Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klematisowa Gwiazda × Pręgowana Skóra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klematisowa Gwiazda × Pręgowana Skóra. Pokaż wszystkie posty

22 stycznia 2021

Od Klematisa (Klematisowego Korzenia) CD Szramy

(przed odejściem Klematisa z Bezgwiezdnych)
Przez chwilę Klematis miał wrażenie, że to sen. Sceneria przypominała jego koszmar: powrót do czasów, kiedy wspólnym wrogiem klanów stał się Quintus, mordując psy bez wyraźnego powodu, jakby każdy wojownik był tylko przeszkodą do pokonania. Nigdy nie wiedział, co chcą tym dokonać; świetnie, położyli w pojedynkę cztery klany, ale co dalej? Co działo się w lesie po ich odejściu?
Odkąd zjawili się w mieście, nie mieli większych wrogów. Między klanami krążyły plotki, jakoby Flumine i Industria mieli problem z włóczęgami, ale Klematis do tej pory myślał, że — dopóki, rzecz jasna, nie zdecyduje się opuścić Bezgwiezdnych — jego klanu to nie dotyczy. Panoszący się włóczędzy zamieszkiwali drugą stronę miasta, a niewielkie otoczenie śmietniska, ludzkiego Kościoła, cmentarza i obozu leżały na takiej granicy, że nawet Dwunożni nie przepadali za poruszaniem się po tych terenach. Teraz na jego oczach zupełnie nieznajomy pies zamordował kogoś, kogo Klematis uważał za swojego przyjaciela, jak zresztą całą zgraję ateistycznego klanu. Wezbrał w nim gwałtowny gniew, uporczywie szukający wyjścia. Co Richie im zrobił, żeby w ogóle śmiali go zaatakować? Dlaczego odebrali mu życie tak łatwo?
Zatopił pazury w śniegu. Był gotowy do skoku; przez chwilę chciał zrobić włóczędze to, co on zrobił jego przyjacielowi, ale zdał sobie sprawę, że do czasu musi się powstrzymać. Był liderem, nie mógł sobie pozwolić na kroki, które zaważą na czyimś życiu, a nawet jeśli o swoje nie dbał zbyt szczególnie, nadal pod opieką miał Szramę.
Musnął ją ogonem, kiedy zobaczył, że suka stanęła, jakby skuta lodem. Chciał ją przywrócić do porządku — jeśli przynajmniej jedno z nich straci nad sobą panowanie, zaślepione chęcią zemsty za Richiego, żaden z nich nie wyjdzie z tego cało.
— Jest nas za mało do walki — wymamrotał do pręgowanej, chowając się w kępie oszronionego gąszczu pokrywającego pagórek. We Flumine uczono go, jak wykorzystywać okalające rzekę otoczenie, żeby móc skutecznie skrywać się w trzcinach. Nigdy nie sądził, że taka umiejętność przyda mu się w betonowym mieście, ale ucieszyło go to, że Szrama, mimo że wywodziła się z zupełnie innego rodu, podłapała jego metodę.
Obserwował. Czuł się jak zamarznięta rzeka, a jedynym momentem, kiedy faktycznie się poruszał, było miarowe zaczerpnięcie oddechu. Śnieżne płatki oblepiły jego futro jak samotny posąg w ludzkim parku, ale Klematis otrzepał się dopiero wtedy, kiedy do jego nosa przestał dochodzić nieznajomy zapach włóczęgów.
Rzucił się przez krzewy, pędząc w stronę zaśnieżonego ciała. Richie wyglądał, jakby spał, skąpany w ciepłej krwi, która kontrastowała z jego coraz zimniejszym ciałem. Spomiędzy burych, wilczych włosów można było dostrzec przebiegającą krwawą bliznę, która uderzeniem przechodziła wzdłuż jego szyi. Krew wyciekająca spomiędzy warg jedynie upewniała go, że to wszystko nie było wyobraźnią płatającą Klematisowi figle.
Korzeń przysiadł, nawet nie dotykając martwego ciała Richiego. Wpatrywał się w nie tępym wzrokiem, pogrążony w myślach, które w zasadzie nie łączyły się w jedność, przepychając się wzajemnie w natłoku jego głowy. Myślał, ale nie wiedział, o czym dokładnie myśli; wszystko wydawało się zamglone, jakby znowu zemdlał, ale zimny wiatr smagający jego rude futro sugerował, że jest całkowicie przytomny.
— Gwiezdni… Gwiezdni się nim zajmą — wycharczał.
Od razu wydało mu się to naiwnym stwierdzeniem. Żaden z nich nie wiedział, co działo się z Bezgwiezdnymi po śmierci. Zresztą, nawet gdyby znaleźli na to wyraźne dowody, nie udałoby mu się przekonać reszty ateistycznego klanu do swoich racji. Po wojnie z Quintusem przy życiu trzymała go myśl, że pewnego dnia spotka się z dawnymi przyjaciółmi, zachwiana przez otoczenie niewierzących psów. Po raz pierwszy odkąd zjawili się w mieście, uderzyło go, że tak naprawdę mógł się zupełnie mylić. Czy Gwiezdni pozwoliliby na to, żeby Richie po prostu rozpłynął się w pustce? Pozwoliliby na to, żeby wszyscy o nim zapomnieli, jak gdyby nigdy nie istniał?
Czuł się słaby. Nie był Gwiezdnym, żeby przewidzieć, co mogło się stać, ale dręczyło go poczucie winy, że znajduje się na niewłaściwym miejscu. Niekoniecznie przez to, że chwilowo utracił swoją wiarę i tym razem nie dlatego, że sercem dalej należał do Flumine. Dlaczego pozwolił na to, żeby Richie umarł? Czy gdyby nie spanikował wtedy na cmentarzu, zjawiliby się na pomóc Richiemu chwilę wcześniej? Jakim cudem, jako pieprzony lider, nie potrafił dopilnować, żeby patrol ostał się w całości, nawet w chwili zagrożenia? Potrząsnął głową. Nie może być słaby, a przynajmniej nie teraz, dla Richiego.
— Zanieśmy go do obozu — mruknął, prostując się na czterech łapach.
Ze Szramą chwycili bezwładne ciało po dwóch stronach. Klematis ciągnął je pewnie, suka musiała włożyć nieco więcej siły w swoje chude łapy, ale oboje w milczeniu nieśli je przez śnieg, zostawiając za sobą szkarłatne smugi. Niczym taczka eskortowali należącemu się szacunek Richiego, a Korzeniowi w głowie kłębił się chaotyczny tabun żałoby. Co zrobią Bezgwiezdni, jeśli zobaczą ich martwego wojownika? Czy dochowają klanowej tradycji i spędzą czuwanie?
Nie powinien się tym martwić. Podchodził do tego zbyt surowo, jakby świat się kończył. Racja, w pełni jeszcze nie doszło do niego to, że już nigdy nie zobaczy jego wilczego pyska, ale Coelum miało dla niego inny los. Richie nie przepadł na zawsze i Klematis musiał w to wierzyć, żeby już do końca nie popaść w paranoję.
Przerażone spojrzenia Bezgwiezdnych wychylających się ze Starego Blokowiska upewniły go, że nie tracili swoich uczuć. Nawet Leonis, którego wiedza o emocjach była na poziomie samouczka z League of Legends, na widok krwawej plamy pozostałej z Richiego szturchnął Kurkę w szyję, żeby odwróciła głowę od ciała. Oboje byli medykami, w dodatku wrednymi, wzajemnie nienawidzącymi siebie medykami, ale widok śmierci każdego napawał tymi samymi uczuciami.
Jazgot zaskowytał, wpatrując się w ciało niemym wzrokiem. Kasztan próbował — tak samo jak Leonis — odwrócić jego uwagę, ale uczeń był zbyt zszokowany śmiercią ulubionego „wujka”, żeby choćby drgnąć. Klematis czuł się podobnie jak otaczające go bezgwiezdne pyski, ale mógł tylko patrzeć tępo w bezwładnego Richiego i oznajmić łamiącym się głosem pozostałym:
— Richie został rozszarpany przez włóczęgów podczas patrolu.
Poluj z Gwiezdnymi, chciał dorzucić. Zapewne w żałobnym chaosie nikt nawet nie zwróciłby uwagi na jego tradycyjne słowa, ale właśnie ze względu na ciszę, postanowił milczeć. Co niektórzy wojownicy zbliżali się jedynie do Richiego, żeby pożegnalnie trącić go nosem, ale Klematis nawet nie drgnął, utkwiwszy spojrzenie w zakrwawionym śniegu.
— Szramo — przywołał ją do siebie po kilku uderzeniach serca — wróć w miejsce naszego patrolu i ukryj ślady krwi. Włóczędzy nie mogą dostać się do naszego obozu. Nie oddamy Gwiezdnym już nikogo innego.
Nie bardzo skupił się na tym, czy wojowniczka postanowiła wykonać jego rozkaz, czy pozostała czuwać nad ciałem zmarłego. Położył się na śniegu, ignorując nieprzyjemne zimno, po czym ułożył pysk w futrze Richiego i wyłączył się od otaczających ich dwójkę Bezgwiezdnych.
Koniec wątku Klematisowego Korzenia i Szramy.
[1068 słów: Klematisowy Korzeń otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

19 stycznia 2021

Od Szramy CD Klematisa

— Niech Gwiezdnym będą dzięki — wymsknęło jej się, choć zapewne za chicho by Klematis mógł usłyszeć, ponadto sam zdawał się nie do końca orientować w przestrzeni. I choć na pierwsze słowo, że coś łazi po jej futrze, obejrzała się na siebie, to dość szybko skojarzyła bajeczkę. Zaśmiała się, kołysząc lekko ogonem.
Lider zdawał się cały i zdrów, co by przecież było gdyby odszedł? Właśnie, co by było? Psy z Bezgwiezdnych porzucili swoje klany, a więc ich możliwość dostania się do Coelum była wątpliwa. Skończą w Infernum? Nie, tam też trafiają wierzący. Rozpłyną się w nicości, zapomniani przez gwiazdy i ciemność. Nie będzie chłodu, ani gorąca, strachu ani radości. To właśnie spotkało Alterego i Kopczykową Łapę? Nicość. Szrama zadrżała, choć nie było tego widać w tym chłodzie.
— Rozchorujesz się i...
Właśnie co? Pręgowana musiała się wysilić, by odczuć jakąś woń, o której mówił Klem. Czuła ciemne ptaki i cmentarz, a wśród tego kilku dwunożnych. Zmarszczyła pysk, na ostatni element układanki. Nie pierwszy raz go odczuła, wcześniej już się zdarzyło podczas jednego z polowań. Mieszanina paru psów, a jednego nawet miała nieprzyjemność spotkać. Czarny kundel na szeroko rozstawionych łapach i krótkim pysku.
Kilka uderzeń serca w ciszy wystarczyło, by do ich uszu dotarło skomlenie. Krótkie spojrzenie wymienione między dwójką bezgwiezdnych wystarczyło, by rzucili się w tamtym kierunku. Długie łapy Szramy sprawiły, że pies o rudym futrze został w tyle, może i dobrze?
Po przeskoczeniu pagórka suka dostrzegła to, co momentalnie by ścięło ją z łap, gdyby nie towarzystwo lidera. Buro-czerwone futro leżało nienaturalnie, jakby zamarzło w połowie ruchu, a nad nim ten czarny pies, którego Szrama pamiętała z poprzednich czasów. W oddali majaczyły już sylwetki trzech innych włóczęg. Normalny wojownik zapewne rzuciłby się do walki, jednak nie Szrama. Czuła się, jakby jej ciało pokrył lód. Nie byłą w stanie się ruszyć, zwłaszcza gdy krótkopyski osobnik spojrzał na nią wrogo.
Ale przecież jesteś wojowniczką, prawda? Musisz chronić terenów swojego klanu? Tylko co to za klan, który nie miał nawet wiary w Gwiezdnych?
Pokręciła głową rzucając się w stronę obcego niemalże z chwilą gdy Klematis doskoczył do jej boku. Był zziajany, katar gwarantowany, jednak suka miała to gdzieś. Musiała chociaż udawać odważną i pogonić czarnego psa, nawet jeśli ten i tak już odchodził. 
<Klematisie?>
[369 słów: Szrama otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

11 stycznia 2021

Od Klematisa CD Szramy

Czuję, jak zewsząd otacza mnie ogień. Trzyma się w odległości, stojąc przede mną kręgiem rozżarzonych języków, wyglądających, jakby równocześnie były pod kontrolą, ale chciały sprawić, że będę cierpiał bardziej. Nie muszą mnie pochłaniać, jarzyć skóry potężnym bólem i wdzierać do nosa duszące obłoki dymu, wystarczy, że będą, abym czuł, że tracę cały grunt pod łapami.
Jestem liderem. Jak, do mysich stóp, zostałem liderem? Bezgwiezdni musieli uznać, że jestem godny zasiadania na ich czele (z wyłączeniem Leonisa). Powinienem się tym szczycić, reprezentując klan zebrany z włóczęg i wyrzutków, którzy zostawili za sobą przeszłość. Powinienem budzić respekt wśród czterech pozostałych przywódców. Ale jak mam utrzymać pod kontrolą cały klan, kiedy nie potrafię nawet kontrolować swojego największego strachu?
Ciepło ogniska zamienia się w lodowatą wodę, obłoki dymu w zimne strużki. Chociaż całe moje ciało nie mieści się w płytkiej sadzawce, szybka kąpiel wystarcza mi, żebym wypłoszył okoliczne ptactwo głośnym wykrztuszaniem wody.
— Co, do jasnych świetlików? — mamroczę, na chwiejnych łapach próbując wydostać się z kałuży. Po nieprzewidzianej drzemce słyszę jedynie głośny szum krwi w uszach, poprzedzony mroczkami, które niemal kompletnie zasłaniają mi obraz, łącząc się widok w przypominający bardziej rój owadów, niźli cmentarz, w którym jeszcze przed chwilą byłem.
Drżące plamki zaczynają się przerzedzać, odsłaniając przyglądającą się mi sukę o długich łapach. Na jej ciele pręgi wirują niczym zapracowane mrowisko, czołgając się pomiędzy krótką sierścią Szramy.
— Sz-szramo! Masz mrówki na futrze! — jęczę, siadając na śniegu.
Dopiero chwila siadu przegania mroczki i uspokaja zagłuszający szum. Ze wstydem zauważam, że sierść wojowniczki wcale nie jest pokryta mrówkami, a raczej charakterystycznymi dla niej pręgami. Zresztą, nawet jeśli byłyby to mrówki, dlaczego zachowywałem się, jakbym zobaczył ducha zmarłego dziadka?
Przypominam sobie opowiadaną przez starszych szczeniakom historię, jakoby rozzłoszczone naruszeniem dobrobytu mrówki miały atakować psy, pożerając ich ciało żywcem. Mam nadzieję, że Szrama słyszała tę samą historię i wierzy w nią tak samo, jak cały żłobek, inaczej do końca życia będę mieć na sumieniu to, że nieprzytomny nie potrafiłem utrzymać języka za zębami.
Odchrząkuję, na wargi przywracając stanowczy wyraz. Widok surowego i poważnego lidera wygląda na bardziej respektowany, niż przywódcy przerażonego mrówkami. Mrówkami, które w porze zielonych liści codziennie wyciągane są spomiędzy łap, jakby były kamykami, a nie żywymi, pełzającymi istotami. W dodatku nieziemsko przerażającymi istotami.
— Musimy wrócić w okolice cmentarza i znaleźć Richiego — wydaję, nagle zmartwiony jego nieobecnością. Co się wydarzyło, kiedy byłem nieprzytomny? Czy Richie znowu postanowił zrobić z nas idiotów i bawić się w berka, kiedy naszym najważniejszym obowiązkiem na ten moment jest patrol granic?
Drżę na całym ciele wraz z każdym podmuchem wiatru. Powinienem wrócić do obozu i się wysuszyć, a przede wszystkim rozgrzać; pluskanie się w nawet płytkiej sadzawce porą nagich drzew nie jest czymś odpowiedzialnym, nawet jeśli Szrama zrobiła to w celu wybudzenia mnie z nieoczekiwanego letargu. Z drugiej strony nie mogę zostawić tej dwójki (albo raczej samej Szramy, w końcu Richie postanowił zamienić się na mózgi z chrząszczem) samemu, a znaki zapachowe nie zostały jeszcze oznaczone.
Wzdycham, nerwowo potrząsając mokrym ogonem. To egoistyczne. Jak mam myśleć o sobie, jeśli Bezgwiezdni i obowiązki mnie potrzebują? Nie mogę być dobrym przywódcą, przekładając swoje potrzeby ponad innych.
Pochylam głowę nad śniegiem, próbując złapać trop Richiego. Najwyraźniej nie było go w pobliżu, kiedy uciekaliśmy ze Szramą przed Dwunożnym na cmentarzu, bo jego zapach wyczuwalny jest parę długości lisa dalej. Zresztą, jest na tyle słaby, że pies nie może być już obok. Najwyraźniej oddalił się, wykorzystując to, że nie zwracaliśmy na niego uwagi.
Nagle do moich nozdrzy wdziera się zupełnie obca woń, której do tej pory jeszcze nie wyczuwałem; czuć psami, ale z całą pewnością nie jest to ani Richie, ani inny klan, ani jacyś przypadkowy włóczędzy. Marszczę nos, skonsternowany nieznajomym zapachem na naszym terenie. Tym bardziej nie powinniśmy wracać do starego blokowiska, tylko sprawdzić potencjalne zagrożenie i odszukać Richiego.
— Czujesz to samo co ja? — pytam Szramę, otwierając pysk, żeby poczuć zapach całym sobą. Bezsłownie wskazuję suce głową kierunek, z którego wyczuwam nieznajomych.
<Szramo?>
[647 słów: Klematis otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

7 stycznia 2021

Od Szramy CD Klematisa

Szybkość, której Szrama była córką, niestety nie osiągnęła poziomu, którym miała być. Drżące łapy, będące reakcją na odważną zabawę Richiego sprawiały, że jej krok stał się krótki i spięty. Zresztą rudy przywódca również zdawał się zaszyć w studni ze swoich wspomnień. Bursztynowe oczy wpatrywały się w niego, próbując odgadnąć dlaczego. W końcu lider powinien być czujny, zwłaszcza na patrolach. Jedynym wyjątkiem były problemy klanu, które... ich nie dotyczyły.
Każdy członek Bezgwiezdnych był obcym psem. Jedynie to, co porzucili, łączyło ich w grupę. W końcu przecież mogli się rozpierzchnąć, gdzie tylko chcą. Byli wolni, jak te ptaki, które wznosiły się nad domostwami Dwunożnych. A mimo to tworzyli patrole, a nawet mieli lidera, jak każdy klan. Dlaczego nie mogliby i przyjąć nazwy klanu pod nazwą nieznaną? Sfora, wataha... tak, wataha byłoby świetną nazwą. Niczym te podobne do nich bestie zwane wilkami. Richie idealnie by do tego pasował.
Ale nie. Przedzierali się przez Cmentarz niczym przepłoszone wypłochy. Szkoda, że nie spodziewali się tego, że faktycznie zaraz ktoś ich przegoni. Z początku Szrama obejrzała się w stronę wysokiej, wyższej od niej postaci jednak widmo zostania daleko w tyle przejęło władzę. Do biegu rzuciła się jako ostatnia, zaraz dając susa nad czymś jasnym, co wydało odgłos szczęku krowich łańcuchów. Chwilowo nawet wyprzedziła Klematisa, jednak mara ponownego zgubienia się dodała jej powściągliwości, aż do momentu spotkania z ogrodzeniem. Nie stanowiło ono żadnej przeszkody dla smukłej suni. Prześlizgnęła się przez szparę, zaraz radośnie podskakując, a przynajmniej dopóki jej łapy nie zaczęły zawadzać jedna o drugą, powodując ciąg pląsów szukających równowagi.
— Udało się! — zaszczekała, oglądając się na... tylko jednego, chwiejnego psa. — Klem?
Pręgowana nie zdążyła nawet doskoczyć do lidera, gdy ten opadł na ziemię. Nie odpowiedział nawet na ponowne pytanie ani trącenie nosem. I jak na lisie łajno, Szrama zgubiła Richiego. A może to Richie zgubił ich? Nie istotne, gdy lider leży nie przytomny, albo nawet... Mokry nos znów wylądował w pomarańczowym jak letnie kłosy futrze. Oddychał.
— Spokojnie Szramo, wymyślisz coś — powiedziała nerwowo, przysiadając. Przebierała łapami rozglądając się za pomocą, która raczej nie nadejdzie.
Musiała wpaść na obudzenie lidera, nim Dwunożny ich znajdzie. Nie miała serca, by nim teraz potrząsać, więc zrobiła jedyną rzecz, o jakiej pomyślała i była przydatna. Złapała delikatnie za kark Klematisa i zaczęła go ciągnąć, starając się jak najwyżej unieść go nad ziemię. Całe szczęście już nie cuchnął zielskiem od medyka, a przynajmniej nie aż tak bardzo.
Szrama jako nie najsilniejsza musiała się nieco natrudzić, by przeciągnąć go kilkanaście długości lisa. W końcu jednak odpuściła, a wątły pysk Klema wylądował w białym puchu. To zajmie jej wieczność, by go tak transportować do obozu, a poza tym nie mogła go zostawić.
— Mysie łajno — przeklęła raz jeszcze, kuląc bardziej uszy. I całe szczęście, bo zza siebie usłyszała świergot ptactwa, które... znalazło roztopioną wodę. Pluskało strosząc piórka podczas gdy patrol całkowicie zignorowały. Zwierzyna mieszkająca wśród ludzi była taka nieostrożna. Czy klany też takie się staną?
— Obym cię nie zabiła. — Pręgowana potrząsnęła łbem, zaraz ponownie chwytając za kark lidera.
Ciągnąc, próbowała nie potknąć się o własne łapy, a i tak kilkakrotnie stanęła jedną na drugą. Krok po kroku, krok po kroku i chlusk. Płomienne futro wylądowało w niewielkiej, stojącej sadzawce.
<Klematisie?>
[522 słowa: Szrama otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

29 grudnia 2020

Od Klematisa CD Szramy

Staram się ignorować Richiego, jakby zupełnie się nie odnalazł. Sierść jeży mi się na karku na samą myśl o oddalaniu się od grupy, choć nie jestem do końca pewien dlaczego; intuicja podpowiada mi, że rozdzielenie patrolu byłoby niczym strzał w kolano, więc przybliżam się do dwójki swoich towarzyszy, rudym futrem niemal muskając ich ciała.
Stawiając ciężkie kroki po oblodzonym chodniku, próbuję odepchnąć od siebie strach, zupełnie irracjonalny w tejże sytuacji. Richard miał rację, mówiąc, że towarzyszą nam tu jedynie kości. Zmarli Wyprostowani raczej nie wstaną z grobu i nie będą nas nękać.
— Więc — zaczynam — mówisz, że w porze opadających liści były tutaj tłumy?
Odpowiada mi zdecydowanie zbyt długa cisza. Najwyraźniej tylko mnie dopada paranoja otaczającej nas pustki i żałości, co wygląda na domenę tego miejsca. Skoro sami Bezwłosi tu przebywają, co mogłoby nam zagrażać? Co prawda, lepiej pominąć fakt, że Dwunożni często sami w sobie są powodem naszych zmartwień, szczególnie te ich wynalazki, ale opustoszały plac o nieprzyjaznym klimacie nie łypie na nas jarzącymi reflektorami, podobnie jak i nie widzę tutaj Hycla czy inną dwunożną karmę dla wron.
Wzdycham męczeńsko, dumnie wypinając pierś, popisowo pokazując Bezgwiezdnym, że smutne nagrobki nie są niczym strasznym dla nieustraszonego lidera.
— Po prostu przejdźmy przez cmentarz jak najszybciej — rzucam, sztucznie dodając do swojego głosu pewności siebie, ale wychodzi to wyjątkowo niezdarnie, kiedy słowa łamią mi się w połowie, ukazując moją tchórzowską stronę.
Drobne płomyki rozżarzone na licznych kopczykach równomiernie porywane są przez wiatr. Część gaśnie, dodając dodatkowe czterysta punktów do grozy tego miejsca, ale nadal tlący się podczas zamieci ogień wywołuje we mnie rosnącą panikę. Wbijam pazury w ziemię, próbując wyrównać oddech. Patrzące na mnie zewsząd płomienie wyglądają, jakby próbowały mnie otoczyć, a ich nieutrzymanie na wodzy nawet podczas pory nagich drzew sprawia, że samokontrola zaczyna ze mnie ulatywać. 
 
Uderza mnie obraz dawnego domu. Duszę się, uporczywie próbując zachłysnąć się powietrzem, ale na moim języku osiada gorzki smak dymu. Całe ciało płonie żywym ogniem, ale pomimo ogromnego cierpienia z gardła nie wydobywa się choćby najmniejszy odgłos.
Kiedy otwieram oczy, na zewnątrz zaczyna zapadać zmrok. Pozostałości ze spalonego futra obłożone są jakąś lepką mazią medyka, ale nie wyczuwam jego obecności w pobliżu; zresztą, nawet jeśli byłby obok i tak nie próbowałbym się odezwać. Wstrząsają mną konwulsje, ale nie jestem w stanie poruszyć choćby pojedynczym mięśniem oprócz przymulonego mrugania. Dopiero po kilkunastu uderzeniach serca zaczynają docierać do mnie dźwięki, zagłuszane szumem krwi w uszach.
— Musimy poczekać na deszcz, żeby wrócić do obozu — odzywa się zastępca, najwyraźniej próbując uspokoić przerażony tłum.
— Gdzie jest Popielaty Strumień?! Na Gwiezdnych, Burzowe Gardło też zniknął!
Zapada cisza. Najwyraźniej zastępca odwagi nie ma ochoty odpowiedzieć.
— Popielaty Strumień i Burzowe Gardło wrócili do obozu, żeby odzyskać Zroszoną Stopę.
Charczące kaszlnięcie opuszcza mój pysk. Na samo wspomnienie o tym imieniu tracę oddech. Jeden z wojowników odwraca się w moją stronę, rzucając mi na wpół współczujące, na wpół zirytowane spojrzenie, ale nikt nie postanawia mi pomóc.
— Powrót do obozu to skazanie ich na śmierć. Zroszona Stopa powinna zgnić w tych płomieniach, jak zresztą sama chciała.
— Zroszona Stopa była wojowniczką jak wszyscy inni.
— Ten pożar to jej wina!
— To rozkaz lidera, lisie łajno! — syczy zastępca tak gniewnie, jakby tylko jedno uderzenie serca dzieliło go od całkowitego wybuchu. Ku jego zadowoleniu, wszyscy się uciszają: słowo przywódcy stanowi prawo.
Szelest gałązek pod łapami alarmuje Wodnych. Popielaty Strumień i Burzowe Gardło wychylają się zza krzaków, za sobą ciągnąc bezwładne ciało rudej suki. Jej klatka piersiowa ani drgnie, a widok spalonej żywcem skóry powoduje, że paru uczniów odwraca głowy w drugą stronę.
Medyk podchodzi niepewnie do ofiary, jakby obawiając się, że ogień przeniesie się i na niego.
— Zroszona Stopa nie żyje — mamrocze, pochylając się nad jej ciałem.
Nie panuję nad głośnym szlochem, który mną wstrząsa. Mama nie żyje? Mama chciała, żebym to ja zginął. Mama powiedziała, że Gwiezdni chcą, żebym umarł. Więc dlaczego przez Gwiezdnych teraz ona nie żyje, skoro śmierć była moim przeznaczeniem?
 
— Cholerne kundle znowu tutaj! Kysz!
Wrzask Dwunożnego wyrywa mnie z myśli tak gwałtownie, że bez większego przemyślenia rzucam się przed siebie.
— Wiejemy! — rzucam do patrolu, nie ukrywając łamiącego się głosu.
Przepycham się pomiędzy nagrobkami, przy okazji strącając z kamienia tlący się ognik. Rytm mojego serca przyspiesza wcale nie przez bieg, a świat zaczyna wirować, ale nie przestaję brnąć przed siebie, już po chwili znajdując się przed ogrodzeniem cmentarza. Pręty są dosyć wąskie; przez myśl przemyka mi wyrzut, że nie jestem kotem, ale nie poddaję się, przeciskając ofutrzone cielsko przez płot. Po drugiej stronie ból żeber w akompaniamencie paniki odbiera mi oddech, ale resztkami świadomości próbuję utrzymać się na chwiejnych łapach. Nawet jeśli brakuje mi kontroli nad przeszłością i każdym drobnym szczegółem strachu z nią związanego, nadal jestem liderem. Reszta klanu musi być bezpieczna.
— Gdzie… gdzie Richie? — dyszę w stronę Szramy, której wątła sylwetka rozmazuje mi się przed oczami. Pręgowane futro łączy się w ciemne cętki, a długie nogi wyglądają na wyższe niż zawsze.
Zanim zdąży mi odpowiedzieć, mdleję, pogrążony w wizjach otaczających mnie płonących ścian.
<Szramo?>
[818 słów: Klematis otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

25 grudnia 2020

Od Szramy CD Klematisa

Długonoga zatrzymała się parę lisich ogonów dalej. I choć dotychczas niezbyt się udzielała, teraz odwróciła łeb w stronę, z której powinien docierać ten niski szczek, a mimo to jej uszy nic nie wychwyciły. Szum odległych małych drzew i jeszcze dalsze warkoty Potworów z Dróg Grzmotu. Jednak tutaj w okolicy pokrakiwały tylko zaskoczone ciemne ptaki, jakby niezadowolone z przechodzącego tędy patrolu.
— Rich? — dopytała niepewnie, kątem oka mając na uwadze bursztynowego lidera. Śnieg uginał się pod każdym jej krokiem. Szczerze miała nadzieję, że to tylko głupi żart, a basior nie zapadł się pod ziemię. Było to przecież niemożliwe, prawda?
Łapa po łapie Klematis podążył za Szramą, uprzednio upewniając się, że wilkowate futro nie zdążyło ich obejść, chowając się za kopczykami. Nawet miał już otworzyć pysk, ponawiając zawołanie, gdy nagle suka odskoczyła z piskiem. Futra psów nastroszyły się w gotowości do obrony, lecz tym, kto ich zaskoczył, nie był żadnym Dwunogim, ani Włóczęgą. Był to sam Richard.
— Żebyś tylko zobaczyła swoją minę — zaśmiał się, jednak widząc jej wyszczerzone w panice kły, przewrócił oczyma. — Oj, weź, przestań być taka spięta. To tylko cmentarz.
— To nie chodzi o miejsce, Rich. Mogło ci się coś stać — zwrócił mu uwagę Klematis z położnymi po sobie uszami i spuszczonym łbem.
— To nie było śmieszne — dołożyła swoją uwagę Szrama, na co wilkowaty basior tylko machnął ogonem.
— Dajcie już spokój. Co mogłoby mnie tu zjeść? Kości?
Pies miał rację. Poza wspomnianymi wcześniej krukowatymi i patrolem było tutaj pusto jak w opuszczonej, niedźwiedziej gawrze.
<Klematisie?>
[243 słowa: Szrama otrzymuje 2 Punkty Doświadczenia]

14 grudnia 2020

Od Klematisa CD Szramy

Całe miasto wydaje się martwe. Nie wiem, czy to wynik mroźnej pory roku (a nietrudno wywnioskować, że bezwłosi Dwunodzy mają mniejszą odporność na zimno), czy w ich postawnym świecie dzieje się coś, o czym psom nigdy nie będzie dane wiedzieć. Las był cichy, poprzecinany jedynie słodkimi szeptami natury, kojąco odległy od dzisiejszego świata. Tymczasem z każdym kolejnym dniem mieszkania w mieście mam wrażenie, że wcale nie jest tak źle, jak początkowo nam się wydawało. Fakt faktem, zwierzyna jest mniejsza, ulice głośniejsze i istnieje większe ryzyko ze strony Dwunożnych, ale po paru miesiącach przyzwyczajenia uszy nie bolą już od wszechobecnego harmidru.
Oddalając się od starego blokowiska, przed nami majaczy postawna sylwetka opuszczonego Kościoła. Budynek ten wygląda na większy w stosunku do innych budowli w mieście, zupełnie jakby Dwunożni specjalnie chcieli wyróżnić go na tle innych. Po drodze tego wyróżnienia jednak coś musiało pójść nie tak; na samym początku naszej przeprowadzki do miasta, o równych porach słońca górującego na nieboskłonie rozbrzmiewały głośne dzwony z Kościoła. Teraz szerokie drzwi są zabarykadowane dwoma pękającymi deskami, tak, jakby Bezwłosi nie chcieli mieć z tym miejscem nic wspólnego.
— Jaki teren obejmie nasz patrol? — Z zamyślenia wyrywa mnie Richie.
W głowie śledzę ustalone tereny Bezgwiezdnych na ostatnim zgromadzeniu. Choć pod maską honorowego lidera do tej pory starałem się to ukryć, do tej pory jestem szczerze zdziwiony, że klany zgodziły się na taki podział terenów, nawet pomimo uprzedzeń do niewierzących. Równie dobrze mogliby potraktować nas jako włóczęgów, a my przecież wcale nie różnimy się od nich tak bardzo.
— Pójdziemy na skróty, przez cmentarz — tłumaczę. — Stamtąd przejdziemy aż do granicy z Tenebris, pójdziemy wzdłuż niej i wrócimy do starego blokowiska.
Richie kiwa ze zrozumieniem. Patrol tych terenów nigdy nie jest ulubionym miejscem wojowników — niektórzy, nawet pomimo swojego ateizmu, nie przepadają za odwiedzaniem cmentarza. Obok osiedla domów należącego do Ciemnych aż roi się od Dwunogów, szczęśliwie trzymających się z daleka od Bezgwiezdnych terenów, jakby wszystko, włącznie z nami, było tutaj opuszczone.
Śnieg trzeszczy pod moimi łapami, kiedy miarowym krokiem podążam w wyznaczonym kierunku, równocześnie próbując utrzymać tempo ramię w ramię ze Szramą. Dopiero po chwili orientuję się, że straciliśmy z pola widzenia Richiego. Odwracam się, na moment zamierając, że zgubiliśmy naszego towarzysza, ale wilkowaty stoi w odległości kilku susów zająca od nas, łypiąc na mnie groźnie.
— Cukiereczku, nie pójdę dalej, jeśli się nie umyjesz…
Fukam cicho, udając skruchę.
— Podobno to ja tutaj wydaję dyspozycje? — mówię, ale cień pytania odejmuje mi powagi. Kiedy pomiędzy naszą trójką zapada niezręczna cisza, posłusznie wywalam się na śnieg, ocierając się bursztynowym futrem o mleczne płatki.
Staję na równych łapach, strzepując pozostałości z sierści. Temperatura mrozi mnie aż do kości, a ja nie wiem, czy najpierw udusić Richiego, czy może siebie.
— Z-z-z-za z-z-zimno — wycedzam przez szczękające zęby, piorunując wzrokiem bezgwiezdnego wojownika.
— Nie patrz tak na mnie, ja cię nie ogrzeję — odpowiada, machając nerwowo koniuszkiem ogona. — Poproś Szramę, cukiereczku.
Przez brak reakcji ze strony suki, żwawo truchtam za nią, udając, że Richie zatkał pysk w odpowiednim momencie i wcale nie powiedział coś głupiego.
Niedługo później stajemy przed bramą od cmentarza. Pręty rozszerzają się na dole, więc jako pierwszy przeciskam się przez skromną dziurę, stawiając łapy po drugiej stronie miejsca. Zewsząd otaczają mnie przyozdobione kamieniem kopczyki, a w powietrzu wisi gorzki zapach żalu i śmierci. Chociaż Dwunożni wyglądają na długowiecznych, najwyraźniej ich bliscy też umierają; być może Bezwłosi wcale nie są tak odległym gatunkiem od nas? Może oni też giną w wojnach, takich jak czterech klanów z Quintusem?
— Byłem tutaj w Porze Opadających Liści — mamrocze Richie kwaśno. — Wyglądało to, jakby wszyscy Dwunożni z miasta zebrali się na cmentarzu. Te dziwne kamienie jarzyły się płomykami.
— Pożar?
— Nie wyglądało na pożar, ogień był pod kontrolą.
Marszczę nos. Może Bezwłosi jednak faktycznie są czymś innym od nas, skoro potrafią zapanować nad żywiołem?
Bez słowa ruchem ogona wskazuję pozostałym, abyśmy ruszyli dalej. Pręgowane futro rozmywa się na tle szarych kamieni i śniegu, a ja węszę w powietrzu, starając się wyczuć coś poza znajomą wonią moich towarzyszy i pozostałościach po Dwunożnych. Cmentarz, wraz z Kościołem, jest prawdopodobnie jednym z najbardziej śmierdzących miejsc — zapach Drogi Grzmotu czy legowiska medyka nie jest tak drażniący, jak ten. Do moich nozdrzy dociera coś na podobieństwo popiołu, ale nie jestem w stanie rozpoznać, co to za woń. Z całą pewnością jednak wiem, że pachnie nieosobowo, więc obecnie jesteśmy tutaj bezpieczni.
Trzymamy się z daleka od Dwunożnych kopczyków, futrem niemal ocierając się o płot wyznaczający granice terenu cmentarza. Rozglądam się paranoicznie dookoła, przypominając sobie wcześniejsze słowa Richiego: co, jeśli gdzieś tu czai się na nas ogień? Jak na zawołanie, piekąca blizna na boku rozjarza się bólem, przypominając o przeszłości. Co, jeśli w Coelum też są Dwunożni i właśnie na nas czyhają? Każdy szelest roślinności sprawia, że moje mięśnie tężeją, gotowe na atak rzekomego ducha.
Odwracam się do reszty patrolu, chcąc sprawdzić, jak oni reagują na otaczający nas teren. Szukam spokojnego pyska Richiego, który rzuci nieciekawym komentarzem na temat wiary i cukiereczków, tym samym rozluźniając napięcie. Mój wzrok jednak spotyka się z parą jasnobrązowych oczu Szramy, ale nie napotyka nikogo innego.
— Richie? — odzywam się zduszonym głosem, po czym odchrząkuję, nie dając po sobie poznać strachu. Ten dumny, odważny lider, który kitra się przed duchami Dwunożnych? Dobre żarty. Wojownicy muszą znać mnie do tej najlepszej strony. — Richie, no już, przecież zmyłem z siebie zapach dzikiego czosnku, wyłaź!
Odpowiada mi głucha cisza, poprzedzona skowytem okolicznego ptactwa.
<Szramo?>
[889 słów: Klematis otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

10 grudnia 2020

Od Szramy CD Klematisa

Na wąskim pysku pojawił się niemrawy uśmiech, albo jak to w psiej mimice bywa, zmarszczenie nosa. Nawet oblizanie go nie zmyło woni, która zaczęła żarliwie roztaczać się w pomieszczeniu. Suka podniosła nieco głowę na swojego Bezgwiezdnego lidera, by przytaknąć. Jeszcze niedawno była uczniem i wręcz łapy paliły jej się do patroli. W końcu to idealna sytuacja do odkrywania tego ogromnego świata, przestrzeni, do polowania... Odkąd jednak wyrzekła się swojego klanu, a jej dom z pięknych, słonecznych łąk zamieniły się w skalne pustynie cała ta radość zwiedzania gdzieś uciekła. Mimo to Szrama przytaknęła łbem.
— Jasne, Klematisie. 
Jej za długie łapy zaraz napięły się, a wychudzona sylwetka wygięła w łuk. Przeciągnięciu towarzyszyło ziewnięcie zakończone naturalnym, choć zupełnie przypadkowym piskiem.
Dziwnym było dla większości psów, że tak młoda już-nie-wojowniczka przerastała ich o łeb, lecz dla Szramy było to całkowicie naturalne. Zawsze była wysoka, lecz nie wiedziała po kim to odziedziczyła, tak samo jak jej brat. Dla Kopczykowej Łapy był to przypadek, zaś dla pręgowanej suni dar od przodków. Religia, to coś w sprawie czego nigdy się nie dogadywali, a mimo to Szrama znalazła się tutaj, z Klematisem, Ćmą i resztą psów. Nawet jest tu niczego nieświadomy Mlecz. Wszystkie te jednoczłonowe imiona miały dla niej dziwny wydźwięk przypominający nieco imiona Pieszczochów, a przecież mieli tyle różnic.
Wielkie oczy zwróciły się w stronę podchodzącego wilka. Wyraźnie nie chciał zbytnio się zbliżać do lidera, choć i tak był odważny stawiając te kilka kroków. Ten groźnie wyglądający pies o jeszcze bardziej skomplikowanym imieniu z początku wzbudzał w Szramie wszelkie obawy niepokoju. Nosił na sobie ziemisty zapach charakteryzujący Tenebris, a jego pysk nie zdradzał wiele. Teraz jednak już nie wywołuje żadnych negatywnych uczuć. W dodatku spora część Bezgwiezdnych zdaje się go lubić. Nie inaczej było z ciemnopręgą sunią. Jemu również skłoniła łeb na powitanie by zaraz ruszyć, nie jako pierwsza, lecz też nie jako ostatnia - tak czuła się najbezpieczniej.
Na dworze panował chłód. Mimo, że Szrama go wręcz nienawidziła to nie robił większego wrażenia na otaczających ją ogarach. Nie było wcześnie, ale też i nie za późno, tak w sam raz, lecz szaro. Paskudna pora roku, w której dominowała ów szarość i biel, czasem czerń. Śnieg chrupał pod ciężarem psich łap przykrywając każdy przetarty dotychczas szlak. Oby w nocy nie wstąpiła śnieżyca...
Przez pewien czas sunia szła z łbem zadartym w wieczne morze chmur kompletnie nie zwracając uwagi na otaczający ich świat. Każdy jej krok był jak dwa Richiego, lecz żadne nie zostawało w tyle.
— Po co patrolujemy, skoro już nie jesteśmy klanem? — wyrwało się z pręgowanego pyska nierozważne pytanie, dość szybko zresztą upojone odpowiedzią, nim Szrama zdążyła je zrozumieć.
— Żeby żadne z nas nie było zagrożone, po to są patrole, prawda? — odpowiedział jej pies o bursztynowej sierści. — Chyba chciałabyś spać spokojnie, prawda Szramo?
— Um, no tak... przepraszam. 
I choć Szrama miała już uszy po sobie i ogon między łapami, to pozostała cześć patrolu wcale nie pogrążała jej w swoim myśleniu. Klematis obejrzał się jedynie po tym jak jego kroki stały się wolniejsze.
— Nie masz za co. Kto pyta nie błądzi, prawda Richie? — ponownie jego głos przerwał miejską ciszę. Wilkowaty słysząc zaś swoje imię najpierw zastrzygł uszami, jakby chciał dosłyszeć milknące już słowa, a potem przytaknął.
— Nic dodać, nic ująć, Klem. — rzekł pogodnie.
<Klematisie?>
[537 słów: Szrama otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

8 grudnia 2020

Od Klematisa do Szramy

Piekąca woń roznosi się na cały teren starego blokowiska. W tle słyszę głośne narzekania wojowników Bezgwiezdnych, którzy jak mantrę powtarzają „co tu tak śmierdzi?!”, ale nikt nie zna na to pytanie odpowiedzi. Marszcząc nos, dochodzę do wniosku, że może lepiej, żeby psy nie wiedziały, że to ich lider śmierdzi jak porzucona skarpetka Dwunożnego.
— Nigdy cię nie lubiłem, ale teraz mam ochotę cię stąd wyrzucić — mamrocze Leonis, wyciągając więcej pędów dzikiego czosnku ze swojego schowka. Rośliny były wcześniej ciasno owinięte w liście szczawiu (a przynajmniej tak nazywa to medyk, zielsko to zielsko), ale wraz z położeniem ich przede mną, odór rozlega się na cały obóz. Wzdrygam się, przetaczając się ociężale po jego korzeniach, a czosnkowa woń drażni moje oczy i nos.
Wcześniej medyk twierdził, że dziki czosnek pomaga wyciągnąć toksynę po ugryzieniu szczura. Teraz jednak mam wrażenie, że zmyślił tę historię tylko dlatego, że zwyczajnie mnie nienawidzi.
— Co cię opętało, żeby łapać szczury?
Stulam uszy, przypominając sobie niedawną sytuację. Porą nagich drzew zwierzyna nie jest zbyt liczna, a ta, którą można znaleźć, jest wyliniała i koścista. Z tego względu wśród Bezgwiezdnych, głównie ze względu na brak wymogu przestrzegania Kodeksu, większość wojowników poluje w pojedynkę i w podobny sposób się żywi. Większość. Pewnego rudego przywódcę zbyt bardzo piekł kuper, kiedy patrzył na drobny stos klanu.
Opuszczony Kościół na terytorium Bezgwiezdnych jest naprawdę opuszczony. Szczytem polowania jest znalezienie karalucha czy pająka, drobnych szkodników, które skrywają się przed zimnem. Podobnymi mieszkańcami, których psy zazwyczaj unikają, niezadowoleni z prymitywnego obiadu, są szczury. I choć ich ataki wyglądają równie prymitywnie, co mięso z nich, mi trafił się jakiś przerośnięty lider szczurzego gangu.
W ten sposób kończę na podłodze u medyka Bezgwiezdnych, bezcelowo tarzając się w dzikim czosnku i starając się ignorować rzucane mi przez niego złośliwe spojrzenia. Co do jednego Leonis z całą pewnością miał rację; jeśli jakaś infekcja postanowiła zakorzenić się w mojej krwi, to przez smród rośliny już jej tam nie ma. Nie, żebym znał się na działaniu konkretnych specyfików, ale chwilami ufam bardziej swojej intuicji, niż zgorzkniałemu medykowi.
— Kodeks Wojownika mówi, żeby najpierw żywić swój klan — odzywam się, chcąc przełamać między nami napięcie spowodowane piorunującym spojrzeniem Leonisa.
— Jesteś Bezgwiezdnym, durniu. — Krzywię się. Wszystkie znaki na niebie wskazują, że nie jestem już na tym miejscu, na którym powinienem być, ale odkładam decyzję na później, jakby czas miał mi w czymś pomóc. — Zresztą, kogo chcesz wyżywić szczurzym mięsem?
Wbijam wzrok w swoje łapy. Wiem, że z jednej strony ma rację, ale własny honor nie pozwala mi tego przyznać na głos. Poza tym to tylko moje idee — przecież na polowanie na szczury nie zabrałem ze sobą nikogo innego, a każdy kęs pożywienia jest lepszy niż głód.
— Gdybyś faktycznie przestrzegał tych swoich całych zasad, nie umawiałbyś się z tą Gwiezdną wojowniczką Flumine. — Wyszczerza kły złośliwie. Moje mięśnie tężeją, ale nie odpowiadam, wiedząc, że pies próbuje mnie tylko sprowokować.
To tylko kwestia czasu, aż będę musiał podjąć decyzję. Oba klany zdają sobie sprawę, że pomiędzy mną a Irysowym Sercem wyraźnie iskrzy, ale my zgrywamy idiotów, jakbyśmy sami tego nie widzieli. Wkrótce będę zmuszony albo opuścić Bezgwiezdnych, albo opuścić Iryskę.
— Już lepiej? — pyta Leonis, ignorując swoje wcześniejsze docinki, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Z gracją najlepszego medyka ogląda moją ranę na karku, szukając w niej choćby jednej niedoskonałości swojej pracy. Jakkolwiek leniwym skurczybykiem by nie był, do zarzucenia nigdy nie miałem mu jednego: zawsze był perfekcyjny w tym, co robi.
Przeciągam się. Miejsce wciąż piecze bólem, ale nie promieniuje wzdłuż całego ciała, jak było to wcześniej. Również krew przestała zlepiać moje rude kłaki, tamując krwawienie. Kiwam głową w stronę psa.
— Wszystko w porządku — komentuję. — Muszę zebrać wojowników na patrol.
— Już? — Leonis wywraca oczami. — Znajdź sobie innego medyka, jeśli teraz też wrócisz ze szczurzym ugryzieniem.
Omiatam wzrokiem rozrzucone pod moimi łapami pędy dzikiego czosnku i zastanawiam się, czy na myśli ma kolejny potok zielarskiego smrodu, czy swój leniwy zad i niechęć do następnego pacjenta w tym dniu.
Zanim wychodzę, medyk rzuca do mnie chłodnym zdaniem; cała troska związana z raną znika z jego głosu, jakbym wraz z wyleczeniem ponownie stał się kimś zupełnie obcym:
— Skoro już masz zamiar iść na patrol, uzupełnij po drodze moje zapasy dzikiego czosnku. Może i nie znasz się na ziołach, ale z pewnością uda ci się rozpoznać go po smrodzie.
Kiwnięciem głowy sygnalizuję zrozumienie, po czym wychodzę z jego kryjówki. Kierując się do legowiska wojowników, mój smród roztacza się na całą okolicę, a po drodze napotkane psy cofają się z obrzydzeniem. Nawet Mlecz, do tej pory sympatyczny dzieciak, nie krzyczy do mnie czymś w rodzaju: „dzień dobry, wujku wiewiórko!”, tylko pędzi przed siebie, po drodze potykając się o własne łapy.
Z miejsca wojowników łypie na mnie dwójka znajomych pysków. Mój charakterystyczny, medyczny zapach momentalnie zabija smród stęchlizny i kurzu pomieszczenia, a stojący nieopodal Richie wzdryga się, tuląc uszy do siebie.
— Cukiereczku… — wciąga powietrze ze świstem — to znaczy, szanowny liderze, jeśli przychodzisz w sprawie patrolu, to mogę po drodze pokazać ci źródło wody, żebyś się czasem umył.
Mój ogon drga nerwowo. Hej, wiem, że cuchnę, ale żeby aż tak?!
Zwieszam głowę ponuro, jakby docinka ze strony podwładnego faktycznie ciężko do mnie dotarła.
— Wytarzam się w śniegu, jak już stąd wyjdziemy — mamroczę.
Mój wzrok ląduje na Szramie. W duchu dziękuję jej za to, że powstrzymała się od kolejnego wrednego komentarza na mój widok (albo raczej smród), choć nie do końca wiem, czy wynika to z grzeczności, czy już z innego, osobistego dla suki powodu. Odkąd zjawiła się wraz ze swoim bratem w naszych szeregach, postrzegałem ją jako wzorową wojowniczkę — w przeciwieństwie do innych, sprawia zerowe kłopoty. Nawet jej wygląd nie jest tak typowy, jak dla innych kundli Bezgwiezdnych, a przecież z łatwością mogę przyznać, że nasi wojownicy posiadają różnobarwną gamę kolorów. Jej pręgowane futro wyróżnia się z szarości ścian, a długie łapy powodują, że jest wyższa nawet od dobrze zbudowanego Richiego.
Uśmiecham się słabo w stronę pręgowanej, machając delikatnie ogonem, żeby dodać jej otuchy nawet pomimo mojego specyficznego smrodu. Cieszę się, że wśród Bezgwiezdnych mamy taką różnorodność pysków i osobowości. Nasz klan nie jest czarno-biały, ale wcale nie powoduje to zgrzytów pomiędzy nami (no, może oprócz wrednego usposobienia Leonisa). Moją pierś wypełnia duma, że mogę przewodzić tylu ekscentrycznym jednostkom.
A przynajmniej dowodzić do czasu. Odganiam od siebie tę myśl.
— Gotowa na patrol? — zagajam Szramę, wskazując nosem wyjście ze starego blokowiska.
<Szramo?>
[1046 słów: Klematis otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]