nie zamienili ani jednego słowa, a jedynie skinięcia głowami i spojrzenia. Zostawiło mnie to strasznie nie usatysfakcjonowanym, ponieważ pragnąłem dowiedzieć się czegoś przydatnego o nowo poznanej roślinie. Oczywiście wiem, że niegrzecznie jest podsłuchiwać rozmowy innych, ale czasami to jedyny sposób na dotarcie do ważnych informacji!
Znudzony brakiem sensacji, mknąłem dalej przed siebie i o dziwo nawet nie zauważyłem, że wyszedłem w tereny, których nigdy jeszcze nie widziałem, a nawet o nich nie słyszałem! Nie poznawałem żadnego z drzew ani krzewów, choć niebo wydawało się podobne do tego, które widzę codziennie. Przestraszyłem się wtedy nie na żarty, ponieważ, nawet gdybym chciał wrócić, to nie miałem pojęcia jak; wielokrotnie skręcałem, widząc ślepe zaułki lub nieciekawe zbocza. Na chwilę kompletnie straciłem pojęcie, co się ze mną dzieje; obróciłem się parę razy dookoła, coraz szybciej oddychając. Myślałem też, że moje serce w każdej chwili może wyskoczyć na zewnątrz (o ile to w ogóle możliwe!). Obszedłem parę drzew wokół ich osi, próbując zapamiętać ich wygląd, aby w razie czego do nich wrócić. Niestety, los postanowił dopiec mi jeszcze bardziej — podczas zataczania koła dookoła wysokiego, obficie porośniętego mchem dębu, coś po prostu poszło nie tak. Okazało się, że po jego lewej stronie jakiś mądrala postanowił wykopać wielką dziurę, do której — oczywiście, jak na ślepego mnie przystało — musiałem wpaść. Nie powiem, zabolało mnie to mocniej, niż się tego można było spodziewać, ponieważ mój biedny zad wciąż przeżywał wczorajsze wygłupy.
Musiało minąć parę dobrych minut, żebym mógł się normalnie podnieść. Wciąż przeklinałem w myślach to, co mnie spotkało, jednak wiedziałem, że muszę się w końcu zebrać do kupy. Z mojego pyska wydobyło się jeszcze ciche „kurczę blade”, po czym spróbowałem powoli rozprostować łapy. Gdy tylko ustałem na równych łapach, obejrzałem się jeszcze raz za siebie i próbując się nie załamać, ruszyłem w lewo.
Przez jakiś czas zwyczajnie dreptałem, ponieważ całkowicie straciłem chęci do starania się o osiągnięcie celu. Jednakże wraz z odsłonięciem słońca, powróciła także moja siła w nogach, więc zacząłem biec. I biegłem tak sobie, biegłem, czując się jak w jakimś labiryncie. Wszystko dookoła wyglądało wciąż tak samo, przez co mój mózg powoli zaczął się gubić. O, jaka ładna sosenka! Zaraz, zaraz… czy przypadkiem nie minąłem jej chwilę temu?
— Przez ten cały czas szedłem w lewo, to może teraz spróbuję w prawo… — mruknąłem, totalnie przestając zastanawiać się nad tym, co wyprawiam. Przestało mnie to obchodzić jakieś trzy krzewy jagodowe temu.
No i skręciłem w prawo, co o dziwo przyniosło jakiś skutek. Zacząłem przechodzić przez szarawe, nieznane mi dotąd chaszcze. Od teraz będę je chyba nazywać kłującymi badylami, ponieważ czułem, że zostaną mi po nich otarcia.
Gdy poczułem się pewniej z łamaniem ich, postanowiłem trochę przyspieszyć, żeby nie spędzić nad tym całego dnia — jeśli dalej by tak szło, to serio musiałbym nocować w tym gąszczu.
Niespodziewanie usłyszałem cichy szum, dobiegający z niedaleka. Wyłapało je moje prawe ucho, dlatego też instynktownie przygotowałem tę część mojego ciała na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, czy nie był to przypadkiem dwunożny. Szmer brzmiał, jakby ktoś próbował zatuszować swoją obecność, chociaż i tak dzięki podmuchowi wiatru doszła do mnie delikatna woń postaci. Wtedy zdałem sobie sprawę, że jednak należała do jakiegoś kundla. Szczerze mówiąc, topaz spadł mi z serca, ponieważ wielu bezgwiezdnych wojowników często wspominało, że ludzkie istoty zazwyczaj są niebezpieczne i na ich widok trzeba uciekać, gdzie pieprz rośnie. Uspokajając się nieco, postanowiłem trochę zwolnić i przysłuchiwać się coraz to głośniejszym odgłosom łapanych pod ciężarem psa gałązek. Zastanawiało mnie, czy nieznajomy zdawał sobie sprawę z tego, że wiem o jego obecności.
Nie minęło parę sekund, a mój wzrok przeszedł z boku na przód, ponieważ nagle odgłosy ucichły. Uznałem, że pies zapewne nie chciał wdać się w sprzeczkę z kimś z innego klanu i zwyczajnie zmienił kierunek, w którym zmierzał. Sam więc skupiłem się na tym, aby nie wpaść przypadkiem w jakąś dziurę. Ponownie.
Znów ruszyłem szybkim pędem, przedzierając się przez gęste zarośla. Miałem nadzieję, że niedaleko stąd znajduje się miejsce z dobrą widocznością, dzięki któremu mógłbym szybko znaleźć drogę powrotną na teren klanu Bezgwiezdnych. Nie miałem ochoty wędrować tą samą, ponieważ łapy zaczynały mnie coraz bardziej boleć od ostrych końców wyższych ode mnie łodyg.
W pewnej chwili wzdrygnąłem się mocno. Doszło do mnie to dziwne przeczucie, mówiące, że ktoś na mnie patrzy. Bardzo chciałem się w tamtej chwili mylić, jednak moje zmysły mnie nie zawodziły; nieznajomy wcale nie odszedł w inną stronę.
— Widzę cię!
Głos wcale nie przypominał tych niskich i dumnych, jak u dorosłego wojownika, wręcz przeciwnie — brzmiał, jakby należał do takiego psa, jak ja — niedawno narodzonego szczeniaka. Mimo to serce zabiło mi mocniej. Byłem pewny, że skoro nieznajomy jest tak blisko, to pewnie też słyszy to głośne kołatanie. Strasznie się zawstydziłem na samą tę myśl, co było widać, jak na tacy.
— Nie uciekniesz mi, nawet o tym nie myśl! — dopowiedział pewnym siebie tonem, a ja zacząłem spodziewać się czegoś dziwnego, co najpewniej zaraz się wydarzy. Tak głupie teksty nigdy nie wróżą nic dobrego...
Zerwałem głowę do góry. Przez ułamek sekundy coś — lub ktoś — przysłonił mi mocno świecące słońce. Całe moje ciało objął czarny cień, dający mi na chwilę ochronę przed gorącem napływającym z nieba. Otworzyłem szerzej swoje oczy, aby lepiej dostrzec szczegóły skaczącego nade mną psa. Niestety, nie było mi dane nawet określić barwy jego futra, ponieważ poczułem ostry ból przednich łap.
Z tego niefortunnego wypadku wyniknęły dwie rzeczy; pierwszą była krwawiąca rana na moim czole, powstała wskutek upadku, który wydarzył się przez wystający, wielki kamień. Nigdy nie sądziłem, że skały mnie zdradzą i zasadzą na mnie taką nikczemną pułapkę.
Drugą był sukces, co do częściowego odtajnienia wyglądu tajemniczego psa, którego także obwiniałem za moje potknięcie, bo przecież to przez niego się zagapiłem i nie zauważyłem, na co biegnę. Miałem ochotę od razu na niego nakrzyczeć, jednak postanowiłem się powstrzymać, zważając na przeszywający moją głowę ból.
Gdy tylko otrząsnąłem się z tego, co przed chwilą się stało, moim oczom ukazał się nieznajomy czworonożny; kolor jego sierści przypominał mi wcześniej spotkany nad wodą minerał zagrzebany głęboko w piachu, a bystre spojrzenie wbiło się intensywnie w moją stronę. Nie za dobrze widziałem szczegóły wyglądu kundla przez dzielącą nas odległość, jednak z tego, co udało mi się zauważyć, jego ślepia wydawały się o wiele jaśniejsze od moich. Ta ciekawa między nami różnica zdawała się mnie bardzo podniecać — uwielbiam różnorodność!
— Wyglądasz, jakbyś zobaczył Iryskę nie od tej strony, co trzeba — zaśmiał się głupkowato, jednak nie załapałem jego dziwnego dowcipu.
— Kogo niby? — Przechyliłem głowę na bok, mrużąc delikatnie oczy. Chciałem dostrzec, czy odcień jego nosa nie pasowałby przypadkiem do tamtego minerału, który znalazłem dwa dni te...
— Ej, skąd ty właściwie jesteś? — zmienił nagle temat, a ja zastanawiałem się chwilę nad odpowiedzią. Przez jego ton wypowiedzi nie byłem pewny, czy nie będzie chciał się ze mną klepać na wieść, że pochodzę z innego klanu.
— Nooo… właściwie to, eee… z Flumine? — odpowiedziałem dość niepewnie, myśląc, że szczeniak od razu się domyśli, że to nie jest prawda. Miałem nadzieję, że powie mi tylko, żebym stamtąd poszedł, czy coś…
— Och, naprawdę? To co tu robisz? Chodź, niedaleko stąd jest droga, którą możemy wrócić! — Od razu zmienił postawę na łagodniejszą, a na jego pysku pojawił się przyjazny uśmiech. Czułem, że szczeniak tylko ściągnie na mnie kłopoty.
<Krzaczor, co ty robisz?>
[1724 słowa: Chwast otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]