Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwalijkowy Zagajnik × Krzaczasty Cień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwalijkowy Zagajnik × Krzaczasty Cień. Pokaż wszystkie posty

14 sierpnia 2021

Od Konwalijkowego Zagajniku CD Krzaczastego Cienia (Krzaczastej Łapy)

Mimo tego, że między Krzaczastą Łapą a Konwalijkowym Zagajnikiem przez większość drogi panowało napięcie, suczka nie zawahała się ani przez chwilę, kiedy tylko usłyszała skrzypnięcie śniegu i poczuła odór Ventus.
— Krzaczasta Łapo, uważaj! — wyrwało się z jej pyska. 
Jej ciało zdążyło zareagować szybciej niż jej mózg. Popchnęła rudego ucznia na bok i zasłoniła go swoim ciałem. Odetchnęła głęboko, napinając wszystkie swoje mięśnie. Taka sytuacja była dla niej czymś zupełnie nowym, dlatego trzymała się na baczności, mierząc wzrokiem suczkę z obcego klanu. Zmrużyła oczy, kiedy poczuła coś więcej niż tylko Ventus. Choć jej rudo-czarne futro przesiąknięte było innymi Wietrznymi, ciągnął się za nią też nieco stłumiony smród karmy dwunożnych.
— Co robicie na terenach Ventus?! — suczka fuknęła, najpewniej nie zdając sobie sprawy z sytuacji, w której się znajduje. Zresztą podobnie jak Konwalijka, którą z zaskoczenia wzięło pytanie nieznajomej.
— Zaraz, terenach… co? — wyjąkała wojowniczka, gubiąc się w tym wszystkim i tracąc na chwilę swoją wcześniejszą pewność siebie. Czuła się, jakby trafiła do jakiegoś cyrku. Cała ta sytuacja była niedorzeczna. Zmieszana zerknęła na Krzaczastą Łapę. Była pewna, że nie przekroczyli swoich terenów.
Wszystko to dobrze podsumowało jego niezręczne parsknięcie śmiechem, na które nie stać było Konwalijki.
— Ven-tu-su — przeliterowała młoda, marszcząc czarny nos. — Wy też jesteście nowi? Nie wiecie co to klany?
Ha? Teraz naprawdę nie rozumiała już podpalanej suczki. Nowi? Co to za niedorzeczność? Odruchowo przysunęła się bliżej do Krzaka, w razie gdyby stanowiła jakieś zagrożenie, choć nie wyglądała groźnie. Jednak nigdy nie powinno się bagatelizować niebezpieczeństwa, obojętnie na jak błahe by nie wyglądało, prawda?
Zastanawiała się dłuższą chwilę jak powinna rozwiązać tę sytuację - bo w końcu to ona z ich dwójki dzierżyła wyższą rangę — i czemu do diaska ta suczka śmierdziała jak samotnicy. Lecz zanim zdążyła zareagować, za uczennicą pojawiła się kolejna para Wietrznych. Pysk Konwalijki zadrżał. Skupiła się na niej tak bardzo, że nawet nie wyczuła, że nadchodzi więcej psów! Wyszczerzyła kły, przybierając bojową pozycję podobnie jak Krzak. Kto by się jednak spodziewał, że zamiast walki rozegra się przed nimi kolejna dzienna porcja cyrku? Z pewnością nie ona.
— Ktoś mi powie, co tutaj się dzieje? — fuknęła Konwalijkowy Zagajnik, przerywając wymianę zdań między członkami Ventus.
— Wybaczcie — odezwała się jedna z suczek z obcego klanu. Konwalijka na jej słowa nieco się rozluźniła. — Spalona Łapa jest u nas nowa. To dopiero jej drugi patrol przy granicy. Wojowniczka zmarszczyła brwi na jej słowa, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo coś śmierdziało jej w tym wszystkim. Zmrużyła na krótką chwilę oczy, analizując sytuację. Uczniowie i jedna wojowniczka przekroczyli granicę, ale ich wyrazy pyska wskazują na to, że - przynajmniej część z nich - zupełnie nie zdawała sobie sprawy. Nawet jeśli osobiście coś jej tutaj nie pasowała, po co miałaby ich tu zatrzymywać? Dopóki nie stanowili zagrożenia dla jej klanu, mogła przymknąć oko na takie wpadki.
Kiedy wreszcie otworzyła oczy, jej pysk zdobił już delikatny, spokojny uśmiech.
— Nic się nie stało. Wróćcie na swoje tereny i nauczcie swoich uczniów, jak daleko one leżą — powiedziała Konwalijka, a kiedy tylko te słowa uciekły z jej pyska, Pstrokate Skrzydło wraz z uczniami jak najprędzej oddaliła się w tylko im znanym kierunku.
Kiedy wreszcie zniknęli im z oczu, wojowniczka zaskoczona spojrzała na Krzaczastą Łapę, zastanawiając się w głowie, dlaczego w ich szeregach znajdował się ktoś „nowy”. W końcu otworzyła pysk:
— Pójdziemy dokończyć patrol i potem wrócimy do obozu. Mam nadzieję tylko, że już ich tu nie zostaniemy.
Westchnęła.

***
 
Minęło parę dni.
Mimo tego, że jeszcze nie usłyszała, po co została wezwana przez liderkę zaraz po ogłoszeniu planu ataku na Industrię, mogła się z łatwością domyślić przyczyny. I choć gdzieś głęboko miała co do tego mieszane uczucia, starała się tego otwarcie nie okazywać.
Konwalijka spojrzała prosto w oczy Nakrapianej Gwiazdy, która stała tuż przed nią. W obozie nadal panował gwar spowodowany oburzeniem i zagorzałymi dyskusjami innych psów na temat wypowiadania wojny Industrii. ”O zachodzie słońca Irysowe Serce, Pajęczy Odwłok, Krzaczasta Łapa i dwóch wybranych Wodnych wyruszą na bitwę z Industrią”. Słowa Nakrapianej Gwiazdy nadal tkwiły w jej pamięci, choć kiedy pierwszy raz je usłyszała, nie wiedziała jeszcze, że będzie jedną z tych dwóch tajemniczych wybranych Wodnych.
— Na pewno słyszałaś moje słowa, Konwalijkowy Zagajniku — zaczęła liderka, utrzymując kontakt wzrokowy z młodszą od siebie suczką. — Zatem wiesz, czemu chciałam z tobą porozmawiać. Pójdziesz z nimi.
— Rozumiem.
— Mam nadzieję, że jesteś gotowa, żeby się tego podjąć. To rozkaz.
Cisza.
— Flumine zawsze może na mnie polegać, Nakrapiano Gwiazdo — odparła po dłuższej chwili, chcąc dobrze dobrać swoje słowa. — Będę bronić mojego klanu, obojętnie czy jest to kwestia jedynie jego honoru, czy bezpieczeństwa — i to nie dlatego, że to od ciebie dostaję ten rozkaz, zdawało się mówić jej spojrzenie. I choć te myśli pozostały niewypowiedziane, wydawało się, że liderka doskonale zrozumiała to, co Konwalijka chciała przekazać. Gdy tylko na szali było stawiane dobro jej rodziny, nic innego nie miało znaczenia. Tak długo jak Flumine pozostanie jej rodziną, tak długo liderka miała ją w swojej garści.
— Ha — parsknęła liderka. Konwalijka obawiała się, że zaraz usłyszy kazanie, jednak ku jej zdziwieniu pysk starszej suczki zdobił uśmiech i jakiś dziwny wyraz ulgi — Oczywiście... to mi wystarczy. Jestem pewna, że dobrze sobie poradzisz.
Wojowniczka uniosła głowę ku górze, podzielając jej uśmiech.
— Dziękuję.
Po tym jednym słowie odwróciła się i ruszyła w kierunku swojego legowiska. Jej kroki były spokojne, prawie dumne.
Jednak kiedy tylko przestała czuć na sobie spojrzenie liderki, zatrzymała się i spojrzała w przestrzeń. Jej oddech przyśpieszył, a tętno podskoczyło. Przełknęła ślinę, starając się zapełnić czymś pysk pełen gorzkiego posmaku. Bitwa. Wojna. Zamknęła oczy, starając się uspokoić swój oddech.
To przecież idealna okazja, żeby pokazać innym swoją wartość. Dlaczego więc miała aż tak złe przeczucie co do tego wszystkiego?

***

Śnieg prószył delikatnie tego wieczoru. Świat mienił się w bieli, sprawiając, że rdzawe futra Wodnych można było z łatwością dostrzec nawet z daleka. Ta myśl sprawiła, że jej ciało zesztywniało. Zawahała się, spoglądając na swoje łapy. Dzieliła ich tylko krótka chwila od starcia z Industrią. Już dawno minęli ostatnie drzewa oznaczone zapachem Flumine, co równało się tylko jednej rzeczy. Znajdowali się na terenie wroga. Podniosła głowę dopiero wtedy, kiedy poczuła na sobie spojrzenie Krzaczastej Łapy. Odetchnęła powoli, unosząc głowę ku górze. Musiała być dumna z tego co robi, inaczej… inaczej nie byłaby godna dzierżenia tytułu wojownika, odbijało się echem w jej głowie. Wzdrygnęła się, czując, jakby wszyscy mogli z łatwością usłyszeć jej myśli. Przytłaczająca cisza sprawiała, że nawet najcichszy szept stawał się słyszalny. Kiedy wreszcie dotarli do obozu obcego klanu, Konwalijka zbyt przytłoczona wszystkimi emocjami nieco odsunęła się od reszty, skupiając się na ich otoczeniu. To właśnie z tego powodu najprawdopodobniej jako pierwsza usłyszała podejrzane skrzypnięcie śniegu. Zastygła.
— Co, do cholery? — krótko po tym dobiegł do niej obcy głos.
Zanim zdążyła zareagować, suczka już rzuciła się w ich stronę.
— Jagodowa Mgło, powinniśmy załatwić to subtelniej-...
— Też mi subtelniej, Ciepły — warknął jeden z psów. — Na pohybel skurwysynom!
W przeciągu paru kolejnych sekund wcześniej spokojne miejsce zmieniło się nie do poznania. Różne psy nacierały się na siebie tylko z jednym, wszystkim jasnym celem. To nie były już dziecięce zabawy w żłobku. Tutaj naprawdę warzyło się życie członków jej klanu. Poczuła, jak adrenalina zaczyna buzować jej w żyłach.
Widząc, że dwa psy jednocześnie rzucają się na Krzaczastą Łapę, kłapnęła na jednego z nich, starając się odwrócić jego uwagę. Splunęła jego rdzawą sierścią, która była jedynym, co zatrzymało się na jej zębach. Odskoczyła do tyłu, widząc, jak pies od razu kieruje całą swoją uwagę na nią. Przez dłuższą chwilę próbowali się dosięgnąć, lecz żaden nie zdołał zranić swojego przeciwnika.
To właśnie wtedy zobaczyła przed sobą rudawą plamę. Krzaczasta Łapa rzucił się na przeciwnika Konwalijki, pozwalając jej wreszcie odetchnąć. Nie była to jednak pora na czucie ulgi. Sytuacja nie prezentowała się najlepiej, a śnieg z sekundy na sekundę przybierał coraz bardziej szkarłatny odcień.
Warknęła pod nosem, rzucając się na kolejnego psa. Tym razem jej kły zanurzyły się głęboko w mięśniach przeciwnika. Odskoczyła, odrywając kawałek jego skóry. Prawie od razu skoczyła na niego ponownie, chcąc rozerwać coś więcej niż tylko kawałek skóry. Zatrzymała się w połowie i poleciała na bok po śliskim śniegu, widząc, jak Sowi ignoruje jej atak i rzuca się na innego psa.
Zacisnęła zęby, odwracając się w jego kierunku. Zastygła. Nie przygotowała się na widok, który rozgrywał się jej teraz przed oczami. Pajęczy Odwłok, z którym jeszcze nie tak dawno była na patrolu leżał teraz nieruchomo, niczym zimny kamień wśród szczypiącego śniegu. A nad jego ciałem zastępca Industrii, z pyskiem oklejonym czarniejącą krwią.
W uszach odbijało jej się bicie serca, jak gdyby walka na chwilę przycichła. Leżało przed nią kolejne ciało. Czego innego mogła spodziewać się po bitwie? Stała na linii frontu. Po naruszeniu granic mieli po prostu wymienić się grzecznościami i polizać po pyskach na pożegnanie? Powoli zdawała sobie sprawę, jak niedorzeczne było jej myślenie. Tutaj nie było kompromisów.
Dlatego Sowi musiał zapłacić.
Nie zwracając uwagi na nikogo innego, wybiła się w kierunku Sowiego. Przejechała kłami po skórze, czując, jak metaliczny posmak wypełnia jej pysk. Zaryła pazurami o śnieg, mając zamiar uderzyć znowu. A jeśli teraz się nie uda to kolejny raz, i kolejny, i kolejny.
— Wycofajcie się! Flumine!
Przerwała swoje plany, słysząc głos Irysowego Serca. Dopiero wtedy poczuła, że odzyskuje władzę nad własnym ciałem. Cofnęła się parę kroków w tył, półprzytomnie rozglądając się po polu bitwy. O nie, nie, nie… dopiero teraz dostrzega, że zaraz obok większego ciała Pajęczego, przesiąkniętego krwią i śliną, leży nieco mniejsze, rudawe ciało. W panice rozejrzała się na boki, a kiedy wreszcie dostrzegła Krzaczastą Łapę, podparła jego bok.
— Krzaczasta Łapo, uspokój się — wyszeptała do niego przez zaciśnięte zęby. Wskazała mu pyskiem dwa ciała leżące zaraz przed nimi, a kiedy on wyrwał się do przodu, odwróciła wzrok.
Czy obydwaj żyli? Jakaś część Konwalijki nie chciała znać prawdy. Chciała tylko wrócić jak najszybciej do domu. W końcu była tylko tchórzem. Tchórzem bojącym się śmierci.
I kiedy wracali w ciężkiej ciszy do swojego obozu, ta jedna, nieprzyjemna myśl była jej wiernym towarzyszem.

***

Konwalijkowy Zagajnik mogła się jedynie przyglądać, kiedy kolejni uczestnicy bitwy wchodzili i wychodzili od medyka, z opatrzonymi mniej lub bardziej poważnymi ranami. Westchnęła, kładąc pysk na łapy. Zazwyczaj po zrobieniu swoich obowiązków oddawała się jakimś przyjemnym czynnościom, jak pogawędka z innymi wojownikami czy doglądanie żłobka. Niewątpliwe jednak było, że po ostatniej walce nikt nie miał nastroju na tego typu rzeczy. Sytuacja była napięta, każdy to wiedział, choć większość psów nie mówiło o tym na głos.
Zatrzymała wzrok na Krzaczastym, który skończył właśnie jedną z jego rutynowych kontroli u medyka. Przez ten krótki okres czasu jego rany zdążyły się już prawie zagoić, a przynajmniej tak wnioskowała z jego kroków. Zdążył się nawet dorobić nowej rangi. Kiedy tylko zbliżył się do niej wystarczająco blisko, podniosła się i rozciągnęła.
— Gratulacje — odezwała się. — Mam na myśli rangę wojownika. Krzaczasty Cień… ciekawe imię.
Naprawdę musiała się nudzić, skoro stwierdziła, że dobrym pomysłem będzie zaczepienie go. Jej pysk jak zwykle zdobił jej popisowy uśmiech.
Jednak obojętnie jak bardzo Krzak doszukiwałby się nieprzyjemnych podtekstów za jej słowami, nie mógłby ich znaleźć. O ile nie miałby urojeń. Mówiła dokładnie to, co miała na myśli. Skoro dostał nową rangę, to najwyraźniej przeszedł w końcu trening i na nią zasługiwał. Chociaż co do ostatniego mogła mieć wątpliwości, ale nie miała zamiaru podważać autorytetu ani zastępczyni, ani liderki. Nie podczas tej i tak napiętej sytuacji.
Wewnętrzne spory nie wyjdą im na dobre.
< Krzaczasty Cieniu? >
[1863 słów, niewpisane]

19 lipca 2021

Od Krzaczastej Łapy CD Konwalijkowego Zagajnika

— Jak się nazywasz?
Były to pierwsze słowa, które wypełzły z pyska Krzaczastej Łapy. Pierwsze od początku patrolu, rzecz jasna; nie można było jednak wykluczyć, że równocześnie pierwsze w stosunku do Pajęczego Odwłoku, który przystanął wpół kroku, nie racząc nawet obdarzyć go spojrzeniem.
Gdyby Krzaczasta Łapa i Konwalijkowy Zagajnik tylko wiedzieli o śmierci Malwowego Ogona, pomyśleliby, że jej duch właśnie jest z nimi, bo powietrze przesycone było jadem żmii, wyszedłszy z pyska ucznia.
— Przepraszam? — powtórzył wojownik, zawieszając nos nad śniegiem.
— Jak się nazywasz?
Gdyby jad żmii był wybuchowy, to iskry błyskające w spojrzeniu Pajęczego Odwłoku właśnie spowodowałyby pożar.
— Nie znasz członków własnego klanu?
— Nie takie było pytanie.
— Panowie-... — próbowała przerwać im Konwalijka.
— Pajęczy Odwłok.
— Czy nazywasz się Pajęcza Gwiazda?
Krzaczastej Łapie odpowiedziała cisza, więc on odpowiedział pozostałym skrzypieniem śniegu pod łapami, kiedy ruszył przed siebie, złośliwie omijając Pajęczego.
— Krzaczasta Łapo? — zagaiła Konwalijka. W jej głosie dało się wyczuć coś zupełnie innego od jadu czy ognia, ale Krzaczasta Łapa był niemal pewien, że te parę nut potrafiłoby wysadzić w powietrze cały obóz Flumine, gdyby tylko chciało. Spędził dwadzieścia cztery księżyce na analizowaniu swojego każdego przeciwnika i — choć trochę mu to zajęło — nauczył się nie przeceniać ich możliwości. — Gdzie-...
— Konwalijkowy Zagajniku — podniósł głos, jakby próbował ją przekrzyczeć, co w teorii było zwykłym brakiem szacunku, ale nie dla Krzaka; ogon Konwalijki za to opadł, jeżąc się na każdą wypowiadaną sylabę ucznia — pójdziesz ze mną?
Zabrzmiało to, jak obnażenie jego dumy. Dwoma osobami, przed którymi Krzaczasta Łapa czuł respekt na tyle wielki, żeby zadawać delikatne, acz szczere pytania, byli kolejno Dyniowa Łapa i Irysowe Serce, o ego większym niż ich poziom IQ. Konwalijkowy Zagajnik jednak w niczym mu nie zawiniła; a skoro Nakrapiana Gwiazda zleciła im patrol, to jest: zadanie w minimum duecie, nie zamierzał działać solo, wykluczając od siebie już i tak zbędnego idiotę.
— Co zrobi Nakrapiana Gwiazda, jeśli się dowie, że uczeń rozkazuje przywódcy patrolu? — syknął Pajęczy Odwłok, pozostając w tyle, kiedy Konwalijka postąpiła krok do przodu, zawahawszy się nad każdym ruchem ciała przed zbliżeniem do Krzaka.
— Jak już wrócisz, to ją zapytaj — bąknął, zawieszając rudy łeb nad śniegiem, żeby przez warstwę lodu wyczuć jakikolwiek zapach wskazany przez wojowniczkę.
Usłyszał prychnięcie i drżenie ziemi w odległości kilku metrów, kiedy Pajęczy Odwłok odskoczył, ruszając w drugą stronę.
— Krzaczasta Łapo, nie powinniśmy go tak zostawiać — jęknęła Konwalijkowy Zagajnik, dołączając się krok w krok z Krzakiem. Nie umknął mu kilkucentymetrowy dystans, jak gdyby wojowniczka tylko czekała na nagły odskok, chwycenie zagrzebanego w śniegu patyka i wciśnięcie mu go w oko.
— Nie zostawiliśmy go — westchnął. — Nie powiedziałem mu, że ma z nami nie iść. Sam sobie poszedł.
— Ale… to… eee… kodeks mówi…
— Złapałem.
Woń zakręcała w stronę Ventus, robiła tam fikołka, tańczyła makarenę w powietrzu i wracała do granic z Flumine, jakby Rumiankowa Łapa i Omszona Łapa nie byli jedynymi ćpunami w tutejszych okolicach.
— To Ventus? — dopytała Konwalijka, momentalnie skupiając się na zadaniu.
Krzak wyprostował się, jakby nabrał zupełnie nowej energii. Konwalijkowy Zagajnik może i buzowała empatią większą, niż chęć Aleksa do życia podczas pisania opowiadania przed wyjazdem, ale jej zadaniowość przypominała mu właśnie to, co respektował w dwóch ważnych osobach jego życia.
Dla Konwalijki klan był najważniejszy. Psy, kodeks, granice. Dla Krzaczastej Łapy najważniejsze były zasady i zadania. Nie były to tak odległe od siebie rzeczy, na jakie wyglądały.
— Oba — potwierdził Krzak, wpatrując się w śnieg przed sobą, jakby ślady zapachowe świeciły neonem, ale tak naprawdę to jego wyobrażenia płatały mi figle na tle białego krajobrazu. — Podejrzewam, że samotnicy musieli znaleźć się także na terenie Ventus, skąd zostali przegonieni. Może jakiś uczeń zapędził się za bardzo podczas pogoni i trafił do nas.
Konwalijkowy Zagajnik pokiwała głową w milczeniu, wpatrując się dokładnie w ten sam, martwy punkt.
— Powinniśmy zawracać?
Barki zesztywniały mu niczym skute lodem. Nie zdążył powiedzieć, że powinni to sprawdzić, bo jego przeczucie płata mu figle — ba, pewnie w końcu ze swoim przeczuciem dałby sobie spokój, w końcu logika i wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że niebezpieczeństwo nie istniało — nim Konwalijkowy Zagajnik pchnęła go w bok, szczerząc zęby.
— Krzaczasta Łapo, uważaj!
To był ten zapach. Ventus. Samotnik. Przeplatane tchórzostwem, uczniowską naiwnością i starym, zwietrzałym zapachem Dwunożnych.
Zapach nie był osobami, lecz osobą. Suczką o rudo-czarnej, podpalanej sierści, szczenięcym spojrzeniu i równie szczenięcym uchem, które opadło razem z kolejnym krokiem intruzki, kiedy Konwalijka instynktownie zasłaniała Wodnego własnym ciałem.
Uniósł brew, ze zdziwieniem zerkając to na Konwalijkowy Zagajnik, to na nieznajomą. Co one, do cholery, obie myślały?
Może jednak nigdy nie nauczył się nie przeceniać swoich przeciwników.
— Co robicie na terenach Ventus?! — fuknęła suczka, rozbieganym spojrzeniem starając się przestraszyć Flumine, ale zaraz na jej nos spadł płatek śniegu i ta potrząsnęła głową, żeby go strzepnąć.
— Zaraz, terenach… co? — wyjąkała Konwalijka, zerkając na Krzaka ukradkiem.
Parsknął niezręcznie śmiechem, bo żadna inna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy.
— Ven-tu-su — przeliterowała młoda, marszcząc czarny nos. — Wy też jesteście nowi? Nie wiecie co to klany?
Nowi?
Przybrali układ bojowy, jak dwójka żołnierzy, mimo że nigdy wcześniej nie walczyli u swojego boku. Konwalijkowy Zagajnik czuwała okiem nad nieznajomą suczką, a Krzaczasta Łapa pilnował tyłów, które szybko nabrały wyraźnego już zapachu Wietrznych.
— Spalona Łapo! — biały z psów rzucił w eter. Truchtała przy nim druga, brązowa, a oboje razem wyglądali jak duo ptasiego mleczka.
Większy z Wietrznych, wtapiający się w mleczną barwę śniegu, wystawił zęby w stronę dwójki z Flumine. Krzaczasta Łapa odpowiedział mu tym samym, spinając zad w gotowości do skoku. Przeciwnik wyciągnął łapy do przodu, chcąc rzucić się wprzód, ale brązowa suka złapała go za skórę na karku i docisnęła do ziemi.
— Jaśniejąca Łapo — warknęła — co ja ci mówiłam o rzucaniu się na innych? Brzydki piesek.
— Siostrzyczko — wyjąkał, a uczucia w jego tonie wahały się pomiędzy kompletnym poniżeniem a złością.
— Co ja ci mówiłam o moim imieniu? — oburzyła się.
— Pstrokate Skrzydło, psiakość, duszę się!
Puściła go, ale nerwy ani trochę nie zelżały któremukolwiek z Wodnych.
— Ktoś mi powie, co tutaj się dzieje? — fuknęła Konwalijkowy Zagajnik, omiatając Krzaka ogonem.
— Wybaczcie — westchnęła Pstrokate Skrzydło, potulnie pochylając łeb na znak szacunku. Krzaczek rozdzielił się z drugą wojowniczką, dopiero kiedy poczuł, jak jej mięśnie rozluźniają się pod wpływem znaku nadanego przez wojowniczkę. — Spalona Łapa jest u nas nowa. To dopiero jej drugi patrol przy granicy.
Nowa? zaświtało po raz drugi w myślach Krzaczastej Łapy. Był pewien, że zakręcający zapach Ventusamotników (sprytna nazwa, nie?) nie należał tylko do jednej osoby, ale nie odezwał się choćby słowem. Nie powinno go to obchodzić, dopóki którykolwiek z nich nie postawi łapy na jego posesji. Rozejrzał się jednak po pyskach zebranych i dostrzegł najdziwniejszą mieszaninę emocji, z jaką kiedykolwiek się spotkał — Spalona Łapa wyglądała na przerażoną, Jaśniejąca Łapa na zatroskanego i poniżonego, a Pstrokate Skrzydło usilnie unikała ich spojrzeń, żeby tylko nie zdradzić skrywanego przez wszystkich wojowników Ventusu strachu o ich własną liderkę.
<Konwalijkowy Zagajniku?>
[1117 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

16 lipca 2021

Od Konwalijkowego Zagajnika do Krzaczastej Łapy

Promienie słońca delikatnie muskające jej pysk, a to oznaczało tylko jedno. Dreszcze przebiegły wzdłuż jej kręgosłupa. Otworzyła powoli oczy, uspakajając swój drżący oddech. Została zmuszona do popołudniowej drzemki, żeby przygotować się na nocne czuwanie, ale tak naprawdę nie potrafiła zmrużyć oka. W jej głowie jak zacięta płyta cały czas powtarzały się słowa Nakrapianej Gwiazdy: „Mianowanie odbędzie się, kiedy słońce skryje się za budynkami, a szkarłatne niebo zacznie ciemnieć. Bądź gotowa”.
Podniosła się ze swojego legowiska i rozejrzała po obozie. Parę psów spojrzało na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Najwyraźniej słowo o jej mianowaniu już rozniosło się wśród społeczności Wodnych. Uśmiechnęła się delikatnie, kiwając głową na powitanie przechodzącym obok wojownikom i zagadując niektóre znane jej psy. Wtedy właśnie dojrzała dobrze znaną jej sylwetkę zbliżającą się do niej w pośpiechu.
— Och, mamo! Tata też już idzie-?
— Konwalijkowa Łapo — przerwała jej bliska płaczu Muszelkowy Nos, wtulając pysk w futro swojej córki — och, nawet nie wiesz, jaka jestem z ciebie dumna. Już za niedługo będziesz miała zupełnie nową rangę i imię… oj, córeczko…
Zaskoczona nagłą wypowiedzią swojej mamy otworzyła szerzej oczy, choć tylko na chwilę. Robiły teraz scenę, ale nie przeszkadzało jej to. Rozluźniła się i odetchnęła z ulgą. To słowa, które najbardziej chciała teraz usłyszeć. Nie czekała na uznanie ani reszty klanu, ani nawet samej liderki. Nowe imię mogło dać chwilę na złapanie oddechu, ale nie było końcem jej drogi. Jeszcze nie nadszedł moment, w którym będzie mogła spocząć na laurach. Jednak tak długo, jak jej rodzice ją wspierali, była pewna, że uda jej się iść naprzód.
Po dłuższej chwili Muszelkowy Nos wreszcie odsunęła się od swojej córki, na chwilę zatapiając wzrok w jej kasztanowych oczach. Przerwały dopiero wtedy, kiedy ostatni promień słońca zaczął się coraz bardziej kurczyć, zwiastując koniec dnia. Konwalijka wyjrzała kątem oka przez okno, widząc wyraźnie, jak słońce chowa się za konstrukcje Dwunożnych. To oznaczało tylko jedno. Czas ceremonii.
Wymamrotała pożegnanie do swojej mamy — chociaż nie była pewna co dokładnie — odwracając się w stronę środka obozu. Rozejrzała się dookoła, zauważając, że niektóre psy już czekały ze zniecierpliwieniem na przemówienie Nakrapianej Gwiazdy. Konwalijkowa Łapa, widząc to, również zaczęła czuć przyjemny ucisk w klatce piersiowej i uśmiech mimowolnie pchający się na pysk. Prawie każdy szczeniak czekał na ten właśnie dzień bardziej lub mniej. Na dzień mianowania.
I wtedy właśnie z tłumu wyszła ona, Nakrapiana Gwiazda, z uniesioną głową wskakując na stół w samym centrum Opuszczonego Domu.
— Niech wszystkie psy na tyle dorosłe, by samodzielnie polować, przyjdą na zebranie Klanu! — po obozie rozniósł się krzyk liderki. Szepty ucichły, a wszystkie oczy skupiły się na uczennicy stojącej na środku. Nakrapiana Gwiazda odchrząknęła, upewniając się, że zapanowała cisza. Dopiero wtedy zaczęła swoje przemówienie. — Ja, Nakrapiana Gwiazda, liderka Flumine, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam ją jako wojowniczkę. Konwalijkowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia?
Przełknęła gulę w gardle. Bicie jej serca odbijało się po całym ciele, a jedyne co słyszała to krew pulsującą w jej uszach. Nie miała jednak czasu na wahanie się. Niepewność mogła jej jedynie zaszkodzić w osiągnięciu celu. Uniosła nieco wyżej pysk, otwierając go z zamiarem wypowiedzenia słów, które miały zaważyć na jej przyszłości:
— Obiecuję.
Być może to wzrok płakał jej figle, ale mogła przyrzec, że delikatny uśmiech zagościł na pysku liderki, kiedy ta usłyszała odpowiedź.
— A zatem mocą Coelum nadaję ci imię wojowniczki. Konwalijkowa Łapo, od dziś będziesz znana jako Konwalijkowy Zagajnik. Gwiezdni honorują twoją wytrwałość i odwagę, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Flumine.
Starsza suczka zeskoczyła na pustce miejsce przed świeżą wojowniczką i oparła pysk o jej głowę. W tym samym momencie Konwalijkowy Zagajnik przejechała językiem po jej barku. Czas dłużył się niemiłosiernie, kiedy liderka powoli cofała się i jednocześnie dodawała jakieś słowa od siebie. W końcu jednak kiwnęła głową wszystkim zebranym, a następnie się oddaliła.
I to wtedy cisza została przerwana, a w obozie wybuchł gwar. Większość psów zaczęła skandować imię nowej wojowniczki, niektórzy skorzystali z okazji i rozpoczęli rozmowy z innymi psami, a inni… płakali? Konwalijka skrzywiła się nieco, widząc Klematisowego Korzenia smarkającego w futro Irysowego Serca.
— Ach, moja uczennica jest już wojowniczką… co teraz będę robił, samotny... — załkał pies, wycierając swoje załzawione oczy.
— Wszystko dobrze, Klematisowy Korzeniu? — spytała, pochylając się nad swoim — właściwie już nie — mentorem. Szturchnęła go nosem, starając się ocenić jego stan. Nie spodziewała się, że aż tak będzie przeżywał jej ceremonię. Chociaż… ona również z pewnością czuła jakieś ukłucie w serduszku na myśl o tym, że już nie będą spotykali się na wspólnych treningach.
— Nie zwracaj na niego uwagi, Konwalijkowy Zagajniku. Klem jest po prostu z ciebie bardzo dumny — odpowiedziała Irysowe Serce, uśmiechając się ciepło. Wymieniły między sobą jeszcze parę słów. Przynajmniej dopóki jej partner nie smarknął kolejny raz w jej futro, co poskutkowało odciągnięciem go siłą od centrum obozu. Konwalijka patrzyła na scenę rozwijającą się przed jej oczyma i Klematisa znikającego w tłumie. Przez dłuższą chwilę zostawiła wzrok utkwiony w przestrzeni, jak gdyby zapomniała o tym, gdzie właśnie się znajdowała. Być może tak było. Przytłaczające ją emocje, obojętnie czy pozytywne, czy negatywne, były zbyt mocne, żeby była w stanie myśleć trzeźwo.
Minęła dłuższa chwila. Większość psów zdążyła się już udać do spania lub śpieszyła się do innych spraw, dlatego mogło się wydawać, że stała w centrum obozu sama. Chociaż tak nie było.
Obojętnie jak przytłoczona by nie była, istniała jedna rzecz, którą mogła zawsze z łatwością dostrzec. Jasnoniebieskie, łagodne oczy patrzące na nią z oddali. Brzozowy Kieł stanął parę kroków od swojej córki, patrząc na nią z niepisaną radością.
Zerwała się i podbiegła do niego, uśmiechając się o wiele szerzej niż zwykle.
— Nie sądziłem, że tak szybko nastanie ten dzień, Konwalijko! Będziemy teraz mogli razem polować, patrolować, może nawet mentorować jakimś uczniom w tym samym czasie! — zaczął wymieniać Brzozowy Kieł, nagle brzmiąc o wiele młodziej, niż faktycznie był. Wyglądał na o wiele bardziej podekscytowanym nową rangą Konwalijkowego Zagajnika niż ona sama. Suczka zamachała ogonem, kiwając głową na jego słowa.
— Będziemy mogli upolować jakieś ryby i… — zamilkła nagle, wpatrując się w swojego ojca, który wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem. Jej wyraz pyska jednak w przeciwieństwie do jego nieco spoważniał — nadal kulejesz?
— Oj, Konwalijko, to nic poważnego. Och, zapomniałem się! Konwalijkowy Zagajniku, tak?
Zaśmiał się Brzozowy Kieł, najpewniej starając się pocieszyć swoją córkę. Konwalijkowy Zagajnik wtuliła pysk w jego futro, przyduszając go do jego głowy i mamrocząc po cichu:
— Twoja łapa już nigdy nie będzie taka sprawna jak kiedyś, prawda? Już tyle księżyców minęło. A co z Krzaczastą Łapą? Jak on się ma? Na pewno świetnie, prawda? Może powinnam...
— Przestań. Nie bądź jak ja i pakuj się od razu w kłopoty, Konwalijko — w jego głosie słuchać było jakiś dziwny wydźwięk, jak gdyby chciał się zaśmiać. Żaden z nich się jednak tego nie zrobił. Przez parę bić serca panowała między nimi zupełna cisza. Wojowniczka zacisnęła zęby, jeszcze bardziej wtulając się w futro swojego ojca. Obiecała, że ich obroni. Czy widok Brzozowego Kła z kulejącą łapą nie niszczył zupełnie jej celu? Wypuściła powoli powietrze, zdając sobie sprawę z tego, że nie może tak trwać w nieskończoność. Siłą powstrzymując łzy, odsunęła się od psa. Ekspresja na jej pysku powróciła do poprzedniego stanu rzeczy, zdobiona delikatnym uśmiechem.
Nie mogła być słaba. Coelum dało jej imię Konwalijkowego Zagajnika dzięki jej „wytrwałości” i „odwadze”. Tak powinno zostać.
 
Księżyce mijały spokojnie. Liście na drzewach stopniowo przestawały opadać, a ziemię pokrywał pierwszy śnieg. Przez ten czas do klanu Flumine zawitały trzy małe pyszczki, które były rodzeństwem Konwalijkowego Zagajnika. Suczka wiedziała, że nikt nie zastąpi jej rodzeństwa z miotu, ale na widok niewinnych szczeniaczków każdemu mięknie serce. Dlatego też odwiedzała swoją mamę w żłobku bardzo często, doglądając trójkę szczeniąt.
— Zanim się obejrzycie, będziecie duzi i dostaniecie nową rangę oraz imię — opowiadała Konwalijka, szczerze się uśmiechając.
— Hihi! Wtedy wszyscy będziemy się razem uczyć, a potem zostaniemy wojownikami — zawołała Leszczynka z entuzjazmem, jak gdyby przez tę chwilę zdążyła sobie już wyobrazić cały swój trening i jeszcze trochę. Prawdopodobnie tak było. Przez chwilę bujała się z zadumą, dopóki nie doznała jakiejś realizacji. — A jakie to będą nowe imiona? Jakie, Konwalijkowy Zagajniku?
— Hmm — zastanawiała się przez chwilę, po czym wymieniła je, patrząc na każdego z osobna — Popielna Łapa, Chmurna Łapa i Leszczynowa Łapa.
— Nie chcę się nazywać „Popielna Łapa”, to imię brzmi słaaabo — stwierdził Popiołek, który dotychczas siedział w ciszy. Wojowniczka zachichotała na jego słowa i zaraz pośpieszyła, żeby pocieszyć swojego brata:
— Jeśli przyłożysz się do treningu, to szybko dostaniesz imię wojownika, więc nie musisz się tym zamartwiać, Popiołku.
Zabawiała swoje młodsze rodzeństwo, do chwili, w której w obozie zaczął narastać gwar. Postawiła uszy, przysłuchując się głosom. Hałas był najpewniej spowodowany zakończeniem Dzielenia Zapachami. Psy powracały do swoich poprzednich zajęć i obowiązków. To oznaczało, że i ona powinna. Kiwnęła głową swojej mamie i wyściskała swoje młodsze rodzeństwo, a następnie udała się ku wyjściu z Opuszczonego Domu. W powietrzu jak zawsze unosił się zapach stęchlizny i mokrego futra, dlatego popołudniowy patrol zapowiadał się na udany. Chwila na świeżym powietrzu każdemu dobrze zrobi. Kiwała każdemu psu po drodze, będąc w o wiele lepszym humorze niż zazwyczaj. To właśnie tak wpływało na nią spotkanie z jej najsłodszym, najbardziej pociesznym i najulubieńszym rodzeństwem!
Wreszcie doszła do miejsca, w którym miała spotkać się z resztą patrolu. Przyszła trochę przed czasem, ale jak to mówią lepiej dmuchać na zimne, skoro i tak nie miała aktualnie innych obowiązków. Wtedy jednak dostrzegła, że na miejscu stał już inny pies. Otworzyła pyszczek, myśląc przez chwilę, że to Klematis, ale… szybko zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo się myliła. Krzaczasta Łapa. Jej wyraz pyska na sekundę zmarkotniał, ale nie trwało to na tyle długo, aby ktoś miał szansę zauważyć.
Nie mogła pozwolić, żeby jej prawdziwe uczucia wypełzły na wierzch. Nie chciała zaszkodzić ani swojej rodzinie, ani swojej drodze do celu, a jej słabości były oczywistymi przeszkodami.
— Cześć, Krzaczasta Łapo — przywitała się, jak nakazywało dobre wychowanie. Zanim zdążył coś odpowiedzieć — choć wątpliwe było czy w ogóle miał taki zamiar — dołączył do nich ostatni członek patrolu. Pajęczy Odwłok podszedł do nich powolnym krokiem, kiwając im obydwóm głowom. Wojowniczka odpowiedziała tym samym.
Nie czekając ani chwili dłużej ruszyli na patrol, idąc równo wzdłuż granicy z innymi klanami. W większości panowała cisza, nie licząc raz po raz dziwnych komentarzy starszego wojownika. Żaden z nich nie tłumaczył nic Krzaczastej Łapie, mimo tego, że był uczniem. Pajęczy Odwłok z natury niewiele mówił. Za to Konwalijka niezbyt wiedziała, czy uczenie czyjegoś ucznia było to na miejscu. Zresztą byli prawie w tym samym wieku, syn Klematisowego Korzenia spokojnie mógł być już wojownikiem. Pewnie przyprawił Nakrapianą Gwiazdę o taki ból głowy, że nawet jeśli mógł, ona i tak nie chciała go mianować. To brzmiało bardzo prawdopodobnie.
Przed nimi rozciągały się dobrze znane im tereny. Jedyną różnicą był śnieg skrzypiący pod ich łapami i cisza, którą pozostawiły po sobie ptaki. Dwunożnym również niezbyt chciało się wychodzić w takie zimno, dlatego na ulicach panował spokój. Konwalijkowy Zagajnik odetchnęła rześkim powietrzem… i wtedy właśnie poczuła dziwny zapach. Był na tyle delikatny, że musiała go powąchać jeszcze raz, żeby się upewnić.
— Jacyś samotnicy weszli na nasze tereny — odezwała się, patrząc w kierunku, z którego dochodził odór.
— Wiesz co, nie zauważyłem — parsknął Pajęczy Odwłok z wyraźnym sarkazmem. — Wy możecie pójść dalej patrolować, a ja pójdę zobaczyć, skąd dochodzi ten zapach.
Konwalijkowy Zagajnik nieco zmarszczyła brwi. Czarny pies wyraźnie patrzył na nich z góry przez jego wiek, ale przecież ona też była wojowniczką. Przez ten krótki odcinek czasu przez jej głowę przeleciało wiele myśli. Może nie powinna się zbytnio wychylać, ale czy wtedy coś osiągnie? Mimowolnie zerknęła kątem oka na Krzaczastą Łapę.
<Krzaczasta Łapo?>
[1913 słów: Konwalijkowy Zagajnik otrzymuje 19 Punktów Doświadczenia]