Po długich i cudownych rządach, Biała Tęcza, byłą liderka Tenebris spotkała tragedia. Nie mogła się spodziewać śmierci Wojowniczego Mrozu, swojego bliskiego, którego kochała tak bardzo. Był to dla niej sygnał, że na nią także już czas. Możemy o tym przeczytać w tym opowiadaniu.
Biała Tęcza, dołącza do Coelum, powitana przez gromadę bliskich jej sercu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Tęcza †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Tęcza †. Pokaż wszystkie posty
21 marca 2022
Biała Tęcza umiera
Od Białej Tęczy
tw samobójstwo
Oddech uwiązł jej w gardle. Przez chwilę
sądziła, że oto nastąpił jej koniec, że już nigdy nie będzie jej dane
zaczerpnąć kolejnego tchu. W uszach zaczęło jej dzwonić, przed oczami
pociemniało, a łapy, które wiernie służyły jej przez ostatnie sto
czterdzieści siedem księżyców, ugięły się. Zaryła pyskiem o grubą
warstwę śniegu, który zamortyzował jej upadek. Śniegu, który przez
ostatnie kilka dni przykrywał martwe ciało Wojowniczego Mrozu.
Gwiezdni
mieli w sobie jakieś upodobanie do ironii i, choć Biała Tęcza odkryła
to już dawno temat, teraz dane jej było posmakować tego wyjątkowo
wyraźnie. Mróz zabity przez... mróz. Burza śnieżna, która zapewne
odebrała mu życie, mocno wstrząsnęła ścianami starych ruin stanowiących
schronienie dla Ciemnych. Ona sama spędziła ją zwinięta najciaśniej, jak
się dało na swym posłaniu, modląc się do Gwiezdnych o dobrą śmierć,
która, jak jej się zdawało, miała na nią spaść tamtej nocy. Jednak to
nie ona wtedy umarła. Lecz jednocześnie...
Matka
nie powinna być zmuszona żyć dłużej niż jej potomstwo. Pięćdziesiąt
osiem księżyców temu przekonała się tego po raz pierwszy. Deszczyk,
piąte spośród jej maleństw, walczył o każdy ze swych nielicznych
oddechów, by w końcu zakończyć swój żywot tuż po tym, jak go rozpoczął.
Zniknął z życia swej matki, zanim zdołał się w nim na dobre pojawić i
dlatego, nawet jeśli ta strata wciąż w niej tkwiła jak ogromna drzazga,
podniosła się i żyła dalej. Teraz jednak z jej życia zniknął pies,
który, choć zapewne nieświadomie, wielokrotnie uratował jej życie.
Gdyby
nie on, rzeczywistość wielokrotnie byłaby jeszcze bardziej
przytłaczająca. Gdyby nie on, życie miałoby znacznie mniej sensu. Gdyby
nie on, Biała Tęcza nie byłaby tą osobą, którą teraz stanowiła.
Dlatego decyzja przez nią podjęta przyszła szybko.
—
Oboje wiemy, że nie chcesz mi pomagać. Ja też nie chcę pomocy —
zwróciła się do Lisiego Wrzasku, do którego legowiska została
przeniesiona przez przypadkowych wojowników, których imion nie potrafiła
spamiętać. Odkąd przeszła na emeryturę, mogła przynajmniej pozwolić
sobie na przywilej niepamiętania. — Mam tylko jedną prośbę. Daj mi
cokolwiek, co mnie zabije i pozwól z tym odejść. Nie obchodzi mnie, co
to będzie. Ma być skuteczne i o więcej nie będę pytać.
Nie
słuchała go. Odcięła się od złośliwych słów, które zapewne opuszczały
teraz jego pysk. „Nareszcie”, usłyszała mimowolnie gdzieś pomiędzy
jednym przekleństwem a drugim. Tak, nareszcie. Nareszcie to wszystko
zbliżało się ku końcowi.
— Dziękuję —
odezwała się w końcu, gdy w jej posiadaniu znalazł się woreczek z
nieznaną jej rośliną. — Wiem, że nigdy się ze sobą nie zgadzaliśmy, ale
chcę, żebyś wiedział, że i tak jestem z ciebie dumna i cię kocham. Nawet
jeśli jednocześnie cię nienawidzę — zdradziła z delikatnym uśmieszkiem
i, nie czekając na odpowiedź swego syna, opuściła jego legowisko.
Zatrzymała
się na chwilę, gdy uderzył w nią gwar obozowiska. Gdzieś za ścianą
Żłobka słychać było śmiech i uderzenia małych łapek szczeniąt o podłogę.
Już niedługo to tej wesołej gromadki dołączyć miały jej własne wnuki,
potomstwo Stokrotkowego Płatka i Cytrynowego Liścia. Poczuła tępy ból,
gdy uświadomiła sobie, że nigdy nie będzie jej dane ich poznać.
Potrzebowała chwili, by przekonać samą siebie, że od tego, co zamierzała
teraz zrobić, nie było już odwrotu. Gdy powie się A, należy już
powiedzieć również B, a potem już tylko kilka literek dzieli nas od Z
jak zgon.
Dlatego właśnie ruszyła w
dalszą drogę, co kilka kroków odpowiadając na uprzejme powitania
członków jej klanu, z zaskoczeniem zauważając, że niektórzy z wojowników
byli wystarczająco młodzi, by zapewne nie pamiętać, czy może wręcz nie
znać czasów, w których to ona była liderką klanu. Był to jednak tylko
kolejny dowód na to, że spełniła swoją misję i mogła odejść. Klan dobrze
sobie radził pod władzą nowego lidera i jego zastępcy. Wszystkie jej
dzieci były dorosłe — sprawdzały się na swoich stanowiskach,
przekazywały swą wiedzę uczniom, poznawały swoje drugie połówki i
zacieśniały z nimi więzy, zakładały rodziny. Dlatego też właśnie ona
teraz mogła po prostu odejść z uśmiechem na pysku.
—
Jasna Gwiazdo — zwróciła się do lidera klanu, gdy natknęła się na niego
niedaleko granicy klanu. — Mam do ciebie małą prośbę. Czy mógłbyś...
Czy mógłbyś wieczorem posłać kogoś w okolice Gwiezdnego Szczytu?
Najlepiej kogoś gruboskórnego...
— Nie rozumiem — zauważył samiec, przechylając nieco pysk, podczas gdy jego oczy uważnie obserwowały pysk jego poprzedniczki.
—
Zrozumiesz, gdy nadejdzie odpowiednia pora. Proszę cię... Ze względu na
starą dobrą znajomość? — mruknęła, uśmiechając się krzywo.
— W porządku... Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, Biała Tęczo.
—
Oczywiście, że wiem, Jasny. Inaczej bym tego nie robiła — prychnęła,
tym razem będąc w stanie wydobyć z siebie prawdziwy zawadiacki uśmiech.
I
odeszła, znowu nie czekając na odpowiedź. Nie wiedziała, jak mogłaby
pożegnać się z samcem, nie wzbudzając w nim podejrzeń. Uciekanie było
łatwe. O wiele trudniejsze było odchodzenie od kogoś, wymienianie z nim
ostatnich zdań, kiedy obie strony wiedziały, że to już koniec. Dlatego
też omijała rejony, w których wiedziała, że mogłaby się natknąć na
któreś ze swoich potomków czy przyjaciół. Pozwoliła łapom zanieść się
prosto do swojego ostatecznego celu, nie tracąc czasu na napawanie się
otoczeniem.
W końcu zasiadła pod
gałęziami ogromnego srebrzystego drzewa, które obecnie pozbawione było
liści. Wtuliła się w dobrze sobie znany konar, a z podarowanego jej
przez Lisi Wrzask zawiniątka wyjęła krwistoczerwone jagody. Ułożyła je w
śniegu i pochyliła ku nim pysk.
— Madam! — usłyszała po chwili, a wszystko w niej jakby zatańczyło.
— Wojowniczy... — wyszeptała.
Leżała w śniegu, lecz nie czuła jego zimna. W zasadzie to nie czuła już nic poza nim, jego obecnością.
—
Synu — wyszeptała płaczliwym tonem, choć tak właściwie nie miała już
zapewne połączenia z własnymi łzami. — Tak mi przykro... Tak mi przykro,
że to cię spotkało, ja... Kocham cię, cholerny Łopianowy Kuprze.
Jesteś... Byłeś jednym z najważniejszych psów w moim życiu... A może
najważniejszym...? Ja...
— Wiem,
Biała Tęczo, wiem. Ja ciebie też kocham. Nie ma co się rozklejać, bo
zaraz obsmarkasz sobie futerko! Albo i nie, biorąc pod uwagę
okoliczności... — Zawahał się, lecz już po chwili aż podskoczył w
zachwycie. — Odważny Kieł tu jest! I... i... Ciemna Gwiazda! O, i Ciemny
Kieł! I wszyscy inni! Czekają na nas!
— Czy Deszczyk... Czy on też tu jest?
—
Taka mała kulka sierści? No pewnie, że jest! Wszyscy tu są i już nie
mogą się doczekać, aż do nich dołączysz. — Uśmiechnął się zachęcająco.
— No cóż... Skoro tak, to zapewne nie możemy pozwolić Gwiezdnym na nas czekać, czyż nie?
I wyruszyli razem ku czekającej na nich wieczności.
Biała Tęcza umiera.
5 września 2021
Od Białej Gwiazdy — drabble „Szczeniacka miłość”
Była jak gwiazdy na niebie — wręcz nierealnie piękna, lecz przy tym nieosiągalna. Bił od niej blask, nie tylko wtedy, gdy promienie słoneczne odbijały się od jej czarnej jak sadza sierści. Jej ciemne oczy zawsze błyszczały radośnie, a jej melodyjny śmiech był prawdopodobnie najpiękniejszym dźwiękiem, jaki kiedykolwiek słyszała biała suczka.
Śmiała się jednak dla kogoś innego. Jej miłość zarezerwowana była dla jej partnera i kilku małych, rozkosznych kulek sierści — ich potomstwa. Nie starczało jej dla Carmen, pierwszej lepszej suczki, której pomagała odnaleźć się w klanie.
Zmarła nagle i tragicznie.
Jej gwiazda zgasła, a ona nie mogła nawet otwarcie okazać swego żalu.
[100 słów: Biała Gwiazda otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]
4 września 2021
Od Białej Gwiazdy CD Mlecznego Oka (do Jasnego Serca)
Jeśli przygoda z ciernistymi krzakami, w które wpadła, próbując umknąć niezauważoną przed szczenięciem Dwunożnych, które postanowiło się na nią uwziąć, gdy przechadzała się po terenach ogrodu, ostatecznie rozważając swoją decyzję, czegoś ją nauczyła, to zapewne tego, że skończyły się dla niej dni świetnego refleksu. Jako drugi wniosek, do którego doszła już po powrocie do obozu, dodać mogła fakt, że Ciemny Kieł jako medyczka nie była aż taka zła, jak jej się wcześniej wydawało. No cóż, była na pewno lepsza niż jej uczeń, syn Białej, do którego ona sama w tej chwili wolałaby się nie przyznawać.
Siedziała u boku Mlecznego Oka, której, gdy liderka klanu weszła do legowiska, poparzoną całe księżyce temu część pyska Lisi Wrzask smarował jakąś dziwną mazią. Przez chwilę siedziała w milczeniu, sunąc wzrokiem po pozbawionej sierści skórze i niewidzącym oku barwy zbliżonej do śniegu.
Biała Gwiazda, choć czasami uważała inaczej, miała stosunkowo łatwe życie. To nie jej ciało strawił kwas. To nie ona znosiła teraz spojrzenia ciekawskich, współczujących lub drwiących psów. To, co spotkało ją, teraz, gdy patrzyła na ślady, jakie na swym ciele nosiła jej zastępczyni, wydawało się zupełnie błahe.
— Podjęłam decyzję — wyjawiła w końcu, przerywając milczenie. — Jeśli tylko się na to zgodzi, twoje miejsce zajmie Jasne Serce. — Zamilkła na chwilę, lecz nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, postanowiła kontynuować. — Miałaś rację. Obie go znamy. To dobry wojownik, przywiązany do klanu. Cechuje go spokój, który tak bardzo podkreślałaś i który, jak później zrozumiałam, być może rzeczywiście jest bardzo przydatny na tym stanowisku.
Ona sama już dawno temu zgubiła gdzieś swój spokój. Teraz raz po raz szarpały nią emocje, lęki i wątpliwości.
Jeszcze tylko chwila i będzie mogła się pozbyć choć odrobiny ciężaru. Jeszcze tylko kilka dni, a przed sobą będzie miała coraz mniej nierozwiązanych spraw, które oddzielały ją od końca, do którego nieuchronnie się zbliżała.
— Teraz wystarczy tylko poznać jego opinię — dodała po kolejnej chwili ciszy. Zastanawiała się, czy w jej głosie słychać było niepokój, który jej towarzyszył. Nie wiedziała, co mogłaby zrobić, gdyby Jasny jej odmówił. — Udasz się ze mną do niego? Może tobie nie odmówi — dodała w nędznej próbie rozluźnienia atmosfery żartem.
Najwyraźniej im obu tak naprawdę nie było teraz do żartów. Nawet się nie uśmiechnęły.
— Tak, pójdę z tobą. Jeśli tylko Lisi Wrzask wreszcie wróci i pozwoli mi się ruszyć — mruknęła młodsza z samic.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się delikatnie. — Chciałabym poinformować go o tym jak najszybciej, a, jeśli tylko się zgodzi, mianować go nowym zastępcą tuż po najbliższym zgromadzeniu. Oczywiście jeśli i tobie to odpowiada.
Plan ze zgromadzeniem miała w głowie już od dawna, być może jeszcze zanim właściwie poukładała sobie w głowie to, że musiała znaleźć nowego zastępcę. To na zgromadzeniu klanów zmarł Ciemna Gwiazda. To wtedy ona sama stała się nową liderką, a Mleczne Oko niedługo później jej zastępczynią. Zgromadzenie rozpoczęło całą tę historię i to ono powinno ją zakończyć.
— Niedługo później ja sama ustąpię ze swojego stanowiska — dodała ciszej, gdy otrzymała już niewerbalną twierdzącą odpowiedź, zaznaczoną kiwnięciem głowy siedzącej obok niej suczki.
Jasne Serce się zgodził. Białej zdawało się, że w jego spojrzeniu widziała wtedy zawahanie, lecz zignorowała je. W postawie jego ciała była determinacja i tego zamierzała się trzymać. On przecież i tak pewnie nie mógł spaprać tego wszystkiego bardziej niż ona.
Zgromadzenie klanów przyszło i odeszło. Liderka klanu Ciemnych przemilczała je, dając ostatnią okazję do wykazania się swojej zastępczyni i wiecznie jej towarzyszącemu Nocnej Furii — a przynajmniej tak sobie wmawiała. Udało im się wywalczyć obowiązek podjęcia decyzji w sprawie śmierci szczenięcia z Bezgwiezdnych do następnego zgromadzenia, a to jej wystarczało. Wtedy jej miejsce powinno być już w legowisku starszych.
Dała im wszystkim — Mlecznej, Jasnemu i samej sobie — jeszcze kilka dni. Po ich upływie zaprosiła dwoje psów — dwoje zastępców, obecnego i przyszłego — na spotkanie do swego legowiska, w którym miała pewność, że nikt im nie będzie przeszkadzał. Przyszedł czas na nowy początek dla ich wszystkich. Mleczne Oko już nie będzie musiała się martwić o stanowisko, które było dla niej wyłącznie ciężarem. Jasne Serce rozpoczynał swoje nowe życie z tym właśnie ciężarem na barkach, a już niedługo miał również przyjąć nowe imię i jeszcze większą odpowiedzialność — tę, przez którą Biała Gwiazda nie mogła spać po nocach. Ona sama zaś wchodziła właśnie na początek końca.
— Zgromadzenie się odbyło. Nadszedł więc moment, w którym, jak się wcześniej umawialiśmy, powinniście zmienić wartę na stanowisku zastępcy. Mleczne Oko, czy jesteś gotowa ustąpić miejsca Jasnemu Sercu? Jasne Serce, czy jesteś gotowy, by je po niej przyjąć? — spytała, patrząc raz na jedno z nich, raz na drugie.
<Jasne Serce?>
[738 słów]
Od Białej Gwiazdy CD Dymu
„Wydajcie mi sprawcę. Musi zginąć albo szykujcie się na wojnę”. Słowa Dymu, zastępcy lidera klanu Bezgwiezdnych do tej pory przynajmniej raz dziennie dźwięczały jej w uszach. Od tamtej chwili, kiedy to poruszony niesprawiedliwością tego świata pies domagał się zadośćuczynienia za śmierć małej, niewinnej istotki. Nie wahał się wejść na tereny innego klanu, nie bał się patrolu, który go pojmał, z odwagą patrzył jej w oczy, stawiając swoje warunki.
Nie wiedziała, jakim cudem udało jej się to utrzymać w chwiejnych ryzach aż do tego momentu. Minęło wiele Księżyców, a ona nadal nie wiedziała, kto stał za śmiercią Szyszki, bezbronnego szczeniaka, którego rozszarpały kły kogoś z klanu Białej Gwiazdy. Odbywały się kolejne zgromadzenia, a ona raz po raz powtarzała, że nad tym pracuje i niedługo wyda im winnego.
Prawda była zaś taka, że chodziła w kółko. Przez pierwsze kilka księżyców, w poszukiwaniach towarzyszyli jej najbardziej zaufani członkowie klanu. Przesłuchiwali kolejne psy, szukali jakichkolwiek poszlak. Gdyby byli Dwunogami, z powodzeniem mogliby stworzyć oddział policyjny. Ich praca nie przyniosła jednak oczekiwanych efektów.
Od tamtej pory już tylko ona dzień w dzień zadawała sobie pytanie „Kto zabił Szyszkę?” i wychodziła w tłum, szukając w nim sprawcy. Kilkakrotnie przyszpiliła do muru tych członków swojego klanu, którzy znani byli z różnych „wybryków”, lecz od żadnego z nich nie udało jej się nic wyciągnąć. Wszyscy udawali idealne niewiniątka.
Z czasem się rozleniwiła. Nie miała w sobie już tego gniewu, ustąpił on miejsca zrezygnowaniu i rozpaczy. Ciągła świadomość tego, że morderca i kanibal wciąż chodził wolno, a Bezgwiezdni, gotowi do wywołania wojny, dyszeli jej na kark. Nie dawało jej to spać.
W końcu po prostu się poddała. Na ostatnim zgromadzeniu to już nie ona rzucała wymówkami, a Mleczne Oko i Nocna Furia. Obiecała sobie również, że niedługo później odejdzie na emeryturę. Wtedy to już przestanie być jej odpowiedzialnością.
To oczywiście nie tak, że nie czuła żalu. Wiedziała, że poczucie winy za to, że nie potrafiła znaleźć winnego, będzie jej towarzyszyło aż do śmierci. Wiedziała, jak wielkim bólem była utrata szczenięcia. Jej malutkiemu Deszczykowi nie było nawet dane poznać otaczającego go świata. Szyszka dopiero zaczynała go odkrywać, a jej życie zostało jeszcze brutalniej przerwane. Deszczyk nie cierpiał, nie zdążył jeszcze poznać bólu. Szyszka została rozszarpana na kawałki przez jakiegoś psychopatę, który najprawdopodobniej czerpał przyjemność z jej bólu. Psychopatę, który wciąż co noc spał w legowisku wraz z innymi wojownikami z ich klanu.
Wzdrygnęła się aż na tę myśl. Przeniosła spojrzenie, które przez ostatnie kilka chwil wbijała we własne łapy, na stojącego w pewnej odległości od niej Jasne Serce. Rozmawiał on właśnie z Pajęczą Łapą, swoim synem, któremu to Gwiezdni zesłali wątpliwą przyjemność nazywania Lisiego Wrzasku jego mentorem. Biała miała nadzieję, że mimo obowiązku ciągłego znoszenia jej wyrodnego syna, Pajączek zostanie w przyszłości świetnym medykiem, który będzie z dumą służył pomocą członkom swego klanu, a psom spoza niego również nie odmówi w potrzebie.
Uśmiechnęła się delikatnie, patrząc na młodego ucznia, którego widok przypominał jej czasy, w których to jej potomstwo było jeszcze uroczymi kulkami sierści. Po chwili jednak uśmiech znikł, a ona znowu na starszego z dwójki psów. To na jego barki miało niedługo przejść brzemię, które ona teraz dźwigała. To on miał najbardziej odczuć skutki jej niekompetencji, która doprowadziła do takiego obrotu spraw. To on będzie musiał posprzątać cały ten bałagan.
— Wybacz mi, Jasne Serce — wyszeptała, upewniwszy się, że jej słowa nie dosięgną niczyjego ucha. — Przebaczcie mi i wy, Gwiezdni, a mojego następcę prowadźcie lepszymi drogami niż te, po których stąpałam ja — mruknęła w kierunku bezchmurnego nieba, z którego ostatnimi czasy ciągle lał się żar.
Wstała i ruszyła w kierunku granicy. Równie dobrze mogła teraz dodatkowo obejść ich tereny, upewniając się, czy nie ma na nich żadnych nieproszonych gości, zamiast siedzieć na tyłku i się nad sobą użalać.
Koniec wątku.
[618 słów]
23 lipca 2021
Od Białej Gwiazdy CD Mlecznego Oka
Gdy
Biała Gwiazda była młodsza — przypuszczalnie w wieku, w którym psy,
które od urodzenia należały do klanu, były jeszcze uczniami — uważała,
że wieczne życie na pewno byłoby świetną sprawą. No cóż, wtedy nie
zdawała sobie sprawy z tego, jak okropne były nieznikające obecnie ani
na chwilę bóle stawów, problemy z trawieniem czy, w mniejszym lub
większym stopniu, wszystkimi zmysłami. Teraz zaś, gdy, za sprawą
niezbadanych wyroków Gwiezdnych, dożyła poważnego wieku i nadal jako
tako trzymała się na łapach, czasami żałowała, że nie umarła w młodym
wieku. Jak cudownie musiało być odejść, nie zaznawszy smaku tych
wszystkich niedogodności...
Nie.
Nie mogła tak myśleć. Jednej ze swych powinności dotrzymała — jej
potomkowie byli już wojownikami i medykiem, źródłem dumy dla swojego
klanu — lecz wciąż miała przed sobą kilka rozdziałów życia do
pozamykania. Było tyle miejsc, które powinna odwiedzić, tyle psów, które
powinny usłyszeć od niej jeszcze kilka słów... Najważniejsza jednak
była przyszłość jej klanu — wszystkich wojowników, uczniów, szczeniąt i
starszych (oraz tego jednego nienawidzącego ją zapewne całym sercem
medyka, który, prawdopodobnie dlatego, by dodać jej jeszcze więcej
zmartwień, był również jej synem).
Ciemni
potrzebowali silnego, młodego przywódcy. Oto nastąpił — czy, jak
postanowiła, miał nastąpić, gdy upłynie kolejny cykl księżyca — ten
moment, w którym musiała już oddać swe stanowisko Mlecznemu Oku, którą
wiele księżyców wcześniej wybrała na swego zastępcę.
Gdyby jednak
liderka Ciemnych była człowiekiem i nosiła starannie dobrane ubrania,
na któreś urodziny sama podarowałaby sobie koszulkę z napisem „jebać
Gwiezdnych” czy raczej „tak, wiem, Gwiezdni, jebać mnie” (a może
obydwoma, tylko że jednym z przodu, a drugim z tyłu?), bo oto oni postanowili znowu kopnąć ją w tyłek. Z półobrotu.
— Chcę zrezygnować z bycia zastępcą — wyjawiła Mleczna po chwili nerwowej paplaniny, przez którą i Biała zaczęła się stresować.
Odjęło jej mowę. Rozszerzyła jedynie oczy skierowane prosto na
jej zastępczynię (byłą zastępczynię?) i w milczeniu wysłuchała jej
dalszych wyjaśnień.
— Rozumiesz mnie, Biała Gwiazdo?
Nie,
nie rozumiała. Choć ona sama stała się jednym wielkim kłębkiem nerwów,
gdy Ciemna Gwiazda poinformował ją, że życzeniem jego i Gwiezdnych jest
uczynienie z niej nowego zastępcy ich klanu, nie wahała się zbyt długo.
Zgodziła się prawie bez mrugnięcia okiem, bo gdzieś w głębi siebie
przez cały czas tego pragnęła. Nawet wtedy, gdy śmierć jej poprzednika
przyszła nagle i nieoczekiwanie, a ona sama w jednej chwili stała się nowym liderem, otrząśnięcie się z tego nie zajęło jej
stosunkowo dużo czasu. Miała zobowiązania wobec tych wszystkich psów, z
którymi dzieliła obóz, liczyły one na nią, dlatego też nie mogła skupiać
się na swojej żałobie i na tych wszystkich wątpliwościach, które do tej
pory podtykał jej głosik z tyłu jej głowy.
Teraz
również miała ważne zobowiązanie wobec swego klanu. Musiała pozwolić
Mlecznemu Oku zstąpić z podwyższenia, na które została wyniesiona przez
swoją liderkę i na którym najwyraźniej nie czuła się komfortowo, a
na jej miejsce znaleźć kogoś, kto zaopiekuje się jej ukochanym klanem,
jej jedną wielką rodziną.
Jej plany związane z szybkim odejściem na emeryturę zostały rozszarpane przez los, jak przez stado wściekłych włóczęgów, ale nie mogła się teraz nad sobą użalać. (Ten moment mógł jednak nadejść, gdy znajdzie się w zaciszu swego legowiska, w którym zacznie rozszarpywać kłami stare poduszki i przeklinać cicho los).
Odchrząknęła,
wyprostowała się i przybrała najbardziej spokojny i uprzejmy wyraz
pyska, na jaki teraz było ją stać. Nie winiła Mlecznej o nic. Nie każdy
urodził się po to, by zostać liderem klanu.
—
Nie masz za co przepraszać, Mleczne Oko. Podjęłaś decyzję, którą
uważasz za słuszną. Owszem, jest to teraz źródłem pewnych... — zawahała się, lecz już po chwili odnalazła odpowiednie i wystarczająco grzeczne określenie —
...niedogodności, lecz nie jest to nic, z czym sobie nie poradzimy.
Dziękuję ci za te wszystkie księżyce, przez które służyłaś mi pomocą.
Mam teraz do ciebie jedną, ostatnią prośbę. Pomożesz mi podjąć decyzję,
kto powinien zostać twoim następcą i przekazać mu wszystko, co powinien
wiedzieć? Nasze punkty widzenia różnią się od siebie i właśnie to było
jedną z rzeczy, które najbardziej ceniłam w naszej współpracy. Właśnie
to może mi się też teraz przydać. Wiesz, muszę zostawić nasz klan w dobrych łapach,
bo sama niedługo powinnam przenieść się do legowiska starszych. — Uśmiechnęła się delikatnie, z odrobiną smutku, i wyczekująco spojrzała na stojącą przed nią suczkę. Nie wiedziała, jak sama podejmie tę decyzję, jeśli jej prośba zostanie odrzucona, nie chciała jednak również naciskać na wojowniczkę, która i tak zrobiła już dla niej dużo. — Oczywiście masz prawo odmówić i w żadnym przypadku nie odbiorę tego osobiście.
<Mleczna?>
[729 słów: Biała Gwiazda otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]25 maja 2021
Od Białej Gwiazdy CD Jasnego Serca (do Wojowniczego Mrozu)
Po
pierwsze — kto, do stu Dwunożnych, dawał swojej liderce kwiaty? Po
drugie — dlaczego owa liderka uznała to za coś dość... uroczego? Nie,
Biała Gwiazda, jakkolwiek pseudo-emo by to nie brzmiało, nie uznawała
niczego (no, może poza szczeniętami, zwłaszcza jej własnymi) za urocze, a
już na pewno nie tego, że jakiś wojownik, który jeszcze niedługo
wcześniej uważał, że sypia ona z młodzikiem, który był dla niej jak syn,
podarował jej jakieś zielsko na ból gardła.
Już
miała kazać mu brać tyłek w troki i wracać do obowiązków czy pomaganiu
cudzym szczeniakom — i niedomagającym liderkom, pamiętała w końcu, jak
ją wręcz uratował, gdy ze względu na stres nie była nawet w stanie
zaczerpnąć oddechu — lecz wtedy on zadał pytanie, które tak bała się
usłyszeć:
— Nie masz może informacji, co z Mlecznym Okiem?
Skrzywiła się. Wiedziała, że jej zastępczyni była dla niego kimś bliskim, czego się więc spodziewała?
(Tak
właściwie to już dawno temu nauczyła się nie liczyć na nic i niczego
konkretnego się nie spodziewać. W końcu czy spodziewała się tego
wszystkiego, co wydarzyło się w jej życiu? Zdążyła już zostać
zastępczynią, nieoficjalną mentorką irytującego Wodnego, który nadal się
wokół niej kręcił, przygodą na jedną noc swojego lidera, matką,
liderką... Niedługo zaś miała stać się częścią starszyzny. Cholera).
—
Niestety nie mam — odpowiedziała w końcu, starając się brzmieć jak
najserdeczniej i najbardziej współczująco, jak tylko się dało. — Jestem
jednak dobrej myśli, Mleczne Oko to w końcu świetna wojowniczka. Jestem
pewna, że już niedługo do nas wróci, a ze sobą przyniesie lekarstwo —
uśmiechnęła się delikatnie i, o dziwo, niewymuszenie. — Mówiąc o
lekarstwach, dziękuję za kwiaty. Oddam je Ciemnemu Kłowi i Lisiemu
Wrzaskowi, mogą im się przydać — zakończyła i, odwróciwszy się do niego
plecami, odeszła.
Zamiast
jednak skierować się od razu ku legowisku medyków, odszukała jakieś
ustronne miejsce otoczone przez wysoki mur z łopianu. Tam rozsiadła się
wygodnie i spojrzała na leżące u jej łap zerwane przez Jasne Serce
kwiaty. Pochyliła się ku nim i trwała w takiej pozycji przez kilka
minut, ciesząc się piękną wonią. Miała ona w sobie coś kojącego,
uspokajającego, tak jakby całą sobą krzyczała do niej, że wszystko
będzie w porządku, że wybrana przez Gwiezdnych do szalonej misji
zastępczyni już niedługo powróci, że jej własne potomstwo i cały klan
będą bezpieczne, że ona sama będzie mogła spokojnie odejść — jeśli tylko
na to zasłużyła — do Gwiezdnych.
Miała
już sto dwadzieścia księżyce. Była starsza od Ciemnej Gwiazdy i jego
poprzednika, Nocnej Gwiazdy, którzy umarli w wieku — odpowiednio — około
stu księżyców i około stu piętnastu księżyców. Nie wiedziała, jak długi
żywot wiedli jeszcze wcześniejsi liderzy jej klanu, lecz już na
podstawie tego, czego była świadoma, stwierdzić mogła, że wiodła
stosunkowo długie i chyba szczęśliwe życie.
Gdzieś
z tyłu głowy wciąż kołatała się ta sama myśl, która pojawiła się tam
około dwudziestu księżyców wcześniej — być może nie powinna czekać na
śmierć, lecz skrócić swą drogę do Gwiezdnych bądź Zgaszonych? Wiedziała
jednak, że to niemożliwe. Choć twoje z jej dzieci ukończyło już trening,
Borsucza Łapa wciąż odbywał szkolenie pod czujnym okiem Płomiennego
Krzewu, a ona sama chciała osobiście nadać mu imię wojownika. Do tego
wszystkiego dochodziła też najbardziej oczywista przeszkoda — nieobecna w
klanie zastępczyni.
No cóż, Biała Gwiazda musiała jeszcze trochę zaczekać, zanim pożegna się ze światem.
Choć,
być może, życie nie było wcale takie złe. Wniosek ten uderzył ją, gdy
ponownie zaciągnęła się wonią fioletowych kwiatków. Jej myśli mimowolnie
popłynęły ku psu, od którego je otrzymała. W głowie znowu zadzwoniło
jej to przeklęte słowo — „to było naprawdę urocze” — a gdy nie udało jej
się w porę tego zwalczyć, dołączyła do tego idea, że sam Jasny również
nie był niczego sobie. Nie wiedziała, czy samiec nie uraziłby się za
określanie go właśnie „uroczym”, dlatego też postanowiła zamienić to na
„interesujący” czy „przyciągający” (nie mylić z „pociągający” — za
pociągających Biała uważała stosunkowo niewiele psów i były to
przeważnie samice).
Choć
Jasne Serce zachował się jak skończony debil (och nie, nie zamierzała
używać tu żadnych łagodniejszych określeń) urządzając jej pogadankę o
tym, że nie powinna krzywdzić Wojowniczego Mrozu i w ogóle dochodząc do
wniosku, że miała czas i ochotę romansować z młodzikiem z innego klanu,
gniew jego liderki stopniowo malał i kiedyś mógł całkowicie wyparować.
Patrząc na to i na swoje przywiązanie do Wojowniczego Mrozu, doszła do
wniosku, że najwyraźniej miała słabość do tego typu wrzodów na tyłku.
—
Lid... — zaczął jakiś męski głos, który, gdy podniosła łeb, okazał się
należeć do Drewnianego Pazura. Jego wzrok od razu powędrował ku
bukiecikowi, nad którym ona sama nachylała się z rozmarzonym wyrazem
pyska.
— Tak, Drewniany Pazurze? — odpowiedziała, wyprostowawszy się i odchrząknąwszy.
— To chyba może poczekać. Widzę, że... jesteś zajęta.
—
Och, nie, właśnie miałam zanieść te kwiatki do leża medyków, ale się
zamyśliłam. O co chodzi? — Podniosła się i spróbowała delikatnie
uśmiechnąć.
— Mleczne Oko powróciła.
—
I to twoim zdaniem może poczekać? — prychnęła, mierząc wojownika
niezadowolonym spojrzeniem. — Chociaż... Tak, możesz jednak mieć rację.
Powiadom o tym Jasne Serce, jeśli zechcą porozmawiać, pozwól im. Ja sama
udam się teraz do legowiska medyków. Gdy moja zastępczyni będzie na to
gotowa, niech tam do mnie dołączy — zarządziła.
Gdy
wojownik już odszedł, posłała jeszcze jedno spojrzenie w kierunku
fioletowych roślinek. Nie miała serca oddać ich wszystkich Ciemnemu
Kłowi i Lisiemu Wrzaskowi. To, co uczyniła później, było więc jakimś
głupim impulsem, nie miało nic wspólnego z racjonalnym myśleniem. Mogła
się zatem spodziewać krzywych spojrzeń ze strony mijanych przez nią
później wojowników, gdy ci zauważyli, że ich niemłoda już liderka
paraduje po terenach klanu z pojedynczym kwiatkiem zatkniętym za ucho.
—
Na co się tak patrzysz? Wracaj do swoich obowiązków — prychnęła w końcu
w kierunku Poziomkowej Stopy. — A ty, kochanie, zamknij, proszę,
pyszczek, bo wleci ci tam mucha — upomniała towarzyszącą mu własną
córkę, Stokrotkowy Płatek.
Nie
dała się zjeść niepewności. Głosy krytyki, które mogły się teraz
pojawić, nie dochodziły do niej. Nie obchodziło ją to, że jej zachowanie
mogło stać się teraz źródłem plotek — o nie również nie dbała.
Zasłużyła sobie chyba w końcu na chwilę spokoju, czyż nie? Należała się
ona każdemu, w tym zapracowanym liderkom i samotnym matkom dorosłych już
dzieci.
Resztę
kwiatków bez słowa wyjaśnienia oddała Ciemnemu Kłowi, która zdawała się
znać ich zastosowanie. Wytrzymała kolejne wrogie spojrzenie, jakie
posłał jej Lisek, jej własny syn, z którym nigdy nie potrafiła się
dogadać, czego zapewne miała pożałować najbardziej w chwili własnej
śmierci. Dopiero wtedy całą swoją uwagę przerzuciła na wciąż śpiący
Wojowniczy Mróz. Tak, być może z przynajmniej jednym ze swoich
biologicznych potomków, lecz przynajmniej los wynagrodził jej to cudowną
więzią z młodym wojownikiem, z którym nie łączyły jej więzi krwi, a
nawet przynależność do tego samego klanu.
Kochała tę swoją dziwną patchworkową rodzinkę. Nawet Liska.
<Wojowniczy, synku kochany?>
[1089 słów]
30 kwietnia 2021
Od Białej Gwiazdy CD Wojowniczego Mrozu
Kurwa.
Choć
Biała Gwiazda nie przeklinała jakoś szczególnie często, żadne inne (a
już na pewno cenzuralne) słowo nie oddawało odpowiednio tego, co obecnie
czuła. Była po prostu, najzwyczajniej w świecie wkurwiona, tak, jak nie
była chyba od momentu, w którym Ciemny Kieł wypaplała Lisiemu Wrzaskowi
(wtedy jeszcze Lisiej Łapie) kto był ojcem jego i reszty potomstwa
liderki klanu Ciemnych.
A wszystko to oczywiście za sprawą Wodnych, których miała serdecznie po dziurki w nosie.
Z
całej tej bandy znośni byli jedynie Wojowniczy Mróz, czyli nadpobudliwy
dzieciak, i Irysowe Serce, o której Biała co prawda nie mogła
powiedzieć złego słowa, lecz jednocześnie niekoniecznie dobrze ją znała,
więc i ona może miała jakieś swoje skrywane przed liderką obcego klanu
dziwne wady. W każdym razie, jeśli młodzik, któremu kiedyś musiała
wyciągać łopian z okolic tyłka, należał do najbardziej przyzwoitych
członków tej społeczności, zapewne świadczyło to szalenie źle o
pozostałych jej członkach.
Ba,
cała reszta tej spółki strasznie źle kryła się ze swoim obgadywaniem
jej klanu. Nie raz i nie dwa bezpośrednio do jej własnych uszu docierały
ich szepty (nierzadko o niej samej), a jeszcze częściej stawało się to
tematem rozmów pomiędzy Ciemnymi. To nie tak, że Ciemni nie obgadywali
Wodnych — obgadywali, czasem nie zostawiając na nich ani jednej suchej
nitki, a ona sama również od czasu do czasu wtrącała w te dyskusje swoje
trzy grosze — ale, jak jej się zdawało, robili to z większym rozmysłem,
najpierw rozejrzawszy się, czy w najbliższej okolicy nie znajdował się
jeden z osobników stanowiących temat rozmowy.
Najgorsza
była jednak nie ich głupota, lecz to, co jeszcze, oprócz nich, żyło na
tych terenach czy raczej sam fakt, że oni, niczym stereotypowi Francuzi,
wpieprzali te obrzydliwe kreatury na śniadanie. Biała nie była pewna,
czy nie powinna udać się do medyka (zwłaszcza korzystając z faktu, że
miała teraz do dyspozycji również medyka Wodnych, który może i
przypominał szczura, lecz prawie na pewno był bardziej kompetentny od
Ciemnego Kła i Lisiego Wrzasku) — codzienne wymioty wywołane piknikami tych żabojadów chyba nie wpływały najlepiej na jej zdrowie.
Błagała Gwiezdnych o litość. Nie wiedziała, ile jeszcze mogła tak wytrzymać.
Kurwa. Po prostu kurwa.
Może powinna rzeczywiście pozwolić Płomiennemu Krzewowi ich zjeść?
Gwiezdni
w końcu ją wysłuchali i przegnali Hycla z terytorium jej klanu. Nie
wiedziała, czy to było w ogóle potrzebne, bo sama w pewnym momencie była
gotowa dobrowolnie oddać się w jego ręce (byle jak najdalej od tego
wariatkowa, mogłaby już nawet zostać pieszczochem lub po prostu zimnym
trupem), ale nie zamierzała narzekać. Do jej zdaniem piękniejszych niż
kiedykolwiek wcześniej znajomych okolic wracałaby w podskokach, a
tamtejszą ziemię najchętniej by wycałowała, gdyby nie to, że miała już
wypracowany wizerunek dumnej liderki, którego nie chciała zepsuć.
Szybko
i z niezmierną ulgą wróciła do normalnego funkcjonowania — była na
swoich terenach, miała przy sobie tylko członków swojego klanu (chociaż
niektórzy mogliby się jednak zgubić na terenach Flumine i już tam
zostać), sypiała w swoim legowisku i nie napotykała szczególnie wielu
problemów, do których nie byłaby już przyzwyczajona i którym nie
potrafiłaby zaradzić.
Jak to mówią, wszędzie dobrze (no nie do końca), ale w domu najlepiej.
Gdyby tylko Wojowniczy Mróz przestał wreszcie pakować się w kłopoty, mogłaby może wreszcie odpocząć...
Ta
cała Bryzowa Gwiazda zwiastowała kłopoty, a może i sama kłopotami była.
Gdyby Biała Gwiazda miała taką możliwość, zapewne zrobiłaby jakiś
background check na temat jej osoby, ale wolała nie podchodzić do
Wietrznych z uśmiechem na pysku i słowami w stylu: „Cześć! Czy wasza
liderka ma równo pod sufitem i czysto za uszami?”.
A
szkoda, bo może wtedy dowiedziałaby się, że w rzeczywistości suczka nie
miała ani równo pod sufitem, ani czysto za uszami, a Wojowniczemu
zakazałaby kontaktów z nią, bo, jak się okazywało, najwyraźniej tamta
przyczepiła się jej przybranego syna (samemu Wojowniczemu zapewne nie
należało mówić, że liderka Ciemnych uważała go właśnie na przybranego
syna, bo biedny chyba zapłakałby się na śmierć ze szczęścia czy zrobił
cokolwiek innego, lecz równie głupiego) niczym tamte rzepy całe księżyce
temu.
—
Bryzowa Gwiazda to naprawdę świetna liderka, wiesz? No... To znaczy
oczywiście nie taka świetna jak ty, Biała Gwiazdo, ty jesteś
najświetniejszą liderką w całej historii wszystkich klanów, ale i tak
jest świetna. Powiedziała mi, że jeśli tylko zechcę, mogę odwiedzić ją
na terenach jej klanu, a ona pokaże mi co i jak — paplał Mróz, ilekroć
znalazł się w towarzystwie starszej suczki. Pomijając oczywiste
zirytowanie jego zachwytem nad tą podejrzaną osobą, liderka miała
jedynie nadzieję, że nikomu innemu nie opowiadał o tym tak często i tak
głośno. — Właściwie to pomyślałem sobie, że może ją rzeczywiście
odwiedzę. Bryzowa ostatnio coraz częściej o tym mówi, biedaczka chyba
jest bardzo samotna. Może nawet dzisiaj? Jak już tu jestem, to jestem
przecież w środku drogi, wystarczy przemknąć się przez resztę twoich
terenów et voilà... jestem na miejscu!
— Nie sądzę, żeby... — zaczęła, ale on oczywiście nawet jej nie słuchał.
— Tak, pójdę tam nawet teraz. Do widzenia, Biała Gwiazdo! — oznajmił i tyle go widziała.
A
raczej tyle by go widziała, gdyby nie to, że nie zamierzała mu pozwolić
samotnie wyruszyć na spotkanie z suczką, do której nie miała za grosz
zaufania. Odczekała więc chwilę i ruszyła za nim, mając nadzieję, że po
drodze nie natknie się na żaden patrol obcego klanu. Musiała
przypilnować tego młodzika, nie mogła pozwolić, by cokolwiek mu się
stało.
<Wojowniczy?>
[865 słów]
14 kwietnia 2021
Od Białej Gwiazdy CD Jasnego Serca (do Wojowniczego Mrozu)
Jasne
Serce kojarzył się Białej Gwieździe tylko z kilkoma podstawowymi
faktami. Po pierwsze, był od niej młodszy, jakieś czterdzieści księżyców
młodszy, lecz na tyle już dojrzały, by nie nazywała go w myślach
„młodzikiem”, jak to miała skłonność ostatnio robić, gdy chodziło o
przynajmniej połowę znanych jej wojowników. Po drugie, pomógł jej, gdy
jakiś czas temu nie potrafiła zapanować nad własnymi emocjami i
oddechem. Była mu wdzięczna, lecz do tej pory nie wyraziła tego, jak jej
samej się zdawało, dostatecznie. Po trzecie, był jakąś rodziną lub
czymś na kształt rodziny (w każdym razie kimś bliskim) jej zastępczyni,
Mlecznego Oka. Po czwarte, z wojny z klanem Piątego wyszedł ledwo żywy, a
i teraz prawdopodobnie dokuczały mu jakieś dolegliwości, przez które
rzadko opuszczał tereny klanu, a jeśli już to robił, zazwyczaj wracał
zmęczony.
Więc
dlaczego, do stu Dwunożnych, tego popołudnia, nieprzytomny i z
przeoranym pazurami grzbietem, został przytargany na tereny ich klanu
przez Wojowniczy Mróz?
—
Nie wiedziałem, co z nim zrobić, ale pachniał jak Tenebris... —
wyjaśnił Wodny, z niepewnością patrząc to na nią, to na Jasnego, który,
jak jej się zdawało, powoli odzyskiwał przytomność.
—
Bardzo dobrze zrobiłeś. — Uśmiechnęła się do niego delikatnie. Chciała
jeszcze coś dodać, być może „dziękuję”, być może „jestem z ciebie
dumna”, lecz oto do jej uszu dobiegł słaby głos milczącego do tej pory
wojownika:
— Liderko? — wydusił z siebie, a ona najszybciej, jak tylko się dało, odwróciła głowę w jego stronę i podeszła do niego.
—
Co się stało? — spytała, pochyliwszy się nad nim, z niezadowoleniem
odnotowując, że brzmi po prostu jak twarda liderka, a nie jak ktoś
zmartwiony o stan jednego ze znanych sobie wojowników. Nie utrzymywali
jednak ze sobą szczególnie bliskich kontaktów, dlaczego więc tak
właściwie powinna zareagować inaczej? Dlatego, że on pomógł jej w chwili
słabości?
— Przegięliśmy z treningiem — odpowiedział wymijająco i roześmiał się.
Serce
spróbował się podnieść, a Mróz, jak zauważyła kątem oka, od razu wyrwał
się, chcąc albo mu pomóc, albo go powstrzymać — nie była pewna — lecz
zatrzymał się po wykonaniu zaledwie jednego kroku. Wbrew oczekiwaniom
Białej, starszy z wojowników nie syknął ani nie jęknął z bólu. Albo
dobrze go więc maskował, albo po prostu nie był on tak silny, jak jej
się zdawało, że musiał być.
Nie
uwierzyła mu. Nie miała jednak przecież żadnych podstaw, by otwarcie
zakwestionować jego odpowiedź. Nawet nie znała go szczególnie dobrze.
—
Naprawdę? — zapytała więc jedynie, licząc na jakiś cud, na poruszenie
sumienia Jasnego, który oto najprawdopodobniej kłamał w żywe oczy swojej
liderce.
Kolejna wymijająca odpowiedź. Mentalnie przewróciła oczami, fizycznie nie potrafiła się na to zdobyć, nie chcąc obrazić rannego.
— Masz jakieś imię, kochaniutki? — zwrócił się w końcu do członka klanu Wodnych.
—
Ja... eee... — wyjęczał młodzik, patrząc niepewnie na Białą, na pewno
będąc w gotowości, by wymyślić kolejną idiotyczną historyjkę podobną do
tej, w której to była jego ciotką czy inną kuzynką, a jego dziewczyna
(Łopianowy Kuper — tego nie zamierzała zapomnieć) porzuciła go dlatego,
że nie umiał pływać.
Pokiwała głową, uznając, że wyznanie prawdy jest lepsze niż wysłuchiwanie kolejnej produkcji wytwórni filmowej Umysł debila™.
— Wojowniczy Mróz, psze pana — odpowiedział w końcu.
—
Wojowniczy Mróz, który teraz spada, bo Ciemny Kieł już nadchodzi —
syknęła, patrząc twardo na swojego byłego i nieoficjalnego ucznia.
— Już się robi, madam — odpowiedział i rzeczywiście już go nie było.
Nie dziwiła mu się. Sama by chętnie uniknęła konieczności spotkania z medyczką.
Choć
Biała Gwiazda nie spodziewałaby się tego nawet po swoich najgorszych
koszmarach, zaledwie kilka dni później cały jej klan przeniósł się na
tereny Wodnych. Najgorsze w tej całej sytuacji nie było chyba nawet to,
że znaleźli się tam ze względu grasującego po ich obozie i okolicach
Hyclu (który, niestety, przed ich przenosinami nie zdążył schwytać ani
Ciemnego Kła, ani Lisiego Wrzasku). Nakrapianą Gwiazdę również starała
się ignorować, nie chcąc tracić na kogoś takiego jak ona cennej energii.
Najgorsze zdecydowanie były te przeklęte żaby, których w okolicach
Rzeki było od groma.
Trudno
było utrzymywać wizerunek godnej szacunku i dumnej liderki, kiedy na
widok tych skaczących choler miało się ochotę albo uciekać tam, gdzie
pieprz rośnie, albo zwrócić swój ostatni posiłek.
Zaleta
była chyba tylko jedna — pomijając oczywiście bezpieczeństwo całego
klanu — możliwość spędzania czasu z Wojowniczym, który również zdawał
się cieszyć z jej towarzystwa, nawet jeśli, wzywany wciąż do siebie to
przez jedną, to przez drugą, stał się uosobieniem wojny dwóch liderek.
—
Biała Gwiazdo, czy możemy porozmawiać na osobności? — spytał Jasne
Serce, gdy jego liderka zakończyła jedną z wielu rozmów z Irysowym
Sercem, z którą dogadywała się o wiele lepiej, niż z jej liderką.
—
Tak, oczywiście, Jasne Serce — odparła, choć nie udało jej się
powstrzymać wyrazu zaskoczenia, jaki pojawił się w tej chwili na jej
pysku. — O co chodzi? — spytała, gdy oddalili się już od wszystkich
pozostałych członków współżyjących tymczasowo ze sobą dwóch klanów.
—
Chodzi o ciebie i Wojowniczy Mróz — zaczął samiec, wyglądając nieco
niepewnie. — Wiem oczywiście, że to tylko i wyłącznie wasza sprawa, lecz
wydaje mi się, że powinnaś to poważnie przemyśleć. Sam kiedyś
wpakowałem się w coś podobnego i mogę poświadczyć, że możecie się w ten
sposób wpakować w duże kłopoty.
—
Wiem, że pochodzimy z różnych klanów, ale... — zaczęła, nie rozumiejąc,
o co, do stu Dwunożnych mu chodziło, lecz przerwała, gdy zrozumiała, że
wojownik nie zakończył jeszcze swojego monologu.
— Nie chodzi tylko o klany. Zauważ, że on jest jeszcze naprawdę młody. Ja naprawdę rozumiem, że „serce nie sługa”, ale...
— Słucham? — przerwała mu, nie dbając już o to, że było to nieszczególnie kulturalne. — Jakie znowu serce? Chwila... Czy ty uważasz, że mnie i Wojowniczego łączy jakaś romantyczna relacja? — prawie krzyknęła, wytrącona z równowagi tym, jak absurdalne było to oskarżenie. — Do stu Dwunożnych, Jasne Serce, nie, nie mam romansu z Wojowniczym Mrozem! — prychnęła, kręcąc głową. —
Jeśli już musisz wiedzieć, to ten wariat jest dla mnie jak syn.
Przypałętał się pewnego dnia na nasze tereny i poprosił mnie, żebym
pomogła mu w treningu, bo jego mentorka nie miała dla niego czasu, no i
od tamtej pory już przyczepił się jak tamten łopian jego tyłka. — Gdyby
nie była tak wzburzona, być może zauważyłaby, że wspominanie o tyłku
psa, o romans z którym przed chwilą zostało się posądzonym, nie było
najlepszym pomysłem. — Nigdy nawet nie pomyślałam o nim w taki sposób.
A ty mogłeś po prostu mnie zapytać, czy z nim sypiam, czy co tam
jeszcze sobie wyobrażałeś — zakończyła, wywracając oczami.
W
tym właśnie momencie zauważyła, że w ich stronę zmierza nie kto inny, a
młody wojownik, o którym przed chwilą rozmawiali. Zauważając, że Mróz
częściej spogląda on na Jasne Serce, i mając nadzieję, że to właśnie z
nim chciał porozmawiać, rzuciła jeszcze w stronę Jasnego jakieś niedbałe
i dość twarde „do widzenia”, i odeszła. Nie chciała teraz znaleźć się
jednocześnie w towarzystwie dwóch tych psów.
Wyminąwszy Wojowniczego, znowu pokręciła głową.
Ona i on mieliby mieć romans. Cholera, ten Jasny to dopiero miał wyobraźnię.
<Wojowniczy?>
[1111 słów]
Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy
Biała Gwiazda ostrożnie przeciągnęła się
na swoim legowisku, krzywiąc się, gdy usłyszała ostatnio nieopuszczające
jej strzelanie w kościach i poczuła zdecydowany protest własnych
mięśni, które najwyraźniej nie lubiły porannej gimnastyki. Starzała się,
nieuchronnie zbliżając się do wieku czyniącego ją częścią starszyzny
klanu. Zbliżała się również do własnej śmierci, nie tylko zakładając, że
miała umrzeć ze starości — wiedziała w końcu, że „śmierć się czai tuż
za rogiem”, nawet jeśli nie miała prawo znać musicalu „Rodzina
Addamsów”.
Gdy już zakończyła swój
koncert trzeszczenia w kościach, znany również jako rozciąganie się,
zdecydowanym krokiem wyruszyła w kierunku legowiska uczniów. Spała już
zbyt długo, a, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze nie stała nad nią,
Stokrotkowa Łapa zapewne również wciąż chrapała sobie w najlepsze lub,
co gorsza, czekając na swoją mentorkę i nudząc się, postanowiła wywołać
trochę zamieszania na terenach klanu.
Natknęła
się na nią o kilka kroków przed jej legowiskiem, już na nogach, lecz
najprawdopodobniej jeszcze przed sprawianiem kłopotów. Miała co prawda
podejrzanie poplątaną sierść, lecz jej matka wolała nie zaprzątać sobie
tym głowy. Podczas treningów mocno wchodziła w rolę liderki, starając
się pomijać fakt, że dla swojej obecnej uczennicy była również matką i
liderką.
— Dzień dobry, Stokrotkowa
Gwiazdo. Jesteś gotowa na nasz dzisiejszy trening? — odezwała się w
końcu, uśmiechając się delikatnie.
— Dzień dobry, Biała Gwiazdo. Ja... A co ze śniadaniem? — Młodsza z suczek przekrzywiła głowę.
Liderka
wywróciła oczami. Oczywiście, uczniom i najmłodszym z wojowników nawet
przez głowę nie przechodziło rozpoczęcie dnia bez zapełnienia brzucha.
Nie rozumieli, że zaraz po jedzeniu byli ociężali, dlaczego też posilać
się powinni dopiero po porannych treningach czy patrolach. Nie wiedzieli
również, że czasem zajęć było zbyt dużo, by nie pomijać poszczególnych
posiłków — zwłaszcza gdy było się jednocześnie liderką, mentorką, matką i
czymś w rodzaju niańki dla młodego wojownika z innego klanu.
— Upolujesz sobie po drodze jakiegoś gołębia — mruknęła, nie starając się nawet ukryć swojej irytacji. — Chodźmy już, dobrze? Dzisiaj, jak już wspominałam, rozpoczniemy twoją naukę walki.
<Stokrotkowa Łapo?>
[318 słów]
30 marca 2021
Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy
— Gdzie teraz idziemy? — spytała Stokrotkowa Łapa, gdy skończyła już spożywać upolowanego przez siebie ptaka.
Jej
mentorka pokręciła głową. Tę młodą trudno było zmęczyć, a ona sama, z
czego zapewne śmiali się teraz Gwiezdni, nie była już ani młoda, ani
szczególnie cierpliwa w stosunku do szczeniąt i uczniów. Wiedziała
jednak, że skoro została wybrana na mentorkę swojej córki, musiała
wywiązać się z powierzonego sobie zadania jak najlepiej. Miała również
świadomość, że jeśli jeszcze raz będzie musiała patrzeć, jak Stokrotka
poluje na tłuste gołębie, to zwariuje.
— Teraz idziemy znaleźć jakieś spokojne miejsce. Sprawdzimy, jak dobrze pamiętasz kodeks.
— Kodeks? — jęknęła młodsza ze śnieżnobiałych suczek. — Ale to nudne!
„Chyba
nie tak nudne jak ciągłe polowanie na niemrawe ptaszyska”, miała ochotę
napomknąć liderka Ciemnych, lecz w porę ugryzła się w język. To nie
była pora na uszczypliwość.
— Nie wiem, czy nudne, ale na pewno ważne. To najważniejsze zasady obowiązujące każdego z nas, których musimy przestrzegać. No chyba że nie chcesz po śmierci zasiąść wśród Gwiezdnych — dodała po chwili.
Uczennica
bąknęła coś pod nosem. Szybko zerknęła po tym na matkę i, upewniwszy
się zapewne, czy ta nie usłyszała, o czym marudziła, odezwała się
ponownie, tym razem głośniej:
—
Dobrze, Biała Gwiazdo. — Nie brzmiała na zachwyconą, ale przynajmniej
nie sprzeciwiała się otwarcie suczce, która była jednocześnie jej matką,
mentorką i liderką. Gdyby postąpiła inaczej, miałaby potrójnie
przechlapane.
—
Co powiesz na jakiś przyjemny zakątek w ogrodach? Może uda nam się
usiąść wśród kwiatów — zaproponowała, próbując udobruchać Łapę, a także
licząc na to, że miejsce to nie będzie aż do przesady okupywane przez
Dwunożnych.
— Dobrze — przytaknęła uczennica z coraz szerszym uśmiechem na pyszczku.
Jakiś
czas później dotarły do ogrodów, a także znalazły przyjemne i ciche
miejsce wśród kwiatów. Ich białe sylwetki wyraźnie odznaczały się na tle
zieleni trawy i całej gamie barw otaczających je kwitnących roślin. Tu i
ówdzie przelatywała pszczoła, bąk czy motylek, które Stokrotka z
wyraźnym zadowoleniem uważnie obserwowała.
—
No dobrze, przejdźmy do rzeczy. Teraz porozmawiamy o kodeksie, po czym
wrócimy do obozu. Tam już czeka na ciebie Mroźna Burza, obiecał
opowiedzieć ci trochę o przeszłości klanu. — Zatrzymała się na chwilę i
udała, że nie usłyszała kolejnego niezadowolonego jęknięcia. — Jutro
zajmiemy się treningiem walki. Niedługo też prawdopodobnie wyślę cię na
patrol z kilkoma wojownikami — wyjaśniła, woląc od tej pory mieć
wszystko zaplanowane, a nie do końca treningu swojej córki patrzeć, jak
ta dobija ptaki i tak stojące już u progu śmierci z przejedzenia.
Choć
najwyraźniej niezbyt zadowolona perspektywą wysłuchiwania opowieści
serdecznego starszego, Stokrotkowa Łapa ożywiła się na wzmiankę o walce i
patrolu. Poderwała się aż do pozycji stojącej, lecz równie szybko,
zauważywszy minę swojej matki, powróciła do siadu.
— A tymczasem... Co kodeks mówi o zastępcach i liderach?
<Stokrotkowa Łapo?>
(439 słów + trening Stokrotki)
11 marca 2021
Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy
Zacisnęła
zęby. Fakt, że łowom przewodziło szczenię, nawet jeśli była to jej
córka i uczennica, sprawiał, że aż czuła nieprzyjemne dreszcze. Sami
Gwiezdni raczyli wiedzieć, co mogło się stać, jeśli taki młodzik wpakuje
je w jakieś tarapaty. Och, a o tym, jak po prostu uwłaczające dla niej
to było, nie chciała nawet myśleć.
Nie
powinna była w ogóle zgadzać się na prowadzenie tej młodej suczki w jej
drodze do tytułu wojownika. Była na to już za stara, robiła się z niej
zrzędliwa staruszka.
— No to prowadź — odpowiedziała w końcu, siląc się na delikatny, zachęcający uśmiech.
Zaledwie
chwilę później obie węszyły i rozglądały się uważnie w poszukiwaniu
wspomnianych wcześniej przez Stokrotkową Łapę tłustych gołębi. Tych,
oczywiście, gdy były im akurat potrzebne, było jak na lekarstwo.
—
Ten jest tak gruby, że chyba nawet nie może już latać — zaśmiała się
cicho Stokrotka, kiwnięciem głowy wskazując matce gołębia tak tłustego,
że aż zdającego się być nierealnym.
—
Albo Dwunożni ładnie go dla nas napaśli przez porę nagich drzew, albo
jest chory. Wygląda jednak na zadbanego, ma całkiem ładne pióra...
— To co? Zjemy go?
— Skoro uważasz, że nawet nie oderwie się od ziemi, to możesz zająć się nim sama — zachęciła córkę Biała.
Młodsza
z suczek ochoczo, lecz z wystarczającą ostrożnością wyruszyła w
kierunku spasionego ptaszyska. Jej matka przyglądała się jej jedynie
kątem oka, bo oto kilka kroków dalej dostrzegła jedną z roślin, które
obecnie były najbardziej pożądane we wszystkich klanach — zioło, które
mogło wyleczyć chorego na szerzącą się między psami chorobę.
Wciąż
zerkając na zasadzającą się na ofiarę uczennicę, sama wyruszyła w
kierunku swojego nowego celu. Już była dosłownie o krok przed zerwaniem
ziół i powrotem do córki, gdy nagle wyrósł przed nią ogromny długowłosy
kocur. Gdyby byli ludźmi, oto miałaby przed sobą napakowanego dresiarza.
—
To ona? — wysyczał nieprzyjemnym, charczącym głosem do stojącego
nieopodal wyłysiałego kota, którego wcześniej przegoniły dwie białe
suczki.
—
Tak, Stasiek, to ona. — Pokiwał gorączkowo głową. — Pokażesz jej teraz,
prawda, pokażesz jej, że z nami, kotami się nie zadziera?
—
Pokażę. — Kiwnął łbem i znów łypnął na liderkę. — No, psina, teraz
sobie porozmawiamy. Janek powiedział mi, że ty i jakaś twoja mini kopia
chciałyście skopać mu tyłek. Sytuacja przedstawia się następująco:
mojemu brachowi nie skopuje się tyłka, bo potem ma się ode mnie w
gratisie jeszcze gorsze kopanie tyłka.
— Sam przecież powiedziałeś, że tylko chciałam skopać mu tyłek, ale tego nie zrobiłam.
— Bo uciekł!
—
Nie uciekłem, tylko poleciałem po ciebie, Stachu, wiesz przecież, że ja
nigdy nie uciekam! — oburzył się Janko. Z jego głosu suczka
wnioskowała, że jest już na skraju łez.
—
No dobra, przepraszam, Janko. No, słyszałaś, nie uciekł, tylko pobiegł
po mnie. A wiesz, dlaczego pobiegł do mnie? Bo słabych się nie bije, a
ty chciałaś go bić. To teraz ja pobiję ciebie.
—
Słuchaj, Staszek, trochę mi się spieszy. Jakbyś mógł się odsunąć i dać
mi zebrać zioła, których potrzebuję, to już za chwilę moglibyśmy rozstać
się w pokoju — zaproponowała znudzonym głosem, mając już dość tej idiotycznej pogawędki.
—
W pokoju, dobre! Nie jesteśmy w żadnym pokoju białasie, jesteśmy na
ulicy. A na ulicy są zasady i prawo betonowej dżungli, psinko!
Wypowiedziawszy
te słowa, koci dres o idiotycznym imieniu Stach rzucił się na liderkę
klanu Ciemnych. Nie traciła czasu, od razu przystąpiła do kontrataku,
chcąc jak najszybciej mieć to za sobą. Gdyby nie zioła, które czekały na
nią za plecami kocura, nawet nie bawiłaby się w te śmieszne zapasy.
—
Dajesz, Stachu, pokaż jej! — krzyczał z bezpiecznej odległości jego
wyłysiały kumpel. Gdyby on był człowiekiem, prawdopodobnie łudząco
zarówno wyglądem, jak i zachowaniem, przypominałby Czerepacha z „Rancza”.
<Stokrotkowa Łapo?>
(582 słowa + trening Stokrotki)1 marca 2021
Od Białej Gwiazdy CD Wojowniczego Mrozu (do Bryzowej Gwiazdy)
—
Biała Gwiazdo? Wszystko w porządku? — piskliwym głosem paplał jej tuż
nad uchem jakiś młody wojownik czy inny uczniak, którego w tej chwili
nie rozpoznawała.
Zadrżała,
rozdrażniona przez nieprzyjemny głos młodzika. Posłała mu nieco
rozbiegane spojrzenie, które w założeniu miało być groźne.
Nie.
Nic nie było w porządku. Wszystko posypało się wraz ze śmiercią Ciemnej
Gwiazdy. A może nawet jeszcze wcześniej? Ten głupiec naprawdę nie
powinien był mianować jej swoją zastępczynią, pieczętować w ten sposób
jej losu. Gdyby nie to, nie zbliżyłaby się z nim tak niebezpiecznie.
Gdyby nie to, nie zaszłaby w ciążę, nie zostałaby pozostawiona z tym
sama sobie przez niego i Ciemnego Kła, która odmówiła jej pomocy i nie
urodziłaby szczeniąt, których nigdy nie chciała mieć. Gdyby nie to, myśl
o Deszczyku, który żył zaledwie chwilę, nie byłaby tak bolesna —
Deszczyk po prostu by wtedy nie istniał. Gdyby nie to, nie miałaby teraz
wciąż na głowie czwórki szczeniąt, które teraz chorowały na potęgę i z
których jedno musiała prowadzić w treningu, choć zdecydowanie nie miała
na to już sił. Gdyby nie to, być może wciąż by żył — gdyby wybrał sobie
lepszego zastępcę, ten może znalazłby dla niego pomoc, zanim zrobiło się
na to zbyt późno.
Gdyby nie to, nie musiałaby teraz przeżywać napadu hiperwentylacji.
—
Dajcie jej spokój. Odsuńcie się! Nie widzicie, że potrzebuje teraz
spokoju? — warczał gdzieś w pobliżu jakiś znajomy głos, Nocna Furia, jak
zrozumiała chwilę później. Odganiał od niej gapiów tak, jak odganiał
ich od umierającego na zgromadzeniu klanów Ciemnej Gwiazdy.
Ciemna
Gwiazda nie żył, hasał sobie teraz radośnie z Gwiezdnymi po jakichś
przeklętych elizejskich łąkach. Zostawił ją samą z całym tym bałaganem, z
klanem, epidemią i jej własnymi, prywatnymi problemami. Z zastępczynią
ona sama też trafiła naprawdę w dziesiątkę — Mleczne Oko dostała jakiś
sen od Gwiezdnych i wybyła z klanu prawie że od razu po swoim awansie.
Do tej pory nie wracała. Być może nie miała już nigdy wrócić, a Biała
miała sama do śmierci użerać się z całym tym cyrkiem na kółkach.
— Biała Gwiazdo, spójrz na mnie, proszę — powiedział cicho i spokojnie kolejny głos.
Spojrzała
na psa tylko i wyłącznie dlatego, że nie rozpoznawała, z kim ma do
czynienia. Samiec. Dość niski, czarno-biały samiec. Nie był to ani jej
Borsuczek, ani należący do starszyzny Mroźny — nie zgadzał jej się układ
czerni i bieli. Kojarzyła już tylko jednego psa o takim umaszczeniu —
Jasne Serce, który, jak jej się zdawało liderce, był jakoś spokrewniony z
Mlecznym Okiem. O, ironio...
—
Świetnie. Musisz uspokoić oddech. Najłatwiej będzie chyba, jeśli
będziemy oddychać razem. Dobrze? — Nie czekał na odpowiedź. Nie mieli na
to czasu. — Wdech. — Powoli wciągnął haust powietrza. — I wydech. —
Wypuścił go.
Nie
wiedziała, jak długo to trwało. Nie liczyła ani wdechów, ani wydechów.
Zauważyła jednak, że z czasem coraz łatwiej było jej dopasować oddech do
niego. Gonitwa myśli zaczęła cichnąć, by w końcu zamienić się w ciche
szemranie, które ostatnio towarzyszyło jej nieustannie.
— Dziękuję — wyszeptała w końcu nieco zdławionym głosem.
Nie
odpowiedział. Uśmiechnął się jedynie delikatnie i zniknął w tłumie.
Szukała go wzrokiem, gdy Nocna Furia odprowadzał ją do legowiska, lecz
już nie była w stanie dostrzec. Najwyraźniej tak to już miało być,
krótkie spotkanie ratujące jej skórę i tyle.
—
Jesteś pewna, że powinnaś teraz zostać sama? A co jeśli zacznie się
jakiś kolejny atak? — mruknął Nocny tonem z pozoru zupełnie obojętnym.
Białej zdawało się jednak, że słyszy za tym wszystkim jakąś troskę i tej
właśnie myśli kurczowo się uczepiła.
—
Poradzę sobie. Jestem w końcu silną, nietykalną liderką — prychnęła,
zbywając go szybko, choć tak naprawdę miała ochotę poprosić go, by tu z
nią został. Potrzebowała kogoś, kogokolwiek, w kogo mogłaby się wtulić,
by choć na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co miała na głowie.
Zamiast tego jak zawsze zmuszona była wtulić się w pomięte szmaty służące jej za legowisko. Znowu była sama. Jak zwykle.
Sen
przyszedł do niej szybko. Był płytki, na tyle płytki, by nie musiała
znowu męczyć się z koszmarami, które zawsze wyglądały niezwykle podobnie
— jak przeklęta karuzela wspomnień, poprzetykana jej największymi
strachami i niepewnościami. Czasami budziła się dopiero wtedy, gdy po
ponownym przeżyciu wszystkich cudownych i okropnych chwil rzucała się
pod metalowego potwora Dwunogów czy w dół jakiegoś pierwszego lepszego
skalnego urwiska.
Czasami
miała ochotę powtórzyć to w rzeczywistości, lecz potem zbierała się w
sobie i wracała do obowiązków. Może kiedyś, gdy jej potomstwo zostanie
już mianowane na wojowników...
Teraz
jednak, gdy się zbudziła, musiała jak najszybciej opuścić legowisko.
Czuła, że jeśli za chwilę nie znajdzie się na świeżym powietrzu, może
znowu doświadczyć problemów z oddychaniem. Wstała więc i na chwiejnych
łapach wyruszyła na spacer. (Jakoś w końcu musiała nazwać swoją ucieczkę
od miejsca, które otrzymała w spadku po Ciemnej Gwieździe i przed jego
duchem.)
— To już czwarty raz podczas tego księżyca! — lamentował gdzieś w pobliżu znajomy głos.
Wojownicza
Ła... to znaczy, Wojowniczy Mróz? Czy on naprawdę nie wyrósł z tych
swoich eskapad wraz z mianowaniem na wojownika? (Pytanie oczywiście było
retoryczne. Biała była prawie pewna, że młody pies miał już nigdy nie
wyrosnąć ze swoich niekoniecznie rozsądnych pomysłów.)
Scena,
którą zastała po wynurzeniu się zza rogu ruin, była co najmniej
ciekawa, jeśli nie przynajmniej dziwna. Jasna suczka, której Biała nigdy
nie widziała na oczy, wbiła w nią przerażone spojrzenie i, wycofując
się, natrafiła na coś, co zmusiło ją do zatrzymania się. Owo coś szybko
wyjrzało zza jej ogona i posłał w jej stronę pełen zakłopotania uśmiech.
— Kim, na Gwiezdnych, ona jest? — wypaliła, zanim zdążyła pomyśleć nad jakimiś mniej wrogimi słowami.
—
Cioteczko! To znaczy kuzyneczko, oczywiście, że kuzyneczko! —
wykrzyknął Wojowniczy, doskakując do niej szybko. — Właśnie mówiłem tej
miłej suczce, że przyszedłem ci się wypłakać, bo... bo moja dziewczyna,
eee... — Rozejrzał się gorączkowo po ich otoczeniu. — Bo Łopianowy...
Kuper — wymyślił wreszcie, zapewne przypominając sobie pewne zdarzenie z dnia, gdy po raz pierwszy się spotkali. — Łopianowy Kuper ze mną zerwała! Prawda? — Obejrzał się za siebie, by zauważyć, że nieznajoma zaczęła się powoli oddalać.
— Stój — warknęła liderka klanu Ciemnych w kierunku drugiej suczki.
—
Po co te nerwy, madam? — wtrącił się Mróz, a Gwiazda posłała mu
ostrzegawcze spojrzenie. Jeśli dobrze pamiętała, zdradziła mu dokładnie i
obrazowo, co zamierzała z nim zrobić, jeśli jeszcze raz nazwie ją w ten
sposób, co właśnie uczynił. — Co ta twoja znajoma tak właściwie ci
zrobiła, co?
— Żadna z niej moja znajoma — uciszyła go Biała, zanim zdążył zacząć snuć domysły na ten temat. —
Pierwszy raz widzę ją na oczy. Na pewno nie należy do mojego klanu.
Dlatego może też sama zechciałaby wyjaśnić, co tu robi, hmm? — warknęła w kierunku stojącej sztywno kilka kroków przed nimi samicy.
<Bryzowa Gwiazdo?>
(1117 słów, punkty niewpisane)
19 lutego 2021
Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy
— Wszystko w porządku? — spytała Biała Gwiazda, gdy podeszła do Stokrotkowej Łapy.
Dwunóg
chwilę wcześniej odszedł. Wielki owczarek wlókł się u jego nogi, od
czasu do czasu próbując odwrócić się, by znowu warknąć coś w stronę
członkiń klanu Ciemnych, a mały piesek z dziwnymi szmatami w sierści
usiłował wyrwać się z rąk istoty pozbawionej sierści.
— Tak, uciekłam mu. I zobacz, co znalazłam! — Stokrotka z zadowoleniem pokazała kępkę leczniczych ziół leżących u jej łap.
—
Brawo. Nie dość, że umknęłaś Dwunogowi i jego pieszczochom, to jeszcze
przysłużyłaś się klanowi, zbierając zioła. Jestem z ciebie dumna. —
Zwalczyła w sobie ochotę przytulenia córki, zamiast tego jedynie się do
niej uśmiechając. Teraz była jej mentorką.
— Teraz trzeba to zanieść Ciemnemu Kłowi, tak?
— Pomyślałam, że najpierw chciałabyś spróbować zapolować na coś małego, ale jak wolisz iść do medyczki...
—
Nie! Chcę zapolować! — ożywiła się suczka. Po chwili jednak zauważalnie
posmutniała. — Tylko nie wiem, czy dam radę. Ostatnio szybciej się
męczę.
Ostatnio szybciej się męczę.
Słowa
te były dla Białej zbyt znajome, by nie wywarły na niej żadnego wpływu.
Znów widziała Ciemną Gwiazdę, który szeptem, tak, by nikt poza jego
zastępczynią go nie usłyszał, przyznawał dokładnie to samo. Tak jakby
osłabienie było jakimś powodem do wstydu.
Gdyby nie ta głupia duma i niekompetencja Ciemnego Kła, może wciąż by żył.
— Mamo?
Mała
suczka, tak podobna do niej samej, delikatnie ją kręciła. Pomogło jej
to wrócić do rzeczywistości. Ciemna Gwiazda nie żył. Stokrotkowa Łapa
była za to żywa i potrzebowała pomocy medyka.
—
Przepraszam, zamyśliłam się. — Pokręciła łbem. — Co powiesz na to,
żebyśmy zapolowały razem? Tak powinnyśmy dać radę. Zaraz potem zabiorę
cię do Ciemnego Kła, powinna się tobą zająć.
— Mną? — spytała suczka, prawdopodobnie tłumiąc w sobie na chwilę ekscytację związaną z obietnicą wspólnego polowania.
—
Szybko się męczysz. Masz kaszel. Wygląda to na pierwsze objawy choroby —
oznajmiło rzeczowo, nie chcąc bardziej zagłębiać się w temat. — To co?
Polujemy?
— Polujemy!
No
i zapolowały. Wybrały wspólnie tłustego szczura, który nie był w stanie
umykać przed nimi tak szybko jak jego pobratymcy. Mimo przykrych
objawów choroby poradziły sobie z nim stosunkowo szybko. Już po chwili, z
brzuchami wypełnionymi podzieloną między sobą ofiarą, mogły wrócić do
obozu.
—
Jak to „nie mamy ziół”? — warknęła liderka do medyczki, w której
legowisku nie zjawiałaby się, gdyby nie choroba kolejnego jej
szczenięcia. — A to co ma być? — ostrym ruchem wskazała na kępkę ziół,
którą przed chwilą Ciemnemu Kłowi wręczyła Stokrotkowa Łapa.
— To za mało, żeby wyleczyć twoją uczennicę. Na tym etapie rozwoju choroby potrzebuje ich więcej.
— Wysłałam niedawno wojowników i uczniów po zioła! Nikt niczego nie przyniósł? — drążyła Biała coraz bardziej zdesperowana.
— Nawet jeśli ktoś coś przyniósł, zostało już zużyte do wyleczenia innych psów. Mamy coraz więcej chorych, a coraz mniej ziół.
—
To trzeba je zbierać! Do stu Dwunożnych, mamy Porę Nowych Liści, jest
ich zdecydowanie więcej niż jeszcze kilka księżyców temu, kiedy choroba
zaczęła nas atakować. Ty też mogłabyś się wybrać po zioła. W
ogóle muszę znowu wysłać po nie wojowników i uczniów. — Zatrzymała się,
próbując się uspokoić, gdy zobaczyła na sobie niepewne spojrzenie córki.
Nie chciała jej przestraszyć, nie mogła dać się dalej ponieść tej
bezradności. — Ale najpierw sama spróbuję coś zebrać. Stokrotko, zostań
tutaj — rozkazała, po czym rzuciła Ciemnemu Kłowi spojrzenie, które
miało mówić „a ty nawet nic nie próbuj”.
Nie
czekała na odpowiedź ani jednej, ani drugiej. Najzwyczajniej w świecie
opuściła legowisko medyczki i wyruszyła w drogę w bliżej nieokreślonym
kierunku.
Dopiero
już na miejscu spostrzegła, gdzie poniosły ją łapy. Miała przed sobą
ogród — miejsce, które słynęło z nietypowej dla miasta różnorodności
roślin. Być może były tam również te zioła, których potrzebowała jej
córka i cały klan?
Szła
ostrożnie, pilnując się obrzeży ogrodów — wiedziała, że im dalej by się
zapuściła, tym większe było prawdopodobieństwo natknięcia się na
Dwunożnego. Prawdopodobnie to tam polowali na zwierzynę, bo czasami, gdy
tylko wiatr zawiał we właściwym kierunku, do nosa Gwiazdy dobiegał
stamtąd rozkoszny zapach pożywienia.
Była
głodna. Zjedzona przez nią niedawno część gołębia, bez względu na to,
jak był tłusty, nie zapełniła jej brzucha tak, jak powinna. Jej
organizm, który powinien teraz walczyć z chorobą, potrzebował jeszcze
więcej „paliwa”, by mógł jako tako funkcjonować.
Dlatego
też złamała swoje postanowienie — gdy dotarł do niej wyjątkowo wyraźny
aromat mięsa, wyruszyła prosto w kierunku, z którego dobiegał. Na
miejscu zastała jedynie garstkę Dwunogów — samicę, dwóch samców i jedno
szczenię. Wyglądali na bliskich sobie, być może byli rodziną. Dorośli
nie dostrzegali jej, zajęci pożywieniem, lecz biegający tu i ówdzie łysy
szczeniak zauważył ją i szybko zjawił się u jej boku. W dłoni trzymał
pożywienie, które teraz wyciągnął w jej stronę. A ona, głupia, podążyła
za nim.
Dopiero
w ostatniej chwili spostrzegła dwie rzeczy — kępkę ziół znajdującą się
obok miejsca, w którym zaledwie przed chwilą stała, oraz zamykaną przez
młodego Dwunożnego furtkę. Ocknęła się z transu wywołanego połączeniem
głodu i znajdującego się tuż obok jedzenia. Rzuciła się do biegu. Łyse
szczenię krzyknęło. Furtka zaskrzypiała, zamykając się coraz szybciej.
Zioła czekały na nią na wolności —
nie wiedziała jedynie, czy zdoła się wydostać i, jeśli tak, czy da radę
je zebrać, zanim będzie musiała zwiewać przed krzyczącą istotą.<Stokrotkowa Łapo?>
(870 słów + trening, punkty niewpisane)
17 lutego 2021
Od Białej Gwiazdy
Choróbsko
dopadło również Białą Gwiazdę. Nie było już co się oszukiwać, choć
przez ostatnie kilka dni uparcie to robiła. Była chora, a do tego z dnia
na dzień jej stan się pogarszał. Kaszel i kichanie się nasilały,
wzmocnione teraz dodatkowo przez ból gardła. Była osłabiona i wydawało
jej się, że mogła mieć podwyższoną temperaturę ciała.
Mówiąc
w skrócie — jeśli wkrótce nie miała się wziąć w garść, Tenebris mógł
stracić drugiego lidera w ciągu tak krótkiego okresu czasu. Do tego, pod
nieobecność jej zastępczyni, Mlecznego Oka, która zgodnie z wolą
Gwiezdnych wyruszyła na wyprawę, nie mogło dojść, by klan nie pogrążył
się w chaosie.
Ba,
liderka po prostu nie chciała umierać. Może nie należała już do
najmłodszych, ale zdecydowanie nie był to jeszcze dobry moment, by
dołączyć do Gwiezdnych. O ile oni w ogóle planowali ją przyjąć w swoje
szeregi, bo takiej pewności, jak sądziła, nigdy mieć nie mogła.
Nie
mogła też pójść do Ciemnego Kła, nie po tym, co medyczka uczyniła w
przeszłości. Na pomoc jej ucznia, notabene swojego najstarszego syna,
też nie miała co liczyć. Lisek prawdopodobnie byłby zdolny zamiast
lekarstwa podać jej truciznę, zwłaszcza po tym, jak dowiedział się, kto
był jego ojcem.
Wiedziała
już, jak wyglądały zioła, które mogły jej pomóc. Tylko czy to cokolwiek
jej dawało? Nawet gdyby je zdobyła, czy to wykradając z legowiska
medyka, czy samodzielnie zbierając, nie wiedziałaby potem, co z nimi
zrobić, żeby zadziałały.
Ale Ciemny Kieł nie była przecież jedynym medykiem w okolicy...
Pochmurny
Pysk. Były uczeń medyka w jej klanie, który odszedł od nich po ataku
Piątego. Bezgwiezdny. Medyk. Leonis. Jej ostatnia deska ratunku.
Teraz
wystarczyło jedynie zdobyć zioła. Nie mogła ich wykraść z legowiska
Ciemnej, choć taka była jej pierwsza myśl. Nie było ich zbyt dużo, a
chorych wciąż przybywało. Nie mogła zaszkodzić członkom swojego klanu
tylko i wyłącznie dlatego, że bała się o swoje życie. Może i nie
należała do największych altruistów świata, ale aż tak samolubna również
nie była.
Pozostawało
jej już tylko jedno — zebrać świeże zioła. Nie była pewna, czy to w
ogóle możliwe w jej stanie, ale musiała spróbować. Nie mogła zjawić się
chora w samym centrum gniazda żmij, jakim było legowisko medyka w jej
klanie. Nie, jeśli życie było jej miłe.
Nie
miała dość sił, by wędrować wszędzie i nigdzie w poszukiwaniu ziół.
Musiała powędrować prosto w stronę terytorium Bezgwiezdnych, licząc na
to, że składnik potrzebnego jej lekarstwa ot tak wyrośnie sobie
magicznie prosto pod jej łapami.
Ostatnimi czasy nie miała w życiu wiele szczęścia. Czy teraz miało ono jej dopisać?
Szła
powoli, z każdym krokiem ostrożnie patrząc pod łapy i rozglądając się
naokoło. Musiała znaleźć zioła. Nie mogła dojść do granic terenów
Bezgwiezdnych jedynie z głupim uśmiechem na pysku.
—
Gwiezdni, błagam was, potrzebuję tych przeklętych... — urwała,
zauważywszy coś co najmniej ciekawego kilkanaście kroków od siebie.
Spod dość dużego, ale też nie ogromnego kamienia wystawały jakieś pomięte liście — te liście. Zioła, których potrzebowała.
— Dzięki, Gwiezdni — mruknęła gdzieś w kierunku nieba i naparła na głaz z całych sił.
Nic.
Skała ani drgnęła, a ona sama już po chwili musiała się o niego oprzeć
bokiem, by utrzymać się w pionie podczas ataku kaszlu.
—
Serio? — wycharczała, gdy skończyła zanosić się kaszlem. — Są zioła,
ale nie ma jak ich zdobyć? Tak mi pomagacie? — warknęła i naskoczyła na
leżący obok długi prosty przedmiot, płaski i względnie szeroki,
prawdopodobnie pozostawiony tam przez Dwunożnych.
Jęknęła aż z bólu, gdy wyrżnęła o to coś nosem. Twarde. A jak twarde, to pewnie i wytrzymałe...
Widziała
kiedyś Dwunożnego w ciekawy sposób podnoszącego coś dużego i pewnie
ciężkiego właśnie za pomocą czegoś takiego, jak ta deska. Mogłaby się na
nim teraz wzorować, oczywiście w miarę swoich psich możliwości...
Długi
przedmiot podłożyła pod kamień, wpychając pod spód najlepiej, jak tylko
mogła. Drugi koniec znalazł się przez to w powietrzu. Wysoko, ale nie
zbyt wysoko. Naparła na niego przednimi łapami. Coś drgnęło, ale nie
wystarczająco mocno.
Pozostawał
jej już tylko jeden pomysł. Przygotowała się do skoku. Musiała użyć
całego ciężaru swojego ciała, wzmocnionego przez to, że zamierzała
naskoczyć na deskę. Ustawiła się odpowiednio.
Skoczyła.
Doskoczyła.
Jeden koniec deski pod wpływem jej ciężaru powędrował w dół, drugi,
dzięki prawom fizyki, do góry i oto kamień odchylił się, ukazując nieco
podeschnięte i pomięte liście leczniczego zioła. Zebrała je szybko i
wyruszyła w dalszą drogę.
—
Medyku Bezgwiezdnych, który może mnie kompletnie zignorować i kazać
spadać albo zawołać wojowników, żeby się ze mną rozprawili, nadchodzę!
No
i nadeszła, ale jedynie w okolice granic terenów Bezgwiezdnych, bo tam
uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia jak dotrzeć do legowiska medyka,
nie dając się przy tym złapać ich patrolowi. Nie znała ich terenów,
praktycznie nie znała nikogo z nich. (Na pomoc tego Bezgwiezdnego, który
przedstawił jej się niegdyś jako Żabi Odwłok, raczej nie miała co
liczyć. Nie była też pewna, czy chciałaby prosić o pomoc kogoś, kto
okłamał ją w tak podstawowej sprawie jak jego imię.)
Co
wiedziała o Pochmurnym Pysku? Sądząc po dawnym imieniu, prawdopodobnie
nie miała co się spodziewać uśmiechniętego psa. Kolorowa sierść,
zupełnie niepasująca do wyrazu pyska, to też ktoś chyba kiedyś o nim
powiedział. Tylko czy to jakkolwiek ją urządzało?
Jakieś
kilka kroków przed nią nagle przeszedł jakiś pies. Zanurkowała głębiej w
krzaki, próbując jednocześnie mu się przyjrzeć. Ładna sierść, pokryta
zadziwiająco dużą ilością barw, zwłaszcza w porównaniu z jej jednolitą
bielą. Bił od niego zapach ziół, wyczuwalny nawet mimo jej kataru.
Leonis.
To znaczy, najprawdopodobniej Leonis, ale przecież kto nie ryzykuje,
ten nie ma szans skorzystać z usług niewierzącego medyka czy jakoś tak.
Cichutko
wyszła z zarośli i rozejrzała się. Nie dostrzegała w okolicy żadnego
innego psa. Wzięła głęboki oddech i przekroczyła granicę, by już po
chwili podejść do Bezgwiezdnego.
—
Leonisie? — spytała cicho, zwracając na siebie uwagę psa. Jego reakcja
pozwalała jej przypuszczać, że rzeczywiście miała do czynienia z byłym
członkiem swojego klanu. — Potrzebuję twojej pomocy. Nazywam się Biała
Gwiazda, jestem liderką klanu Ciemnych. Tak się składa, że nie układa mi
się zbyt dobrze z naszą medyczką i jej uczniem, a jestem chora. Mam
zioła. Potrzebuję tylko medyka, z którym nie jestem skonfliktowana —
wymruczała szybko, nie pozwalając mu otworzyć pyska.
Nie mogła pozwolić, by przegonił ją, zanim zdążyłaby przedstawić mu sytuację.
—
Twoją medyczką jest Ciemny Kieł? — zapytał samiec, na tyle
niespodziewanie, że zdyszana po swoim monologu suczka na chwilę
zaniemówiła. Udało jej się jednak pokiwać łbem.
— Tak, Ciemny Kieł — odezwała się po chwili, podczas której Leonis milczał, nie patrząc nawet na nią.
Milczał
również, gdy odwrócił się i zaczął odchodzić w głąb terenów swojego
klanu. Biała patrzyła za nim osłupiała. Tak po prostu odchodził, nie
kazawszy jej nawet pocałować się w cztery litery albo po prostu się
stamtąd zwijać?
—
Wiem, że zachowanie odstępu jest obecnie wskazane, ale bez przesady —
odezwał się medyk, znajdując się już dobre kilka bądź kilkanaście kroków
przed nią. Nawet się przy tym nie obejrzał.
Uśmiechnęła
się delikatnie i ruszyła za nim. Coś jej podpowiadało, że gdyby
spędzili ze sobą więcej czasu, najprawdopodobniej by go naprawdę
polubiła.
Wiedziała,
że na to, by zioła naprawdę zadziałały, musiała zaczekać przynajmniej
do następnego poranka, lecz już samo ich przyjęcie sprawiało, że czuła
się lepiej. W drodze powrotnej do obozu swojego klanu miała ochotę
skakać jak małe szczenię. Na to, jako pies wciąż chory, a do tego
liderka klanu, która chciała, by inni mieli do niej jakikolwiek
szacunek, pozwolić sobie nie mogła, lecz szeroki uśmiech nie opuszczał
jej pyska.
Dopiero
na granicy terenów Ciemnych spoważniała. Ona może i była już zdrowa,
ale wiele innych psów nie. Nikt też nie mówił, że choroba nie mogła ją
dopaść później jeszcze raz.
—
Gwiezdni, pozwólcie waszym wybrańcom szybko i bezpiecznie odnaleźć
lekarstwo i powrócić z nim do klanów — wyszeptała ku niebu.
Dopiero
wtedy przekroczyła granicę. Nadeszła pora, by znowu stać się liderką,
która musiała zadbać o swój klan podczas epidemii. Niech Infernum
pochłonie ją na nowo po tej chwili w Coelum.(1300 słów, punkty niewpisane)
8 lutego 2021
Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy
Biała
Gwiazda przeciągnęła się na legowisku, próbując odpędzić senność. Nie
wyspała się. Nic nowego, nie wysypiała się od śmierci Ciemnego. Tego
dnia jednak musiała być skupiona — obiecała Stokrotkowej Łapie, że
nareszcie zajmą się porządnie jej treningiem.
Żałowała,
że została mentorką swojej córki. Myślała, że podoła, lecz już
obowiązki zastępczyni ją przytłaczały, przez co Stokrotka została przez
nią zaniedbana, nie wspominając już nawet o tym, jak wiele pracy miała
teraz, jako liderka.
Nie
mogła jednak pozwolić na to, by taki stan rzeczy trwał dalej. Musiała
wziąć się do pracy, pokazać wszystkim naokoło, że liderka może dobrze
zająć się swoim uczniem. Pamiętała, co działo się z Wojowniczą Łapą —
teraz, jak słyszała, Wojowniczym Mrozem — gdy jego mentorka została
liderką. Szukał pomocy gdzie popadnie, nie raz pakując się przy tym w
kłopoty. Nie mogła dopuścić, by przez coś takiego przechodzić musiała
Stokrotka.
— Witaj, Biała Gwiazdo — usłyszała gdzieś nad sobą.
To
sztywne powitanie zabolało ją bardziej niż powinno. Czy był to efekt
tego, że przez Lisią Łapę niedawno dowiedziała się, kim był ich ojciec? A
może po prostu zaczynała nią gardzić, za całokształt, tak jak wcześniej
już wspomniany Lisek?
Nie.
Nie mogła popadać w paranoję. Była przecież Białą Gwiazdą, takie nosiła
imię. Teraz, gdy miały wyruszyć na trening, była dla suczki o
śnieżnobiałej sierści nie matką, mamą czy mamusią, a mentorką. Do
mentora zwracało się po imieniu.
—
Witaj, Stokrotkowa Łapo — odpowiedziała, wstając, gdy zdołała już
uspokoić szalejące myśli. — Cieszę się, że jesteś już w pełnej
gotowości. — Uśmiechnęła się delikatnie. — Chodźmy, mamy trening do
przeprowadzenia.
— Czym się dziś zajmiemy? — zagadnęła jej uczennica, gdy znalazły się już poza murami ruin.
— Przysłużymy się klanowi, Stokrotko. Potrzebujemy ziół, by leczyć chore psy. Chcę, byśmy wybrały się na ich poszukiwanie.
— Poszukiwanie ziół? To nudne — jęknęła córka liderki.
—
Nudne? W żadnym wypadku. To jak polowanie, tyle tylko, że cel jest
nieruchomy. Musisz znaleźć zioła, a to nie zawsze jest takie łatwe.
Możliwe, że będziesz się musiała również wykazać szybkością, siłą czy
zręcznością.
— Niby jak? — prychnęła uczennica.
—
Jeśli między tobą a ziołami będzie coś, co może odciąć ci drogę już za
chwilę, będziesz musiała po nie pobiec. Jeśli trzeba będzie coś
przesunąć czy rozbić, przyda się siła. A może do ziół trzeba będzie
zwinnie doskoczyć?
—
A może będą mi rosły pod nosem? — wymamrotała Stokrotka pod nosem, a
jej matka ledwo co powstrzymała się przed zganieniem ją za pyskowanie.
—
Zobaczymy. A teraz chodźmy, musimy najpierw do nich dojść. — Już miała
wyruszyć, kiedy wpadła na pewien pomysł. — Albo nie. Ty pójdziesz
przodem.
— Gdzie?
—
Gdziekolwiek, gdzie twoim zdaniem mogą być zioła. Jest Pora Nowych
Liści, powinno ich być pełno, wystarczy tylko wiedzieć, gdzie szukać.
<Stokrotkowa?>
[455 słów: Biała Gwiazda otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, a Stokrotkowa Łapa 2 Punkty Treningu]
(wszystkie punkty za to opowiadanie i wcześniejsze wpisane) no do chuja poprawiam ten dopisek już czwarty raz żeby był gramatycznie i nadal mi nie wychodzi, biała gwiazda nie ma zaległości z punktami i poggers
Od Białej Gwiazdy CD Nocnej Furii
Gdy
została zastępczynią, Biała miała jedno, najważniejsze postanowienie —
poznać psy, które należały do jej klanu, jeśli nie osobiście, to chociaż
przez pryzmat tego, co mówili o nich inni. Nie była wtedy pewna, czy,
biorąc pod uwagę jej dojrzały już wiek, będzie jej dane kiedykolwiek
objąć stanowisko lidera, lecz czuła, że musiała być gotowa na taką
możliwość.
Gdy
nadeszła ta chwila, gdy Ciemna Gwiazda zmarł na oczach nie tylko jej,
ale i wszystkich obecnych na zgromadzeniu klanów, wcale nie czuła się
gotowa. Miała jednak jakieś strzępy wiadomości, stare historie, anegdoty
i plotki. To, co słyszała o Nocnej Furii, zupełnie nie pokrywało się z
tym, jakiego psa właśnie przed sobą widziała.
Dupek,
mówili wprost niektórzy. Wredny typ, który za nic ma opinię innych.
Manipulator, który dba jedynie o siebie, niewahający się przy tym
skrzywdzić innych. Podrywacz, podobno miał cały harem suczek z miasta, z
którymi przespał się choć raz.
„Nie bez powodu nosi imię Furia”.
Jeden
z wojowników twierdził, że kiedyś widział, jak Nocny oddalił się od
obozu. Wyruszył za nim, zachowując bezpieczną odległość. I słusznie, bo,
jak mówił, widział potem, jak ciemny samiec rozszarpuje wszystko, co
tylko znalazł w jakimś ciemnym zaułku, razem ze szczurami, przegryzanymi
jednym kłapnięciem szczęki na pół.
Teraz
jednak, gdy do niej przemawiał, nie widziała w nim dupka, wrednego
typa, manipulatora, podrywacza czy uosobienia czystej furii. Widziała
psa, który najwyraźniej nie rozprawił się z jakąś trudną przeszłością.
Kogoś, kto nie chciał, by ona musiała żyć tak jak on, cokolwiek by to
nie oznaczało.
Furia
mógł być tym jedynym psem, który był w stanie ją teraz zrozumieć. Nie
była jedynie pewna, czy to zrozumienie nie było bardziej przerażające od
przeżycia tego wszystkiego w samotności.
—
Dziękuję, Nocna Furio — odpowiedziała mu po chwili milczenia, prostując
się dumnie, stając się ową „silną, nietykalną liderką”, którą rzekomo
nie musiała przy nim być. — Doceniam twoją... troskę, lecz teraz, jeśli
pozwolisz, wrócę do swoich obowiązków.
Uciekła. Tak po prostu, jak tchórz, którym była.
Dni
i noce mijały, a wraz z nimi przeminęła Pora Nagich Drzew. Pora Nowych
Liści, choć najbardziej lubiana przez Białą, wcale nie przyniosła jej
odpoczynku ani ukojenia. Ciemna Gwiazda nadal był martwy, a ona wciąż
nie potrafiła się odnaleźć w swoich obowiązkach. Tajemnicza choroba,
która naprawdę chyba rozszalała się już do epidemii, również nie
odpuszczała, a Gwiazda, choć nie chciała tego przyznać ani przed sobą,
ani przed nikim innym, chyba sama zaczynała odczuwać objawy, które
wcześniej obserwowała między innymi u Ciemnego i Borsuczka.
Jednak
chyba nie to było najgorsze. Świat naprawdę nie do wytrzymania stawał
się dopiero wtedy, gdy nadchodziła noc, a liderka klanu Ciemnych udawała
się do swojego legowiska — pustego, obcego miejsca, które nadal
pachniało nieco jej poprzednikiem. Tam dopadał ją ból, w niektórych
momentach wręcz fizyczny, uniemożliwiający jej zaczerpnięcie oddechu.
Czuła smutek, tak beznadziejny, że czasem po prostu szlochała, nie
dbając już nawet o to, czy płacze cicho, czy głośno. I tak
prawdopodobnie nikt nie odważyłby się wejść do jej legowiska i po prostu
spytać co się stało. Był też gniew, wymierzony we wszystkich, w których
się tylko dało. Była zła na Ciemnego Kła, która nie wyleczyła swojego
chorego lidera. Była zła na Ciemną Gwiazdę, który śmiał tak po prostu
umrzeć, zostawiając ją samą z tym wszystkim. Była zła na samą siebie,
która nie była w stanie zrobić zupełnie nic.
Na
Gwiezdnych nie potrafiła być zła, choć w głębi duszy naprawdę chciała
ich przeklinać. Głupia, ślepa wiara była prawdziwym przekleństwem.
Pewnej
nocy nie wytrzymała już samotności, obcego otoczenia jej legowiska.
Wiedziała, gdzie niosły ją łapy, lecz nie była pewna, dlaczego tak
właściwie tam idzie. Co chciała otrzymać? Zrozumienie czy cios w pysk,
żeby mogła ochłonąć i nareszcie pójść spać?
Błądziła
pomiędzy śpiącymi wojownikami, ze wszystkich sił starając się nie
nadepnąć nikomu na ogon czy inne ucho. Uważnie przypatrywała się ich
sylwetkom i pyskom, szukając w ciemności tego jednego wojownika, którego
chciała — musiała — teraz zobaczyć.
Gdy
do niego podeszła, otworzył oczy. Przenikliwe spojrzenie zimnych
niebieskich oczu sprawiło, że na chwilę zamarła. Co ona tak właściwie
wyczyniała?
Odrzuciła dumę na bok. Jeśli chciała otrzymać pomoc, musiała się wyzbyć
tego wszystkiego, co ją do tej pory blokowało. Na chwilę spojrzała mu
nawet w oczy, lecz szybko spuściła wzrok. Nie była na to gotowa, chłodna
barwa jego oczu była dla niej zbyt wyraźna.
—
Mówiłeś... Mówiłeś, że możesz dotrzymać mi towarzystwa. Że mogę okazać
przy tobie emocje — wyszeptała, czując, że jej oczy znowu wypełniają się
łzami.
<Nocny?>
[722 słowa: Biała Gwiazda otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
PUNKTY NIEWPISANE
5 lutego 2021
Od Białej Tęczy (Białej Gwiazdy) CD Laurencego
Szybkie
ostrzeżenie: jeśli ktoś oprócz mnie boi się lub mocno brzydzi żab,
polecam ominięcie trzech akapitów napisanych kursywą (zwłaszcza tego
drugiego).
Nigdy, cholera, więcej.
Nigdy, cholera, więcej.
Okolice
obozu swojego klanu Biała Tęcza znała już prawie że na wylot. Znajomość
ta, oprócz możliwości korzystania z dziwnych skrótów, dawała jej coraz
większą zdolność cichego poruszania się w łopianie i całym tym innym
zielsku porastającym tereny wokół ruin. Już nie raz udało jej się
niepostrzeżenie podejść na tyle blisko do plotkujących w czasie patrolu
wojowników, by móc jeszcze przed przypomnieniem im, by wrócili do swoich
obowiązków usłyszeć o czym bądź o kim rozmawiali. Co prawda zraziła się
do tej metody, gdy pewnego dnia dowiedziała się co niektórzy mieli do
powiedzenia o niej samej, lecz odruch prawie bezszelestnego
przemierzania mniej wydeptanych dróg pozostał.
Torowała
sobie właśnie drogę w kierunku centrum miasta, gdzie chciała zdobyć
choć trochę pożywienia, gdy z wiatrem obijającym się o jej pysk dotarła
do niej woń jakiegoś psa, który zdecydowanie nie należał do jej klanu.
Staw czoła każdemu, kto naruszy granice twojego klanu.
Pewnym
krokiem ruszyła ku intruzowi. Im bliżej była, tym wyraźniej czuła jego
woń. Należał do jakiejś grupy, czuła zapach innych psów, nie miała
jednak pewności czy był to jeden z klanów, czy pierwsza lepsza grupa
ulicznych włóczęgów.
Gdy
do niego dotarła, zastała go wpatrującego się w mury ruin. Przystanęła,
przyglądając mu się uważnie. Miał zadbane futro i łapy wyglądające na
takie, które były w stanie bezproblemowo ponieść go daleko stąd, zanim
ona zdążyłaby go spytać kim jest. Coś podpowiadało jej, że wtedy
najprawdopodobniej nie miałaby szans go dogonić. Może gdyby zaatakowała
teraz, szybko i znienacka, miałaby jakieś, choć najmniejsze, szanse?
Powoli zaczynała się starzeć, ale wciąż miała w sobie sporo siły,
wystarczyłoby przydusić go do ziemi...
Z rozmyśleń wyrwał ją wrzask nieznajomego, który najwyraźniej właśnie ją zauważył.
—
Co ty wyprawiasz? — spytał, tak jakby to ona właśnie naruszyła jego
tereny, a nie na odwrót. — To, że się czaję, nie znaczy, że jestem
intruzem — wysapał, chyba nie myśląc zbyt długo nad swoimi
słowami. Oczywiście, takie pokrętne tłumaczenie się zdecydowanie
wskazywało na to, że nie jest intruzem.
Dalej
już tylko bardziej się plątał, mamrocząc coś o ruinach. Miała ochotę
warknąć, żeby się zamknął i przeszedł do konkretów albo się stąd
wynosić, ale mówił tak szybko, że nie była w stanie nawet otworzyć
pyska.
—
Witam cię, moja droga, miło poznać. Jestem La… — Urwał. Przez chwilę
zastanawiał się nad czymś nerwowo. Zbyt nerwowo, by mogło to uciec
uwadze Tęczy. — Żabi Odwłok — przedstawił się w końcu.
Żabi
Odwłok zupełnie nie pasował do tego jego urwanego "La...". Nie
skomentowała jednak, ponieważ szybko uświadomiła sobie, że ktoś o
imieniu Żabi Odwłok musiał być kiedyś Żabką i Żabią Łapą. Skrzywiła się
mimowolnie, zalana przez falę wspomnień.
Znów
widziała małe żabki skaczące sobie gdzieś wesoło w okolicy leśnego
strumyka. Była przestraszoną małą sunią o zbyt długim, niezwiązanym
wtedy jeszcze z jakimkolwiek klanem imieniem, uskakującą z ich drogi,
wyśmiewaną przez swoją siostrę, że boi się małych żabek. Wtedy jeszcze
po prostu bała się je zdeptać. Szanowała każde życie i nie chciała go
zabierać z innego powodu niż potrzeba pożywienia się.
Gorsza
sytuacja zdarzyła się kilkanaście księżyców później. Prawdopodobnie
była w wieku ucznia wojownika kończącego już swoje szkolenie. Wracali
wszyscy (to jest ona, jej dwie siostry i ojciec; matka nigdy nie
polowała) z nieudanych łowów. Zatrzymali się przy strumyku. Znowu była
przy nim żaba. Większa, jeszcze bardziej pałętająca się pod łapami,
skacząca tak chaotycznie, jakby była to zapowiedź jej agonii. Ojciec nie
myślał długo. Był głodny. Wszyscy byli głodni. Zabił żabę i rozerwał ją
na kawałki. Pod łapami Białej Tęczy, wtedy noszącej jeszcze zupełnie
inne imię, wylądowała noga. Obrzydliwa noga, tylko jeden z fragmentów
ciała zabitego zwierzęcia, które uważała za niezwykle odstręczające.
Już po chwili wymiotowała w krzakach, a do jej uszu dobiegały drwiny Sigmy.
Teraz również chciało jej się wymiotować. Spojrzała jednak na samca i wbiła w niego zimne spojrzenie, udając twardą i nieugiętą.
—
Nie wiem, do jakiego klanu należysz, Odwłoku, lecz na pewno nie do
Tenebris. Lepiej będzie, jeśli się stąd wyniesiesz, zanim powiadomię
patrol czy nawet lidera.
Już
nawet nie jąkał się zbyt długo. Wystarczyło kolejne twarde spojrzenie,
żeby pożegnał się czymś podobnym do ukłonu i odszedł w kierunku terenów
neutralnych. Odprowadziła go wzrokiem, chcąc mieć pewność, że grzecznie
przekroczy granicę.
Istnienie
Żabiego wyparowało z pamięci Białej szybciej, niż ona sama mogłaby się
tego spodziewać. Jeśli by nad tym jednak dłużej pomyślała, w zasadzie
nie miałaby się czemu dziwić — kolejne kilka czy kilkanaście księżyców
było wypełnione prawdziwym natłokiem problemów w życiu prywatnym,
zwanych też niechcianą ciążą i wychowywaniem szczeniąt.
Również
na tym pamiętnym zgromadzeniu, na którym zmarł Ciemna Gwiazda, a ona
sama została nową liderką swojego klanu, zupełnie nie zwróciła uwagi na
prześwitującą przez krzaki czekoladową marmurkową sierść. Fakty
połączyła dopiero kilka dni później, gdy największe emocje zdążyły już
opaść.
Żabi
Odwłok nie należał do żadnego z czterech pierwotnych klanów. Należał do
tego, który stanowił mieszaninę tych, którzy porzucili wiarę w
Gwiezdnych, lecz wciąż czuli potrzebę życia we wspólnocie. Pies, którego
imię najprawdopodobniej zaczynało się na zlepek dwóch głosek "La",
należał do Bezgwiezdnych. Co więcej, Biała Gwiazda znów miała go przed
swoimi oczami, a on ponownie wciąż jej nie dostrzegał.
Gdyby
nie to, że byli na terenach "niczyich", możliwe, że by go zaatakowała.
Nie miała nic do Gwiezdnych, sama była córką psów, które jeszcze przed
wojną porzuciły wiarę w Gwiezdnych. Została wychowana tak, by to
rozumieć. Ale on ją okłamał. Nienawidziła kłamców, może jeszcze bardziej
niż żab, do których nawiązał w swym wymyślonym (a może byłym,
porzuconym po odejściu od klanu?) imieniu. Kodeks był dla niej jednak na
tyle ważny, by tego nie zrobiła.
Wzięła głęboki oddech i ruszyła w jego kierunku. Stanęła kilka kroków od niego i odchrząknęła. Spojrzał na nią zaskoczony.
— Znów się spotykamy, Bezgwiezdny —
zagadnęła, dumnie wyprostowana, wbijając w niego zimne spojrzenie,
opanowane przez nią na przestrzeni wszystkich księżyców, które do tej
pory przeżyła.
<Laurency?>
[944 słowa: Biała Gwiazda otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
PUNKTY NIEWPISANE
Subskrybuj:
Posty (Atom)