Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cytrynowy Liść × Konwaliowy Szron × Bolesna Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cytrynowy Liść × Konwaliowy Szron × Bolesna Łapa. Pokaż wszystkie posty

12 czerwca 2021

Od Bolesnej Łapy CD Cytrynowego Liścia i Konwaliowej Łapy

— Co cię tu …?
— Bolesny, strasznie cię przepraszam! — Cytrynowy wpadł na mnie i zaczął szlochać.
— To jest obóz Industrii! Obawiam się o twój los, w wypadku… — zacząłem, jednak nowoprzybyły niegrzecznie wpadł mi w słowo.
— Wytarzałem się w łajnie, które znalazłem idąc tu, och, nikt mnie nie wyczuje! Posłuchaj… — ledwo zrozumiałem, co powiedział, gdyż strasznie płakał. Krztusił się przez swoje własne łzy i kaszlał okropnie.
— Mówże, co cię trapi, bo zaraz się z tej słonej wody udusisz — oznajmiłem, z niepokojem spoglądając na szlochającego przyjaciela.
Miałem wielką nadzieję, że będziemy mogli spocząć spokojnie. Była to jednak chłonna wiara, po lada chwila jakikolwiek członek mojego klanu może ujrzeć Cytrynowego. Szkoda takiego ładnego dnia, na takie nieprzyjemne wydarzenia. Było doprawdy pięknie. W kałuży odbijało się czerwone, choć lekko zniekształcone słońce, a okoliczne drzewa sprawiały wrażenie, jakby przeglądały się w tafli wód, nachylając nad nią pyski. A może chciały się napić? Miło będzie, jeżeli się spytam.
— Przepraszam, chcecie się napić? — Odwróciłem się w stronę drzew, czując na sobie wzrok znieruchomiałego Cytrynowego. Na powrót spojrzałem na niego, wymownie zerkając na rośliny. „Porozmawiamy innym razem” — przekazałem im w myślach, nie wiedząc, że kolejny raz może nie nadejść.
— Ja… — zaczął, wdychając i wydychając ciepłe, niemal duszne powietrze. — Pokłóciłem się z Konwalią, a potem… potem stwierdziłem, że cię znajdę, i… i…
Znowu zaczął łkać i pojękiwać, dlatego usiadłem wygodnie. Może na pierwszy rzut oka oba te zdarzenia nie mają większej wagi i powiązania, dlatego jaki jest wniosek, z tego, że kiedy płakał, to ja usiadłem? Już tłumaczę: … Och, chyba Cytrynowy ma coś do powiedzenia. Skupmy się na nim.
— Nie było cię na torach, to przyszedłem do waszego obozu … znaczy!... — powoli uspokajał się, a ja oddychałem spokojnie. Jeżeli twój oddech będzie umiarkowany, to podobno pomaga osobom wokół ciebie zachować spokój. Tak przynajmniej powiedziała mi Stopowa, kiedy prosiłem ją o porady, co robić, jeżeli Liść oszaleje. Cóż, naprawdę często wylewał swoje żale razem z łzami. Tak często, że zacząłem się martwić o jego zdrowie psychiczne… Ee… Nie powtarzajcie mu tego.
—… Wyczułem twój trop. — Oczy mu się zaświeciły, kiedy wspomniał o mnie. — Za nim podążyłem, i…
— Muszę ci przerwać — oznajmiłem. — Bo powiedziałeś „podążyłem”. Toż to okazja do świętowania! Moja mowa wzbogaciła twoją, i…
W tym momencie Cytrynowy dotknął mnie nosem, i zaraz przestraszył się sam siebie. Zaczął krzyczeć „przepraszam, niechcący!” i cofnął się gwałtownie. Bliski byłem spanikowania, ale postanowiłem nie poddawać się zaskoczeniu — chociaż jeden z nas musi pozostać przy zdrowych zmysłach.
— To... dobrze, że oboje doskonale rozumiemy, co nas łączy — oznajmiłem z kluchą w gardle, a Cytrynowy znowu się rozpłakał. — Nie płacz, jeżeli nic się nie stało… Nie starczy ci łez na ważniejsze okazje…
Powtórzyłem jego ruch, na co on znieruchomiał. Zaraz wybuchnął płaczem.
— Znowu wylewasz łzy? Śmiem mieć nadzieję, że to ze szczę…
Przewracając mnie w euforii, uniemożliwił mi dokończenie. Właśnie w tej chwili zyskałem partnera.
 ***
— Żegnaj! — krzyczę do Cytrynowego, stojąc na granicy naszych klanów. — Następnym razem lepiej nie przychodź do obozu, bo wątpię, aby znów uszło ci to na sucho.
Mój partner życzy mi miłego dnia i odchodzi, szalenie merdając ogonem. Patrzę, jak znika za horyzontem i uśmiecham się. Właśnie odprowadziłem Cytrynowego Liścia do oznaczeń Tenebris, a teraz wracam w drogę powrotną.
Idę, stąpam lekko po ściółce. Chce mi się śmiać i rzucić w wir euforii, ale wtem wyczuwam obcy zapach. „Chyba mój węch popełnił niewybaczalną omyłkę? Dwunożni?” — myślę.
Idę, nie widząc żadnych przeciwwskazań. Zapach stworzeń również nie dobiega mi do nosa. Utwierdzam się w przekonaniu, że był to nieśmieszny żart, jaki sprawił mi mój zmysł. Zadowolony stąpam trzy razy szybciej, niż normalnie, co zapewne nie wygląda zbyt naturalnie. Jednak takie jest, jak najbardziej! Po prostu nie mogę się doczekać, aż powiem Stopowej, że mam partnera.
Idę, zaczynam odczuwać niepokój. Wiem doskonale, żeby nie ignorować przeczuć, jednak to wydaje się takie dziwne… Zaczynam się gubić w swoich odczuciach. Zatrzymuję się i oglądam za siebie.
Dopiero teraz do nosa dobiega mnie wyraźna woń dwunożnych.
— Hycle! Pomocy! — krzyczę. — Cytrynowy Liściu!
Nikt mnie nie słyszę. Złapali mnie. Próbuję się wyrywać, ale to na nic. Gryzę. Po raz kolejny i ostatni, powietrze rozdziera mój wrzask.
„Cytrynowy Liściu! Pomóż mi, nie dam rady!” 
Bolesna Łapa umiera. Koniec wątku Bolesnej Łapy, Cytrynowego Liścia i Konwaliowej Łapy.

24 maja 2021

Od Cytrynowej Łapy CD Bolesnej Łapy i Konwaliowej Łapy

Czekałem przed wejściem do legowiska medyków. Zastanawiałem się, co ja tu w ogóle robię. Dlaczego zostawiłem Bolesnego, nic mu nie mówiąc? Czy tak powinienem się zachować?
Ale przecież on ma cię gdzieś.
Pokręciłem gwałtownie głową. Nie, on mnie lubi. To ja mam go gdzieś. A przecież chcę go lubić! Chociaż… Nie…„Lubić” to nie jest dobre słowo.
Dlaczego więc go zostawiłeś i poszedłeś z Konwalią?
Mimo prób przekonania samego siebie, że przecież nic nie zepsułem, doskonale wiedziałem, że jestem winny. Nie będę więc zaskoczony, jeśli Bolesny nie będzie chciał się ze mną spotykać. Ba! Może nawet ze mną nie rozmawiać! I tak mam dosyć jego archaizmów!
Czyżby?
…Dokładnie. Bo tak się składa, że…
— Cytrynowa Łapo? — Z legowiska medyka wyszła Konwaliowa Łapa, a ja podskoczyłem przestraszony.
— Nie rób tak więcej — warknąłem, jeżąc sierść i błyskając przestraszonymi oczami.
— Zobaczę. Przecież nie mogę nic obiecywać. Nie wiem, co się sta…
— To pomyśl — syknąłem na nią. — Dlaczego postawiłaś mnie w takiej sytuacji? Dlaczego najnormalniej w świecie nie mogłaś powiedzieć, że: „Musimy iść” albo: „Drewniany Pazur ciebie oczekuje. Chce z tobą poćwiczyć. Wracajmy”?
— Ty znowu o tym? — westchnęła. — Żałuję, ale nie mogę zmienić przeszłości. — Suczka zmierzyła się ze mną swym spokojnym i pytającym wzrokiem, jakby chciała się dowiedzieć, o czym ja pierdolę.
— Właśnie! — Wykorzystałem jej słowa, by wygrać kłótnię. — Ja także nie mogę zmienić przeszłości! Wiesz, ile bym dał, żebyś cofnąć czas?! Żałuję, że cię wtedy lizałem, po tym cholernym pysku! Nie mogłem cię kochać, skoro byłem w wieku…ośmiu księżyców? Byłem naiwnym szczeniakiem! Zresztą, nie lepszym od ciebie. — Dopiero gdy wypowiedziałem moje myśli, zrozumiałem, co one oznaczają. Przygryzłem wargę, jednak nadal wpatrywałem się w oczy Konwalii. Nie mogę jej teraz pokazać, że żałuję moich słów. I tak nie bierze mnie na poważnie. Gdy nie spuszczę wzroku i nie pokażę uległości, może zacznie mnie szanować.
— Uważasz, że nie umiałeś kochać w wieku ośmiu księżyców? Teraz masz dziesięć. Uważasz, że jako uczeń (którym nadal jesteś) nie miałeś głowy do miłości? Akurat. Przecież miałeś głowę. I serce. I duszę. Zdolność do uczuć dostaje się przy narodzinach. Podczas gdy ciało podlega zmianom, zdolność ta nie rośnie, nie maleje. Po prostu jest.
Wpatrywałem się w nią znużonym i poirytowanym wzrokiem. Pewnie gdybym nie był w tak zabójczym nastroju, to bym jej przytaknął i wydukał jakieś przeprosiny, a potem księżycami żałował moich słów, obarczając się winą. Cóż, dzisiaj jednak stałem niewzruszony, cicho powarkując.
— Po prostu zostaw mnie w spokoju i przestań mi wszystko komplikować. Życie bez ciebie byłoby łatwiejsze. Skoro tak bardzo kochasz Gwiezdnych, to sobie do nich pójdź.
Odszedłem od niej, uparcie wpatrując się w drzewa majaczące w oddali. Mrugałem zawzięcie oczami, próbując przepędzić gromadzące się powoli łzy. Mimo moich prób zatamowania powodzi, słone krople spływały mi po pysku, zostawiając po sobie mokre ślady. Za łatwo przychodzi mi zarówno płacz, jak i złość. Nie byłem pewny, dlaczego w kółko płaczę. Zastanawiałem się nawet, czy nie porozmawiać o tym z mamą, ale co bym jej miał powiedzieć? „Hej mamo, bo zastanawiam się, czemu tyle płaczę” czy „Trujący Obłoku? Ostatnio…albo nie: Często dużo płaczę. Czy ty też tak miałaś, jak byłaś mała?” No nie, nie wyobrażam sobie tego, szczególnie że moja matka jest bardzo… konsekwentną wojowniczką o żelaznych zasadach. Jednak wiem, że ona mnie kocha. Co prawda mam jeszcze siostry i ojca, ale… Gdybym miał rozmawiać o tym z ojcem, chyba bym się ze wstydu spalił, a z siostrami…? Pewnie by mnie wyśmiały, może nawet pocieszyły. Ale tak naprawdę, to o czym tu rozmawiać? Po prostu taki jestem. Chyba. Ranię wszystkich dookoła. Siebie też ranię. Jestem do niczego. Po prostu przestanę się odzywać. Postanowiłem. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
I tak nie umiesz się przecież poprawnie wysłowić. Nikt nie zauważy, że przestałeś mamrotać jakieś głupoty, bo i tak rzadko kiedy używałeś swego głosu.
— Cytrynowa Łapo? — Usłyszałem z oddali wołanie mojego mentora. Nie odwróciłem się jednak, w obawie, że zauważy mój płacz. Nie mógł mnie zobaczyć w takim stanie. Wojownicy nie płaczą.
Ależ ty nie jesteś wojownikiem. Jesteś głupim uczniem. Uczniaki niech sobie płaczą.
Przyspieszyłem kroku. Nie odwracaj się. Idź przed siebie. Zagryzłem wargę, przechodząc w szybki bieg. Wiedziałem, że i tak prędzej czy później się odwrócę, by zobaczyć, o co chodzi. Walnięta ciekawość.
Powoli spoglądnąłem za siebie. Drewniany zaczął biec w moją stronę, wyraźnie zatroskany. Warknąłem cicho i przyspieszyłem kroku, próbując od niego uciec. Wiedziałem jednak, że nie uda mi się uciec. Za to zrobię z siebie idiotę.
— Co ci się dzieje? — Drewniany Pazur szybko mnie dogonił, blokując mi drogę. Widziałem jedynie zarys jego sylwetki, gdy górował nade mną, gdyż łzy skutecznie rozmazały mi widoczność. — Cytrynowa Łapo… — Wojownik pochylił się, a jego pysk znalazł się tuż przy moim. Błyskawicznie przegoniłem łzy, wiedziałem jednak, że nietrudno będzie zauważyć, że mam zaczerwienione, królicze oczy i cały mokry pysk. W oczach mentora dostrzegłem szczere zmartwienie. — Coś się stało? Chciałem zaproponować ci polowanie, ale chyba to nie jest dobry pomysł.
Milczałem, powoli spuszczając wzrok. Miałem ochotę się rzucić na mentora, wypłakać mu się w futro i niemalże udusić mocnym uściskiem, ale pamiętałem dobrze, że obiecałem sobie, że już będę milczał na wieki. Poza tym obawiałem się, że mój głos wcale nie będzie pewny i spokojny, a łamliwy i przepełniony spazmami.
— Chcesz ze mną o czymś porozmawiać? Coś się stało? Chciałem ci zaproponować polowanie, lecz… Chyba to nie jest odpowiednia pora, prawda? — spytał się łagodnie Drewniany Pazur, rozluźniając dotąd napięte mięśnie. Przekrzywił głowę, lustrując mnie uważnym wzrokiem. Za późno. I tak już widzi, że beczałem.
— Nic — wykrztusiłem, nie dbając o swoje postanowienie. Po coś mam głos, czyż nie? Po prostu zacznę się zachowywać jak wojownik. Muszę nim zostać. Muszę. Zero płaczów, zero emocji i zero… I zero przyjaciół. Zero Bolesnej Łapy. Gdy tylko pomyślałem o przyjacielu, poczułem niemiłe ukłucie w sercu. Gdy natomiast wróciłem myślami do mojej rozmowy z Konwalią, miałem ochotę oderwać sobie ten nienormalny łeb.
— Cóż… — Drewniany chyba średnio mi wierzył. Jednak nie ciągnął tematu. Dobrze, dobrze… Szanował moje emocje, tak jak ja szanowałem jego. — Więc chcesz pójść na to polowanie, czy nie?
— Oczywiście, że tak… A jakże…? 
***
Stąpałem z dumnie uniesioną głową, starając się nie pokazywać pustki, jaką czułem w środku ciała. Za to na zewnątrz wyglądałem na dumnego, wysportowanego ucznia (może trochę za bardzo obrośniętego szczenięcym futrem), który mimo swego młodego wieku zbliża się wielkimi krokami do mianowania na wojownika. Niosłem w pysku wielkiego królika, którego upolowałem sam. No prawie. Drewniany Pazur pomógł mi go tylko zagonić, lecz to ja go zabiłem. Pomyślałem o chwili, w której skręciłem kark temu zwierzęciu. Precyzyjny skok i precyzyjny cios. Bezszelestne podejście, szybkie zabicie i pochwały od mentora. Czy może być coś lepszego?
Spojrzałem po psach znajdujących się w obozie. Moje siostry patrzyły na mnie ze szczerą zazdrością, zajadając jakieś małe odpadki po żarciu dwunożnych. Wojownicy kiwali zadowoleni głowami, a mój mentor puchnął z dumy. Ja zresztą też. A przynajmniej do czasu, gdy nie dostrzegłem zapłakanego pyska Konwalii i jej stalowego spojrzenia. Wręcz jej nie poznałem. Gdzie ten spokojny, nieśmiały uśmiech i zrównoważone spojrzenie pełne kojącej mocy?
Zepsułeś ją. I nie tylko ją.
Przystanąłem, spoglądając na królika, którego niosłem w pysku. Było to dość trudne i dopiero gdy zrobiłem delikatnego zeza, udało mi się go dokładnie zobaczyć. Jego oczy były zimne, martwe, bez iskierki życia. W głowie zadźwięczał mi głos szczenięcej Konwalii: Sam daleko nie zajdziesz. Wykazałeś się głupotą. Nawet dwunożni nas nie depczą, chociaż mogą to robić.
Wypuściłem królika z pyska, pozwalając, by upadł na stos martwej zwierzyny. Nonsens. Przecież zabiłem go, by nakarmić klan. Zrobiłem jak wojownik.
A czy na pewno się tym kierowałeś? To tylko wymówka. Daruj sobie. Poza tym… Podziękowałeś chociaż Gwiezdnym…? Zachowałeś się jak prawdziwy wojownik?
Zrobiło mi się niedobrze. Powoli poczłapałem do legowiska uczniów, zupełnie nie słysząc pochwał mijanych wojowników.
— Cytrynowa Łapo… Co ci się dzieje? Odwaliłeś dzisiaj kawał d o b r e j r o b o t y. M a s z b y ć z c z e g o d u m n y!
Nagle coś mi się przypomniało. Powoli zacząłem łączyć fakty. Jedzenie, które dotąd miałem w żołądku, podeszło mi do gardła, a łapy zaczęły się niebezpiecznie chwiać. Miałem wrażenie, że zaraz głowa pęknie mi jak balon.
— O, nie… — pisnąłem cichutko niczym szczeniak.
— Co? — Mój mentor był wyraźnie zaskoczony. — Odpowiesz mi czy nie? Coś się stało?
— Nic…
— No co?
— Ja… On pomyśli, że mam go w nosie…
— No bo masz…? — Drewniany Pazur najwidoczniej nie wiedział, o czym ja w ogóle mówię.
— Nie…
— Czekaj, o kim ty mówisz?
— O Bolesnej Łapie…
— O kim?
Ja jednak wyłączyłem się z tej głupiej wymiany zdań. Mój mentor myślał chyba, że mówię o kimś innym. Zresztą, nieważne. Najważniejsze jest to, że Bolesny ma mnie w gdzieś. On kocha Konwaliową. Znów zakręciło mi się w głowie. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo jestem zmęczony. Przypomniało mi się, jak Bolesny oglądał ranny pysk Konwalii. Jak sprawdzał, czy nic jej nie jest. On… Miał wtedy dziwny błysk w oku… I… Iii…
— Muszę go przeprosić. Może jeszcze nie jest za późno. I Konwalię też. Może jeszcze coś z tego wyjdzie.
<Bolesna Łapo?>
[1487 słów: Cytrynowa Łapa otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

19 maja 2021

Od Bolesnej Łapy CD Konwaliowej Łapy i Cytrynowej Łapy

Nie wiedziałem, co mam o tym sądzić. Patrzyłem się więc w ciszy, jak Cytrynowy odchodzi wraz z Konwaliową Łapą. Wciąż oddalali się coraz bardziej i coraz bardziej wątpiłem, że zawrócą. W jednej chwili byli plamką na widnokręgu, a w kolejnej zniknęli całkowicie.
Starałem się nie dopuszczać do siebie najczarniejszych myśli, gdyż przecież mam dopiero sześć księżyców. Może i nie jestem najmłodszym członkiem mojego klanu, ale i tak jestem zdecydowanie zbyt młody, aby się zakochiwać, prawda? Co za tym idzie — to, że oni się kochają, mnie nie powinno obchodzić.
Chociaż Konwaliowa Łapa jest ode mnie młodsza o cały księżyc, jakby na to nie patrzeć.
Ruszyłem z miejsca i popadłem w zadumę. Czy oni nie są zbyt młodzi? Nie jestem o nich zazdrosny, tylko nie jestem pewny, czy w takim wieku powinno się lizać kogoś po pysku. Cóż, ale mnie to nie dotyczy. Ponieważ to zdarzenie nie było moją sprawą, otrząsnąłem się z zamyślenia i wydłużyłem krok.
Było widać na pierwszy rzut oka, że wokoło nastała pora nowych liści. Od mojego urodzenia nigdy jeszcze nie widziałem, aby świat wyglądał tak pięknie. Każda pora ma swój urok, ale aktualna należała i należy do moich ulubionych. Słyszałem śpiewające ptaki oraz granie wiatru w koronach drzew. Z niemym podziwem słuchałem trawy, kiedy szeleściła pod moimi łapami. Wtem myśli o Cytrynowym powróciły do mnie z podwójną siłą, a ja nie zamierzałem ich odpychać. W końcu to tylko myśli, nic więcej.
Podążałem w kierunku obozu, aby po chwili dotrzeć na miejsce. Ujrzałem radośnie biegnącą w mym kierunku Stopową Łapę. Widocznie zobaczyła moje zatroskanie, gdyż stanęła w miejscu naprzeciw mnie. Jej ogon przestał merdać.
— Cześć, Bolesny! Zrobimy sobie trening? — Jak gdyby nigdy nic postawiła pytanie, ale mimo to ciągle bacznie mnie obserwowała.
Kiedy omiotłem ją wzrokiem, to doszedłem do wniosku, iż poprawa mych umiejętności wyjdzie mi tylko na dobre. Jeżeli kiedyś znów będę walczył z Cytrynowym, dla zabawy oczywiście, to każde doświadczenie będzie moim sprzymierzeńcem. Nawiasem rzecz mówiąc, nie wypada jej odmówić, bo to bardzo miły pies. Nigdy nie miała do mnie pretensji, mimo mojego specyficznego sposobu bycia. Nie będę ukrywać, że dla mnie jest on normalny, ale inni często dają mi odczuć swoje własne zdanie. No, w każdym razie jest bardzo miła, a więc i ja postanowiłem taki być.
— Dobrze, skoro taka jest twoja wola. Gdzie chcesz rozpocząć…
Nie dokończyłem, bo uczennica rzuciła się na mnie. Zaskoczony odsunąłem się szybko. Tak czy siak, nadal byłem od niej szybszy, chociaż miała o księżyc praktyki więcej. Spróbowałem zaatakować, jednak suczka doskonale się broniła. Powtórzyło się to kilkukrotnie. Podczas gdy ja próbowałem przypomnieć sobie wszystko, o czym mówiła mi na temat walki Różany Płatek, Stopowa Łapa błyskawicznie zareagowała na moją chwilową nieuwagę. Obdarzony przez nią draśnięciem odwróciłem się gwałtownie, dzięki czemu udało mi się uwolnić z jej uścisku. Teraz i ja wykorzystałem jej moment słabości — skoczyłem na nią.
Kiedy myślałem, że już wygram, i chełpiłem się w duchu, Stopowa podskoczyła. Niemal natychmiast przytrzymała mnie przy ziemi. Zaczęła się śmiać, a ja oniemiały nie umiałem wydusić słowa. Zaskoczyła mnie, pozytywnie oczywiście.
— Bardzo dobrze ci poszło, gratuluję — odezwałem się wreszcie. Skłoniłem jej głowę, w geście pełnym szacunku. Nie czekając, aż odpowie, powaliłem ją na plecy. Znów zaczęła się śmiać, a ja lekko się uśmiechnąłem. Przypomniało mi to, jak stałem na Cytrynowym, dlatego szybko się odsunąłem, usiłując ukryć zakłopotanie. Stopowa jednak dalej się śmiała, nie zwracając na nic uwagi.
— Więc wygrałaś — powtórzyłem się. — Naprawdę, super ci poszło. Całe zajście bardzo krótko trwało, a twój wynik był znakomity. Jakże ja bym chciał tak się bronić!
— Dzięki wielkie! Dużo ćwiczyłam. Jeszcze raz?
Stopowa była bardzo zadowolona, składając propozycje. Nagle zaczęła zdawać wrażenie, jak gdyby sobie o czymś przypomniała. Popatrzyła się na mnie poważnym wzrokiem i przestała chichotać.
— Kiedy do ciebie podeszłam, wyglądałeś, jakby coś cię zasmuciło. Wszystko w porządku?
Zastanowiłem się chwilę nad odpowiedzią. Doszedłem do wniosku, że nie ma po co ukrywać faktów, chociaż żalenie się było ostatnim, na co miałem w obecnej chwili ochotę.
— Nic ważnego, jedynie moi przyjaciele z Tenebris… — Zrzedła mi mina, kiedy próbowałem znaleźć odpowiednie słowa. Niechętnie powracałem do tego wspomnieniami, mimo iż przecież nie powinno nic znaczyć. Moja rozmówczyni jedynie pokiwała głową ze zrozumieniem, jakby domyśliła się, co chce jej powiedzieć. Pewnie źle zgadła, ale dobra, nie dopytałem się jej, co jej nasunęło się na myśl.
— Rozumiem. Nie przejmuj się, są dopiero uczniami — było to pytaniem, dlatego pokiwałem głową. — Pewnie wszystko się zmieni! — Na nowo uśmiech powrócił na jej twarz, a ja się rozchmurzyłem. — To jak, kolejna…?
Nie czekając, aż dokończy, rzuciłem się na nią, używając wszystkich umiejętności, którymi dysponowałem. Byłem zdeterminowany wygrać tym razem. 
<Cytrynowa Łapo?>
[756 słów: Bolesna Łapa otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

18 maja 2021

Od Konwaliowej Łapy CD Cytrynowej Łapy (do Bolesnej Łapy)

Byłam zaskoczona zachowaniem Cytrynowej Łapy. Naprawdę dziwne było to, że jeszcze kilka wschodów słońca temu mnie lizał po pysku, po czym teraz unika mojego spojrzenia. Ale cóż, to jego życie i decyzja, powinnam je uszanować. Ale jego decyzja ma także wpływ na twoje życie — odezwał się głos w moim mózgu. Pokręciłam głową, próbując odgonić natrętne myśli i smutek. Poczułam się okropnie. Chciałam z nim porozmawiać, żeby mi powiedział to, co czuje. Przecież to jest najważniejsze. A ty, Konwalio, co czujesz? Zignorowałam krzyczące mi w głowie pytanie i zdecydowałam, że będę milczeć.
— Właśnie bawiliśmy się w początki tworzenia klanów — odparł Bolesna Łapa, zwracając się do mnie. — Jednak skoro już przyszłaś, możemy wymyślić inną aktywność.
Cytrynowy nadal milczał, przyglądając się robakowi, który mozolnie wspinał się po jego łapie. Zamrugałam oczami, próbując odwrócić wzrok od łaciatego ucznia.
— Powinniśmy się przygotowywać do bycia wojownikami — powiedział powoli i bardzo cicho Cytrynowa Łapa. — Chyba… Że nie chcecie… To w porządku…
— Myślę, że Gwiezdni już wyznaczyli dla nas datę otrzymania nowego imienia — odparłam spokojnie, a Bolesna Łapa niechętnie mi przytaknął. Oba psy wymieniły między sobą spojrzenia. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja o czymś nie wiem. Chociaż, przecież każdy pies wie coś, czego nie wie inny. To normalne. Z pewnością…
— Mlimy wicyć… — powiedział cicho Cytrynowa Łapa, mamrocząc tak niewyraźnie, że dopiero po chwili zrozumiałam, że chodziło mu o „Mieliśmy ćwiczyć”.
— Możemy skakać po torach kolejowych, podejmując wysiłki, iżby żadna kończyna nam nie wpadła w dziurę — odezwał się Bolesny, spoglądając na nas ze spokojem. — Możemy także walczyć i wspinać się na dach dworca, atoli obawiam się, że Cytrynowa Łapa z pomocą swoich wojowniczych umiejętności, które nabywał przez dłużny niż my czas, odniesie zwycięstwo.
— No nie wiem… — powiedział Cytrynek, delikatnie strzepując robala ze swojej kończyny. — Wątpię, bym wygrał, ale możemy spróbować.
Kiwnęłam głową, postanawiając, że dowiem się, czemu Cytrynowy mnie unika. Okazja nadarzyła się, gdy skacząc po szynach, poślizgnęłam się i upadłam, uderzając pyskiem o metalowe tory. Cytrynek mógł mnie złapać, a jednak tego nie zrobił. Wstałam powoli, posyłając mu pytający wzrok. Miałam nadzieję, że to wystarczy.
— Nic ci się nie stało? — dopytywał się Bolesna Łapa, podchodząc do mnie. — Pokaż, proszę, pysk.
Obróciłam się w stronę ucznia Industrii, pozwalając mu obejrzeć pysk. Ranne miejsce pulsowało i lała się z niego krew, jednak nie wyglądało to na poważną ranę. Mimo to bardzo bolało. Mimowolnie kątem oka zauważyłam, że Cytrynowy patrzy się na nas z lekkim zdziwieniem. Czyli mu chyba jednak na mnie zależy!
— Przepraszam… — wyjąkał Cytrynowa Łapa, jednak podczas wymawiania słów nie patrzył się na mnie, lecz na rosnące niedaleko chwasty. — Za wolno reaguję… Muszę ćwiczyć.
— Drewniany Pazur chciał przecież dzisiaj ciebie uczyć — mówiłam wolno i spokojnie, wyraźnie akcentując każdą sylabę. — Może będziesz ćwiczył razem z nim?
— Och… — wyjąkał Cytrynek, niepewnie na mnie spoglądając.
— Wstydzisz się go? — zapytałam się, usiłując nie wwiercać się w niego wzrokiem.
— Nie… Tylko… Czuję się przy nim gorszy i beznadziejny.
— A mnie się wstydzisz? — zapytałam się szybko, starając się mówić spokojnie. Mimo iż wyglądałam na zrelaksowaną i mówiłam lekko, moje serce biło jak oszalałe, czekając na odpowiedź.
— Nie… — Cytrynowa Łapa posłał mi zdziwione spojrzenie i przysunął się do Bolesnej Łapy. — Czemu miałbym…
— Też nie wiem, czemu miałbyś żałować, że lizałeś mnie po pysku…? — przerwałam mu beztrosko, miażdżąc go moim przerażająco spokojnym spojrzeniem dwukolorowych oczu. Gdzieś w głębi duszy uświadomiłam sobie, że zachowuję się jak Malwowy Ogon. Pożałowałam wszystkiego.
Jak w zwolnionym tempie zauważyłam, że we wzroku Bolesnej Łapy pojawia się ból, szok i smutek. Owczarkopodobny pies patrzył z niedowierzaniem na Cytrynowego. Nie chcąc, by uczeń poczuł się jeszcze bardziej niekomfortowo pod spojrzeniem nas obu, spuściłam wzrok.
— Przepraszam… — wyjąkał Cytrynowa Łapa, lecz bardziej brzmiało to jak pytanie, niż oznajmienie. — Ja sam nie wiem, czego chcę… Lubię was obu…
— Zdecyduj się — warknęłam na niego, zmieniając swoje rozczarowanie w złość. — Albo jesteś z kimś zawsze, albo nigdy. Dlaczego robiłeś mi nadzieje?
Nie czekając na odpowiedź, odwróciłam się gwałtownie i odeszłam truchtem, zatapiając się w myślach. Przez chwilę łudziłam się, że usłyszę kroki Cytrynowej Łapy, który za mną podąży, jednak nic takiego nie miało miejsca. Odwróciłam się więc, chcąc zobaczyć jego reakcję. Uczeń Tenebris stał, patrząc się na mnie, jakby zastanawiając się, co ma zrobić. Jego błękitne oczy były pełne łez, gdy spoglądał raz na mnie, a raz na Bolesnego. Jednak w końcu się zdecydował — przełykając ślinę i gorąco przepraszając Bolesną Łapę, podszedł do mnie. Zdziwiłam się, że go przeprasza, ale jeśli czuł taką potrzebę, to w porządku.
— Przepraszam, naprawdę… — Cytrynowy spoglądał na mnie niepewnie, z bólem w oczach. — Wróćmy do obozu i porozmawiajmy… Proszę.
Kiwnęłam głową, delikatnie się do niego uśmiechając. Chcę z nim to wyjaśnić i wiedzieć, czego on w końcu chce — oraz — czego ja chcę.
— Boli cię pysk? — zapytał się Cytrynowa Łapa i polizał mnie w ranę. — Porozmawiamy, jak wrócisz od medyczki.
Kiwnęłam głową, wiedząc, że do legowiska medyka muszę wejść sama. Cytrynowy co prawda pozbył się strachu do uzdrawiających psów, jednak nadal wolał się trzymać od nich z daleka. Zrozumiałam to i nie nalegałam o dotrzymywanie mi towarzystwa.
— Tak… — odparłam twierdząco. — Pójdę do medyka.
Znów poczułam się szczęśliwa, jednak coś mi mówiło, że ta sprawa wcale nie została rozstrzygnięta — że Cytrynowy nadal będzie w rozterkach. Zastanawiając się nad tym, jak przebiegnie nasza rozmowa, zupełnie zapomniałam o Bolesnej Łapie, który odprowadzając nas smutnym wzrokiem, został na dworcu.
<Bolesny, Bolesny, czyż twoje życie nie miało być pełne bólu?>
[870 słów: Konwaliowa Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

17 maja 2021

Od Cytrynowej Łapy do Konwaliowej Łapy

 — Kto śmie… wpierniczać się na tereny klanu Tenebris?! — wyjąkałem, starając się mówić śmiertelnie poważnym głosem. 
Przybrałem groźny wyraz pyska, jednak nie mogłem powstrzymać się od merdania ogonem. Lubiłem Bolesnego coraz bardziej i zabawy z nim były znacznie lepsze niż z innymi psami, ponieważ zawsze mówił coś śmiesznego i wymyślał fajne zabawy. Jednak czasami po prostu czułem, że jestem za głupi na jego gry i za wolno wymyślam odpowiedzi. Tak jak na przykład dzisiaj.
— Kto odważył się dokonać najazdu na tereny klanu Tenebris, tego spotka śmierć! Kimże jesteś, złowrogi nieznajomy? — podpowiedział mi Bolesna Łapa, szepcząc, a jego oczy błyszczały z rozbawienia.
— Tak! Kto odważył się dokonać najazdu na tereny klanu Tenebris, tego spotka śmierć! Kimże jesteś złowrogi nieznajomy? — posłusznie powtórzyłem za nim, jeżąc sierść i warcząc. Przełknąłem zażenowanie faktem, że po raz setny musiał mi mówić, co wypada powiedzieć.
— Waćpan Bolesny! A kimże ty jesteś, że śmiesz do mnie w te słowa przemawiać? — odwarknął mój najdroższy przyjaciel, szczerząc kły.
— Jam jest Cytrynowa Gwiazda, zaiste! — krzyknąłem, skacząc na niego. — Waćpanie, nie odważysz się już więcej wcho… przycho… właz… wpierniczać na tereny klanu Tenebris! — Delikatnie wbiłem zęby w jego skórę, starając się go zbytnio nie poturbować. Bolesny jednak zrzucił mnie, a ja upadłem na plecy. Zacząłem się śmiać, nie mogąc powstrzymać rozbawienia. Uczeń Industrii stanął nade mną, spoglądając mi w oczy, przez co poczułem się trochę niezręcznie i zamknąłem dotąd roześmiany pysk.
— Początek był nieskładny, lecz wówczas się rozkręciłeś. Jeśliby nie liczyć tego „wpierniczania”, to poszło ci celująco. — odparł mój przyjaciel, łagodnie się uśmiechając. — Cieszę się, że zdecydowałeś się wzbogacić swoje słownictwo. Słowa są podobno zwierciadłem duszy.
— Ee… — Bolesny nadal stał nade mną, a ja nie mogłem się poruszyć, gdyż byłem otoczony przez jego łapy. Poczułem, że się rumienię, jednak na szczęście miałem gęste futro i nie było tego widać. Zmieszałem się, zaczynając coś mamrotać. — Myślałem, że to oczy… a nie słowa…
— Och, oczy także. Przecież można posiadać kilka zwierciadeł.
Bolesny chyba nie miał zamiaru urwać naszego kontaktu wzrokowego, tak więc stwierdziłem, że także nie będę tego robił.
— Masz chyba dobrą duszę, skoro oba twoje zwierciadła są piękne i czyste…— wyjąkałem cichutko, czując, jak w uszach mi brzęczy, a moje ciało oblewa fala gorąca.
— Twoje też. — Bolesna Łapa się uśmiechnął i cofnął się, dając mi możliwość ruchu. 
Ja jednak nie poruszyłem się, myśląc nad jego słowami. Był naprawdę fajnym i bystrym psem, znacznie bardziej wyjątkowym ode mnie. Poczułem lekkie wyrzuty sumienia, na myśl, że lizałem się po pysku z Konwalią. Zaraz… Przecież nie powinienem odczuwać żalu, skoro Bolesny jest tylko moim przyjacielem. Pies z pewnością nie przejąłby się, gdybym mu to wyznał, jednak coś kazało mi milczeć. Może być zazdrosny o Konwalię…  Może…  Głupoty. Poprawiłem się szybko w myślach. Myślę i gadam głupoty.
— Przybyłam. — Zza krzaków wyszła Konwalia, posyłając Bolesnemu spokojne spojrzenie. Gdy jednak spoglądnęła na mnie — ku mojemu przerażeniu — dostrzegłem w jej oczach pewne ciepło. Błyskawicznie wstałem z ziemi, niechcący wpadając na Bolesną Łapę. Skuliłem się, uświadamiając sobie, że nie umiem już nawet poprawnie wstawać z ziemi.
— To wspaniale — odparł Bolesna Łapa, ignorując to, że przed chwilą niemal go staranowałem. — Oczekiwaliśmy twojego dotarcia.
Konwalia kiwnęła głową, uparcie milcząc. Raz za razem próbowała nawiązać ze mną kontakt wzrokowy, jednak cały czas go unikałem. Gdy w końcu dała za wygraną, zamiast odczuć ulgę, poczułem się jak skończony idiota. Czego ja w końcu chcę?
<Konwalio, Konwalieczko, co tam znowu, kochana dzieweczko?>
[549 słów: Cytrynowa Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]