Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agatowa Łapa x Jaśminowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agatowa Łapa x Jaśminowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

24 marca 2022

Od Agatowej Łapy CD Jaśminowej Łapy

Od pamiętnego dnia, podczas którego Agatka po raz pierwszy porozmawiała z Jaśminką, a Jaśminka z Agatką, obie suczki nie spędzały ze sobą za wiele czasu. Miały pełne łapy roboty; ćwiczyły ruchy bitewne, polowały i doglądały starszyzny. Zwykle przez cały dzień krzątały się po obozowisku, wykonując swoje obowiązki. Jaśminowa Łapa robiła to z uśmiechem na pysku i żywym zaangażowaniem, a Agatowa, widząc jej zapał, czuła buzującą w niej zazdrość. Nie mówiła jednak jej kąśliwych komentarzy, a zamiast tego zdecydowała się na bezczelną ignorancję.
Więc gdy pewnego razu Jaśminka sprawnie czyściła legowiska wojowników, a do pomieszczenia weszła Agatka z całą toną wyściółki, w oczach starszej suczki zamigotała nadzieja.
— Jeju, Agatowa Łapo! — sapnęła z wrażenia. — Gdzie znalazłaś tyle materiałów?
Córka rządzących klanem, tak jak sobie obiecała, minęła Jaśminkę bez słowa, ignorując malujące się na pysku złotej uczennicy niemiłe zaskoczenie.
Podobne sytuacje miały miejsce wiele razy. Motorem napędowym działań Agatowej była przede wszystkim wyżej wspominana zazdrość i chęć bycia najlepszą. Irytowało ją to, że Jaśminowa była na jej poziomie — co od razu powodowało, że stawała się jej rywalką.
Pewnie zachowywałaby się tak dalej i dalej, aż do zakończenia treningu (a może i dłużej, zależy od tego, kiedy by zmądrzała), jednakże, ku swojej rozpaczy i pewnemu rozczarowaniu, złamała swoją zasadę, zanim od jej postawienia upłynął chociaż jeden księżyc.
Suczka przesiadywała późnym wieczorem w legowisku uczniów, przygotowując się powoli do zakończenia dnia. Raz za razem drapała się tylną łapą, z rozdrażnieniem zdając sobie sprawę, że pchły, na które skarżyli się Płomienni wojownicy, odkąd zaczęła się pora nagich drzew, dopadły również ją. Mimo że zaczęła się właśnie pora nowych liści, te paskudztwa nie chciały jej opuścić. Denerwowało ją to znacznie bardziej, ponieważ wydawałoby się, że wszyscy już nie mają tego problemu. Przewróciła gałkami ocznymi, cicho powarkując z frustracją.
Już miała się podnosić, by pójść do medyka, z nadzieją, że Szara Skała  poleci jej jakieś lekarstwa, gdy usłyszała ciche, jak gdyby ociężałe kroki.
Wyprostowała się, natychmiast wlepiając wzrok w wejście do pomieszczenia. Uniosła ogon i głowę, wyciągając pysk w stronę źródła dźwięku.
Klap, klap, plask… klap… klap… klap…
Gdy w nozdrza załaskotał ją zapach Jaśminowej Łapy, automatycznie zmarszczyła nos. Z jej oczu zniknęły żywe iskierki, zastąpione złością. Napięła swój ogon niczym strunę i rozcapierzyła palce.
W takim oto stanie zobaczyła ją wchodząca do pomieszczenia złota uczennica. Jaśminka jednak jak gdyby tego nie zauważyła, bez słowa mijając Agatkę. W odpowiedzi na to dziwne przygaszenie, które można było zaobserwować u uczennicy Kolorowego Wiatru, Agatowa poczuła naraz satysfakcję i zadowolenie, lecz także… Zdziwienie? … Litość?
Sama tym zaskoczona, stała przez dłuższą chwilę bez ruchu, gapiąc się niezbyt inteligentnie na Jaśminową Łapę; zwykle emanująca optymizmem suczka oklapła na swoje posłanie, patrząc się załzawionym, tępym wzrokiem w podłogę.
— Uh… Ekhem…? — chrząknęła głośno czarnowłosa uczennica. Mimo że wcale tego nie zamierzała, jej ton przypominał w najlepszym razie wściekłą karmicielkę wrzeszczącą na swoje dzieci.
Jaśminowa Łapa nawet nie uniosła głowy. Jej barki zaczęły trząść się spazmatycznie, a oczy robiły się coraz bardziej mokre. Po chwili z jej gardła wydobył się szloch.
Agatka na ten odgłos rozluźniła swoją posturę, a także nerwowo rozglądnęła się po otoczeniu. Wolałaby, żeby nikt teraz nie wszedł do legowiska, ponieważ mógłby pomyśleć, że to ona jest powodem smutku Jaśminowej Łapy.
Zaraz. Może to ja jestem tym powodem naprawdę? Ale chyba nie beczałaby tylko dlatego, że się do niej nie odzywałam przez parę dni, co nie?
Biła się z myślami, nie wiedząc, co powinna teraz począć. Już miała się zdecydować na wymamrotanie czegoś i szybkie odejście, gdy złapała kontakt wzrokowy z Jaśminką. Poczuła skurcz w żołądku, na myśl, że teraz miałaby ją tak zostawić.
— Jaśminowa Łapo? — wyszeptała, podchodząc do suczki. Cała zesztywniała z nerwów usiadła obok niej. W odpowiedzi usłyszała głośne pociągnięcie nosem. — Masz jakiś pro- — zamilkła, zdając sobie sprawę, że zabrzmiałoby to za szorstko. Przełknęła ślinę. — Coś… Coś nie tak?
Wlepiła w złotą ten jej spokojny, stanowczy wzrok.
 
<Jaśminkoo?>
[636 słów: Agatowa Łapa otrzymuje 6 PD i 2 punkty treningu]

6 grudnia 2021

Od Jaśminki (Jaśminowej Łapy) CD Agatki (Agatowej Łapy)

Akcja dzieje się w porze nagich drzew.
Serce zabiło mi mocniej, a ja stałam nieruchomo. Czarna suczka wpatrującą się prosto we mnie z pewnością słyszała głośne bicia dochodzące z mojej piersi.
— Ja... — wyjąkałam, nadal zaskoczona czyjąś obecnością. Nie sądziłam, że szczeniak, którego widziałam w oknie żłobka, odważy się pójść na zewnątrz moim śladem... — Uważasz mnie za fajtłapę...?
Chociaż warczałam, w sercu poczułam smutek. Czy rzeczywiście jestem niezdarna? Być może, Gadka - chyba tak się nazywała, o ile dobrze pamiętam - ma rację.
— Nie, no coś ty — ironicznie sapnęła. — ale chyba zapomniałaś, kto tutaj odpowiada na pytania. Dlaczego sama wyszłaś z obozu? To niebezpieczne. Po drugie-
Nie.
Odwołuję tamto. Gadka nie na racji. Jest niemiła. Nie lubię jej. Mimo woli, patrząc na nią, skrzywiłam się. Suczka zauważyła mój ruch i z głośnym kłapnięciem zamknęła pysk. Jej oczy zamigotały ze zdziwienia. Zaraz potem wypełniły się zaniepokojeniem i wstydem. Zdziwiłam się, gdy Gadka zaczęła wykrzywiać swoją szczękę raz w prawo, raz w lewo, bacznie obserwując moją mimikę.
Miałam szeroko otwarty pysk i jeszcze szerzej ślepia.
— Ale... Gadko, co ty robisz?
Ciemny szczeniak zmrużył w pełnym skupieniu oczy, nadal manewrując żuchwą, jakby próbowała ją dobrze ustawić. O co jej chodzi? Przekrzywiłam głowę.
— Jak to, nie widzisz? — Gadka zamknęła na chwilę oczy. — Jak jest lepiej? Taaak... — przesunęła dolną szczękę w prawo, a górną w lewo. Otworzyła ślepia, na nowo uważnie się we mnie wpatrując.— Czy taaak? — zamknęła pysk, tak, jak zwykle. Wyglądała zwyczajnie, chociaż...
Zamyśliłam się.
Aha.
Ona ma krzywy zgryz.
Poczułam wypełniające mnie współczucie.
— I tak, i tak jest ładnie, droga Gadko! — zapewniłam.
Szczenię oprzytomniało. Uśmiechnęło się szczerze, ciepło. Gdy prawie odwzajemniłam jej ruch, Gadka po chwili stania w bezruchu zastrzygła uszami. Ponownie przybrała pokerową twarzyczkę. Szkoda. Lubię, jak się osoby uśmiechają.
Wwiercała się we mnie chłodnymi, brązowymi oczami.
— Czekaj... — mruknęła. — Jak ty mnie nazywasz?
Wysuszyłam ząbki.
Śnieżynki powoli opadały na nasze sierści. Zimowe słońce delikatnie świeciło, rozświetlając śnieg. Drzewo, z którego spadłam, wyglądało pięknie, jak zawsze. Nic nie zwiastowało wrzawy, która zaraz miała wybuchnąć.
— G-A-D-K-A — przeliterowałam.
Skóra Gadki przybrała odcień głębokiej czerwieni, a sierść raz falowała, raz mierzwiła się na chłodnym wiaterku. Wyglądała śmiesznie, naprawdę! Dodatkowo te jej oczy! W kolorze zaschniętego błota! Poczułam łaskotanie w brzuchu, gdy zaczęłam chichotać. Była zabawna, ach! Po sekundzie chichot zamienił się w śmiech. Śmiech, doprawdy szczery śmiech.
Moja koleżanka, zabawna, acz niemiła, sposępniała. Pokazała zęby.
Nagle rzuciła się na mnie.
Nie wiedziałam, o co jej chodzi. Przecież celowo zachowywała się tak śmiesznie, czyż nie? Dlaczego więc mnie atakuje?
— Ajaja, och, ach!
Zatoczyłam się, upadając do tyłu. Uderzyłam potylicą o pień drzewa, które rosło za mną. Zamroziło mnie. Przez moje ciało przeszedł piorun.
Gadka stała nade mną, wytrzeszczając oczy. Ja leżałam ze szklistymi patrzałkami i wywalonym językiem.
Wyglądałyśmy idiotycznie, a jedyne co robiłyśmy przez kilka uderzeń serca, to wgapiałyśmy się w siebie nawzajem. Byłyśmy w szoku. Ona — morderczyni. Ja — ofiara. Romantycznie. Albo nie. Tragicznie.
Tylko... Dlaczego robiłyśmy to zaledwie przez kilka uderzeń serca? Albo raczej, kilka uderzeń mojego serca (ponieważ Gadka wyglądała, jakby jej serce biło tysiąc razy szybciej od mojego). Dlaczego?
A bo nagle, pod wpływem uderzenia o pień drzewa, roślina zadygotała, tańcząc.
Zdążyłam wrzasnąć: ,,Patrz! Drzewo tańczy poloneza!'' zanim śnieg nas nie przymiażdżył. Bo spadł z gałęzi drzewka. Drzewka, które wykonało swoją zemstę. Byłyśmy pod zaspą grubego śniegu. Piszczałam, co chwila uderzana przez panikującą Gadkę. Biała papka wpadła mi do nosa. Charczałam i plułam, niechcący trafiając śliną w oczy suczki.
Gadka jako pierwsza przebiła się przez lawinę. Wiedziałam to, ponieważ słyszałam jej sapanie nade mną i niespokojny oddech. Po krótkiej chwili przebiła pyskiem warstwę śniegu nade mną, wyciągając mnie.
— Cholera, jesteś ciężka — pisnęła, kładąc mnie na śniegu.
Obie byłyśmy oblepione śniegiem od stóp do głów. Dygotałyśmy. Wyglądałyśmy jak siedem nieszczęść.
Gadka usiadła, dysząc głośno. Ja nie podniosłam się, leżąc bezruchu. Było mi podejrzanie ciepło.
— Jesteś ohydna, tak w ogóle — stwierdziła Gadka po krótkiej chwili. — Naplułaś mi do oka, a ja ci życie uratowałam. Masz dług u mnie.
Podniosłam oburzoną głowę.
— Jaki dług?! To była zabawa. Poza tym nie naplułam ci do patrzałki. Śnieg ci wpadł.
Gadka zamrugała oczami, mamrocząc coś pod nosem.
— Może i śnieg — wymruczała. — Jednak tak czy siak, nie mów do mnie Gadka.
Zaraz, co? Nie podoba jej się jej imię? Przykre. Poderwałam się z ziemi, drżąc. Coś mi mówiło, że powinnyśmy się zacząć ruszać. Rozgrzać. Wrócić do obozu. Cokolwiek, co dałoby ciepło.
— Ależ przecież jesteś Gadką!
Suczka zmarszczyła brwi.
— Skąd ci to przyszło do głowy, fajtłapo? — trąciła mnie nosem. — Jestem Agatka.
W jej oczach pojawiły się radosne iskierki.
Gadka.

<Agatowa Łapcio?> 
[778 słów: Jaśminka otrzymuje 7PD oraz 1PT]

9 listopada 2021

Od Agatki (Agatowej Łapy) CD Jaśminki (Jaśminowej Łapy)

akcja dzieje się podczas zimy brrr zimno :(((
Panował mroźny, zimowy ranek; świat był spokojny, przykryty grubą kołderką białego puchu, acz niebywale lodowatą jak na kołdrę, która okalała wszystko; drzewa, ziemię, jezioro, magazyn… Wszystko.
Tymczasem Agatka przekręcała głowę to w prawo, to w lewo, nie wierząc w to, że jakiś szczeniak wcześniej niż ona odważył się opuścić obóz. Musiało jej się przewidzieć.
Zamrugała powoli oczami, jednak przez okno magazynu nadal widziała drzewo, a na nim wspinającą się złotą postać maleńkiego psa; Agatka kojarzyła tę suczkę, która w zasadzie była razem z nią przez większość czasu w żłobku, jednak szczerze mówiąc, nie zapamiętała jej imienia.
— Tatuś? — odwróciła swą główkę do Sowiego Pazura, który rozmawiał o czymś z Rzepakową Gwiazdą. Rosły samiec uniósł pysk, posyłając pytający wzrok w stronę córki.
— Tatuś wiedział, że jakaś suczka wspina się po drzewie?
Tatuś widocznie nie wiedział.
Sowi, widocznie zaskoczony, zostawił równie zaskoczoną partnerkę wraz z rozbawionymi zachowaniem Agatki szczeniakami i podszedł do swojej córki, która świdrowała go roziskrzonym z emocji spojrzeniem.
— Niech tatuś szybko zobaczy! — pisnęła, merdając zaciekle ogonem. Przycisnęła przy tym swój mały nosek do szyby, próbując się znaleźć jak najbliżej drzewa i, jak myślała, złotego szczeniaka; jej ciepły oddech zaparował szkło.
Wyszło idiotycznie, bo żadnego kurdupla nie było widać. Złota postać widocznie rozpłynęła się w powietrzu.
Agatka była wyraźnie zbita z tropu i, z nisko opuszczonym ogonem i oklapłymi uszami wlepiła wielkie oczy w swojego rodzica.
— Ale… Tatuś…
— Nie widzę nikogo — szczeknął, mrużąc oczy. — Chyba coś ci się przewidziało.
— Aha! Na pewno tak musiało być — Agatka szybko przytaknęła, jednak kątem oka zauważyła drobny ruch pod drzewem. — Kocham cię tatusiu i dziękuję!
Można by zaryzykować stwierdzeniem, że Sowi się uśmiechnął. Ot, tak delikatnie, powściągliwie, z pewnym dystansem do tej całej sytuacji i odszedł, z powrotem wracając do omawiania spraw Industrii z Rzepką, która, oprócz zamartwiania się klanem, musiała ogarniać biegające wokół niej puchate, krzyczące kuleczki.
Córeczka tatusia tymczasem rzuciła jeszcze okiem na tereny, które była w stanie dostrzec przez oszronioną szybę i ze spokojem upewniając się, że nikt teraz na nią nie patrzy, wyszła ze żłobka.
Serce waliło jej mocno w małej piersi, myśli pędziły, z nerwów łapy się jej ugięły. Możliwie najszybciej przeszła przez magazyn, raz niemal zostając zmiażdżona przez dwunożnego, który, niosąc kartonowe pudła, szedł prosto na nią.
Suczka w ostatniej chwili przycisnęła się do ściany, czując, jak sierść, która stanęła jej dęba, ociera się o buty przechodzącego człowieka. Stłumiła w gardle narastający warkot.
Odczekała przez kilkanaście uderzeń serca, nie będąc w stanie poruszyć jakąkolwiek część ciała; mimo że dwunożny odszedł, nawet jej nie zauważywszy, strach przykuł ją do podłoża.
Po upływie dłużących się kilkudziesięciu sekund postawiła drżącą łapą drobny krok. Potem ruszyła pędem, postanawiając, że wyjdzie z tego miejsca najszybciej, jak się da.
Dlaczego więc, chociaż się bała, w ogóle wychodziła z obozu?
Cóż, Agatka ubzdurała sobie, że zostanie bohaterką. Sprowadzi zagubione szczenię do domu, bez niczyjej pomocy, zasłuży na uznanie klanu, rodziny i — przede wszystkim — ojczulka. Dodatkowo, ponieważ była narcystyczna, uważała, że tylko i wyłącznie jej może się udać tak ryzykowny czyn, dlatego nikogo o tym nie poinformowała, nikogo nie poprosiła o pomoc; najzwyczajniej w świecie przeceniła swoje szczenięce, marne dość możliwości.
Mimo że widziała śnieg przez okno, nie przygotowała się na to, że będzie tak lodowaty; nie spodziewała się również, że w powietrzu obecna będzie ostra, mroźna woń, która wprawiała jej serce w szybszy rytm.
Przedzierała się przez śnieg, który, chociaż był cienki, wydawał jej się barierą nie do przebicia. Niestety, jak wszyscy wiemy, Agatka nie posiada powalającej orientacji w terenie, dlatego przez dłuższą chwilę włóczyła się bezsensu wokół magazynu, próbując ustalić, które drzewo widziała z okna żłobka.
Gdy w oddali zauważyła tą obsypaną ze wszystkich stron śniegiem gigantyczną roślinę, automatycznie pomachała w powietrzu parę razy ogonem i, zapominając zupełnie o śniegu oblepiającym jej brzuch i łapy, rzuciła się w jego stronę; nie dostrzegła jednak wokół niego ani jednej żywej duszy, toteż mocno zdezorientowana, przysiadła na zadzie.
— Jest tu kto? — szczeknęła ze zdziwieniem ukrytym pod rosnącym zdeterminowaniem, by odnaleźć łamiącą prawa istotę. — Widziałam cię! Wyjdź, bo zawołam mojego ojca, który jest zastępcą.
Nikt się nie odezwał, więc Agatka od razu zmarszczyła w niezadowoleniu nos.
— Jeśli wolisz, mogę zawołać moją mamę. Jest liderką.
Dopiero wtedy odpowiedział jej cichy szmer. Po paru uderzeniach serca zza ciemnego pnia wychylił się drobny, zaskakująco długi pysk z dużymi, brązowymi oczami i otaczającą je czarną maską. Agatka rozszerzyła nozdrza, wyłapując znany jej, przesycony magazynem i żłobkiem mleczny zapach.
— Kto ty jesteś? — zadała pytanie, nieufnie się cofając.
Suczka wyglądała w tej chwili tak, jakby Agatka mówiła do niej po chińsku; po chwili rozszerzyła oczy, jak gdyby właśnie zrozumiała pytanie, które padło w jej stronę. Szczerze mówiąc, złote szczenię zmarszczyło czoło; wyglądała, jakby próbowała sobie coś usilnie przypomnieć. Być może był to wierszyk, który każdy z nas powtarzał w przedszkolu, ale Agatka nie oczekiwała od swojej rówieśniczki odpowiedzi: „Polak mały”.
— Jaśminka — powiedziała po chwili, przystępując z łapy na łapę. — A ty…?
— Mam ważniejsze pytanie — Agatka pozwoliła sobie zignorować słowa Jaśminki. — Co tutaj robisz? Dlaczego wyszłaś sama z obozu? — ciągnęła tonem pełnym chłodnej uprzejmości. — Próbowałaś się wspinać i spadłaś z drzewa? Zrobiłaś to naumyślnie, bo widziałaś, że Sowi Pazur podchodzi do okna, czy jesteś fajtłapą?
Coś zamigotało w umyśle Agatki. To „coś” mówiło jej, że przesadziła, dlatego lekko się speszyła. Jaśminka jednak nie wyglądała na obrażoną. Przynajmniej na razie, bo Agatka była niczym tykająca bomba, schowana pod toną spokoju i upartości.

<Jaśminko?>
[913 słów: Agatka otrzymuje 9PD oraz 1PT]

8 października 2021

Od Jaśminki

Świat jest taki przepiękny!
To moje nowe motto.
Wraz ze wschodem słońca i pierwszymi spadającymi płatkami śniegu, otworzyłam zaspane oczy. Spoglądając przez zakurzone okno w Magazynie, dostrzegłam zamarznięty krajobraz. Był taki… nietypowy. Drzewa wyglądały dziwacznie, jeszcze niedawno ich gałęzie otoczone były różnokolorowymi liśćmi, a teraz straszyły swą nagością. Ich kora była oszroniona, pełna białych rysunków, które naprawdę nie wiem, co przedstawiały! Bardzo bym chciała je zobaczyć z bliska!
Rozglądnęłam się po żłobku. Sasanki nie było nigdzie widać, a Korzeń i dzieci Rzepakowej Gwiazdy spały. Podniosłam się, po czym, cichuteńko i na paluszkach, wyszłam z pomieszczenia.
Nie wiedziałam, że mamy aż tyyle psów w klanie! ,,Dzień dobry, psze pani’’, ,,dzień dobry, psze pana’’, czy ,,dzień dobry, psze pańa’’, padały z mojej strony na każdym kroku. Merdałam ogonem to na prawo, to na lewo, próbując zapamiętać lawinę dwuczłonowych imion, które padały w moją stronę.
Wszyscy byli mili i myślałam, że z chęcią pozwolą mi wyjść na świeże powietrze; chciałam skakać, pościgać się z wiatrem, niczym pies z We…Ve…Wewentus!, a także pospinać się po drzewach, dając pokaz tego, co potrafią Płomienni, tego, co mam w genach!
No ale nie.
Mijając pewną wojowniczkę, o kręconej, rudo-białej sierści, postanowiłam, że to właśnie ją poproszę o wyjście.
— Dzień dobry — przywitałam się grzecznie. Zamrugałam oczami. — Jestem Jaśmina, a pani to- a nie, zaraz, przecież panią znam! — krzyknęłam, przypominając sobie, że ta suczka odwiedzała żłobek, czego nie można powiedzieć o wielu innych osobistościach. To dziwne, dlaczego nas, szczeniaków nie lubią? Przecież klan im się rozrasta. — Pani się nazywa Labędzidz Gwiżdż. Dziwne imię. Co oznacza Gwiżdż?
— Słonko, nie Gwiżdż, ale Gwizd.
Gwiżdż.
— Aha — szczeknęłam. — A mogę wyjść z obozu, Gwiżdż? Proszę pięknie!
Łabędzidza przekręciła głowę i zaśmiała się cichutko, wesoło, po czym odezwała się z dziwną stanowczością.
— Nie, wybacz skarbie, nie możesz — tupnęłam nogą. — Ciii, zrozum, na zewnątrz jest zimno, rozumiesz? Wiatr hula po polach, gwiżdże — powiedziała to słowo z dziwnym akcentem. — Poza tym, jesteś szczeniaczkiem, boimy się o twoje zdrowie.
— Ale ja sobie poradzę! — warknęłam ze smutkiem. — Dlaczego pani nie docenia moich umiejętności przetrwania?
Wojowniczka westchnęła.
— Dobrze, skoro chcesz, to wieczorem mogę z tobą wyjść. Tylko musisz być grzeczna i obiecać, że sama nie będziesz wychodziła z Magazynu!
Z początku chciałam się kłócić, ale gdy uspokoiłam wirujące myśli, pomysły i przeanalizowałam, co wypada mi teraz zrobić, przytaknęłam.
— Dobrze, wojownicko!
Odeszłam na parę długości ogona. Ona także.
Odwróciłam się. Nikt nie patrzy? Już sobie poszła?
Szybko posmakowałam powietrza. Na razie nie ma nikogo.
Sprintem dopadłam najbliższego parapetu i, skacząc po wszelakich pudłach, rzeczach i rupieciach, nieraz prawie zsunęłam się na ziemię; po tych wszystkich wysiłkach, dotarłam do okna.
Dobra. Poszło łatwo. Wreszcie pospinam się po drzewach! Uśmiechnęłam się, obserwując, jak pies stojący przede mną, zamrożony w przeźroczystej tafli, również się szczerzy.
Przekręciłam głowę, a w serce ukłuło mnie współczucie. Czemuż ten złoty szczeniak stojący tuż obok, powtarza moje ruchy? Przybliżyłam się do szyby, stykając nos ze szczeniakiem.
Smutne.
— Nic ci nie jest? — zapytałam się ze szczerością, siadając powoli. — Chodź, nie bój się, możesz do mnie podejść.
Brak reakcji.
Opamiętałam się. Nie ma czasu na to! Muszę się stąd wydostać. Posłałam szczeniakowi w szybie ostatnie przepraszające spojrzenie, po czym złapałam zębami za klamkę i szarpnęłam mocno.
Okno powoli ustąpiło, a ja, mimo bólu zębów, ciągnęłam dalej, z całej siły. Mocniej! Dam radę!
Klamka jęknęła. Poczułam na sierści lodowaty wiatr, a sierść od razu zafalowała mi pod jego podmuchami. Poczułam na sobie przeźroczyste kryształki, które przebierały różne kształty. Och, jakie jesteście piękne! Polizałam je, nakazując im w myślach, by zostały na mojej sierści; dodawały mi urody, a swoją jasną, śniegową barwą kontrastowały z moją czarną maską na pysku.
Przecisnęłam się z trudem przez wąską szparę, z nieskrywaną radością czując świeże powietrze. Wypięłam dumnie pierś i rzuciłam dumne, lekko podekscytowane spojrzenie przez bark, wpatrując się w ścianę magazynu. Inne psy się teraz nudzą, a ja!, a ja teraz odkrywam świa-
Zachwiałam się. Nie trzeba było długo czekać, bym runęła na zamrożony śnieg.
Spadając, wrzasnęłam. Wylądowałam jednak dość miękko, chociaż dywan ze śnieżynek był cienki. Otrzepałam się z ulgą. Po krótkim paraliżu i bezmyślnym chłonięciu widoków postawiłam przed siebie krótki kroczek.
Wow, jak fajnie!
Puściłam się pędem.
Wirowałam na wietrze jak opadające na mój nos płatki śniegu, w spojrzeniu miałam nieprzewidywalność i dzikość, jakbym właśnie zamieniłam się w panią pory nagich drzew! Lód pod moimi łapami przyprawiał mnie o zimne dreszcze i nadawał moim ruchom licznych, niespodziewanych utrat równowagi.
Nagle przypomniałam sobie o wspinaczce.
Zatrzymałam się, a w głowie nadal mi wirowało. Obraz przede mną to zachodził mgłą, to rozjaśniał się oślepiającym blaskiem.
Jaśmino, idź się wspinać!
Szczeknęłam piskliwie i znów pobiegłam przed siebie, w stronę najbliższego drzewa. Widziałam je przez okno żłobka; z bliska wyglądało jeszcze wspanialej. Miało popękaną, ciemną korę, oszronioną to tu, czy tam. Chyba właśnie szło na swoje zgromadzenie klanów, bo było nadzwyczajnie wystrojone.
Wybiłam się, zahaczając pazurkami o nierówną strukturę. Wywaliłam ze strachu oczy i napięłam ogon. Jakoś udało mi się utrzymać równowagę. Stałam na gałęzi!
Wtem, tknięta jakimś dziwnym niepokojem, odwróciłam się, przodem w stronę magazynu. Przede mną, w oknie żłobka, zobaczyłam mały, szczenięcy pyszczek i brązowe oczka wbite we mnie.
Pisnęłam, po czym spadłam z powrotem na ziemię. Tym razem lądowanie nie było miękkie. 
 
<ktoś ze szczeniąt? Jakaś suczka najlepiej, chcę, żeby Jaśmina miała przyjaciółkę> 
[883 słowa: Jaśminka otrzymuje 8PD]
 
Zaklepane dla Agatki!