Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciepła Pleśń x Nieuchwytna Pieśń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciepła Pleśń x Nieuchwytna Pieśń. Pokaż wszystkie posty

25 lutego 2022

Od Ciepłej Pleśni CD Żałobnej Pieśni — Event Walentynkowy

Przez ostatnie księżyce życie Ciepłego zmieniło się niewyobrażalnie. Począwszy na zauroczeniu, które przeobraziło się w dużo bardziej zażyłą relację i to z prędkością światła, poprzez narodzenie się Wieczorynki, Różyczki oraz Szeptu, a na tymczasowym pobycie w Ventusie kończąc. Te wydarzenia poza morzem zmian, przyniosły Ognistemu także masę stresu, a co gorsza, moralny kryzys. Z zewnątrz czarno-biały wyglądał nad wyraz spokojnie w porównaniu do swojej nowej partnerki. Kiedy Żałobną Pieśń najłatwiej opisać byłoby jako wielki kłębek nerwów, Ognisty zachowywał się niczym starożytny stoik. Nawet najbystrzejsze oko nie dojrzałoby jego splątanych myśli.
Prawdą było, że ten związek nie przystoił, a w dramaturgii na pewno nie pomagał fakt, że Ciepły był szanowanym synem liderki Industrii, którego aż nadto stawiano jako przykład. Tego typu wyskok na pewno był szokiem, dlatego czarno-biały nawet doceniał, że może wręcz odpocząć w Ventusie.
Niedługo miał jednak wrócić w rodzinne strony. Gdzie spotka się z bardzo różnymi opiniami na temat swój jak i swoich szczeniaków, dlatego musiał się na to przygotować. Gdyby tylko wszyscy mogli tę sprawę potraktować równie wyrozumiale, co jego matka, życie byłoby o wiele prostsze.

***

— Mamo? — zagadnął Rzepakową, niedługo po rozmowie z Żałobną. — Możemy porozmawiać?
Liderka, oderwawszy się od resztek swojego posiłku, zwróciła w jego stronę swoje entuzjastyczne spojrzenie.
— Oczywiście synku! — zaświergotała.
Z jakiegoś powodu jej radość tylko utrudniała młodemu psu wyduszenie z siebie prawdy. Nie widział jeszcze nigdy swojej rodzicielki złej, ale miał wrażenie, że tym, co chciał jej przekazać, całkowicie wyprowadzi ją z równowagi. Poprosił ją, by oddalili się nieco od wścibskich uszu. Dopiero wtedy, po kilku głębszych wdechach, Ognisty wydusił z siebie:
— Zostaniesz babcią.
Był gotowy na bardzo wiele reakcji, jednak najmniej spodziewał się, tej faktycznej. Gwiazda podskoczyła radośnie, merdając ogonem.
— Ojejku, nowe szczeniaki?! Uwielbiam je! — zapiszczała niczym młoda suczka.
— No tak… — odparł coraz bardziej zestresowany Ciepły — Ale jest pewien problem. Moją ukochaną jest Żałobna Pieśń z Ventusu.
Nie miał serca dłużej trzymać Rzepakowej w niewiedzy.
— Koniecznie muszę ją poznać — odpowiedziała na to dość niespodziewanie liderka — Myślisz, że kiedy mogłaby się ze mną spotkać?
Pleśń nie rozumiał, dlaczego jego matka przyjęła to wszystko tak spokojnie, bezproblemowo. Coś z tyłu jego głowy podpowiadało mu, że jest to cisza przed burzą. Nie zamierzał jednak narzekać. Był wdzięczny Gwiezdnym, że to wszystko przebiegało tak gładko.
— Rozmawialiśmy dzisiaj i doszliśmy do wniosku, że jeśli zarówno ty jak i Brązowa Gwiazda się zgodzicie, to dobrze, gdyby szczeniaki zostały przez trzy księżyce w Ventusie, a później przez trzy księżyce w Industrii. — Kuł żelazo, póki gorące. — Chcemy, by nauczyły się tradycji obu klanów, żeby mogły zdecydować, gdzie chcą trenować. Chcielibyśmy, żebym najpierw ja spędził z nimi czas u Wietrznych, a później Żałobna Pieśń z młodymi gościliby u nas. Wtedy mogłabyś ich wszystkich poznać — zaproponował.
Liderka nagle zamilkła, a jej wzrok wydał się zamyślony. Ciepły nie mam pojęcia, co kotłuje się w jej głowie, ale po poprzednich przypływach radości, starał się być pozytywnie nastawiony. Po tej, ciągnącej się dla Pleśni zadziwiająco długo, chwili Rzepakowa roześmiała się serdecznie i odparła:
— Dobrze! To całkiem niezły pomysł.

***
  
W dzień ostatniego, przed opuszczeniem terenów ognistych, treningu z Nagietkową Łapą, Ciepły zabrał swojego ucznia na polowanie. Stwierdził, że jego młodszy brat powinien wszystkie pierwsze poważne kroki stawiać z nim, swoim prawowitym mentorem. Nawet jeśli przez czas jego nieobecności miał zająć się nim inny wojownik. Było to tylko zastępstwo.
Już wcześniej synowie Rzepakowej polowali wspólnie, jednak zawsze były to drobne zwierzęta takie jak myszy czy żaby. Ten poranek spędzili natomiast na uganianiu się za kaczkami przy jeziorze. Bez większych problemów udało im się złapać aż dwa ptaki, z którymi wrócili do obozu.
— Nagietkowa Łapo — zaczął Ciepły dość oficjalnie, kiedy odłożyli łup na stos — będę na dniach musiał opuścić tereny naszego klanu na trzy księżyce.
Młodszy pies wyglądał na bardzo tym przejętego. Chyba każdy by był. Niecodziennie słyszy się, że twój mentor oraz brat musi cię zostawić. Ciężko było wyobrazić sobie coś na tyle ważnego, by uzasadnić taką decyzję.
— Dlaczego? — dopytał, od razu wpatrując się swoimi niewinnymi oczami w starszego brata.
Pleśń wiedział, że jeśli powie mu prawdę, Nagietek przestanie widzieć w nim wzór, może nawet nie będzie chciał już się od niego uczyć. Aczkolwiek, okłamywanie młodszego psa nie było dobrym rozwiązaniem.
— Będę miał szczeniaki z wojowniczką innego klanu — wyznał, malując tym na pysku ucznia zaskoczenie. — Nie musisz się martwić o swój trening, przez ten czas ktoś mnie zastąpi. Zadbam o to, by była to najlepszy wojownik, jakiego znam.
Łapa pokręcił głową.
— Wierzę ci, po prostu…
— I kiedy tylko wrócę, nadrobimy czas rozłąki. Twój trening będzie dla mnie na pierwszym miejscu — obiecał.
Ciepły przeważnie nie przerywał innym. Był dobrze wychowany i zawsze uważał, że każdy powinien mieć prawo dokończyć swoją myśl. Właśnie dlatego tym razem było to aż nadto sugestywne. Nie uważał, by w tym momencie najważniejsze były jego miłosne problemy.
— Dobrze. — Młodszy pies westchnął cicho.
Wiele rzeczy musiał sobie poukładać po tej rozmowie.

***
  
Tego popołudnia jednak nie spędzał ze swoją nową rodziną. Czy mógł ich już tak nazwać? Raczej tak. Minęło w końcu czasu, a oni nadal przy nim byli.
Od początku zimy w Ventusie szalały pchły, a pech chciał, że zagnieździły się akurat w kocu Ciepłego i Żałobnej. Łutem szczęścia ominęły szczeniaki, ale wizyta u medyka nadal była obowiązkowa. Manaci Olbrzym zużył na nich potężną ilość mysiej żółci, a młodzi rodzice spędzili u niego zdecydowanie zbyt dużo ranka na pozbywaniu się wszystkich małych żyjątek. Nic więc dziwnego, że Żałobna wręcz niesiona na skrzydłach pognała do swoich pociech, gdy tylko padło przy jej uchu zadowolone „Gotowe”. Czarno-biały natomiast musiał przecierpieć tam jeszcze kilka dłużących się chwil, a na domiar złego, gdy wychodził, wpadł na niego ulubiony kolega jego brata.
— Uważaj, jak łazisz, kretynie — warknął niezbyt przyjemnie nakrapiany pies.
Tym razem jednak Pleśń nie zamierzał dać się sprowokować. Był w tym miejscu gościem, jego ukochana za niego ręczyła, a on sam chciał zachowywać się najgodniej jak mógł podczas swojego pobytu na obczyźnie. Nie chciał przypadkiem skłócić ich klanów.
— Przepraszam — wymamrotał, chociaż na język cisnęło mu się zupełnie coś innego. — Ciebie też męczą pchły?
Dalmatyńczyk najwidoczniej nie odebrał tego jako zwykłą troskę, a przytyk, bo posłał mu chłodny wzrok.
— Nie. Pewnie Żałobna ci tego nie powiedziała — rzucił, jakby było to coś oczywistego, co powinno być pierwszą informacją, jaką mu przekazała — ale odwiedzam tu moją matkę.
— Właściwie to wspominała, po prostu…
Nie dane mu było dokończyć, bo Wietrzny stracił nim już zainteresowanie. Minął zirytowanego Ciepłego, wchodząc do boksu medyków. Natomiast młody ojciec z westchnieniem powlókł się za wybranką swojego serca. Zatrzymał się przed wejściem. Jasna leżała na sianie koło trzech zwiniętych kulek. Kiedy przychodził na tereny Ventusu nie był pewny tego, co czuje. Miał wrażenie, że robi to wszystko z powinności. Kiedy jednak widział przed sobą tę czwórkę, na myśl samo przychodziło mu, że je kocha.
Cicho wślizgnął się do środka.
— I jak? Wszystko z nimi w porządku? — zagadnął szeptem, nie chcąc przypadkiem którejś obudzić.
— Na to wygląda, bałam się, że na samym sianie będzie im niewygodnie — wyjaśniła Żałobna.
Ognisty, pogrążony w swoich myślach, przejechał wzrokiem na zwinięty w rogu materiał. Bez wielu ciężkich starań nie nadawał się on już do niczego. Po paru uderzeniach serca wrócił wzrokiem do Pieśni.
— Skoro małe śpią grzecznie, może zapytam kogoś, czy nie przeszedłby się mną na targ po nowy koc? — zaproponował pies.
Suczka wyglądała na zakłopotaną, jakby pomysł ten wydawał się zły z tylu powodów, że aż trudno było ubrać je w słowa. Najbardziej jednak uwierało Żałobną jej wewnętrzne złe przeczucie. — Myślisz, że ktoś się zgodzi? — zapytała w końcu ostrożnie.
Entuzjazm Pleśni wcale od niego nie ostygł. Wręcz przeciwnie, był jak na niego zadziwiający.
— Jak nie zapytam, to się nie dowiem — odparł.
— Ciepły, nie wiem… — zaczęła uzewnętrzniać swoje wątpliwości Wietrzna, ale czarny ogon już zniknął z jej pola widzenia, więc westchnęła tylko cicho.
Ognistego energia naprawdę roznosiła, odkąd starał się nie odchodzić zbyt daleko od swojej wybranki, a ona rzecz jasna od szczeniaków. Wojowniczka była za niego odpowiedzialna i nie dziwił się, że przez to często bywała bardzo nadopiekuńcza. W zasadzie Ciepły sam się zastanawiał, jak powinien zachowywać się względem niej, kiedy wróci do domu. Miał Nagietka, z którym powinien trenować, ale pozostawienie Wietrznej samej sobie, nawet jeśli jej ufał, było skrajnie nieodpowiedzialne. Nie ważne jak luźno nie podchodziłaby do tego Rzepakowa Gwiazda.
Z tych rozważań wyrwał Pleśń ponowny widok podopiecznego Cynamonowej Pestki. Opuszczał właśnie boks medyków i, gdyby nie łut szczęścia, znów mogliby na siebie wpaść. Nakrapiany początkowo wydawał się pogrążony w swoich myślach, gdy jednak spostrzegł Ognistego, od razu posłał mu zirytowane spojrzenie. Krzyczące wręcz „No tak, jeszcze tego tu brakowało”.
— Idziesz na granicę? — zapytał nagle Ciepły zupełnie neutralnym tonem.
Dalmatyńczyk aż zatrzymał się, mierząc go wzrokiem.
— Może? — odparł powoli, jakby szukając w tym podstępu.
— Zabierzesz mnie? — Nie zniechęcał się syn Rzepakowej.
Młodszy wojownik przechylił lekko głowę na bok. Pytanie całkiem go zaskoczyło, ale nie dał się nim całkiem wybić z rytmu, dlatego wciąż niezbyt uprzejmie zapytał:
— Nie możesz iść ze sobą niańką?
Ta oczywista prowokacja nie wywarła na bracie Omszonego większego wrażenia.
— Zostaje ze szczeniakami — wyjaśnił spokojnie.
Chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby walką na spojrzenia mogli wyłonić tego, który powinien ustąpić w tej rozmowie. Pierwszy zrezygnował z tego nakrapiany. Westchnął i powiedział:
— Dobra, ale mnie nie spowalniaj i najlepiej to się nie odzywaj. Jasne?
— Jasne. — Ciepły nie miał najmniejszego zamiaru się z tym kłócić. — Tylko dam znać Żałobnej Pieśni, że idę z tobą.
— Mhm — wymamrotał sceptycznie nastawiony do tego wszystkiego pies — jak się nie pospieszysz, to pójdę sam.
Ognisty wrócił do swojej rodziny, równie szybko jak opuścił ją jeszcze chwilę temu.
— Pójdę z Białym Krukiem, chyba wybiera się do mojego brata — powiedział bez ogródek, jakby nie było w tym nic dziwnego.
Jasna suczka popatrzyła na niego z jawnym zaskoczeniem.
— I on się na to zgodził? — zapytała powątpiewająco.
Ciepły jednak zbytecznie się nad tym wszystkim nie zastanawiał.
— Trochę marudnie, ale tak, zgodził — odparł.
Żałobna wyglądała na zrezygnowaną, jej także ostatnie tygodnie dały w kość. Zastanawiała się przez dłuższą chwilę, patrząc w różnokolorowe oczy partnera, aż w końcu skinęła głową. Zamiast prób zmiany jego zdania ułożyła ją na sianie, sama także planując drzemkę. Natomiast czarno-biały dołączył szybko do dalmatyńczyka, który mimo wszystko nie spełnił swojej groźby i na niego zaczekał.
Tereny Ventusu opuścili w absolutnej ciszy, każdy z nich pogrążony we własnych myślach. Ciepły rozmyślał o swoich wyborach. Od małego był pewny, że klan powinien stawiać na pierwszym miejscu, że powinno to być dla niego najwyższą wartością. Kiedy jednak został postawiony przez Gwiezdnych przed wyborem pomiędzy Industrią a własnym szczęściem, wybrał to drugie. Minęło od tego czasu kilka tygodni, ale odpowiedź na pytanie, czy taka decyzja była słuszna, nie chciała do niego przyjść. Kiedy był sam, myślał o tym na chłodno, skłaniał się ku temu, że była fatalna, a on zachował się jak typowy zdrajca. Jego podejście do tego jednak zmieniało się wręcz o sto osiemdziesiąt stopni, gdy w pobliżu pojawiała się Pieśń lub szczeniaki. Zdążył pokochać ich całym sercem.
Gdy byli już prawie na targu, Pleśń przerwał milczenie:
— To… kiedy będziesz wracać? — zagadnął, będąc pewny, że Dalmatyńczyk zaraz go opuści.
— A co mamy do załatwienia? — Nakrapiany odpowiedział mu chłodnym pytaniem, nie racząc nawet na niego spojrzeć.
Dla syna Rzepakowej było to dość dziwne. Skoro pies szedł się spotkać z Omszonym, to czemu chciał to wiedzieć? I dlaczego mówił, jakby było to też jego zadanie?
— Chciałem przynieść stąd nowy koc — wyjaśnił krótko swojemu zgryźliwemu towarzyszowi.
— To jak go zawiniesz — zadecydował w końcu Biały, odpowiadając tym samym na początkowe pytanie.
Starszy wojownik mimo zaskoczenia, jakie to w nim wywołało, nie zamierzał się kłócić. Ruszył, by zdobyć swój łup. Nakrapiany natomiast przysiadł na śniegu przy skraju targu, obserwując jego poczynania znudzonym wzrokiem, który nie zmienił się nawet na widok czarno-białego uciekającego z ciemno-niebieskim materiałem w pysku przed wściekłym dwunożnym. Ognisty był na tyle szybki, by nawet z niedogodnością, jaką był dodatkowy ładunek, bez trudu uciec mężczyźnie.
Dopiero gdy zbliżyli się do Białego, podniósł się on leniwie z ziemi, jakby wszystko to sobie wyliczył już wcześniej i sam udał się truchtem w drogę powrotną. Przyspieszył, kiedy partner jego ciotki się z nim zrównał, nie chcąc zostać w tyle. Ucieczka zakończyła się dość szybko, a Ciepły mógł w spokoju poprawić koc, by bardziej go nie wybrudzić śniegiem. Złożył go nieco, zaginając rogi i zarzucił na swoje barki. Liczył, że gdy wyschnie, będzie prezentował się nieco lepiej niż kawałek mokrej ścierki.
— Nie idziesz się spotkać z moim bratem? — zapytał Ognisty, podczas ich drogi powrotnej.
Dalmatyńczyk nie wyglądał, jakby gdziekolwiek się wybierał.
— Nie pamiętam, żebym mówił, że do niego idę — odparł Biały, a jego styl wypowiedzi coraz bardziej zaczynał działać Pleśni na nerwy.
— To dlaczego mi pomagasz? — Czarno-biały nie potrafił tego pojąć.
Ustalmy jedno. Ta dwójka od pierwszego spotkania nie pałała do siebie sympatią. Nie było takiej możliwości, by pomoc ta była oparta na ich przyjacielskiej więzi. Nakrapiany prychnął cicho. — Miałem ochotę się przejść, to wszystko — rzucił, a jego tonie była kpina, którą już nie raz potraktował młodszego syna Rzepakowej.
Zdobycie się na nią nie było głupim pomysłem, bo dzięki temu uniknął dalszego przesłuchania. Czarno-biały stracił jakiekolwiek chęci do dalszego wypytywania. W ciszy, przerywanej tylko skrzypieniem śniegu pod ich łapami dotarli do obozu.
Rozstali się przy wejściu do stajni. Ciepły wrócił do Żałobnej. Przywitał się z nią, Szeptem oraz Różyczką. Wieczorynka prawdopodobnie znów odwiedzała Owsiankę. Młody ojciec rozłożył koc na ziemi. Miał nadzieję, że ten prezent pomoże jego partnerce, gdy będzie zmuszona wrócić na tereny Ventusu tym razem bez niego. Już teraz bez problemu mógł powiedzieć, że będzie tęsknił za tym beztroskim czasem. Ich rodzinie daleko było do ideału, ale nie miało to najmniejszego znaczenia.
<Żałobna Pieśni?>
[2235 słów, Ciepła Pleśń otrzymuje 22 punkty doświadczenia + 22 punkty doświadczenia za event, a Nagietkowa Łapa 1 punkt treningu]

11 stycznia 2022

Od Żałobnej Pieśni CD Ciepłej Pleśni

— A może powinnam odwołać spotkanie? Przyjść i powiedzieć tylko, że bardzo mnie teraz potrzebują w klanie i niestety muszę natychmiast wracać? Wolę to niż się ośmieszyć, przyjść z czymś przylepionym do futra, czego oczywiście nie zauważę, bo jakże by inaczej albo niż zrobić z siebie idiotkę, żeby stwierdził, że nie warto już się ze mną zadawać. Nie przeżyłabym tego, Cynamonko — trajkotałam siostrze.
Wiedziałam, że mi nie odpowie. Wciąż była w głębokim transie. Ale mimo to bardzo potrzebowałam wygadać się jej teraz. Przez dobre pół nocy nie spałam z tych emocji, ale paradoksalnie zamiast być przeokrutnie niewyspaną, włączyła mi się wyjątkowo upierdliwa nadpobudliwość. Ale jak miałabym ją wyłączyć, kiedy to on zaproponował spotkanie? Sam, zupełnie sam, bez mojej sugestii bądź działania przypadku! Chociaż gdyby tak przeanalizować dokładnie nasze poprzednie spotkania, ciężko było nie odnieść wrażenia, iż sami Gwiezdni chcieli nas do siebie zbliżyć. Czasem wyobrażałam sobie, że to Złota Gwiazda i Biała Zamieć (z większym naciskiem na tą drugą) posuwały nas ku sobie mając nadzieję, że ich córeczka wreszcie zazna odrobinę szczęścia.
— Pójdę. — Oznajmiłam po dłuższej pauzie, spędzonej na głębokich oddechach i wewnętrznych przemyśleniach. — Pójdę tam aby powiedzieć mu, co do niego czuję. Pójdę i wreszcie będzie wiedział, jak wiele w moim życiu znaczy. Jak bardzo przywiązałam się do jego obecności i jak bardzo pragnę zatrzymać go przy sobie, jeśli tylko on także tego chce. W najgorszym wypadku mnie odrzuci i jeżeli tak się stanie, uznam to za znak z niebios. Znak, że powinno być inaczej i ktoś inny jest mi pisany. Chociaż bardzo chciałabym, żeby to był akurat Ciepła Pleśń. Nawet, jeśli jest z innego klanu. Nawet, jeśli mają mną za to gardzić. W końcu ja też zasługuję na trochę radości w życiu. Na ciepło, na bliskość, na… Na miłość. — Podsumowałam dziarsko, a mój ogon mimowolnie zaczął kiwać się na boki.
Jak można się było spodziewać, młoda medyczka nie zareagowała na moje monologi, więc jej przypadkowo rzucone, nieco zaćmione spojrzenie w bok uznałam za niemą zgodę. Co więcej czułam, że gdyby była bardziej obecna, naprawdę wspierałaby mnie. Może nie moją międzyklanową miłość, ale jakoś by ją zaakceptowała. Bo akceptowała i kochała mnie, a rodzina zawsze była dla niej niezwykle istotna. Szkoda, że tak późno to do mnie dotarło. Po tym uzewnętrznianiu moje kroki w stronę terenów Ognistych były nieco mniej przerażone, niż gdyby zaistniały bez tego. Wciąż nie czułam się pewnie, jakby opuszki moich łap miały stanąć za chwilę na nieznanym dotąd gruncie, ale przynajmniej się tak nie bałam. Ze względu na mój szacunek do nieprzekraczania granic (który istniał mimo wyboistej i zachwianej wiary w Gwiezdnych) oraz innych punktów kodeksu, obrałam sobie drogę dłuższą, wiodącą po terenach neutralnych. Uniknęłam w ten sposób wtargnięcia Cienistym w paradę, nie naruszyłam także przestrzeni osobistej Bezgwiezdnych. Wpierw dreptałam polami, ale chcąc nie chcąc natrafiłam na wstrętną, twardą, asfaltową powierzchnię paskudnych dwunogów, którzy absolutnie wszędzie, gdzie się pojawiali, musieli zaznaczyć swoją obecność. Tam zaczynały się schody w postaci panicznego unikania głośnych, szybkich potworów za każdym razem, kiedy zjawiały się na horyzoncie. A ten dzień musiały obrać sobie na łowy, bowiem pojawiało się ich niesamowicie dużo. Każdy sygnał ich obecności, rozpoczynający się oślepiającymi światłami bądź drżeniem podłoża, był dla mnie jasnym komunikatem do ucieczki. Czym prędzej czmychałam wtedy w pobliskie krzaki, czasem za śmietnik, czasem w stertę liści, którymi Pora Opadających Liści uraczyła całą ziemię. I mimo obecnej Pory Nowych Liści, wciąż funkcjonowały na ziemi, ujawniając się po tym, jak tylko śnieg opuścił nas razem z pożegnaniem Pory Nagich Drzew. Każdy taki wyskok oznaczał kolejną pamiątkę w mojej sierści. O ile na co dzień nie miało to dla mnie większego znaczenia, tak dziś chciałam jednak coś sobą reprezentować. I dzisiaj właśnie, jak na złość, takich błahostek wyłapywałam niesamowicie dużo.
Pierwszym co uczyniłam, gdy dotarłam na miejsce spotkania, było wyjęcie wszystkich tych pasażerów na gapę. Nie było to ani proste, ani przyjemne, ponieważ niektóre skurczybyki nie miały zamiaru opuszczać miękkiego, ciepłego i zapewne wygodnego miejsca pośród mojego włosia. Poza tym siedziałam pod pylącym drzewem, obudzonym do życia o tej porze roku. Niby mogłam się przesunąć, ale miałam do niego sentyment. W końcu było to miejsce, w którym czekałam na Ciepłego przy naszym pierwszym spotkaniu. Oczywiście nie licząc zgromadzenia, ale wtedy poniekąd w swojej obecności przebywaliśmy przymusowo. Każde z nas musiało się na nim stawić, więc nie liczyłam go w taki sposób.
— Cześć Żałobna, miło cię widzieć — usłyszałam dokładnie w momencie, w którym zmusiłam ostatnią gałązkę do opuszczenia mojej sierści.
— Cześć Ciepły! Ciebie również miło widzieć — podniosłam się z ziemi, a mój ogon zamerdał wesoło na boki mimo moich usilnych prób stłumienia odczuwanego entuzjazmu.
— Kłaczasta Łapa jest już w drodze na targ. Jeśli teraz wyruszymy, powinniśmy dostrzec go z pewnej odległości. Lepiej, żeby nie wiedział, że mamy go na oku. Będzie czuł się swobodniej — poinstruował mnie przyjaciel.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem. Przyznam szczerze, że z tych całych emocji zupełnie zapomniałam, że nasze spotkanie miało jakiś konkretny cel oprócz samego zobaczenia się. Na szczęście nie było to nic bardzo zajmującego, więc już podczas przechadzki mogliśmy przejść na luźniejsze tematy.
— Jak tam dzisiejszy trening? — zagaiłam, żeby od razu nie wyjeżdżać z “hej Ciepły chyba cię kocham”.
— Całkiem nieźle, chociaż jak zwykle powoli. Nagietkowa Łapa potrzebuje trochę czasu, ale bardzo ładnie sobie radzi. — Odparł.
Pokiwałam głową doskonale rozumiejąc, o czym mówi.
— Masz bardzo rozsądne podejście. Zresztą z moim uczniem wygląda to dosyć podobnie i już zaczynałam się martwić, że może jestem nieodpowiednią mentorką… Uspokoiłeś mnie trochę — przyznałam i posłałam mu promienny uśmiech.
— Nie mogłabyś być nieodpowiednią mentorką, skoro już jedna wojowniczka wyfrunęła spod twoich skrzydeł — szturchnął mnie delikatnie.
— Trudno by było jej nie wyszkolić, jest niesamowicie zdolna, bardzo sprawnie jej poszło. Czasami miałam wrażenie, że tak naprawdę mnie potrzebuje jedynie do drobnej korygacji. Pięknie wszystko przyswajała, wielu rzeczy uczyła się lub domyślała sama, pytała mnie jedynie o poprawność nabytej informacji. — O Sarniej Łapie, a właściwie już teraz Sarnim Tupocie, mogłam opowiadać w samych superlatywach. Lubiłam ją chwalić i byłam naprawdę bardzo dumna, kiedy została mianowana na wojowniczkę.
— Miała po prostu świetny wzorzec do naśladowania — spojrzał na mnie tak, że i bez rosnących powoli temperatur mogłabym się tu i teraz rozpuścić.
Zrobiło mi się ciepło na serduszku, a co tego doszło dziwne, aczkolwiek przyjemne mrowienie w podbrzuszu.
— Dziękuję — odpowiedziałam spokojnie, chociaż moje serduszko znacznie przyspieszyło swoją pracę. — Ty również jesteś cudownym mentorem, tylko pozazdrościć twoim uczniom — dodałam.
Chociaż… Gdybym była jego uczennicą, nasza relacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Bywały psy, które znajdowały w swoich mentorach późniejszego partnera, ale ciężko było mi to sobie wyobrazić. Może dlatego, że moimi mentorkami były moje mamy?
— Widzę go — Ciepła Pleśń zatrzymał się nagle, wybijając mnie z rozmyślań.
Rzeczywiście, uczeń z jego klanu spokojnie obserwował jakąś roślinkę. Zioło. Chwasta. Jak dla mnie wszystkie te (mniej lub bardziej zielone) badyle wyglądały tak samo, mimo niezliczonych godzin spędzonych w legowisku medyka ostatnimi czasy. Rozejrzałam się szybko za kryjówką, w której oboje moglibyśmy usiąść spokojnie, aby móc dalej rozmawiać, ale jednocześnie obserwować Kłaczastą Łapę. Moją uwagę zwróciło kiepsko prosperujące stoisko z niechlujnie zwisającym, słabo ułożonym materiałem, który niby miał skryć stojące pod nim, kartonowe pudełka. Swoje przeznaczenie spełniał jedynie częściowo, najwyraźniej jakiemuś dwunogowi nieszczególnie chciało się zadbać o to, by nieproszona widownia miała wgląd na zaplecze. Między pudłami z zapasem sprzedawanych produktów było akurat wystarczająco miejsca, abyśmy mogli dosyć swobodnie tam przebywać.
— Chodź — trąciłam wojownika nosem i ruszyłam przodem.
Ruch tego dnia był niewielki na nasze szczęście, bowiem z doświadczenia już wiedziałam, że swoim wyglądem przykuwam uwagę lepkich, szczenięcych rączek dwunożnych. Dodatkowym zabezpieczeniem było miejsce, do którego się kierowaliśmy. Żaden szanujący się, nieofutrzony dorosły nie posłałby swojego maleństwa ku tak dziwnie pachnącym przedmiotom. Wolałam nawet nie zagłębiać się w to, co właściwie sprzedaje.
Byłam absolutnie zbyt pewna siebie i los postanowił mnie za to solidnie pokarać. Mój tylny, lewy pazur zahaczył o materiał. I pewnie bez problemu bym się z tego wyplątała, gdyby tylko mój mózg zdecydował się jednak skoordynować jakkolwiek moje ruchy. Jednocześnie starając się odczepić upierdliwą płachtę i nie zatrzymywać chodu, przewróciłam się i solidnie przekoziołkowałam, ściągając ze sobą część tkaniny, w którą z kolei wleciał Ciepły. Musiał zapatrzeć się na to, co akurat robi uczeń, bo nie zdążył zareagować i poleciał na mnie, przygniatając swoim ciężarem. W ten oto sposób dzieliły nas milimetry, a dziwne mrowienie w podbrzuszu znacznie się nasiliło. Zrobiło mi się gorąco i zaczynałam rozumieć przeznaczenie jego imienia. Przynajmniej tej pierwszej połowy. Kiedy zawstydzony spróbował się podnieść, poślizgnął się i naparł na mnie jeszcze mocniej, w efekcie zakleszczając nasze ciała znacznie bardziej. Temperatura robiła się nie do zniesienia, wzrastając wprost proporcjonalnie do nasilania się skrywanych pod sierścią rumieńców. Wydałam z siebie bliżej nieokreślony, kompletnie niekontrolowany pomruk, co wprawiło mnie w jeszcze większe zawstydzenie, ale powoli przestawało to dla mnie mieć znaczenie. Coś w jego wzroku zmieniło się. Zwyczajowa troska i łagodność ustępowały miejsca temu dziwnemu spojrzeniu, które wywołało u mnie dreszcze. Lustrował mnie swoimi oczami bardzo uważnie, jakby samym wzrokiem chciał mnie pochłonąć.
— C-ciepły — wydusiłam tylko, sama nie poznając swojego głosu. Brzmiał inaczej. Nie potrafiłam opanować przyspieszającego oddechu i drżenia.
Pragnął mnie. Widziałam to. A to, że ja pragnęłam jego, znacznie przysłaniało mi potencjalne konsekwencje. Myśl, że właśnie robię coś wbrew klanowi odpłynęła gdzieś w dal, skutecznie odganiana pożądaniem. Niemo błagałam go, aby zrobił to wreszcie, a on tego błagania usłuchał. Pozwoliłam chwili ponieść się przez pierwsze takie, niezapomniane wrażenie. Nie wiem, ile to trwało. Leżał na mnie, dysząc równie ciężko, powoli uspokajając swój puls. Wtuliłam się delikatnie w jego sierść, wciąż nie dowierzając w chemię między nami, której nie byliśmy w stanie dziś stłumić. A potem usłyszałam niewzruszony głos cholernej, ciemnobrązowej kępki futra i zesztywniałam.
— Intrygująca pozycja bracie, ale wydaje mi się, że gdyby leżała na brzuchu, byłoby wam przyjemniej.

~***~
 
— Jeszcze raz, Klematisowa Łapo. Wczoraj pokonałeś tę trasę znacznie szybciej. Jeśli wydaje ci się, że pozwolę ci zostać z takim wynikiem, to… — urwałam czując, że za chwilę zwymiotuje. W popłochu przebiegłam w stronę krzaków, gdzie przywitałam się ponownie z moim śniadaniem. Nie byłam z tego powodu zadowolona.
— Żałobna Pieśni? Wszystko w porządku? — zapytał ostrożnie mój uczeń.
— Mhm — wymamrotałam niemrawo, odwracając wzrok pełen obrzydzenia od resztek szczura, który jeszcze rano wydawał mi się całkiem smaczny. Mój wstręt do jedzenia znacznie wzrastał za każdym razem, kiedy to się działo. A niestety ostatnio mdłości nie opuszczały mnie na krok.
— Wiem, że mówiłaś, że to jakieś paskudne zatrucie, ale zaczynam się martwić, Żałobna Pieśni. Twój stan nie polepsza się od kilku treningów i z całym szacunkiem do ciebie, twojej wytrzymałości, twoich zapewnień, że wszystko jest w porządku, chciałbym zaprowadzić cię do medyka — wyrecytował szybko Klematisowy.
Musiał sobie przećwiczyć tę formułkę, bo mało kiedy sprzeciwiał się moim słowom, a już na pewno nie z taką pewnością i zdecydowaniem. Byłam już bardzo zrezygnowana i jeszcze bardziej zmęczona, dlatego nie protestowałam, kiedy prowadził mnie do Manaciego Olbrzyma. Niech jednak nie myśli sobie, że miało to oznaczać koniec treningu.
— Aksamitkowa Chmuro, czy… — zaczepiłam przechodzącą tuż obok nas suczkę, ale przerwała mi wpół słowa.
— Żałobna Pieśni! Jak ty okropnie wyglądasz! — palnęła, co spotkało się z moim pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
Powstrzymałam się od uszczypliwości, które same cisnęły mi się na język.
— Ciebie też miło widzieć. Idę właśnie do Manaciego Olbrzyma. Czy mogłabyś dopilnować, żeby Klematisowa Łapa nie przerywał treningu, dopóki nie przebiegnie trasy, którą wyznaczyłam w mniej niż piętnaście uderzeń serca? — poprosiłam.
Nie wyglądała na zachwyconą, ale skinęła głową.
— Oczywiście. Nie ma sprawy — uśmiechnęła się nieco sztucznie.
— Ale Żałobna Pieśni, miałem cię odprowadzić… — mruknął nieśmiało uczeń.
— Jeśli myślisz, że na tak krótkim odcinku umrę od głupiego zatrucia, niech Gwiezdni cię mają w opiece — fuknęłam zirytowana.
Ostatnio zrobiłam się znacznie bardziej nerwowa. I kompletnie nie pomagał tu fakt, że już jakiś czas nie widziałam się z Ciepłą Pleśnią, wstydząc się bardzo rozmawiać o tym, co między nami zaszło, a jeszcze bardziej wstydząc się tego, że wtedy uciekłam. Ta kilkuksiężycowa przerwa była najdłuższą, jaką mieliśmy od widzenia się odkąd się poznaliśmy i zaczynało mi powoli od niej odbijać. Tęskniłam za nim, jednak to cholerne zażenowanie było zbyt silne, żebym mogła je w tak prosty sposób pokonać. Jeszcze ten uczeń medyka od siedmiu boleści… Gdyby nie on, pewnie doszłoby między nami do jakiejś rozmowy po fakcie… Zamiast tego tkwiliśmy w dziwnym, przerastającym mnie milczeniu.
— Klematisowa Łapo, to nie jest temat do dyskusji. Wiem, że jesteś w stanie to zrobić, jesteś bardzo zdolny — złagodniałam, widząc jego niepewne spojrzenie.
W końcu skinął głową i poganiany przez moją biologiczną matkę, opuścił razem z nią stadninę, żebym ja mogła dojść do legowiska medyków. Manaciego Olbrzyma przywitałam wymiotując do wiadra z wodą, które stało nieopodal ziół. Ich zapach, zwykle stosunkowo neutralny, teraz był zdecydowanie za mocny i wprawiał mnie w jeszcze gorszy humor, o tym kręceniu się w głowie nie wspominając.
— O rajuśku! Co ci dolega, Kochanieńka? Chodź, już zabieram się za badania — doskoczył do mnie znacznie szybciej, niż standardowo się poruszał, a ja wszystkimi siłami powstrzymywałam się od warczenia na niego i narzekania na ostrą woń medykamentów.
— No, Malutka! — na jego pysku malowała się rozbrajająca radość.
I pewnie w normalnych okolicznościach zaraził by mnie pozytywnym nastawieniem, może nawet przestałabym się tak denerwować. Ale teraz tylko rozdrażnił mnie bardziej.
— No? — spojrzałam na niego zniecierpliwiona, a grymas niezadowolenia przeszedł przez mój pysk.
— Kim jest ten szczęśliwiec? — zapytał, a jego ogon poszedł w ruch.
— Jaki znowu szczęśliwiec? — fuknęłam. Poziom mojej irytacji rósł. — Możesz wreszcie przejść do rzeczy, a nie zasypywać mnie jakimiś durnymi zagadkami?!
— Jak to jaki? — roześmiał się pogodnie, niezrażony budzącą się w moich oczach chęcią mordu. — No przecież ten, który zostanie ojcem przesłodkich maluszków, które nosisz przy sercu! Gratulacje, Żałobna Pieśni! Jesteś w ciąży!
Kiedy wreszcie połączyłam wątki, zrobiło mi się słabo i gdyby samiec nie stał obok, poleciałabym na ziemię.
— No no, Kochaniutka! Ostrożnie, ostrożnie, nie możesz się teraz przemęczać — pomógł mi się ułożyć. — Niech no tylko znajdę… — wymamrotał i upewniając się, że nic mi się teraz nie stanie, zaczął szukać jakiś ziół. — O! To ci nieco ułatwi, powinnaś poczuć się lepiej — wsadził mi do pyska jakiś korzeń, który odruchowo zaczęłam memłać.
Zaraz okazało się jednak, że będzie musiał mi podać też coś na uspokojenie. Moje przerażenie bowiem rosło z każdą kolejną sekundą, kiedy to postawiona przez niego diagnoza przestała być koszmarnym snem, z którego się zaraz wybudzę, albo bardzo nieśmiesznym żartem.
— Jak ja mu teraz spojrzę w oczy? — wydukałam tylko, po czym rozpłakałam się na dobre.
Aż do zachodu słońca medyk nie mógł ze mnie wyciągnąć, co się właściwie stało i dlaczego tak źle przyjęłam wiadomość o nowym życiu, która przecież zawsze powinna być chwilą piękną i wzruszającą. Potem, kiedy zielska zaczęły działać, a ja byłam absolutnie wypruta z emocji, opowiedziałam mu o mojej relacji z Ciepłą Pleśnią, a także o naszym ostatnim spotkaniu, które zakończyło się dosyć nieoczekiwanie. Pominęłam jedynie fakt bycia obserwowanymi przez ucznia…
— Co ja mu teraz powiem? O Gwiezdni, a co ja powiem tutaj? Przecież Brązowa Gwiazda wyrzuci mnie z klanu! — zaczynałam się znów nakręcać.
— Hej, Maleńka, spokojnie. Nie pozwolimy mu na to. — Zmartwiony medyk położył mi łapę na barku. — Chcesz, żebym to ja mu o tym powiedział?
— Nie, Manaci Olbrzymie — pociągnęłam nosem. — Ja muszę przekazać naszej Gwieździe tą wiadomość. Ale najpierw… Najpierw muszę porozmawiać z Ciepłym — głos mi zadrżał.
— Najpierw to ty musisz odpocząć. Wyspać się, ochłonąć, dać sobie czas, żebyś była gotowa na tę rozmowę. No już, Mała. Odpocznij, potrzebujesz tego teraz — podał mi coś jeszcze. Prawdopodobnie na sen.
— Dziękuję — szepnęłam tylko, bo nie było mnie stać na nic więcej.
Cynamonowa Pestka, chociaż wciąż w transie, leżała tuż obok mnie. Jej obecność, mimo, że niekoniecznie świadoma, działała na mnie kojąco. Wtuliłam się w siostrę i łkałam cichutko, dopóki nie usnęłam. W całym tym napadzie paniki nie zauważyłam białej, kropkowanej sylwetki, która ulotniła się z miejsca zdarzenia, kiedy tylko podsłuchała wystarczająco.

~***~
 
— Dobrze! Dokładnie o to mi chodziło! — pochwaliłam ucznia, który położył pod moimi łapami sporych rozmiarów królika. — Idzie ci coraz lepiej, Klematisowa Łapo.
Na samą zwierzynę spoglądałam jedynie przez chwilę, ponieważ przez cholerne hormony zrobiło mi się jej naprawdę żal. Nie mówiąc już o widoku krwi, który po dziś dzień wywoływał we mnie nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Mimowolnie wzdrygnęłam się, ale uczeń zdawał się tego nie zauważać. Był uśmiechnięty, chociaż wiedziałam, że przez jako bardzo ambitna osoba, długo nie będzie z siebie dumny. Zaraz pewnie postawi sobie poprzeczkę za wysoko i wrócimy do punktu braku motywacji i wiary w siebie. Przynajmniej nigdy nie odpuszczał. Nawet, jeśli powoli tracił pewność.
— Żałobna Pieśni — usłyszałam.
Odwróciłam się i skinęłam głową w ramach przywitania Bolesnemu Barku, który był właścicielem głosu. O ile się nie mylę, właśnie schodził z patrolu.
— Jakiś pies chce z tobą rozmawiać. Przedstawia się jako Ciepła Pleśń, pachnie Ognistymi. Czeka na granicy, koło dworca. — Powiedział.
Zesztywniałam.
— Dobrze, już idę. — Odparłam, usiłując nie pokazać żadnemu z nich swojego strachu.
— Pójść z tobą? — zapytał wojownik, jakby wyczuł moją niepewność.
— Nie — rzuciłam zdecydowanie za szybko, zyskując zaskoczone spojrzenie Klematisowego. — Nie, dziękuję. — Odkaszlnęłam. — Spodziewam się go dzisiaj, nie ma złych zamiarów.
Nie była to do końca prawda. A przynajmniej część o spodziewaniu się, bo nie wierzyłam, żeby Ciepły miał w zanadrzu zamach na cały klan i chęć przejęcia władzy nad klanem Wietrznych. W każdym razie nie sądziłam, że to on przyjdzie pierwszy. To ja zaszłam w ciążę. To ja musiałam go o tym poinformować. Ale to jego szósty zmysł, albo inny znak od Gwiezdnych sprawiły, że przyszedł jeszcze zanim byłam psychicznie gotowa na to, by go powiadomić. Minęło dopiero kilka dni, odkąd się dowiedziałam…
Bolesny wzruszył tylko Barkami, skinął mi łbem i oddalił się od nas. Zapadła cisza.
— Skończymy wcześniej, Klematisowa Łapo. To wszystko na dziś. Odnieś zwierzynę na stos i odpocznij, muszę załatwić swoje sprawy. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe. — Powiedziałam po kilku głębszych oddechach.
— Nie mam. Dziękuję za trening — posłusznie podniósł królika i odszedł, zostawiając mnie samą. Potrzebowałam dobrej chwili na gapienie się w nicość, zanim zebrałam się w sobie, żeby ruszyć ku granicy klanu.
Byłam przerażona i nie zdziwiłabym się, gdybym idąc tam wyglądała tak, jakbym szła na ścięcie. Mój poziom stresu wzrósł do tego stopnia, że zastanawiałam się tylko, czy raczej zwymiotuję, czy zemdleję. Obawiałam się tej rozmowy. Wiedziałam, jak bardzo Ciepła Pleśń ceni sobie swój klan. Zdawałam sobie sprawę z jego wartości moralnych, które tylko utwierdzały moją czarną wizję o samotnym wychowywaniu szczeniaków. Byłam spięta. Miałam ochotę po prostu odwrócić się i odbiegnąć jak najdalej stąd, ale zamiast tego stawiałam małe, niepewne, powolne kroczki. I chociaż wydłużałam w ten sposób podróż, nie zatrzymywałam jej. Siłą rzeczy musiałam kiedyś dojść tam i go zobaczyć. I to wcale nie była ta zła część. Dawno go nie widziałam i nie byłam z tego powodu zadowolona. Wiedziałam jednak, że to czas na tę rozmowę. I właśnie to sprawiało, że odchodziłam od zmysłów.
— Hej — wstał i uśmiechnął się pogodnie, jak gdyby nigdy nic.
Zupełnie jakbyśmy nie przespali się na terenach neutralnych, na oczach jego młodszego, przyrodniego brata, którego mieliśmy pilnować. Nawet w mojej głowie brzmiało to bardzo kiepsko. A on stał tutaj. Spokojny, beztroski. No, może to zbyt wiele powiedziane…
— Cześć — powiedziałam cicho, spoglądając na niego niepewnie.
Zawisła między nami niezręczna atmosfera, którą on także odczuł. Odchrząknął.
— Wszystko u ciebie w porządku?
— Nie do końca — przyznałam, powstrzymując się od typowego, wciskanego innym kłamstewka pod tytułem “tak, pewnie, wszystko w porządku, czemu pytasz?” Byłam już tym zmęczona, poza tym bardzo nie chciałam go okłamywać.
Zasługiwał na szczerość.
I tak ciężko by mi było powiedzieć to wiarygodnie. Czułam się, jakby coś mnie przemieliło, przeżuło, połowicznie strawiło, a potem wyrzygało bez powodu. Byłam zmęczona, Aksamitkowa wielokrotnie wypominała mi wory pod oczami, a fakt, że przynajmniej połowa posiłków trafiała z powrotem na światło dzienne przyczynił się do schudnięcia.
— Coś się stało? Czy z Cynamonową Pestką jest gorzej? — Brzmiał na rzeczywiście zmartwionego.
Gdyby nie stres, byłabym pełna podziwu tego, jak dobrze mnie słucha. Zazwyczaj, kiedy coś ze mną było nie w porządku, chodziło o zamartwianie się stanem medyczki. Teraz jednak sprawa dotyczyła mnie i jego. Nas. Sprawa dotyczyła nas. Wzięłam głębszy oddech.
— Z Cynamonką nie jest ani lepiej, ani gorzej. Wciąż jest nieobecna... Ciepły, ja muszę ci o czymś powiedzieć — przestąpiłam nerwowo z łapy na łapę.
Położył po sobie uszy, a ja zestresowałam się jeszcze bardziej.
— To... słucham — powiedział ostrożnie.
Wróciło do mnie znajome uczucie narastającego nieoczekiwanie strachu.
— Ja.. bo.. bardzo mi na tobie zależy i.. i to nie miało tak wyglądać, bo... Proszę nie zostawiaj mnie z tym samej — wybełkotałam, a mój głos zaczął się łamać.
Był spokojny. Zaskakująco spokojny. Patrzył na mnie łagodnie.
— Będziemy mieć szczeniaki, prawda? — zapytał w końcu, kończąc moje nieudolne próby wysłowienia się.
Zesztywniałam, ale pokiwałam powoli głową. Byłam niesamowicie wdzięczna Gwiezdnym za to, że nie musiałam sama wypowiedzieć tego na głos. Naprawdę nie byłam w stanie.
Odwrócił wzrok, przyprawiając mnie przy tym o mały zawał. Przed oczami miałam już najgorszy scenariusz jak odwraca się i odchodzi. Widziałam, jak zostaję ze szczeniakami sama, a wiadomość, że mają one w sobie krew Płomiennych doprowadza do wydalenia mnie z Wietrznych.
— Poradzimy sobie — odpowiedział w końcu podnosząc na mnie wzrok. I mimo, że nie brzmiał zbyt pewnie, uspokoił mnie odrobinę.
— Przepraszam — wymamrotałam, biorąc głębszy oddech.
Samą siebie błagałam w myślach, żeby udało mi się opanować. Usiłowałam skupić się na oddychaniu, co zalecił mi zresztą Manaci Olbrzym, ale w takiej sytuacji nie było to proste. Ciepły odetchnął cicho i polizał mnie po czółku, co odrobinę mnie rozluźniło.
— W porządku... po prostu chyba wolałbym się dowiedzieć od ciebie, a nie mojego szurniętego brata — odparł.
— Zbierałam się do tego, żeby ci powiedzieć... — zaczęłam się tłumaczyć, kiedy dotarł do mnie sens jego wypowiedzi. — Poczekaj, od kogo? Skąd on niby o tym wie? W tej chwili wiedzą tylko Cynamonowa Pestka, jeśli ta informacja dotarła gdzieś do jej świadomości i Manaci Olbrzym, bo mnie zbadał. Prosiłam, żeby nie mówili nikomu, że sama poinformuję ciebie i klan, jak już będę gotowa. Ewentualnie Klematisowa Łapa może się domyślać, ale nie widzę powodu, żeby miał się tym z kimś podzielić... Czy po mnie już widać? — zerknęłam nerwowo na swój brzuch.
W całym tym stresie nie zorientowałam się nawet, że tamten bezczelny ćpun nie miałby nawet kiedy mnie zobaczyć, więc nie miało znaczenia to, czy nabrałam już krągłości. Pomijając fakt, że wręcz przeciwnie. Przecież odkąd się dowiedziałam, nie opuszczałam granic klanu, a medyk poprosił Brązowego, aby przez kilka dni nie przypisywał mnie do obchodu granic. Omszonej Krtani zresztą także nie było tutaj w tym czasie, jakiś patrol na pewno zauważyłby jego obecność… Ciepły zerknął na mnie niepewnie.
— Nie. Z tego, co mówił powiedział mu to Biały? — podsunął.
Zmarszczyłam brwi. Biały? Biała Łapa? Niemożliwe, przecież… Zaczęłam łączyć kropki, a cały strach zmienił się teraz w niechęć, a nawet złość na przybranego syna mojej siostry. Biały, kurwiu mały…
— Nie było go tam — pokręciłam głową, wstrzymując się od przeklinania na głos. — Musiał podsłuchać — zacisnęłam zęby, żeby nie dodać jakiejś zbędnej uszczypliwości.
— Najważniejsze, że wiem i możemy się zastanowić jak to rozwiązać — odparł wojownik, wracając do bardziej istotnego tematu.
Myślałam o tym. Myślałam o tym długo, kiedy nie mogłam zasnąć. W tym temacie byłam przygotowana. Spędziłam na tym wszystkie noce, odkąd wiem.
— Tak, ja... Chciałabym, żeby miały pełną rodzinę. Żeby budząc się codziennie widziały mamę i tatę. Zasługują na to — uśmiechnęłam się blado. — Potem, jak już dorosną... — wzięłam głębszy oddech. — Nie będziesz musiał chcieć mieć coś ze mną wspólnego — wydusiłam, odwracając wzrok.
Wyglądał na delikatnie zmieszanego moimi słowami.
— Ja chcę mieć z tobą coś wspólnego — zaprzeczył od razu — ale nie zostawię mojego klanu, reszty rodziny. Nie widzę się w Ventusie.
Spodziewałam się tego i bardzo zdziwiłaby mnie inna odpowiedź z jego strony, ale mimo wszystko zrobiło mi się przykro. Nadzieja jednak umiera ostatnia, a ja karmiłam się nią nieświadomie niczym głupiec. Tylko głupcy pozwalają ją do siebie dopuścić…
— Tylko przez te kilka księżyców, nie wymagałabym od ciebie nigdy porzucenia klanu — dopowiedziałam szybko, żeby nie zrozumiał mnie źle. — Ja też mogę się na jakiś czas przenieść, o ile z Cynamonową nie będzie gorzej, tylko niech młode trochę podrosną, żeby nie narażać ich, jak dopiero przyjdą na świat.
— Myślę, że możemy porozmawiać z Brązową Gwiazdą i moją mamą, by zgodzili się na taki układ. Mój brat chyba nie zginie beze mnie przez te kilka księżyców. Ale... chciałbym, by poznały kulturę obu naszych klanów. By mogły zdecydować, gdzie chcą należeć — powiedział powoli, jakby obawiając się mojej reakcji.
Byłam pełna podziwu zarówno jego opanowania, jak i przemyślanych słów, chociaż nie mógł się przygotować do tego typu rozmowy tak dobrze, jak ja. Nie wyobrażałam sobie, żeby potraktował plotki od Mcha poważnie, więc naturalnie musiał mieć mniej czasu.
— Tak, to brzmi rozsądnie — odetchnęłam z ulgą.
Prawda była taka, że gdyby nie Cynamonowa Pestka, byłabym w stanie pójść za nim wszędzie. Bardzo się do niego przywiązałam i teraz, kiedy wreszcie się znów spotkaliśmy, docierało do mnie jak bardzo za nim tęskniłam. Zdecydowanie bardziej, niż mi się wydawało.
— A jak się czujesz? Nie wyglądasz za dobrze — zmartwienie zabarwiło jego głos.
— Teraz lepiej — przyznałam. Bo rzeczywiście, kiedy ciężar zostania samej ze szczeniakami spadł ze mnie, poczułam się znacznie lepiej. — Mdłości nie odpuszczają, a nie zawsze są na miejscu zioła — skrzywiłam się — ale zajmuje się mną Manaci, więc na pewno będzie dobrze. Będę tylko musiała poprosić Brązową Gwiazdę, żeby nie zdejmował mnie z patroli, nie chcę być bezużyteczna...
— Pamiętaj, żeby się nie przemęczać. Nie chcę, żeby coś ci się przez to stało — mówił dość łagodnie, nawet jak na niego.
— Dobrze, nie będę — odpowiedziałam lekko zaskoczona jego troską.
Wiedziałam, jak dobrą, kochaną osobą jest, ale z jakiegoś powodu ciężko mi było oswoić się z tym, że mógłby tak zachować się również w stosunku do mnie. Moje serduszko znów przyspieszyło, gdy rozlało się po nim znajome ciepło. Dlatego postanowiłam dłużej już nie czekać. Wzięłam głębszy oddech.
— W zasadzie to muszę ci powiedzieć coś jeszcze — przyznałam po chwili ciszy i od razu przeszłam do rzeczy, nie chcąc go znów trzymać w napięciu. — Przepraszam, że w takich okolicznościach. Chciałam powiedzieć ci przy naszym poprzednim spotkaniu, ale wiesz, jak wyszło — odwróciłam wzrok zawstydzona. — W każdym razie... Już od jakiegoś czasu zależy mi bardzo na tobie. Jesteś mi bardzo bliski i bardzo nie chciałabym tego zmieniać.
Długo bałam się, co będzie, bo każde z nas ma swój klan, swoje życie, ale obecna sytuacja i tak zmusiła nas do kombinowania i nie wiem, czy będę w stanie to dłużej tłumić, kiedy będziesz tak blisko. Lubię cię, bardzo cię lubię i… tak... Ja.. ja myślę, że... jachybaciękocham — starałam się mówić spokojnie, ale pod koniec zaczęłam się plątać, a ostatnie zdanie w ogóle wykrztusiłam w wielkim pośpiechu i niesamowicie nieskładnie, zlewając ze sobą słowa.
Ciepły wyglądał, jakby przytłoczyła go ta informacja, czym odrobinę mnie zmartwił. Może nie powinnam była mu teraz tego mówić? Łudziłam się, że po prostu go tym zaskoczyłam. Ale cholera jasna, kiedy niby będzie odpowiednia chwila? Czekanie na dobry moment już przyprawiło mnie o szczeniaki. Co gorszego może się wydarzyć?
— Ja ciebie też — powiedział wreszcie, a ja na moment zapomniałam, jak się oddycha.
Spojrzałam na niego z mieszaniną zaskoczenia i powracającej do życia nadziei. Tej samej, za którą plułam sobie w brodę, której usiłowałam się wyrzec. Nigdy się nie nauczę.
— Naprawdę? — palnęłam odruchowo. Musiałam się upewnić, chociaż mój ogon już mimowolnie zaczął kiwać się na boki. Jeszcze nie docierało to do mnie do końca, dlatego niewielki uśmiech zaczął pojawiać się ze sporym, nieproporcjonalnym do niego opóźnieniem. Czy to oznaczało, że nareszcie zasłużyłam na odrobinę szczęścia, a moje… a właściwie nasze dzieci będą miały może nie do końca typową czy też normalną, ale pełną, prawdziwą rodzinę?
— Tak, naprawdę — odpowiedział równie pewnie, bez zastanowienia.
O mojej emocjonalności wiadomo nie od dziś, więc nietrudno domyślić się jak bardzo pogłębiła się teraz, kiedy moje hormony szalały. Sięgała wręcz zenitu. Nie byłam w stanie powstrzymać łez, które paradoksalnie szły w parze z coraz szerszym uśmiechem. Zbliżyłam się do niego i delikatnie wtuliłam głową, jakby jeszcze nie wierząc, że to wszystko dzieje się naprawdę. Dopiero jego ułożenie głowy na moich barkach sprawiło, że docierała do mnie rzeczywistość. Pragnęłam, żeby niż nigdy nie wypuszczał mnie ze swoich objęć.

~***~

— Brązowa Gwiazdo! — zawołałam widząc, że lider ma wolną chwilę.
Samiec uśmiechnął się na mój widok.
— Co się stało, Żałobna Pieśni? — zapytał, kiedy już podbiegłam na tyle blisko, aby nie wydzierać się do siebie z odległości parunastu ładnych susów zająca.
— Muszę z tobą porozmawiać. Bez zbędnych par uszu — poprosiłam.
Pies skinął głową i zaprowadził mnie do pustego obecnie pomieszczenia, które było legowiskiem starszych. Obecnie nie mieliśmy takich w klanie, więc było w tej chwili najlepszym miejscem na temat, który musiałam poruszyć. To od mojej Gwiazdy zależało teraz, czy Ciepła Pleśń będzie mógł przebywać na terenach Wietrznych przez pierwsze trzy księżyce, czy będę musiała wynieść się z klanu i zaufać innemu medykowi, że przeprowadzi moją ciążę. Bardzo nie chciałam, żeby ktokolwiek poza Manacim Olbrzymem zajmował się mną teraz. No, może Cynamonowa Pestka, ale ona była lekko… nieosiągalna. Dlatego kiedy tylko przebrnęliśmy przez siodlarnię, odpaliłam się z przygotowanym w głowie monologiem.
— Jestem w ciąży. — Wyrzuciłam z siebie błyskawicznie. Gwiezdni pewnie spoglądali teraz na mnie pobłażliwie, zważywszy na to, jak bardzo męczące było powiedzenie tego Ciepłemu. Ale mówiąc to partnerowi, nie miałam powoli widocznego już brzuszka i stabilności emocjonalnej, którą sam mi zagwarantował swoim spokojem i wsparciem. W każdym razie zanim Brązowa Gwiazda zdążył mi współczuć, pogratulować lub zareagować w jakikolwiek inny sposób, niż poszerzającym się uśmiechem, kontynuowałam wywód, który koniecznie musiałam powiedzieć, zanim dojdzie do głosu. — I w relacji. Z psem z innego klanu. Wiem, co pomyślisz o mnie, Brązowa Gwiazdo, ale przysięgam, nigdy nie chciałam, ani nie miałam zamiaru porzucić albo zdradzić Wietrznych. To mój klan. To mój dom. To moja rodzina — wyrzucałam z siebie szybko. Na jego pysku pojawił się grymas, a ja spanikowałam i przyspieszyłam swój słowotok nie wiedząc, czy w ogóle nadąży za moim tempem mówienia. — Wiem, że pewnie korzystniejszym dla ciebie i klanu byłoby, gdybym się wyniosła i zaczęłam z bólem serca to rozważać, ale Brązowa Gwiazdo, ja nie mogę zostawić Cynamonowej Pestki. Wiesz dobrze jak wygląda od wypadku z Bryzową, ona mnie teraz potrzebuje. Nie zostawię jej. Dlatego myślałam bardzo długo. Wiem, że możesz się nie zgodzić, nie ufać mi, mieć wątpliwości, ale muszę poprosić cię o ogromną przysługę. Bo, widzisz, bardzo długo miałam wyrzuty sumienia spowodowane tym, że w ogóle pokochałam wojownika z innego klanu. Czułam się źle. Czułam się jak zdrajca. Ale Brązowa Gwiazdo, czy ja nie zasługuję na odrobinę szczęścia w życiu? Trochę miłości? Ciepła, dotyku, wsparcia? Wiem, dużo jest psów pośród Wietrznych, na pewno równie dobrych kandydatów, ale przecież serce nie sługa. To on okazał mi zainteresowanie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. To do niego mogłam się zwrócić ze wszystkim i nigdy nie zostawił mnie samej. Nigdy nie odtrącił. Jego zawsze obchodziłam i nigdy mnie nie zawiódł. Żadne z nas też nie złamało kodeksu. Spotykaliśmy się na terenach neutralnych. Kodeks przecież nie zabrania kochania psa z innego klanu, wymaga jedynie stawienia się w obronie własnego nawet, jeśli trzeba będzie walczyć z ukochanym. Póki co nie trzeba. Kiedy dowiedziałam się o ciąży, byłam przerażona. Byłam pewna, że zostanę z tym sama. Że on mnie porzuci, a klan wyprze się mnie, że zostanę wywalona i nie będę w stanie zadbać ani o siebie, ani o młode. Ale stanął na wysokości zadania. Ja chcę mu to tylko ułatwić. Brązowa Gwiazdo, marzę o tym, żeby moje szczenięta miały pełną rodzinę. — Tutaj jego wyraz pyska nieco złagodniał, pojawiło się na nim współczucie. — Żeby budząc się, widziały nie tylko mamę, ale też tatę. On ma prawo być przy nich, a one na pewno będą go potrzebowały. Dlatego proszę cię, chociaż rozważ moją prośbę, żeby Ciepła Pleśń z klanu Ognistych mógł przebywać na naszych terenach przez pierwsze trzy księżyce. Rzepakowa Gwiazda zgodziła się, aby kolejne trzy nasza rodzina spędziła pod opieką Płomiennych, więc w razie czego i ja mogę przenieść się tam wpierw, ale obawiałabym się o szczenięta dopiero co poczęte. Bardzo zależy mi na tym, żeby mogły poznać kulturę obu klanów, a następnie, gdy dorosną do wieku uczniów, zdecydować do którego pragną przynależeć. Wiem, że to kontrowersyjna prośba…
— Słonko, wiesz… Nie za bardzo ufamy obcym klanom — odparł zmartwiony, jednak nie mogłam pozwolić mu mówić dalej, to było zbyt ważne.
— Ja wszystko wiem, ja doskonale to rozumiem, ale ja przysięgam odpowiadać za niego, jestem w stanie zadeklarować poniesienie konsekwencji za jakiekolwiek problemy, które miałby przynieść, chociaż w nie nie wierzę, Ciepły jest bardzo odpowiedzialny. Jest bardzo dobrym wojownikiem, nie przynosiłby kłopotów. Rozumiem twoje wahanie. Wiem, że jako lider chcesz jak najlepiej zadbać o cały klan, świetnie sprawdzasz się w tej roli i chwała Gwiezdnym, że ktoś tak szalony i niezrównoważony jak Bryzowa zdecydował się obrać cię na zastępcę. Dlatego chciałabym, żebyś chociaż to przemyślał. Nie prosiłabym o to, gdyby nie szczeniaki noszone pod sercem.
Pamiętam, w jak wielkim bagnie znalazłam się, kiedy zabrakło obok mnie mam i chociaż to nie jest tego typu sytuacja, nie chciałabym, żeby moje dzieci miały rozbitą rodzinę. Bardzo mi na tym zależy, one naprawdę zasługują na to, żeby ich tato był obecny w ich życiu i wychowaniu. Nie wiem, jak miałabym im wytłumaczyć, gdyby miało go nie być. Nie wiem, czy wybaczyłabym sobie odebranie Ciepłemu szansy na więzi z dziećmi, na dobre relacje z nimi. Nie wiem, czy byłyby w stanie zrozumieć brak taty nawet, jakbym im wszystko dokładnie wyjaśniła. To trudna sytuacja, zazwyczaj takie szczeniaki były gdzieś podrzucane lub w ogóle zostawiane same sobie. Nie mogę na to pozwolić. Wiem, że jeszcze ich nie ma i nie mam pojęcia ile ich będzie, jakie będą, jak będzie wyglądać moja rodzina… Ale kocham je, Brązowa Gwiazdo i chcę zapewnić im jak najlepszy byt.
— Dobrze, Żałobna Pieśni. Jeśli będzie go jeszcze inny wojownik pilnował, to mogę się na to zgodzić…
— Dziękuję! Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję! Brązowa Gwiazdo, mam wobec ciebie ogromny dług, dziękuję ci bardzo. Nie pożałujesz tej decyzji, przysięgam! Zrobię wszystko, żeby nikomu w klanie obecność Ciepłego nie zawadzała, a moje dzieci nie sprawiały kłopotu. Dziękuję, Brązowa Gwiazdo, dzięki tobie mają szansę na spokojne dzieciństwo — rozpłakałam się ze wzruszenia i objęłam swojego lidera. W normalnych okolicznościach trzymałam z nim raczej formalne stosunki, ale jak wiadomo, ciąża nie pozwalała mi na normalne okoliczności. Dlatego właśnie płakałam w futro liderowi mojego klanu, będąc z nim sama w pomieszczeniu dla starszych. Kto by pomyślał, dokąd to prowadzić może życie.

~***~
 
Były tu. Patrzyłam jak zaczarowana na moje śliczne, kochane maleństwa, których wydanie na świat zużyło resztki mojej energii. Nie dałam rady nawet podnieść pyska. Urodziłam je późnym wieczorem, zmuszając swoim wyciem trzy czwarte klanu do ucieczki poza stadninę. Ale kiedy je zobaczyłam wiedziałam, że mogłabym to dla nich przechodzić nawet i sto razy, żeby tylko móc podziwiać moje piękne, najcudowniejsze dzieci. Ciepła Pleśń położył się przy mnie i liznął czule w czółko, a ja posłałam mu zmęczony, ale szczery uśmiech i wtuliłam się w niego delikatnie. To, że był tutaj teraz uznawałam za najpiękniejszy dar od Gwiezdnych.
— Powinniśmy nazwać ją Wieczorynka — odparł Ciepły, trącając czule nosem pierwszą z naszych córek, bowiem wszystkie trzy były suczkami.
— Wieczorynka? — zapytałam cicho.
— Wszystkie przyszły na świat wieczorem, trzeba to upamiętnić. Ona jest pierworodna — wyjaśnił, a ja uśmiechnęłam się na tyle, na ile byłam w stanie się uśmiechnąć po godzinach spędzonych na wypluwaniu z siebie szczeniąt. Niby były tylko (a może aż?) trzy, a jednak skubane wcale nie chciały wyłazić.
Wieczorynka, swoją drogą, wyglądem przypominała swoją babcię, Rzepakową Gwiazdę. Chociaż wcześniej nie pałałam do liderki Ognistych szczególną sympatią, teraz nie mogłam się doczekać, aż pozna swoje wnuki.
— To będzie Szept — liznęłam po główce najspokojniejszą, najcichszą z córek. — Pierwsza przestała płakać. Uspokoiła się od razu, kiedy Manaci Olbrzym ułożył ją przy mnie.
— Szept — powtórzył mój partner.
Jej z kolei wyglądem bliżej było do Ciepłego. Miała piękne, bardzo charakterystyczne umaszczenie. Kiedy wzrokiem zahaczyłam o trzecią, na myśl przyszła mi Biała Zamieć. I już zdecydowałam się na nazwanie jej po babci, właśnie ze względu na śnieżnobiałą sierść, kiedy do legowiska medyków wróciła Cynamonowa Pestka, dalej nieobecna. W pysku niosła jedną, czerwoną różę, którą upuściła przy mnie, po czym rozejrzała się pustym, zamglonym wzrokiem i położyła się niedaleko nas. Po moim policzku spłynęła łza.
— Różyczka. Ty będziesz Różyczką — szepnęłam i otuliłam szczelniej najmłodszą córkę.
Ciepły przytulił mnie odrobinę mocniej. Nawet Manaci Olbrzym wydał z siebie ciche, wzruszone szlochanie.
<Ciepły? ♥> 
[5952 słów, Żałobna Pieśń otrzymuje 59 punktów doświadczenia, a Klematisowa Łapa 1 punkt treningu]

14 grudnia 2021

Od Ciepłej Pleśni CD Żałobnej Pieśni

Ciepły wlepił w suczkę spojrzenie swoich dwukolorowych oczu. Nie rozumiał, czemu zaproponowała mu spacer, w zasadzie się nie znali. Może chciała po prostu pomocy z polowaniem? To była najprawdopodobniejsza odpowiedź. Młody wojownik zawahał się, czy powinien się zgadzać. Zerknął w kierunku Ognistego Maku i Iskrzącego Płomienia, którzy czekali na niego, by kontynuować patrol i podjął decyzję:
— Z przyjemnością, jeśli tylko nie przekroczysz do tego czasu granicy.
Nie czekając na odpowiedź, czy też zapewnienia, że tak się nie stanie ruszył w dalszą drogę. I tak widział już zniecierpliwienie na pyskach pozostałej dwójki, zerkającej dość podejrzliwie w kierunku Wietrznej. Nie wyglądali na przekonanych co do jej czystych zamiarów, ale też nie mieli prawa wyganiać jej z neutralnego terenu, na którym na razie się znajdowała.
Dokończenie obchodu zajęło im niewiele czasu, prawie kończyli swój odcinek trasy. Ciepły nie wrócił z pozostałą dwójką do obozu, a zdecydował się wrócić na granicę. Początkowo żałował nieco podjętej przez siebie decyzji. Był pewny, że wyjdzie na idiotę i gdy wróci, nikogo już nie zastanie. Tak się jednak nie stało. Jasna suczka siedziała kilka metrów dalej, w cieniu drzew. Upał musiał dawać jej się we znaki. Zresztą męczył on wszystkich.
— Wróciłam, Żałobna Pieśni — powiadomił ją wciąż jakby nieco zmieszany.
Rzadko poza zgromadzeniami spotykał psy z innych klanów i przeważnie wolał ich raczej unikać. Tym razem było na to już za późno. Suczka podniosła na niego wzrok i nieznacznie się ożywiła.
— To świetnie. Dziękuję — mruknęła.
— Jest jakiś powód, dla którego zapytałaś mnie o spacer? — wypalił Ciepły, chcąc wiedzieć, czego ma się spodziewać.
Było za wcześnie na takie pytanie, by nie było ono niegrzeczne. Świadczyło o tym także zmieszanie, jakie wywołało u Wietrznej.
— Liczyłam, że pomożesz mi w polowaniu. Jak już mówiłam, większość zwierzyny przeniosła się w te rejony — wyjaśniła.
Czarno-biały od początku podejrzewał po cichu, że może tak być, ale i tak odpowiedź nie była dla niego zbyt prosta. Niby w Industrii problem braku zwierzyny nie istniał, ale co jeśli nagle by się pojawił? Każda zdobycz wtedy byłaby ważna.
Szybko jednak odgonił od siebie te myśli. Kogo obchodził nieistniejący na chwilę obecną problem, kiedy w innym klanie mogli przymierać z głodu? Na pewno nie powinno jego, jeśli jakiś brak pożywienia zostanie zarejestrowany, wtedy będzie miał podstawy, by na taką prośbę odmówić.
— W porządku — przytaknął — Wolałabyś coś mniejszego, by dało się to łatwo przenieść do Ventusu, prawda?
— Na pewno nie tak niewielkiego jak mysz, tym nikt się nie naje — odpowiedziała Pieśń, nie wiedząc do końca, czy to miał na myśli wojownik.
Ciepły skinął głową. Żałobna wstała i otrzepała nieco wygniecione futro.
— Tak, no pewnie — zgodził się ognisty, po czym spróbował wykazać się znajomością okolicy. — Może znajdziemy jakieś ptaki w parku?
Pomysł został zaakceptowany, więc oboje ruszyli wzdłuż granicy. Towarzyszyła im cisza, której niezręczność narastała z każdą chwilą. Syn Rzepakowej zerkał co jakiś czas w stronę Wietrznej. Zastanawiało go, co sprawiło, że Gwiezdni postanowili wysłać ją akurat tu, akurat teraz, akurat na spotkanie z nim. Nigdy nie zaliczał się do psów szczególnie wierzących, ale zbieg okoliczności, jaki zamajaczył mu przed pyskiem, był zbyt absurdalny. Nie zdarzyło mu się tak po prostu wpaść na kogoś podczas patrolu.
— Czemu przyszłaś aż tutaj? — odezwał się w końcu, nie mogąc się powstrzymać.
— Trop mnie tu zaprowadził — wyjaśniła, zerkając na niego, co chwilę.
Najwidoczniej oboje nie byli pewni, jak zachowywać się względem siebie. Jedyne, co o sobie wiedzieli to klany i idiotyczne imiona.
— Brzmi to, jakby sami Gwiezdni cię poprowadzili. — Czarno-biały podzielił się z nią swoim przemyśleniem, a na jego pysku odruchowo pojawił się uprzejmy uśmiech. — Kto wie, może zaplanowali nasze spot… — mówiła z delikatnym uśmiechem, jednak nagle urwała, skupiając swój wzrok na pobliskim punkcie. Nie zdążyli dotrzeć jeszcze do ośrodka dokarmiania zwierzyny przez dwunożnych. Na małym paśmie nieużytku przemykało jednak się kilka królików. Przeważnie nie kręciły się w tej okolicy, więc ci z góry czuwali także nad całokształtem tej misji. Oboje poważnych wojowników podążył tropem zajęczaków, upewniając się ukradkiem, czy w okolicy nie ma nikogo, kto by im przeszkodził. Byli na tyle szybcy, by po ukatrupieniu dwóch pierwszych ofiar, rzucić się w pogoń za ich pobratymcami.
— Poradzisz sobie z zabraniem tego? — zapytał Ciepły, obserwując, jak Żałobna układa cztery króliki przy sobie, by złapać je w pysk.
— Powinnam — przytaknęła — dziękuję za pomoc.
Ognisty uznał to wręcz za absurdalne, jak pozytywne uczucie w nim rozkwitło po tych słowach.
— Drobiazg — zapewnił z mimowolnym uśmiechem.
Ich zadanie zostało wykonane, dzień dobiegał końca, a atmosfera zaczęła nieco gęstnieć. Jakby razem z brakiem celu znów istotnym stało się ich pochodzenie, obcość i okoliczności.
— Jeśli to wszystko, będę już wracał — Ognisty zrobił kilka kroków w stronę swojego obozu.
— Tak, tak! Oczywiście, ja… jeszcze raz dziękuję — wymamrotała szybko Żałobna, po czym zatkała pysk zwierzyną.
Skinęli sobie zgodnie głowami, po czym odeszli każdy w swoją stronę. Każde pozostawione same sobie przez kolejnych kilka długich księżyców.

***

Po zgromadzeniu, na którym wybrano posłańców i obwieszczono przepowiednię o śmierci dwóch Gwiazd nastała zima. Była tego roku wyjątkowo mroźna, co dodatkowo popsuło nastroje społeczne. Ciepły był bardzo zaskoczony, kiedy po powrocie delegacji dowiedział się, że został wybrany na posłańca. Tym bardziej zaniepokoił go powód takiej decyzji oraz ogólne podsumowanie wydarzeń. Żałował nieco, że nie mógł także pójść, ale po namyśle stwierdził, że taki obrót spraw był lepszy. Wstydziłby się za Omszonego, martwił wizjami medyków, byłby skory do zbyt emocjonalnego zachowania.
Tego lodowatego poranka, Rzepakowa wezwała go do siebie. Myślał, że poprosi go o pomoc ze szczeniętami, ale suczka miała zupełnie inne plany. Chciała, by oznajmił pozostałym klanom, że małe Rzepiątka przyszły na świat całe i zdrowe, jak również ich wspaniała matka jest w najwyższej formie. Oczywiście nie chodziło o to, by inni liderzy bali się o jej stan zdrowia w związku z przepowiednią.
Powód mógł wydawać się nieco ekstrawagancji, jednak wojownik zdecydował się go uszanować. Nawet nie wiedział, jak mógłby w miły sposób odwieść Gwiazdę od tego pomysłu, dlatego po prostu wyruszył w drogę. Zaczął od Bezgwiezdnych, z którymi mimo wszystko zdawali się mieć dość dobry kontakt. Nawet jeśli Miękka uważała powód tej wizyty za idiotyczny, nie dała tego po sobie poznać i rozmowa odbyła się w dość miłej atmosferze. Ciepły cały czas starał się ignorować to jak bacznie jest obserwowany.
Ze skrajności uderzył w skrajność, bo mimo że trasa ta miała średni sens poszedł do Flumine. Zdecydował się na to w czasie drogi, zyskując nieco pewności siebie u Bezgwiezdnych. Wolał teraz załatwić najgorsze. Ku jego zdziwieniu, zakończyło się jedynie na wielu uszczypliwych komentarzach, które pozwoliła przetrwać mu jedynie anielska cierpliwość. Nakrapiana nie była w nastroju, a widok jej znienawidzonego Płomiennego z tak absurdalnego powodu, tylko bardziej popsuł jej humor. Prawdę mówiąc, przy takim rozwoju sytuacji, Pleśń spodziewał się dużo gorszej reakcji.
Przedostatnich odwiedził Ciemnych, gdzie lider chyba z grzeczności, udawał zainteresowanie tematem stanu zdrowia Gwiazdy Płomiennych.
Na koniec posłaniec zostawił sobie przekazanie wiadomości Bryzowej Gwieździe. Uważał ją za najbardziej wybuchową i nieprzewidywalną. Przerastała liderkę Wodnych swoją nieprzewidywalnością.
Szedł wolno neutralnymi terenami, kiedy do jego uszu dobiegł dobrze mu znany śmiech.
— Kogo moje piękne oczy widzą! Od kiedy wielka chluba Industrii biega sobie po terenach neutralnych, zamiast męczyć szczyle? — rzucił Omszony, równając z nim kroku.
— Odkąd z twojego polecenia zostałem posłańcem — odparł Ciepły z cichym westchnieniem.
Jego brat wyszczerzył się szyderczo, jak ostatnio miał coraz częściej w zwyczaju.
— A z jaką to ważną nowiną śpieszysz do Ventusu? — zapytał, prawdopodobnie już się spodziewając, że jest to coś durnego.
Pleśń odetchnął, chciał zachować pełną powagę.
— Powiadamiam inne klany, że mama czuje się dobrze po porodzie i ze szczeniakami wszystko w porządku. — Kiedy tak to ujął, brzmiało to nawet w miarę logicznie.
— Bez jaj, kazała ci biegać cały dzień, żeby pochwalić się tymi bachorami? — parsknął starszy z braci.
— Nie ująłbym tego w tej sposób… — zaczął wyjaśniać młodszy pies, ale przerwała mu kolejna salwa śmiechu.
Przez tę konwersację, ledwo zauważyli, kiedy przekroczyli granicę. Uświadomił im to dopiero charakterystyczny zapach.
— Nie powinieneś dalej za mną iść — upomniał nielegalnego intruza Ciepły.
Mech jednak zdawał się nic sobie nie robić z tego, że właśnie poważnie naruszył kodeks. Nadal wesoło hasał przy drugim wojowniku.
— Ach, idę po Białego. Zaprosiłbym cię na męski wypad, ale raczej tylko spierdoliłbyś nastrój — wytknął posłańcowi Krtań.
— O, czyli nie bierzecie tej całej… Chmurnej? Tak o niej mówiłeś ostatnio? — Komentarz ten jak na młodszego syna Rzepakowej był naprawdę uszczypliwy.
Nigdy nie krył, że nie przepadał za tym, jak jego starszy brat wymyka się w każdej możliwej chwili na przechadzki po innych klanach. Tym większą niechęć przejawiał w kierunku jego znajomych, którzy wspierali Omszonego w jego pasji testowania niezbyt bezpiecznych substancji. Kilka razy już nie wracali przez to na noc lub trafiali do medyka.
Jedyną odpowiedzią na postawione pytanie było mrożące spojrzenie Mcha i jego przyspieszony krok. Pleśń był zaskoczony, że udało mu się trafić w tak dobry punkt. Nie był w stanie powiedzieć, czemu akurat ta szpilka ukuła dostatecznie głęboko, by zamknąć pysk drugiego psa.
Ogarnęła ich cisza aż do momentu, w którym do ich uszu dobiegł odgłos zbliżających się kroków. Kilka sekund później drogę zastąpiła im jasna Wietrzna. Widząc dwóch Płomiennych, przyjęła postawę obronną i odruchowo lekko się zjeżyła.
— Co tu robicie? — zapytała, wodząc od jednego przybysza do drugiego.
Po chwili skonfundowania, rozluźniła się nieco rozpoznając znajomego psa.
— Nie powinno was tu być. — Nie straciła przy tym swojej stanowczości.
— H-Hej — zaczął niepewnie Ciepły, czym zasłużył sobie na pełne politowania spojrzenie brata — Wiem, przychodzę z wiadomością od Rzepakowej Gwiazdy — wyjaśnił, w zasadzie nie czując potrzeby, by tłumaczyć również Mcha, który skory do rozmowy z suczką się nie wydawał.
— A ty? — drążyła dalej wojowniczka.
— Nie twoja, kurwa, sprawa — rzucił od niechcenia bury pies, przymierzając się do ruszenia w dalszą drogę.
Żałobna nie wyglądała, jakby zamierzała odpuścić.
— Trochę jednak moja, odkąd należę do klanu i mam obowiązek dbać o jego bezpieczeństwo — powiedziała, zagradzając mu drogę.
— Boże wyjmij tego kija z dupy i się nie zesraj, zachowujesz się jak Sowi — warknął na nią Omszony.
— A ty jak rozwydrzony dzieciak. Zmiataj stąd, dopóki jestem jeszcze pokojowo nastawiona.
W tym momencie rzuciła także krótkie spojrzenie na Ciepłego, jakby szukając pomocy.
— Ja przynajmniej zaruchałem, w przeciwieństwie do ciebie — pies wyszczerzył się, zadziwiająco zadowolony ze swojej riposty.
Czarno-biały zamierzał właśnie się wtrącić i także naskoczyć na swojego krewnego, słysząc jego bezwstydnie chamskie komentarze, ale wyprzedził go nowoprzybyły Wietrzny.
— Wystarczy — rozległo się nagle dość stanowcze słowo, jakby wypowiedział je sam wojownik z czterdziestoksiężycowym stażem.
Oczy obecnych zwróciły się w stronę młodego dalmatyńczyka. Kiedy tylko uwaga się na nim skoncentrowała, zwrócił się do Omszonego tym razem dużo bardziej uprzejmie:
— Mogłeś poczekać na mnie przy granicy — rzucił, marszcząc lekko brwi, jakby się gniewał, ale jego ogon kołysał się zdradliwie na widok przyjaciela.
— Co za różnica? — odparł od niechcenia sam zainteresowany.
Dalmatyńczyk wzruszył obojętnie ramionami, po czym podniósł wzrok na Żałobną.
— Zaraz wyjdziemy na tereny neutralnie, odpuść czasem — powiedział znów cierpko.
Ciepły miał zdecydowanie dość bezczelnego zachowania zarówno swojego brata jak i jego przyjaciela. Dlaczego ten, z tego co wiedział od Mcha, uczeń zwracał się w taki sposób do wyższej rangą? A nawet jeśli byłby wojownikiem, nie powinien podważać decyzji starszej od niego i w dodatku działającej według kodeksu suczki.
— Nie powinieneś się tak do niej zwracać — wtrącił się z naganą w głosie.
Pleśń widział, że jego brat już otwiera pysk, by kazać mu się nie wtrącać, ale młody Wietrzny najwidoczniej nie potrzebował pomocy.
— A ty nie powinieneś myśleć, że skoro pieprzysz się z moją ciotką, to masz prawo mnie pouczać — Było w tych słowach czuć absurdalną wyższość.
Zarówno Żałobną jak i Ciepłego zmroził ten bezczelny komentarz. Przez chwilę brakło im języków w pyskach i to wystarczyło, by Biały mruknął przychylniejszym tonem do swojego kompana „spadajmy stąd”. Obaj degeneraci dość szybko odeszli, pozostawiając posłańców w pełnej niezręczności ciszy.
— Uhm, więc wy się znacie? — zaczął niepewnie Pleśń, próbując rozluźnić atmosferę, którą dałoby się kroić nożem.
— Moja siostra go przygarnęła. — W głosie suczki skrywała się niechęć.
Jedyną suczką, jaka przyszła mu na myśl była Cynamonowa Pestka, którą widywał na zgromadzeniach.
— Ta, która jest medykiem, prawda? — Wolał się upewnić, niż strzelać w ciemno.
— Tak. — Skinęła głową. — Bardzo dobrym zresztą.
Wojownicy skierowali swe kroki w stronę obozu Wietrznych.
— Macie w klanie jeszcze jakichś krewnych? — zagadnął Ciepły.
Miało być to na pozór dość luźne pytanie, a odpowiedź na nie powinna być prosta jak stwierdzenie „Ładną dzisiaj mamy pogodę”. Niestety nie było to dobry strzał podczas rozmowy z Nieuchwytną.
— Jeszcze Krzemienny Pazur. I Sosnowa... Łapa. Ma... ma niesprawne biodra, nie jest w stanie chodzić — Wspomnienie to wydało się wywołać na jej pysku realny ból, gdy jej wzrok nerwowo uciekł.
Ognisty nie był w stanie nawet sobie wyobrazić, jak funkcjonuje taki pies, a co dopiero, ile pracy muszą mieć jego bliscy.
— Musi być jej ciężko — Jego głos brzmiał na naprawdę zmartwiony jak i jego właściciel. — A ty jak sobie z tym radzisz?
Żałobna milczała dłuższą chwilę, pogrążona gdzieś głęboko w swoich myślach.
— Staram się jej pomagać. Jej i Cynamonowej. W zasadzie zostałyśmy we trzy. Nie czuję żadnej więzi z tym bratem — odparła w końcu, ukazując nieco więcej siebie.
Te słowa mimo tonu, w jakim były wypowiedziane, brzmiały prawie inspirująco. Tak wiele przeszła, a mimo to była w stanie wspierać swoich bliskich. Pleśń również pamiętał ciągle o powodzie, któremu suczka zawdzięczała swoje imię. W jego głowie ukształtował się przez to obraz wojowniczki obleczony samymi superlatywami.
— Podziwiam, że masz w sobie tyle siły — wyznał szczerze.
— Nie ma czego podziwiać — zaprzeczyła jasna, skrywając w tym cały swój smutek.
Przez chwilę zapanowała cisza, syn Rzepakowej wahał się, czy powinien dzielić się wszystkimi swoimi przemyśleniami, ale w pewien sposób czuł się przy Żałobnej komfortowo.
— Z tego, co mówiła wasza liderka, sporo przeszliście, ty sporo przeszłaś, a mimo to trzymacie się razem — wyjaśnił więc, co miał na myśli.
Jasna zastanawiała się chwilę, co mogłaby na to odpowiedzieć. Trzymała tym Ciepłego w sporej niepewności, czy jego stwierdzenie nie przekroczyło granic jej wytrzymałości.
— Na początku się odizolowałam — Poddała się wreszcie, decydując trochę bardziej przed nim otworzyć. — Nie potrafiłam się odnaleźć po śmierci obu mam. Potem się okazało, że nawet nie są moimi matkami... Wtedy Migoczący… — Wymawiając jego imię, zadrżał jej głos, dlatego zamilkła na chwilę, by się uspokoić. — Dalej czuję, że mam za słabe relacje z siostrami, ale dziwnie się czuję. Nieswojo.
Ognistemu dłuższą chwilę zajęło poukładanie tego. Oczywiście nawet wtedy nie był w stanie zauważyć każdej rany, jaka została przez nie wydrążona w jej psychice. Poza dojrzałym zachowaniem nie miał nawet w połowie tyle doświadczenia czy traum. Z jakiegoś powodu jednak czuł do niej sympatię. Chciał okazać jej wsparcie, na jakie w jego oczach zasługiwała. Nie był w stanie odróżnić zauroczenia od chęci bycia potrzebnym. A może po prostu zbytnio się one na siebie nakładały?
— Myślę, że odbudujesz je, to kwestia czasu — zapewnił ją, próbując uchwycić w tym jednym zdaniu całe wsparcie, jakie chciał jej dać.
— Przepraszam — burknęła nagle, jakby chcąc wycofać się z każdego swojego słowa. — Powiedz lepiej, jak to jest w twojej rodzinie — dodała szybko, by tylko jej rozmówca tego nie drążył.
— Nie masz za co przepraszać — zaczął Pleśń, ale zaraz po tym podchwycił zmianę tematu — A co do mojej rodziny... jest trochę wyjątkowa — bardzo nie chciał użyć określenia "specjalna", które było dość negatywne — Mojego brata widziałaś, moją mamę pewnie też pamiętasz, ciężko ją zapomnieć. Ach… I niedawno urodziła się reszta mojego rodzeństwa. Bryzowa Gwiazda prawdopodobnie nie będzie zadowolona, że tylko to przyszedłem jej oznajmić.
— Bryzowa Gwiazda nigdy nie jest zadowolona — parsknęła Żałobna — Chyba że akurat kogoś gnębi.
— Dzięki, przynajmniej wiem, czego się spodziewać.
— Kto wie, może akurat będzie miała dobry humor. Wtedy jest szansa, że przegoni cię bez gróźb i przekleństw — Humor suczki poprawił się na tyle, że skusiła się na półżart.
Trąciła przy tym Ciepłego przyjacielsko bokiem, jakby chcąc dodać w tym wszystkim otuchy.
Chwilę później wkroczyli na teren obozu. Wiadomość Rzepakowej, jak posłańcy przewidzieli, spotkała się jedynie z irytacją Bryzowej. Chociaż w tym wypadku trochę ciężko było jej się dziwić. Czarno-biały jednak miał jedynie tę informację przekazać, a nie znosić pieklenie się suki, dlatego dość szybko się od niej oddalił.
Opuszczając stajnie, powitał ponownie Żałobną lekkim uśmiechem, ale dopiero gdy oddalili się od ciekawskich spojrzeń oraz nadstawionych uszu odezwał się:
— Jakoś to poszło — mruknął w formie podsumowania.
— Byłeś dzielny — zachichotała cicho. — Nikt z klanu nie lubi konfrontacji z Bryzową. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak ciężko ją przełknąć nie będąc do tego przyzwyczajonym.
— A tam, wystarczyło tylko trochę cierpliwości.
Tak marudząc na liderkę-wariatkę, dotarli do granicy.

***
Ostatnimi czasy zarówno Żałobna jak i Ciepły nie mieli zbyt wiele czasu. Z powodzeniem jego większość zabierali im uczniowie. Żaden z mentorów nie był w stanie odpuścić treningów swojego ucznia, dlatego widywali się rzadziej.
Nic więc dziwnego, że na zgromadzeniu klanów jakaś magiczna, niewidzialna siła ciągnęła ich spojrzenia ku sobie. Nie zostało to niezauważone przez pozostałych wojowników, ale poza ich uczniami, nikt jakoś nie kwapił się, by zwrócić im na to uwagę.
Syn Rzepakowej przeważnie poświęcał temu wydarzeniu pełnie swej uwagi, ale tym razem było nieco inaczej. Jakby się nie starał, systemy antypowodziowe Flumine nie potrafiły utrzymać jego uwagi. Dochodząc do wniosku, że równie znudzony musi być Nagietkowa Łapa, postanowił kontynuować jego trening z teorii. W końcu dosłownie na dniach mieli przejść do w pełni praktycznej części. Jego młodszy brat wyjątkowo szybko złapał kodeks, jak i teoretyczne podstawy polowania. Do tej pory ich zajęcia opierały się głównie na spacerach, wypełnionych rozmowami, gdzie młodszy pies miał polecenie pytać o wszystko, co wzbudza jego wątpliwości, nawet jeśli będzie to jedynie ptak siedzący na drzewie. Księżyc, który na to poświęcili, wydawał się wojownikowi w pełni adekwatny. Teraz wypadało w końcu przejść do działania.
Na zgromadzeniu tego dnia o praktyce mowy nie było, dlatego musieli znów zadowolić się cichą rozmową:
— Jak uważasz, lepsze są nudne zgromadzenia takie jak to, czy te bardziej barwne? — zagadnął półszeptem Ciepły.
Szczeniak zerknął na niego, później na rozmawiających liderów, najwidoczniej zastanawiając się nad odpowiedzią. W końcu był gotowy do jej udzielenia.
— Może to moje pierwsze, ale myślę, że lepsze są... nudne — zawyrokował Nagietek, także starał się utrzymać ciszę — Ciekawsze zgromadzenia oznaczają więcej problemów, wolę jak z Industrią wszystko jest w porządku. A ty, Ciepły?
— A ja się z tobą jak najbardziej zgadzam — odparł wojownik, bardzo zadowolony z odpowiedzi ucznia — Ciekawe zgromadzenia są bardzo długie i męczące, a przede wszystkim zwiastują jakiś niepokój. Pamiętasz jeszcze ostatni punkt kodeksu?
Tak naprawdę wcale nie wątpił w pamięć młodszego brata, ale mała powtórka nigdy nikomu nie zaszkodziła, tym bardziej jeśli łączyła się z praktycznym rozumieniem danej reguły.
— W czasie kłopotów klany powinny się zjednoczyć w walce ze wspólnym problemem, aby zachować w istnieniu wszystkie cztery klany...? — powiedział uczeń z pewną dozą niepewności w głosie.
Jego wzrok także wydawał się pytający, co niego rozbawiło jego mentora.
— Dokładnie — przytaknął pleśń, starając się rozwiać wszelkie wątpliwości swojej małej, mniej nakrapianej wersji — to znaczy, że jeśli inni będą mieli problemy, to nas one też będą po części dotyczyć.
Uczeń w tym momencie nieco się ożywił, a jego szept był coraz bardziej zdeterminowany:
— Chciałbym, żeby nie było żadnych problemów... ale pokonam wszystkie dla każdego klanu jeśli będzie trzeba. Najbardziej dla Industrii.
Gdy zakończył swoją deklarację, skupił się na swoich rodzicach, w tym momencie zajętych wyglądaniem na bardzo zainteresowanych podsumowaniami innych klanów.
— Miejmy nadzieję, że takiej potrzeby nie będzie. Na razie najważniejsze, żebyś potrafił siebie samego się obronić — stwierdził mentor i polizał młodego po głowie.
Był szczęśliwy, że kolejny idealnie zapowiadający się wojownik wyrośnie na jego naukach, a pomagało temu tylko jeszcze ich pokrewieństwo oraz przyjaźń, jakiej dodatkowo się dorobili. Nagietek zdaje się, że był z tego faktu równie zadowolony, bo uśmiechnął się wesoło i wrócił wzrokiem do Ciepłego.
— Będę się bardzo starał, żebyś był ze mnie dumny — rzucił z werwą.
Takimi słowami zawsze zmiękczał serce starszego brata.
— Przecież wiesz, że już jestem, bo dajesz z siebie wszystko — zapewnił go Pleśń.
Po tej przeuroczej wymianie zdań, która prawdopodobnie niejednego przyprawiła o cukrzycę, mentor nie mógł dłużej ignorować bycia obserwowanym. Nie był jeszcze pewny, kto tak bacznie śledził jego ruchy, ale gdzieś z tyłu głowy kołatała mu myśl, że może być to Żałobna Pieśń. Gdy jednak chciał zwrócić się w kierunku Wietrznych, poczuł, jak jego uczeń nieco się do niego zbliża.
— Kto to jest? — zapytał młody, wskazując ukradkiem na jasną suczkę — Czasami na ciebie patrzy.
Ciepły w tym momencie już całkiem świadomie podniósł wzrok na Żałobną, nawet nie zauważając, że ogon jakoś podświadomie zaczął kiwać mu się na boki. Sama zainteresowana, kiedy zrozumiała, że teraz to ona jest na świeczniku, szybko spojrzała w innym kierunku. Ciężko było powiedzieć, czy próbuje tym zwieść siebie, czy innych.
— To moja przyjaciółka z Ventusu — wyjaśnił, po czym jakby uświadamiając sobie, że może Nagietek także chętnie poznałby inne psy, ale bał się zapytać o zgodę, dodał — Chciałbyś porozmawiać z innymi uczniami? Chyba ich też trochę to nudzi i przysiedli się do Kłaczk... Kłaczastej Łapy.
Nadal nieco ciężko przychodziło mu przestawienie się ze szczenięcych imion swojego rodzeństwa. Od ich mianowania nie minął nawet pełny miesiąc i wciąż bardziej przypominali mu szczenięta.
— Mógłbym spróbować — przytaknął w przypływie odwagi maluch.
Możliwe, że wyczuł podświadome intencje starszego psa, co zaważyło na jego decyzji. Trudno było nie zauważyć oczywistej mowy ciała, wskazujące na chęć przelokowania się bliżej Wietrznych. Nagietek w przeciwieństwie do reszty swoich krewnych, zawsze wydawał się nieco bardziej niepewny, ale jak mu się dziwić, skoro każdy z nich posiadał ego lub wiarę w swoje działania tak wielkie, że ledwo mieściły się w naszym układzie słonecznym.
Gdy czarno-biały szczeniak ruszył na poszukiwanie kamratów, jego mentor jeszcze chwilę słuchał dość nudnej rozmowy, zastanawiając się jakim cudem ciągle wracali do tematu zabezpieczania powodzi. Zakończono to, w jaki sposób poradzić sobie z nadmierną ilością wody, po czym podjęto temat większego zwracania uwagi na brzące bawiące się w jej okolicach.
Pleśń wstał powoli, leniwie, jakby nie do końca świadomie, a następnie przeniósł się kilkanaście długości ogona dalej, gdzie przysiadł się do sióstr z Ventusu.
— Hej. Wzięłaś Klemantisową Łapę na zgromadzenie? — zagadnął bliższą z nich, najmniej oficjalnie jak tylko był w stanie.
Żałobna prawie podskoczyła, kiedy usłyszała to pytanie. Na chwilę straciła swojego przyjaciela z oczu, przez co w tym momencie całkowicie się go nie spodziewała.
— Tak. — odchrząknęła — Chciałam, żeby zobaczył, jak to wygląda. Trafiło mu się spokojne, może nie złapie z niego traumy — dodała półżartem.
Pies zerknął na nią lekko zaskoczony. Sam mimo dość żywiołowych oraz nieprzyjemnych zgromadzeń, nigdy nie myślał o nich w kategoriach „traumy”. Niestety opuścił zgromadzenie, na którym suczka została zaatakowana przez swoją liderkę, ale może to i dobrze? Istniałaby wtedy szansa, że mimowolnie rozpętałby wojnę. Wystarczyło, że Gwiazda wodnych patrzyła na niego krzywo od pamiętnej sprzeczki o reparacje.
— Mam nadzieję, że uda im się pozostać przy takich spokojnych zgromadzeniach — przytaknął z westchnieniem.
Pieśń pokiwała głową.
— Tego im życzę — odparła.
Milczeli krótką chwilę, Ciepły w tym czasie obserwował poczynania swojego ucznia, który rozmawiał właśnie z jakimś psem z Flumine. Miał co do tego dość mieszane uczucia. Martwił się, że ich znajomość zaowocuje czymś poważniejszym, bo nie sposób było przewidzieć, czy oznaczało to będzie poprawienie się relacji między klanami, czy raczej dramatycznym stanięciem naprzeciw siebie z powodu jakiejś bitwy.
— Ładny księżyc — usłyszał nagle.
To stwierdzenie nieco go rozluźniło. Wydało się takie… błahe. Czegoś takiego właśnie wtedy potrzebował.
— Fakt — przytaknął.
O dziwo, przypomniało mu to, o co zapytać chciał Żałobną. Mianowicie umówienie ich kolejnego spotkania.
— Może chciałabyś spotkać się jutro, po treningu? Obiecałem Szarej Skale, że zerknę na Kłacz..astą Łapę podczas zbierania ziół na targu. Miał iść sam, ale lepiej przypilnować go z daleka. Z tobą na pewno będzie ciekawiej.
Trochę obawiał się, że pytanie to było tylko durnym zawracaniem głowy wojowniczki, ale na szczęście pomysł jej się spodobał.
— Pewnie, dlaczego nie — zgodziła się Pieśń, a z jej głosu był lekki entuzjazm.
W tym momencie medyk wodnych w końcu zamilkł, a nieco zdezorientowane spokojem, jaki zapanował psy, zaczęły rozchodzić się klanami ze wzgórza. Ciężko było powiedzieć czy taki obrót spraw był zapowiedzią lepszego jutra, czy tylko ciszą przed burzą.

<Żałobna? To opko mnie zjadło i wypluło.>
[ 3922 słów, Ciepła Pleśń otrzymuje 39 punktów doświadczenia i gówniaki, które go nienawidzą, a Nagietkowa Łapa 1 punkt treningu]