Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Onyksowa Gwiazda †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Onyksowa Gwiazda †. Pokaż wszystkie posty

12 maja 2020

Onyks umiera

Lider klanu Flumine odnalazł ojca znalezionego w mieście szczeniaka i zwrócił go bezpiecznie, jednak w drodze powrotnej został zaatakowany przez niedźwiedzia z naszego dawnego domu. Walczył dzielnie, jednak poległ w walce. Będziemy tęsknić, biegaj wśród Gwiezdnych!

29 marca 2020

Od Onyksa CD Rysy

Wyszliśmy z zaułka i wróciliśmy do fontanny. Tam usiedliśmy przy murku i zaczęliśmy myśleć. W lesie grasował klan Quintus, jeśli samica naprawdę nie wróciła, to prawdopodobnie nie żyje. Oczywiście nie można wykluczyć też innych opcji. Jeśli wróciła z brzuchem, możliwy był romans z psem, należącym do tego klanu, wtedy albo nie żyła, bo się ukrywali, albo do nich dołączyła, tylko czy wtedy zostawiła by własne dziecko na pastwę losu? W dalszym ciągu, najbardziej możliwa była śmierć, bo wątpiłem, by jakakolwiek matka pozostawiła szczenie bez opieki, chociaż wyjątki z reguły się zdarzały, miałem tylko nadzieję, że nieznajoma mi suczka nie była takim wyjątkiem. Wtedy z chęcią bym ją rozszarpał za takie działanie. Potem zacząłem się zastanawiać, czy na pewno zabiły ją psy z klanu Quintus. Jeśli nosiła w sobie ich potomka, może darowali jej życie? Może coś innego ją tam zatrzymało?
- Onyks – z namysłu wyrwał mnie głos Rysy. Spojrzałem na nią, a na zwróciła uwagę na szczeniaka, który wyszedł z torby i małymi kroczkami szedł przed siebie. Przez krótki moment biegł i wylądował na pysku, zaraz się jednak podniósł i powtórzył naukę chodzenia. Łapki śmiesznie plątały się pod nim, a jego brzuszek praktycznie dotykał ziemi. Ciekawe, czy my wyglądaliśmy podobnie, jako szczenięta. Rysa po chwili wstała i podeszła do malucha, trącając go nosem, aby zawrócił, kiedy oddalił się na dość dużą odległość.
- Bardzo ładnie – pochwaliłem małego, kiedy ten położył się tuż przede mną. Popatrzył na mnie swoimi małymi czarnymi oczkami i przewrócił się na plecy.
- Więc co teraz z nim zrobimy, jeśli stracił matkę? - zapytała suczka, siadając obok mnie. Znowu przez chwilę milczałem, zastanawiając się. Informacja nie była pewna, była tylko punktem zaczepienia, wskazówką, od której mogliśmy zacząć (nie sądziłem, że jako lider klanu będę miał taki problem ze szczeniakiem). Najpierw należało się upewnić, że matka nie żyła, jeśli tak, odnaleźć ojca lub innego krewnego, a jeśli i to nie pomoże, należało się nim zająć.
- Robi się późno. Zabierzmy małego do domu i prześpijmy się z tym – zaproponowałem. Rysa zgodziła się, nachyliła się nad szczeniakiem i delikatnie go chwyciła za kark, wsadzając do torebki. Ugryzłem rączkę torby i ją podniosłem. Wróciliśmy do opuszczonego budynku, który prawdopodobnie będzie należał już do nas. Tam Rysa zrobiła wygodne posłanie dla malucha, który usnął po kilku minutach. Rysa posiedziała z nim chwilę, a kiedy miała już pewność, że maluch śpi, zostawiła go samego i zeszła na dół. Leżałem przy misce z wodą, zastanawiając się nad jutrzejszym dniem.
- Myślisz, że w tym lesie jest jego ojciec? - usłyszałem pytanie samicy, gdy ta weszła do pokoju. Podniosłem łeb, by na nią spojrzeć. Ta podeszła do zbiornika z wodą i napiła się.
- Mam nadzieję, jeśli szczeniak nie ma żadnych krewnych, będziemy musieli się nim zająć – przyznałem, chociaż miałem nadzieję, że nie będę musiał tego robić. Co innego bronić takiego członka klanu, a co innego wychować jak własne szczenie.
- Ja się nim zajmę, lubię szczenięta – przyznała siadając obok. Delikatnie się uśmiechnąłem, czyli jak coś, wyjście awaryjne mamy. Teraz tylko znaleźć te główne.
- Jutro pójdę do lasu – poinformowałem ją, na co ta spojrzała na mnie lekko zdziwiona.
- A jeśli spotkasz wroga?
- Sam nie wiem. Z jednej strony sam bym sobie nie uwierzył w te historię, z drugiej gdybym wziął małego, może by ktoś go rozpoznał, albo był by w niebezpieczeństwie – zacząłem wymieniać potencjalne scenariusze jutrzejszego dnia. - Wtedy ty być z nim została, a ja bym poszedł do lasu. Może miałbym szczęście.
- Albo wróciłbyś z masą ran – przytaknąłem jej, nie wiadomo co mnie tam spotka.
- No cóż, w mieście już raczej niczego nie znajdziemy – wstałem. - Pójdziemy jutro nad rzekę, może ktoś inny będzie miał lepszy pomysł – przyznałem. Chciałbym już teraz pójść w nasze bezpieczne miejsce, jednak nie miałem pewności, czy takiemu maluchowi nie będzie przeszkadzać chłód i twarda ziemia.
<Rysa?>
[617 słów: Onyks otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

21 marca 2020

Od Onyksa CD Leonisa

Dlaczego nie powiedziałem, że mam uczulenie? Mam lepsze pytanie. Dlaczego o tym zapomniałem? Może rzeczywiście nie miałem pamięci jak słoń, ale takich rzeczy się nie zapomina. Nie wolno zapominać. Więc jakim cudem mi się to przytrafiło? Nie odpowiedziałem mu, bo nie wiedziałem co, chociaż wolałem to zrzucić na stan mojego pyska. Leonis długo nie czekał i od razu przeszedł do działania, a mi tylko zostało oglądać, jak zajmował się moją kolejną raną. Czułem się taki poniżony… po co ja go łapałem? Sam go nie zjadłem po drodze, w jaskini też go nie planowałem jeść. Więc czemu go skubnąłem?! „Chyba po to, by pokazać, że nie jest trujący”, pomyślałem z ironią. Złapałem tego stwora dla samca, by się jakoś odwdzięczyć, a ten nie ruszył, jakbym posypał go skunksowym odchodem. Rany… chyba rzeczywiście było lepiej się w ogóle nie wtrącać, nie próbować dziękować, a nawet nie próbować zabierać mu powietrza do oddychania. Świetny ze mnie lider… jak nie zima, to moja głupota mnie zabije.
- Nieźle się urządziłeś – skomentował, kiedy zaczął przeglądać swój magazyn z ziołami. Ja tylko siedziałem i starałem się nie zwracać uwagę na pieczenie. Przy okazji dalej się zastanawiałem, czemu musiałem być takim idiotą. Co sprawiło, że to zrobiłem. - Nawłoć ci powinna pomóc – powiedział, wyciągając żółty kwiat, który bardziej przypominał cienkie łodyżki oblepione jakimś żółtym mchem. Leonis zaczął ją żuć, a następnie wtarł ją w mój pysk. Dziwnie pachniała, ale nie miałem zamiaru narzekać. W dalszym ciągu byłem okropnie zażenowany cała tą sytuacją, więc kiedy skończył nakładać okład, położyłem się. - Właśnie, lepiej się prześpij. Za kilka dni wszystko ci zejdzie – powiedział odsuwając się ode mnie. Mruknąłem coś niezrozumiałego, po czym wstałem i podszedłem pod ścianę. Tam się położyłem i zamknąłem oczy.

Obudziło mnie dziwny hałas, który na początku chciałem zignorować, ale stawał się coraz bardziej denerwujący, a do tego doszedł dziwny zapach. W końcu zmusiłem się do otworzenia oczu. Przejechałem językiem po pysku, spałem na tyle długo, że wysypka mi zeszła, za co byłem wdzięczny Leonisowi. Gdy usłyszałem czyjeś kroki, nastroszyłem uszy. Powoli się podniosłem i rozejrzałem po jaskini. Było ciemno, ale dostrzegłem błyszczące się ślepia drugiego psa, leżące przy drugiej ścianie. Medyk także słyszał dziwny hałas, podniósł się i spojrzał w stronę wyjścia. Odgłos kroków był coraz bliżej, do tego doszedł czyjś oddech. Ktoś się zbliżał, czyżby drugi pies? Jeśli to ktoś z klanu Qiuntus? Nastawiłem się do ataku, ale kompletnie nie spodziewałem się tego, co mnie zaatakuje. Chociaż było ciemno, rozpoznałem kocie oczy i te spiczaste uszy. To był ryś, który właśnie wpadł do jaskini i zaatakował pierwszego z brzegu, czyli mnie. Zaczęliśmy się gryźć i taczać po ziemi. Wróg zaczął mnie gryźć po szyi, zacząłem go kopać i drapać w brzuch, gryząc w pysk. Na pomoc przyszedł drugi mieszkaniec tej jaskini. Leonis dziabnął jego krótki ogon, na co ten mnie puścił i skoczył na niego. Nasza dwójka walczyła z rysiem, który był bardziej przygotowany do walki. Gryzł nas głównie po szyjach, czasem próbował łapać za łapy, by za to atakowaliśmy go we wszystko, co się dało. Nie chciał odpuścić. Rzucał się na mnie, na medyka i na odwrót. W końcu rzucił Leonisem w stronę wyjścia. Stanąłem między nim, a rysiem. Zacząłem na niego warczeć. Wróg był mojej wielkości, ale wydawał się, jakby czekał na tę walkę kilkanaście tygodni i nie marnował tego czasu na siedzenie. Zacząłem się cofać, ponieważ poprzednia zaczęła mi okropnie doskwierać, nie chciałem nawet przechylać głowy i sprawdzić, czy na nowo nie jest otwarta. Lekko kulejąc odsuwałem się do tyłu, aż nie natrafiłem na podnoszącego się medyka. Samiec nie chciał się poddać i oddać swojej jaskini, a widocznie na tym zależało na rysiu, ponieważ zaczął nas z niej wyganiać. Leonis ponownie skoczył na wroga, udając mu się przedostać na jego grzbiet i wgryzając się w jego kark. Podbiegłem do nich i przewaliłem wroga na ziemie, gryząc mu łapy.
W końcu ranny i poniżony ryś wybiegł z jaskini, zostawiając nas rannych. Dyszeliśmy zmęczeni. Usiadłem na drugim boku, aby nie ruszać nogi. Spojrzałem na towarzysza, który wyglądał nie lepiej niż ja.
<Leonis?>
[665 słów: Onyks otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

18 marca 2020

Od Onyksa CD Rysy

Spojrzał na przedmiot, który znalazła suczka. Torebka była idealnych rozmiarów dla malucha, chociaż miałem nadzieje, na znalezienie jakiegoś wózka, ponieważ transport na kółkach łatwiej jest ciągnąć. Mimo to posłałem samicy lekki uśmiech, wskazując na zadowolenie, po czym wróciliśmy do małego. Brązowa kulka już spała, jego brzuszek rytmicznie się podnosił i opadał, co ciekawsze, machał prawą łapką, jakby biegł. Uroczo wyglądał, ale gdy zaczął cicho piszczeć, zacząłem się martwić. Prawdopodobnie śnił mu się koszmar, dlatego podszedłem do niego i lekko trąciłem nosem, aby go obudzić. Psiak powoli otworzył oczka i spojrzał na mnie czarnymi ślepiami. Przestał piszczeć, ale położył po sobie uszy i spojrzał na Rysę, która stanęła obok mnie i położyła torebkę na podłodze.
- Coś ci się śniło? - odezwała się, przybliżając się do niego. Ten tylko przerzucił swoje oczka znowu na mnie, potem na nią i się podniósł chwiejnie. - Chodź, poszukamy twojej mamusi – oznajmiła mu, po czym delikatnie łapiąc go za kark, podniosła i nakierowała na torbę. Powoli opuściła go do środka, a ten zaczął przestraszony piszczeć. Rysa od razu wzięła sprawę w swoje łapy i zaczęła malucha uspokajać, tłumacząc mu, że nie ma się czego obawiać, że to tylko przejściowe i idziemy szukać jego rodziny. Po kilku sekundach maluch położył główkę na łapkach i dał za wygraną.
- Masz dar do dzieci – stwierdziłem i chwyciłem rączki torebki. Delikatnie uniosłem ją do góry.
- Najważniejsze, by się nie bały – stwierdziła i popchnęła nosem brązową kulkę, która chciała wyskoczyć z torebki.
- Pedziesz szla opok, jakpy chcal wyskocyc – powiedziałem niewyraźnie, przez zaciśnięte zęby na torebce. Rysa pokiwała głową i kiedy maluch przyzwyczaił się do nowej rzeczywistości, ruszyliśmy do wyjścia.
Szedłem na początku powoli, starając się nie machać torebką, aby maluch się jeszcze bardziej nie wystraszył, ale kiedy zacząłem schodzić po schodach, musiałem przyznać, że to było trudniejsze, niż myślałem. Waga nie przeszkadzała, torebka była stosunkowo lekka, a szczenię nie ważyło dużo. Gorzej było z utrzymaniem tego przedmiotu w stabilnej pozycji, więc kiedy zszedłem na sam dół, położyłem transport malucha, by sprawdzić, jak sobie radzi.
- Jest dobrze, możemy iść – powiedziała samica. Szczenię rzeczywiście się uspokoiła, teraz nie wychylało główki, miało za to szeroko otwarte oczka. Ponownie podniosłem torebkę, po czym wyszliśmy z domu.
Na naszą korzyść była Pora Zielona Liści. Wyższa temperatura sprawiła, że maluch się nie trząsł z zimna, a mi samemu łatwiej było pokonywać drogę bez zasp, śliskiej powierzchni i soli, wbitej w łapach, która swoją drogą była najokropniejszą rzeczą w zimie, naprawdę. Już nawet głód i zimno mi tak nie przeszkadzały, jak ta cholerna sól! Rysa objęła prowadzenie i zaczęła nas kierować w stronę fontanny z delfinem. Przez cała drogę milczeliśmy, głównie dlatego, że mi było niewygodnie mówić, a ona sama pilnowała trasy oraz malucha, który z czasem wyłonił się z torebki i zaczął oglądać okolicę. Jego łepek śmiesznie poruszał się w rytm mojego kroku, mrugał oczkami, ponieważ oślepiało go słońca, obracał się, by zobaczyć jak najwięcej i nim się zorientowaliśmy, byliśmy na miejscu. Gdy położyłem malucha przy fontannie, poczułem, jak bardzo miałem spięte mięśnie oraz po części sparaliżowany pysk i kark, od długiego trzymania w górze torebki. Na szczęście po jakichś trzech minutach skurcz puścił, poruszałem trochę szczęką i głową, po czym usiadłem na ziemi.
- Więc od czego zaczynamy? Znasz okolicę, kieruj.
<Rysa?>
[531 słów: Onyks otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

14 marca 2020

Od Onyksa CD Rysy

Wróciłem do samicy truchtem, ponieważ i tak zostawiłem ją ze szczeniakiem bardzo długo. Byłem ciekaw, jak sobie z nim poradziła, czy go uspokoiła, czy mały siedział w szafie i nie chciał wyjść? Byłem tak samo ciekawy tego, co się stało z jego matką. „Od tygodnia jej nie widzę”, to pytanie nie dawało mi spokoju. Czyżby coś się stało? Miałem tylko nadzieję, że odnajdziemy matkę tego malucha, bo co z nim innego zrobimy? Zaopiekujemy się nim? Może gdyby Rysa się zgodziła zostać jego przyszywaną matką, mógłbym jej pomóc, ale uważałem, że młody powinien być ze swoją prawdziwą rodzicielką; jeśli żyje.
Gdy wszedłem do pokoju, zobaczyłem, że maluch leży przy suce. Lekko uśmiechnąłem się na ten widok, jednak gdy samica spojrzała na mnie, szybko spoważniałem. Podszedłem do nich, po czym położyłem na ziemi kawałek surowego mięsa i jeszcze mniejszy kawałek pasztetu, owiniętego w papier. Przysunąłem to pierwsze samicy, a to drugie odwinąłem i przysunęłam szczeniakowi. Spojrzałem na mnie nieufnie, przez chwilkę patrzył to na mnie, to na jedzenie, a gdy jego brzuszek wydał z siebie odgłos burczenia, powąchał jedzenie.
- Widzę, że dobrze sobie poradziłaś – powiedziałem do samicy, która zaczęła skubać mięso.
- Musiało go coś porządnie wystraszyć – skomentowała. Po chwili maluch zaczął lizać pasztet i pomału go skubał. Ulżyło mi, bałem się, że mimo wszystko to nie jest dobre jedzenie dla takiego szczeniaczka, ale na szczęście mały nie marudził i zaczął powoli konsumować zdobyte przeze mnie jedzenie. - Jadłeś coś? - zapytała samica, na co pokiwałem głową.
- W ogóle dowiedziałem się czegoś ciekawego – wstałem i usiadłem bliżej samicy, aby nie przeszkadzać maluchowi w jedzeniu.
- Hm? - Rysa skończyła jeść, po czym nosem przysunęła małemu pasztet, który się trochę odsunął od lizania go.
- Spotkałem w parku sukę, która powiedziała, że jej znajoma niedawno urodziła podobnego szczeniaka, ale od tygodnia jej nie widziała. Dodała jeszcze, że mieszka przy dużej fontannie z delfinem – Rysie oczy zabłysnęły na tę informację.
- To dobry trop, znajdziemy jego matkę – popatrzyła z troską na szczeniaka, który położył łapkę na jedzeniu, a po chwili zaczął ją wylizywać.
- Wiesz gdzie jest ta fontanna? - zapytałem. Mi jakoś umknął ten element krajobrazu, na szczęście brązowej suce nie, ponieważ zaraz pokiwała głową i wyjaśniła, że znajduje się on niedaleko stadionu. Wiem, gdzie był ów stadion, ale dalej nie mogłem sobie przypomnieć tej rzeźby delfina.
- Pokażę ci – powiedziała, gdy widziała, ze nie mogłem sobie skojarzyć tego miejsca.
- A co z małym? - wskazałem na puchatą kulkę, którą powoli kończyła jeść. - Nie możemy go samego zostawić – dodałem.
- Jest to też za daleko, aby ciągle szedł za nami – zauważyła. Przez chwilę oboje milczeliśmy, zastanawiając się, co zrobić.
- Przydałby się jakiś środek transportu, jakiś wózek czy coś – po chwili wstałem.
- Gdzie idziesz?
- Poszukać czegoś przydatnego w tym domu.
<Rysa?>
[444 słowa: Onyks otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

23 stycznia 2020

Od Onyksa CD Rysy

Byłem tu już wiele razy, ale nigdy nie wyczuwałem takiego zapachu. Chociaż był słaby, jestem pewien, że wcześniej wyłapałbym tę podejrzaną woń, unoszącą się w powietrzu. Był jednocześnie znany, jednak nie potrafiłem określić, co to. Po prostu poszedłem za nim do innego pokoju. Źródło znajdowało się w szafie z uchylonymi drzwiczkami. Czułem, że to nie będzie zagrożenie, zapach wydawał się taki… dziecinny. Nastroszyłem uszy i powoli zbliżałem się do mebla, kiedy usłyszałem cichy pisk. Natychmiast się wyprostowałem, zastanawiając się, czy zwariowałem, czy w tej szafce naprawdę znajdował się mały… szczeniaczek. Tak, to był on. Gdy popchnąłem drzwiczki pyskiem, zobaczyłem śpiącego, czekoladowego, małego pieska, któremu najwyraźniej coś się śniło, bo machał łapkami i cichutko piszczał.
Odwróciłem łeb do Rysy, tak samo jak ja była zdezorientowana. Popatrzyła to na mnie, to na szczeniaka. Skąd on się tutaj wziął? Na pewno był tu nie długo, ale sam? Taki mały, bez opieki? Coś tu nie grało, a jedynym sposobem, aby się o tym dowiedzieć, to zapytać samego szczeniaka. Wsadziłem łeb do szafy i szturchnąłem szczeniaka w brzuszek, ten od razu otworzył oczy i gdy tylko mnie zobaczył, pisnął przestraszony, położył po sobie uszy i zaczął się trząść. Cofnąłem łeb, kompletnie nie wiedząc, co zrobić. Jakoś w mojej historii przetrwania nie było szczeniaków, tak samo ich nie było w mojej nauce przetrwania z ojcem, więc skąd miałem wiedzieć, jak się zająć małym? I to jeszcze tak zaskoczony? Na szczęście Rysa była obok, a widząc moją niewiedzę, na temat dzieci, sama zareagowała. Podeszła bliżej, wsadziła głowę między drzwi i lekko uśmiechnęła się do szczeniaczka.
- No już, nie bój się – powiedziała miło. - Jak się nazywasz? - zapytała, ale mały się nie odzywał. Patrzył się na nią tymi swoimi dużymi oczkami i nie wyglądało na to, aby w najbliższym czasie coś powiedział. Rysa spojrzała na mnie. - Nie możemy go zostawić. – przyznałem jej rację. Chociaż było to obce szczenie, to jednak był jednym z nas.
- Posiedzisz z nim? Spróbuje znaleźć mu coś do jedzenia - samica pokiwała głową. Odwróciłem się i wyszedłem z pokoju, zostawiając ją samą z małym. Miałem nadzieje, że pod moją nieobecność uda jej się coś od niego dowiedzieć. Gdy wyszedłem z budynku, zacząłem się zastanawiać, co może zjeść taki maluch. Mleka mu raczej nie znajdę, więc musi to być coś miękkiego. Zacząłem węszyć z nadzieją, że coś wyczuje, ale zamiast smrodu ulicy i ludzkiego potu, nie wyczułem nic. Przebiegłem na drugą stronę ulicy i zajrzałem do kosza, stojącego przy sklepie. Akurat nic nowego się tam nie znalazło, dlatego wyszedłem z uliczki i zacząłem łazić po mieście, zaglądając w każdy możliwy kąt i śmietnik. Przy okazji zaczepiałem inne psy, pytając, czy nie zna małego, czekoladowego szczeniaka, ale żaden z nich nie mógł mi pomóc. Dopiero gdy trafiłem na jakiegoś pudelka, który siedział w parku przy swoim panu, los się do mnie uśmiechnął. Chociaż patrzyła na mnie z obrzydzeniem i nieufnością, zapytałem ją o szczeniaka.
- Nie rozmawiam z takimi pchlarzami jak ty, ale powiem ci, że moja znajoma niedawno urodziła i bodajże miała takiego synka – na tę informację oczy mi się zaświeciły.
- Wiesz, gdzie ją znajdę?
- Niestety od tygodnia jej nie widzę, zawsze przychodziła z właścicielem do parku, ale teraz… - nagle jej pan wstał i pociągnął w stronę bramy. - Mieszkają przy dużej fontannie z delfinami – dodała na odchodne i kręcąc ogonkiem, ruszyła za panem. Krzyknąłem jej jeszcze krótkie „dziękuje” i ruszyłem dalej na „polowanie”. W końcu trafiłem na jakiś ślad, jednak dom odnajdę później, teraz musiałem znaleźć coś dla małego… wracamy do pytania: co jedzą takie szczeniaczki? Latałem wszędzie i znalazłem trochę dobrego jedzenia, ale dla siebie. Dla Rysy też wziąłem kawałek mięsa, ale dla małego dalej nic nie znalazłem. Zbawienie przyszło do mnie, gdy zacząłem wracać i udało mi się znaleźć puszkę z jakimś pasztetem. Dobre na początek, mały powinien to przełknąć.
<Rysa?>
[624 słowa: Onyks otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

22 stycznia 2020

Od Onyksa CD Leonisa

W pewnym sensie go rozumiałem, pies nie chciał sobie narobić problemów, nie chciał ryzykować, że komuś pomoże, na chwilę straci czujność i zostanie zaatakowany. W takich czasach można się spodziewać wszystkiego, po ludziach i innych psach, bez różnicy. A w zimę jest jeszcze gorzej; mniej jedzenia skłania do robienia złych czynów, byleby przeżyć. Z takimi myślami wyszedłem z jaskini medyka i podążyłem przed siebie. Chciałem wrócić do miasta i znaleźć coś do jedzenia, nim całkowicie się ściemni. Rana już nie bolała, przynajmniej nie tak, jak wcześniej. Kilka dni i będzie po wszystkim. Wystarczy poczekać i się nie nadwyrężać.
Mocno się zdziwiłem, kiedy medyk nagle pojawił się przede mną, jakby wyrósł spod ziemi. Byłem tak zamyślony, że prawie go nie zobaczyłem. To było podejrzane, najpierw mnie wygania, a potem chce, abym wrócił? Może i miał rację, co do rany, jednak taka szybka zmiana decyzji była podejrzana. Nawet jego wyjaśnienia brzmiały jakoś sztucznie. Jednak czy miałem wybór? Rana rzeczywiście nie była do końca opatrzona, a ta butelka nie wiadomo gdzie była. Chociaż to mało prawdopodobne, zakażenie może się wdać, nawet poważne. Dlatego ruszyłem za nim, ale dopiero wtedy, gdy poznałem jego imię. Może to było dość głupie, ale skoro miałem z nim spędzić więcej czasu, wypadałoby znać jego imię, by w nagłym przypadku nie wołać „Ej ty”.
Czekałem w ciszy, aż samiec skończy. Potem miałem zamiar zrobić to, co wcześniej, czyli iść poszukać czegoś na ząb i znaleźć ciepłe miejsce do snu. Szkoda, że takowego musiałem szukać w mieście, jednak w lesie ciężej coś znaleźć i trudniej, aby było ono ciepłe. Mimo wszystko miasto ma swoje zalety, a tym bardziej, gdy Dwunożni się nie wtrącają.
Słysząc Leonisa, który poradził, abym był pod okiem medyka, spojrzałem na niego dość zdziwiony. Nie dawno mnie wyganiał, a teraz chce mi dać do zrozumienia, żebym nie odchodził za daleko, a najlepiej, to żebym nie opuszczał jaskini. To było dziwne, nawet podejrzane, ale jaki mógł być w tym ukryty przekaz? Musiałem zignorować wszystkie swoje złe myśli i pozostać przy fakcie, że po prostu coś mu się odmieniło. Coś w nim „pękło” gdy zapytałem go o imię i nie chciał kłopotów, przez co pochopnie wybrał opcję, aby się mnie po prostu pozbyć, co się potem okazało trudne do zniesienia, ze względu na ranę. Cóż, bywają i takie przypadki. Nie chciałem mu utrudniać pracy, jednak z drugiej strony musiałem znaleźć coś do zjedzenia, a jemu nie chciałem zjadać zapasów.
- Rozumiem. Jednak na razie chciałbym coś znaleźć do zjedzenia, więc jeśli to nie problem, wróciłbym tu wieczorem – pies milczał, wyraźnie się nad tym zastanawiając. Czekałem cierpliwie, w głowie układając plan, jak przeszukać miasto, aby coś szybko znaleźć. Najlepszym początkiem byłby sklep mięsny tuż na rogu, tam często wyrzucają jakieś mięso na śmietnik i jeśli zdążę, może ubiegnę te wredne koty, które także tam żerują.
- Niech ci będzie – odpowiedział w końcu, jakoś nie przekonany. - Dobrze by było, żebyś zdążył przed północą – dodał bardziej do siebie, na co skinąłem głową.
- Oczywiście. A więc do później – wyszedłem z jaskini. Rana bolała mniej, ale dalej ją czułem. Poruszałem się spokojnie, aby nie zepsuć pracy Leonisa, ale też wystarczająco szybko, bym zdążył do miasta przed wschodem słońca. Jak planowałem, najpierw poszedłem do mięsnego sklepu. Już z odległości czułem surowe mięso, jednak gdy się zbliżyłem, poczułem też te śmierdzące sierściuchy. Były pierwsze i kiedy mnie zobaczyły, uciekły ze swoją zdobyczą. Ruszyłem dalej, tym razem kierując się do jakiejś restauracji. Tam także ludzie wyrzucali na śmietnik niedojedzone żarcie i miałem nadzieję, coś tam znaleźć. Tym razem los się do mnie uśmiechnął, bo trafiłem na kilka kawałków smażonego schabowego. Zapchałem jeszcze żołądek jakimiś kośćmi i uciekłem stamtąd, kiedy drzwi się otworzyły, a w progu stanął jakiś mężczyzna.
Wróciłem do lasu, gdy robiło się już ciemno. Wtedy usłyszałem w krzakach jakiś ruch. Stanąłem i długo się nie ruszałem, czułem w powietrzu ciekawy zapach. Położyłem się, a kiedy moje futro wtopiło się w kolor śniegu, z krzaków wyskoczyło małe zwierzątko. Szary zając kicał przed siebie, poruszając nerwowo noskiem i kręcąc uszkami w każdą stronę. Leżałem bez ruchu, czekając. Kiedy był wystarczająco blisko, skoczyłem. Chociaż zima to okropna poru roku, zmuszająca nas do życia w cięższych warunkach, to jednak dla mnie miała swoje zalety. Capnąłem królika, tylko dzięki kamuflażowi i leżeniu przez jakieś pół godziny, aż do zmarznięcia brzucha i pyska. Jednak ciepłe zwierzę odpracowywało te szkody. Trzymając go w zębach, wróciłem do jaskini Leonisa.
Gdy wszedłem, od razu się podniósł. Spojrzał na mnie i na to, co miałem w pysku.
- Chyba wypadałoby podziękować za pomoc – chciałem mu zaoferować połowę zająca i nawet gdyby jej nie tknął, to i tak ją zostawię. W końcu ja już wcześniej jadłem.
<Leonis? Kolacja!>
[767 słów: Onyks otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

16 stycznia 2020

Od Onyksa CD Rysy

Przez chwilę milczał zastanawiając się nad odpowiedzią. Zdołał zwiedzić większą część miasta i nie wierzył, że jakakolwiek jego część nadawała się na teren. Nawet gdyby sprawdził pozostałe miejsca, nawet w jakimś w innym mieście, bezpańskie psy wśród ludzi nigdy nie będą mogły żyć spokojnie, jak na swoim. Zagrożenie czyha z każdej strony, nie wiadomo kiedy któryś Dwunożny się na ciebie rzuci, by cię złapać i wsadzić do ciasnej klatki, z której możesz pójść albo na śmierć, albo zostać niewolnikiem – chociaż tak naprawdę nie wszyscy ludzie byli źli.
- W mieście ciężko znaleźć bezpieczny teren – powiedział i przełknął ostatni kawałek ptaka. - chociaż gdybym już musiał bardzo wybierać, najlepsze byłoby opuszczone miejsce, jak na przykład ten dom naprzeciwko sklepu z mięsem. Za nim jest dość spory kawałek ziemi – powiedział, przypominając sobie tę szarą ruderę z pękniętymi oknami. Pamiętał, że za nią znalazł dobrą kość zakopaną w ziemi, może byłoby tam coś jeszcze?
- Nie zawali się? - zapytała samica.
- Ludzie to budowali, powinno być solidne. Na pewno można się tam na spokojnie wyspać, a i w tym sklepie często wyrzucają jakieś mięso do kosza – dodał. Może nie było to najsmaczniejsze jedzenie, bo trochę stare i spleśniałe, jednak w takie zimowe dni, jakie mają nadejść za jakiś czas, nawet taki kawałek pozwoli przeżyć.
- Więc chodźmy tam – zaproponowała Rysa, na co przytaknął. Wstał i otrzepał się ze śniegu, jaki przyległ mu do brzucha, po czym wskazał kierunek. Szliś brzegiem miasta, w którym było mniej ludzi, potem skręcili w uliczkę, wyszli na ulicę, przebiegli na drugą stronę, starając się nie wpaść pod te żelazne maszyny i truchtem kierując się prosto chodnikiem, dotarli na miejsce. Po lewej stał sklep, z którego właśnie ktoś wyszedł. Po lewej zaś znajdowała się ich rudera.
- Może cię oprowadzę – zaproponował, na co suczka przytaknęła. Stanęli przed budynkiem, po czym weszli do środka – Tutaj możesz się napić wody – wskazał na miskę, wypełnioną cieczą. Po chwili wpadła do niej kropla, a samica spojrzała do góry, dowiadując się, skąd ona się tam znalazła. Woda płynąca przez rurę w suficie była dziurawa i trochę kapało z niej kapało, dlatego wystarczyło, by Onyks znalazł coś na wzór miski. Była to szeroka i głęboka micha, z której się napił. Przeszli do innego pokoju. - Tutaj właściciele zostawili masę koców i poduszek – wskazał na bałagan, wszystko leżało na ziemi, a jedno miejsce było nawet ugniecione przez samca. - I ostatnia część – skierowali się na tyły. - Podwórko. Idealne do chowania jedzenia – skomentował, po czym spojrzał na Rysę. Nie oczekiwał od niej radości, w końcu miejsce nie było za cudowne, ale w porównaniu do całego miasta, tutaj była największa szansa, że będą mogli spokojnie spać i przeżyć do wiosny.
- Co się stało z ludźmi? Dom wygląda, jakby uciekali – Onyks spojrzał na nią.
- Nie mam pojęcia, może tak było. Już zastałem to miejsce w takim stanie – skierował łeb przed siebie, patrząc na biały podłoże. - Ale może jakąś odpowiedź znajdziemy na górze? Jeszcze nie miałem okazji przeszukać górnych pokoi.
<Rysa?>
[482 słów: Onyks otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

5 stycznia 2020

Od Onyksa CD Leonisa

Głód w zimę jest najgorszy. Ciężej znaleźć jakikolwiek posiłek, gdy postanowisz zapolować na coś w lesie, przypadkiem możesz natknąć się na kogoś agresywnego albo trafić na czyjeś tereny i zostać wziętym za wroga. W mieście nie jest bezpieczniej, bezpańskie psy jak ja często trafiają do ciasnych klatek, za samo istnienie, a szukamy tylko jedzenia, czy coś w tym złego?
Poszedłem do miasta, gdy tylko wstałem. Wałęsałem się po ulicach zaśnieżonego miasta, jak zawsze ci Duzi nie zwracali na mnie uwagi, a ci Mali uważnie mi się przyglądali. Kiedyś któryś chciał mnie pogłaskać, odsuwałem się na bok, a jego ręka szybko zostaje zabrana przez Dużego. Starałem się wyczuć coś do jedzenia, jednak w takich chłodnych dniach nikt nie je na zewnątrz i wszyscy chowają się w budynkach, gdzie zima ich nie sięga, a ja niestety nie potrafię przechodzić przez ściany. Szedłem przed siebie bardzo długo, w nadziei, że zaraz coś wyczuje i stało się to, gdy słońce było świeciło wysoko na niebie. Wyczułem mięso, ruszyłem w stronę ciemnej uliczki, w której śmierdziało szczurami, ale nie na tyle mocno, by zatuszować zapach jedzenia. Starając się nie zgubić woni, wszedłem do jakiegoś starego budynku bez drzwi. W środku śmierdziało odchodami i stęchlizną, ale dalej wyczuwałem jedzenie. Kiedy wszedłem do pomieszczenia, w którym zapach unosił się najmocniej, zobaczyłem pod ścianą leżącego człowieka. Wokół niego leżała masa butelek, papierków i innych śmieci, a przed sobą miał talerz z niedojedzonym jedzeniem. Mężczyzna spał, dlatego bardzo powoli kroczyłem w jego stronę. Nie chciałem go obudzić, dlatego wydawało mi się, że idę do jedzenia przez wieczność. Kiedy wreszcie przyczołgałem się na tyle blisko, że mogłem chapnąć mięso, człowiek się obudził. W ostatniej chwili złapałem całą zawartość miski i się wycofałem. Usłyszałem z tyłu krzyk, potem hałas rozbijanej butelki i po chwili coś mnie ukuło w bok. Tylko na moment odwróciłem łeb, aby zobaczyć, że Dwunożny nie wstał, tylko rzucił butelką, która rozbiła się o ścianę, a jej kawałek mnie drasnął.
Wybiegłem z budynku i zatrzymałem się na ulicy. Rozejrzałem się, nikt mnie nie gonił, jednak wolałem pójść gdzieś dalej. W końcu zatrzymałem się przy moście, gdzie spożyłem mięso. Był to kawałek wieprzowiny, prawie surowej, ale nie zepsutej. Nie chciałem wiedzieć skąd ten człowiek to miał, przez chwilę nawet myślałem, by tego nie jeść, z tego względu, gdzie to znalazłem, ale głód był silniejszy.
Po posileniu się, przeszedłem się wzdłuż miasta, by wrócić na most i przejść do lasu. Miałem zamiar się tylko przejść, aby mój nos odpoczął od tego ohydnego zapachu miasta, nie sądziłem, że na zwykłym spacerze ktoś postanowi na mnie wpaść.
Zmierzyłem obcego, kolorowego psa od łap do łeb i uważnie mu się przyjrzałem. Nie wyglądał na takiego, który cię w każdej chwili może zaatakować, chociaż pozory mogą mylić. Na wspomnienie o ranie, poczułem lekkie pieczenie na boku. Mógłbym to zignorować, ale czy powinienem? Wątpiłem, by butelka, którą dostałem, była czysta, tym bardziej, że śmierdziało w tym pomieszczeniu dość intensywnie. W sumie to nawet byłem zmuszony skorzystać z jego usługi, ponieważ w moim klanie chwilowo nie było żadnego medyka, a chodzenie po innych terenach w poszukiwaniu takowego, nie wydaje się dobrym pomysłem, a do Dwunożnych nawet nie pomyślę zajść.
- Zgoda – powiedziałem po krótkiej chwili.
- Potrzebuje rumianku, jest w mojej norze, chodź – pies się odwrócił i zaczął się kierować do swojego lokum. Po chwili ruszyłem zanim, ciągle się zastanawiając, czy nie lepiej ranę obłożyć śniegiem i poczekać, aż sama się zagoi. Miałem ochotę zapytać się, z jakiego jest klanu, ale zrezygnowałem. Lepiej myśleć, że ktoś obcy ci pomógł, niż wiedzieć, że pomógł ci twój wróg.
Drogę przeszliśmy w ciszy. Oboje nie spuszczaliśmy z siebie wzroku. Jego nora nie była daleko, zaprosił mnie do środka i zaraz zaczął szukać potrzebnej mu rośliny. Ja zostałem bardziej przy wejście, tak na wypadek. W końcu samiec wrócił, trzymając w pyskach rumianek. Zaczął go mielić w pysku, siedziałem i cierpliwie czekałem, aż w końcu przygotowaną "maść" rozłożył na mojej ranie. Trochę piekło, ale nic po sobie nie dałem znać.
- Tak właściwie, jak się nazywasz? - zapytałem z ciekawości.
<Leonis?>
[665 słów: Onyks otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

31 grudnia 2019

Od Onyksa CD Rysy

Nie cierpiał dzików. Zawsze atakowały, nie ważne w jakiej sytuacji, nawet gdy potrzebują pomocy i tak będą się bronić. Z jednej strony to odważne, ten hart ducha wymaga podziwu, jednak w tym momencie był on całkowicie niepotrzebny. Ani Onyks, ani Rysa (tak mu się wydawało) nie mieli w stosunku do niego złych planów i samiec wolałby nie walczyć, odejść w pokoju… niestety teraz musiał wykonać szybki ruch w bok, aby nie zostać staranowanym przez dzika. Rysa zrobiła to samo i po chwili się na niego rzuciła. Onyks miał zrobić to samo, ale poczuł coś dziwnego, zapach tego dzika dobiegał jakby z dwóch stron. Odwrócił się i podbiegł do krzaków, za którymi, jak się domyślał, chowała się dwójka małych warchlaczków. Szybko wrócił do samicy.
- Nie zabijaj jej! - oznajmił Rysie, która puściła zwierzaka. Gdy locha zobaczyła, że znajdował się blisko jej młodych, szybko popędziła w jego stronę. Znowu zrobił unik. - Chodź – rzucił do suczki, która nic nie rozumiejąc, ruszyła za nim. Krótko mówiąc: uciekli.
Las po chwili się skończył, a dzik gonił ich tylko przez chwilę, w końcu nie mógł zostawić swych dzieci bez opieki. Pod tym względem szanował ten gatunek, chociaż większy podziw wzbudzały u niego niedźwiedzice: nie dość, że musiały same wychować potomstwo, to jeszcze musiały ich bronić nie tylko przed innymi zwierzętami, ale nawet przed własnym gatunkiem, gdzie samiec bez oporu je zabije. Taka samica walczy o swe dziecko z praktycznie silniejszym i większym od siebie przeciwnikiem.
Kiedy już byli poza zasięgiem dzika, zatrzymali się przy moście, który pojawił się przed nimi. O tej porze Dwunożych nie było, jednak w celu większej ostrożności, weszli pod most. Usiedli na ziemi i napili się wody. Zawsze w tym miejscu śmierdziało ściekami i czymś ostrym od ludzi, którzy często tutaj spali.
- Dobry ruch – odezwała się Rysa, samiec spojrzał na nią.
- Jaki?
- Żeby uciec i nie marnować siły - mówiła to spokojnie, Onyks lekko się uśmiechnął.
- Zgadzam się z tobą i chciałbym dodać, że miała młode. Jak locha walczy dla swych dzieci, to do śmierci – odwrócił głowę w jej kierunku. - Nie lubię osierocać – dodał i poruszył uszami. Podniósł się i odwrócił, za nim pojawili się ludzie. Dwójka ludzi, samica i samiec, którzy nie przypominali otumanionych i niczym nie śmierdzieli, chociaż od dziewczyny mógł lekko poczuć coś na wzór fiołków.
- Są tu jakieś psy – odezwała się kobieta. Psy uważnie im się przyglądały. Mężczyzna popatrzył na nich, kucnął i wziął coś do ręki. Po chwili okazało się, że był to niewielki kamień, którym rzucił w psy. Na szczęście trafił w ziemię, przed nimi. Po chwili dziewczyna pomachała dziwnie rękami, poruszała ustami, na szczęście psy nie musiały rozumieć ich słów, by wiedzieć, że mają sobie stąd iść.
- Nigdzie nie ma spokoju – stwierdził Onyks, a Rysa mu tylko zawtórowała i oboje stąd zniknęli, dając kochankom możliwość nacieszenia się sobą. Wyszli spod mostu i ruszyli wzdłuż lasu, aby po kilkunastu metrach wejść w głąb i wrócić na bezpieczne tereny.
Las się zmienił. Żadnych liści, gołe gałęzie i wszędzie biało. Ten zimny puch przyklejał się do futra i nawet gdy próbowało się go strząsnąć, zawsze coś zostawało. O tej porze roku ciężej było cokolwiek znaleźć do jedzenia.
- W sumie zima jest całkiem ładna na swój sposób – odezwał się do samicy.
<Rysa?>
[530 słów: Onyks otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

26 listopada 2019

Od Onyksa do Rysy

Siedział i rozmyślał. Obserwował nurt rzeki, który wydawał mu się koić wszystkie jego nadszarpane nerwy, kiedy znowu wspominał przeszłość. Nie lubił tego robić, wręcz nie cierpiał przypominać sobie o rodzicach, którzy byliby przydatniejsi jako przyjaciele, ale jego umysł robił mu na złość. Na chama wciskał mu przed oczy obrazy, jak razem z ojciec biegał przez lat i walczył z większymi przeciwnikami, tylko po to, by nauczyć się walczyć o swoje, wycieczki w góry z matką, która zawsze wybierała najtrudniejszą i najniebezpieczniejszą drogę. Po co o tym rozmyślać? Po co wspominać stare dzieje, które są nieprzyjemne? W sumie, to nie można powiedzieć, że są w stu procentach złe, w końcu dzięki takiej rodzinie nauczył się nie poddawać i zawsze odnajdować drugie wyjście – a czasem nawet samemu je tworzyć. Jednak mimo to… po co wspominać przeszłość?
Rzeka płynęła tym samym tempem cały czas, ryby, które przepływały przed jego nosem, nie zwracały na niego uwagi. One miały swój świat, a on swój, ten w umyśle, do którego nie wpuści nikogo, bo po co karmić kogoś niepotrzebnymi do życia bzdetami? Uwielbiał takie momenty w życiu, w których możesz całkowicie poświęcić się samego sobie i rozmyślać nad tym, po co rozmyślać. Czy to ma sens? Onyks ciągle go szuka, a odpowiedź zawsze odpływa razem z rzeką.
Podniósł łeb. Odkąd do jego uszu dotarła informacja o śmierci lidera Tenebrisa – Praxidike’a – stał się bardziej uważny. Skoro zwykła zgraja włóczęgów postanowiła dokonać takiego czynu, teraz można się po nich wszystkie spodziewać, ale najważniejsze, aby nie tracić głowy. Podniósł się i ruszył wzdłuż rzeki, jego szósty zmysł podpowiadał mu, że ktoś się czai przy granicy. Chociaż czy czai to nie za mocne słowo? W lesie jest wiele zwierząt, może to królik, sarna, a może zwykły, niegroźny pies? Mimo to musiał sprawdzić, musiał mieć pewność, że nic nie grozi jego klanowi.
Nurt rzeki się nie zmieniał, a z nią odpływały wszystkie myśli Onyksa, wiedział jednak, że kiedy tu wróci, one będą na niego czekać, tak jakby przywiązały się do brzegu i czekały na powrót właściciela, aby znowu go męczyć. Jakby mówiły „nas się tak łatwo nie pozbędziesz”. A pies niczym posłuszne zwierzę, wracało do nich i dawało się gnębić przez kolejne godziny.
Wiatr zawiał w jego stronę. Powąchał i poczuł dwa zapachy; jeden znał, drugi był mu obcy. Pierwszy należał do suczki, drugi… przeszedł do żwawego truchtu, by znaleźć się na miejscu raz dwa. Patrolowanie terenów to jeden z jego obowiązków, gdyby coś się na nich stało, pewna odpowiedzialność spadłaby na niego. Kiedy był już na miejscu, zobaczył leżącą pod drzewem suczkę: miedzianoruda kulka na moje przybycie podniosła łeb do góry, a ciemne oczy utknęły w jego osobie. Uspokoił się, może mi się tylko wydawało? Mimo wszystko był czujny.
- Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać – powiedział spokojnie patrząc przez chwilę na psa, by zaraz rozejrzeć się wokół. - Od tego morderstwa w Tenebris przez jakichś włóczęgów stałem się bardziej ostrożny – wytłumaczył powód swojego przybycia. Miał zamiar odejść i dać jej odpoczywać, kiedy znowu poczuł ten zapach. Teraz był pewien, że coś się czai, żaden zając czy jeleń. Wiedział, że teraz jej nie zostawi, nawet, jeśli potrafi walczyć (to bardziej niż pewne), nie potrafił jej pozwolić na samotną walkę. A jeśli ten ktoś ma wsparcie?
<Rysa?>
[532 słowa: Onyks otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

"Zawsze wybierał najtrudniejszą drogę. Tam nie miał konkurencji."

[kliknięcie przeniesie do karty postaci]