Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzaczasty Cień × Dyniowy Szkwał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzaczasty Cień × Dyniowy Szkwał. Pokaż wszystkie posty

11 maja 2021

Od Krzaczastej Łapy CD Dyniowej Łapy

Musiał przyznać, że przeszył go dreszcz na te słowa. W głosie Dyniowej Łapy słychać było szczere poruszenie, ale dźwięk był raczej chrapliwy, jakby medyk przeciął mu struny głosowe kamieniem. Oczy Krzaczastej Łapy zalśniły tym błyskiem, który pojawiał się tylko wtedy, kiedy był czymś bardzo przejęty.
— Spróbujmy więc.
Zalśnił arogancją. Nie był zbyt specjalnie narcystyczny, a przynajmniej za narcyza się nie uważał — wiedział, na co go stać i na podstawie tych wniosków określił własną wartość.
Zaatakował pierwszy. Dynia zawsze był od niego szybszy, więc i tym razem odskoczył, ale jego ruchy wydały się Krzaczkowi spowolnione, więc dorwał go mimo wszystko, całym ciężarem ciała rzucając go na ziemię. Przeciwnik spróbował się podnieść, ale kiedy to nie dawało skutku, na karku Krzaczastej Łapy rozbłysła świeża plama krwi od ugryzienia brata,
Puścił go, odsuwając się tylko na chwilę. Zaszarżował, przednimi łapami z wyskoku przytrzymując ciało Dyniowej Łapy, na co ten odpłacił się identycznym ruchem. Pod pazurami obojga wystrzeliła krew, ale to Krzaczkowi nie wystarczyło, więc zacisnął szczęki na szyi rudego.
Był silniejszy. Walczyli jak równy z równym i wspólnie mogli korygować własne błędy; Dyniowa Łapa był szybszy, Krzaczasta Łapa zręczniejszy. Zacieśnił ucisk i uniósł Dynię na kilka centymetrów w powietrze.
Oboje stracili oddech. Dyniowa Łapa podduszony, Krzaczasta Łapa z bólu, bowiem pies wraz z uniesieniem rozorał mu pazurami skórę.
Puścił go tak szybko, jak go uniósł i fuknął, kiedy osłabione ciało Dyniowej Łapy zderzyło się z ziemią, a pies zaczął się krztusić własną chorobą i utratą oddechu.
— Nie jesteś sobą, Dynia — mruknął Krzaczek, siadając naprzeciw zbierającego się brata i omiatając go sympatycznym spojrzeniem.
— Co masz na myśli? — Rudzielec otrzepał się z własnej krwi i resztek śliny pozostałych na futrze.
Krzaczasta Łapa miał szczerą ochotę pomóc mu wstać. Bądź co bądź, byli braćmi, w dodatku bliskimi sobie braćmi, nawet jeśli ich związek ograniczał się do zdrowej rywalizacji, wspólnych treningów i paru(nastu?) walk w ciągu sezonu. Wspólne DNA przekazało im jednak to, że tak samo nienawidzili litości, więc Krzaczek lustrował wzrokiem każdy ruch wstającego Dyni.
— Byłeś u medyka, prawda?
Dynia fuknął w odpowiedzi.
— Nie będę z tobą walczyć, jeśli mam przewagę — westchnął. — Jesteśmy braćmi, więc bądź, kurwa, moim bratem, i walcz ze mną jak równy z równym.
— Mogę jeszcze raz-
— Nie — uciął.
Dyniowa Łapa warknął, zapewne gotowy do odwetu, gdyby nie fakt, że obok zawtórował im trzeci głos.
— Krzaczasta Łapa mentor Krzaczastej Łapy mentoruje teraz Dyniowej Łapie?
— Kurwa, znowu on — jęknął.
Zdecydowanie za mało mówił „kurwa”, zwłaszcza na widok Brzozowego Kła, który panoszył się z tym swoim perlistym uśmiechem.
Dyniowa Łapa zmarszczył brwi. Klan nieczęsto widział ich razem, mimo że Nakrapiana Gwiazda na mianowaniu uczniów wyraziła się jasno, że to Brzozowy Kieł został mentorem Krzaczka. Wolał już, żeby jego mentorem została mrówka, niż ten stary chuj.
— Gotowy na trening? — zaświergotał.
Nawet z odległości kilku lisich skoków Krzaczasta Łapa był w stanie dojrzeć, jak sierść Brzozowego Kła jeży się nieprzyjemnie, a jego mięśnie drgają, zmuszając się do ogromnego wysiłku. Zmuszał się do stania na zmasakrowanej łapie, mimo że Krzaczek doskonale widział go kulejącego. Z każdym kolejnym dniem od dnia, kiedy wdał się w walkę ze swoim mentorem, coraz rzadziej zaglądał ukradkiem do legowiska medyka, żeby sprawdzić, czy stary chuj w ogóle żyje, ale doskonale zapamiętał, że jeszcze kilka dni temu podejrzał Brzozowego Kła wyjącego z bólu i proszącego Podgrzybkową Sierść o garść maku na ból.
— A wyrobiłeś już kartę inwalidzką? — mruknął gorzko, złośliwie zerkając w stronę niesprawnej łapy mentora.
— Przezabawne. — Nikt się nie zaśmiał. — Podgrzybkowa Sierść powiedział, że mogę już wrócić do treningów z tobą.
— Mhm. Gdybyś jeszcze miał do czego wracać.
— Nie słyszałem, żebyś był mianowany.
— A ja nie słyszałem, żebyśmy kiedykolwiek prowadzili trening.
Warknął, odwracając się znowu do Dyniowej Łapy, żeby pchnąć go w stronę wyjścia z legowiska uczniów.
— Poza tym mam ważniejsze sprawy na głowie — dodał.
— Masz na myśli mentorowanie Dyniowej Łapie?
— Nikt mi nie mentoruje — syknął Dynia, wbijając pazury w łapę popychającego go Krzaka.
— Słuchajcie, też mam dzieci — jęknął Brzozowy Kieł, teatralnie przewracając oczami, jakby chciał podkreślić to, że ma do czynienia co najwyżej z bywalcami żłobka. — Co prawda nie są tak nieznośne i nie próbują mnie zabić, ale je mam. No i też kiedyś byłem uczniem, a…
— Do rzeczy — prychnęli jednocześnie.
— Jeden na dwóch.
Krzaczek zamrugał kilkukrotnie. Zaczynał coraz bardziej podejrzewać, że Boomerowy Kieł był masochistą. Irytowało go, że musiał udowadniać swoje umiejętności przed starym chujem, który w dodatku ledwo trzymał się na łapach, ale nie mógł przepuścić żadnej okazji; tym bardziej że miał obok siebie Dynię. Nawet jeśli stary chuj był tylko idiotą, Dyniowa Łapa był dla Krzaka kimś, z kim warto byłoby walczyć przy swoim boku.
Nie zdążyli odpowiedzieć, bo Brzozowy Kieł skoczył w pierwszej kolejności na Krzaczastą Łapę. Rudy zareagował dostatecznie szybko, żeby do starcia doszło w powietrzu, a psy kłapnęły na siebie szczękami, skutecznie zostawiając blizny na pysku i nosie. Dyniowa Łapa rzucił się na przeciwnika od boku i, jak na złość, zaatakował akurat niesprawną łapę wojownika, bo białka oczu Brzózka wywróciły się do góry nogami, a on upadł, przytrzymywany przez dwóch braci.
Krew szumiała w uszach Krzaczastej Łapie. Ten kretyn znowu doprowadził go do szału i chciał mu za wszelką cenę pokazać, kto tu rządzi, ale zanim dorwał się do jego osłabionego ciała, Dyniowa Łapa odepchnął pysk Krzaka od ich przeciwnika.
— Stój — mruknął. — Chyba zemdlał.
Z gardła Krzaczka wydobył się zdesperowany warkot. Znowu wygrał — a w zasadzie to wygrali — ale w jego głowie nie pojawiła się ani krztyna satysfakcji. To nie była równa walka. Ten stary dureń znowu odpadł za szybko; zbyt szybko, żeby Krzaczasta Łapa poczuł się w ogóle usatysfakcjonowany przelaną krwią mentora.
Dyniowa Łapa bezsłownie zaszedł bok Brzozowego Kła, schylając się, żeby podeprzeć półżywe ciało wojownika. Krzaczasta Łapa osłonił mentora z drugiej strony, a kiedy ruszyli do Podgrzybkowej Sierści, ich korowód zamykał ostatni członek formacji: niesprawiedliwość.
 
Ktoś powinien zdecydowanie wcześniej powiedzieć Podgrzybkowej Sierści, że stos pudełek nie maskuje dźwięków z jego legowiska.
— Podgrzybku — syknął słabym głosem Brzozowy Kieł — masz jeszcze trochę maku?
Krzaczasta Łapa oparł pysk na łapach, ułożony z drugiej strony kartonów. Był pogrążony we własnych, kolejno niesatysfakcjonujących myślach i potoku słów sprzeczających się Brzozowego Kła, Podgrzybkowej Sierści i Nakrapianej Gwiazdy, kiedy tuż obok niego przysiadł się milczący Dynia.
— Brzozowy Kle, wyjadłeś prawie wszystkie moje zapasy!
— Tylko trochę…
Rozległo się zmartwione westchnięcie Nakrapianej Gwiazdy.
— To chyba koniec — mruknęła.
— Jeszcze nie umieram, siostrzyczko — odparował Brzozowy Kieł, ale ból w jego głosie nie brzmiał ani trochę przekonująco.
— Nie to — syknęła. — Spróbowałbyś. Nie możesz być mentorem Krzaczastej Łapy.
Zapadła cisza. Krzaczasta Łapa mógł dosłyszeć jedynie szeleszczące zioła Podgrzybkowej Sierści i chrapliwy oddech Dyniowej Łapy.
— Daj mi czas.
— Nie mogę dać ci więcej czasu, jeśli on go nie ma — warknęła. — Wydobrzejesz. Dzisiaj obwieszczę, że mentorem Krzaczastej Łapy zostanie Opalowy Promyk.
Parę pudełek przewróciło się, kiedy Brzozowy Kieł wstał gwałtownie.
— Na Gwiezdnych, chyba cię pogięło! — wysyczał. — Lubię tego wrednego młodzika. Będzie idealnym wojownikiem, jeśli nauczę go pokory.
— Której ty nie masz — skwitowała — ale ktoś inny, jakkolwiek pizdo- um, nieporadny by nie był, ma. — Westchnęła, potrząsając łbem. — Wierzę w Opalowego Promyka.
Krzaczasta Łapa uniósł łeb, pierwszy raz w życiu posyłając Dyniowej Łapie przerażone spojrzenie, którego na szczęście on nie mógł dojrzeć.
<możesz skończyć wątek, odpisać albo przekierować go do opalka idk jak chcesz>
[1171 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

5 maja 2021

Od Dyniowej Łapy CD Krzaczastej Łapy

Zaskoczony propozycją brata w pierwszej chwili nie był pewien, co powinien odpowiedzieć. Mógł uznać to za zniewagę, jednakże zniewagą to na pewno nie było. Krzaczek (a właściwie już Krzaczasta Łapa), był chętny poćwiczyć z bratem, który urodził się bez jednego ze wspanialszych zmysłów. Dynia, będąc także zaciętym psem, pragnącym udowodnić innym, że się nadaje do poważnych zadań oraz wyzwań, uniósł wyżej łebek, uśmiechnął się i kiwnął głową. Krzaczek odwzajemnił uśmiech, za którym kryło się podniecenie związane nadchodzącą walką, po czym zamknął oczy, jak wcześniej zaproponował.
Zaczęli.
Dynia nie był mistrzem w korzystaniu z innym zmysłów, jednakże na pewno z większą precyzją był w stanie określić pozycję wroga (w tym wypadku brata) po wibracjach, odczuwalnych przez łapy. Skupiając się, próbował znaleźć kierunek, z którego nadchodzi przeciwnik i w ostatnim momencie odsunął się, kiedy Krzaczek wyskoczył do przodu.
Rudzielec odwrócił się, wiedząc, że brat nie poprzestanie na tym i najpewniej nic nie powie, gdyż nie pomogłoby to w walce, i spróbował uniknąć następnego ciosu. Krzaczek nie był nadzwyczaj precyzyjny; pozbawiony wzroku nie potrafił tak dokładnie wymierzyć ataku, jak gdyby używał oczu. Mimo wszystko ich poziom nagle się wyrównał i ich walka przypominała pewnego rodzaju zabawę.
Dwóch braci skakało z jednego konta do drugiego, przewracając coś raz za razem. Gdyby pojawił się tutaj przypadkiem jeden z wojowników, zapewne nie potrafiłby podążyć wzrokiem za ich zwinnymi ruchami. Krzaczek, który dobrowolnie odebrał sobie wzrok oraz Dynia, który nie widział od urodzenia, zdawali się pasować do siebie idealnie, jednocześnie różniąc się tak wieloma rzeczami.
Trenowali tak przez następne kilkanaście minut, które upłynęły nadzwyczajnie szybko. Skończyło się to oczywiście dużym zmęczeniem.
— Powtórzmy to — rzucił Dynia pomiędzy głośnymi sapaniami. — Potajemnie możemy trenować.
Krzaczek wyszczerzył się do brata. Można powiedzieć, że wyglądał na chętnego powtórki.
***
Zanim nadeszła ich kolejna próba zmierzenia się w potajemnej, braterskiej walce, nadciągnął dzień mianowania. Po tym widywali się rzadziej przez to, że Krzaczek zaczął skupiać się na własnym rozwoju oraz treningiem z mentorem. Dynia również — przydzielona została mu jego własna rodzicielka, która starała się uczyć go w odpowiedni sposób. Rudzielec próbował się także popisywać, próbować nowych sztuczek oraz samodzielnie trenować po zakończonym treningu z mentorką. Nie mówił o tym oczywiście nikomu — był wtedy sam ze sobą oraz z otaczającymi go dźwiękami natury. W ten sposób uczył się odróżniania dźwięków oraz wyczuwania wibracji w podłożu. Z dnia na dzień stawał się coraz lepszy.
Tego dnia miał udać się na malutki trening z Irysowym Sercem, która chciała pokazać mu coś nadzwyczaj ciekawego, co mogłoby przydać mu się w późniejszym treningu. Dynia bardzo się tym podekscytował, do tego stopnia, że wstał przed świtem. Z tego powodu na rodzicielkę czekał z dwie kolejne godziny. I jak to nasz Dynia, nie próżnował, siedząc w jednym miejscu. Rozpoczął swój własny trening od rozciągania, przysłuchiwania się śpiewającym ptakom, gdyż pora roku znów się zmieniła i zwierzęta powróciły do życia.
Spotkał także dwóch innych wojowników, którzy najwyraźniej szli na zwiady; Dynia przywitał się z należytym szacunkiem, po czym kaszlnął kilka razy bez opamiętania. Tego rudzielca zwykły kaszel nie mógł wystraszyć, więc można było się spodziewać, iż kompletnie to zignoruje nawet fakt, że w głowie zaczęło mu się kręcić (i gdyby mógł widzieć, to ujrzałby niezwykle ciekawy, wirujący świat przed oczyma).
Usiadł na chwilę i zaczerpnął świeżego, chłodnego powietrza, które z rana nie zdążyło się jeszcze ocieplić. Kaszel jednak nie przeszedł, a wręcz przeciwnie — wrócił ze zdwojoną siłą. Dynia zachwiał się na łapach, które zaczęły mu się niemiłosiernie trząść. Właśnie wtedy też nadeszła Irysowe Serce, z widocznym zmartwieniem na pysku, którego wcale tak często widać nie było, gdyż suczka większość emocji dusiła głęboko w sobie.
— Co się stało? — zapytała, podchodząc do dyszącego syna, próbującego złapać powietrze.
Kiedy Dynia jej nie odpowiedział (bo nie miał jak), postanowiła przełożyć dzisiejszy trening i zamiast niego zaprowadzić rudzielca do medyka, który jak się okazało — gdzieś zniknął. Siedzieli więc razem w legowisku Pogrzybkowej Sierści; w powietrzu unosił się duszący zapach przeróżnych, ususzonych, ale też świeżych ziół, który mieszał się ze stęchłym smrodem brudnych szmat, na których spał medyk. Dynia uwięziony w szponach złowieszczego kaszlu stracił na chwilę zmysł węchu, co z pewnością dobrym znakiem nie było.
Mijały kolejne minuty, a Podgrzybkowej Sierści wciąż nie było. Irysowe Serce zmarszczyła groźnie brwi, zapewne wiedząc, że o tej porze powinien być u siebie. Zła Irysowe Serce, to niedobry znak, szczególnie, jak na co dzień suczka widziana jest w stosunkowo dobrym nastroju. Teraz ten nastrój z pewnością nie był dobry.
Dynia kaszlnął. I to jedno odchrząknięcie spowodowało salwę niekończących się pokasływać z dziwnym, zbierającym się w jego pysku śluzem.
Irysowe Serce była coraz bardziej zdenerwowana oraz zmartwiona jednocześnie. Kto by w końcu nie był, kiedy twojemu dziecku się coś dzieje, a medyka nie ma na miejscu, gdy powinien być?
Zerwał się wiatr, a z drzew zerwały się liście, które zaczęły wirować w powietrzu i wpadać do legowiska, w którym cierpliwie (tak naprawdę to nie) czekała zastępczyni z jej synem. Dynia z każdą kolejną chwilą zaczynał się także irytować i nawet miał zamiar wyjść, prosząc matkę o powrót do treningu, gdyż w jego już trochę większej łepetynie narodziła się myśl, iż choroba marnuje mu cenny czas na zdobycie wiedzy niezbędnej w walce i polowaniu.
— Marnujemy tylko czas — zakasłał. — Nic mi nie jest.
Nawet sam Dynia wiedział, że właśnie próbuje oszukać samego siebie, jednak w tej chwili to się nie liczyło. Liczył się trening, jego chorobliwa ambicja i chęć nadgonienia rodzeństwa, które uważał za chwilowo „lepsze” od niego.
— Zostajesz tutaj. — Irysowe Serce jednym ruchem łapy zdołała usadzić go z powrotem. Nie użyła nawet zbyt wielkiej siły. Dynia był zwyczajnie osłabiony.
Wiatr znów zawiał a wraz z nim już nie liście, lecz Podgrzybkowa Sierść wszedł do legowiska, ignorując siedzącą zastępczynię z chorującym synem. Rozłożył świeżo zebrane zioła, pomamrotał coś do siebie, po czym odwrócił się i zapytał:
— Młody kaszle?
Irysowe Serce przytaknęła.
— Aha, mhm, dobrze. — Podszedł do rudzielca i odchylił mu łeb do tyłu, by zajrzeć prosto w gardło ucznia. — Mhmmm — przeciągnął. — Zielony kaszel.
Nim zastępczyni zdążyła zapytać o cokolwiek, niewielkich rozmiarów, trochę przypominający szczura medyk, chwycił zębami trochę niechlujnie zawinięte w szmatki zioła. Wyciągnął kilka nie do końca ususzonych listów i wepchnął je Dyni do pyska.
— Gotowe. — Odłożył na miejsce zioło, zwane również kocim narkotykiem, na miejsce. — Powinien poleżeć ze dwa dni i wróci wszystko do normy.
Medyk nie powiedział nic więcej. Zajął się swoimi sprawami tak, jakby nic się nie stało. Dynia zaś ledwo przełknął wepchniętą mu do pyska kocimiętkę. Miało to dla niego bardzo… specyficzny smak, na który jego kubki smakowe zaczęły wariować. Nie potrafił zdecydować, czy ma to smak bardziej cierpki, czy kwaśny, czy może ostry… wszystko to łączyło się w jedną całość.
Dynia po swojej rozkminie dotyczącej smaku kocimiętki wrócił ze swoją matką do legowiska uczniów, z którego zakazano mu wychodzić przez najbliższe dni.
Co za upokorzenie, pomyślał.
I to upokorzenie wróciło ze zdwojoną siłą, kiedy usłyszał głos jednego z braci.
— Nie trenujesz?
— Trenuję — odparł, zaciskając zęby.
Z trudem podniósł się na cztery łapy i „spojrzał” w kierunku, z którego padło wcześniejsze pytanie.
— Możemy iść teraz razem potrenować. — Uśmiechnął się i machnął ogonem zachęcająco.
<Krzaczasta Brwio, Dynia jest masochistą>
[1164 słówa: Dyniowa Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

12 marca 2021

Od Krzaczka CD Dyni

— Nie ruszałbym się, glucie.
Gorzka wierciła się pod łapą Krzaczka. Nie ruszył się nawet wtedy, kiedy kilka mrówek zaczęło łazić mu po poduszce — jeśli Gorzka nażre się mrowiska, on z pełnią satysfakcji pójdzie do medyka pogryziony. Siostra dopiero po chwili zrozumiała, że im mocniej się rusza, tym mrówki bardziej włażą jej do pyska, więc znieruchomiała.
— Nie martw się, to dla twojego dobra — westchnął teatralnie.
Przycisnął nos suki mocniej do gruntu. Kaszlnęła, Gwiezdni wiedzą, czy dlatego, że ziemia jej wpadła do pyska, czy weszły jej tam mrówki.
— Żmijowy Język opowiadał kiedyś, że mrówki wysysają idiotyzm z każdego, kto wejdzie w mrowisko, pomyślałem więc, że może to ci pomoże…
Kopnęła go z tylnych łap w brzuch. Nie zdążył odskoczyć, więc jedynie przetoczył się w bok. Wezbrała w nim taka energia, jakby momentalnie stał się bombą atomową — a jeśli nią był, to Gorzka musiała być Hiroszimą. Mało kto miał odwagę sprzeciwić się Krzaczkowi, kiedy dostawał swoich ataków złości, ale oczy Gorzkiej jarzyły się takim błyskiem, jakby specjalnie go prowokowała, żeby rzucił się ze zdwojoną mocą.
— Hej, co wy tu…
Konwalijkowa Łapa stanęła pomiędzy trójką rudzielców, zerkając to na Krzaczka, to na Gorzką, to na Dynię, ale mina na jej pysku była wymalowana w taki sposób, jakby po czterech sekundach patrzenia pogubiła się w tym, kto jest kim.
— Uczyłem Dynię i Gorzką, jak się walczy. — Odpowiedział uśmiechem.
— Nawet nie jesteś uczniem. — Konwalijka zmarszczyła nos, przebierając łapami. — Powinnam chyba zawołać Klematisowego Korzenia.
Krzaczek włożył całą swoją energię bomby atomowej, żeby uśmiech nie zszedł mu z pyska, albo gorzej; żeby Konwalijkowa Łapa sama nie skończyła z nosem w mrowisku. Przekalkulował fakt, że jest już niemal jej wzrostu. Dominowała rozpoczęciem prawdziwego treningu, ale Krzak zakwestionował jej kompetencje, biorąc pod uwagę fakt, że za mentora miała jego ojca, który nie potrafiłby skrzywdzić nawet muchy, a co dopiero wdać się w bójkę. Gniew dodawał mu sił i myślał tylko o tym, jak bardzo nienawidzi niesprawiedliwości, bo przecież to nie jego wina, że brakuje mu tylko księżyca do rozpoczęcia treningu, nie?
Jeśli czas był przeciwko niemu, sam zacznie trening.
— Konfidentka — mruknął na wpół do siebie, na wpół do Dyni.
— Co?
— Och, nic. — Dmuchnął delikatnie w futro brata, żeby nie zaskoczyć go nagłym dotykiem, po czym pchnął go w bok, żeby się ruszył. — Oczywiście, możemy potrenować w obozie.
 
Kiedy wracali do starego domu, Dynia prychnął głośno, stulając uszy.
— Mama nas zabije, jeśli zobaczy, że walczymy w żłobku.
Krzaczek wzruszył ramionami, posyłając bratu tym razem zupełnie szczery, acz złośliwy uśmiech, którego ten nie mógł zobaczyć.
— Kto powiedział, że idziemy do żłobka? Skoro chcą nas w obozie, będziemy w obozie.
Zatrzymał Dynię łapą, kiedy znaleźli się w holu. W ciągu tych pięciu miesięcy niezdarnego doświadczenia nauczył się doskonale obserwować — dzięki temu szanse, że rodzic zauważy jego zniknięcie na czas prowizorycznego treningu, od razu nikły. Wypatrywał każdej chwili, kiedy Irysowe Serce trenowała z Bursztynową Łapą, kiedy Nakrapiana Gwiazda rozdzielała patrole i wszyscy skupiali się na harmidrze życia w klanie, do którego szczeniaki miały już wkrótce w pełni należeć.
Obserwacja nie tyczyła się tylko jednego zmysłu. Dynia nie mógł zobaczyć otaczającego ich chaosu, zatem Krzaczek został jego oczami. Byli od siebie różni jak dwie strony magnesu, ale z jakiegoś powodu Krzaka coś do niego ciągnęło i nie miał zamiaru tego zaprzepaścić — może być oczami Dyni, pod warunkiem, że on będzie jego uszami i węchem zarazem.
Rozżarzony Język potrząsała powtarzalnie głową, kiedy szła do Nakrapianej Gwiazdy. Wyglądało to co najmniej komicznie, bo nawet Brzozowy Kieł (no dobra, nie nawet, ten debil śmieje się ze wszystkiego) parsknął śmiechem, naśladując niezgrabny „taniec” we współpracy z Błękitną Pręgą.
— Co czujesz? — zagaił Dynię, nie odrywając wzroku od Rozżarzonego Języka.
— Czuję morze. Ktoś musiał przed chwilą wrócić z plaży. I… cytrusy? — Wzdrygnął się. — Kwaśne.
— Czujesz Podgrzybkową Sierść?
Pokręcił głową.
— Nakrapiana Gwiazdo — jęknęła Rozżarzony Język, zatrzymując się w pół kroku, żeby podrapać się za uchem — gdzie jest Podgrzybkowa Sierść? Nie zastałam go w jego legowisku. Zaraz wyrwę sobie futro od tego swędzenia!
Liderka naprawdę próbowała się nie zaśmiać, ale z jej gardła wydobył się zduszony syk, jakby powietrze uchodziło z pękniętego balonika. Śmiech Nakrapianej Gwiazdy byłby puentą żartu w jej osobistym sitcomie: „Jak nazywa się ktoś, kto zawsze siedzi w cieniu? CIENIAS, HSSSSSHSHSHSAAAHS!”.
— Kiedy ostatnim razem go widziałam, wychodził po zioła. Powinien zaraz wrócić.
— Medycy — nachmurzyła się Rozżarzony Język. — Podgrzybkowa Sierść powinien już dawno wybrać swojego ucznia. Przynajmniej wtedy ktoś zawsze byłby w legowisku.
— Chodź. — Krzaczek smagnął brata ogonem. Zatrzymał się przed schodami, żeby Dynia mógł wejść pierwszy; nie miał zamiaru robić z niego niedołęgi, w końcu próbował udowodnić właśnie to, że Dynia nią nie jest, więc tylko asekurował tył psa, zwracając uwagę na sposób, w jaki brat stawia łapy na schodkach.
Ślepotę nie uważał za słabość, tylko zaletę. Dynia go ciekawił, nie tylko przez własną ambicję, nawet kiedy inni próbowali go przekreślić. Widział w nim własne odbicie i właśnie dlatego uznał, że więcej zyskają, jeśli będą uczyć się od siebie wzajemnie, niż jeśli uzna brata za konkurencję.
Mdły zapach ziół przypomniał Krzaczkowi o chorobie. Dlaczego jakiś czas temu to on zachorował, a nie Gorzka? Bardziej by się wszystkim przydała, gdyby siedziała na dupie w legowisku medyka, użerając się z gorączką.
Pomieszczenie było puste, więc Krzaczek bez zawahania się przekroczył mur z pudeł. Zioła były starannie ułożone w niektórych kartonach, więc pies ustawił się jak najdalej od nich, starając się, żeby nie zrzucić przypadkiem któregoś. Wzrokiem omiatał całe legowisko, żeby zrobić rekonesans; nie wyglądało to na najlepsze miejsce do walki, ale jeśli oboje mają zostać wojownikami, muszą nauczyć się walczyć w każdych warunkach, chociaż nie sądził, żeby w przyszłości miał bronić klanu w otoczeniu stosu pudełek, kurzu i własnego kichania, bo zapach zielska drażnił jego nos.
— Chcę zobaczyć, jak to jest — wymamrotał Krzaczek, przyjmując pozycję łowiecką dla rozgrzewki.
— Jak jest co?
— No, nie widzieć. — Wyszczerzył się, zamykając oczy. — Będę z tobą walczyć z zamkniętymi oczami. Wiem, że nie możesz tego sprawdzić, ale zaufaj mi, że będę fair.
Nigdy nie będzie mógł żyć w świecie Dyni, chyba że pewnego dnia sam oślepnie. Ale czuł się odpowiedzialny, żeby Dynia pewnego dnia sam skopał dupę Gorzkiej, a żeby wiedzieć, jak mu pomóc, musiał poczuć to, jak on trenuje.
<przepraszam za ten gniot poprawie sie obiecuje>
[1013 słów: Krzaczek otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

10 marca 2021

Od Dyni CD Krzaczka

Dynia nie wiedział, co się stało; usłyszał jedynie głośny plusk i smarknięcie Borowika. W swojej malutkiej główce zaczął tworzyć zarys wydarzenia: Borowik, irytujący szczeniaka do granic możliwości, został wepchnięty w błoto przez drugiego brata, mianowicie Krzaczka, który postanowił nie przejść obojętnie obok zaistniałej przed chwilą sytuacji. Na pyszczek rudzielca miał się już wkraść cyniczny uśmieszek, jednak przechodził mu w tym medyk, który dostrzegłszy niewidomego, postanowił do niego podejść i popchnąć w kierunku sterty pudeł. Szczeniak zachwiał się na krótkich łapach, ale nie pozwolił sobie na upadek. Jak bardzo żałosne byłoby, gdyby przewrócił się przy wszystkich?! Nie darowałby sobie.
Podgrzybkowa Sierść obejrzał go sprawnie, mrucząc do siebie co chwilę: “mhm” oraz “aha”. Dynia skrzywił się, czując, jak powoli zaczyna narastać w nim irytacja spowodowana niekomfortowymi mruknięciami medyka. Powstrzymał się jednak, aby nie powiedzieć czegoś niestosownego (chciał go tylko uciszyć), kiedy Podgrzybkowa Sierść poprosił, aby odwrócił głowę. Dynia wykonał posłusznie polecenie, chociaż małą główkę skierował nie w tę stronę, o którą prosił medyk. Podgrzybkowi na szczęście to nie przeszkadzało — obejrzał go i pozwolił odejść z cudowną wiadomością: “bezproblemowy”.
Mała ruda kuleczka, która jest oczywiście naszym niewidomym Dynią, skierowała się do wyjścia, przewracając przy okazji jedno z pudeł, które należało do Podgrzybkowej
Sierści. Zacisnął dopiero co wyrośnięte ząbki; tak dobrze mu szło, a jednak zrobił z siebie kretyna! Zdenerwowany przyspieszył kroki, nie zważając na to, że po drodze strącił jeszcze dwie inne rzeczy. Borowik, który zdążył już wyjść z błotnistej mazi, roześmiał się donośnie.
— Widzę, że kąpiel w błocie ci się spodobała — prychnął, unosząc łeb, aby pokazać, jak bardzo nie interesuje się jego zawyżonym ego oraz nieznośnym śmiechem. — Idź do pana medyka, może wykryje u ciebie robaki.
Borowik szykował się na kontratak, ale między szczeniaki wkroczyła Irysowe Serce. Spojrzała na nabuzowanego Borowika, całego w błocie, wypinającego dumne pierś Dynię oraz Krzaczka, który się wszystkiemu przyglądał i zapewne gdyby nie matka, poszedłby raz jeszcze wcisnąć pyszczek Borowika w błotnistą kałużę.
— Borowik chodź, jesteś następny. — Irysowe Serce schyliła się, aby popchnąć nosem szczeniaka. — Podgrzybkowa Sierść nie ma całego dnia! — ponagliła go, kiedy piesek zatrzymał się i obejrzał na braci.

***

Czas leciał nieubłaganie szybko — jeszcze chwila, a cała sześcioosobowa drużyna wybrańców zostanie uczniami. Dynia chciał być oczywiście szybszy, wyprzedzić system, aby jako uczeń wiedział podstawy i nie musiał tracić czasu na naukę zbyt prostych rzeczy. Właśnie przez tę jego widzimisię, zawziętość oraz upartość, wymykał się ze żłobka, kiedy nikt nie patrzył (albo też patrzył, jednak niewiele go to obchodziło) i szedł sam ze sobą trenować. Coraz lepiej wychodziło mu poruszanie się w terenie — opanował “widzenie” słuchem oraz powoli zaczynał rozumieć wibracje, docierające z otoczenia do jego łap. Nie chodził już pokracznie jak niewyspany wojownik po dwudziestoczterogodzinne pracy, ale jak prawdziwy, zdrowy szczeniak.
Tego dnia również postanowił udać się na miejsce swoich ćwiczeń, nie powiadamiając o tym nikogo; i wszystko byłoby jak wcześniej — Dynia idzie trenować, a nikt mu w tym nie przeszkadza. Kluczowym słowem natomiast jest tutaj “byłoby”.
— Kto tam? — warknął, słysząc czyjeś delikatne kroki zmierzające ku niemu. — Wracaj lepiej — próbował odgonić intruza, przybierając przy tym postawę bojową (która swoją drogą wyglądała dosyć zabawnie).
— Trenujesz tutaj?
Dobrze znał ten głos. Aż za dobrze.
— Dlaczego poszedłeś za mną? — Wyprostował się. — Chcesz potrenować ze mną? — zapytał, przeczuwając niemalże od razu, jaki może być cel Krzaczka.
— To propozycja?
— Skoro już za mną poszedłeś, to przyda mi się ktoś, z kim mogę powalczyć. — Uśmiechnął się zawadiacko.
Gdyby mógł widzieć, to zobaczyłby ten cudowny błysk w oku Krzaczka na samo słowo “powalczyć”. Brat był wyjątkowo chętny do wszelkiego treningu; w końcu to on spędzał na nim najwięcej czasu, nawet gdy padał ze zmęczenia, łapy odmawiały posłuszeństwa, a w uszach huczała krew. Krzaczek chciał ćwiczyć, chciał trenować i sprawdzać się w różnych sytuacjach. Kolejnym argumentem za oczywiście była jego dosyć przyjazna relacja z Dynią.
Bracia mieli udać się razem troszkę dalej, aby mieć więcej miejsca do różnorodnych prób oraz zapewne długiej walki, podczas której popiszą się nabytymi umiejętnościami. Przeszkodziła im w tym jednak jedyna siostra (Dynia zakładał, że tak naprawdę jej nie posiada), która musiała zacząć ich śledzić od samego żłobka. Nasz bohater, rudzielec, niewidomy zapaleniec treningowy, wyczuł ją od razu. Ten jeden, specyficzny zapach, który zapewne, gdyby był człowiekiem, przypominałby mu takie rozgotowane pyzy.
— Czego chcesz, Gorzka? — prychnął, słysząc jej charakterystyczne fukanie. — Wracaj do żłobka.
Suczka momentalnie się najeżyła.
— To wy powinniście wracać. — Uniosła dumnie głowę. — Wracacie, czy mam zgłaszać to rodzicom?
Krzaczek zaśmiał się pod nosem. Rudzielca tak samo, jak Dynie, siostra niebywale… wkurwiała. Tak, to odpowiednie słowo. Gdyby byli starsi, złapaliby ją za kark i odstawili do żłobka, czyli tam, gdzie jej miejsce. Gorzka należała do słynnej listy Dyni najbardziej irytujących psów.
— Nie wiem, co masz zamiar im powiedzieć, skoro sama wyszłaś ze żłobka. Wracaj tam, gdzie twoje miejsce, nie potrzebujemy tu takich pluskiew. — Brat odrobinę bliżej wściekłej siostry.
Gorzka się zagotowała.
— I kto to mówi! — krzyknęła. — Jeszcze zobaczymy, kto tutaj jest…
Nie zdążyła dokończyć, gdyż Krzaczek, poirytowany zbędnym ględzeniem suczki, wepchnął jej pyszczek w mrowisko.
— Zamknij się.
Gdyby byli dziećmi, od razu przybiliby sobie piątkę oraz żółwika. Było to niemałe zwycięstwo.
<Krzaczek?>
[834 słów: Dynia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

18 lutego 2021

Od Krzaczka do Dyni

Krzaczek nienawidził być stary.
Dwuksiężycowego szczeniaka ciężko nazwać starym. Ale osobisty słownik Krzaka ograniczał się do tych kilku(nastu?) słów poznanych właśnie w ciągu dwóch pierwszych miesięcy swojego życia, i chociaż wiedział, że istnieje coś takiego jak „choroba”, a po sposobie, w jakim wszyscy o tym rozmawiali, mógł wywnioskować, że nie jest to nic przyjemnego, to demoralizujące towarzystwo Burzowego Gardła wpłynęło na to, że poczuł się, jakby miał sto trzydzieści księżyców więcej.
— Stawy mnie bolą — mamrotał Burzowe Gardło, kiedy Podgrzybkowa Sierść wsmarowywał mu śmierdzący specyfik w futro.
— Mnie też — przytaknął Krzaczek.
Jakim cudem stawy mogą boleć? To woda potrafi odczuwać ból?
Klematisowy Korzeń i Irysowe Serce przychodzili z całą ferajną szczeniąt do medyka średnio raz na ćwierć księżyca. Szczególnie zdesperowany był ojciec, mruczący pod nosem coś w stylu: „Irysko, nie mogę… nie możemy cię stracić! Sama widziałaś, co stało się z Ciemną Gwiazdą i…”. W odpowiedzi dostawał podobnie brzmiący bełkot swojej partnerki: „Podgrzybkowa Sierść ma dużo roboty z faktycznie chorymi! Poza tym podobno sam zaczął cho… chor… apsik!”.
W tym momencie dała się namówić, a Krzaczek miał ogromną ochotę zawtórować jej kichnięciem. Jedyne, co go powstrzymało, to obecność Miodka, który — napastliwie przerywając Podgrzybkowej Sierści pracę, żeby zapytać go, jak to jest rozmawiać z Gwiezdnymi — nie wyglądał na ani odrobinę starego, jak Krzak pomyślał. W ten sposób więc poprawił swój dosadny przysiad, wypinając chucherkową pierś do przodu i starając się utrzymać głowę w jednej pozycji, mimo że na ciążących powiekach ostały się worki z piaskiem.
Musiał skupić się na otoczeniu. Analizować, tak, to potrafił robić równie skutecznie, co Klematis przesadzać. Problem w tym, że myśli zachodziły mu mgłą, a dziwne uczucie gorąca dawało wrażenie wyparowywania wszystkiego w jego głowie do atmosfery.
Ojciec przestępował z łapy na łapę — wyglądał, jakby dopiero osiągnął osiemnastkę i po raz pierwszy musiał sam iść do lekarza. Rzucał co chwilę krótkim: „Irysko, żyjesz?” i, nie dostawszy odpowiedzi, wracał do spłoszonego rozglądania się po legowisku medyka.
Burzowe Gardło wydreptał ze środka. Większość otaczających go psów w prowizorycznej poczekalni modliła się pod nosem, żeby wuj po drodze się nie zatrzymał, ale ten ociężale klapnął obok Rumianka, najwyraźniej dumny z siebie, że zawiódł swoją widownię.
— Słuchaj, no… młody… młoda… młode? Musisz wyleżeć to choróbsko — powiedział. Jego potężna łapa wylądowała na barku Rumianka, które zdawało się zaraz złamać się wpół.
— Ja? Yyy, ja nie jestem-
— Gdy byłem w twoim wieku, moje rodzeństwo zachorowało na zielony kaszel. Wszyscy skończyli u medyka! Nie dawano im szans, podobno mieli nawet nie dożyć uczniostwa… Tylko ja nie zachorowałem! Stawy trochę nie te, ale zobacz jak się trzymam-
— Irysowe Serce, twoja kolej. — Podgrzybkowa Sierść wetknął nos między łapy Burzowego, żeby ukazać swój szczurzy pysk następnej pacjentce.
Matka pokręciła głową, trącając Krzaczka nosem w ucho.
— Nie, nie — wymamrotała. — Ktoś inny ma tutaj pierwszeństwo.
Nie był pewien, czy zrobiła to z troski, czy po prostu — podobnie jak Klematis — chciała spieprzyć przed badaniem.
— Nie jestem chory — syknął młody rudzielec, ale jego głos nie zabrzmiał tak pewnie siebie, jak powinien zabrzmieć, załamując się w połowie zdania i wywołując pogardliwy uśmiech u Miodka.
— Taaak, nie jesteś chory, Burzowe Gardło nie bolą stawy, Wojowniczy Mróz nie powinien się leczyć psychicznie — przerwa na kichnięcie — a ja nie wyglądam jak szczur. — Tym pozytywnym akcentem szczuropies wepchnął Krzaka do legowiska, mimo że szczenię zaczęło mu już dorównywać wzrostem.
Podgrzybkowa Sierść zabarykadował legowisko medyka ścianą pudeł. Krzaczek zastanowił się, w jakim celu ta ściana służyła medykowi — miała zapewnić prywatność? Odległość dwóch lisich skoków w celu izolacji? Nie był pewien, wiedział za to, że wyżsi wojownicy bez problemu zza owej ściany wyglądali, choć sam Podgrzybek nie dosięgnąłby szczytowego kartonu nawet wtedy, gdyby wspiął się na tylnych łapach.
— Otwórz pyszczek.
W pierwszej chwili, niby to odruchowo, posłusznie wysuszył ząbki przed nosem szczuropsa. Potem przypomniał sobie, że w zasadzie nie lubi, gdy mu się rozkazuje, więc kłapnął szczękami, a w odpowiedzi kilka włosków z sierści Podgrzybka spadło na podłogę.
Jeśli Podgrzybkowa Sierść byłby dentystą, to właśnie wyrwałby mu te kiełki bez znieczulenia.
— Mhm-mhm.
— I co, a nie mówiłem, że nic mi nie jes-
Zanim zdążył zamknąć pysk, medyk wcisnął mu do pyska papkę ziół o wyjątkowo obrzydliwej konsystencji.
— Pomoże na obrzęk gardła. Co prawda twoja choroba się jeszcze nie nasiliła — westchnął, zerkając w stronę zatopionej w różowych szmatkach Podgrzybka i własnej gorączce Żabki — ale profilaktycznie powinieneś odpoczywać parę dni.
Nie odpowiedział, że nie skorzysta. Być może i Podgrzybkowa Sierść martwił się o rozwój epidemii, ale jeśli Krzaczek będzie (jak zresztą zazwyczaj), zajmował się sobą na uboczu, to nawet medyk nie powinien wpieprzać się w jego chorobę.
Szczuropies wyłączył się na chwilę z rozmowy. Wpatrywał się w Żabkę tak intensywnie, jakby jego wzrok mierzył jej temperaturę, ale — bądźmy szczerzy — nawet Krzaczek, z medykamentami mając niewiele wspólnego, wiedział, że suczka obecnie jest lizana przez płomienie piekielnej gorączki.
Melancholia Podgrzybkowej Sierści udzieliła się nawet i Krzaczkowi.
Po co medykowi cholerna, różowa szmatka, ozdobiona brokatem i śmierdząca tak, jakby została wygrzebana ze śmietnika?
Czy jeśli Miodek zachoruje, to Krzaczek będzie mógł skrócić jego cierpienie w sposób, rzecz jasna, mniej sadystyczny niż okrutny przebieg choroby, coby zadbać o spokój brata…
Nie zadał żadnego z tych pytań, bo Podgrzybkowa Sierść szybko zamrugał kilkukrotnie, zatrzepotał uszami i wrzasnął przez mur pudełek:
— Dynio, ty jesteś następny!
Podgrzybek wyglądał, jakby chciał Krzaka wypchnąć ze swojego legowiska tak, jak go tutaj wepchnął, ale nim w ogóle go dotknął, rudzielec odskoczył, z pełnią gracji przepychając się między pudłami.
Podążył wzdłuż ściany, w duchu licząc na to, że Klematisowy Korzeń będzie zbyt zajęty wypytywaniem Irysowego Serca o stan zdrowia, żeby zauważyć zniknięcie szóstego szczenięcia. Zagotowała się w nim złość, choć przecież w teorii nie miał do niej powodów. Dlaczego medyk kazał mu odpoczywać? Czuł, że nie miał na to czasu. Może i w rzeczywistości nie był tak stary, jak myślał, że jest, ale nadal goniło go uczucie, że nie ma czasu. Jeśli piątka jego rodzeństwa zostanie uczniami w tym samym czasie, szanse będą wyrównane, to znaczy: Krzaczek nie będzie level wyżej od innych. Choćby miał stracić trochę HP i zboostować własny masochizm, nie będzie czekać.
Zszedł na niższe piętro. Zatrzymał się jednak w połowie drogi, zauważając rudzielców. Wpadła bomba do piwnicy, które z tej szóstki tutaj się liczy… Nim skończył wyliczankę, bo szansa na zjawienie się każdego z rodzeństwa wynosiła 1:5, do jego nozdrzy dotarł słaby zapach Dyni i Borowika.
— Hej, Dynia, Dynia! — Borowik przerzucał sobie między łapami kamienie, udając Messiego czy innego Lewandowskiego. — Ile kamieni tutaj widzisz? Czaisz?! WIDZISZ! HA HA!
Krzaczek lubił Borowika. Lubił też Dynię. Nie lubił za to niesprawiedliwości.
Błoto wniesione z dworu przez wojowników brudziło miedziane futra niewielkich szczeniąt. Wraz z porą nowych liści, zaczęła się też odwilż, a topniejący śnieg był średnio możliwy do sprzątnięcia przez zwierzęta, które nawet nie posiadają kciuków przeciwstawnych.
Krzaczkowi to nie przeszkadzało. Zaszedł Borowika od tyłu, po czym wyjątkowo silnym (jak na kaszojada) pacnięciem łapy wcisnął jego głowę w błotną kałużę, soczyście potrząsając przytrzymywanym bratem, żeby dokładnie poczuł smak brudu w pysku.
<Dynio? XDD>
[1143 słowa: Krzaczek otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczony z choroby]