Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wymyślnik x Śnieżynka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wymyślnik x Śnieżynka. Pokaż wszystkie posty

23 czerwca 2022

Od Śnieżynki CD Wymyślnika

tw. gwałt, przemoc na dziecku
Akcja dzieje się za czasów panowania Piaskowej "Gwiazdy", kiedy Wymyślnik i Śnieżynka byli jeszcze szczeniakami, kończy się natomiast w teraźniejszości.
W tamtej chwili Śnieżynka chciała po prostu umrzeć. Najzwyczajniej w świecie, chciała zniknąć. Przestać istnieć. Nie egzystować. Mdliło ją ze stresu i najchętniej poszłaby spać, żeby się więcej nie obudzić. Ale przerabiała już to i doskonale wiedziała, że to tak niestety nie działa, chociaż mogłoby. Śnieżynka bardzo liczyła na to, żeby tak się zadziało.
Liczyła na to, że wszystko okaże się tylko złym snem i obudzi się razem z trójką swojego rodzeństwa w potwornie nudnym żłobku, obok Jazgotu, który spojrzy pytająco na zapłakane, wybudzone z koszmaru dziecko, po czym utuli, ucałuje i znów ułoży do snu, by z energią mogła powitać następny dzień. Ale ilekroć gryzła się po łapach, żeby się z niego obudzić, czuła tylko ból i poczucie bezsilności.
Gang oddalił się, aby udać się do snu. Zostawili tylko jednego psa, którego Śnieżynka nie kojarzyła, aby pilnował uwięzione szczeniaki.
— Śnieżynko, jak się czujesz? — zapytał Wymyślnik.
Nie odpowiadała. Odwróciła głowę i ponownie zaczęła cicho szlochać.
— Śnieżynko… — brat przybliżył się.
— To wszystko twoja wina! — syknęła, rzucając mu wściekłe spojrzenie.
Nie brała pod uwagę tego, że tak naprawdę jej nieodpowiedzialność wplątała ich w dziwną, uwikłaną relację z całym gangiem.
— Ja…
— Byliśmy już bezpieczni w klanie! — przerwała mu. — Dym wiedział o sytuacji, Jazgot wiedział o sytuacji, ale nie! Musiałeś sam poleźć, żeby sprawdzić dziwny zapach! Nie mogłeś zaangażować w to dorosłych! — nakręcała się.
— Nie chciałem nikogo budzić, bo…
— Bo co? No właśnie, bo gówno! Bo lepiej zostać porwanym i nigdy już nie zobaczyć domu, zamiast schować swoją dumę i dać załatwić sprawę innym!
— Nie musiałaś iść za mną — próbował się bronić, co tylko bardziej ją rozjuszyło.
— Nie musiałeś w ogóle leźć! Nie jesteś wojownikiem i nigdy nie będziesz, bo oboje tutaj zdechniemy, wiesz?! Co, chciałeś być bohaterski, chciałeś być waleczny… I kurwa nie będziesz, bo zostanie z ciebie mokra plama zbezczeszczonych zwłok! Masz, czego chciałeś! A teraz spierdalaj, nie chcę, żebyś się do mnie odzywał! — wykrzyczała.
— Zamknąć mordy! — usłyszała od strażnika, który najwyraźniej miał dosyć jej wycia.
— Spierdalaj! — wykrzyknęła w odpowiedzi, przekierowując całą swoją złość na niego.
— Śnieżynko, przestań! — Wymyślnik przestraszył się nie na żarty.
Ale było już za późno.
— Coś ty powiedziała, mała kurwo? — strażnik podniósł się.
To była ostatnia szansa, żeby nie droczyć się z terrorystą, ale ona miała to w głębokim poważaniu. Była wściekła, miała przyspieszony, przerywany histerycznym płaczem oddech i ani myślała wycofać się ze swoich słów.
— Żebyś spierdalał, ogłuchłeś?!
— Ona nie ma tego na myśli, ona tylko…
Łup. Śnieżynce zadzwoniło w głowie, kiedy przeleciała przez całą klatkę. Ciężka łapa trzepnęła ją z taką mocą, że zrobiło jej się ciemno przed oczami. Czuła obrzydliwą woń krwi, która nagromadziła się w jej pysku. Zakasłała. Ale oprawcy to nie wystarczyło. Podniósł ją za skórę i kopnął Wymyślnika, który chciał ją obronić.
— Spaghetti, pilnuj gnojka — mruknął niewyraźnie, budząc przy tym innego psa.
Śnieżynka próbowała mu się wyrwać, na co zaciskał szczęki mocniej, aż nie poranił jej. Zastygła w bezruchu, na ile to było możliwe w jej sytuacji. Niósł ją daleko poza obóz, rozdzielając tym samym od brata. Śnieżynka bała się jak nigdy dotąd. Była zbyt zestresowana, żeby próbować zapamiętywać trasę. Bała się krzyczeć. Zresztą nawet, gdyby chciała, wielka gula w gardle skutecznie jej to uniemożliwiała. To był ostatni raz, kiedy widziała Wymyślnika podczas tego porwania.
Kundel znacznie oddalił się od miejsca, do którego rodzeństwo zostało zaniesione. Oglądał się za siebie, jakby upewniając, że nikt ich nie śledzi i dopiero, kiedy znaleźli się w ciemnym, bardzo źle pachnącym zaułku, wypuścił ją z paszczy. 
"Śnieżynko, krzycz. Krzycz ile sił, na ile pozwoli ci powietrze w płucach. To twoja ostatnia szansa na wolność."
Nie znała głosu, który usłyszała w głowie. Nie zastanawiała się również, dlaczego go słyszy. Było w nim coś takiego, dzięki czemu zaufała mu i ślepo podążyła za wydanym poleceniem. Czas zwolnił, kiedy nabrała powietrza i zaczęła rozpaczliwe błaganie o pomoc. Jej oprawca szybko zorientował się, co robi. Uderzył ją i roześmiał się obrzydliwie.
— Myślisz, że ktokolwiek cię tu usłyszy? — zapytał, ale nie czekał na jej odpowiedź. — Teraz jesteś zdana na mnie. — Mówiąc to przybliżył się niepokojąco.
Chciała się cofnąć, ale nie miała gdzie. Za nią była zimna ściana, niezdolna pomóc małej ofierze. On tymczasem bez najmniejszych oporów zaczął sunąć pyskiem po jej ciele, nic sobie nie robiąc z jej nieudolnych prób odsunięcia go.
— P-przestań! Zostaw mnie! Nie dotykaj mnie! — krzyczała.
Była dzieckiem. Nie miała szans wyrwać się ze szponów dorosłego samca.
— Najpierw cię wykorzystam... — wyszeptał, z chorą satysfakcją podziwiając jej przerażenie — ...a potem się ciebie pozbędę.
Siłą obrócił ją na brzuch i przyszpilił łapą do ziemi. Śnieżynka wyła histerycznie, usiłowała się wyrwać i krzyczała przy tym wniebogłosy.
Wtem uścisk zniknął, a z jej oprawcy wydobył się okrzyk bólu. Chciała uciec, ale była sparaliżowana. Słyszała dźwięki walki i dużo wulgarnych słów. Zwinęła się w kulkę i zaciskała oczy. Drżąc starała się wymazać z pamięci obrzydliwy dotyk. Miała wrażenie, że cały czas go czuje i była bliska zwymiotowania z tego powodu.
— Nic ci nie jest? O Gwiezdni, przybiegłem najszybciej, jak mogłem. — Usłyszała.
Nie chciała otwierać oczu.
— Hej? Mała? Zrobił ci krzywdę? Boli cię coś? — obcy wojownik nie ustępował.
Dalej nie odpowiadała. Trącił ją delikatnie, a wtedy krzyknęła i zaczęła wierzgać łapami na wszystkie strony.
— Hej! Hej posłuchaj! Nie zrobię ci krzywdy. Cholera, nie zostawię cię tu, to niebezpieczne…
"Zaufaj mu, Śnieżynko."
— Zabierz mnie stąd — zaszlochała.
Miejsce, do którego trafiła, miało bardzo charakterystyczny, silny zapach mieszanki ziół, od którego kręciło jej się w nosie. Dostała jakieś roślinki, po których udało jej się uspokoić oddech. Wpatrywała się pustym wzrokiem w krążące wokół niej Rumiankowe Ziele, które wstępnie oceniało jej stan. Nie dotykało jej jednak, usłyszawszy od jej wybawcy o wszystkim, co widział.
— Mogę? — zapytało wreszcie, kiedy Śnieżynka przestała szlochać.
"Pozwól jejmu, nie skrzywdzi cię."
— Co to znaczy jejmu? — zapytała na głos, wprowadzając medyka flumine w zaskoczenie.
— To takie… Określenie, którego używa się, kiedy mówi się o osobach niebinarnych. — Odpowiedziało nie pytając, skąd właściwie szczenię nagle wystrzeliło z takim pytaniem.
— Niepolarnych? — Śnieżynka przymrużyła oczy.
Rumianek roześmiało się pogodnie.
— Niebinarnych. To takie osoby, które nie uznają się ani za suczki, ani za samce. Na przykład ja.
— Bezsens. — Prychnęła. — Przecież wyglądasz jak samiec.
Gdyby Śnieżynka miała w sobie trochę więcej empatii czy taktu, powiedziałaby, że wydawało jej się, że Rumianek jest samcem. Ale nie miała ani empatii, ani taktu. No, może troszkę, ale niewystarczająco, aby dopuścić do siebie myśl, że ona mogła się pomylić i ktoś jeszcze śmie jej to wypominać.
— Widzisz, czasem jest tak, że to, jakimi się rodzimy, na jakich wyglądamy, nie mówi o tym, kim jesteśmy naprawdę. — Tłumaczyło spokojnie.
Ziele miało w sobie coś takiego, co wzbudzało w Śnieżyce dużo sympatii. Musiało mieć niesamowite pokłady cierpliwości i zdawało się chętnie dzielić swoją wiedzą rozumiejąc, że dziecko niekoniecznie miało skąd o wszystkim wiedzieć.
Gdzieś z tyłu głowy albinoski pojawiła się cicha, nieśmiała myśl. Myśl, która cichutko rozjaśniła jej, dlaczego tak źle czuje się ze sobą.
— Czy… czy to znaczy, że ktoś, kto urodził się suczką, może nie być suczką? — zapytała bardzo ostrożnie, jakby bała się odpowiedzi.
— Oczywiście. Może być kimś nie binarnym, może też być po prostu psem w ciele suczki.
Serce Śnieżynki zabiło mocniej.
— I skąd ma o tym wiedzieć? — zapytała.
Rumianek zamyśliło się.
— Może to czuć od zawsze, być tego świadomym, ale może też dowiedzieć się z czasem i…
— To głupie — syknęła. — Strasznie głupie. Nie zgadzam się z tym i już. — Tupnęła nogą i odwróciła głowę. — A w ogóle, to ja chcę do taty… — jej oczy zaszkliły się.
— To co powiesz na to: Zrobię ci bardzo szybkie badanie, zobaczę, czy nie masz nigdzie ran, które trzeba opatrzyć i kiedy tylko skończę, pójdziemy razem do twojego taty. Dobra?
"Nie bój się. Ono ci pomoże."
— Dobra — odpowiedziała cicho, zaciskając zęby za każdym razem, kiedy Rumianek musiało jej dotknąć.

✿•.¸,¤°`°¤,¸.•✿

Mlecz nie był złym mentorem. To Śnieżynka była złą uczennicą. No, może nie złą. Bardzo kapryśną, płaczliwą. Małą histeryczką i prowodyrką kłótni. Po pamiętnej sytuacji w której prawie została zgwałcona, bardzo wiele się zmieniło. Jazgot zadbał o to, żeby sytuacja z włóczęgami nigdy się już nie powtórzyła. Szczenięta przestały być małymi bąbelkami i awansowały na uczniów, co dosyć niekorzystnie wpływało na naszą bohaterkę. Nie chciała być wojownikiem. Bała się, kurewsko się bała. Ale nie powiedziała o tym ani słowa. Siedziała tylko z tym poczuciem niesprawiedliwości i kiedy mogła, unikała treningów. Czuła się bardzo samotna, bo paliła wszystkie mosty. Przestała rozmawiać z rodzeństwem, mimo dużego poczucia odpowiedzialności za innych. Raz trafiła na zgromadzenie, gdzie musiała pilnować smroda, który próbował kłócić się z jakąś pierdolniętą fanatyczką o szacunek do ich klanu. Nieudolnie.
Rozwijało się w niej też poczucie niesprawiedliwości i nienawiść do rodziców, którzy ich porzucili. Jazgot naprawdę się starał, wychodził z siebie, żeby było dobrze. Ale nie było. Nękała ją też sytuacja z medykiem Flumine. Od ich spotkania minęło sporo czasu. Rumianek natchnęło suczkę do głębszych refleksji, które usiłowała wyrzucić z głowy. Tak, jak pamięć o tym, że w ogóle się poznali. Śnieżynka nie mogła pogodzić się z wiedzą, którą wtedy obdarzyło ją Ziele. Głosy wokół niej nabierały na sile i przekonywały ją, aby spróbowała znów udać się w kierunku, jak to określały, swojej bratniej duszy. Ale ona była uparta. I zbyt przerażona, aby samodzielnie opuszczać tereny Bezgwiezdnych.
— Wymyślniku — odchrząknęła, stając przed bratem.
— Śnieżynko? — jej brat wyglądał na zdziwionego. W końcu nie odzywała się do niego od ich kłótni przy gangu, która mogła skończyć się dla niej tragicznie. Gwiezdni jednak czuwali nad jej duszą i podesłali tego wodnego wojownika…
— Ja… Nie. Nieważne — speszyła się, odwracając wzrok.
— Ważne — uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
— Jak mówię, że nieważne, to znaczy, że nieważne! — warknęła i odwróciła się na pięcie.
Oczy jej się zaszkliły. Gnębiły ją jej własne myśli, ale nie dała rady się nimi podzielić mimo tego, że nie dawała już rady zostawać z nimi sam na sam.

<Wymyślniku? Chętnie przeczytam Twoją perspektywę starcia z gangiem>
[1606 słów; punkty niewpisane]

2 marca 2022

Od Wymyślnika CD Śnieżynki

— No, co się stało? — spytał Dym. Przywódca mówił spokojnie, choć błysk w jego oku wyraźnie sugerował, że jest dość zdenerwowany paniką w obozie, jaką wywołaliśmy naszym zniknięciem.
Opuściłem ze skruchą głowę. Poczułem wyrzuty sumienia, że wystraszyliśmy te psy  naszym zniknięciem. Powinienem był być bardziej stanowczy i nie pozwolić Śnieżynce wyjść z obozu. To wszystko moja wina.
— Przepraszam, Dymie — wymruczałem cicho. — Musieliście się o nas martwić. Nie mamy nic na naszą obronę, ale chcielibyśmy opowiedzieć, co nas spotkało.
Spojrzałem na Śnieżynkę, która spojrzeniem prosiła mnie, abym nie kazał jej o tym opowiadać. Skinąłem głową na zgodę.
Opowiedziałem o wszystkich przygodach Dymowi. Gdy skończyłem, przywódca skinął ze zrozumieniem głową i odwrócił się do Jazgotu.
— Odeślij Kosmyka do jego klanu — szczeknął. — I podziękuj mu w imieniu Bezgwiezdnych za sprowadzenie szczeniąt. Ponadto zwiększ patrole  na granicach. Musimy uważać na ten gang. Co się zaś tyczy was — odwrócił się do nas. — Idźcie się wyspać. Wiecie, że źle postąpiliście, ale nikt was nie wini. Jesteście tylko szczeniakami. 
Spojrzałam ostrożnie na Śnieżynkę, z nadzieją, że nie powie niczego głupiego. Z pewnością nie spodobało się jej, że przywódca nazwał nas szczeniakami, ale ku mojej uldze, trzymała język za zębami.
— Dziękujemy, szefie — powiedziałem, odwracając się. — Naprawdę, jesteśmy wdzięczni, że rozumiesz. Chodź już Śnieżynko.
Nie patrząc się za siebie, by przywódca nie zdążył zmienić zdania, pobiegłem do żłobka. Ale dopiero tuż przy wejściu, zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem.
— Czy ja nazwałem Dyma szefem? — Zastanowiłem się na głos.
— Zgadza się — pech chciał, że Śnieżynka mnie usłyszała. — Wiedziałam, że to ja powinnam była mówić.

***

Obudził mnie nieznany zapach, od którego dostałem gęsiej skórki. Był znajomy, ale nie mogłem sobie przypomnieć, skąd go znam.
Ostrożnie podniosłem się na łapy. Muszę to sprawdzić, ale chyba nie powinienem nikogo budzić. Zapewne to nic takiego i pies, którego obudzę, przeze mnie się nie wyśpi. A jeśli to jednak rzeczywiście coś groźnego, spróbuję przynajmniej odciągnąć to od obozu.
Wysunąłem się ostrożnie z legowiska, idąc w kierunku Siedliska Dwunożnych. To na pewno nic takiego. Co nie zmienia faktu, że powinienem się upewnić.
Słysząc za sobą kroki, podskoczyłem zaskoczony. Już myślałem, że to wróg mnie schwytał, ale to była tylko Śnieżynka. Jakkolwiek odważnego bym nie udawał, w głębi ducha byłem skończonym tchórzem.
— Też to czujesz? — Wyszeptałam, a gdy skinęła głową, nakazałem jej iść za mną. Znałem ją dość dobrze z by wiedzieć, że teraz się nie wycofać. Co znaczy, że teraz mam dla zadania. Odciągnąć wroga od obozu i ochronić Śnieżynkę.
Nie mniej, dobrze było mieć ją znów obok siebie. Czułem się nieco bezpiecznej.
Nie minęło kilka sekund, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że trochę za szybko się rozluźniłem. Silne szczęki złapały mnie za kark i uniosły. Zapiszczałem z zaskoczenia i spróbowałem się uwolnić, ale nic z tego. Szczeniak się ma się co równać z dorosłym psem. 
Spróbowałem się przynajmniej odwrócić, by zobaczyć, co się dzieje ze Śnieżką. Nie zobaczyłem jej, ale jej zaskoczony skowyt uświadomił mnie, że też została schwytana przez innego psa.
Poczułem, że mój oprawca biegnie. Kołysałem się na boki, zwisając mu z pyska. Było mi nie dobrze. Dziwiło mnie, że jeszcze nie zwymiotowałem.
 Jednak, w czasie biegu, mogłem lepiej przywąchać się zapachowi napastnika.
Wziąłem głęboki oddech i struchlałem. Tak, to oczywiste. Przecież to Szaszłyk. Jeden z psów gangu. Znaleźli nas i zamierzali ukarać nas za ucieczkę.
A ja nie miałem złudzeń, jaką karę dla nas przygotowali.
Szaszłyk zatrzymał się, ale wciąż mnie nie puszczał. Za to przed nami, stanął szczupły, czarny basior, którego okrucieństwo zdążyłem już poznać. Ketchup.
— Myśleliście, że zdołacie uciec z gangu? Ha, niedoczekanie. Ten was odór było czuć już z daleka. Z kolei ci wasi opiekunowie… Jacy oni nieświadomi, zagrożenia, jakie na nich czeka. Wkrótce, zapolujemy na nie jak na króliki. Lecz wpierw zajmiemy się wam — odsłonił zęby.
 Poczułem się jeszcze mniejszy, niż byłem. Skuliłem się w pysku Szaszłyka. Przez moją ignorancję zginiemy teraz nie tylko my, ale cały klan.
— Jesteście tylko szczeniakami — ciągnął Ketchup. — A ja mam słabość do młodych. Dam wam jeszcze jedną szansę. Pozostańcie wiernymi członkami gangu, a przeżyjecie.
Rozejrzałem się za Śnieżką, ale nie mogłem jej nigdzie dostrzec. Pies, który ją więził, musiał być za mną.
Musiałem coś zrobić. Po prostu musiałem. Te psy dowiedziały się o Bezgwiezdnych ode mnie i dlatego to ja muszę ich teraz ocalić.
— Mam kontrpropozycję — szczeknąłem.
— Nie masz tu nic do gadania! — warknął Ketchup.
Słyszałem, że macie kodeks honorowy — zauważyłem. — A ty, jak sam twierdzisz, wciąż należę do gangu. Nie udało mi się z niego odejść, prawda?
— Prawda — zgodził się pies.
— Więc wyzywam cię na pojedynek! — warknąłem. — Jeśli wygram, pozwolisz nam odejść i nie zbliżysz się już do obozu Bezgwiezdnych. Jeśli przegram… to już od ciebie będzie zależało, co ze mną zrobisz. Ale jeśli pozwolisz mi żyć, przez cały księżyc będę dla was polował, po jednej zwierzynie na waszą piątkę każdego dnia. A sam, jeść będę tylko co drugi dzień, by nie umrzeć z głodu.
Ketchup przyglądał mi się z zaciekawieniem.
— Ciekawa oferta — przyznał. — Zgadzam się. Ty rzuciłeś wyzwanie, to ja wybieram miejsce i czas. W tym miejscu, że dziewięć dni.
Poczułem opadające na mnie rozczarowanie. Liczyłem, że będziemy walczyć teraz. Co prawda, nie wiem, jak miałbym go pokonać, ale przynajmniej odwróciłbym uwagę tych psów, dając Śnieżynce czas na ucieczkę. Jak wyjaśni klanowi, czemu nie było jej dziewięć dni?
Oprawcy zaprowadzili mnie do swojego obozu. Muszę przyznać, że szczęka mi opadła. Myślałem, że gang stanowi tylko ich niewielka grupka, ale psów było o wiele więcej. Liczebnie przypominali raczej cały klan.
— Szaszłyk, pilnuj ich — zamruczał Ketchup, pokazując nam nasze legowiska w tym obozie.
Były okropne. Śmierdziały psimi odchodami, były zimne i wilgotne. Gdy Szaszłyk mnie opuścił, mogłem wreszcie spojrzeć na Śnieżynkę. Jej ból w oczach rozrywał mi serce.
— Reszta gangu idzie jutro na małą wycieczkę — uśmiechnął się Ketchup. — Zaatakujemy tych idiotów, u których mieszkały te szczeniaki.
Spojrzałem zszokowany na Ketchup. Gniew, mieszał się we mnie z przerażeniem. Mimo moich najszczerszych chęci nie udało mi się zatrzymać Ketchupu i jego psów.
— Mieliśmy umowę! — warknąłem.
— Przepraszam, czyżbyś już wygrał? — zadrwił Ketchup. — Jeśli zaciągniesz mi zęby ma szyi, przysięgnę nie zbliżać się więcej do grobu twoich przyjaciół.
Odsłoniłem zęby. Już miałem się na niego rzucić, ale wokół niego stanął cały jego gang. Z kolei Szaszłyk położył swoją masywną łapę na głowie Śnieżynki.
— Jesteś pewien? — spytał złośliwie Ketchup.
Zasłoniłem zęby i wycofałem się do kopca, którego miałem odtąd nazywać moim legowiskiem. Obok posłania położył się Szaszłyk.
— Dobry chłopiec — powiedział Ketchup i odszedł.

<Śnieżynko?>
[1057 słów: Wymyślnik otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

4 lutego 2022

Od Śnieżynki CD Wymyślnika

Plan był prosty. Zniknąć niepostrzeżenie ze żłobka. Odszukać zapach mamy. Przypomnieć jej, że nastąpiła pewna pomyłka i miała wziąć mnie ze sobą. Bo ja rozumiem wszystko, też nie chciałoby mi się użerać z moim rodzeństwem. Ale zapomnieć o mnie?! Skandal! Ewentualnie wzięłabym tylko Wymyślnika ze sobą. W sumie to sam się przypałętał, więc wyszło dobrze. Tylko że potem wszystko się schrzaniło. Zniknęłam spostrzeżona przez brata. No, to pół biedy, jak już wspomniałam. Zapachów było strasznie dużo i koszmarnie się mieszały, a co gorsza żaden z nich nie był w ogóle zapachem mamy. Jednak wierzyłam, że jakimś cudem zaraz znajdę ten odpowiedni i uparcie brnęłam w swoje. No i się zgubiłam, a jej ani śladu. Jak ja miałam przypomnieć jej cokolwiek, jeśli nie mogłam jej nawet znaleźć? Byliśmy głodni, zmęczeni, a ja wściekła i rozgoryczona. Ale to nic. Znalazły się psy, które zdecydowały się nam pomóc. Po czym jednak wcale nie chciały pomóc. Szkoda tylko, że było już za późno. Ale nigdy nie przyznałabym, że się pomyliłam. To by mnie zrujnowało. Zresztą to wszystko wina Wymyślnika. Mógł mnie uprzedzać głośniej i bardziej uparcie.
Teraz wszystko się posypało. Usłyszałam tylko bardzo głośny huk. A potem wszędzie zrobiło się gorąco, kiedy płomienie zaczęły pochłaniać śmieci wokół. Zamurowało mnie. Byłam przerażona i nie dałam rady poruszyć łapami. Kłęby gęstego, czarnego dymu poszybowały ku górze, odstraszając tym samym zarówno dwunogów, jak i gang, który postanowił się zmyć. No tak, nie opłacało im się ryzykować dla jakichś szczeniaków, które i tak zdechną w pożarze, który same wywołały. Zakaszlałam.
— Śnieżynko?! — Wymyślnik zaczął mnie nawoływać, ale nie dałam rady mu odpowiedzieć.
Oprzytomniałam, dopiero kiedy znalazł się tuż przede mną i zaczął mnie ciągnąć w jakąś stronę. Wszystko to pamiętam jak przez mgłę. Było bardzo gorąco, zaczynałam się dusić i kompletnie wyłączyłam myślenie. Podążałam tępo za bratem, któremu udało się wyprowadzić nas z tego piekła. I chociaż byliśmy już poza zasięgiem płomieni, długo jeszcze biegliśmy, aż zabrakło nam tchu w piersi. Skręciliśmy wówczas w pierwszy, lepszy zaułek i schowaliśmy się w dziurawym kontenerze na śmieci. Otwór był na tyle niewielki, że poza nami zmieściłyby się tam co najwyżej myszy bądź szczury. Kiedy adrenalina opadła i byliśmy już całkiem bezpieczni, rozpłakałam się.
— Spokojnie, już dobrze. Już nic nam nie grozi — mówił Wymyślnik.
Położył się tuż przy mnie.
— Chcę do domu — zaszlochałam.
— Na razie poczekajmy. Myślę, że powinniśmy się przespać. Jutro na pewno znajdziemy dom. — Powtarzał.
— Pewnie nikt nas nawet nie szuka. Po co mieliby szukać podrzutków — podzieliłam się z nim moimi obawami i rozpłakałam się na dobre.
— Jazgot na pewno nas znajdzie. Dla niego jesteśmy ważni. Sam nam to mówił.
Pociągnęłam nosem. Zaczynało do mnie docierać, że wcale już nie znajdę nigdy mamy. Nie chciała ich. Nie chciała mojego rodzeństwa. Ale prawda była taka, że mnie też wcale nie chciała. Gdyby chciała, przecież wzięłaby mnie ze sobą. Nie zostawiłaby mnie. Byłam podrzutkiem tak samo, jak pozostała trójka. Byłam tak samo niepotrzebna i niechciana, jak oni. Zacisnęłam gniewnie zęby. Nie chciałam dzielić się z bratem tymi spostrzeżeniami.
Moment zaśnięcia pozostał dla mnie nieznany. W którymś momencie po prostu padłam, wycieńczona wydarzeniami tego okropnego dnia, który najchętniej wymazałabym po prostu z pamięci. Jak zresztą całe moje istnienie.
Wybudzenie natomiast było bardziej drastyczne. Usłyszałam warkot Wymyślnika i otworzyłam powoli oczy, gotowa nakrzyczeć na niego za zakłócanie mojego odpoczynku. Zamiast tego zaczęłam krzyczeć z przerażenia, które zawładnęło mną, gdy ujrzałam krwiożerczą, skradającą się w naszą stronę bestię. Wielkie, obrzydliwe szczurzysko.
— Wymyślniku, zrób coś! — pisnęłam błagalnie, odsuwając się w najdalszy kąt.
Brat zawarczał znów, ale potwór nie przestraszył się ani trochę. Rozpłakałam się więc na dobre, oczami wyobraźni widząc już swój koniec. Zbliżał się do nas niechybnie. Przymknęłam oczy. I wtedy usłyszałam huk. Przysięgam, myślałam, że w ten sposób wygląda śmierć. A to jakiś pies wskoczył do nas od góry i pozbawił szczura życia, o czym przekonały mnie jego paskudne piski. Czułam, że się zapowietrzam. Gang nas odnalazł. To na pewno oni. Wymyślnik zaczął warczeć na nieznajomego. O dziwo ten nie wyśmiał go, tylko odsunął się i położył, spoglądając na nas teraz z równego poziomu.
— Nie jesteście za młodzi, na samotne podróże? — zapytał.
Miał bardzo spokojny, melodyjny głos.
— Nie jesteś za stary na zaczepianie nas? — odpyskowałam natychmiast.
Wymyślnik szturchnął mnie, żebym przestała.
— Może i jestem. — Beżowowłosy nie dał się wyprowadzić z równowagi. — Wydawało mi się, że potrzebujecie pomocy.
Zanim zdążyłam kazać mu spadać na drzewo, odezwał się Wymyślnik.
— Potrzebujemy. Zgubiliśmy się i jakiś gang chce nas dopaść.
Chciałam ochrzanić brata za hipokryzję i obdarzenie zaufaniem jakiegoś obcego po tym, jak inni obcy doprowadzili do tej sytuacji, ale jakoś nie mogłam. Pies wzbudzał dziwne zaufanie i już po chwili patrzyłam na niego trochę mniej wrogo.
— Dokąd chcecie trafić? — zadał następne pytanie.
— Do Bezgwiezdnych. Jazgot na pewno się martwi…
— Daleko zaszliście, aż z Bezgwiezdnych — przyznał. — Na szczęście wiem, którędy powinniśmy przejść. W drogę. Wasz tato musi odchodzić od zmysłów — podniósł się, szykując do skoku.
— To nie jest nasz tato — syknęłam automatycznie, a w moich oczach ukazały się łzy.
Pies co prawda zdążył już wyskoczyć z kontenera, ale i tak piorunowałam go wzrokiem, kiedy znów znalazł się w moim zasięgu.
— Przygarnął nas — pospieszył z wyjaśnieniami Wymyślnik.
Przez pysk nieznajomego przeszło współczucie. Ohyda. Jeszcze tego nam było trzeba.
— Musi być bardzo dobrą osobą. Nie każdego stać na taki gest.
— Wielkie mi halo. Zlitować się nad bandą podrzutków — przewróciłam oczami.
Tak naprawdę nie wiem, co by się z nami stało, gdyby nas nie chciał. Ale długowłosy nie musiał o tym wcale wiedzieć.
— Może i nie jest waszym tatą, ale skoro troszczy się o was i dba, ma z tym słowem znacznie więcej wspólnego, niż mogłoby wam się wydawać.
Odwróciłam głowę. Byłam znużona słuchaniem tego typu tekstów.
— Skoro już spędzimy razem tę drogę, może moglibyśmy nie być sobie nieznajomymi. Nazywam się Niesforny Kosmyk, jestem z klanu Wodnych — przedstawił się.
— Miło nam pana poznać, jestem Wymyślnik, a to moja siostra Śnieżynka.
— Bardzo ładne imiona dla młodych, przyszłych wojowników — uśmiechnął się.
— Jest okropne — rzuciłam tylko, dalej na niego nie patrząc.
— A jakie byś chciała? — zapytał.
Zaskoczył mnie. Nikt nigdy nie pytał o takie rzeczy. Byłam po prostu Śnieżynką i już. Orchidea to w ogóle nazywała mnie Śnieżką i miała w głębokim poważaniu to, czy mi się to podoba, czy nie.
— Nie wiem — odburknęłam pod nosem i nie wdawałam się dłużej w dyskusję.
Większość drogi Niesforny rozmawiał z Wymyślnikiem, co jakiś czas starając się podjąć jakiś temat również ze mną, ale nie dawałam się mu. Niech sobie gada z moim bratem, ja nie jestem od zabawiania towarzystwa.
— Dalej już wiemy, jak iść — ucieszył się brat.
Mnie także poprawił się humor. Byliśmy na granicy klanu. Pamiętałam to miejsce.
— Nie wątpię, ale na wszelki wypadek przejdę z wami — oznajmił beżowy.
Chciałam zaprotestować, ale uprzedził mnie nadchodzący patrol.
— Stój! Odsuń się od szczeniąt natychmiast!
O dziwo to zrobił, nawet się nie kłócił, że jest niewinny.
— Znalazłem je w mieście, nie mogły trafić do domu, więc je odprowadziłem — odparł spokojnie.
— Powtórzysz to zastępcy. Nie stawiaj się, mamy przewagę liczebną.
Kiedy całą gromadą znaleźliśmy się na blokowisku, jako pierwsza wyskoczyłam z szeregu i pognałam do Jazgota. Rozpłakałam się mu w futerko, a on przytulił mnie do siebie. Jak wtedy, kiedy mama zniknęła.
— Chcę usłyszeć wersję szczeniąt, potem twoją. — Oznajmił Jazgot.
— W porządku. — Rzekł spokojnie Kosmyk.
Cichociemny doznał “zaszczytu” pilnowania wojownika wodnych, natomiast ja i Wymyślnik przeszliśmy z zastępcą do innego pomieszczenia. Spojrzałam na brata. Byłam zbyt emocjonalnie wymięta, żeby jeszcze mówić o tym, co się stało. 

<Wymyślniku?>
[1227: Śnieżynka otrzymuje 12PD]

22 stycznia 2022

Od Wymyślnika do Śnieżynki

Obudził mnie cichutki szelest przed legowiskiem. Otwierając oczy, ujrzałem mały, biały kształt, wysuwający się z legowiska. Westchnąłem niechętnie, rozpoznając, że to musi być Śnieżynka. Już od jakiegoś czasu dręczy mnie, że powinniśmy wyjść na zewnątrz zwiedzać świat, choć nie mamy jeszcze nawet dwóch księżyców. Najwyraźniej właśnie zdecydowała się podróżować na własną łapę.
Nie mniej, to ja zauważyłem jej ucieczkę i powinienem za nią pójść. Nie mógłbym nikogo obudzić. Każdy zasługuje na sen. A jeśli pozwolę Śnieżynce oddalić się samowolnie, kto wie, co może się jej stać.
Stąpając ostrożnie, by nikt mnie nie usłyszał, wyszedłem z legowiska i zawołałem cicho do Śnieżynki.
— Hej, co robisz?
Moja siostra stanęła zaskoczona, nastroszyła sierść na karku i odwróciła się niepewnie.
— Och, to ty — uspokoiła się, gdy tylko zauważyła, kto ją nakrył. — Cześć, Wymyśliku. Nie przejmuj się mną. Ja chcę tylko... Muszę...
— Chcesz się rozejrzeć po okolicy — nie pozwoliłem jej dalej szukać odpowiedniej wymówki.
— Może i tak — zmieszanie Śnieżynki zmieniło się w gniew. — Ale co z tego? Jeśli sama nie zainterweniuje, będą mnie tu trzymać tak długo, aż umrę z nudów, a wtedy żegnaj przygodo.
— Każdy pies przed nami musiał przesiedzieć swoje w żłobku, nim wyruszył badać teren — mruknąłem. — I nie słyszałem, aby ktoś od tego umarł. Proszę Śnieżynko, zachowuj się rozsądnie. Wróć do żłobka.
— Nie — siostra pokręciła kategorycznie głową. — Nie zaciągniesz mnie tam z powrotem. Możesz iść ze mną, albo udawaj, że mnie nie widziałeś, ale nie zmusisz mnie, abym zmieniła decyzję.
Westchnąłem i spuściłem głowę. Miała rację. Nie mogę jej do niczego zmusić. To jej decyzja. Co znaczy, że wbrew sobie, muszę iść razem z nią. Gdyby coś jej się stało podczas jej nocnej eskapady, nigdy bym sobie tego nie wybaczył.
— Prowadź — Skinąłem głową.
— Naprawdę? — Ucieszyła się siostra.
— Naprawdę — potwierdziłem. — Jestem twoim bratem i muszę o ciebie dbać.
—Ale i tak to ja zawsze dbam o ciebie — zaśmiała się suczka, popychając mnie przyjaźnie łapką. — No to chodź, bohaterze, skoro tak bardzo chcesz mi towarzyszyć.

* * *

Przebiegliśmy już niemałą drogę i zaczęły mnie już boleć łapy. Ponadto miałem wrażenie, że niedługo zacznie świtać. Spojrzałem na Śnieżynkę. Jej wycieczka była niestety mało pasjonująca. Widzieliśmy tylko kilka gniazd Dwunożnych i popatrzyliśmy chwilę na terytoria innych klanów z daleka, ale nie było to nic nowego. To samo widzieliśmy, gdy matka prowadziła nas do Bezgwiezdnych.
— Możemy już zawracać? — Spytałem ostrożnie. — Padam z łap.
— No... jasne, tylko... widzisz... — wahała się Śnieżynka. — Chyba się... rozumiesz, zgubiłam — przyznała w końcu.
— Zgubiłaś się?! — Nastroszyłem sierść. — No to jak my znajdziemy drogę do domu?
Nim siostra odpowiedziała, poczułem nowy zapach. Spojrzałem w kierunku, z którego dochodził, a zaraz potem zza krzaków wyszedł wielki, złocisty pies.
— Szczeniaki — warknął pies. — Co tu robicie? Gdzie są wasi rodzice?
— My... zgubiliśmy się — odparła Śnieżynka. — Mieszkamy na terenach Bezgwiezdnych. Wiesz może, gdzie to jest?
— Słyszałem, o dzikich klanach psów — potwierdził pies. — Ale nigdy żadnego nie spotkałem i jeśli mam być szczery, nie za bardzo wiem, gdzie one mieszkają. Przy okazji, nazywam się Szaszłyk.
— Ja jestem Wymyślik — przedstawiłem się. — A to moja siostra Śnieżynka.
— Nie pomogę wam wrócić do domu, dzieci — powiedział Szaszłyk. — Ale znam grupę psów, która ma dość jedzenia, by wykarmić dwa dodatkowe brzuchy. Nie jesteście może głodne?
— Tak, bardzo! — Podskoczyła Śnieżynka. — Ta wyprawa mnie wykończyła!
— Śnieżynko — zabrałem siostrę na bok. — Jesteś pewna, że możemy mu zaufać? Jest jakiś dziwny. Poza tym, dlaczego miałby nam pomagać?
— Nie wiem, bo jest miły, idioto — warknęła siostra. — Przestań doszukiwać się wszędzie podstępu, Wymyśliku. Nie każdy pies to podstępny lis.
Nim zdążyłem powiedzieć coś więcej, podreptała do Szaszłyka, dając mu głową sygnał, że możemy ruszać. Niechętnie ruszyłem za nimi. Dogoniłem nieznajomego psa i stanąłem na tylnych łapach, by szepnąć mu do ucha.
— Jeśli ją tkniesz, będziesz mieć do czynienia ze mną — warknąłem, odsłaniając zęby.
— No oczywiście — parsknął kpiarsko Szaszłyk. — Już się boję. Jaki z ciebie groźny pies.
Szedłem dalej obok niego, mierząc go wzrokiem. Ma rację. Nie powinien się mnie bać. Jestem nikim. Ale kiedy ktoś krzywdzi moją rodzinę, pożałuje.

* * *

Nie minęło wiele czasu, gdy dotarliśmy do grupy czterech psów o zróżnicowanej wielkości. Jeden był szczupły, czarny i wysoki, drugi mały, biały i puchaty, a trzeci postawny i brązowo – biały. Grupa ta stała pod gniazdem Dwunożnych, z którego dochodziły dziwne zapachy z dźwięki.
— Witaj, Szaszłyku — przywitał się szczupły. — Kogo sprowadziłeś?
— Jacyś włóczędzy — powiedział Szaszłyk. — Mówią, że nazywają się Wymyślik i Śnieżynka i pochodzą z klanów. Uznałem, że powinniśmy je wykarmić. Zgadzasz się ze mną, Ketchup?
— W porządku — zgodził się pies, zwany Ketchupem, po czym odwrócił się do nas. — Uczcie się młodzi. Zapamiętajcie, że Dwunożni często urządzają sobie jakieś nocne spotkania ze smakowitym mięsem. Zwykle w czasie owych spotkań piją Wodę Otępiającą. Czyni ich ona brutalniejszymi, ale również głupszymi i łatwiej ich wtedy oszukać. I tu wkraczamy my, kradnąc im jadło. Hot-Dog, Bakłażan, pokażcie im.
Puchaty i postawny pies wybiegli na podwórko Dwunożnych. Biały zaczął wyzywać Dwunożnych, którzy zaczęli go ścigać, a masywny oparł się o wielką skałę i zabrał z niej podłużne obiekty. Następnie wrócił i upuścił je pod łapami Ketchupu.
— Częstujcie się — Ketchup przysunął po jednym prostokąciku mnie i Śnieżynce.
Spróbowałem prostokącika i się skrzywiłem. Nie da się ukryć, nie była to świeżo upolowana zdobycz. Sądząc po minie Śnieżynki, zgadzała się.
— I jak? — Spytał Szaszłyk Ketchupa. — Nadają się?
— Są młodzi — przyznał Ketchup. — Ale to najlepsza pora na szkolenie. Poza tym może uda nam się sprawić, aby zapomnieli o swoim poprzednim życiu. Psy bez przeszłości są bardziej podatne na sugestię. Dobrze się spisałeś, Szaszłyk. Musimy szerzyć gang. Wkrótce odejdę w niebyt, a wtedy ty przejmiesz moje obowiązki.
— Oj, wcale nie tak wkrótce — zaprzeczył Szaszłyk.
— Szaszłyku — powiedział spokojnie Ketchup, przydeptując Szaszłykowi łapę. — Wiesz co myślę, o niepotrzebnym podlizywaniu się?
— Że to głupota, której żaden szanujący się pies nie powinien popełniać — syknął z bólu Szaszłyk.
— Dokładnie — uśmiechnął się Ketchup, puszczając złocistego psa.
Zastrzygłem uchem, słysząc tę wymianę zdań.
— Przepraszam — powiedziałem. — Chyba się nie zrozumieliśmy. My nie chcemy tu zostać. Chcieliśmy tylko spróbować waszego jedzenia. Szaszłyk nas zaprosił i... 
— Nie zrozumieliśmy się — przytaknął Ketchup. — Kto je nasze jedzenie, jest albo jednym z nas, albo wrogiem. Co za tym idzie, albo z nami zostaje, albo ginie, zrozumiane?!
Śnieżynka skamieniała bez ruchu. Miałem nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy pyskować Ketchupowi, ale na szczęście, suczka była zbyt przerażona, by odpowiedzieć.
Patrząc w bezlitosne ślepia Ketchupu, zrozumiałem, że muszę szybko coś wymyślić. Spojrzałem na pole Dwunożnych. Mieli tam jeszcze trochę tych podłużnych przedmiotów. Część z nich leżała na skale Dwunożnych, a część w dziwnej dziurze, przy której zauważyłem iskierki ognia.
Możemy nie mieć innej szansy.
— Jak mamy z wami zostać, pozwólcie nam udowodnić naszą wartość — szczeknąłem. — Powtórzymy manewr Hot-Doga i Bakłażanu. Przyniesiemy więcej jedzenia.
Psy spojrzały po sobie porozumiewawczo, po czym skinęły głowami, pozwalając nam działać.
— Mam plan — szepnąłem do Śnieżynki. — Odciągnij Dwunożnych, ja zajmę się resztą.
Śnieżynka bez słowa skinęła głową i pobiegła szczekać na Dwunożnych. Ja tymczasem ominąłem stolik z przysmakami tego dziwnego gangu, kierując się do dziwnej dziury. Oparłem się o nie łapami, próbując je przewrócić. Tylko ogień odizoluje nas od zagrożenia w postaci tych psów i Dwunożnych.
W tle dochodziły mnie głosy rozmów gangu.
— Co on robi? — Spytał Szaszłyk.
— Próbuje nas zdradzić — rzekł spokojnie Ketchup.
— Mam go zdjąć? — Spytał Hot-Dog.
— To szczeniak — mruknął ze spokojem Ketchup. — Nie zepchnie tego. Jak się zmęczy, będziesz mógł go rozerwać na strzępy Hot-Dog.
Postawny skinął z zadowoleniem głową, a ja coraz mocniej napierałem na dziurę.
— A co z suczką? — Spytał Szaszłyk.
— Dołączy do gangu — zaśmiał się Ketchup. — Nie mniej, ona jest słaba. Nie daję jej więcej niż dwa księżyce.
O nie. Ze mną mogą, sobie robić co chcą, ale od mojej siostry niech trzymają się z daleka. Musiałem to zepchnąć.
Po chwili zauważyłem, że moja siostra stoi obok mnie i również napiera na dziurę.
— Co z Dwunożnymi? — Spytałem, po czym zobaczyłem dwie wielki istoty, biegnące w naszym kierunku. Istoty skoczyły i spadły na dziurę, która upadła na ziemię, wywołując pożar.
Rozejrzałem się, patrząc z przerażeniem w pożogę i wsłuchując się w skowyt przerażonych psów i Dwunożnych. W głowie krążyła mi tylko jedna myśl. Czy Śnieżynka zdołała uciec? 
 
<Śnieżynko?> 
[1441 słów: Wymyślnik otrzymuje 14PD]