Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aroniowa Gałąź x Konwaliowy Szron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aroniowa Gałąź x Konwaliowy Szron. Pokaż wszystkie posty

28 listopada 2021

Od Aroniowej Gałęzi CD Konwaliowego Szronu — ,,Polowanie na cytrynę" cz. 4

Podczas zimy, niedługo po śmierci skalnego: Aronia i Konwa są uczennicami.

Wpadłam na całkiem fajny pomysł. Cytrynek lubi kwaśne, nie? To może dałabym mu spróbować lemoniady, i powiedzieć, że przesyła ją Konwalia?
Właśnie to było powodem mojego odejścia i porzucenia mej siostry; nie miałam bladego pojęcia, gdzie mogę znaleźć lemoniadę. Kiedy wróciłam z bezowocnych poszukiwań, i tak soczek nie był potrzebny, bo Konwaliowa Łapa zdążyła już wszystko zniszczyć, znów próbując powiedzieć Cytrynowemu Liściu, jak bardzo jej na nim zależy.
— Zwariowałaś? — poirytowana wywróciłam oczami. — Ustaliłyśmy, że…
— Nic nie ustalałyśmy! — warknęła spokojnie uczennica, i chyba tylko ona umie się spokojnie wkurwić. — Sama wszystko ustaliłaś i dałaś mi gotowca.
Byłam zdenerwowana. I to jak. Ale co mogłam zrobić? Niech odpierdala jakie tylko chce cyrki, i tak to ona straci miłość! A w zasadzie ją straciła. O ile kiedykolwiek ją miała.
Chyba każdy z nas posiadał takie szczenięce zauroczenia…

— Co ty tutaj robisz? — zdziwiona i zmieszana spytałam się Fiołkowej, nie wiedząc, czy mam patrzeć razem z nią na wejście, czy ze zdziwieniem obserwować jej zafascynowany wyraz twarzy.
— Czekam na Cytrynka! On jest taki słodki i przystojny, że nie mogę! Zagadam go, jak tylko tu przyjdzie. Wiesz, chcę, aby był moim partnerem! To takie ekscytujące! — Jej ogon merdał jak szalony, a jęzor, wywieszony, latał w tę i we w tę. — Dobrze wyglądam? Specjalnie wskoczyłam do kałuży, chociaż nie lubię wody, no ale trzeba być czystym i schludnym.
Odebrało mi mowę. Spoglądałam na nią jak na śmiertelnie chorą, co w sumie było prawdą. Mruknęłam coś, na potwierdzenie jej słów. Zastanawiałam się, czy jej rak nie ma przerzutów i czy właśnie nie żeruje na fiołkowym mózgu. Wtedy odezwała się, jak zawsze pojawiająca się znikąd, Konwaliowa Łapa. Moja druga siostra, trochę normalniejsza. Tak mi się przynajmniej wydawało, zanim przeprowadziłam z nią rozmowę. Kiedy usłyszałam jej głos, podskoczyłam przerażona, przestraszona jej nagłym pojawieniem się.
— Wiecie, że kochacie go tylko dlatego, że jest najbliżej wam wiekiem? — ze spokojem powiedziała, jednak również szukała czegoś wzrokiem. Lub kogoś. Czy one obie się zakochały? Serio? Mają dopiero sześć księżyców. Wtem zorientowałam się, że ona też mówi o mnie! Też mi coś! Ja?! Zakochana?!
— Ale ja go nie…?!
— Jak śmiesz! — Sikorkowa Łapa, która właśnie podeszła wprost zagotowała się ze złości. Skąd ona się pojawiła? Ta rozmowa robiła się coraz dziwniejsza. Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. — Dyskryminujesz płeć piękną? Ja wolę suczki, bo ładnieeejszee ... sąą... — zamilkła, widząc przerażony wzrok Fiołkowej. — Hm... Ale obecnie rozglądam się za starszymi, wiecie, tak z 30 księżyców… One chyba doświadczone bardziej są… I nie będzie wypadków…
— Co ty… — próbowałam coś powiedzieć, ale słowa zamarły mi w gardle. Wycofałam się parę kroków. Fiołkowa Łapa mnie ubiegła, sama wyrażając swoją opinię na temat przemówienia naszej… przyjaciółki.
— To trochę dziwne… Wiecie co, ja suczki może zostawię ci… — powiedziała powoli, jakby ważąc każde słowo. Nadal nie czuła się pewnie po jej wyznaniu.
— Dzięki, ale już mam na oku…
— Wiecie, ja nie wiem co mam o tym sądzić — powiedziałam, ale nie dokończyłam. Konwaliowa obserwowała nas wszystkie, nie dając znaku życia. Być może Fiołkowa zaraziła Sikorkową rakiem miłości, który z kolei przesiadł się na Konwalię. Tak czy siak, kolejna uczennica przerwała nam.
— Cześć, dziewczyny, co robicie? — Słodka Łapa, siostra Sikorczej podeszła do nas, wesoła jak zawsze.
— Rozmawiamy o Cytrynku i starszych suczkach. — Jej siostra bez skrupułów podzieliła się tematem naszej rozmowy. — Nie uważasz, że Stokrotkowy Płatek jest se…?
— Chyba wy rozmawiacie, bo ja nie biorę w tym…!
— Dobra, weźcie sobie Stokrotkową, ale zostawcie mi Cytrynowego!
— Co? Biedna Konwa! Nie ekscytuj się nawet na jego widok, bo on jak chooooleeeraa kocha Konwaliową! Całowali się, namiętnie na całego i mielibyśmy w klanie miot, gdyby nie moja akcja ratunkowa. — Wszystkie suczki przerwały przekrzykiwanie się i gapiły się na nią, łącznie ze mną. — Serio, szkoda, że tego nie widziałyście! Chociaż może lepiej dla was, bo niektóre z was są trochę młode. Moja interwencja oszczędziła jej rodzenia, którego Konwa by nie przeżyła, no, chyba że jej wybranek romantycznie by ją uratował. Ale nie wiem jak, bo chyba musiałby włożyć pysk do jej organizmu. Wątpliwie przyjemne. Wracając do tematu, bo trochę odbiegłam… — Chyba nikt nie przejawiał zainteresowania (czyt. Wszyscy oprócz mnie) dalszym ciągiem wypowiedzi. — Lizali się jak najęci po pyskach, i widziałam, jak na siebie zerkali. Chociaż w sumie gdzie sobie zerkali. Myślałam, że on na nią lada chwila wskoczy!

Pokręciłam głową.
— Rób, co chcesz.
Nie minęło wiele czasu, kiedy rozmawiałyśmy znów; śnieg wydawał się powoli rzednąć, odsłaniając nagie konary drzew. W obozie wciąż panował głód, chociaż z racji lokalizacji w mieście nie było nowych zgonów. Ja sama zdążyłam przyłączyć się do paru patroli, na których odbierałam wciąż to nowe wskazówki od Krwawego Zewu i broniłam naszego jakże wspaniałego obozu.
Trochę nie rozumiałam, po co w ogóle patrolujemy te granice, skoro w taką pogodę nikt nas nie zaatakuje, ale okej, może chociaż zapach odświeżymy.
Tak, jak już oznajmiłam, z moją siostrą rozmawiałam ponownie. A nie była to najmilsza rozmowa.
— Aroniowa Łapo — donośnym tonem oznajmiła Konwalia, chociaż z sporą dawką smutku. — Musimy porozmawiać.
W ciszy więc usiadłyśmy w legowisku, zakopane pod warstwami grubej ściółki.
— Słucham?
— Daje sobie spokój.
Zlustrowałam ją zdziwionym spojrzeniem. Czemu? — spytałam.
— Mam dosyć. On sobie nic ze mnie nie robi, wszystko, co wyprawiam, jest na nic! — gdyby nie jej konwaliowość, mogłabym uznać jej ton za zdenerwowany.
— Czemu? — ponowiłam pytanie.
— Co czemu? Jego się spytaj Czemu?.
— No ale czemu do jasnej cholery?!
— Co czemu?
— No czemu nic ci nie idzie?
— No a skąd ja mam wiedzieć czemu, na Gwiezdnych?
— A czemu już od razu na Gwiezdnych? Czemu sama nie znajdziesz powodu?
Zamyśliła się na chwilę. Odparła ze zrezygnowaniem:
— No nie wiem czemu.
— A może on cię nie kocha? Tylko czemu…? Ach, dobra, wiem, też bym cię nie kochała na jego miejscu.
— …Co? — niezbyt inteligentnie poprosiła o powtórzenie.
— No co? Powiedziałam tylko, że na jego miejscu bym zabiła skurwysynów co próbują ciebie podrywać.
— Aronia, wyrażaj się… — westchnęła.
— A może on cię nie kocha?
Zapanowała cisza.
— Teraz to zauważyłaś?! — z nieskrywaną irytacją, obcą dla niej samej zapytała.
— Znaczy…
— Wypierdalaj.
— Konwa, wyrażaj się…
I tak oto, moi mili, zakończyło się Polowanie na Cytrynę. Jedno z najpiękniejszych zdarzeń w historii klanu. I mam nadzieję, że doczeka się ono własnej przepowiedni; te oto zdarzenie to był czyn legendarny, wynik wielu poświęceń, wspaniała historia miłosna i efekt idiotyzmu wszystkich uczestniczących.
Także dziękują za udział.
<Konwaliowy Szronie?>
[1040 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

17 czerwca 2021

Od Aroniowej Łapy CD Konwaliowej Łapy

— Co wy najlepszego wyrabiacie?!
— Dobrze się czujecie? Co wy macie w tych pustych łbach!
No i nici z dobrego wyjścia na mentorze. Krwawy Zew powiedział tylko: „Świetna robota. Oddzieliłyście się od patrolu i nawet nie umiałyście iść normalnie po ziemi…”. Pewnie się mnie wstydził! Ale jestem głupia, naprawdę! Co ja najlepszego wymyśliłam…!
W ciszy wróciłam do obozu, nie patrząc nikomu w oczy. Spojrzałam natomiast na wojowników kładących nowe zwierzęta na stercie mięsa. Nie miałam wystarczająco odwagi, aby po takim popisie inteligencji wziąć coś razem z idącymi w ich stronę uczniami. „Głodowanie to zbyt mała kara, ale lepsza niż żadna…” — pomyślałam, kiedy w ciszy i z żalem minęłam soczystą mysz.
Poszłam do legowiska uczniów, gdzie była już Konwaliowa Łapa. Prosto z górki zaczęłam jej się żalić.
— Nic mi nie wychodzi, mentor mnie nienawidzi, a dodatkowo ciebie wciągnęłam w kłopoty! Czy nie jestem godna pożałowania? Chcę umrzeć!
— Uspokój się — melancholijnie rzuciła moja siostra, bez wyrzutów sumienia jedząc królika. No tak, w końcu to był mój pomysł! Tylko ja powinnam cierpieć, rozsądne posunięcie, siostro! Pragnęłam jej podziękować, bo patrzenie jak je mięso było prawdziwą torturą. Z zawstydzeniem uspokajałam żołądek, domagający się porcji strawy.
— Dlaczego nic mi nie wychodzi?
— A dlaczego się tym przejmujesz?
— Bo wszyscy uważają mnie za głupka! Co ja robię z moim marnym…
— Aroniowa, uspokój się, naprawdę. Nie jestem twoim mentorem, nie masz mi się żalić.
Popatrzyłam się na nią smutno. „Czy ona naprawdę nic nie rozumie?”
— Mojemu mentorowi żalić się nie mogę. Wyśmieje mnie, bo on sam nie ma nigdy wyrzutów sumienia.
— Nie ma psów idealnych — moja siostra ze spokojnym wyrazem pyska przemawiała. — To, że widzisz inne psy w lepszym świetle niż siebie samą, nie znaczy, że tak jest. Naprawdę, nie mam zamiaru podnosić ci samooceny! Weź się w garść i daj mi dokończyć jedzenie.
W ciszy spoglądałam, jak po wypowiedzeniu mądrości życiowych moja siostra zjada królika. Oblizała się po zakończeniu posiłku, a następnie położyła się do spoczęcia. Z żalem spoglądałam na nią. Po chwili westchnęłam.
— Chyba masz rację. Przestanę się tym przejmować. Co się stało, to się nie odstanie…
Ułożyłam się koło niej, w ciszy spoglądając na świeży mech.
— I dobrze — ziewnęła.
Patrząc w jej hipnotyzujące oblicze, prędko odpłynęłam w świat marzeń sennych. Konwaliowa wstała, i spoglądając na mnie przez bark, wyszła z legowiska. 
Koniec wątku Aroniowej Łapy i Konwaliowej Łapy.
[375 słów: Aroniowa Łapa otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

9 czerwca 2021

Od Konwaliowej Łapy CD Aroniowej Łapy

Nie, nie czułam Fiołkowej. Nie czułam nic. Nie, przecież coś czułam. A właśnie, czym jest nic?
Może jest czarną czeluścią.
Ale wtedy nic byłoby czarną czeluścią.
Więc jak wygląda i czym jest nic?
— Nie czuję jej — odpowiedziałam spokojnie, kierując się do wyjścia z tej dziwnej, podziemnej dziury. Moja siostra jednak poczuła ten zgubny zew przygody, który nakazał jej powstrzymanie mnie od wyjścia na świat.
— Lepiej to sprawdźmy — nalegała, oglądając się za siebie.
Zatrzymałam się, przyglądając się jej jarzących, niebieskich oczach, które otoczone były ciemnością i latającym w powietrzu kurzem. Jesteśmy w ciemnym, ciasnym, suchym, zakurzonym tunelu, a ona chce iść dalej?
A może to właśnie Gwiezdni od nas tego oczekują, zakiełkowało w mojej głowie pytanie. I może właśnie liczą na nas, chcą nam coś pokazać, podzielić się swą mądrością? Albo wręcz odwrotnie, odebrać nam życie na tym świecie?
Pewnie zastanawiałabym się nad tym przez godzinę, zanim dotarłoby do mnie, że mam pięćdziesiąt procent szansy na śmierć, a drugie tyle na życie. Mogłabym się także założyć, że zaraz potem stwierdziłabym, że przecież jest więcej możliwości: okaleczenie, utrata siostry, potop. Dosłownie wszystko. Chociaż…
— Konwaliowa Łapo? — W głosie siostry poczułam nutkę strachu i wahania.
— Wracajmy na powierzchnię.
Nad naszymi głowami huknął piorun. Poczułam lekkie drżenie, a ze sklepienia nad naszymi głowami posypał się kurz. Jednak ten tunel okazał się wyjątkowo wytrzymały — być może był dziełem dwunożnych. Ależ czy dwunożni są dobrzy? Przecież tylko dobro może budować, bo zło rujnuje. A może jednak są? Przecież ich nie znam. Pieszczochy wydają się być z nimi całkiem szczęśliwe.
— A jeśli tam jest Fiołek? — Aronia wskazała głową w stronę tunelu przed nami. Widocznie bardzo się martwiła o swoją chorą na raka siostrę. Biedaczysko.
— Słuchaj, jej tu nie ma — spokojnie jej wytłumaczyłam. — Chociaż, może myśli o tym miejscu. Może kiedyś tu była. Może lubi to miejsce. Może, mówiąc jej, że tutaj byłyśmy, zepsujemy jej wspomnienia, ale jej tu nie ma, a na górze się o nas martwią.
Dopiero gdy wypowiedziałam te słowa, zastanowiłam się, czy przypadkiem nie uraziłam Aronii, tak wszystko jej tłumacząc, jakby była głupia. Ale głupi uważają mądrych za głupich, a mądrzy uważają głupich za głupich. Więc kto jest głupi?
Otrząsnęłam się z przemyśleń, gdy poczułam, jak Aronia mnie mija i biegnie w stronę wyjścia z tej zakurzonej dziury. Szybko ją dogoniłam i razem wyszłyśmy na świat.
Niebo przybrało stalowoszarą barwę, a pojedyncze drzewa szumiały i skrzypiały złowieszczo, rozpościerając nad nami rozcapierzone gałęzie. W oddali było widać wysokie budynki dwunożnych, a także słychać nawoływania psów.
— Chyba nas szukają… — pisnęła moja siostra, ale zanim zdecydowałam się, czy jej słowa były pytaniem, czy stwierdzeniem, Aronia zaczęła się drzeć: — TU JESTEŚMY!
Na naszą sierść spadły pierwsze, duże i nieprzyjemne krople, a grzmot zagłuszył tupot i krzyki biegnących w naszą stronę psów.
— Cóż, będziemy mieć problemy — stwierdziła moja siostra, odważnie się prostując i czekając z niecierpliwością na wojowników.
Nie musiałyśmy długo czekać — zapach klanowych psów był coraz wyraźniejszy.
<Aroniowa Łapo? swoją drogą, dlaczego wkopałaś Konwalię do jakiejś dziury w ziemi, w której śmierdzi Fiołkiem, skoro ona była na patrolu? Paulinka kc>
[478 słów: Konwaliowa Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

24 maja 2021

Od Aroniowej Łapy CD Konwaliowej Łapy

— To niesamowite — szepnęłam. Moja siostra popatrzyła za moim spojrzeniem, dzięki czemu również ujrzała dziurę w ziemi. — Widzisz, do czego prowadzi? Są jakieś dziwne rzeczy, i…
Przestraszona spoglądałam na Konwaliową Łapę, która wpadła do środka. Chcąc zobaczyć, o czym mówię, postąpiła kilka nieuważnych kroków — kroków, które zagwarantowały jej dokładne obejrzenie obiektu rozmowy. Trochę zbyt dokładne.
Skoczyłam za nią, chcąc ją złapać i uratować, jednak była to płonna nadzieja. Wpadłam do środka wraz za moją siostrą, wydając przy tym głośny pisk. To nie tak miało wyglądać!
— Jesteś tu? — wycharczałam, otrzepując się z kurzu. Nie dostałam odpowiedzi, jednak kiedy moje oczy mniej więcej przywykły do ciemności, zobaczyłam siedzącą obok mnie moją siostrę. Obserwowała otoczenie, nic nie mówiąc. Kiedy wreszcie odezwała się, zalegająca przed chwilą cisza spotęgowała głośność szczeknięć. Przestraszona pragnęłam czym prędzej zamknąć jej pysk.
— Musimy stąd iść.
Nie zamierzałam tak prędko odchodzić. Czy uczennica nie rozumiała, że to dla nas szansa? Dla mnie szansa?! Jeżeli odkryłabym jakieś ciekawe miejsce, Krwawy Zew z pewnością nie wątpiłby w moją wartość!
— Nie! Nie czujesz, że pachnie tu Fiołkową? — powiedziałam energicznie, wbrew przeczuciu tragedii, a dopiero po tym wciągnęłam powietrze. Miałam rację, a raczej dobry traf, gdyż czuć było słabą woń naszej siostry. Nie przekonałam jednak Konwaliowej, która niepewnie przystępowała z nogi na nogę. Nie czekając, aż podejmie decyzję, zrobiłam to za nią. Ruszyłam, próbując wyczuć, w którą stronę poszła Fiołkowa, jednak jej zapach był tak nikły, że zaczęłam wątpić, iż go sobie nie ubzdurałam.
Wszystko było jakby przytłumione, co dawało mi pewność, że jesteśmy pod ziemią. Wszędzie był zaduch, przez co raz za razem kaszlałam. Nagle, bez ostrzeżenia, poczułam metaliczną woń krwi. Pełno, świeżej krwi. Oczy mi się rozszerzyły i cofnęłam się przerażona, wpadając przy tym na Konwaliową. Czując przestrach, przyjrzałam się miejscu, które uważałam za zwykłą budowlę dwunożnych. Na każdej ścianie było pełno jasnej, tętniczej krwi. Zakręciło mi się w głowie. Przysiadłam ciężko na podłodze, próbując pokonać obezwładniający mnie strach.
— Mówiłam, że powinnyśmy iść — oznajmiła moja siostra, na pierwszy rzut spokojnie, jednak już po chwili dało się wyczuć w jej tonie głosu nutkę niepokoju.
— Nie czujesz Fiołkowej? Jak mogłybyśmy zostawić ją w takim okropnym miejscu?
Jak na potwierdzenie moich słów, do naszych uszu dobiegły piski. Opanowałam wolę ucieczki i skoczyłam naprzód, czując, jakby wszystko wokół stawiało mi opór. Większa część mnie robiła to również, prosząc moje nogi o ucieczkę. Tyle tylko, że moje kończyny podlegały umysłowi. On natomiast nakazał zwiększyć tempo i odnaleźć swoją siostrę.
No, na być może przyprowadzić zgubę, zyskać sympatię wszystkich i, co najważniejsze, szacunek mentora. 
<Konwaliowa Łapo?>
[415 słów: Aroniowa Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

22 maja 2021

Od Konwaliowej Łapy CD Aroniowej Łapy

Wdychałam świeże, pachnące trawą powietrze. Moje dość grube futro nie było sprzyjające podczas stale rosnących temperatur. Jak dla mnie, było za gorąco.
Była to moja pierwsza pora nowych liści, a pora zielonych istniała — jak na razie — tylko w mojej wyobraźni. Różne psy mówiły, że jest to piękna i gorąca pora. Nie wiedziałam jednak, co dla nich oznacza piękno i gorąco. Trzeba było po prostu poczekać, aż pora ta sama nadejdzie i wyciągnąć z niej wnioski. Czekać. Całe życie na coś się czeka. To dziwne. Psy stale nazywają jakoś czas: księżyc, sezon, pora… Planują swoje życie. A przecież mogą umrzeć! Mogą umrzeć w każdej chwili! I wolą o tym nie myśleć. Dlaczego boją się śmierci?
Może sama się jej nie boję, bo nigdy nie widziałam, jak jakiś pies umiera?
No racja. Ale zobaczę. Prędzej, czy później. Chyba że nie doczekam, to trudno.
— Cześć. — Moja siostra, Aroniowa Łapa podeszła do mnie, wywalając jęzor. Pewnie nie byłam jedyną ofiarą palącego wręcz słońca.
Kiwnęłam głową, w geście pozdrowienia. Popatrzyłam się na nią pytająco, pragnąc dowiedzieć się, czemu do mnie przyszła. Ach te wszystkie psy! Zawsze mają jakieś powody. Byłoby miło, gdyby przyszła sama z siebie. Ale nie. Praktycznie nikt tak nie robi. Czemu? Cóż…
— Idziemy na patrol. Ja, Krwawy, Fiołek z Poziomkową Stopą i ty z Jeziorną oraz Cytrynowy z Pazurem.
Westchnęłam cicho i wstałam, rzucając Aronii obojętne spojrzenie. Chyba ją to zdenerwowało. Dlaczego? Chce widzieć moje emocje? Czy neutralność ją denerwuje? W takim razie chyba powinna się zdenerwować na całą naturę, bo ona jest neutralna!
— Dlaczego nazwałaś Fiołkową Łapę szczenięcym imieniem? I chodziło ci o to, że Cytrynowa Łapa idzie z Drewnianym Pazurem, czy o to, że uczeń ma pazur? — spytałam się spokojnym głosem.
— To skróty myślowe — odparła z dumą Aronia, jakby właśnie poznała nowe słówko.
— Do czego one służą? — zapytałam się, ciekawa, czymże jest ten skrót. Wszystko ma swoją rolę, prawda?
Aroniowa Łapa jednak mi nie odpowiedziała, prychając pod nosem. Po chwili w towarzystwie swoich mentorów, siostry i Cytrynka wyszliśmy z ruin, zaczynając patrol.
— Najpierw dokładnie zbadamy teren wokół obozu, a później skierujemy się w stronę Osiedla Domków. Ponieważ Ogrody są niedaleko osiedla, zaznaczymy także je. Gdy wszystko przejdzie sprawnie, zajmiemy się Lodowiskiem — zaczął mówić Drewniany Pazur. — Cytrynowa Łapa już wie, o co chodzi, jednak dla niektórych z was jest to pierwszy, bądź drugi patrol. — Tutaj pies popatrzył się na mnie i moje siostry. Ja jako jedyna z nich się nie zawstydziłam, bo też nie miałam czego. Spokojnie słuchałam głosu wojownika i utrzymywałam z nim kontakt wzrokowy. — Wasi mentorzy z pewnością będą w y r o z u m i a l i — powiedział Drewniany Pazur, uważnie obserwując Krwawego.
Mentorzy jeszcze chwilę pogadali o jakiś mało istotnych — przynajmniej dla mnie — sprawach i wyruszyliśmy.
Fiołek wszędzie skakała, odbijając się od podłoża niczym piłeczka dwunożnych. Co chwila wchodziła w każdy krzak, który dokładnie sprawdzała. Po upewnieniu się, że roślina jest bezpieczna, wyskakiwała z niego z wesołym piskiem.
Cytrynek szedł cicho, na końcu grupy, nic nie mówiąc. Uśmiechnęłam się do niego łagodnie, na co on mi odpowiedział nieśmiałym półuśmieszkiem. Miałam zamiar do niego podejść i zamienić parę słów, gdyby nie to, że Poziomkowa Stopa nagle zerwał się gwałtownie, coś krzycząc.
Wszyscy jak na zawołanie zwróciliśmy głowy ku czarnemu wojownikowi.
— Co znowu, Poziomek? — zapytał się poirytowany Krwawy Zew.
— Fiołkowa Łapa! Na Gwiezdnych, pokaż się, szczeniaku! — rozkazał swojej uczennicy mentor. Można by śmiało zaryzykować stwierdzeniem, że miał obłąkany przerażeniem wzrok i najeżoną sierść niczym kolce jeża.
— Co tam się dzieje? — krzyknął Drewniany Pazur, dotychczas idąc na czele patrolu.
Wtem poczułam dziwny zapach. Przycisnęłam nos niemalże do samej ziemi, wciągając w nozdrza powietrze. Było to sporym błędem, bo poczułam się, jakby Skalny Potok usiadł mi swoją dupą na pysku. Nagle poczułam tyle różnych zapachów i pyłków, które dostały mi się do nosa, że kichnęłam. Po chwili zaczęło mi się kręcić w głowie, jednak znalazłam trop, który tak bardzo przykuł moją uwagę. Zaczęłam iść przed siebie, ignorując narastający ból głowy, który powiększał się wraz z nowymi zapachami.
— Masz ranę, uczennico! — Usłyszałam jak zza mgły, z oddali krzyk Poziomkowej Stopy. — Obiecaj mi, że zaraz po patrolu udasz się do medyków, zrozumiano? Czy to jest zaraźliwe?! — W jego głosie słychać było panikę.
Wiedziałam, że znacząco się oddaliłam od mojej grupy, jednak nie zawróciłam. Szłam wytrwale dalej, co chwila upewniając się, że nie zgubiłam tropu. W końcu przestałam w ogóle słyszeć towarzyszy patrolu, a zapach się urwał. Rozglądnęłam się zdezorientowana.
Za sobą usłyszałam trzask łamanej gałązki. Obróciłam się gwałtownie, chcąc sprawdzić, kto się za mną znajduje.
— Konwaliowa Łapo, gdzieś ty poszła? — zapytała się niemalże szeptem Aroniowa Łapa. Po chwili urwała, błyskawicznie mnie wyprzedzając i znikając w krzakach przede mną.
Byłam bardzo zaskoczona jej zachowaniem i zastanawiałam się, czy jest one wynikiem intuicji, czy może ma swoją przyczynę. Pewnie usiadłabym, zatapiając się w myślach aż do zachodu słońca, gdyby nie to, że usłyszałam szept mojej siostry:
— Musisz to zobaczyć! — krzyknęła Aronia, wystawiając głowę zza krzaków. Cała kipiała z emocji, wzbudzając moją ciekawość. — Po prostu nie uwierzysz!
<Wybacz Aronia, że to mi tyyyyle zajęło, ale mi się nie chciało>
[823 słowa: Konwaliowa Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

30 kwietnia 2021

Od Aronii CD Konwalii

— Dobrze… — powiedziałam tak cicho, iż zwątpiłam, że moja siostra mnie usłyszała. Odeszła w kąt legowiska, a ja zakręciłam się kilka razy, aby frustracją opadłam na posłanie. Zbierało mi się na płacz. Trujący Obłok mnie podejrzewa? Jestem tak samo członkiem Tenebris jak ona, mimo iż mam mieszane pochodzenie. Ale przecież widziałam Malwowy Ogon na terenie naszego klanu, i jestem pewna, że mi się to nie przyśniło. Mimo to jest ona moją matką. Chociaż… Widziałam ją przecież tylko kilka razy w życiu, nawet jej nie znam. Gdyby naprawdę zależało jej na mnie i moim rodzeństwie, to nie wysłałaby nas w taką morderczą podróż do innego klanu. Zginęli moi bracia i siostra! Czy ją to nic, a nic, nie obchodzi? Aronia, pomyśl raz! W końcu przyszła nas odwiedzić, dużo ryzykując. Musi zależeć jej na nas.
Chciałam sobie to wszystko poukładać w głowie. Bez skutku. Nie powinnam mieć tyle problemów, jestem dopiero małym szczeniakiem. Zdecydowałam się odpłynąć w świat snów, aby razem ze świadomością znikły wszystkie moje zmartwienia. Jak postanowiłam, tak i zrobiłam.
Kiedy odzyskałam przytomność, nic nie było prostsze. To samo, nikle świecące, tworzące cienie na ścianach legowiska, słońce oraz zimne, zimowe powietrze. Takie same, legowisko medyka i posłanie, które już dawno powinno zostać wymienione. Ten sam natłok myśli, od którego coraz bardziej bolała mnie głowa. Aby się go pozbyć, postanowiłam się zdecydować, co zrobię.
Jak zachowałby się inny pies, znajdujący się na moim miejscu? Zależy. Gdyby był to mój ojciec, najprawdopodobniej bez wahania wysypałby Malwową, chociaż nie jest to pewne. Jestem przekonana, że prawdziwa miłość mogłaby zwyciężyć nad kodeksem wojownika. Konwalia zaś siedziałaby cicho, nie kłamiąc oraz nie mówiąc prawdy. Postanowione! Zrobię to, co ona! Jeżeli ktoś, ktokolwiek wprost mnie zapyta, czy była tu moja matka lub, czy kogoś nie widziałam, powiem prawdę. W wypadku, gdy się to nie stanie, zignoruję i zapomnę o całej sytuacji. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego!
Tyle tylko, że nikt się mnie o to nie zapytał — nikogo nie obchodziło, co ja o tym myślałam. Gdy działy się sprawy niezależne ode mnie, mogłam zostać w nie wciągnięta. Na nic moja wola. Widocznie Gwiezdni tym razem zdecydowali, iż wstanę tamtej nocy i zobaczę to, co zobaczyć miałam. A co jeżeli była to próba mojej lojalności dla klanu? To, co zrobię, będzie miało wpływ na to, gdzie odejdę gdy moje życie się zakończy.
Jednak jak bardzo trzeba być złym za życia, aby trafić do Infernum? Zastanowiłam się chwilę. Żaden pies z Tenebris, z tego co mi wiadomo, nie poszedł w najbliższym czasie w tamto miejsce. Nie wiem jednak na tyle dużo, by być przekonana. Pewne jest, że nieprzestrzeganie kodeksu wojownika gwarantuje, że nie trafisz do swoich dobrych przodków. Najprawdopodobniej jednak każdy pies kilka razy w swoim życiu go złamał, czy chodzi więc o to, aby starać się żyć dobrze?
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos przewracającej się z boku na bok Konwalii. Spojrzałam w kierunku siostry, jednak jej nie dojrzałam. Zapewne udała się na spoczynek w jakieś miejsce poza zasięgiem mojego spojrzenia, i nie może spać. Współczułam jej, bo sama często miałam ten problem. Umościłam się wygodniej i zamknęłam oczy, czekając na sen. On jednak nie nadszedł.
— Aronio, Konwalio! — wrzasnęła Sikorkowa Łapa, a ja przestraszona podniosłam głowę. Pali się?!
— Co się…
— Byłam na patrolu! Odnowiliśmy granice, nikogo nie było, ale za to dostałam pochwałę od Oszronionego Łba! Była ze mnie dumna, szkoda, że nie widziałyście jej miny — trajkotała suczka, a ja zmusiłam się, aby ją nie uciszyć. Myślałam, że to coś poważniejszego niż jej wrażenia. Konwalia nie dała znaku, iż usłyszała, że uczennica wróciła. Być może udało jej się zasnąć.
— Słuchasz mnie? — zwróciła się do mnie Sikorkowa z naburmuszoną miną. Wyprostowała się, aby stanąć w pełni swojej okazałości. — Wiesz, ja w każdej chwili mogę mieć trening. Nie mam czasu nagadanie do ściany. — Zaczęła tańczyć z uciechy wywołanej swoim własnym dowcipem.
— Tak, oczywiście! Rozumiem to w pełni — powiedziałam, może z przesadnym zapałem. — To jak? Opowiadaj!
Kolejne, jak mi się wydawało, księżyce spędziłam na słuchaniu gadaniny Sikorkowej Łapy. Uważałam, że co najmniej koloryzowała zdarzenia, ponieważ wątpiłam, aby tyle mogło się wydarzyć na jednym patrolu. Mimo to słuchałam uważnie i co jakiś czas zadawałam jej pytania, aby poczuła, że naprawdę mnie to zajmuje. W rzeczywistości nie interesowało mnie to jednak, ale jeżeli faktycznie może mieć niedługo trening, to nie chciałam przegapić okazji do rozmowy z nią.
Napotkałam gromiący wzrok Konwalii, próbującej spać, więc przerwałam w pół pytania.
— Chce ci się spać? — Oczy uczennicy się rozszerzyły. — Aż tak zanudzam? Dobrze, mogę sobie pójść jeśli naprawdę tego chcecie. — Chciałam jej przerwać, ale suczka nie dała mi dojść do słowa. — Więc odchodzę. Żałuję, że was to nie obchodzi! Mogłybyście przygotować się do bycia uczniem.
Kiedy odchodziła, poszłam cicho za nią, próbując pozbierać słowa, aby wytłumaczyć jej pomyłkę. Może nie powinnam, ale poczułam się zraniona, kiedy Sikorkowa Łapa rozmawiała ze Stokrotkową. Przecież nie miała nic złego na myśli, nawet nie wiedziała, że tu jestem! To oczywiste, że mogła mieć również inne przyjaciółki.
Sama nie zdołałam siebie przekonać, więc wróciłam na posłanie. Zrobiłam kilka kółek, aby następnie z westchnięciem opaść na szmatki. Nie poświęciłam siostrze ani jednego spojrzenia. Tym razem to ja potrzebowałam pobyć sama. Niechętnie popatrzyłam na wchodzącą medyczkę, zapewne chcącą podać nam kolejną porcję maści i ziół.
<Konwalio? Jak wyjdziemy od medyka będą bardziej interesujące rzeczy>
[862 słowa: Aronia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

28 kwietnia 2021

Od Konwalii CD Aronii

— Więc kiedy poszłaś… Znaczy, poszliście, bo ty, Skalny i Konwi, znaczy się, Konwalia, to… — Sikorkowa Łapa urwała swoją opowieść kierowaną do Aronii, drapiąc się za uchem, jakby szukała odpowiednich słów.
— Sikorkowa Łapo, skąd pomysł, by nazywać mnie Konwi? — przerwałam jej, dość zaintrygowana. Mało psów wołało na psy inaczej, niż brzmią ich imiona, z obawy, że się obrażą. Poza tym Konwi nie było ładne. Ale najważniejsza jest intencja, czyż nie?
— No nie gniewaj się, Konwi…aalio… — Rudawa suczka przewróciła oczami. — Jejciu, ale jesteście dziecinne, naprawdę. No dobra, słuchajcie. No to poszliście. Liderka, Gwiazda, się zaniepokoiła, bo przedtem jak wyszliście, mijała Skalnego Potoka, który mruczał coś o solidnej karze, zimnej wodzie i nieposłusznych szczeniakach. I nasza kochana, wspaniała i urocza i waleczna i, i…— Sikorkowa łapa przerwała, zauważając, że do żłobka wchodzi jej matka, Trujący Obłok. Sikorkowa Łapa zamilkła na chwilę, jakby lekko przytłoczona wręcz miażdżącą aurą jej matki.
Wlepiłam wzrok w Trujący Obłok. Stała pewnie, a jej pysk przypominał bardziej kamienną maskę, niż rozgadaną mordkę Sikorki. Już wyobrażałam sobie jej chód: stabilnie stąpa po ziemi, jakby kalkulując każdy krok, a jednocześnie patrzy spode łba na wszystkie psy, które mija. Bardzo ciekawa i smutna suczka, niestety.
— Sikorkowa Łapo, zostaw swoje koleżanki. Oszroniony Pysk cię woła. Czyżbyś zapomniała, że kazała ci się stawić na patrol?
— Jej, naprawdę? — wykrzyknęła suczka, zupełnie zapominając o tym, że miała dokończyć historię. Mnie to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, jednak Aronia wyglądała na zawiedzioną. — Jeszcze nigdy nie byłam na patrolu! Na polowaniu i treningu tak, ale patrol! To zupełnie co innego! Jak myślisz, mamo, czy na naszym terenie spotkam psy z innych klanów?! I będzie walka? Gwiezdni, Gwiezdni, łapcie mnie, bo zaraz umrę ze szczęścia!
— Sikorkowa Łapo, uspokój się — powiedziała Trujący Obłok bez żadnych emocji, lecz gdy jej córka wyszła w podskokach z legowiska, posłała za nią dumne i pełne miłości spojrzenie.
— Aronio i Konwalio… — Niespodziewanie Trujący Obłok zwróciła się do nas. — Wojownicy, którzy byli na polowaniu, mówili, że wyczuli zapach psa z Industrii. Tak sobie pomyślałam, no nie wiem… Może coś o tym wiecie? Przecież jesteście tak samo Ciemnymi, jak Płomiennymi psami.
Niemal czułam, jak emocje zaczynają buzować w Aronii. Trochę ją rozumiałam — miałam wrażenie, że będziemy musiały się dwa razy więcej starać, by ktoś nas zauważył, chociaż mi to wcale nie przeszkadzało. Dla mojej ambitnej siostry, marzącej o zostaniu kimś ważnym musiało to być prawdziwe piekło.
— Jesteśmy szczeniakami! — zawołała Aronia, a ja cicho jej podziękowałam, że to ona odpowiedziała wojowniczce, ponieważ nie miałam ochoty na koloryzowanie i kłamanie, bo — dobrze wiedziałam, że Malwowy Ogon wchodzi na tereny klanu Tenebris, a ponieważ jestem szczeniakiem, nie za wiele mogę z tym zrobić. Ale przecież nawet nie chcę nic robić, więc to mi nie przeszkadza. Zastanawiałam się, czy ktokolwiek mnie kiedyś zrozumie. Bywały takie chwile, że sama nie rozumiałam własnych myśli, nie mówiąc o zebraniu je w zrozumiałe słowa. Czułam się głupia i bezwartościowa, ale miałam cichą nadzieję, że mi to przejdzie wraz z zostaniem uczennicą.
— Ach, dobrze, dobrze... —Trujący Obłok kiwnęła nam głową, wychodząc ze żłobka. — Miałam takie dziwne przeczucie, że coś wiecie… No, ale nic.
Miałam dziwne wrażenie, że przez krótką chwilę zobaczyła moje myśli i moje serce niemal się zatrzymało ze zaskoczenia i może nawet strachu. Jednak wojowniczki już nie było, a ja pokręciłam tylko głową, próbując uporządkować moje filozoficzne myśli i rzuciłam do mojej siostry:
— Wybacz, ale chcę być sama.
Westchnęłam i powoli wyszłam ze żłobka, czując na sobie zaskoczony wzrok mojej siostry. Mój chód w niczym nie przypominał tych dostojnych, sunących kroków, które stawiałam zazwyczaj. Czułam się, jakby aura Trującego Obłoka zadziałała także na mnie. „O Gwiezdni, czy wy naprawdę tam jesteście?”.
<Aronio?>
[597 słów: Konwalia otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

27 kwietnia 2021

Od Aronii CD Konwalii

Siedziałam znudzona i patrzyłam na Konwalię. Ona patrzyła na mnie. Wymieniałyśmy się pustymi spojrzeniami oraz pustą mimiką. Bo co innego można tu robić? Może i byśmy rozmawiały lub grały w jakieś gry, gdyby nie to, że całkiem opuścił nas dobry humor. Zdążyłam już wcześniej znienawidzić każdy kawałek żłobka, a teraz będę musiała przesiedzieć tu całą porę nowych liści! Ciągle patrzeć na ten głupi mech, walące się ściany i słuchać trajkotania Sikorki, że będzie uczniem. Co mnie to obchodziło? Przecież dobrze o tym wiedziałam, każdy nim zostanie — prędzej czy później. Ja wolałam jednak prędzej, bo data bycia uczniem wyznaczała również koniec tej, jakże wspaniałej kary. Znudzona turlałam patyk w stronę Konwalii, która za każdym razem w milczeniu doturlała mi go z powrotem.
Kiedy kilka księżyców wcześniej członkowie klanu Tenebris uratowali nam życie, wyrywając z rąk dwunożnych, mój ojciec nie wyglądał na zmartwionego. Tłoczył się na czele wojowników, mimo iż wątpiłam, czy stawy mu wytrzymają, i łypał na nas oczami.
— CO TO MA ZNACZYĆ? — szczekał wściekle, niemal w furii, podczas gdy ja byłam przerażona, a Konwalia w ciszy obserwowała, co się zaraz stanie. — CO WY SOBIE MYŚLICIE, WYCHODZĄC PO NOCACH?
Oszroniony Pysk próbowała go, niestety nieskutecznie, uspokoić, bojąc się o jego zawał, ale Potok nie zamierzał tego tak zostawić. Wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć. Obawiałam się, czy nie zagryzie nas na śmierć, na szczęście nie zamierzał tego robić w obecności klanu.
Po zaniesieniu nas za karę do żłobka osobiście udał się do przywódczyni i wyjaśnił całą sytuację. Nikt nie pytał się, co my o tym myślimy, a nasz ojciec mocno koloryzował zdarzenie. Poprosił o samodzielny wybór kary dla szczeniąt. Ponieważ przywódczyni miała ważniejsze sprawy, tak się stało. Skalny nie ma zbyt wielkiej wyobraźni — stwierdził, że skoro uciekałam po nocach, to zatrzyma mnie w jednym miejscu bez możliwości wyjścia.
Nie było tak źle, bo przecież nie byłyśmy tam cały czas. Czasem jakiś pies zlitował się nad nami, i w jego obecności robiłyśmy sobie spacer lub zjadłyśmy prosto ze sterty zwierzyny.
Mimo to spędzałyśmy większość dnia, jeżeli nie cały dzień. Teraz kiedy było zimno i padał śnieg, dało się to znieść, choć z trudem. Jak tylko się ociepli, a wszystkie szczeniaki zaczną spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu, będzie to najgorszą męczarnią w moim życiu. Jeżeli jakimś cudem przeżyje do tego czasu, to i tak umrę przez zanudzenie na śmierć.
Chciałam porozmawiać na osobności z siostrą, co równało się wyrzuceniem wszystkich obecnych, znaczy to: Sikorki i Słodyczy.
— Jak tam twoja łódź? — spytałam się Sikorki, udając, że zapomniałam, iż wyszła za mała i zrezygnowała z robienia większej. — Pracujesz nad nią ciężko od księżyca, prawda? Dzisiaj jest tak pięknie, idealna szansa na jej wypróbowanie.
— Ooch, moja łódź! Ta, którą robiłam na wzór dwunożnych. — Sikorka pokiwała zgodnie ze mną głową. — Tak, masz rację. Chodź Słodycz, idziemy!
Słodycz wyszła za siostrą, rzucając mi jeszcze niepewne spojrzenie. Widocznie nadal nie zapomniała, jak trafiłam kamieniem jej brata. Miałam nadzieję, że kiedyś jej ta trauma zniknie. Nie chciałabym być niczyim przykrym wspomnieniem, a jej już na pewno. Była w końcu bardzo miłą i ułożoną suczką.
— Jaka szkoda, że nie mogę iść z wami — powiedziałam na pożegnanie, kiedy wychodziły. Sikorka współczująco się na mnie popatrzyła. Jestem pewna, że pomyślała: „Prawda. Przegapi takie wspaniałe wydarzenie!”.
— Co ty tam w zasadzie robiłaś? — powiedziałam zaciekawiona do Konwalii, wówczas gdy odgłosy kroków już ucichły. — W tej kryjówce z dwunożnymi. Dlaczego tam poszłaś?
Chciała mi odpowiedzieć, wszak do żłobka wszedł Skalny Potok. Moja siostra z głośnym plaśnięciem zamknęła pysk. Przeniosłyśmy spojrzenia na ojca. Pies usiadł.
— Przykro mi, że tak musiało się stać — zaczął z kamienną miną Potok — ale zawiodłyście mnie. Chcę, abyście wyrosły na wspaniałych wojowników i uczyły się na błędach. Nie swoich błędach, tylko innych. Wiecie, ile szczeniaków umarło przez wyjście ze żłobka?
Widocznie ani mnie, ani Konwalię nie interesowało to, mimo to Skalny Potok zaczął wymieniać długą listę imion. Połowę zmyślił, gdyż były dwuczłonowe. Z tego co wiedziałam, szczeniaki nigdy nie miały takich. Kiedy pies zrozumiał, że zorientowałyśmy się, nie zmieszał się, lecz kontynuował.
— Przywódczyni stwierdziła, że jest to zbyt ostra kara i powinienem wybrać inną.
Na moim pysku malowała się ulga, nie bacząc na drugą część zdania. Wątpiłam, czy może być gorsza kara.
— Postanowiłem, że pójdziemy na plażę.
Zaszczekałam z entuzjazmem. To ma być kara? Chyba nagroda. Najlepsza kara, jaka mogła istnieć. Nigdy nie pływałam i nie mogłam się doczekać, aż spróbuję. Konwalia sprawiała wrażenie przerażonej. Czy na pewno nic jej nie jest? Byłam naiwna.
Wyszłyśmy za ojcem w stronę neutralnych terenów klanów. Próbowałam zamienić parę zdań z siostrą, ale nie odzywała się. Wkrótce grunt pod naszymi łapami zmienił się, i przypominał jasne, twarde błoto. To zapewne zamarznięty piasek — pomyślałam, nie bez racji. Dotarłyśmy do wody. Była cała w lodzie, i nie rozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi. Jak mamy pływać w czymś takim? Nabrałam podejrzeń, ale nie wpadłam na to, co miało się wydarzyć. Konwalia wyglądała na spokojną, gotową odbyć każdą karę, jaka ma się wydarzyć.
— Za mną — krótko zakomunikował Skalny Potok.
W milczeniu poszłam za nim, pełna wątpliwości, a zaraz po mnie moja spokojna siostra. Zdezorientowana rozglądałam się na boki, a kiedy ujrzałam cel naszej wędrówki, zaorałam łapami i stanęłam przestraszona.
— Ojcze, ale to jest …
— Woda. Przyszliśmy popływać, prawda?
Chciałam, ale Potok był szybszy. Złapał mnie za kark, a Konwalii na wszelki wypadek zastawił drogę. Było to niepotrzebne. Suczka była rozluźniona i spokojna, nie sprawiała wrażenia chętnej do ucieczki. Ja natomiast nie byłam gotowa na wymierzenie takiej kary. Przecież ja nie chciałam! Gdybym wiedziała, jak to się zakończy, nigdy bym nie wyszła! Czy cena stania się dobrym wojownikiem była tak wysoka?
Rzucałam się na wszystkie strony, wtem poczułam szarpnięcie. Oddech zamarł mi w płucach. Myślałam, że minęły księżyce, zanim uderzyłam o lód. Cała dygotałam. Jak przez mgłę widziałam, że Konwalia również odbyła karę, teraz niewzruszona próbowała stanąć o własnych siłach.
Skalny Potok w milczeniu wyruszył w drogę powrotną, a my kulejąc z zimna za nim. Całą drogę przewracałam się, ale powstawałam, aby brnąć dalej. Zaczął padać mokry śnieg, co nie poprawiało mojego samopoczucia. Na całym ciele miałam małe kawałki lodu, które z biegiem czasu stawały się naprawdę ciężkie i uciążliwe. Czułam, że serce bije mi coraz wolniej.
Padłam jak nieżywa na posłaniu w żłobku, i poczułam, że zaczynam kochać to miejsce. Było bardzo ciepło pod szmatkami. Mech było bardzo trudno zebrać o tej porze, więc musiałam zadowolić się tym. Mimo to nie pamiętałam, kiedy ostatnio czułam się tak przyjemnie. Usłyszałam kroki, a zaraz potem głos Sikorki.
— Byłam w drodze ze Słodyczą, gdy przypomniałam sobie, że przecież żadnej łodzi nie ma. Ty też zapomnia… — urwała, kiedy zobaczyła, w jakim jesteśmy stanie.
— O Gwiezdni! — wykrzyczała, i prosząc o jakieś wyjaśnienia, przykrywała nas kolejnymi warstwami ze szmatek. Niestety nie mogłam jej odpowiedzieć, gdyż nie byłam do tego zdolna. Cały pysk zamarzł mi w jeden duży sopel lodu, ale na szczęście żyłam.
Zasnęłam w mgnieniu oka, a kiedy się obudziłam, widziałam odchodzącą, wraz z uczniem, medyczkę. Czułam, że na całej sierści mam jakąś maź.
— Ja... — wydukałam pierwszą część zdania, próbując wstać, ale zaniosłam się kaszlem, od którego czułam, że całe moje ciało drży.
— Nie mów nic i leż! — powiedziała Sikorka tak głośno, że myślałam, że to cały świat się zatrząsnął. — Wszystko wiem, Skalny Potok tłumaczył się Gwieździe. Ona nic nie może zrobić, bo sama kazała mu w końcu wybrać karę.
Zaczęła wszystko mi tłumaczyć, a je wygodniej usadowiłam się na posłaniu. Z każdą chwilą czułam się lepiej. Wsłuchałam się w Sikorkę, mówiącą o wszystkim, co wydarzyło się kiedy spałam.
<Konwalio? Może się odezwiesz? Tylko nie o Gwiezdnych, błagam>
[1234 słowa: (kurwa, jak idealnie) Aronia otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

22 kwietnia 2021

Od Konwalii CD Aronii

Czułam, jak strach rozchodzi się po moim ciele, paraliżując wszystkie kończyny i upośledzając pracę mózgu. Zamrugałam, widząc, że Dwunożny zamachuje się na mnie ciężkim przedmiotem. W ostatniej chwili odturlałam się na bok, tym samym rozwścieczając mojego przeciwnika.
— Konwalio, już pędzę! — zawołała Aronia, a ja spostrzegłam, że biegnie w moim kierunku. Jednak grupka siedzących na ziemi Dwunożnych zaczęła bić na wszystkie strony jakimiś kijami, chcąc więc utrzymać się przy życiu, Aronia powinna zrezygnować z prób przedostania się do mnie. A jednak nie zrezygnowała. Naprawdę nie rozumiem niektórych psów. Narzekają i smucą się, że kiedyś umrą — a gdy mają możliwość zrobienia czegoś głupiego, to to robią. A ponieważ robią rzeczy głupie, z niskim prawdopodobieństwem sukcesu — to im się nie udają. A potem płaczą, umierając. I jak kogoś takiego zrozumieć?
— Uważaj! — krzyknęłam, ostrzegając siostrę przed pędzącym na nią z góry metalowym urządzeniem Dwunożnych. Aronia wykonała szybki zwrot i udało jej się w porę umknąć. Lawirowała pomiędzy stosami kartonów, a jej długie nogi znacznie jej to ułatwiały. Niemal cały czas wydawało mi się, że zaraz się poślizgnie, bądź zostanie zmiażdżona. W takich chwilach wykrzykiwałam z trwogą: „O, Gwiezdni!”, mając nadzieję, że dodaję siostrze animuszu. W końcu udało jej się do mnie dotrzeć.
— Co teraz robimy? — zapytała się Aronia, stając obok mnie. — Musimy stąd jak najszybciej wyjść.
Zerknęłam na nią — mocno dyszała i była cała obryzgana krwią, która zlepiła jej sierść. Na pysku miała kilka zabitych i rozwalonych much, które się z nią zderzyły. Zastanawiałam się, czy ja także wyglądam tak… naturalnie.
— Masz zamiar coś zaproponować, czy będziemy tak bezczynnie czekać, aż umrzemy? — warknęła poirytowana.
Nie zdążyłam jej odpowiedzieć, gdyż nagle usłyszałam dziwny odgłos. Nadstawiłam uszu. Ktoś próbował otworzyć wejście dla Dwunożnych, skacząc na klamkę!
BUM.
Poczułam na sobie pytający wzrok Aronii, jednak nie zareagowałam. Jak przez sen zauważyłam, że drzwi Dwunożnych się otwierają, wpuszczając do ciemnego pomieszczenia snop świtającego słońca i oświetlając grzbiety klanowych psów.
— KONWALIO I ARONIO! — ryknął nasz ojciec. — Co to ma znaczyć?!
<Aronio?>
[321 słów: Konwalia otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

19 kwietnia 2021

Od Aronii CD Konwalii

Ponieważ nie miałam wiele czasu na działanie, zrobiłam pierwszą rzecz, o której pomyślałam — a był to najbardziej naturalny z naturalnych odruchów, jakie kiedykolwiek przyszły mi do głowy, chociaż lekko dla mnie obrzydliwy. Odgryzłam palec tej paskudzie, i naprawdę, nie wiem, jak mi się to udało. Moje małe zęby musiały być w rzeczywistości bardzo ostre lub gryzłam pod dobrym kątem. Dosyć o oderwaniu tej części ciała. Dobry los albo Gwiezdni sprawili, że palec wisiał na włosku, a dwunożny szczekając wniebogłosy, upuścił mnie na kamienną podłogę. Upadek nie był wcale przyjemny, mimo to niemal natychmiast poderwałam się do biegu. Zbyt pośpiesznie, ponieważ poślizgnęłam się, aby znów stanąć niepewnie na nogach. Szybko się oglądnęłam. Chyba nic poważnego mi nie jest, chwała upadkowi. Moja siostra miała jednak poważniejszy i bliższy spełnienia problem niż możliwość połamania kończyn.
Postarałam się wbiec jak najszybciej pod nogi, dwunożnemu trzymającego moją siostrę. W głowie ukazała mi się wizja, jak je podcinam. Zaiste, wielki akt odwagi, oraz, co więcej, wyobraźni. Byłam oczywiście zbyt słaba, wolna i mała, aby wykonać operację, przez co stworzenie nie zwolniło uchwytu, jedynie lekko się zachwiało i bardziej zdenerwowało. Z oczu niemal bił mu niczym niekontrolowany mord. Widziałam już takie spojrzenie — u Krwawego Zewu, kiedy ze snu wybudziła go woda (…ups). Może sprawiła to butelka, którą dotychczas trzymał w dłoni, a dzięki mojej operacji wypadła mu z dłoni. Plus był taki, że nie wlał jej zawartości do pyska mojej siostry. Wątpię, aby należała do ulubionych napojów bliźniaczki. Szkło z butelki, które roztrzaskało się na miliony kawałków, skutecznie mnie spowolniło. Zapiszczałam, próbując nie nadepnąć na żaden z odłamków. Kolejna lawina śmiechu, niech przodkowie ich przeklną.
— Gwiezdni, och, dlaczego muszę umrzeć w tych męczarniach? — Konwalia marudziła, jakby cały nasz los był przesądzony. Ja jednak wierzyłam, że z odrobiną pomocy od przodków uda nam się zwiać, bądź zginąć z większym honorem. Lepsza honorowa i krwawa, niż nędzna z dala od klanu! Siostra postanowiła popatrzyć się na mnie spokojnym, acz ponaglającym spojrzeniem. Ubzdurałam sobie, bądź sprawiła to krew dwunożnego, która wlała mi się do uszu, że jest w nim wielkość i przyśpieszyłam. Naprawdę, nie musiała mnie zachęcać. Na moich małych nóżkach biegłam ile sił.
W ciągu uderzenia serca, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo jestem wolniejsza, skoczyłam pokracznie w bok, chcąc ominąć większy kawałek szkła. Super! Rzecz w tym, że dwunożny w tym samym momencie podniósł stopę, przez co posłał mnie na koniec pomieszczenia. Jeżeli myślałam, że skaczę w ciągu uderzenia serca, to on zrobił to szybciej niż ja, gdybym miała w sobie krew klanu Ventusu. Uderzenie nie było mocne, bo spowolniła je leżąca w kącie tektura, ale wystarczyło, bym przez chwilę była oszołomiona. Zdezorientowana popatrzyłam na sterty kartonów, na które wpadłam, wprawiając w śmiech dwunożnych. Oczywiście, tych z kompletem palców. Mój przyjaciel nie był w aż takim dobrym humorze. Jaka szkoda.
Konwalii udało się w jakiś sposób wyczołgać z uchwytu dwunożnego, i podnosząc się z podłogi, ruszyła w stronę dziury. Była jednak zastawiona przez wstających z ziemi oprawców, dlatego zmieniła zamiary i pognała w przeciwnym kierunku. Dwunożni śmiali się do łez z oderwanego palca, który leżał teraz zakrwawiony na ziemi, co przypomniało mi o krwi na mojej sierści. Właściciel, że tak to nazwę „zguby” nie wyglądał jednak na rozbawionego. Zaczął podnosić z ziemi przedmioty, co zaraz powtórzyli jego towarzysze, aby bić się wszystkim, co miał pod ręką. Zataczali się i śmieli przy tym. Jeden z nich obmacywał podłogę, szepcząc coś, prawie miażdżąc mnie swoimi gigantycznymi łapami. Chęć przeżycia wygrała nad oszołomieniem, więc poturlałam się długość psiego skoku dalej, co na szczęście wystarczyło. Powoli odzyskiwałam świadomość.
W powietrzu latały skrzynki, puszki oraz inne rzeczy, które znaleźć można w typowym dwunożnym składzie. Cóż, ja nie bywam w nich zbyt często, więc nie pomogę wam w ich nazywaniu. Musicie poradzić sobie sami. Były to patyki, z kolorowymi zakończeniami, dużo, dużo pudełek oraz kawałki materiału. Nie wiem, po co to komu, ale widocznie teraz znalazło nowe zastosowanie. Ulubionym manewrem bitewnym dwunożnych było podcinanie sobie łap kolorowymi kijami. Niezbyt zabawne, lecz skuteczne, dlatego postanowiłam to zapamiętać. Może mi się kiedyś przydać.
Próbowałam we wszechobecnych chaosie odnaleźć moją siostrę. Zdecydowałam się wspiąć na jedną z gór pudeł, aby ją zobaczyć. Przeszkadzały mi w tym latające przedmioty, latający dwunożni oraz latające stada obudzonych much. Kiedy powyjmowałam je sobie z oczu, zobaczyłam, iż Konwalia miała nie lada problem. Jeden z latających w powietrzu przedmiotów przygwoździł ją do ziemi, a charakterystyczny dwunogi bez palca wziął jakiś ciężki przedmiot, aby następnie z furią zamachnąć się na nieruchomo leżącą suczkę. Nie miotała się. Konwalia leżała cicho, patrząc się w niebo. Czy może odmawiała modlitwę do Gwiezdnych?
Nieważne! Rzuciłam się przerażona na przód, chcąc zapobiec następnemu ciągu wydarzeń. Zbiegając ze sterty kartonów, już po chwili straciłam rozeznanie w terenie, ponieważ jeden z nich wylądował na mnie.
— NIE! — wrzasnęłam tak głośno, że wszyscy dwunożni podskoczyli. Źle to sformułowałam, to był ryk. Ryk, najgłośniejszy i najprawdziwszy ryk, od którego mogłyby się zapewne zatrząść ściany. Jeżeli nawet miało to miejsce, byłam zbyt oślepiona furią, aby to zauważyć.
BUCH.
Tak, byłam gotowa na wszystko. Niemal pewna, że to koniec. Usłyszałam jednak uderzenie o ziemię, oraz pisk mojej siostry. Dało mi to wiarę. A może jednak…? Pierwsza próba uderzenia była nieudana. Nawet jeśli przez chwilę poczułam cień nadziei, że uderzenie się nie powtórzy, odgłos przekleństw był dla mnie wystarczającym dowodem na przeciwność losu. Wstrzymałam oddech, prąc na oślep, ponieważ coś mi podpowiadało, że tym razem trafi w cel. Czy naprawdę nikt nie może go powstrzymać? Gwiezdni, ześlijcie nam ratunek!
<Zwalcz tych panów kwiatku>
[904 słowa: Aronia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Konwalii CD Aronii

Ze wszystkich stron otaczała mnie ogołocona roślinność, przysypana śniegiem. Wciągnęłam w płuca ostre, zimowe powietrze i powoli zbliżyłam się do zabytkowej dobudówki z kamienia. Stąpałam powoli, starając się, by nikt mnie nie usłyszał. Miałam nadzieję, że krzaki tworzą wystarczającą zasłonę przed oczami ciekawskich psów. Naprawdę nie chciałam, by ktoś mnie zauważył. Weszłam powoli i zamrugałam, by przyzwyczaić moje oczy do ciemności. To małe pomieszczenie odkryłam kilka wschodów słońca temu. Nie chciałam go oceniać — niektóre psy nazwałyby je cichym i wspaniałym, inne przerażającym. A czy przerażające było? Cóż, a jaka jest definicja przerażenia? Zastraszające, upiorne, wstrząsające? Każdy pewnie odpowie inaczej, ponieważ samo przerażenie ma wiele definicji. Jedni są przerażeni na widok myszy, inni boją się obcych psów. Nie skupię się więc nad atmosferą, lecz nad wyglądem tego miejsca. Opiszę je w zrozumiały dla większości psów sposób, który jak dla mnie jest zwyczajny i dość zawiły. Dobudówka jest więc dość ciemna, jednak nie wystarczająco, by nic tam nie żyło — kilka nędznych roślinek walczy w tym miejscu o przetrwanie. Pachnie tam także dość nieprzyjemnie — jakimś trunkiem Dwunożnych. Co do samych Dwunożnych — trudno stwierdzić, czy tu przychodzą często, czy już zaprzestali; ich woń tłumią inne zapachy. Na wszelki jednak wypadek postanowiłam przychodzić tu dość rzadko i być ostrożna. Jednak sama częstotliwość tej rzadkości się zmienia. Ale, czy to nie jest wpisane w definicje rzadkości? Rozglądnęłam się zadowolona po rozległym pomieszczeniu. W pokoju panował półmrok. Jedyne źródło światła stanowiło małe okienko na jednej ze ścian. Wpadały przez nie promienie leniwie wschodzącego słońca, które oświetlały drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Tak, to było piękne, acz także tajemnicze miejsce. Usiadłam na zimnej podłodze i zaczęłam węszyć. Wyczułam… moją siostrę? I chyba jeszcze kogoś…
— Aronio…? — wyjąkałam z trudem. Jak widać, moja tajemnicza kryjówka przestała być tajemnicą. Chociaż… Psy przecież dzielą się tajemnicami, a jednak czy te tajemnice są nadal tym samym? Tym, co ukrywamy za wszelką cenę i jesteśmy spięci, ilekroć ktoś próbuje to wydłubać siłą?
— Konwalio! — szczeknęła Aronia. — Na Gwiezdnych, co to za miejsce? Wejście było tak małe, że ledwo się przez nie przecisnęłam!
To było prawdą — wejście, które było stworzone dla Dwunożnych, było zamknięte, więc można było wejść tylko przez minimalnej wielkości dziurę w ścianie. Byłam świadoma tego, że i tak za księżyc, może dwa, przestanę mieścić się w wejściu i będę musiała się pożegnać z tym czarodziejskim miejscem.
— Nie wiem — odpowiedziałam jej, ponieważ naprawdę nie wiedziałam, czym to dokładnie jest.
Chciała mi odpowiedzieć, lecz obie podskoczyłyśmy zaskoczone. Uderzył w nas świeży, ohydny zapach Dwunożnych. Więc jednak Dwunożni są tutaj częstymi gośćmi.
— Czujesz? — syknęła Aronia, panicznie się rozglądając. — Tutaj są Dwunożni!
— Czuję — odparłam. — Jak myślisz, co tutaj robią?
Aronia zaczęła nasłuchiwać. Na jej pysku pojawił się wyraz ulgi. Zaintrygowana zaczęłam nasłuchiwać wraz z nią. Usłyszałam ciche, miarowe oddechy bezwłosych stworzeń. Musieli tu być przed nami!
— Chyba śpią — powiedziała niepewnie. — Chodź, wyjdźmy stąd, byle szybko.
Pokiwałam na znak zgody głową i podreptałyśmy w stronę dziury w ścianie. Puściłam Aronię przodem. Miałam nadzieję jeszcze chwilę zostać w tej wyjątkowej kryjówce. Nadal nie dotarło do mnie, że znajdują się tutaj Dwunożni, którzy zagrażają mojemu jak i Aronii, bezpieczeństwu, zdrowiu czy nawet życiu. Dodatkowo ich oddechy zaczęły tracić swój miarowy rytm.
— Teraz ty — wysapała Aronia, która już zdążyła się przecisnąć przez szparę i czekała na mnie po drugiej stronie ściany.
Powoli położyłam się i szurając brzuchem o podłogę, zaczęłam przepychać się przez dziurę. Gdy już niemal znalazłam się na świeżym powietrzu, poczułam przeszywający ból w ogonie, który niczym błyskawica rozciął moje ciało.
— Au! — wydałam z siebie cichy pisk. — Mój ogon!
Zapewne jakiś Dwunożny złapał mnie i próbował przeciągnąć z powrotem do dobudówki. Zaryłam pazurami, próbując wydostać się na zewnątrz, jednak podłoże było zmarznięte i twarde, przez co moje wysiłki na niewiele się zdały. Czując, że tracę siły, posłałam Aronii spojrzenie, które mówiło, by pędem pobiegła do obozu i nie oglądała się za siebie. Ona jednak zignorowała moją niemą prośbę i posłuchała kodeksu wojownika, który mówi, że nie wolno zostawiać szczeniaka w niebezpieczeństwie. Jednak widziałam trochę przeciwności — Aronia sama była szczeniakiem. Na dodatek, nie była wojownikiem. Poza tym, czy klanowi przydałoby się, żeby i jej się coś stało? Nie. Gdy się komuś nie pomoże, to zarzucają ci brak lojalności. Gdy się komuś pomoże, to czasami się umiera. I co, czy dodatkowa ofiara w czymś pomogła? Nie. Klanowi przyda się żywy wojownik. Bo jeden wojownik lepszy niż żaden. Zdałam sobie jednak sprawę, że to, co dla mnie było brednią, dla niej było rzeczą oczywistą. I to kolejny dowód, jak różne mogą być zdania, co wcale nie oznacza, że jedno z nich będzie złe. Nie miałam jednak zbyt dużo czasu na rozmyślania, ponieważ trafiłam w łapska Dwunożnego. Bił od niego taki smród, że aż zakręciło mi się w głowie. Nigdy nie uważałam Dwunożnych za najpiękniejsze stworzenia, chociaż to nie było ich winą. Ten natomiast, który mnie trzymał, był wyjątkowo paskudny. Zębów prawie nie miał i miał chyba jakiś problem z oczami, przez co widział jedynie swój nos. Trochę było mi go szkoda. Nie minęło sporo czasu, gdy zataczając się, nadbiegli pozostali Dwunożni, którzy śmiali się spowolnionym rechotem i zaczęli mnie ciągnąć za sierść.
— Konwalio, zaraz cię uratuję! — zawołała Aronia i spróbowała złapać Dwunożnego za tylną łapę. Oczywiście, jej się to nie udało.
Bezsilnie patrzyłam, jak Dwunożni łapią także ją, po czym śmiejąc się głupkowato, ciągną nas za uszy i coś do nas szczebioczą. Starałam się zachować spokój, co wcale nie było łatwe, ponieważ te dziwne stworzenia wpadły na pomysł, że otworzą nam szeroko pyski. Zbierało mi się na wymioty, gdy wielka, śmierdząca łapa Dwunożnego zaczęła mi macać język. Znów wybuchli głośnym śmiechem i jeden z nich uniósł wysoko zielony pojemnik ze śmierdzącym trunkiem. Butelka powoli zbliżyła się do naszych pysków.
— Nhree! — próbowała krzyknąć Aronia.
Ja natomiast powoli zaczynałam rozumieć, dlaczego szczeniaki nie powinny same wychodzić z obozu. Zamknęłam oczy i pomyślałam jedynie: „O, Gwiezdni. Proszę tylko o szybką i możliwie bezbolesną śmierć”.
<Aronio, nie wysłałabym tego, gdyby nie ty, co wcale nie oznacza, że jestem tobie wdzięczna. Wręcz przeciwnie. Nienawidzę cię>
[970 słów: Konwalia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

16 kwietnia 2021

Od Aronii do Konwalii

Podążałam ciemnym korytarzem, rozglądając się pilnie na boki. Podłoże trzeszczało, przypominając mi, że każdy nieuważny krok może być również moim ostatnim. Mijałam kolejne sterty gruzów, i porozrzucanych, zapomnianych przedmiotów dwunożnych. Kiedy podłoga pod dotykiem mojej łapy zatrzeszczała głośniej niż zwykle, cofnęłam się szybko, a moja noga zawadziła o jakąś starą i brudną rzecz. Zdmuchnęłam kurz. Wyglądała jak mały dwunożny, miała pozlepianą sierść i jakąś ciekawą narzutkę. Powąchałam ją. Od jak dawna czekała tutaj, aż jej właściciel ją znajdzie? Czy straciła już nadzieję? Wzięłam ją do pyska, ogarnięta współczuciem i ruszyłam dalej. Pomogę jej się wydostać — postanowiłam — pomogę jej znaleźć nowy dom tak jak nasze klany. Mimo iż ciekawy przedmiot utrudniał mi zadanie, po dłuższej chwili przeskakiwania przez gruzy dotarłam do końca korytarza. Ściana była zburzona, dzięki czemu mogłam wyjść na zewnątrz. Ogarnęłam wzrokiem najbliższy teren.
Od dłuższego czasu szukałam innego wyjścia z obozu. Miałam dość siedzenia w żłobku. Znudziły mi się przesłuchane setki razy historie, narzekania Sikorki „że chce wyjść i zrobić coś fajnego”, piski smutnej Słodyczy oraz uczucia ciężaru choroby Fiołka na plecach. Czułam się, jakbym to ja mogłam umrzeć w każdej chwili, a chociaż nieodparcie kochałam siostrę, zmęczyło mnie już to. Lubiłam wymykać się na samotne spacery, a ostatnimi razami bardzo się to nasiliło. Czułam nieodpartą chęć zwiedzenia świata, mimo iż dla psów z klanów był on całkiem malutki. Co jednak znajdowało się poza naszymi terytoriami? Wiedziałam, że mogłabym odwiedzić nasz stary dom. Trudnym zadaniem było połączenie tego zamiaru z niemartwieniem ojca, który oczywiście, nie życzył sobie samotnych wędrówek. Uważał, że szczeniaki nie mogą same nigdzie chodzić. Przyznawałam mu rację, lecz mój instynkt popychał mnie w coraz to nowsze wyprawy. Nie chciałabym, aby zamartwiał się o mnie. Nie byłam wcale taka mała, z dumą mogę powiedzieć, że przypominałam wyglądem młodego ucznia. Czy to wszystko, czego chce, zaraz mi się uda?
Podekscytowana zbadałam najbliższy teren, nie chcąc się natknąć na patrol. Szczerze muszę stwierdzić, że w swoim szczęściu nie zrobiłam tego zbyt starannie. Oczami jednak nie patrzyłam na teren, lecz widziałam już, jaka awantura wybuchłaby, gdyby mnie znaleźli. Czyż nie miałam być właśnie w legowisku medyczki, u Cytrynka, który od mojej ostatniej porażki — lub raczej z jej powodu — został ranny? Przynajmniej na coś się przydała Sikorka, która zamiast wciągać mnie w następne kłopoty, pomogła mi. Zastąpiła moje miejsce, dzięki czemu mogę być tu teraz. Podziękowałam jej w duchu.
Samotnie błąkające się szczeniaki są dobrym materiałem na obiad dla drapieżników, jednak przecież jesteśmy na obrzeżach miasta. Niby jakie niebezpieczeństwa mogą tu się czaić?
Przecisnęłam się przez gęste i kłujące krzaki, które na moim futrze zostawiły po sobie ślady w postaci liści. Wiedziałam, że będę później miała niezłą zabawę z ich wyciąganiem. Błoto chlupało mi pod łapami, dając wrażenie głośniejszego, niż w rzeczywistości było. Bałam się, że ktoś naprawdę mnie obserwuje. Tak też zresztą czułam. Wyściubiłam więc nos z gąszczy i starałam się wyłapać zapach klanu Tenebris. Żadnych śladów, dziwne.
Znalazłam dogodne miejsce, w którym złożyłam szorstkie znalezisko z ruin. Pożegnałam się z nim w myślach.
— Niech gwiezdni będą z tobą — szepnęłam, i pobiegłam, ciesząc się z wolności i swobody. Czułam, że łapy mogą unieść mnie nawet na ten księżyc, który właśnie zobaczyłam. Czy tak czują się ptaki? Czy mogą polecieć dokądkolwiek, nie męcząc się wcale? Ja jednak zmęczyłam się, a jak już dotarło do mnie, że słońce ustąpiło miejsca księżycowi, zawróciłam do obozu. W drodze powrotnej dokładniej w miejscu, w którym poprzednim razem wyczuwałam czyjąś obecność, stanęłam po raz wtóry, teraz jednak nie bez przyczyny. Przyczyną nie były krzewy, poczułam bowiem słaby, znajomy zapach.
— Konwalio, czy to ty? — spytałam się i obróciłam wokół własnej osi, wypatrując intruza. Wolałabym być sama, jeżeli jednak Gwiezdni naprawdę zasłali mi niechcianego towarzysza, to wolałam ją od niedźwiedzia. Ona nie zrobi mi krzywdy. Byłam tego prawie, prawie pewna.
<Konwalio, obawiam się że teraz wchodzisz ty>
[623 słowa: Aronia otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]