Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Tęcza †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Tęcza †. Pokaż wszystkie posty

21 marca 2022

Biała Tęcza umiera


Po długich i cudownych rządach, Biała Tęcza, byłą liderka Tenebris spotkała tragedia. Nie mogła się spodziewać śmierci Wojowniczego Mrozu, swojego bliskiego, którego kochała tak bardzo. Był to dla niej sygnał, że na nią także już czas. Możemy o tym przeczytać w tym opowiadaniu.
Biała Tęcza, dołącza do Coelum, powitana przez gromadę bliskich jej sercu.

Od Białej Tęczy

 tw samobójstwo
Oddech uwiązł jej w gardle. Przez chwilę sądziła, że oto nastąpił jej koniec, że już nigdy nie będzie jej dane zaczerpnąć kolejnego tchu. W uszach zaczęło jej dzwonić, przed oczami pociemniało, a łapy, które wiernie służyły jej przez ostatnie sto czterdzieści siedem księżyców, ugięły się. Zaryła pyskiem o grubą warstwę śniegu, który zamortyzował jej upadek. Śniegu, który przez ostatnie kilka dni przykrywał martwe ciało Wojowniczego Mrozu. 
Gwiezdni mieli w sobie jakieś upodobanie do ironii i, choć Biała Tęcza odkryła to już dawno temat, teraz dane jej było posmakować tego wyjątkowo wyraźnie. Mróz zabity przez... mróz. Burza śnieżna, która zapewne odebrała mu życie, mocno wstrząsnęła ścianami starych ruin stanowiących schronienie dla Ciemnych. Ona sama spędziła ją zwinięta najciaśniej, jak się dało na swym posłaniu, modląc się do Gwiezdnych o dobrą śmierć, która, jak jej się zdawało, miała na nią spaść tamtej nocy. Jednak to nie ona wtedy umarła. Lecz jednocześnie...
Matka nie powinna być zmuszona żyć dłużej niż jej potomstwo. Pięćdziesiąt osiem księżyców temu przekonała się tego po raz pierwszy. Deszczyk, piąte spośród jej maleństw, walczył o każdy ze swych nielicznych oddechów, by w końcu zakończyć swój żywot tuż po tym, jak go rozpoczął. Zniknął z życia swej matki, zanim zdołał się w nim na dobre pojawić i dlatego, nawet jeśli ta strata wciąż w niej tkwiła jak ogromna drzazga, podniosła się i żyła dalej. Teraz jednak z jej życia zniknął pies, który, choć zapewne nieświadomie, wielokrotnie uratował jej życie. 
Gdyby nie on, rzeczywistość wielokrotnie byłaby jeszcze bardziej przytłaczająca. Gdyby nie on, życie miałoby znacznie mniej sensu. Gdyby nie on, Biała Tęcza nie byłaby tą osobą, którą teraz stanowiła.
Dlatego decyzja przez nią podjęta przyszła szybko.
— Oboje wiemy, że nie chcesz mi pomagać. Ja też nie chcę pomocy — zwróciła się do Lisiego Wrzasku, do którego legowiska została przeniesiona przez przypadkowych wojowników, których imion nie potrafiła spamiętać. Odkąd przeszła na emeryturę, mogła przynajmniej pozwolić sobie na przywilej niepamiętania. — Mam tylko jedną prośbę. Daj mi cokolwiek, co mnie zabije i pozwól z tym odejść. Nie obchodzi mnie, co to będzie. Ma być skuteczne i o więcej nie będę pytać.
Nie słuchała go. Odcięła się od złośliwych słów, które zapewne opuszczały teraz jego pysk. „Nareszcie”, usłyszała mimowolnie gdzieś pomiędzy jednym przekleństwem a drugim. Tak, nareszcie. Nareszcie to wszystko zbliżało się ku końcowi.
— Dziękuję — odezwała się w końcu, gdy w jej posiadaniu znalazł się woreczek z nieznaną jej rośliną. — Wiem, że nigdy się ze sobą nie zgadzaliśmy, ale chcę, żebyś wiedział, że i tak jestem z ciebie dumna i cię kocham. Nawet jeśli jednocześnie cię nienawidzę — zdradziła z delikatnym uśmieszkiem i, nie czekając na odpowiedź swego syna, opuściła jego legowisko.
Zatrzymała się na chwilę, gdy uderzył w nią gwar obozowiska. Gdzieś za ścianą Żłobka słychać było śmiech i uderzenia małych łapek szczeniąt o podłogę. Już niedługo to tej wesołej gromadki dołączyć miały jej własne wnuki, potomstwo Stokrotkowego Płatka i Cytrynowego Liścia. Poczuła tępy ból, gdy uświadomiła sobie, że nigdy nie będzie jej dane ich poznać. Potrzebowała chwili, by przekonać samą siebie, że od tego, co zamierzała teraz zrobić, nie było już odwrotu. Gdy powie się A, należy już powiedzieć również B, a potem już tylko kilka literek dzieli nas od Z jak zgon. 
Dlatego właśnie ruszyła w dalszą drogę, co kilka kroków odpowiadając na uprzejme powitania członków jej klanu, z zaskoczeniem zauważając, że niektórzy z wojowników byli wystarczająco młodzi, by zapewne nie pamiętać, czy może wręcz nie znać czasów, w których to ona była liderką klanu. Był to jednak tylko kolejny dowód na to, że spełniła swoją misję i mogła odejść. Klan dobrze sobie radził pod władzą nowego lidera i jego zastępcy. Wszystkie jej dzieci były dorosłe — sprawdzały się na swoich stanowiskach, przekazywały swą wiedzę uczniom, poznawały swoje drugie połówki i zacieśniały z nimi więzy, zakładały rodziny. Dlatego też właśnie ona teraz mogła po prostu odejść z uśmiechem na pysku.
— Jasna Gwiazdo — zwróciła się do lidera klanu, gdy natknęła się na niego niedaleko granicy klanu. — Mam do ciebie małą prośbę. Czy mógłbyś... Czy mógłbyś wieczorem posłać kogoś w okolice Gwiezdnego Szczytu? Najlepiej kogoś gruboskórnego...
— Nie rozumiem — zauważył samiec, przechylając nieco pysk, podczas gdy jego oczy uważnie obserwowały pysk jego poprzedniczki.
— Zrozumiesz, gdy nadejdzie odpowiednia pora. Proszę cię... Ze względu na starą dobrą znajomość? — mruknęła, uśmiechając się krzywo.
— W porządku... Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, Biała Tęczo.
— Oczywiście, że wiem, Jasny. Inaczej bym tego nie robiła — prychnęła, tym razem będąc w stanie wydobyć z siebie prawdziwy zawadiacki uśmiech.
I odeszła, znowu nie czekając na odpowiedź. Nie wiedziała, jak mogłaby pożegnać się z samcem, nie wzbudzając w nim podejrzeń. Uciekanie było łatwe. O wiele trudniejsze było odchodzenie od kogoś, wymienianie z nim ostatnich zdań, kiedy obie strony wiedziały, że to już koniec. Dlatego też omijała rejony, w których wiedziała, że mogłaby się natknąć na któreś ze swoich potomków czy przyjaciół. Pozwoliła łapom zanieść się prosto do swojego ostatecznego celu, nie tracąc czasu na napawanie się otoczeniem. 
W końcu zasiadła pod gałęziami ogromnego srebrzystego drzewa, które obecnie pozbawione było liści. Wtuliła się w dobrze sobie znany konar, a z podarowanego jej przez Lisi Wrzask zawiniątka wyjęła krwistoczerwone jagody. Ułożyła je w śniegu i pochyliła ku nim pysk.
— Madam! — usłyszała po chwili, a wszystko w niej jakby zatańczyło.
— Wojowniczy... — wyszeptała. 
Leżała w śniegu, lecz nie czuła jego zimna. W zasadzie to nie czuła już nic poza nim, jego obecnością.
— Synu — wyszeptała płaczliwym tonem, choć tak właściwie nie miała już zapewne połączenia z własnymi łzami. — Tak mi przykro... Tak mi przykro, że to cię spotkało, ja... Kocham cię, cholerny Łopianowy Kuprze. Jesteś... Byłeś jednym z najważniejszych psów w moim życiu... A może najważniejszym...? Ja...
— Wiem, Biała Tęczo, wiem. Ja ciebie też kocham. Nie ma co się rozklejać, bo zaraz obsmarkasz sobie futerko! Albo i nie, biorąc pod uwagę okoliczności... — Zawahał się, lecz już po chwili aż podskoczył w zachwycie. — Odważny Kieł tu jest! I... i... Ciemna Gwiazda! O, i Ciemny Kieł! I wszyscy inni! Czekają na nas!
— Czy Deszczyk... Czy on też tu jest?
— Taka mała kulka sierści? No pewnie, że jest! Wszyscy tu są i już nie mogą się doczekać, aż do nich dołączysz. — Uśmiechnął się zachęcająco.
— No cóż... Skoro tak, to zapewne nie możemy pozwolić Gwiezdnym na nas czekać, czyż nie?
I wyruszyli razem ku czekającej na nich wieczności. 

Biała Tęcza umiera.

5 września 2021

Od Białej Gwiazdy — drabble „Szczeniacka miłość”

Była jak gwiazdy na niebie — wręcz nierealnie piękna, lecz przy tym nieosiągalna. Bił od niej blask, nie tylko wtedy, gdy promienie słoneczne odbijały się od jej czarnej jak sadza sierści. Jej ciemne oczy zawsze błyszczały radośnie, a jej melodyjny śmiech był prawdopodobnie najpiękniejszym dźwiękiem, jaki kiedykolwiek słyszała biała suczka.
Śmiała się jednak dla kogoś innego. Jej miłość zarezerwowana była dla jej partnera i kilku małych, rozkosznych kulek sierści — ich potomstwa. Nie starczało jej dla Carmen, pierwszej lepszej suczki, której pomagała odnaleźć się w klanie. 
Zmarła nagle i tragicznie. 
Jej gwiazda zgasła, a ona nie mogła nawet otwarcie okazać swego żalu. 
[100 słów: Biała Gwiazda otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

4 września 2021

Od Białej Gwiazdy CD Mlecznego Oka (do Jasnego Serca)

Jeśli przygoda z ciernistymi krzakami, w które wpadła, próbując umknąć niezauważoną przed szczenięciem Dwunożnych, które postanowiło się na nią uwziąć, gdy przechadzała się po terenach ogrodu, ostatecznie rozważając swoją decyzję, czegoś ją nauczyła, to zapewne tego, że skończyły się dla niej dni świetnego refleksu. Jako drugi wniosek, do którego doszła już po powrocie do obozu, dodać mogła fakt, że Ciemny Kieł jako medyczka nie była aż taka zła, jak jej się wcześniej wydawało. No cóż, była na pewno lepsza niż jej uczeń, syn Białej, do którego ona sama w tej chwili wolałaby się nie przyznawać.
Siedziała u boku Mlecznego Oka, której, gdy liderka klanu weszła do legowiska, poparzoną całe księżyce temu część pyska Lisi Wrzask smarował jakąś dziwną mazią. Przez chwilę siedziała w milczeniu, sunąc wzrokiem po pozbawionej sierści skórze i niewidzącym oku barwy zbliżonej do śniegu. 
Biała Gwiazda, choć czasami uważała inaczej, miała stosunkowo łatwe życie. To nie jej ciało strawił kwas. To nie ona znosiła teraz spojrzenia ciekawskich, współczujących lub drwiących psów. To, co spotkało ją, teraz, gdy patrzyła na ślady, jakie na swym ciele nosiła jej zastępczyni, wydawało się zupełnie błahe. 
— Podjęłam decyzję — wyjawiła w końcu, przerywając milczenie. — Jeśli tylko się na to zgodzi, twoje miejsce zajmie Jasne Serce. — Zamilkła na chwilę, lecz nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, postanowiła kontynuować. — Miałaś rację. Obie go znamy. To dobry wojownik, przywiązany do klanu. Cechuje go spokój, który tak bardzo podkreślałaś i który, jak później zrozumiałam, być może rzeczywiście jest bardzo przydatny na tym stanowisku. 
Ona sama już dawno temu zgubiła gdzieś swój spokój. Teraz raz po raz szarpały nią emocje, lęki i wątpliwości. 
Jeszcze tylko chwila i będzie mogła się pozbyć choć odrobiny ciężaru. Jeszcze tylko kilka dni, a przed sobą będzie miała coraz mniej nierozwiązanych spraw, które oddzielały ją od końca, do którego nieuchronnie się zbliżała.
— Teraz wystarczy tylko poznać jego opinię — dodała po kolejnej chwili ciszy. Zastanawiała się, czy w jej głosie słychać było niepokój, który jej towarzyszył. Nie wiedziała, co mogłaby zrobić, gdyby Jasny jej odmówił. — Udasz się ze mną do niego? Może tobie nie odmówi — dodała w nędznej próbie rozluźnienia atmosfery żartem.
Najwyraźniej im obu tak naprawdę nie było teraz do żartów. Nawet się nie uśmiechnęły.
— Tak, pójdę z tobą. Jeśli tylko Lisi Wrzask wreszcie wróci i pozwoli mi się ruszyć — mruknęła młodsza z samic.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się delikatnie. — Chciałabym poinformować go o tym jak najszybciej, a, jeśli tylko się zgodzi, mianować go nowym zastępcą tuż po najbliższym zgromadzeniu. Oczywiście jeśli i tobie to odpowiada.
Plan ze zgromadzeniem miała w głowie już od dawna, być może jeszcze zanim właściwie poukładała sobie w głowie to, że musiała znaleźć nowego zastępcę. To na zgromadzeniu klanów zmarł Ciemna Gwiazda. To wtedy ona sama stała się nową liderką, a Mleczne Oko niedługo później jej zastępczynią. Zgromadzenie rozpoczęło całą tę historię i to ono powinno ją zakończyć.
— Niedługo później ja sama ustąpię ze swojego stanowiska — dodała ciszej, gdy otrzymała już niewerbalną twierdzącą odpowiedź, zaznaczoną kiwnięciem głowy siedzącej obok niej suczki.
 
Jasne Serce się zgodził. Białej zdawało się, że w jego spojrzeniu widziała wtedy zawahanie, lecz zignorowała je. W postawie jego ciała była determinacja i tego zamierzała się trzymać. On przecież i tak pewnie nie mógł spaprać tego wszystkiego bardziej niż ona.
Zgromadzenie klanów przyszło i odeszło. Liderka klanu Ciemnych przemilczała je, dając ostatnią okazję do wykazania się swojej zastępczyni i wiecznie jej towarzyszącemu Nocnej Furii — a przynajmniej tak sobie wmawiała. Udało im się wywalczyć obowiązek podjęcia decyzji w sprawie śmierci szczenięcia z Bezgwiezdnych do następnego zgromadzenia, a to jej wystarczało. Wtedy jej miejsce powinno być już w legowisku starszych.
Dała im wszystkim — Mlecznej, Jasnemu i samej sobie — jeszcze kilka dni. Po ich upływie zaprosiła dwoje psów — dwoje zastępców, obecnego i przyszłego — na spotkanie do swego legowiska, w którym miała pewność, że nikt im nie będzie przeszkadzał. Przyszedł czas na nowy początek dla ich wszystkich. Mleczne Oko już nie będzie musiała się martwić o stanowisko, które było dla niej wyłącznie ciężarem. Jasne Serce rozpoczynał swoje nowe życie z tym właśnie ciężarem na barkach, a już niedługo miał również przyjąć nowe imię i jeszcze większą odpowiedzialność — tę, przez którą Biała Gwiazda nie mogła spać po nocach. Ona sama zaś wchodziła właśnie na początek końca.
— Zgromadzenie się odbyło. Nadszedł więc moment, w którym, jak się wcześniej umawialiśmy, powinniście zmienić wartę na stanowisku zastępcy. Mleczne Oko, czy jesteś gotowa ustąpić miejsca Jasnemu Sercu? Jasne Serce, czy jesteś gotowy, by je po niej przyjąć? — spytała, patrząc raz na jedno z nich, raz na drugie.
<Jasne Serce?>
[738 słów]

Od Białej Gwiazdy CD Dymu

„Wydajcie mi sprawcę. Musi zginąć albo szykujcie się na wojnę”. Słowa Dymu, zastępcy lidera klanu Bezgwiezdnych do tej pory przynajmniej raz dziennie dźwięczały jej w uszach. Od tamtej chwili, kiedy to poruszony niesprawiedliwością tego świata pies domagał się zadośćuczynienia za śmierć małej, niewinnej istotki. Nie wahał się wejść na tereny innego klanu, nie bał się patrolu, który go pojmał, z odwagą patrzył jej w oczy, stawiając swoje warunki.
Nie wiedziała, jakim cudem udało jej się to utrzymać w chwiejnych ryzach aż do tego momentu. Minęło wiele Księżyców, a ona nadal nie wiedziała, kto stał za śmiercią Szyszki, bezbronnego szczeniaka, którego rozszarpały kły kogoś z klanu Białej Gwiazdy. Odbywały się kolejne zgromadzenia, a ona raz po raz powtarzała, że nad tym pracuje i niedługo wyda im winnego.
Prawda była zaś taka, że chodziła w kółko. Przez pierwsze kilka księżyców, w poszukiwaniach towarzyszyli jej najbardziej zaufani członkowie klanu. Przesłuchiwali kolejne psy, szukali jakichkolwiek poszlak. Gdyby byli Dwunogami, z powodzeniem mogliby stworzyć oddział policyjny. Ich praca nie przyniosła jednak oczekiwanych efektów.
Od tamtej pory już tylko ona dzień w dzień zadawała sobie pytanie „Kto zabił Szyszkę?” i wychodziła w tłum, szukając w nim sprawcy. Kilkakrotnie przyszpiliła do muru tych członków swojego klanu, którzy znani byli z różnych „wybryków”, lecz od żadnego z nich nie udało jej się nic wyciągnąć. Wszyscy udawali idealne niewiniątka.
Z czasem się rozleniwiła. Nie miała w sobie już tego gniewu, ustąpił on miejsca zrezygnowaniu i rozpaczy. Ciągła świadomość tego, że morderca i kanibal wciąż chodził wolno, a Bezgwiezdni, gotowi do wywołania wojny, dyszeli jej na kark. Nie dawało jej to spać.
W końcu po prostu się poddała. Na ostatnim zgromadzeniu to już nie ona rzucała wymówkami, a Mleczne Oko i Nocna Furia. Obiecała sobie również, że niedługo później odejdzie na emeryturę. Wtedy to już przestanie być jej odpowiedzialnością.
To oczywiście nie tak, że nie czuła żalu. Wiedziała, że poczucie winy za to, że nie potrafiła znaleźć winnego, będzie jej towarzyszyło aż do śmierci. Wiedziała, jak wielkim bólem była utrata szczenięcia. Jej malutkiemu Deszczykowi nie było nawet dane poznać otaczającego go świata. Szyszka dopiero zaczynała go odkrywać, a jej życie zostało jeszcze brutalniej przerwane. Deszczyk nie cierpiał, nie zdążył jeszcze poznać bólu. Szyszka została rozszarpana na kawałki przez jakiegoś psychopatę, który najprawdopodobniej czerpał przyjemność z jej bólu. Psychopatę, który wciąż co noc spał w legowisku wraz z innymi wojownikami z ich klanu.
Wzdrygnęła się aż na tę myśl. Przeniosła spojrzenie, które przez ostatnie kilka chwil wbijała we własne łapy, na stojącego w pewnej odległości od niej Jasne Serce. Rozmawiał on właśnie z Pajęczą Łapą, swoim synem, któremu to Gwiezdni zesłali wątpliwą przyjemność nazywania Lisiego Wrzasku jego mentorem. Biała miała nadzieję, że mimo obowiązku ciągłego znoszenia jej wyrodnego syna, Pajączek zostanie w przyszłości świetnym medykiem, który będzie z dumą służył pomocą członkom swego klanu, a psom spoza niego również nie odmówi w potrzebie.
Uśmiechnęła się delikatnie, patrząc na młodego ucznia, którego widok przypominał jej czasy, w których to jej potomstwo było jeszcze uroczymi kulkami sierści. Po chwili jednak uśmiech znikł, a ona znowu na starszego z dwójki psów. To na jego barki miało niedługo przejść brzemię, które ona teraz dźwigała. To on miał najbardziej odczuć skutki jej niekompetencji, która doprowadziła do takiego obrotu spraw. To on będzie musiał posprzątać cały ten bałagan.
— Wybacz mi, Jasne Serce — wyszeptała, upewniwszy się, że jej słowa nie dosięgną niczyjego ucha. — Przebaczcie mi i wy, Gwiezdni, a mojego następcę prowadźcie lepszymi drogami niż te, po których stąpałam ja — mruknęła w kierunku bezchmurnego nieba, z którego ostatnimi czasy ciągle lał się żar. 
Wstała i ruszyła w kierunku granicy. Równie dobrze mogła teraz dodatkowo obejść ich tereny, upewniając się, czy nie ma na nich żadnych nieproszonych gości, zamiast siedzieć na tyłku i się nad sobą użalać.
Koniec wątku.
[618 słów] 

23 lipca 2021

Od Białej Gwiazdy CD Mlecznego Oka

Gdy Biała Gwiazda była młodsza — przypuszczalnie w wieku, w którym psy, które od urodzenia należały do klanu, były jeszcze uczniami — uważała, że wieczne życie na pewno byłoby świetną sprawą. No cóż, wtedy nie zdawała sobie sprawy z tego, jak okropne były nieznikające obecnie ani na chwilę bóle stawów, problemy z trawieniem czy, w mniejszym lub większym stopniu, wszystkimi zmysłami. Teraz zaś, gdy, za sprawą niezbadanych wyroków Gwiezdnych, dożyła poważnego wieku i nadal jako tako trzymała się na łapach, czasami żałowała, że nie umarła w młodym wieku. Jak cudownie musiało być odejść, nie zaznawszy smaku tych wszystkich niedogodności...
Nie. Nie mogła tak myśleć. Jednej ze swych powinności dotrzymała — jej potomkowie byli już wojownikami i medykiem, źródłem dumy dla swojego klanu — lecz wciąż miała przed sobą kilka rozdziałów życia do pozamykania. Było tyle miejsc, które powinna odwiedzić, tyle psów, które powinny usłyszeć od niej jeszcze kilka słów... Najważniejsza jednak była przyszłość jej klanu — wszystkich wojowników, uczniów, szczeniąt i starszych (oraz tego jednego nienawidzącego ją zapewne całym sercem medyka, który, prawdopodobnie dlatego, by dodać jej jeszcze więcej zmartwień, był również jej synem). 
Ciemni potrzebowali silnego, młodego przywódcy. Oto nastąpił — czy, jak postanowiła, miał nastąpić, gdy upłynie kolejny cykl księżyca — ten moment, w którym musiała już oddać swe stanowisko Mlecznemu Oku, którą wiele księżyców wcześniej wybrała na swego zastępcę.
Gdyby jednak liderka Ciemnych była człowiekiem i nosiła starannie dobrane ubrania, na któreś urodziny sama podarowałaby sobie koszulkę z napisem „jebać Gwiezdnych” czy raczej „tak, wiem, Gwiezdni, jebać mnie” (a może obydwoma, tylko że jednym z przodu, a drugim z tyłu?), bo oto oni postanowili znowu kopnąć ją w tyłek. Z półobrotu.
— Chcę zrezygnować z bycia zastępcą — wyjawiła Mleczna po chwili nerwowej paplaniny, przez którą i Biała zaczęła się stresować.
Odjęło jej mowę. Rozszerzyła jedynie oczy skierowane prosto na jej zastępczynię (byłą zastępczynię?) i w milczeniu wysłuchała jej dalszych wyjaśnień.
— Rozumiesz mnie, Biała Gwiazdo?
Nie, nie rozumiała. Choć ona sama stała się jednym wielkim kłębkiem nerwów, gdy Ciemna Gwiazda poinformował ją, że życzeniem jego i Gwiezdnych jest uczynienie z niej nowego zastępcy ich klanu, nie wahała się zbyt długo. Zgodziła się prawie bez mrugnięcia okiem, bo gdzieś w głębi siebie przez cały czas tego pragnęła. Nawet wtedy, gdy śmierć jej poprzednika przyszła nagle i nieoczekiwanie, a ona sama w jednej chwili stała się nowym liderem, otrząśnięcie się z tego nie zajęło jej stosunkowo dużo czasu. Miała zobowiązania wobec tych wszystkich psów, z którymi dzieliła obóz, liczyły one na nią, dlatego też nie mogła skupiać się na swojej żałobie i na tych wszystkich wątpliwościach, które do tej pory podtykał jej głosik z tyłu jej głowy.
Teraz również miała ważne zobowiązanie wobec swego klanu. Musiała pozwolić Mlecznemu Oku zstąpić z podwyższenia, na które została wyniesiona przez swoją liderkę i na którym najwyraźniej nie czuła się komfortowo, a na jej miejsce znaleźć kogoś, kto zaopiekuje się jej ukochanym klanem, jej jedną wielką rodziną.
Jej plany związane z szybkim odejściem na emeryturę zostały rozszarpane przez los, jak przez stado wściekłych włóczęgów, ale nie mogła się teraz nad sobą użalać. (Ten moment mógł jednak nadejść, gdy znajdzie się w zaciszu swego legowiska, w którym zacznie rozszarpywać kłami stare poduszki i przeklinać cicho los).
Odchrząknęła, wyprostowała się i przybrała najbardziej spokojny i uprzejmy wyraz pyska, na jaki teraz było ją stać. Nie winiła Mlecznej o nic. Nie każdy urodził się po to, by zostać liderem klanu. 
— Nie masz za co przepraszać, Mleczne Oko. Podjęłaś decyzję, którą uważasz za słuszną. Owszem, jest to teraz źródłem pewnych... — zawahała się, lecz już po chwili odnalazła odpowiednie i wystarczająco grzeczne określenie — ...niedogodności, lecz nie jest to nic, z czym sobie nie poradzimy. Dziękuję ci za te wszystkie księżyce, przez które służyłaś mi pomocą. Mam teraz do ciebie jedną, ostatnią prośbę. Pomożesz mi podjąć decyzję, kto powinien zostać twoim następcą i przekazać mu wszystko, co powinien wiedzieć? Nasze punkty widzenia różnią się od siebie i właśnie to było jedną z rzeczy, które najbardziej ceniłam w naszej współpracy. Właśnie to może mi się też teraz przydać. Wiesz, muszę zostawić nasz klan w dobrych łapach, bo sama niedługo powinnam przenieść się do legowiska starszych. — Uśmiechnęła się delikatnie, z odrobiną smutku, i wyczekująco spojrzała na stojącą przed nią suczkę. Nie wiedziała, jak sama podejmie tę decyzję, jeśli jej prośba zostanie odrzucona, nie chciała jednak również naciskać na wojowniczkę, która i tak zrobiła już dla niej dużo. — Oczywiście masz prawo odmówić i w żadnym przypadku nie odbiorę tego osobiście.
<Mleczna?>
[729 słów: Biała Gwiazda otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

25 maja 2021

Od Białej Gwiazdy CD Jasnego Serca (do Wojowniczego Mrozu)

Po pierwsze — kto, do stu Dwunożnych, dawał swojej liderce kwiaty? Po drugie — dlaczego owa liderka uznała to za coś dość... uroczego? Nie, Biała Gwiazda, jakkolwiek pseudo-emo by to nie brzmiało, nie uznawała niczego (no, może poza szczeniętami, zwłaszcza jej własnymi) za urocze, a już na pewno nie tego, że jakiś wojownik, który jeszcze niedługo wcześniej uważał, że sypia ona z młodzikiem, który był dla niej jak syn, podarował jej jakieś zielsko na ból gardła. 
Już miała kazać mu brać tyłek w troki i wracać do obowiązków czy pomaganiu cudzym szczeniakom — i niedomagającym liderkom, pamiętała w końcu, jak ją wręcz uratował, gdy ze względu na stres nie była nawet w stanie zaczerpnąć oddechu — lecz wtedy on zadał pytanie, które tak bała się usłyszeć:
— Nie masz może informacji, co z Mlecznym Okiem?
Skrzywiła się. Wiedziała, że jej zastępczyni była dla niego kimś bliskim, czego się więc spodziewała?
(Tak właściwie to już dawno temu nauczyła się nie liczyć na nic i niczego konkretnego się nie spodziewać. W końcu czy spodziewała się tego wszystkiego, co wydarzyło się w jej życiu? Zdążyła już zostać zastępczynią, nieoficjalną mentorką irytującego Wodnego, który nadal się wokół niej kręcił, przygodą na jedną noc swojego lidera, matką, liderką... Niedługo zaś miała stać się częścią starszyzny. Cholera).
 — Niestety nie mam — odpowiedziała w końcu, starając się brzmieć jak najserdeczniej i najbardziej współczująco, jak tylko się dało. — Jestem jednak dobrej myśli, Mleczne Oko to w końcu świetna wojowniczka. Jestem pewna, że już niedługo do nas wróci, a ze sobą przyniesie lekarstwo — uśmiechnęła się delikatnie i, o dziwo, niewymuszenie. — Mówiąc o lekarstwach, dziękuję za kwiaty. Oddam je Ciemnemu Kłowi i Lisiemu Wrzaskowi, mogą im się przydać — zakończyła i, odwróciwszy się do niego plecami, odeszła.
Zamiast jednak skierować się od razu ku legowisku medyków, odszukała jakieś ustronne miejsce otoczone przez wysoki mur z łopianu. Tam rozsiadła się wygodnie i spojrzała na leżące u jej łap zerwane przez Jasne Serce kwiaty. Pochyliła się ku nim i trwała w takiej pozycji przez kilka minut, ciesząc się piękną wonią. Miała ona w sobie coś kojącego, uspokajającego, tak jakby całą sobą krzyczała do niej, że wszystko będzie w porządku, że wybrana przez Gwiezdnych do szalonej misji zastępczyni już niedługo powróci, że jej własne potomstwo i cały klan będą bezpieczne, że ona sama będzie mogła spokojnie odejść — jeśli tylko na to zasłużyła — do Gwiezdnych. 
Miała już sto dwadzieścia księżyce. Była starsza od Ciemnej Gwiazdy i jego poprzednika, Nocnej Gwiazdy, którzy umarli w wieku — odpowiednio — około stu księżyców i około stu piętnastu księżyców. Nie wiedziała, jak długi żywot wiedli jeszcze wcześniejsi liderzy jej klanu, lecz już na podstawie tego, czego była świadoma, stwierdzić mogła, że wiodła stosunkowo długie i chyba szczęśliwe życie. 
Gdzieś z tyłu głowy wciąż kołatała się ta sama myśl, która pojawiła się tam około dwudziestu księżyców wcześniej — być może nie powinna czekać na śmierć, lecz skrócić swą drogę do Gwiezdnych bądź Zgaszonych? Wiedziała jednak, że to niemożliwe. Choć twoje z jej dzieci ukończyło już trening, Borsucza Łapa wciąż odbywał szkolenie pod czujnym okiem Płomiennego Krzewu, a ona sama chciała osobiście nadać mu imię wojownika. Do tego wszystkiego dochodziła też najbardziej oczywista przeszkoda — nieobecna w klanie zastępczyni. 
No cóż, Biała Gwiazda musiała jeszcze trochę zaczekać, zanim pożegna się ze światem.
Choć, być może, życie nie było wcale takie złe. Wniosek ten uderzył ją, gdy ponownie zaciągnęła się wonią fioletowych kwiatków. Jej myśli mimowolnie popłynęły ku psu, od którego je otrzymała. W głowie znowu zadzwoniło jej to przeklęte słowo — „to było naprawdę urocze” — a gdy nie udało jej się w porę tego zwalczyć, dołączyła do tego idea, że sam Jasny również nie był niczego sobie. Nie wiedziała, czy samiec nie uraziłby się za określanie go właśnie „uroczym”, dlatego też postanowiła zamienić to na „interesujący” czy „przyciągający” (nie mylić z „pociągający” — za pociągających Biała uważała stosunkowo niewiele psów i były to przeważnie samice).
Choć Jasne Serce zachował się jak skończony debil (och nie, nie zamierzała używać tu żadnych łagodniejszych określeń) urządzając jej pogadankę o tym, że nie powinna krzywdzić Wojowniczego Mrozu i w ogóle dochodząc do wniosku, że miała czas i ochotę romansować z młodzikiem z innego klanu, gniew jego liderki stopniowo malał i kiedyś mógł całkowicie wyparować. Patrząc na to i na swoje przywiązanie do Wojowniczego Mrozu, doszła do wniosku, że najwyraźniej miała słabość do tego typu wrzodów na tyłku. 
— Lid... — zaczął jakiś męski głos, który, gdy podniosła łeb, okazał się należeć do Drewnianego Pazura. Jego wzrok od razu powędrował ku bukiecikowi, nad którym ona sama nachylała się z rozmarzonym wyrazem pyska.
— Tak, Drewniany Pazurze? — odpowiedziała, wyprostowawszy się i odchrząknąwszy.
— To chyba może poczekać. Widzę, że... jesteś zajęta.
— Och, nie, właśnie miałam zanieść te kwiatki do leża medyków, ale się zamyśliłam. O co chodzi? — Podniosła się i spróbowała delikatnie uśmiechnąć.
— Mleczne Oko powróciła.
— I to twoim zdaniem może poczekać? — prychnęła, mierząc wojownika niezadowolonym spojrzeniem. — Chociaż... Tak, możesz jednak mieć rację. Powiadom o tym Jasne Serce, jeśli zechcą porozmawiać, pozwól im. Ja sama udam się teraz do legowiska medyków. Gdy moja zastępczyni będzie na to gotowa, niech tam do mnie dołączy — zarządziła.
Gdy wojownik już odszedł, posłała jeszcze jedno spojrzenie w kierunku fioletowych roślinek. Nie miała serca oddać ich wszystkich Ciemnemu Kłowi i Lisiemu Wrzaskowi. To, co uczyniła później, było więc jakimś głupim impulsem, nie miało nic wspólnego z racjonalnym myśleniem. Mogła się zatem spodziewać krzywych spojrzeń ze strony mijanych przez nią później wojowników, gdy ci zauważyli, że ich niemłoda już liderka paraduje po terenach klanu z pojedynczym kwiatkiem zatkniętym za ucho.
— Na co się tak patrzysz? Wracaj do swoich obowiązków — prychnęła w końcu w kierunku Poziomkowej Stopy. — A ty, kochanie, zamknij, proszę, pyszczek, bo wleci ci tam mucha — upomniała towarzyszącą mu własną córkę, Stokrotkowy Płatek.
Nie dała się zjeść niepewności. Głosy krytyki, które mogły się teraz pojawić, nie dochodziły do niej. Nie obchodziło ją to, że jej zachowanie mogło stać się teraz źródłem plotek — o nie również nie dbała. Zasłużyła sobie chyba w końcu na chwilę spokoju, czyż nie? Należała się ona każdemu, w tym zapracowanym liderkom i samotnym matkom dorosłych już dzieci.
Resztę kwiatków bez słowa wyjaśnienia oddała Ciemnemu Kłowi, która zdawała się znać ich zastosowanie. Wytrzymała kolejne wrogie spojrzenie, jakie posłał jej Lisek, jej własny syn, z którym nigdy nie potrafiła się dogadać, czego zapewne miała pożałować najbardziej w chwili własnej śmierci. Dopiero wtedy całą swoją uwagę przerzuciła na wciąż śpiący Wojowniczy Mróz. Tak, być może z przynajmniej jednym ze swoich biologicznych potomków, lecz przynajmniej los wynagrodził jej to cudowną więzią z młodym wojownikiem, z którym nie łączyły jej więzi krwi, a nawet przynależność do tego samego klanu.
Kochała tę swoją dziwną patchworkową rodzinkę. Nawet Liska.
<Wojowniczy, synku kochany?>
[1089 słów]

30 kwietnia 2021

Od Białej Gwiazdy CD Wojowniczego Mrozu

Kurwa.
Choć Biała Gwiazda nie przeklinała jakoś szczególnie często, żadne inne (a już na pewno cenzuralne) słowo nie oddawało odpowiednio tego, co obecnie czuła. Była po prostu, najzwyczajniej w świecie wkurwiona, tak, jak nie była chyba od momentu, w którym Ciemny Kieł wypaplała Lisiemu Wrzaskowi (wtedy jeszcze Lisiej Łapie) kto był ojcem jego i reszty potomstwa liderki klanu Ciemnych.
A wszystko to oczywiście za sprawą Wodnych, których miała serdecznie po dziurki w nosie. 
Z całej tej bandy znośni byli jedynie Wojowniczy Mróz, czyli nadpobudliwy dzieciak, i Irysowe Serce, o której Biała co prawda nie mogła powiedzieć złego słowa, lecz jednocześnie niekoniecznie dobrze ją znała, więc i ona może miała jakieś swoje skrywane przed liderką obcego klanu dziwne wady. W każdym razie, jeśli młodzik, któremu kiedyś musiała wyciągać łopian z okolic tyłka, należał do najbardziej przyzwoitych członków tej społeczności, zapewne świadczyło to szalenie źle o pozostałych jej członkach.
Ba, cała reszta tej spółki strasznie źle kryła się ze swoim obgadywaniem jej klanu. Nie raz i nie dwa bezpośrednio do jej własnych uszu docierały ich szepty (nierzadko o niej samej), a jeszcze częściej stawało się to tematem rozmów pomiędzy Ciemnymi. To nie tak, że Ciemni nie obgadywali Wodnych — obgadywali, czasem nie zostawiając na nich ani jednej suchej nitki, a ona sama również od czasu do czasu wtrącała w te dyskusje swoje trzy grosze — ale, jak jej się zdawało, robili to z większym rozmysłem, najpierw rozejrzawszy się, czy w najbliższej okolicy nie znajdował się jeden z osobników stanowiących temat rozmowy.
Najgorsza była jednak nie ich głupota, lecz to, co jeszcze, oprócz nich, żyło na tych terenach czy raczej sam fakt, że oni, niczym stereotypowi Francuzi, wpieprzali te obrzydliwe kreatury na śniadanie. Biała nie była pewna, czy nie powinna udać się do medyka (zwłaszcza korzystając z faktu, że miała teraz do dyspozycji również medyka Wodnych, który może i przypominał szczura, lecz prawie na pewno był bardziej kompetentny od Ciemnego Kła i Lisiego Wrzasku) — codzienne wymioty wywołane piknikami tych żabojadów chyba nie wpływały najlepiej na jej zdrowie.
Błagała Gwiezdnych o litość. Nie wiedziała, ile jeszcze mogła tak wytrzymać.
Kurwa. Po prostu kurwa. 
Może powinna rzeczywiście pozwolić Płomiennemu Krzewowi ich zjeść?

Gwiezdni w końcu ją wysłuchali i przegnali Hycla z terytorium jej klanu. Nie wiedziała, czy to było w ogóle potrzebne, bo sama w pewnym momencie była gotowa dobrowolnie oddać się w jego ręce (byle jak najdalej od tego wariatkowa, mogłaby już nawet zostać pieszczochem lub po prostu zimnym trupem), ale nie zamierzała narzekać. Do jej zdaniem piękniejszych niż kiedykolwiek wcześniej znajomych okolic wracałaby w podskokach, a tamtejszą ziemię najchętniej by wycałowała, gdyby nie to, że miała już wypracowany wizerunek dumnej liderki, którego nie chciała zepsuć.
Szybko i z niezmierną ulgą wróciła do normalnego funkcjonowania — była na swoich terenach, miała przy sobie tylko członków swojego klanu (chociaż niektórzy mogliby się jednak zgubić na terenach Flumine i już tam zostać), sypiała w swoim legowisku i nie napotykała szczególnie wielu problemów, do których nie byłaby już przyzwyczajona i którym nie potrafiłaby zaradzić. 
Jak to mówią, wszędzie dobrze (no nie do końca), ale w domu najlepiej.
Gdyby tylko Wojowniczy Mróz przestał wreszcie pakować się w kłopoty, mogłaby może wreszcie odpocząć...
 
Ta cała Bryzowa Gwiazda zwiastowała kłopoty, a może i sama kłopotami była. Gdyby Biała Gwiazda miała taką możliwość, zapewne zrobiłaby jakiś background check na temat jej osoby, ale wolała nie podchodzić do Wietrznych z uśmiechem na pysku i słowami w stylu: „Cześć! Czy wasza liderka ma równo pod sufitem i czysto za uszami?”. 
A szkoda, bo może wtedy dowiedziałaby się, że w rzeczywistości suczka nie miała ani równo pod sufitem, ani czysto za uszami, a Wojowniczemu zakazałaby kontaktów z nią, bo, jak się okazywało, najwyraźniej tamta przyczepiła się jej przybranego syna (samemu Wojowniczemu zapewne nie należało mówić, że liderka Ciemnych uważała go właśnie na przybranego syna, bo biedny chyba zapłakałby się na śmierć ze szczęścia czy zrobił cokolwiek innego, lecz równie głupiego) niczym tamte rzepy całe księżyce temu.
— Bryzowa Gwiazda to naprawdę świetna liderka, wiesz? No... To znaczy oczywiście nie taka świetna jak ty, Biała Gwiazdo, ty jesteś najświetniejszą liderką w całej historii wszystkich klanów, ale i tak jest świetna. Powiedziała mi, że jeśli tylko zechcę, mogę odwiedzić ją na terenach jej klanu, a ona pokaże mi co i jak — paplał Mróz, ilekroć znalazł się w towarzystwie starszej suczki. Pomijając oczywiste zirytowanie jego zachwytem nad tą podejrzaną osobą, liderka miała jedynie nadzieję, że nikomu innemu nie opowiadał o tym tak często i tak głośno. — Właściwie to pomyślałem sobie, że może ją rzeczywiście odwiedzę. Bryzowa ostatnio coraz częściej o tym mówi, biedaczka chyba jest bardzo samotna. Może nawet dzisiaj? Jak już tu jestem, to jestem przecież w środku drogi, wystarczy przemknąć się przez resztę twoich terenów et voilà... jestem na miejscu!
— Nie sądzę, żeby... — zaczęła, ale on oczywiście nawet jej nie słuchał.
— Tak, pójdę tam nawet teraz. Do widzenia, Biała Gwiazdo! — oznajmił i tyle go widziała.
A raczej tyle by go widziała, gdyby nie to, że nie zamierzała mu pozwolić samotnie wyruszyć na spotkanie z suczką, do której nie miała za grosz zaufania. Odczekała więc chwilę i ruszyła za nim, mając nadzieję, że po drodze nie natknie się na żaden patrol obcego klanu. Musiała przypilnować tego młodzika, nie mogła pozwolić, by cokolwiek mu się stało.
<Wojowniczy?>
[865 słów] 

14 kwietnia 2021

Od Białej Gwiazdy CD Jasnego Serca (do Wojowniczego Mrozu)

Jasne Serce kojarzył się Białej Gwieździe tylko z kilkoma podstawowymi faktami. Po pierwsze, był od niej młodszy, jakieś czterdzieści księżyców młodszy, lecz na tyle już dojrzały, by nie nazywała go w myślach „młodzikiem”, jak to miała skłonność ostatnio robić, gdy chodziło o przynajmniej połowę znanych jej wojowników. Po drugie, pomógł jej, gdy jakiś czas temu nie potrafiła zapanować nad własnymi emocjami i oddechem. Była mu wdzięczna, lecz do tej pory nie wyraziła tego, jak jej samej się zdawało, dostatecznie. Po trzecie, był jakąś rodziną lub czymś na kształt rodziny (w każdym razie kimś bliskim) jej zastępczyni, Mlecznego Oka. Po czwarte, z wojny z klanem Piątego wyszedł ledwo żywy, a i teraz prawdopodobnie dokuczały mu jakieś dolegliwości, przez które rzadko opuszczał tereny klanu, a jeśli już to robił, zazwyczaj wracał zmęczony.
Więc dlaczego, do stu Dwunożnych, tego popołudnia, nieprzytomny i z przeoranym pazurami grzbietem, został przytargany na tereny ich klanu przez Wojowniczy Mróz?
— Nie wiedziałem, co z nim zrobić, ale pachniał jak Tenebris... — wyjaśnił Wodny, z niepewnością patrząc to na nią, to na Jasnego, który, jak jej się zdawało, powoli odzyskiwał przytomność.
— Bardzo dobrze zrobiłeś. — Uśmiechnęła się do niego delikatnie. Chciała jeszcze coś dodać, być może „dziękuję”, być może „jestem z ciebie dumna”, lecz oto do jej uszu dobiegł słaby głos milczącego do tej pory wojownika:
— Liderko? — wydusił z siebie, a ona najszybciej, jak tylko się dało, odwróciła głowę w jego stronę i podeszła do niego.
— Co się stało? — spytała, pochyliwszy się nad nim, z niezadowoleniem odnotowując, że brzmi po prostu jak twarda liderka, a nie jak ktoś zmartwiony o stan jednego ze znanych sobie wojowników. Nie utrzymywali jednak ze sobą szczególnie bliskich kontaktów, dlaczego więc tak właściwie powinna zareagować inaczej? Dlatego, że on pomógł jej w chwili słabości?
— Przegięliśmy z treningiem — odpowiedział wymijająco i roześmiał się. 
Serce spróbował się podnieść, a Mróz, jak zauważyła kątem oka, od razu wyrwał się, chcąc albo mu pomóc, albo go powstrzymać — nie była pewna — lecz zatrzymał się po wykonaniu zaledwie jednego kroku. Wbrew oczekiwaniom Białej, starszy z wojowników nie syknął ani nie jęknął z bólu. Albo dobrze go więc maskował, albo po prostu nie był on tak silny, jak jej się zdawało, że musiał być.
Nie uwierzyła mu. Nie miała jednak przecież żadnych podstaw, by otwarcie zakwestionować jego odpowiedź. Nawet nie znała go szczególnie dobrze. 
— Naprawdę? — zapytała więc jedynie, licząc na jakiś cud, na poruszenie sumienia Jasnego, który oto najprawdopodobniej kłamał w żywe oczy swojej liderce.
Kolejna wymijająca odpowiedź. Mentalnie przewróciła oczami, fizycznie nie potrafiła się na to zdobyć, nie chcąc obrazić rannego.
— Masz jakieś imię, kochaniutki? — zwrócił się w końcu do członka klanu Wodnych.
— Ja... eee... — wyjęczał młodzik, patrząc niepewnie na Białą, na pewno będąc w gotowości, by wymyślić kolejną idiotyczną historyjkę podobną do tej, w której to była jego ciotką czy inną kuzynką, a jego dziewczyna (Łopianowy Kuper — tego nie zamierzała zapomnieć) porzuciła go dlatego, że nie umiał pływać. 
Pokiwała głową, uznając, że wyznanie prawdy jest lepsze niż wysłuchiwanie kolejnej produkcji wytwórni filmowej Umysł debila™.
— Wojowniczy Mróz, psze pana — odpowiedział w końcu.
— Wojowniczy Mróz, który teraz spada, bo Ciemny Kieł już nadchodzi — syknęła, patrząc twardo na swojego byłego i nieoficjalnego ucznia.
— Już się robi, madam — odpowiedział i rzeczywiście już go nie było.
Nie dziwiła mu się. Sama by chętnie uniknęła konieczności spotkania z medyczką.
 
Choć Biała Gwiazda nie spodziewałaby się tego nawet po swoich najgorszych koszmarach, zaledwie kilka dni później cały jej klan przeniósł się na tereny Wodnych. Najgorsze w tej całej sytuacji nie było chyba nawet to, że znaleźli się tam ze względu grasującego po ich obozie i okolicach Hyclu (który, niestety, przed ich przenosinami nie zdążył schwytać ani Ciemnego Kła, ani Lisiego Wrzasku). Nakrapianą Gwiazdę również starała się ignorować, nie chcąc tracić na kogoś takiego jak ona cennej energii. Najgorsze zdecydowanie były te przeklęte żaby, których w okolicach Rzeki było od groma. 
Trudno było utrzymywać wizerunek godnej szacunku i dumnej liderki, kiedy na widok tych skaczących choler miało się ochotę albo uciekać tam, gdzie pieprz rośnie, albo zwrócić swój ostatni posiłek.
Zaleta była chyba tylko jedna — pomijając oczywiście bezpieczeństwo całego klanu — możliwość spędzania czasu z Wojowniczym, który również zdawał się cieszyć z jej towarzystwa, nawet jeśli, wzywany wciąż do siebie to przez jedną, to przez drugą, stał się uosobieniem wojny dwóch liderek.
— Biała Gwiazdo, czy możemy porozmawiać na osobności? — spytał Jasne Serce, gdy jego liderka zakończyła jedną z wielu rozmów z Irysowym Sercem, z którą dogadywała się o wiele lepiej, niż z jej liderką.
— Tak, oczywiście, Jasne Serce — odparła, choć nie udało jej się powstrzymać wyrazu zaskoczenia, jaki pojawił się w tej chwili na jej pysku. — O co chodzi? — spytała, gdy oddalili się już od wszystkich pozostałych członków współżyjących tymczasowo ze sobą dwóch klanów.
— Chodzi o ciebie i Wojowniczy Mróz — zaczął samiec, wyglądając nieco niepewnie. — Wiem oczywiście, że to tylko i wyłącznie wasza sprawa, lecz wydaje mi się, że powinnaś to poważnie przemyśleć. Sam kiedyś wpakowałem się w coś podobnego i mogę poświadczyć, że możecie się w ten sposób wpakować w duże kłopoty.
— Wiem, że pochodzimy z różnych klanów, ale... — zaczęła, nie rozumiejąc, o co, do stu Dwunożnych mu chodziło, lecz przerwała, gdy zrozumiała, że wojownik nie zakończył jeszcze swojego monologu.
— Nie chodzi tylko o klany. Zauważ, że on jest jeszcze naprawdę młody. Ja naprawdę rozumiem, że „serce nie sługa”, ale...
— Słucham? — przerwała mu, nie dbając już o to, że było to nieszczególnie kulturalne. — Jakie znowu serce? Chwila... Czy ty uważasz, że mnie i Wojowniczego łączy jakaś romantyczna relacja? — prawie krzyknęła, wytrącona z równowagi tym, jak absurdalne było to oskarżenie. — Do stu Dwunożnych, Jasne Serce, nie, nie mam romansu z Wojowniczym Mrozem! — prychnęła, kręcąc głową. — Jeśli już musisz wiedzieć, to ten wariat jest dla mnie jak syn. Przypałętał się pewnego dnia na nasze tereny i poprosił mnie, żebym pomogła mu w treningu, bo jego mentorka nie miała dla niego czasu, no i od tamtej pory już przyczepił się jak tamten łopian jego tyłka. — Gdyby nie była tak wzburzona, być może zauważyłaby, że wspominanie o tyłku psa, o romans z którym przed chwilą zostało się posądzonym, nie było najlepszym pomysłem. — Nigdy nawet nie pomyślałam o nim w taki sposób. A ty mogłeś po prostu mnie zapytać, czy z nim sypiam, czy co tam jeszcze sobie wyobrażałeś — zakończyła, wywracając oczami.
W tym właśnie momencie zauważyła, że w ich stronę zmierza nie kto inny, a młody wojownik, o którym przed chwilą rozmawiali. Zauważając, że Mróz częściej spogląda on na Jasne Serce, i mając nadzieję, że to właśnie z nim chciał porozmawiać, rzuciła jeszcze w stronę Jasnego jakieś niedbałe i dość twarde „do widzenia”, i odeszła. Nie chciała teraz znaleźć się jednocześnie w towarzystwie dwóch tych psów.
Wyminąwszy Wojowniczego, znowu pokręciła głową.  
Ona i on mieliby mieć romans. Cholera, ten Jasny to dopiero miał wyobraźnię.
<Wojowniczy?>
[1111 słów]

Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy

Biała Gwiazda ostrożnie przeciągnęła się na swoim legowisku, krzywiąc się, gdy usłyszała ostatnio nieopuszczające jej strzelanie w kościach i poczuła zdecydowany protest własnych mięśni, które najwyraźniej nie lubiły porannej gimnastyki. Starzała się, nieuchronnie zbliżając się do wieku czyniącego ją częścią starszyzny klanu. Zbliżała się również do własnej śmierci, nie tylko zakładając, że miała umrzeć ze starości — wiedziała w końcu, że „śmierć się czai tuż za rogiem”, nawet jeśli nie miała prawo znać musicalu „Rodzina Addamsów”.
Gdy już zakończyła swój koncert trzeszczenia w kościach, znany również jako rozciąganie się, zdecydowanym krokiem wyruszyła w kierunku legowiska uczniów. Spała już zbyt długo, a, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze nie stała nad nią, Stokrotkowa Łapa zapewne również wciąż chrapała sobie w najlepsze lub, co gorsza, czekając na swoją mentorkę i nudząc się, postanowiła wywołać trochę zamieszania na terenach klanu.
Natknęła się na nią o kilka kroków przed jej legowiskiem, już na nogach, lecz najprawdopodobniej jeszcze przed sprawianiem kłopotów. Miała co prawda podejrzanie poplątaną sierść, lecz jej matka wolała nie zaprzątać sobie tym głowy. Podczas treningów mocno wchodziła w rolę liderki, starając się pomijać fakt, że dla swojej obecnej uczennicy była również matką i liderką.
— Dzień dobry, Stokrotkowa Gwiazdo. Jesteś gotowa na nasz dzisiejszy trening? — odezwała się w końcu, uśmiechając się delikatnie.
— Dzień dobry, Biała Gwiazdo. Ja... A co ze śniadaniem? — Młodsza z suczek przekrzywiła głowę.
Liderka wywróciła oczami. Oczywiście, uczniom i najmłodszym z wojowników nawet przez głowę nie przechodziło rozpoczęcie dnia bez zapełnienia brzucha. Nie rozumieli, że zaraz po jedzeniu byli ociężali, dlaczego też posilać się powinni dopiero po porannych treningach czy patrolach. Nie wiedzieli również, że czasem zajęć było zbyt dużo, by nie pomijać poszczególnych posiłków — zwłaszcza gdy było się jednocześnie liderką, mentorką, matką i czymś w rodzaju niańki dla młodego wojownika z innego klanu.
— Upolujesz sobie po drodze jakiegoś gołębia — mruknęła, nie starając się nawet ukryć swojej irytacji. — Chodźmy już, dobrze? Dzisiaj, jak już wspominałam, rozpoczniemy twoją naukę walki.
<Stokrotkowa Łapo?>
[318 słów] 

30 marca 2021

Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy

— Gdzie teraz idziemy? — spytała Stokrotkowa Łapa, gdy skończyła już spożywać upolowanego przez siebie ptaka. 
Jej mentorka pokręciła głową. Tę młodą trudno było zmęczyć, a ona sama, z czego zapewne śmiali się teraz Gwiezdni, nie była już ani młoda, ani szczególnie cierpliwa w stosunku do szczeniąt i uczniów. Wiedziała jednak, że skoro została wybrana na mentorkę swojej córki, musiała wywiązać się z powierzonego sobie zadania jak najlepiej. Miała również świadomość, że jeśli jeszcze raz będzie musiała patrzeć, jak Stokrotka poluje na tłuste gołębie, to zwariuje.
— Teraz idziemy znaleźć jakieś spokojne miejsce. Sprawdzimy, jak dobrze pamiętasz kodeks. 
— Kodeks? — jęknęła młodsza ze śnieżnobiałych suczek. — Ale to nudne!
„Chyba nie tak nudne jak ciągłe polowanie na niemrawe ptaszyska”, miała ochotę napomknąć liderka Ciemnych, lecz w porę ugryzła się w język. To nie była pora na uszczypliwość.
— Nie wiem, czy nudne, ale na pewno ważne. To najważniejsze zasady obowiązujące każdego z nas, których musimy przestrzegać. No chyba że nie chcesz po śmierci zasiąść wśród Gwiezdnych — dodała po chwili.
Uczennica bąknęła coś pod nosem. Szybko zerknęła po tym na matkę i, upewniwszy się zapewne, czy ta nie usłyszała, o czym marudziła, odezwała się ponownie, tym razem głośniej:
— Dobrze, Biała Gwiazdo. — Nie brzmiała na zachwyconą, ale przynajmniej nie sprzeciwiała się otwarcie suczce, która była jednocześnie jej matką, mentorką i liderką. Gdyby postąpiła inaczej, miałaby potrójnie przechlapane.
— Co powiesz na jakiś przyjemny zakątek w ogrodach? Może uda nam się usiąść wśród kwiatów — zaproponowała, próbując udobruchać Łapę, a także licząc na to, że miejsce to nie będzie aż do przesady okupywane przez Dwunożnych.
— Dobrze — przytaknęła uczennica z coraz szerszym uśmiechem na pyszczku.
Jakiś czas później dotarły do ogrodów, a także znalazły przyjemne i ciche miejsce wśród kwiatów. Ich białe sylwetki wyraźnie odznaczały się na tle zieleni trawy i całej gamie barw otaczających je kwitnących roślin. Tu i ówdzie przelatywała pszczoła, bąk czy motylek, które Stokrotka z wyraźnym zadowoleniem uważnie obserwowała.
— No dobrze, przejdźmy do rzeczy. Teraz porozmawiamy o kodeksie, po czym wrócimy do obozu. Tam już czeka na ciebie Mroźna Burza, obiecał opowiedzieć ci trochę o przeszłości klanu. — Zatrzymała się na chwilę i udała, że nie usłyszała kolejnego niezadowolonego jęknięcia. — Jutro zajmiemy się treningiem walki. Niedługo też prawdopodobnie wyślę cię na patrol z kilkoma wojownikami — wyjaśniła, woląc od tej pory mieć wszystko zaplanowane, a nie do końca treningu swojej córki patrzeć, jak ta dobija ptaki i tak stojące już u progu śmierci z przejedzenia.
Choć najwyraźniej niezbyt zadowolona perspektywą wysłuchiwania opowieści serdecznego starszego, Stokrotkowa Łapa ożywiła się na wzmiankę o walce i patrolu. Poderwała się aż do pozycji stojącej, lecz równie szybko, zauważywszy minę swojej matki, powróciła do siadu.
— A tymczasem... Co kodeks mówi o zastępcach i liderach?
 <Stokrotkowa Łapo?>
(439 słów + trening Stokrotki) 

11 marca 2021

Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy

Zacisnęła zęby. Fakt, że łowom przewodziło szczenię, nawet jeśli była to jej córka i uczennica, sprawiał, że aż czuła nieprzyjemne dreszcze. Sami Gwiezdni raczyli wiedzieć, co mogło się stać, jeśli taki młodzik wpakuje je w jakieś tarapaty. Och, a o tym, jak po prostu uwłaczające dla niej to było, nie chciała nawet myśleć.
Nie powinna była w ogóle zgadzać się na prowadzenie tej młodej suczki w jej drodze do tytułu wojownika. Była na to już za stara, robiła się z niej zrzędliwa staruszka.
— No to prowadź — odpowiedziała w końcu, siląc się na delikatny, zachęcający uśmiech.
Zaledwie chwilę później obie węszyły i rozglądały się uważnie w poszukiwaniu wspomnianych wcześniej przez Stokrotkową Łapę tłustych gołębi. Tych, oczywiście, gdy były im akurat potrzebne, było jak na lekarstwo. 
— Ten jest tak gruby, że chyba nawet nie może już latać — zaśmiała się cicho Stokrotka, kiwnięciem głowy wskazując matce gołębia tak tłustego, że aż zdającego się być nierealnym.
— Albo Dwunożni ładnie go dla nas napaśli przez porę nagich drzew, albo jest chory. Wygląda jednak na zadbanego, ma całkiem ładne pióra...
— To co? Zjemy go?
— Skoro uważasz, że nawet nie oderwie się od ziemi, to możesz zająć się nim sama — zachęciła córkę Biała.
Młodsza z suczek ochoczo, lecz z wystarczającą ostrożnością wyruszyła w kierunku spasionego ptaszyska. Jej matka przyglądała się jej jedynie kątem oka, bo oto kilka kroków dalej dostrzegła jedną z roślin, które obecnie były najbardziej pożądane we wszystkich klanach — zioło, które mogło wyleczyć chorego na szerzącą się między psami chorobę.
Wciąż zerkając na zasadzającą się na ofiarę uczennicę, sama wyruszyła w kierunku swojego nowego celu. Już była dosłownie o krok przed zerwaniem ziół i powrotem do córki, gdy nagle wyrósł przed nią ogromny długowłosy kocur. Gdyby byli ludźmi, oto miałaby przed sobą napakowanego dresiarza.
— To ona? — wysyczał nieprzyjemnym, charczącym głosem do stojącego nieopodal wyłysiałego kota, którego wcześniej przegoniły dwie białe suczki.
— Tak, Stasiek, to ona. — Pokiwał gorączkowo głową. — Pokażesz jej teraz, prawda, pokażesz jej, że z nami, kotami się nie zadziera?
— Pokażę. — Kiwnął łbem i znów łypnął na liderkę. — No, psina, teraz sobie porozmawiamy. Janek powiedział mi, że ty i jakaś twoja mini kopia chciałyście skopać mu tyłek. Sytuacja przedstawia się następująco: mojemu brachowi nie skopuje się tyłka, bo potem ma się ode mnie w gratisie jeszcze gorsze kopanie tyłka.
— Sam przecież powiedziałeś, że tylko chciałam skopać mu tyłek, ale tego nie zrobiłam.
— Bo uciekł!
— Nie uciekłem, tylko poleciałem po ciebie, Stachu, wiesz przecież, że ja nigdy nie uciekam! — oburzył się Janko. Z jego głosu suczka wnioskowała, że jest już na skraju łez.
— No dobra, przepraszam, Janko. No, słyszałaś, nie uciekł, tylko pobiegł po mnie. A wiesz, dlaczego pobiegł do mnie? Bo słabych się nie bije, a ty chciałaś go bić. To teraz ja pobiję ciebie.
— Słuchaj, Staszek, trochę mi się spieszy. Jakbyś mógł się odsunąć i dać mi zebrać zioła, których potrzebuję, to już za chwilę moglibyśmy rozstać się w pokoju — zaproponowała znudzonym głosem, mając już dość tej idiotycznej pogawędki.
— W pokoju, dobre! Nie jesteśmy w żadnym pokoju białasie, jesteśmy na ulicy. A na ulicy są zasady i prawo betonowej dżungli, psinko!
Wypowiedziawszy te słowa, koci dres o idiotycznym imieniu Stach rzucił się na liderkę klanu Ciemnych. Nie traciła czasu, od razu przystąpiła do kontrataku, chcąc jak najszybciej mieć to za sobą. Gdyby nie zioła, które czekały na nią za plecami kocura, nawet nie bawiłaby się w te śmieszne zapasy.
— Dajesz, Stachu, pokaż jej! — krzyczał z bezpiecznej odległości jego wyłysiały kumpel. Gdyby on był człowiekiem, prawdopodobnie łudząco zarówno wyglądem, jak i zachowaniem, przypominałby Czerepacha z „Rancza”.
<Stokrotkowa Łapo?>
(582 słowa + trening Stokrotki)

1 marca 2021

Od Białej Gwiazdy CD Wojowniczego Mrozu (do Bryzowej Gwiazdy)

— Biała Gwiazdo? Wszystko w porządku? — piskliwym głosem paplał jej tuż nad uchem jakiś młody wojownik czy inny uczniak, którego w tej chwili nie rozpoznawała.
Zadrżała, rozdrażniona przez nieprzyjemny głos młodzika. Posłała mu nieco rozbiegane spojrzenie, które w założeniu miało być groźne.
Nie. Nic nie było w porządku. Wszystko posypało się wraz ze śmiercią Ciemnej Gwiazdy. A może nawet jeszcze wcześniej? Ten głupiec naprawdę nie powinien był mianować jej swoją zastępczynią, pieczętować w ten sposób jej losu. Gdyby nie to, nie zbliżyłaby się z nim tak niebezpiecznie. Gdyby nie to, nie zaszłaby w ciążę, nie zostałaby pozostawiona z tym sama sobie przez niego i Ciemnego Kła, która odmówiła jej pomocy i nie urodziłaby szczeniąt, których nigdy nie chciała mieć. Gdyby nie to, myśl o Deszczyku, który żył zaledwie chwilę, nie byłaby tak bolesna — Deszczyk po prostu by wtedy nie istniał. Gdyby nie to, nie miałaby teraz wciąż na głowie czwórki szczeniąt, które teraz chorowały na potęgę i z których jedno musiała prowadzić w treningu, choć zdecydowanie nie miała na to już sił. Gdyby nie to, być może wciąż by żył — gdyby wybrał sobie lepszego zastępcę, ten może znalazłby dla niego pomoc, zanim zrobiło się na to zbyt późno. 
Gdyby nie to, nie musiałaby teraz przeżywać napadu hiperwentylacji.
— Dajcie jej spokój. Odsuńcie się! Nie widzicie, że potrzebuje teraz spokoju? — warczał gdzieś w pobliżu jakiś znajomy głos, Nocna Furia, jak zrozumiała chwilę później. Odganiał od niej gapiów tak, jak odganiał ich od umierającego na zgromadzeniu klanów Ciemnej Gwiazdy.
Ciemna Gwiazda nie żył, hasał sobie teraz radośnie z Gwiezdnymi po jakichś przeklętych elizejskich łąkach. Zostawił ją samą z całym tym bałaganem, z klanem, epidemią i jej własnymi, prywatnymi problemami. Z zastępczynią ona sama też trafiła naprawdę w dziesiątkę — Mleczne Oko dostała jakiś sen od Gwiezdnych i wybyła z klanu prawie że od razu po swoim awansie. Do tej pory nie wracała. Być może nie miała już nigdy wrócić, a Biała miała sama do śmierci użerać się z całym tym cyrkiem na kółkach. 
— Biała Gwiazdo, spójrz na mnie, proszę — powiedział cicho i spokojnie kolejny głos.
Spojrzała na psa tylko i wyłącznie dlatego, że nie rozpoznawała, z kim ma do czynienia. Samiec. Dość niski, czarno-biały samiec. Nie był to ani jej Borsuczek, ani należący do starszyzny Mroźny — nie zgadzał jej się układ czerni i bieli. Kojarzyła już tylko jednego psa o takim umaszczeniu — Jasne Serce, który, jak jej się zdawało liderce, był jakoś spokrewniony z Mlecznym Okiem. O, ironio...
— Świetnie. Musisz uspokoić oddech. Najłatwiej będzie chyba, jeśli będziemy oddychać razem. Dobrze? — Nie czekał na odpowiedź. Nie mieli na to czasu. — Wdech. — Powoli wciągnął haust powietrza. — I wydech. — Wypuścił go.
Nie wiedziała, jak długo to trwało. Nie liczyła ani wdechów, ani wydechów. Zauważyła jednak, że z czasem coraz łatwiej było jej dopasować oddech do niego. Gonitwa myśli zaczęła cichnąć, by w końcu zamienić się w ciche szemranie, które ostatnio towarzyszyło jej nieustannie. 
— Dziękuję — wyszeptała w końcu nieco zdławionym głosem.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się jedynie delikatnie i zniknął w tłumie. Szukała go wzrokiem, gdy Nocna Furia odprowadzał ją do legowiska, lecz już nie była w stanie dostrzec. Najwyraźniej tak to już miało być, krótkie spotkanie ratujące jej skórę i tyle.
— Jesteś pewna, że powinnaś teraz zostać sama? A co jeśli zacznie się jakiś kolejny atak? — mruknął Nocny tonem z pozoru zupełnie obojętnym. Białej zdawało się jednak, że słyszy za tym wszystkim jakąś troskę i tej właśnie myśli kurczowo się uczepiła.
— Poradzę sobie. Jestem w końcu silną, nietykalną liderką — prychnęła, zbywając go szybko, choć tak naprawdę miała ochotę poprosić go, by tu z nią został. Potrzebowała kogoś, kogokolwiek, w kogo mogłaby się wtulić, by choć na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co miała na głowie.
Zamiast tego jak zawsze zmuszona była wtulić się w pomięte szmaty służące jej za legowisko. Znowu była sama. Jak zwykle.
Sen przyszedł do niej szybko. Był płytki, na tyle płytki, by nie musiała znowu męczyć się z koszmarami, które zawsze wyglądały niezwykle podobnie — jak przeklęta karuzela wspomnień, poprzetykana jej największymi strachami i niepewnościami. Czasami budziła się dopiero wtedy, gdy po ponownym przeżyciu wszystkich cudownych i okropnych chwil rzucała się pod metalowego potwora Dwunogów czy w dół jakiegoś pierwszego lepszego skalnego urwiska.
Czasami miała ochotę powtórzyć to w rzeczywistości, lecz potem zbierała się w sobie i wracała do obowiązków. Może kiedyś, gdy jej potomstwo zostanie już mianowane na wojowników...
Teraz jednak, gdy się zbudziła, musiała jak najszybciej opuścić legowisko. Czuła, że jeśli za chwilę nie znajdzie się na świeżym powietrzu, może znowu doświadczyć problemów z oddychaniem. Wstała więc i na chwiejnych łapach wyruszyła na spacer. (Jakoś w końcu musiała nazwać swoją ucieczkę od miejsca, które otrzymała w spadku po Ciemnej Gwieździe i przed jego duchem.)
— To już czwarty raz podczas tego księżyca! — lamentował gdzieś w pobliżu znajomy głos. 
Wojownicza Ła... to znaczy, Wojowniczy Mróz? Czy on naprawdę nie wyrósł z tych swoich eskapad wraz z mianowaniem na wojownika? (Pytanie oczywiście było retoryczne. Biała była prawie pewna, że młody pies miał już nigdy nie wyrosnąć ze swoich niekoniecznie rozsądnych pomysłów.)
Scena, którą zastała po wynurzeniu się zza rogu ruin, była co najmniej ciekawa, jeśli nie przynajmniej dziwna. Jasna suczka, której Biała nigdy nie widziała na oczy, wbiła w nią przerażone spojrzenie i, wycofując się, natrafiła na coś, co zmusiło ją do zatrzymania się. Owo coś szybko wyjrzało zza jej ogona i posłał w jej stronę pełen zakłopotania uśmiech.
— Kim, na Gwiezdnych, ona jest? — wypaliła, zanim zdążyła pomyśleć nad jakimiś mniej wrogimi słowami.
— Cioteczko! To znaczy kuzyneczko, oczywiście, że kuzyneczko! — wykrzyknął Wojowniczy, doskakując do niej szybko. — Właśnie mówiłem tej miłej suczce, że przyszedłem ci się wypłakać, bo... bo moja dziewczyna, eee... — Rozejrzał się gorączkowo po ich otoczeniu. — Bo Łopianowy... Kuper — wymyślił wreszcie, zapewne przypominając sobie pewne zdarzenie z dnia, gdy po raz pierwszy się spotkali. — Łopianowy Kuper ze mną zerwała! Prawda? — Obejrzał się za siebie, by zauważyć, że nieznajoma zaczęła się powoli oddalać.
— Stój — warknęła liderka klanu Ciemnych w kierunku drugiej suczki.
— Po co te nerwy, madam? — wtrącił się Mróz, a Gwiazda posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Jeśli dobrze pamiętała, zdradziła mu dokładnie i obrazowo, co zamierzała z nim zrobić, jeśli jeszcze raz nazwie ją w ten sposób, co właśnie uczynił. — Co ta twoja znajoma tak właściwie ci zrobiła, co? 
— Żadna z niej moja znajoma — uciszyła go Biała, zanim zdążył zacząć snuć domysły na ten temat. — Pierwszy raz widzę ją na oczy. Na pewno nie należy do mojego klanu. Dlatego może też sama zechciałaby wyjaśnić, co tu robi, hmm? — warknęła w kierunku stojącej sztywno kilka kroków przed nimi samicy.
<Bryzowa Gwiazdo?>
(1117 słów, punkty niewpisane) 

19 lutego 2021

Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy

— Wszystko w porządku? — spytała Biała Gwiazda, gdy podeszła do Stokrotkowej Łapy.
Dwunóg chwilę wcześniej odszedł. Wielki owczarek wlókł się u jego nogi, od czasu do czasu próbując odwrócić się, by znowu warknąć coś w stronę członkiń klanu Ciemnych, a mały piesek z dziwnymi szmatami w sierści usiłował wyrwać się z rąk istoty pozbawionej sierści.
— Tak, uciekłam mu. I zobacz, co znalazłam! — Stokrotka z zadowoleniem pokazała kępkę leczniczych ziół leżących u jej łap.
— Brawo. Nie dość, że umknęłaś Dwunogowi i jego pieszczochom, to jeszcze przysłużyłaś się klanowi, zbierając zioła. Jestem z ciebie dumna. — Zwalczyła w sobie ochotę przytulenia córki, zamiast tego jedynie się do niej uśmiechając. Teraz była jej mentorką.
— Teraz trzeba to zanieść Ciemnemu Kłowi, tak? 
— Pomyślałam, że najpierw chciałabyś spróbować zapolować na coś małego, ale jak wolisz iść do medyczki... 
— Nie! Chcę zapolować! — ożywiła się suczka. Po chwili jednak zauważalnie posmutniała. — Tylko nie wiem, czy dam radę. Ostatnio szybciej się męczę.
Ostatnio szybciej się męczę. 
Słowa te były dla Białej zbyt znajome, by nie wywarły na niej żadnego wpływu. Znów widziała Ciemną Gwiazdę, który szeptem, tak, by nikt poza jego zastępczynią go nie usłyszał, przyznawał dokładnie to samo. Tak jakby osłabienie było jakimś powodem do wstydu. 
Gdyby nie ta głupia duma i niekompetencja Ciemnego Kła, może wciąż by żył.
— Mamo?
Mała suczka, tak podobna do niej samej, delikatnie ją kręciła. Pomogło jej to wrócić do rzeczywistości. Ciemna Gwiazda nie żył. Stokrotkowa Łapa była za to żywa i potrzebowała pomocy medyka.
— Przepraszam, zamyśliłam się. — Pokręciła łbem. — Co powiesz na to, żebyśmy zapolowały razem? Tak powinnyśmy dać radę. Zaraz potem zabiorę cię do Ciemnego Kła, powinna się tobą zająć.
— Mną? — spytała suczka, prawdopodobnie tłumiąc w sobie na chwilę ekscytację związaną z obietnicą wspólnego polowania.
— Szybko się męczysz. Masz kaszel. Wygląda to na pierwsze objawy choroby — oznajmiło rzeczowo, nie chcąc bardziej zagłębiać się w temat. — To co? Polujemy?
— Polujemy!
No i zapolowały. Wybrały wspólnie tłustego szczura, który nie był w stanie umykać przed nimi tak szybko jak jego pobratymcy. Mimo przykrych objawów choroby poradziły sobie z nim stosunkowo szybko. Już po chwili, z brzuchami wypełnionymi podzieloną między sobą ofiarą, mogły wrócić do obozu.

— Jak to „nie mamy ziół”? — warknęła liderka do medyczki, w której legowisku nie zjawiałaby się, gdyby nie choroba kolejnego jej szczenięcia. — A to co ma być? — ostrym ruchem wskazała na kępkę ziół, którą przed chwilą Ciemnemu Kłowi wręczyła Stokrotkowa Łapa.
— To za mało, żeby wyleczyć twoją uczennicę. Na tym etapie rozwoju choroby potrzebuje ich więcej. 
— Wysłałam niedawno wojowników i uczniów po zioła! Nikt niczego nie przyniósł? — drążyła Biała coraz bardziej zdesperowana.
— Nawet jeśli ktoś coś przyniósł, zostało już zużyte do wyleczenia innych psów. Mamy coraz więcej chorych, a coraz mniej ziół.
— To trzeba je zbierać! Do stu Dwunożnych, mamy Porę Nowych Liści, jest ich zdecydowanie więcej niż jeszcze kilka księżyców temu, kiedy choroba zaczęła nas atakować. Ty też mogłabyś się wybrać po zioła. W ogóle muszę znowu wysłać po nie wojowników i uczniów. — Zatrzymała się, próbując się uspokoić, gdy zobaczyła na sobie niepewne spojrzenie córki. Nie chciała jej przestraszyć, nie mogła dać się dalej ponieść tej bezradności. — Ale najpierw sama spróbuję coś zebrać. Stokrotko, zostań tutaj — rozkazała, po czym rzuciła Ciemnemu Kłowi spojrzenie, które miało mówić „a ty nawet nic nie próbuj”.
Nie czekała na odpowiedź ani jednej, ani drugiej. Najzwyczajniej w świecie opuściła legowisko medyczki i wyruszyła w drogę w bliżej nieokreślonym kierunku.
Dopiero już na miejscu spostrzegła, gdzie poniosły ją łapy. Miała przed sobą ogród — miejsce, które słynęło z nietypowej dla miasta różnorodności roślin. Być może były tam również te zioła, których potrzebowała jej córka i cały klan?
Szła ostrożnie, pilnując się obrzeży ogrodów — wiedziała, że im dalej by się zapuściła, tym większe było prawdopodobieństwo natknięcia się na Dwunożnego. Prawdopodobnie to tam polowali na zwierzynę, bo czasami, gdy tylko wiatr zawiał we właściwym kierunku, do nosa Gwiazdy dobiegał stamtąd rozkoszny zapach pożywienia. 
Była głodna. Zjedzona przez nią niedawno część gołębia, bez względu na to, jak był tłusty, nie zapełniła jej brzucha tak, jak powinna. Jej organizm, który powinien teraz walczyć z chorobą, potrzebował jeszcze więcej „paliwa”, by mógł jako tako funkcjonować. 
Dlatego też złamała swoje postanowienie — gdy dotarł do niej wyjątkowo wyraźny aromat mięsa, wyruszyła prosto w kierunku, z którego dobiegał. Na miejscu zastała jedynie garstkę Dwunogów — samicę, dwóch samców i jedno szczenię. Wyglądali na bliskich sobie, być może byli rodziną. Dorośli nie dostrzegali jej, zajęci pożywieniem, lecz biegający tu i ówdzie łysy szczeniak zauważył ją i szybko zjawił się u jej boku. W dłoni trzymał pożywienie, które teraz wyciągnął w jej stronę. A ona, głupia, podążyła za nim.
Dopiero w ostatniej chwili spostrzegła dwie rzeczy — kępkę ziół znajdującą się obok miejsca, w którym zaledwie przed chwilą stała, oraz zamykaną przez młodego Dwunożnego furtkę. Ocknęła się z transu wywołanego połączeniem głodu i znajdującego się tuż obok jedzenia. Rzuciła się do biegu. Łyse szczenię krzyknęło. Furtka zaskrzypiała, zamykając się coraz szybciej.
Zioła czekały na nią na wolności — nie wiedziała jedynie, czy zdoła się wydostać i, jeśli tak, czy da radę je zebrać, zanim będzie musiała zwiewać przed krzyczącą istotą.
<Stokrotkowa Łapo?>
(870 słów + trening, punkty niewpisane)

17 lutego 2021

Od Białej Gwiazdy

Choróbsko dopadło również Białą Gwiazdę. Nie było już co się oszukiwać, choć przez ostatnie kilka dni uparcie to robiła. Była chora, a do tego z dnia na dzień jej stan się pogarszał. Kaszel i kichanie się nasilały, wzmocnione teraz dodatkowo przez ból gardła. Była osłabiona i wydawało jej się, że mogła mieć podwyższoną temperaturę ciała. 
Mówiąc w skrócie — jeśli wkrótce nie miała się wziąć w garść, Tenebris mógł stracić drugiego lidera w ciągu tak krótkiego okresu czasu. Do tego, pod nieobecność jej zastępczyni, Mlecznego Oka, która zgodnie z wolą Gwiezdnych wyruszyła na wyprawę, nie mogło dojść, by klan nie pogrążył się w chaosie.
Ba, liderka po prostu nie chciała umierać. Może nie należała już do najmłodszych, ale zdecydowanie nie był to jeszcze dobry moment, by dołączyć do Gwiezdnych. O ile oni w ogóle planowali ją przyjąć w swoje szeregi, bo takiej pewności, jak sądziła, nigdy mieć nie mogła.
Nie mogła też pójść do Ciemnego Kła, nie po tym, co medyczka uczyniła w przeszłości. Na pomoc jej ucznia, notabene swojego najstarszego syna, też nie miała co liczyć. Lisek prawdopodobnie byłby zdolny zamiast lekarstwa podać jej truciznę, zwłaszcza po tym, jak dowiedział się, kto był jego ojcem. 
Wiedziała już, jak wyglądały zioła, które mogły jej pomóc. Tylko czy to cokolwiek jej dawało? Nawet gdyby je zdobyła, czy to wykradając z legowiska medyka, czy samodzielnie zbierając, nie wiedziałaby potem, co z nimi zrobić, żeby zadziałały. 
Ale Ciemny Kieł nie była przecież jedynym medykiem w okolicy...
Pochmurny Pysk. Były uczeń medyka w jej klanie, który odszedł od nich po ataku Piątego. Bezgwiezdny. Medyk. Leonis. Jej ostatnia deska ratunku.
Teraz wystarczyło jedynie zdobyć zioła. Nie mogła ich wykraść z legowiska Ciemnej, choć taka była jej pierwsza myśl. Nie było ich zbyt dużo, a chorych wciąż przybywało. Nie mogła zaszkodzić członkom swojego klanu tylko i wyłącznie dlatego, że bała się o swoje życie. Może i nie należała do największych altruistów świata, ale aż tak samolubna również nie była. 
Pozostawało jej już tylko jedno — zebrać świeże zioła. Nie była pewna, czy to w ogóle możliwe w jej stanie, ale musiała spróbować. Nie mogła zjawić się chora w samym centrum gniazda żmij, jakim było legowisko medyka w jej klanie. Nie, jeśli życie było jej miłe.
Nie miała dość sił, by wędrować wszędzie i nigdzie w poszukiwaniu ziół. Musiała powędrować prosto w stronę terytorium Bezgwiezdnych, licząc na to, że składnik potrzebnego jej lekarstwa ot tak wyrośnie sobie magicznie prosto pod jej łapami. 
Ostatnimi czasy nie miała w życiu wiele szczęścia. Czy teraz miało ono jej dopisać?
Szła powoli, z każdym krokiem ostrożnie patrząc pod łapy i rozglądając się naokoło. Musiała znaleźć zioła. Nie mogła dojść do granic terenów Bezgwiezdnych jedynie z głupim uśmiechem na pysku. 
— Gwiezdni, błagam was, potrzebuję tych przeklętych... — urwała, zauważywszy coś co najmniej ciekawego kilkanaście kroków od siebie. 
Spod dość dużego, ale też nie ogromnego kamienia wystawały jakieś pomięte liście — te liście. Zioła, których potrzebowała. 
— Dzięki, Gwiezdni — mruknęła gdzieś w kierunku nieba i naparła na głaz z całych sił.
Nic. Skała ani drgnęła, a ona sama już po chwili musiała się o niego oprzeć bokiem, by utrzymać się w pionie podczas ataku kaszlu. 
— Serio? — wycharczała, gdy skończyła zanosić się kaszlem. — Są zioła, ale nie ma jak ich zdobyć? Tak mi pomagacie? — warknęła i naskoczyła na leżący obok długi prosty przedmiot, płaski i względnie szeroki, prawdopodobnie pozostawiony tam przez Dwunożnych.
Jęknęła aż z bólu, gdy wyrżnęła o to coś nosem. Twarde. A jak twarde, to pewnie i wytrzymałe...
Widziała kiedyś Dwunożnego w ciekawy sposób podnoszącego coś dużego i pewnie ciężkiego właśnie za pomocą czegoś takiego, jak ta deska. Mogłaby się na nim teraz wzorować, oczywiście w miarę swoich psich możliwości...
Długi przedmiot podłożyła pod kamień, wpychając pod spód najlepiej, jak tylko mogła. Drugi koniec znalazł się przez to w powietrzu. Wysoko, ale nie zbyt wysoko. Naparła na niego przednimi łapami. Coś drgnęło, ale nie wystarczająco mocno. 
Pozostawał jej już tylko jeden pomysł. Przygotowała się do skoku. Musiała użyć całego ciężaru swojego ciała, wzmocnionego przez to, że zamierzała naskoczyć na deskę. Ustawiła się odpowiednio.
Skoczyła.
Doskoczyła. Jeden koniec deski pod wpływem jej ciężaru powędrował w dół, drugi, dzięki prawom fizyki, do góry i oto kamień odchylił się, ukazując nieco podeschnięte i pomięte liście leczniczego zioła. Zebrała je szybko i wyruszyła w dalszą drogę. 
— Medyku Bezgwiezdnych, który może mnie kompletnie zignorować i kazać spadać albo zawołać wojowników, żeby się ze mną rozprawili, nadchodzę!

No i nadeszła, ale jedynie w okolice granic terenów Bezgwiezdnych, bo tam uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia jak dotrzeć do legowiska medyka, nie dając się przy tym złapać ich patrolowi. Nie znała ich terenów, praktycznie nie znała nikogo z nich. (Na pomoc tego Bezgwiezdnego, który przedstawił jej się niegdyś jako Żabi Odwłok, raczej nie miała co liczyć. Nie była też pewna, czy chciałaby prosić o pomoc kogoś, kto okłamał ją w tak podstawowej sprawie jak jego imię.) 
Co wiedziała o Pochmurnym Pysku? Sądząc po dawnym imieniu, prawdopodobnie nie miała co się spodziewać uśmiechniętego psa. Kolorowa sierść, zupełnie niepasująca do wyrazu pyska, to też ktoś chyba kiedyś o nim powiedział. Tylko czy to jakkolwiek ją urządzało?
Jakieś kilka kroków przed nią nagle przeszedł jakiś pies. Zanurkowała głębiej w krzaki, próbując jednocześnie mu się przyjrzeć.  Ładna sierść, pokryta zadziwiająco dużą ilością barw, zwłaszcza w porównaniu z jej jednolitą bielą. Bił od niego zapach ziół, wyczuwalny nawet mimo jej kataru.
Leonis. To znaczy, najprawdopodobniej Leonis, ale przecież kto nie ryzykuje, ten nie ma szans skorzystać z usług niewierzącego medyka czy jakoś tak.
Cichutko wyszła z zarośli i rozejrzała się. Nie dostrzegała w okolicy żadnego innego psa. Wzięła głęboki oddech i przekroczyła granicę, by już po chwili podejść do Bezgwiezdnego.
— Leonisie? — spytała cicho, zwracając na siebie uwagę psa. Jego reakcja pozwalała jej przypuszczać, że rzeczywiście miała do czynienia z byłym członkiem swojego klanu. — Potrzebuję twojej pomocy. Nazywam się Biała Gwiazda, jestem liderką klanu Ciemnych. Tak się składa, że nie układa mi się zbyt dobrze z naszą medyczką i jej uczniem, a jestem chora. Mam zioła. Potrzebuję tylko medyka, z którym nie jestem skonfliktowana — wymruczała szybko, nie pozwalając mu otworzyć pyska.
Nie mogła pozwolić, by przegonił ją, zanim zdążyłaby przedstawić mu sytuację.
— Twoją medyczką jest Ciemny Kieł? — zapytał samiec, na tyle niespodziewanie, że zdyszana po swoim monologu suczka na chwilę zaniemówiła. Udało jej się jednak pokiwać łbem.
— Tak, Ciemny Kieł — odezwała się po chwili, podczas której Leonis milczał, nie patrząc nawet na nią.
Milczał również, gdy odwrócił się i zaczął odchodzić w głąb terenów swojego klanu. Biała patrzyła za nim osłupiała. Tak po prostu odchodził, nie kazawszy jej nawet pocałować się w cztery litery albo po prostu się stamtąd zwijać?
— Wiem, że zachowanie odstępu jest obecnie wskazane, ale bez przesady — odezwał się medyk, znajdując się już dobre kilka bądź kilkanaście kroków przed nią. Nawet się przy tym nie obejrzał.
Uśmiechnęła się delikatnie i ruszyła za nim. Coś jej podpowiadało, że gdyby spędzili ze sobą więcej czasu, najprawdopodobniej by go naprawdę polubiła. 

Wiedziała, że na to, by zioła naprawdę zadziałały, musiała zaczekać przynajmniej do następnego poranka, lecz już samo ich przyjęcie sprawiało, że czuła się lepiej. W drodze powrotnej do obozu swojego klanu miała ochotę skakać jak małe szczenię. Na to, jako pies wciąż chory, a do tego liderka klanu, która chciała, by inni mieli do niej jakikolwiek szacunek, pozwolić sobie nie mogła, lecz szeroki uśmiech nie opuszczał jej pyska. 
Dopiero na granicy terenów Ciemnych spoważniała. Ona może i była już zdrowa, ale wiele innych psów nie. Nikt też nie mówił, że choroba nie mogła ją dopaść później jeszcze raz.
 — Gwiezdni, pozwólcie waszym wybrańcom szybko i bezpiecznie odnaleźć lekarstwo i powrócić z nim do klanów — wyszeptała ku niebu.
Dopiero wtedy przekroczyła granicę. Nadeszła pora, by znowu stać się liderką, która musiała zadbać o swój klan podczas epidemii. Niech Infernum pochłonie ją na nowo po tej chwili w Coelum.
(1300 słów, punkty niewpisane)

8 lutego 2021

Od Białej Gwiazdy CD Stokrotkowej Łapy

Biała Gwiazda przeciągnęła się na legowisku, próbując odpędzić senność. Nie wyspała się. Nic nowego, nie wysypiała się od śmierci Ciemnego. Tego dnia jednak musiała być skupiona — obiecała Stokrotkowej Łapie, że nareszcie zajmą się porządnie jej treningiem. 
Żałowała, że została mentorką swojej córki. Myślała, że podoła, lecz już obowiązki zastępczyni ją przytłaczały, przez co Stokrotka została przez nią zaniedbana, nie wspominając już nawet o tym, jak wiele pracy miała teraz, jako liderka. 
Nie mogła jednak pozwolić na to, by taki stan rzeczy trwał dalej. Musiała wziąć się do pracy, pokazać wszystkim naokoło, że liderka może dobrze zająć się swoim uczniem. Pamiętała, co działo się z Wojowniczą Łapą — teraz, jak słyszała, Wojowniczym Mrozem — gdy jego mentorka została liderką. Szukał pomocy gdzie popadnie, nie raz pakując się przy tym w kłopoty. Nie mogła dopuścić, by przez coś takiego przechodzić musiała Stokrotka.
— Witaj, Biała Gwiazdo — usłyszała gdzieś nad sobą.
To sztywne powitanie zabolało ją bardziej niż powinno. Czy był to efekt tego, że przez Lisią Łapę niedawno dowiedziała się, kim był ich ojciec? A może po prostu zaczynała nią gardzić, za całokształt, tak jak wcześniej już wspomniany Lisek?
Nie. Nie mogła popadać w paranoję. Była przecież Białą Gwiazdą, takie nosiła imię. Teraz, gdy miały wyruszyć na trening, była dla suczki o śnieżnobiałej sierści nie matką, mamą czy mamusią, a mentorką. Do mentora zwracało się po imieniu. 
— Witaj, Stokrotkowa Łapo — odpowiedziała, wstając, gdy zdołała już uspokoić szalejące myśli. — Cieszę się, że jesteś już w pełnej gotowości. — Uśmiechnęła się delikatnie. — Chodźmy, mamy trening do przeprowadzenia.
— Czym się dziś zajmiemy? — zagadnęła jej uczennica, gdy znalazły się już poza murami ruin.
— Przysłużymy się klanowi, Stokrotko. Potrzebujemy ziół, by leczyć chore psy. Chcę, byśmy wybrały się na ich poszukiwanie. 
— Poszukiwanie ziół? To nudne — jęknęła córka liderki.
— Nudne? W żadnym wypadku. To jak polowanie, tyle tylko, że cel jest nieruchomy. Musisz znaleźć zioła, a to nie zawsze jest takie łatwe. Możliwe, że będziesz się musiała również wykazać szybkością, siłą czy zręcznością. 
— Niby jak? — prychnęła uczennica.
— Jeśli między tobą a ziołami będzie coś, co może odciąć ci drogę już za chwilę, będziesz musiała po nie pobiec. Jeśli trzeba będzie coś przesunąć czy rozbić, przyda się siła. A może do ziół trzeba będzie zwinnie doskoczyć?
— A może będą mi rosły pod nosem? — wymamrotała Stokrotka pod nosem, a jej matka ledwo co powstrzymała się przed zganieniem ją za pyskowanie.
— Zobaczymy. A teraz chodźmy, musimy najpierw do nich dojść. — Już miała wyruszyć, kiedy wpadła na pewien pomysł. — Albo nie. Ty pójdziesz przodem. 
— Gdzie?
— Gdziekolwiek, gdzie twoim zdaniem mogą być zioła. Jest Pora Nowych Liści, powinno ich być pełno, wystarczy tylko wiedzieć, gdzie szukać.
<Stokrotkowa?>
[455 słów: Biała Gwiazda otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, a Stokrotkowa Łapa 2 Punkty Treningu]
(wszystkie punkty za to opowiadanie i wcześniejsze wpisane) no do chuja poprawiam ten dopisek już czwarty raz żeby był gramatycznie i nadal mi nie wychodzi, biała gwiazda nie ma zaległości z punktami i poggers

Od Białej Gwiazdy CD Nocnej Furii

Gdy została zastępczynią, Biała miała jedno, najważniejsze postanowienie — poznać psy, które należały do jej klanu, jeśli nie osobiście, to chociaż przez pryzmat tego, co mówili o nich inni. Nie była wtedy pewna, czy, biorąc pod uwagę jej dojrzały już wiek, będzie jej dane kiedykolwiek objąć stanowisko lidera, lecz czuła, że musiała być gotowa na taką możliwość. 
Gdy nadeszła ta chwila, gdy Ciemna Gwiazda zmarł na oczach nie tylko jej, ale i wszystkich obecnych na zgromadzeniu klanów, wcale nie czuła się gotowa. Miała jednak jakieś strzępy wiadomości, stare historie, anegdoty i plotki. To, co słyszała o Nocnej Furii, zupełnie nie pokrywało się z tym, jakiego psa właśnie przed sobą widziała.
Dupek, mówili wprost niektórzy. Wredny typ, który za nic ma opinię innych. Manipulator, który dba jedynie o siebie, niewahający się przy tym skrzywdzić innych. Podrywacz, podobno miał cały harem suczek z miasta, z którymi przespał się choć raz.
„Nie bez powodu nosi imię Furia”.
Jeden z wojowników twierdził, że kiedyś widział, jak Nocny oddalił się od obozu. Wyruszył za nim, zachowując bezpieczną odległość. I słusznie, bo, jak mówił, widział potem, jak ciemny samiec rozszarpuje wszystko, co tylko znalazł w jakimś ciemnym zaułku, razem ze szczurami, przegryzanymi jednym kłapnięciem szczęki na pół.
Teraz jednak, gdy do niej przemawiał, nie widziała w nim dupka, wrednego typa, manipulatora, podrywacza czy uosobienia czystej furii. Widziała psa, który najwyraźniej nie rozprawił się z jakąś trudną przeszłością. Kogoś, kto nie chciał, by ona musiała żyć tak jak on, cokolwiek by to nie oznaczało. 
Furia mógł być tym jedynym psem, który był w stanie ją teraz zrozumieć. Nie była jedynie pewna, czy to zrozumienie nie było bardziej przerażające od przeżycia tego wszystkiego w samotności.
— Dziękuję, Nocna Furio — odpowiedziała mu po chwili milczenia, prostując się dumnie, stając się ową „silną, nietykalną liderką”, którą rzekomo nie musiała przy nim być. — Doceniam twoją... troskę, lecz teraz, jeśli pozwolisz, wrócę do swoich obowiązków.
Uciekła. Tak po prostu, jak tchórz, którym była.

Dni i noce mijały, a wraz z nimi przeminęła Pora Nagich Drzew. Pora Nowych Liści, choć najbardziej lubiana przez Białą, wcale nie przyniosła jej odpoczynku ani ukojenia. Ciemna Gwiazda nadal był martwy, a ona wciąż nie potrafiła się odnaleźć w swoich obowiązkach. Tajemnicza choroba, która naprawdę chyba rozszalała się już do epidemii, również nie odpuszczała, a Gwiazda, choć nie chciała tego przyznać ani przed sobą, ani przed nikim innym, chyba sama zaczynała odczuwać objawy, które wcześniej obserwowała między innymi u Ciemnego i Borsuczka. 
Jednak chyba nie to było najgorsze. Świat naprawdę nie do wytrzymania stawał się dopiero wtedy, gdy nadchodziła noc, a liderka klanu Ciemnych udawała się do swojego legowiska — pustego, obcego miejsca, które nadal pachniało nieco jej poprzednikiem. Tam dopadał ją ból, w niektórych momentach wręcz fizyczny, uniemożliwiający jej zaczerpnięcie oddechu. Czuła smutek, tak beznadziejny, że czasem po prostu szlochała, nie dbając już nawet o to, czy płacze cicho, czy głośno. I tak prawdopodobnie nikt nie odważyłby się wejść do jej legowiska i po prostu spytać co się stało. Był też gniew, wymierzony we wszystkich, w których się tylko dało. Była zła na Ciemnego Kła, która nie wyleczyła swojego chorego lidera. Była zła na Ciemną Gwiazdę, który śmiał tak po prostu umrzeć, zostawiając ją samą z tym wszystkim. Była zła na samą siebie, która nie była w stanie zrobić zupełnie nic. 
Na Gwiezdnych nie potrafiła być zła, choć w głębi duszy naprawdę chciała ich przeklinać. Głupia, ślepa wiara była prawdziwym przekleństwem.
 
Pewnej nocy nie wytrzymała już samotności, obcego otoczenia jej legowiska. Wiedziała, gdzie niosły ją łapy, lecz nie była pewna, dlaczego tak właściwie tam idzie. Co chciała otrzymać? Zrozumienie czy cios w pysk, żeby mogła ochłonąć i nareszcie pójść spać? 
Błądziła pomiędzy śpiącymi wojownikami, ze wszystkich sił starając się nie nadepnąć nikomu na ogon czy inne ucho. Uważnie przypatrywała się ich sylwetkom i pyskom, szukając w ciemności tego jednego wojownika, którego chciała — musiała — teraz zobaczyć. 
Gdy do niego podeszła, otworzył oczy. Przenikliwe spojrzenie zimnych niebieskich oczu sprawiło, że na chwilę zamarła. Co ona tak właściwie wyczyniała?
Odrzuciła dumę na bok. Jeśli chciała otrzymać pomoc, musiała się wyzbyć tego wszystkiego, co ją do tej pory blokowało. Na chwilę spojrzała mu nawet w oczy, lecz szybko spuściła wzrok. Nie była na to gotowa, chłodna barwa jego oczu była dla niej zbyt wyraźna.
— Mówiłeś... Mówiłeś, że możesz dotrzymać mi towarzystwa. Że mogę okazać przy tobie emocje — wyszeptała, czując, że jej oczy znowu wypełniają się łzami.
 <Nocny?>
[722 słowa: Biała Gwiazda otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
PUNKTY NIEWPISANE

5 lutego 2021

Od Białej Tęczy (Białej Gwiazdy) CD Laurencego

 
Szybkie ostrzeżenie: jeśli ktoś oprócz mnie boi się lub mocno brzydzi żab, polecam ominięcie trzech akapitów napisanych kursywą (zwłaszcza tego drugiego).
Nigdy, cholera, więcej.


Okolice obozu swojego klanu Biała Tęcza znała już prawie że na wylot. Znajomość ta, oprócz możliwości korzystania z dziwnych skrótów, dawała jej coraz większą zdolność cichego poruszania się w łopianie i całym tym innym zielsku porastającym tereny wokół ruin. Już nie raz udało jej się niepostrzeżenie podejść na tyle blisko do plotkujących w czasie patrolu wojowników, by móc jeszcze przed przypomnieniem im, by wrócili do swoich obowiązków usłyszeć o czym bądź o kim rozmawiali. Co prawda zraziła się do tej metody, gdy pewnego dnia dowiedziała się co niektórzy mieli do powiedzenia o niej samej, lecz odruch prawie bezszelestnego przemierzania mniej wydeptanych dróg pozostał.
Torowała sobie właśnie drogę w kierunku centrum miasta, gdzie chciała zdobyć choć trochę pożywienia, gdy z wiatrem obijającym się o jej pysk dotarła do niej woń jakiegoś psa, który zdecydowanie nie należał do jej klanu. 
Staw czoła każdemu, kto naruszy granice twojego klanu.
Pewnym krokiem ruszyła ku intruzowi. Im bliżej była, tym wyraźniej czuła jego woń. Należał do jakiejś grupy, czuła zapach innych psów, nie miała jednak pewności czy był to jeden z klanów, czy pierwsza lepsza grupa ulicznych włóczęgów.  
Gdy do niego dotarła, zastała go wpatrującego się w mury ruin. Przystanęła, przyglądając mu się uważnie. Miał zadbane futro i łapy wyglądające na takie, które były w stanie bezproblemowo ponieść go daleko stąd, zanim ona zdążyłaby go spytać kim jest. Coś podpowiadało jej, że wtedy najprawdopodobniej nie miałaby szans go dogonić. Może gdyby zaatakowała teraz, szybko i znienacka, miałaby jakieś, choć najmniejsze, szanse? Powoli zaczynała się starzeć, ale wciąż miała w sobie sporo siły, wystarczyłoby przydusić go do ziemi...
Z rozmyśleń wyrwał ją wrzask nieznajomego, który najwyraźniej właśnie ją zauważył.
— Co ty wyprawiasz? — spytał, tak jakby to ona właśnie naruszyła jego tereny, a nie na odwrót. — To, że się czaję, nie znaczy, że jestem intruzem — wysapał, chyba nie myśląc zbyt długo nad swoimi słowami. Oczywiście, takie pokrętne tłumaczenie się zdecydowanie wskazywało na to, że nie jest intruzem.
Dalej już tylko bardziej się plątał, mamrocząc coś o ruinach. Miała ochotę warknąć, żeby się zamknął i przeszedł do konkretów albo się stąd wynosić, ale mówił tak szybko, że nie była w stanie nawet otworzyć pyska.
— Witam cię, moja droga, miło poznać. Jestem La… — Urwał. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś nerwowo. Zbyt nerwowo, by mogło to uciec uwadze Tęczy. — Żabi Odwłok — przedstawił się w końcu.
Żabi Odwłok zupełnie nie pasował do tego jego urwanego "La...". Nie skomentowała jednak, ponieważ szybko uświadomiła sobie, że ktoś o imieniu Żabi Odwłok musiał być kiedyś Żabką i Żabią Łapą. Skrzywiła się mimowolnie, zalana przez falę wspomnień. 
Znów widziała małe żabki skaczące sobie gdzieś wesoło w okolicy leśnego strumyka. Była przestraszoną małą sunią o zbyt długim, niezwiązanym wtedy jeszcze z jakimkolwiek klanem imieniem, uskakującą z ich drogi, wyśmiewaną przez swoją siostrę, że boi się małych żabek. Wtedy jeszcze po prostu bała się je zdeptać. Szanowała każde życie i nie chciała go zabierać z innego powodu niż potrzeba pożywienia się.
Gorsza sytuacja zdarzyła się kilkanaście księżyców później. Prawdopodobnie była w wieku ucznia wojownika kończącego już swoje szkolenie. Wracali wszyscy (to jest ona, jej dwie siostry i ojciec; matka nigdy nie polowała) z nieudanych łowów. Zatrzymali się przy strumyku. Znowu była przy nim żaba. Większa, jeszcze bardziej pałętająca się pod łapami, skacząca tak chaotycznie, jakby była to zapowiedź jej agonii. Ojciec nie myślał długo. Był głodny. Wszyscy byli głodni. Zabił żabę i rozerwał ją na kawałki. Pod łapami Białej Tęczy, wtedy noszącej jeszcze zupełnie inne imię, wylądowała noga. Obrzydliwa noga, tylko jeden z fragmentów ciała zabitego zwierzęcia, które uważała za niezwykle odstręczające. 
Już po chwili wymiotowała w krzakach, a do jej uszu dobiegały drwiny Sigmy.
Teraz również chciało jej się wymiotować. Spojrzała jednak na samca i wbiła w niego zimne spojrzenie, udając twardą i nieugiętą.
— Nie wiem, do jakiego klanu należysz, Odwłoku, lecz na pewno nie do Tenebris. Lepiej będzie, jeśli się stąd wyniesiesz, zanim powiadomię patrol czy nawet lidera.
Już nawet nie jąkał się zbyt długo. Wystarczyło kolejne twarde spojrzenie, żeby pożegnał się czymś podobnym do ukłonu i odszedł w kierunku terenów neutralnych. Odprowadziła go wzrokiem, chcąc mieć pewność, że grzecznie przekroczy granicę. 

Istnienie Żabiego wyparowało z pamięci Białej szybciej, niż ona sama mogłaby się tego spodziewać. Jeśli by nad tym jednak dłużej pomyślała, w zasadzie nie miałaby się czemu dziwić — kolejne kilka czy kilkanaście księżyców było wypełnione prawdziwym natłokiem problemów w życiu prywatnym, zwanych też niechcianą ciążą i wychowywaniem szczeniąt. 
Również na tym pamiętnym zgromadzeniu, na którym zmarł Ciemna Gwiazda, a ona sama została nową liderką swojego klanu, zupełnie nie zwróciła uwagi na prześwitującą przez krzaki czekoladową marmurkową sierść. Fakty połączyła dopiero kilka dni później, gdy największe emocje zdążyły już opaść.
Żabi Odwłok nie należał do żadnego z czterech pierwotnych klanów. Należał do tego, który stanowił mieszaninę tych, którzy porzucili wiarę w Gwiezdnych, lecz wciąż czuli potrzebę życia we wspólnocie. Pies, którego imię najprawdopodobniej zaczynało się na zlepek dwóch głosek "La", należał do Bezgwiezdnych. Co więcej, Biała Gwiazda znów miała go przed swoimi oczami, a on ponownie wciąż jej nie dostrzegał. 
Gdyby nie to, że byli na terenach "niczyich", możliwe, że by go zaatakowała. Nie miała nic do Gwiezdnych, sama była córką psów, które jeszcze przed wojną porzuciły wiarę w Gwiezdnych. Została wychowana tak, by to rozumieć. Ale on ją okłamał. Nienawidziła kłamców, może jeszcze bardziej niż żab, do których nawiązał w swym wymyślonym (a może byłym, porzuconym po odejściu od klanu?) imieniu. Kodeks był dla niej jednak na tyle ważny, by tego nie zrobiła.
Wzięła głęboki oddech i ruszyła w jego kierunku. Stanęła kilka kroków od niego i odchrząknęła. Spojrzał na nią zaskoczony.
— Znów się spotykamy, Bezgwiezdny — zagadnęła, dumnie wyprostowana, wbijając w niego zimne spojrzenie, opanowane przez nią na przestrzeni wszystkich księżyców, które do tej pory przeżyła.
<Laurency?>
[944 słowa: Biała Gwiazda otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
PUNKTY NIEWPISANE