Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płomienny Krzew †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płomienny Krzew †. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2022

Płomienny Krzew umiera

POSTAĆ MAJA 2021

Jedna z ikonicznych postaci naszego bloga odeszła. Płomienny Krzew, starszy Tenebris, słynny kanibal był przez długi czas kością niezgody pomiędzy Bezgwiezdnymi i Ciemnymi. Najwięcej problemów narobił swojemu partnerowi Jasnej Gwieździe, który dla wybranka posunął się nawet do zabójstwa niewinnej suki, by tylko Krzewik pozostał bezpieczny. Ich zbrodnie nie wyszły na jaw i panowie doczekali się swojej spokojnej, wspólnej starości. 
Niestety, ich szczęście było jedynie doczesne. Płomienny za zabójstwo Szyszki trafia do Infernum. O jego śmierci wyciskającej łzy z oczu, możecie przeczytać w tym opowiadaniu

Od Płomiennego Krzewu

Zabawa z dzieciakami była pozytywnie męcząca, w końcu poczułem, jak to jest być wolnym i na jakiś czas wyłączyć się ze wszystkich zmysłów. Żadnej czujności, uwagi, nic. W pełni skupiłem się na czwórce rodzeństwa i tym, że mamy spędzić ze sobą miło czas. Nie spodziewałem się, że to wszystko wyjdzie tak idealnie jak myślałem, każdy z nich, nawet Powój przyłączył się do zabaw i wspólnie szaleliśmy na łące. Nigdy w życiu nie czułem takiej ulgi i swobody w dodatku z kimś w pobliżu. No właśnie, podczas prowizorycznych bójek ocieraliśmy się o siebie, chwytaliśmy za futro, łapaliśmy za szyje czy uszy i w tym momencie powinienem wyszczerzyć szeroko kły, zjeżyć futro na grzbiecie i sprawić, że na ziemi poleją się litry krwi. Tak się nie stało, wiedziałem już wtedy, że oswoiłem się z dotykiem na sto albo i dwie procent. Potem jeszcze razem odpoczywaliśmy w cieniu wtuleni w siebie, czy może być coś lepszego niż to?
Kilka godzin później każdy poszedł w swoją stronę, z uśmiechem na pysku oddalili się, aby iść na trening lub zwyczajnie coś załatwić swojego. Przez chwilę naprawdę poczułem się jak prawdziwy ojciec, niby dziwne uczucie, ale prawdziwe. Jakby cała czwórka była moja i w tej chwili opuścili gniazdko, żeby rozpocząć własne życie. Poczułem szczęście, że ich miałem.
Wieczorem czułem, jak mi łapy zesztywniały, szczególnie tylne. Trudno mi się wstawało, z przemieszczaniem się było jeszcze w miarę dobrze, ale gdy się położyłem, to potem walczyłem ze sobą. Nie, nie chciałem niczyjej pomocy, sam potrafiłem jeszcze wstać. W dodatku ta prawa strona była cały czas zamazana, miałem wrażenie, że wczoraj było lepiej, bo dziś widziałem tylko gęstą białą mgłę, a nie ledwo prześwitujący obraz przede mną. Czyli starość dawała o sobie znać coraz bardziej. Postanowiłem się nie ruszać z miejsca i przespać noc, a jutro zobaczymy, co będzie.

*Następnego dnia*

Zacząłem żałować, że tutaj spędziłem noc. Tylne łapy totalnie odmawiały współpracy. Zesztywniały po całości, nie mogłem żadnej zgiąć, jedynie co, to płasko łapami mogłem dotknąć podłoża. Chodzenie było udręką i wykańczało już po przejściu kilku metrów. Oczywiste, że możliwą przyczyną tego były wczorajsze zabawy, ale nie chciałem o tym myśleć — wczorajszy dzień był cudowny i niczego nie żałowałem. Kilka kroków w przód, uważać, żeby nie zderzyć się z drzewem i patrzeć jeśli to możliwe pod łapy, powtarzałem to sobie w głowie. Nie myślałem, że skończę w takim stanie.
Dzisiejszy dzień był jakiś inny, jakby ładniejszy? Bardziej promienny? Łagodny…? Spojrzałem w niebo, było bezchmurne, słońce paliło, jakby chciało zabić wszystkie żywe organizmy żywym ogniem, a wiatr delikatnie owiewał moje futro, dając chwilowy chłód dla ciała. Coś mi nie pasowało, mimo wszystko było coś nie tak. Chciałem… chciałem się położyć, gdziekolwiek byle móc odpocząć. Kuśtykanie i próba chodzenia męczyła okropnie. Nagle mi się przypomniało — w ruinach mam swoje legowisko z miękkiego materacu, który ukradłem Dwunożnym, gdy nikt nie patrzył. Wiatr zawiał mocniej i poruszył mi futro na grzbiecie, jakby chciał powiedzieć „no rusz się już”.
Obrałem za cel ruiny, tam się skierowałem, czyli musiałem pokonać całą długość lasku na wprost. Wziąłem wdech i wydech, bywałem w gorszych sytuacjach i wyszedłem z nich bez problemu. Teraz też tak będzie, najwyżej będę się czołgał, ale dotrę do swojego miękkiego materaca — tylko to się liczyło.
Czułem mięśnie w barkach i poduszki łap, które cały czas musiały dźwigać ciężar niemal całego ciała. Pozostało mi jedynie zacisnąć zęby i iść naprzód bez względu na ból. Idąc lasem, mijałem znajome trasy oraz zapachy, teraz nie mając już takiej sprawności jak kiedyś, miałem problem z pokonaniem prostych przeszkód, takich jak wystające korzenie albo większe kamienie. Nie podobało mi się to, ale nie powodowało to u mnie zdenerwowania. Cały czas do przodu, do przodu…
Kolejne potknięcie, znowu prawie się przewróciłem, zignorowałem i nie zatrzymywałem się. Połowa lasu za mną, czyli za chwilę będę mógł się położyć i odpocząć, niczego innego sobie nie życzyłem. Nagle łapa zsunęła mi się z bardziej płaskiego kamyka i z impetem wylądowałem na ziemi. Coś na pewno chrupnęło, słyszałem dokładnie. Uniosłem się ledwo na przednich łapach i przeszył mnie okropny ból z prawej strony, domyśliłem się, że moje o wiele wcześniej złamane żebro znów się złamało. To wina słabych kości czy serio tak mocno uderzyłem o ziemie? Strużka krwi wyleciała mi z pyska, ale niezbyt się tym przejąłem. Do przodu, nie zatrzymuj się, powtarzałem w głowie, to jest test na to, czy jesteś gotowy dojść do celu, a potem pójść na zasłużony odpoczynek. Podniosłem się powoli i zacząłem od małych kroków, a za chwile szedłem już swoim tempem.
Ruiny, oczy mi się szerzej otworzyły na ich widok. Chciałem przyspieszyć kroku, ale tylne sztywne łapy i dodatkowe trudności z oddychaniem przez żebro uniemożliwiały mi to. Chciałem jak najszybciej się znaleźć u siebie, na swoim miękkim materacu i odetchnąć z ulgą. Smużka krwi z pyska stopniowo malała, aż w końcu zniknęła.
Widziałem je, widziałem wejście do mojego legowiska. Spadł ze mnie cały ciężar wyprawy, poczułem się lżej, prawie frunąłem. Pociągnąłem łapami, miałem gdzieś straszny ból, który rozszedł się już wszędzie. Jeszcze parę kroków i odetchnę, będzie lepiej, byle do przodu, powtarzałem w głowie. Mój wysiłek będzie doceniony i ja będę zadowolony z siebie, jeszcze kawałek. Twardy beton pod łapami prawie parzył od słońca, było bardzo duszno, ale na żaden deszcz się nie zapowiadało. Minąłem ustawioną pionowo grubą płytę, kiedyś myślałem, że na pewno się przewróci, a ona wciąż stoi. Może czeka na mnie?
Wokół teren wyglądał ładnie, dużo zieleni i nawet ptaki głośno śpiewały. Wszystko wydawało się takie… cudowne. Wiele razy tutaj ćwiczyłem walkę i równowagę na pochyłych półkach. Wtedy byłem inny, teraz dostrzegam więcej, czuje więcej, godzę się gdy coś nie wychodzi.
Na chwilę zakręciło mi się w głowie, słońce robiło swoje. Postawiłem jeszcze parę kroków i dotarłem do celu, zacienione wejście do mojego legowiska. Czułem motyle w brzuchu, przepełniała mnie radość i ulga. Wsunąłem się przez szczelinę, wilgoć oraz chłód przywitały mnie czule i podprowadziły do dużego materaca. Wyczułem na nim swój zapach i gdzieniegdzie walały się kawałki futra. Połóż się, no dalej, zasłużyłeś, pojawiło mi się w głowie. Bez zastanowienia padłem na bok, miękkie łoże nie protestowało pod moim ciężarem, sprężyny w środku lekko się ugięły. Przymknąłem oczy — zaliczyłem próbę i mogę odpocząć, po takiej ciężkiej wyprawie mogę odetchnąć. Jestem niepokonany, pomyślałem i lekko uniosłem kąciki ust. Absolutnie nie myślałem o tym, żeby stąd wychodzić, może dopiero jak się ochłodzi? Rozkoszowałem się aż do wieczora…
— Płomyk? — usłyszałem cichy głosik przy wyjściu — jesteś tu?
Przez moment myślałem, że mam zwidy albo źle słyszę. Zorientowałem się, że to prawdziwy głos z zewnątrz. Tak mi było dobrze, że nawet głowy nie uniosłem, tak jak się tutaj położyłem, tak leże do teraz.
— Szukałem cię.
Kątem oka zauważyłem Jasną Gwiazdę, nie chciałem, żeby mnie widział w takim stanie, a tym bardziej patrzeć na mój koniec. Zasmuciłem się pierwszy raz w życiu.
— Tak myślałem, że tu będziesz, kiedyś widziałem, jak stąd wychodziłeś — wskoczył na materac — pewnie ci bardzo wygodnie, prawda?
Spojrzałem na niego, był bardzo zasmucony, ale próbował to ukryć pod swoim pogodnym uśmiechem. Nie chciał pokazać, że się niesamowicie przejmuje i, że za chwilę zaleje się łzami, ale miałem wrażenie, że pęknie i emocje wezmą górę.
— Wygodnie — powiedziałem — chodź bliżej.
Prawie sprintem położył się obok mnie i przyłożył swoją głowę do mojej, znów odetchnąłem z ulgą. Całkiem miłe uczucie mieć kogoś obok i czuć jego ciepło, podczas gdy tobie robi się coraz chłodniej.
— To prezenty od twoich dzieciaków — wyjaśniłem, gdy ten wpatrywał się w kąt z różnymi skarbami, takich jak puszka czy spalony krzew.
— Od NASZYCH dzieciaków. — Zaśmiał się. — Widziałem cię wczoraj z nimi na łące i nie mogłem przestać się śmiać z radości, byłem taki dumny z ciebie i was wszystkich…
Dumny, nikt nigdy nie był ze mnie dumny.
— Jestem teraz lepszy niż kiedyś? — spytałem.
— Co to za pytanie? Jak dla mnie byłeś dobry od początku, tylko nie wiedziałeś, jak wrócić na właściwą ścieżkę — wyjaśnił — jesteś wyjątkowy i na zawsze taki pozostaniesz.
Pociągnąłem nosem, Jasny, jesteś dla mnie taki dobry i ciepły, aż mi wstyd, że na początku próbowałem się ciebie pozbyć, a nawet skrzywdzić.
— Wybaczysz mi za wszystko? — spytałem dla pewności.
— Oczywiście, że tak, bez wahania.
Zwinąłem się w kłębek, oczywiście na tyle ile mogłem. Jasna Gwiazda był wewnątrz, chciałem go uściskać, ale miałem wrażenie, że mi siły odchodziły.
— Będziesz tu ze mną…? — spytałem ostatni raz.
— Będę — obiecał.
Uśmiech pojawił mi się na pysku, taki szczery aż sam się zdziwiłem. Po chwili po policzku poleciała mi łza, miałem u boku swojego jedynego, który pozostanie ze mną do końca.
Czułem coraz więcej chłodu, ale bardziej się dla mnie liczyły wygoda i bliskość Jasnego. Po jakimś czasie nie czułem już łap, ani nawet ogonem nie mogłem ruszyć, czy to już? Powieki zrobiły mi się bardzo ciężkie, początkowo walczyłem, aby jeszcze chwilę popatrzeć na kąt, w którym były skarby od naszych dzieciaków, ale odpuściłem i pozwoliłem pochłonąć się w głębokim śnie.
Wszystko jakby zwolniło, czas się zaczął ciągnąć, a potem stanął w miejscu, powinno już świtać, a tu wciąż ciemno na dworze. Podniosłem się z materaca i wyjrzałem na zewnątrz… zaraz, chwila moment, ja normalnie chodzę? Przecież dopiero co miałem okropny problem z tym. Odwróciłem się i mnie zamurowało — widziałem siebie leżącego nieruchomo na moim miękkim materacu, a zaraz obok leżał wtulony Jasna Gwiazda. Musiałem na chwilę usiąść i popatrzeć na nas obydwóch, nie mogłem uwierzyć, że wyglądamy tak cudownie. Zbliżyłem się do Jasnego i szepnąłem mu na ucho „dziękuje ci za lepsze życie, żegnaj kochaniutki”.
Po chwili ujrzałem czerwone światło na zewnątrz, promienie wchodziły przez szczelinę i rozjaśniły prawie całe pomieszczenie. Zaciekawiło mnie, co się dzieje, ostatni raz spojrzałem na nad dwóch i podążyłem za światłem. Gdy tylko opuściłem legowisko, zobaczyłem przed sobą spaloną ziemię, która rozciągała się na nieskończoną długość. Rozglądnąłem się wokół, byłem sam, wszystko zniknęło. Nagle obok mnie przebiegły psy, bawiły się czy raczej uciekały przed czymś?
— Jesteś tu nowy? — spytał jeden z nich.
— Co to jest za miejsce? — spytałem zwyczajnie.
— To Infernum — powiedziała jakaś suczka, skąd ona się tu nagle wzięła?
Spojrzałem za siebie, nie wierzyłem własnym oczom — mama? Letnia Rosa? Tata? Cienisty Brzask?
— Wiem, ze jesteś wściekły na nas. — Położyła uszy. — Chce cię bardzo przeprosić, że nie daliśmy ci szczęśliwego dzieciństwa, zamiast ciepła i miłości dostałeś cierpienie… to co nam zrobiłeś później nie ma znaczenia, miałeś prawo to uczynić — W oczach pojawiły jej się łzy.
— Ja cię chciałem przeprosić za bycie tak surowym i też cię przepraszam za wszystko — przyznał się pies, wyglądał prawie identycznie jak ja.
Rzuciłem się pomiędzy nich.
— Wybaczam wam wszystko — powiedziałem i przytuliłem się do nich.
Mimo, że wokół nas panowała mroczna ciemność, ziemia paliła nas w łapy, a powietrze momentami dusiło w płucach — byliśmy razem i najważniejsze, że wszystko się między nami ułożyło.
[1765 słów, Płomienny Krzew umiera]

1 czerwca 2022

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnej Gwiazdy

Nie bałem się śmierci, miałem z nią do czynienia przez całe życie, a szczególnie w momencie, gdy rodzice mnie porzucili. Zdany na siebie przemierzałem tereny w poszukiwaniu schronienia i przede wszystkim pożywienia. Śmierć mi cały czas towarzyszyła, każdy dzień mógł być moim ostatnim, a jednak jestem tu i teraz. Nigdy nie sądziłem, że doczekam końca swych dni w starym wieku, z siwym pyskiem i trzeszczącymi kośćmi. Szczerze wolałbym odejść w szczerej walce, niż tak zwyczajnie czekając na ten ostatni oddech, to takie głupie mi się wydawało… Zginąć podczas walki wydawało mi się godne i sprawiedliwe, w końcu walczyło się po coś, prawda?
— Upolujemy ci śniadanie — zaproponował Jasna Gwiazda
Śniadanie, tak to dobry pomysł, pomyślałem. Najpierw mnie wleczesz pod stromą górę jak taki kat, a teraz taki pomocny jesteś tak? To miało być śmieszne, kąciki ust mi się lekko uniosły. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że nie jestem dawnym sobą, jakim cudem cała agresja ze mnie wyszła? Spojrzałem na mojego towarzysza wypatrującego zwierzyny, ja ci się nigdy nie odwdzięczę, przeleciało mi przez myśl.
Jasny mrużył oczy i co chwila unosił nos w górę, złapał trop? Być może. Zmierzyłem wzrokiem całą polanę, coś jakby delikatna mgła się unosiła nad trawą po prawej stronie, bardzo dziwne mi się to wydało.
— Co to za mgła? — spytałem, przecież nie jest wilgotno ani wcześniej nie padało
— Jaka mgła? — Jasny przekrzywił głowę i spojrzał jeszcze raz na polanę — nie ma tutaj żadnej mgły.
— Po tej stronie — wskazałem łapą, ale za każdym razem gdy okręciłem głowę, mgła się przemieszczała w tym samym czasie — teraz jest tu — zamrugałem kilka razy, wciąż to samo — nie widzisz? — w chwili, kiedy spojrzałem na mojego towarzysza, to jego prawa połowa była zamazana.
— Połóż się, chciałbym coś zobaczyć — ściszył głos, miał zatroskany wyraz pyska.
Wykonałem jego prośbę, nawet trawa pod nami była dziwnie zamazana po prawej stronie, co jest? Drzewo przed moim nosem wyglądało okropnie, ale jak przekręciłem łeb, to już było z nim wszystko w porządku. Świat się zmienia?
Jasna Gwiazda wpatrywał mi się najpierw w jedno oko, potem w drugie, kręcił nosem co chwilę i wyglądał na coraz bardziej zmartwionego.
— Znalazłeś coś? — spytałem
Spuścił uszy, dla pewności zrobił jeszcze jedną rundę z lewej strony na prawą i z powrotem. Westchnął i usiadł przed moim nosem.
— Zamknij lewe oko — powiedział — powiedz potem, co widzisz.
Zrobiłem, co chciał. Teraz świat był totalnie we mgle, terenów w oddali w ogóle nie mogłem dostrzec, a umysł mi podpowiadał, że jest tam miasto i przed chwilą widzieliśmy, jak budzi się do życia. Trawa pod moim pyskiem owszem była zielona, ale nic poza tym, gdyby nie kolor to nie wiedziałbym, na czym aktualnie leżę.
— Nic nie widzę… — mruknąłem, zdruzgotał mnie ten fakt
— Wydaje mi się, że ślepniesz na jedno oko — położył swoją łapę na mojej — wiesz, że możesz na mnie liczyć, w każdej chwili?
— Wiem — położyłem głowę na jego łapie.
Dalej byłem przy tym, że nie chce od nikogo niczyjej pomocy, tak jakoś wole sam sobie z czymś poradzić niż żeby ktoś się wtrącał i odbierał mi całą robotę albo przyjemność. Też nie chciałbym, żeby ktoś ucierpiał czy coś w tym stylu.
— Znajdę ci coś na śniadanie, pewnie żołądek ci zaraz pęknie z głodu — uśmiechnął się Jasny — tutaj jest fajne miejsce, więc odpocznij sobie kochaniutki — zamerdał ogonem i zniknął w wyższej trawie, tylko włochate uszy lekko wystawały ponad nią.
Kochaniutki, uwielbiałem to słowo, za każdym razem powodowało u mnie przypływ energii i robiło mi się ciepło wewnątrz. Nie docierało do mnie dalej, że jestem akceptowany przed kogoś. Tyle dobroci i cierpliwości mi poświęcił, dzięki niemu mogę być tu, i teraz zmieniony na lepsze. Chciałbym zrobić coś fajnego, aby Jasny zobaczył, że jeszcze miewam się dobrze i chciałbym mu się odwdzięczyć za jego wiarę we mnie. A może… nastawiłem uszy, wpadłem na całkiem ciekawy pomysł, który spodoba się nam obydwóm i jeszcze czwórce pozostałym. O tak, chce to poczuć i muszę to poczuć.
— Zobacz, co mam.
Wróciłem z rozmyślań na ziemie i skupiłem uwagę na dwóch sporych ptakach, chyba przepiórki. Ślina mi automatycznie zaczęła cieknąć między zębami i językiem. Myślałem również o tym, jakie to dziwne gdy ktoś musi coś robić dla ciebie tak jak teraz. Umiałem sam upolować cokolwiek, pomyślałem. Z tyłu głowy miałem świadomość, że Jasny to wszystko robi z troski i jestem już stary. Kto wie, ile mi jeszcze zostało, byle jak najdłużej chodzić, a potem tylko nudne oczekiwanie.
— Dobrze ci poszło — stwierdziłem.
— Wiem, że zrobiłbyś to lepiej, ale dziś moja kolej — uśmiechnął się łobuzersko i przykleił się do mojego barku — nie miały ze mną szans, oooo, nie — pochwalił się na dodatek.
— Na pewno — parsknąłem cicho i lekko uniosłem kąciki ust, chyba to można uznać za uśmiech.
Każdy wziął swojego ptaka i pierwsze co wydłubaliśmy większość piór, ehh te pióra tak utrudniały jedzenie, a brzuch już się domagał. Po jakimś czasie nareszcie dotarliśmy do najlepszej części i napełniliśmy brzuchy aż nadto. Kiedyś uwielbiałem gryźć kości, bo kojarzyły mi się z rozgniataniem kości przeciwników i pozbawianiu ich jednej kończyny lub zwyczajnie rozłupywanie karku. Teraz nawet żadna z takich myśli nie przypominała o sobie, po prostu je jadłem jakby nigdy nic, smaczne są i tyle.
Posiłek zjedzony, czas na mały relaks. Mieliśmy idealne miejsce w cieniu, słońce nie dawało żadnej litości i atakowało gorącymi promieniami. Jedynie można myśleć o chłodzie i piciu wody. Zdecydowanie wolałem zimę, śnieg, lód i możliwość robienia dużych kul śnieżnych.
— Pamiętasz, jak pierwszy raz się spotkaliśmy? — spytał Jasna Gwiazda.
— Mówisz o patrolu? Tak, pamiętam.
— Nie znaliśmy się, jedynie to mruczałeś na mnie jak taki kot — zaśmiał się cicho.
— Kot? — uniosłem brew.
— Tak, duży kot — położył się płasko i złapał mnie za łapę swoimi mniejszymi łapami — a najważniejsze, że nikt cię nie mógł dotknąć.
— To prawda — potwierdziłem, domyślałem się, do czego zmierza.
— A teraz patrz, trzymam cię za łapę, wtulam ci się do szyi i miło spędzamy czas — zanurzył nos w mojej sierści — jakie to cudowne uczucie mieć kogoś takiego przy sobie — przymknął oczy.
Machnąłem kilka razy ogonem, też się cieszę, że cię mam u boku. Nie wyobrażam sobie teraz żyć jako samotnik i samotnie odejść. Jaki to ja głupi byłem i wszystkich od siebie odtrącałem, tylu chciało się zaprzyjaźnić, zwyczajnie zaprzyjaźnić. Uciekali w popłochu po zobaczeniu zdziczałego psa, który zaraz się na nich rzuci i połamie wszystkie kości, jak dobrze, że to już przeszłość. Zwinąłem się w kłębek, zrobiłem to powoli, bo Jasny postanowił zasnąć w najlepsze i nie chciałem go obudzić. Tak fajnie się ułożyliśmy, że stykaliśmy się głowami, z przyjemnością zagłębiłem się we śnie.
*Jakiś czas później*
Jasną Gwiazdę wołały obowiązki, więc posłał mi uśmiech na pyszczku i obiecał, że niedługo wróci. Nie protestowałem, a nawet dobrze, że na chwilę zostawi mnie samego. Teraz mogę zrealizować swój mały plan. Podniosłem się ociężale, niektóre kości strzeliły złośliwie, inne siedziały cicho, tak, jak powinny. Pierwsze co to muszę znaleźć „nasze’’ dzieciaki, no w sumie to już były dorosłe, ale dla mnie na zawsze pozostaną futrzastymi kulkami lubiącymi bójki. Aż mi się przypomniało jak szaleli w niewielkiej norce przy korzeniu, a Iskierka podarowała mi zgniecioną puszkę jako prezent. Polubiłem ją niemal od razu.
Zniżyłem nos do ziemi, może któregoś wywącham od razu? Zaciągnąłem się porządnie i coś złapałem. Zapach delikatnie słodszy, obstawiałem Powojka albo Iskierkę. Podążyłem za zapachem, ciągnął się na początek lasu, wciąż mnie ciekawiło, kto to mógł być. Nie musiałem długo czekać — szary łepek uniósł się ku górze i przywitał mnie z uśmiechem.
— Co robisz? — spytałem.
— Tu jest norka z myszą, poluje na nią — odpowiedział z determinacją — chce ją złapać, ale pewnie mi się nie uda — mruknął pod nosem
— Nauczysz się cierpliwości — zapewniłem — szukam twojego rodzeństwa, pójdziesz ze mną?
— Pójdę, bo i tak jej nie złapie — pacnął łapą norkę i ją zostawił.
Potoczka znaleźliśmy błyskawicznie, bo gdzie on to i hałas z latającymi rzeczami za sobą. Zauważyłem, że gonił zająca, pewnie ćwiczył intensywnie, żeby być najlepszym wojownikiem. Po chwili zarył pyskiem w ziemi i wyciągnął swoją zdobycz z wysokiej trawy, uniósł ją dumnie jak zwycięzca. Po chwili nas zauważył i prawie tanecznym krokiem podszedł.
— Cześć wam — zamerdał energicznie ogonem — patrzcie co mam — pokazał nam przed nosy swoją zdobycz — widzieliście, jak polowałem? Sam to zrobiłem, zupełnie sam!
— Też bym chciał — mruknął Powojek.
— Szukamy jeszcze pozostałej dwójki, pomożesz szukać ich? — spytałem.
— Pajączka widziałem gdzieś niedaleko przy ruinach, idę z wami — zgodził się i zakopał zdobycz na później.
Znów musimy przejść przez las, przedzieranie się przez zarośla jest fajne. Potoczek cały czas tryskał energią, latał wokół nas, opowiadał jak ćwiczył na treningach, jakie zwierzęta upolował i jakie chce jeszcze upolować. Czasem prowokował Powojka do małej bójki ale ten na razie nie był chętny na zabawę. Dużo też ode mnie chciał się dowiedzieć o sposobach dobijania ofiary i rozróżnieniu słabego od silnego osobnika. Z chęcią mu trochę doradziłem.
Dotarliśmy do ruin i zaczęliśmy szukać Pajączka, musiał gdzieś tu być, bo czułem jego zapach. Rozdzieliliśmy się, pełno betonowych półek leżało na ziemi. Stary budynek, który kiedyś był jeszcze w miarę podobny do siebie, teraz nikt nie jest w stanie zgadnąć czym jest. Zaraz obok niego zauważyłem brązowe futro, młody pies leżał wygodnie na złamaniu jednej półki i wygrzewał się w słońcu. Potoczek natychmiast do niego podbiegł i pacał łapami.
— Znalazłem cię! Wstawaj śpiochu — zawołał — czemu śpisz w dzień?
— Co…? — ziewnął, otwierając szeroko pyszczek — przestań mnie uderzać.
Obydwoje zaczęli wymachiwać łapami i Pajączek po chwili skoczył na brata żeby mu oddać. Chwilę się powygłupiali i skończyli „bójkę’’.
— Oni nigdy nie przestaną się bić ze sobą — stwierdził Powój.
— Tacy już są — powiedziałem.
— Pójdziesz z nami szukać Iskierki? — zapytał Potoczek.
— Po co? Nie wiem gdzie jest, czemu wszyscy tu jesteście? — spojrzał na mnie — wujek?
— Niespodzianka, nic więcej nie powiem — lekko się uśmiechnąłem sam z siebie.
Pajączek dołączył do nas i we czwórkę szukaliśmy Iskierki, potem skierujemy się na miejsce gdzie spaliśmy smacznie z Jasną Gwiazdą.
Ruda suczka znajdowała się niedaleko jeziora, które zawsze zamarzało i mogliśmy po nim chodzić. Smutne jedynie to, że ryby pływały nam pod łapami, a my nie mogliśmy się do nich dobrać przez grubą warstwę lodu.
— Iskierko — zawołał Potoczek, a Pajączek ruszył za nim.
— Cicho, płoszycie mi ryby wy ptasie móżdżki — skarciła ich.
— Ryby? Nie lepsza sarna albo ptak? — spytał Pajączek.
Siostra prychnęła ze złości.
— Wszystkie mi uciekły, przez was — zrobiła gderliwy wyraz pyszczka.
Wyglądało to zabawnie, ale po chwili je przeszło, gdy bracia zachęcili ją do zabaw. Powojek wciąż nie był chętny na nic, ale byłem pewien, że odmieni mu się za jakiś czas. Skierowaliśmy się do mojego celu. Całą drogę słuchaliśmy przechwałek Potokowej Łapy albo odgłosy bójki miedzy trójką rodzeństwa.
— Dokąd idziemy? — spytał Pajączek.
— Zobaczycie — powiedziałem krótko.
Znów zagłębiliśmy się w las, o tak przedzieranie się przez zarośla to jest to, co lubię najbardziej. Jasna Gwiazda powinien się zjawić za chwilę. Może do nas dołączy? Albo będzie obserwował? Dotarliśmy na miejsce i stanąłem przed polaną z wysoką trawą, niedużym wzniesieniem na lewej stronie oraz małym rowkiem ciągnącym się przez środek. Właśnie poczułem przypływ energii i miałem ochotę wytarzać się porządnie.
Położyłem się na boku, odepchnąłem łapami i zacząłem sunąć w dół prosto do wgłębienia na środku. Miękka trawa muskała mnie po pysku, ale to było przyjemne uczucie! Na dole obróciłem się na plecy i wyginałem się na boki, zapomniałem o starych strzelających kościach czy nawet o wieku, byłem teraz w jak najlepszym nastroju do zabaw. Czwórka rodzeństwa nie wierzyła w moje zachowanie, ale Potoczek po chwili zrobił identycznie to samo, potem Pajączek, Iskierka, a Powojek zwyczajnie zbiegł na dół i rozpędzony wpadł na nas.
— Wujku, od kiedy ty lubisz zabawy? — spytał Pajączek.
— Powiedzmy, że od niedawna.
Wytarzaliśmy się wszyscy w miękkiej trawie, Potoczek otrzepał się z resztek i zaczął biegać jak szalony. Dołączyłem do niego, ale trochę wolniej, zaczęliśmy od podgryzania się i zaczepiania. Potem standardowo przerodziło się to w niewielką bójkę. Jeden drugiemu niby podgryzał uszy, ciągnął za futro na szyi albo ganialiśmy się w kółku. Dołączyli się do nas pozostali i wspólnie zrobiliśmy zapasy.
— Spróbuj mnie pokonać — rzucił Pajączek do Iskierki.
Suczka skoczyła na niego i zaczęli się rozpychać. Powojek powoli ganiał Potoczka, bez przekonania, ale próbował. Popchnąłem go trochę pyskiem żeby zachęcić i we dwóch ganialiśmy psa. Po chwili znów zrobiliśmy zapasy, kto kogo pokona.
— Ja wygraaaamm ! — zawołał Potoczek.
— To ja wygram! — krzyknęła suczka i skoczyła na brata powalając go na ziemię.
Zadyszałem się, muszę chwilę złapać powietrze. Jaki to cudowny obraz bawiących się młodziaków wspólnie, a jeszcze lepiej jak jest się pośród nich. Teraz rozumiem co mnie ominęło w życiu, całe dzieciństwo stracone, całe życie tylko walka o przetrwanie. Tyle dobrego mnie ominęło, a dopiero teraz to zasmakowałem.
— Wujku chodź ze mną powalcz — powiedział Potoczek i przyjął pozycję.
— Skoro chcesz.
Stanęliśmy naprzeciwko siebie i pies pierwszy wystartował, zrobiłem szybki unik i odwróciłem się w jego stronę. Najważniejsze to mieć przeciwnika na oku. Podniósł się i ponownie skoczył. Ponownie wykonałem unik, a następnie przygniotłem go lekko łapą.
— Zbyt dziki jesteś — powiedziałem — spróbuj powoli.
Pajączek pojawił się znikąd i skoczył na mnie, z racji że stałem stabilnie, to jedynie mógł mi się wdrapać na plecy. Uśmiechnąłem się szczerze, ale teraz było to widać jasno i wyraźnie.
— Wszyscy na wujka! — zawołała Iskierka i próbowała mnie obalić przednimi łapami.
Potoczek od razu się dołączył, Powój również, jeszcze chwile postałem pod ich ciężarem, ale się poddałem. Niech poczują smak zwycięstwa, pomyślałem. Zmęczeni od słońca poszliśmy pod drzewo, które dawało dużo cienia. Idealnie, pomyślałem.
— To był boski dzień — stwierdził Pajączek i przytulił się do mnie.
— Czy masz jeszcze mój prezent dla ciebie? — spytała Iskierka wbijając we mnie maślane oczy.
— Mówisz o puszce i ognistym krzewie? Mam je obydwa — zapewniłem.
Suczka zamachała energicznie ogonem i opadła głowę o moją łapę. Potoczek wcisnął się przed Pajączka i czułem jego ciężki łeb na karku. Wielkolud z niego, pomyślałem. Powojek zwinął się w kłębek i przycisnął się z drugiej strony do mnie. Czyli pełen relaks.
Po chwili zjawił się Jasna Gwiazda, uniosłem lekko głowę na jego widok, bardzo się ucieszyłem
— Widziałem wszystko i jestem z ciebie dumny Płomyk — czuć było od niego pozytywną energie i zadowolenie, stuknęliśmy się nosami i położył się obok.
— Dziękuje ci, że mnie zmieniłeś — powiedziałem szczerze.

<Koniec wątku Jasna Gwiazda x Płomienny Krzew>
[2318 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 23PD]

21 marca 2022

Od Płomiennego Krzewu CD Aroniowej Gałęzi

Akcja chwilę przed zimą
Dość szybko załapałem, o co chodzi w grze, aż sam byłem zdziwiony, bo nigdy wcześniej jej nie widziałem na oczy. Całkiem przyjemne uczucie spędzać czas na przyjemności, a nie wieczna czujność i skupianie uwagi na zagrożeniu, które może czaić się tuż za tobą. No dobra, Aroniowa Gałąź przegrała i chciała rewanżu. Żywiołowa suczka starła łapami całą planszę i narysowała nową, mogliśmy grać od nowa.
 — Gramy! — ogłosiła pewna siebie i złapała w zęby liścia.
Ułożyła go w dolnym lewym rogu, hmm w głowie układał mi się już plan, jaki wykonać ruch. Złapałem małego kamyczka w pysk i położyłem na samym środku, teraz będę miał kilka możliwości. Przeciwniczka rozmyślała co teraz zrobić i ostatecznie liść wylądował nad pierwszym, chcesz utworzyć linię prostą? Nie ma mowy, z lekką dumą zablokowałem jej drogę do zwycięstwa. Ta mruknęła pod nosem niezadowolona, ale po chwili skoczyła na drugą stronę planszy i tym razem mi zablokowała możliwość utworzenia linii na skos. Przekrzywiłem głowę, jeśli położę kamyki na dole, to znowu ją zablokuje, a chciałem zrobić coś u góry. No nic, padło na dół.
 — Za dobrze ci idzie — powiedziała, machając ogonem. — Ale nie na długo!
Listek wylądował na środku po prawej stronie. Nie wiem, z czego się cieszyła, bo ostatni ruch należał do mnie i ostatecznie nikt nie wygrał.
 — Fajnie się w to gra — stwierdziłem.
 — Bo to jest fajne, zagramy jeszcze raz? — spytała.
Zgodziłem się bez wahania, tylko musiałem znaleźć większe kamyki, bo te małe wylatywały mi z pyska. 

Czas aktualny
Znów zima, ile to już tych zim nadeszło? Nawet się nad tym nie zastanawiałem wcześniej, chyba starość robi swoje, pomyślałem. Po chwili przyszło mi coś na myśl — co można robić w śniegu? Szczeniaki gdzieniegdzie szalały w białym puchu, obserwowałem je jakiś czas spod drzewa i podziwiałem za tak wiele pomysłów do zabaw. Śnieg kiedyś służył mi do skrycia się i wypatrywania przyszłych ofiar do zabicia, jego zaletą też jest to, że mój zapach trudniej było wykryć. Teraz najlepiej jest wypatrzeć ptactwo, wystarczyłoby się płasko położyć i cierpliwie czekać… Płomyk przestań myśleć.
Nagle coś mnie uderzyło w tyłek, kamień? Odwróciłem szybko głowę i zauważyłem Aroniową Gałąź z uszykowaną kulką śniegu pod łapą. Wpatrywała się we mnie z żartobliwym uśmiechem i wiedziałem, że za chwilę zamachnie się drugi raz. Zatoczyłem nosem swoją kulę, cieszyło mnie, że śnieg był mokry i z łatwością się kleił. Złapałem większą broń i jakimś cudem uniknąłem kulę Aroniowej, przeleciała mi obok oka. Zamachnąłem się i trafiłem idealnie w cel, suczka podskoczyła i próbowała się bronić łapami, ale na nic się to zdało.
 — Ejj! Pokonam cię! — zawołała i zaczęła toczyć dużą kulę.
 — Serio? — spytałem i też ułożyłem kulkę w łapach.
Ta uparcie tworzyła coraz to większą i większą, co ona kombinuje? Kula była już jej wielkości, wtedy się zatrzymała i złapała oddech. Przekrzywiłem głowę, a suczka zniknęła za nią. W pewnym momencie kula zaczęła się toczyć w moją stronę. O nie, nie tym razem, po stoczeniu się w oponę miałem dość. Odskoczyłem na bok, a kula poleciała kawałek dalej na przysypaną śniegiem łąkę.
 — Chodź, gonimy ją — powiedziała Aroniowa i pobiegła w dół.
W sumie czemu nie. Puściłem się biegiem za nią. Po chwili mnie olśniło, a jakby puścić wodze powagi i po prostu dać się ponieść przyjemnością, które mnie w życiu ominęły?
 — Wejdźmy na nią — powiedziałem i przyspieszyłem.
Suczka podjęła wyzwanie i zaczęła szybciej przebierać łapami, myślała, że wygra? Przegrała w poprzednią grę z liśćmi i kamykami więc teraz też może. Kula zatrzymała się, zrobiła się o wiele większa niż przed chwilą i obmyślałem jak na nią wskoczyć. Z lewej raczej nie, z prawej też niezbyt, chyba pozostaje wziąć rozbieg i mocno się wybić.
Towarzyszka pierwsza skoczyła i wylądowała na szczycie kuli, chwilę się zachwiała, ale dała radę.
 — Wygrałam! Byłam szybsza — podskakiwała dumnie w miejscu.
 — Niech ci będzie — mruknąłem.
 — To było super — stwierdziła. — Musimy to powtórzyć, ale musimy zrobić większą i… zrobimy tunel!
Ona to ma pomysły, pomyślałem. W pewnej chwili zainteresował mnie jeden punkt w oddali, do końca nie wiedziałem, czym jest, ale nie podobał mi się. 
— Idźmy stąd — powiedziałem.
 — Już? Ale jest tak fajnie…
 — Nie żartuje — zmrużyłem oczy, czym jesteś dziwny obiekcie w oddali?
Suczka zeskoczyła z kuli.
 — Co się dzieje? — spytała.
To coś, wydawało mi się, że gdzieś to widziałem, ale gdzie konkretnie? Nagle tajemnicze coś błysnęło w blasku niewielkiego słońca, już wiedziałem. Obróciłem się, żeby złapać suczkę za skórę na karku i pociągnąć do lasu, ale usłyszałem wystrzał i zimno na pysku. To trwało sekundę? Może nawet mniej. Wszystko wokół ucichło, jakby czas się zatrzymał. Poczułem na pysku, jak ciepła krew skapuje na śnieg.
 — Coś mam na uchu… — pisnęła i spuściła głowę. — Czemu to tak boli? — zmrużyła oczy.
Miała przecięte ucho na krawędzi, ale też jej krew leciała dość obficie. Musimy stąd iść, natychmiast. Chwyciłem ją za futro i zniknęliśmy z pola widzenia, starałem się znaleźć jakieś oddalone miejsce, żeby nas nie namierzyli. Mieliśmy dużo szczęścia, bardzo dużo. To byli ludzie z bronią, taką samą miałem przed nosem jak Jasne Serce postanowił się ze mną zaprzyjaźnić w mieście. Nabój nas tylko musnął, mogło to się potoczyć znacznie gorzej.

<Aroniowa Gałąź?>
[876 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 8PD]

15 stycznia 2022

Od Płomiennego Krzewu CD Aroniowej Gałęzi

To nic takiego, pomyślałem. Rozluźnij się, rozluźnij, tak, kiedyś bym rozszarpał przypadkowego psa za rzucenie we mnie czymś, ale to dawne dzieje. Aroniowa szybkim ruchem zabrała wilgotne coś z mojego pyska i oczekiwała chyba na wyrok. Ja wiem, byłem dupkiem, który miał wszystko i wszystkich gdzieś i chciałem cię wrzucić do śmietnika za wepchnięcie do opony samochodowej.
— W porządku — mruknąłem 
Miałem wrażenie, że się odrobinę zmieniła, w zasadzie minęło trochę czasu od momentu przygody ze staczaniem się w dół po ulicy. Chyba nabrała mięśni, albo zwyczajnie była puszysta? Ehh nieważne, łapy mnie zaczynały boleć od stania.  Poruszyłem się w przód, muszę się rozchodzić i później może coś znajdę do jedzenia. A jakby tak…?
— Chcesz się przejść? — spytałem, w niewielkiej mierze polubiłem towarzystwo drugiego psa
W pierwszej chwili nie przypuszczałbym, że wypowiem takie słowa do kogoś, nie pasowały do mnie wcale, a jednak je wypuściłem z pyska. Brzmiały całkiem fajnie, teraz będę je częściej używać. Jakie to fajne uczucie zmienić myślenie, pomyślałem.
Aroniowa musiała przetworzyć moje słowa w głowie, trybiki pracowały pełną parą. Po chwili coś załapała i szybkim ruchem zmieniła pozycje na luźniejszą.
— Ja? Ach tak ja, nikogo innego tu nie ma — zakłopotana zaśmiała się — tak, chętnie, jasne!
Polubiłem ją, nie wiem za co, ale miała w sobie tyle energii, pozytywnej energii. Zachowywała się jak szczeniak i mało czym się przejmowała. Teraz gdy zmieniłem nastawienie, widzę, jak bardzo zmarnowałem życie, mogłem być taki sam albo jeszcze bardziej radosny, mogłem spędzać czas na przyjemności, a nie wieczne rozlewy krwi i bronienie własnych rzeczy. Gdyby tylko ludzie mnie nie złapali i nie nauczyli agresji… Byłbym zupełnie inny już na początku.
Czułem od paru dni, jak łapy odmawiają współpracy. Męczę się o wiele za szybko, o bieganiu na długie dystanse mogę pomarzyć, a polowanie? Sam nie wiem, może mi się uda dziś coś złapać. Na pewno muszę odwiedzić szczeniaki Jasnego, no w zasadzie już nie są tacy mali, bo każdy ukończył trening. Chciałbym z nimi pobyć i zrobić coś fajnego, może Jasna Gwiazda się dołączy?
— Ale myśliciel z ciebie — powiedziała Aroniowa z lekkim uśmiechem, wpatrywała się we mnie ciekawsko
— Nie umiem się wyrwać — odpowiedziałem
To była prawda, cały czas latałem z głową w chmurach albo rozmyślałem o przeszłości. Już kilka razy chciałem wyrzucić mózg z głowy… żeby przestać… czuć uderzające… myśli. One są cały czas ze mną, nigdy nie cichną, atakują wtedy, gdy nie jestem czymś zajęty. Natrętne myśli nie dają mi żyć. Może Aroniowa Gałąź sprawi, że się jakoś oderwę?
— Znajdźmy jakieś zajęcie, byle jakie — rzuciłem nagle.
O tak, poróbmy coś, cokolwiek.

<Aroniowa Gałąź?>
[420 słów, Płomienny Krzew otrzymuje 4 punkty doświadczenia]

29 grudnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Błękitnej Stokrotki

Nie ma co się kłócić, zostaw ją, przyszło mi do głowy. Zastanawiało mnie, co medyk mi zrobił z łapą, że tak piekielnie bolała. Była jakby zgnieciona...takie miałem wrażenie. Ogólnie czułem się zmęczony, ostatnio bardzo często sypiam, a bywa, że nie chce mi się jeść przez cały dzień.
— Idź sobie — mruknąłem obojętnie i walnąłem się na bok
Miałem nadzieje, że zostawi mnie rzeczywiście samego i będę mógł odpocząć. Tak jednak nie zrobiła, położyła się kawałek dalej i posłała mi wredny uśmiech. Jak ja mam jej dosyć… Zamknąłem oczy, chciałem być sam ze sobą, bez niej, dlaczego tak nie może być?
Czułem jej wzrok na sobie. Sierść na karku mi się od razu jeżyła, była w błędzie jeśli myślała, że bez pomocy jednej łapy nie dam rady jej dorwać. Odwróciłem powoli głowę za siebie — Błękitna cały czas leżała w jednym miejscu i znów posłała mi wredny uśmieszek. Prosi się o kolejną ranę, ale tym razem na szyi, pomyślałem. Mruknąłem cicho pod nosem i pozwoliłem się zdrzemnąć na…parę minut? Dotarło do mnie po chwili, że ktoś nade mną stoi. Oczywiście kto inny jak nie ta wredota.
— Czego chcesz? — zmrużyłem oczy
— Myślałam, że zdechłeś, ale jak widać, jeszcze nie chcą cię tam na górze — zaśmiała się
— Bardzo śmieszne — syknąłem
Chce być sam, chce być sam i to już. Czmychnąłem przed siebie, lekko kuśtykając na przednią łapę, miałem już w głowie obraz mojego wygodnego legowiska w ruinach jednego z zawalonych blokowisk. To było moje jedyne miejsce, do którego powracałem i mogłem wypocząć. Powoli zacząłem kląć, że muszę iść, a raczej podskakiwać, tak daleko i jeszcze kilka razy prawie się wywaliłem o kamyk albo zwykłą gałąź. Ulżyło mi gdy w oddali zobaczyłem znajome mi miejsce.
— Nareszcie — powiedziałem do siebie
Wślizgnąłem się przez dziurę w ścianie, dzięki temu, że pęknięcie jest wysoko, to nie wejdą mi żadne mniejsze istoty. Wewnątrz miałem trochę bałaganu, ale kto inny tu zagląda niż ja? Pod tylną ścianą miałem ułożony miękki materac, znalazłem go kiedyś na śmietniku. Zaraz przy wyjściu znajdowały się prezenty od Iskierki — dziecka Jasnej Gwiazdy, czyli zgnieciona puszka i spalony krzew. Te dwie rzeczy jakoś na mnie wpływały i podnosiły na duchu, miały u mnie szczególne znaczenie. Biada jeśli ktoś je ruszy albo zabierze. Ułożyłem się na materacu, zrobiło mi się miękko pod pyskiem i po chwili zasnąłem.
 
Dłuższy czas później, Krzew zrobił się milszy

W końcu łapa się zagoiła, jak powinna i mogłem pokonywać dłuższe dystanse. Miałem już dość oszczędzania się i zwracania uwagi, aby uszkodzić sobie bardziej rany po ugryzieniu. Przygodę z wężem zostawiłem już za sobą. Zaburczało mi w brzuchu, ciekawe czy ktoś upolował jakąś zwierzynę i zostawił dla członków klanu. Dotarłem na miejsce i ujrzałem zajadające się psy, a w samym środku znajdowała się spora sarna. Zatoczyłem koło, nie miałem zamiaru się pchać między nich, o nie, do takiego czegoś jeszcze nie doszedłem. Po chwili spod łap jednego psa wystawało w całości tylne kopyto, to był teraz mój cel. Na moje szczęście pies się odsunął na bok i dzięki temu bez problemu przechwyciłem zdobycz, zadowolony z siebie oddaliłem się gdzieś na spokojniejsze tereny.
Jakiś czas później znalazłem miejsce pod drzewem, miałem stąd ładny widok na łąkę, ale niedaleko dojrzałem leżącą Błękitną Stokrotkę. Zastanowiłem się chwilę, była wciąż dla mnie wredną suczką, która wtyka nos w nie swoje sprawy, ale z drugiej strony to ja byłem głupim idiotą, który wszystkich odtrącał i myślał o sobie. Teraz gdy Jasna Gwiazda pozwolił mi opiekować się jego szczeniakami i ogółem dzięki niemu się zmieniłem — chciałem coś dobrego zrobić.
Zbliżyłem się do niej i położyłem całą nogę przed sobą. Obstawiałem, że za chwilę się obudzi przez zapach mięsa. Usiadłem i czekałem cierpliwie, tak, to będzie dobry pomysł, żeby razem zjeść coś i w końcu się pogodzić, dla mnie bynajmniej to będzie w porządku.
 
<Błękitna Stokrotka?>
[625 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

22 grudnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Aroniowej Gałęzi

Zabrakło mi kilka centymetrów, aby złapać Aroniową za łapę, ale niestety utknąłem w oponie, a ta zaczęła się staczać. Przeklinałem, jak tylko mogłem wystające, źle zrośnięte żebro, bo gdyby nie to – bez problemu mógłbym wyskoczyć. Droga w dół była długa jak diabli, obraz kręcił się coraz szybciej aż w końcu kształty domów i przechodzących ludzi zmieniły się w kolorowy wir, zaraz zwrócę obiad, zaraz serio go zwrócę….
Próbowałem zwolnić w jakikolwiek sposób, ale to było niemożliwe. Co chwila uderzałem zadkiem i łapami o twardy asfalt, chyba nawet gdzieniegdzie zdarłem sobie skórę. Aroniowa, wsadzę cię kiedyś w takie koło i przywiąże do jednego z samochodów, pomyślałem.
Zachciało jej się eksplorować jakieś wywalone auto do góry nogami, też mi atrakcja. Po jakiego ciula ja poszedłem za nią? Gdybym został na łące, to przypuszczam, że jeszcze kilka ptaków by mi wpadło do pyska, a tak walczę o życie w toczącej się oponie.
Coś głośno zaryczało, nie wiedziałem, skąd to dochodziło, wszystko wydawało mi się takie samo, a wir nie miał zamiaru mi zniknąć sprzed oczu. Łeb mnie bolał, aż chciał wybuchnąć, zadek bolał, a łapy paliły od prób zatrzymania koła, które nie miało w planach się zatrzymać. Im dłużej się toczyłem, tym więcej traciłem kontakt z rzeczywistością, bladego pojęcia nie miałem, gdzie jestem, czy przede mną coś jest, czy mnie zaraz coś nie trzaśnie. Nic.
No i wykrakałem — uderzyłem w coś. Nie wiem, czym było to ‘’coś’’ ale na tyle mnie odbiło, że wylądowałem w wodzie, na szczęście płytkiej i dotykałem łapami dna.
Wszystko wirowało coraz mocniej, szybciej, wirowało…wirowało… Przez chwilę myślałem, że jestem w kawałkach, bo nie czułem ani łap, ani brzucha, nawet nie czułem, że jestem w wodzie, tylko dziwnym trafem się unoszę w powietrzu. Spuściłem łeb, niech już wszystko wróci do normy…
Nim Aroniowa dotarła do mnie, zwróciłem obiad, nie wytrzymałem dłużej i zwyczajnie musiałem. Nade mną stało kilku ludzi, chyba byli przejęci, ale mało mnie obchodzili, chciałem teraz jedynie postać w miejscu i za nic na świecie nie ruszyć nawet palcem. Dopiero po jakimś czasie dotarły do mnie bodźce zewnętrzne i poczułem zimną, śmierdzącą wodę, w jakiej się znajdowałem. Wciąż wirowało, ale bardzo wolno ustępowało, wiruje, wiruje…
Nagle opona się poruszyła, co jest z nią nie tak? Przechylający się obraz na lewo i prawo uniemożliwiał mi dostrzeżenie, czemu się przemieszczam do przodu. Syknąłem cicho, chyba miałem ucięte ucho i trochę mi krew leciała z boku. Znowu się unosiłem w powietrzu i leciałem, to było dziwne uczucie… czy ja właśnie umarłem? Zacisnąłem zęby, obiecuje, że będę nawiedzał Aroniową w jej najgorszych koszmarach.
Asfalt. Leżałem na nim, czułem go pod brodą, czyli jeszcze żyłem. Ciało mi odmawiało posłuszeństwa, ale z czasem mogłem już poruszyć łapami, zawsze coś. Ludzie wokół zaczęli o czymś dyskutować, wyłapałem wyrazy typu wilk, pies, opona, pomoc, hycel. Aroniowa dotarła na miejsce, cała zdyszana obmyślała co robić. Dwunogi się kłócili więc to była szansa, żeby im uciec, tylko że nie wiedziałem jak mam wstać, aby nie wylądować znowu na ziemi. No dobra próba numer jeden. Podeprzeć się przednimi łapami i przesunąć do przodu, niby proste, ale dla mnie trudne w cholerę jasną. Suczka coś mówiła, cały czas coś mówiła i krzyczała, byłem zbyt skupiony na wyjściu z przeklętej opony, nie słuchałem jej.
Udało mi się wyjść, nareszcie. Wciąż mi jeszcze wirowało przed oczami, ale już lżej i widziałem już kilka kształtów.
— Dasz radę iść?? — spytała Aroniowa – mamy spory kawał drogi do klanu i będziemy musieli się gdzieś zatrzymać, no i…. tak cię przepraszam za to….
— Zamknę cię…w śmietniku — wydusiłem cicho
— Niech ci będzie, ale musimy iść, zaraz przyjedzie hycel! Podniosłem się na łapy, w tej chwili wszystko na nowo zawirowało, gdyby nie suczka to znowu bym wylądował na ziemi. Szliśmy obok siebie aż do jakichś zarośli, gdzie w końcu mogłem dojść do siebie.

<Aroniowa Gałęzi?>
[633 słowa: Płomienny Krzew otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

21 grudnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnej Gwiazdy

Zakochany…we mnie? Naprawdę ktoś jest w stanie mnie pokochać? Mam okrutną przeszłość, przelałem tyle krwi nieszczęsnych ofiar, atakowałem nawet ludzi, a teraz słyszę, że ktoś się we mnie zakochał. Właściwie… Czym jest miłość? Potrąciłem nosem kawałek mięsa, wyobraziłem sobie dwa psy razem ze sobą, no dobra kochają się i mają potem szczeniaki, ale jeśli miałbym opisać te wszystkie uczucia i zachowania, to jestem w kropce. Nikt nigdy w życiu mi nic nie wyznał, a raczej dlatego, że każdego odganiałem groźnym ujadaniem.
Teraz jestem inny… lepszy. Zmieniłem się, pozwalam się nawet dotknąć, to naprawdę coś.
— Co to, to zakochanie? — spytałem zaciekawiony — a miłość?
— Już mówię! — wykrzyknął uradowany — Miłość jest wtedy, jak kochasz kogoś bardziej od siebie — machnął kilka razy ogonem — tak jest właśnie z nami teraz.
— Ty i ja?
Położył swoją łapę na mojej, w pierwszej chwili wbiłem w nią wzrok, ale po chwili cały się rozluźniłem. To było całkiem przyjemne, miałem przed oczyma białą włochatą łapę Jasnej Gwiazdy, a nie za parę sekund wbijające się we mnie ostre kły wroga, które ociekały pianą i śliną. Czułem ciepło płynące spod poduszek i małe lekko wbijające się pazurki w moją skórę. Nie miałem pojęcia, że to jest takie… fajne?
— Ty i ja — odpowiedział.
On jedyny mnie rozumiał, dał mi szanse na zmianę i jestem tu, teraz jako inny pies. Nie straszna mi krew, a co dopiero zabicie kogokolwiek — zamiast chronić swoje dzieci, zaufał i zostawił je ze mną. To… to… chyba coś pękło we mnie. Jakby coś mi się poluzowało w mózgu, poczułem się swobodniej.
Jasny otworzył szerzej oczy i zaraz na jego pyszczku pojawił się uśmiech.
— Zobacz — skierował wzrok gdzieś na bok, o co mu chodziło?
Spojrzałem tam, gdzie on i zesztywniałem — machałem ogonem, pierwszy raz machałem ogonem! Nie czułem tego wcale, czy ja się cieszyłem?! Wlepiłem się w latający na wpół puszysty ogon, wciąż nie dowierzałem, że to się dzieje. Naprawdę nigdy go nie użyłem do machania, chyba że dotyczyło gotowości do walki. Pierwszy raz szczerze i bez kontroli pokazałem zadowolenie, zarąbiście!
— Widzisz to? — spytałem, wciąż nie dowierzając.
— Jasno i wyraźnie!
Tak mi się to spodobało, że zacząłem się kręcić w kółko, tak bardzo chciałem złapać ogon w pysk! Nie miałem pojęcia dlaczego, ale wydało mi się to ekstra. Po kilku kółkach w końcu mi się udało, trzymałem końcówkę między zębami i pokazałem towarzyszowi. Jasny zaśmiał się, zmieniłem się, zmieniłem!
Na chwilę zakręciło mi się w głowie i ostatecznie padłem na miękką trawę. Raz za razem wyginałem się na jeden bok, a potem na drugi, po chwili Jasny do mnie dołączył i obydwoje tarzaliśmy się w trawie, aż sierść w niektórych miejscach nam się zabarwiła na zielono.
— Ja nigdy… tak nie robiłem — powiedziałem sam z siebie, leżąc na plecach — całe życie spędziłem na samolubstwie i walce o przetrwanie – strąciłem mały pęczek trawy z nosa i obróciłem się na bok.
Jasna Gwiazda przysunął się bliżej i zwinął się w kłębek pod moją prawą łapą. Nie przeszkadzało mi to, a wręcz poczułem ciepło wewnątrz siebie, miałem wrażenie, że zwykła obecność czy nawet bliskość drugiego psa sprawi, że zmienię się na lepsze. Tak właśnie było, dawny Krzew zniknął, a zjawił się nowy, lepszy. Przysunąłem brodę do jego głowy, miał miękką sierść i pachniał trawą, ja pewnie też.
Żadnego warkotu, mruczenia, a tym bardziej pokazywania zębów, skończyłem z tym. Przymknąłem oczy, też cię lubię mały przyjacielu, bardziej niż bardzo i wdzięczny ci jestem, że mnie zmieniłeś, pomyślałem.
< Jasna Gwiazdko? >
[ 562 słów, Płomienny Krzew otrzymuje 5 punktów doświadczenia i buzi w czółko ]

9 grudnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Aroniowej Gałęzi

Szczeniak stanął dęba, gdy pojawił się przed nim większy pies od Aroniowej i prawie wypluł resztki pogryzionego jabłka. Naszego jabłka. Szukał wzrokiem jakiejś pomocy, ale takowej nie otrzymał od nikogo, nie wiedząc co zrobić, zaczął się odsuwać od owocu. Dojrzałem u niego wystające żebra, długo nic nie miał w pysku, a jedzenie w śmietnikach nie zawsze mogło napełnić żołądek. W życiu kilka razy też miałem okres głodówki, oczywiście nie dałem sobie pomóc, o nie żadnej pomocnej łapy, to mogło zepsuć mi wszystko.
 — Już jest nadgryzione, więc... Może niech sobie... Weźmie? — zapytała zmieszana suczka
Nie trzymałem się kodeksu, w zasadzie w nosie miałem zasady klanu. Robie co chce i nikt nie będzie stał nade mną. Szczeniak wbijał wzrok w jabłko, ślina ściekała mu małymi kropelkami po bokach pyszczka, był bardzo głodny. Zaraz miałem przed oczami dzieci Jasnej Gwiazdy, gdyby przed nami siedziało jedno z nich, to bez namysłu dałbym mu nawet kopyto jelenia.
A co mi szkodzi. Popchnąłem owoc w stronę malucha, aż odbiło mu się od łapki. Ten natychmiast rzucił się na zdobycz i zatopił małe zęby w skórce.
 — To miłe — rozpromieniła się i pomachała ogonem.
Minąłem zajadające się szczenię i wesołą suczkę, trzeba coś zdobyć jeszcze do jedzenia, a najlepiej dla siebie. Na samą myśl zaburczało mi w brzuchu. Udało nam się zebrać trochę pożywienia, ale znając obydwie suczki, to zaniosą wszystko dla pozostałych członków. No dobra dam im również moje zdobycze, ale później pójdę po coś dla siebie samego.
 — Chyba nam wystarczy? — spytała Fiołkowa Skała
Targała ze sobą jakiś brązowy worek ze świeżymi małymi rybkami i czymś jeszcze. Aroniowa zwinęła gdzieś kilka kawałków mięsa, kusiły trochę zapachem. Mnie się udało ukraść całkiem spory kawałek żeberek, jeszcze chwile temu parowały i parzyły mnie w pysk.
— Wystarczy, prawda? To były udane łowy — stwierdziła z dumą Aroniowa Gałąź, a pytanie było skierowane do mnie.
 — Tak — mruknąłem, miałem już trochę dość ich obecności, chciałem pobyć sam.
Całą drogę do klanu rozmawiały ze sobą, śmiały się, a nawet chwilę kłóciły, która zebrała więcej jedzenia, ja sobie szedłem przodem i gdybym mógł, to zatkałbym uszy. Niedaleko nasze docelowe miejsce, aby zostawić jedzenie – za chwile się od nich uwolnię.
Zostawiłem żeberka i kątem oka zauważyłem kilka psów z klanu, za chwile się wszyscy zbiorą i będą ucztować, nie nadaje się, pomyślałem. Niedaleko znajdowała się łąka, która lubiła skrywać w wysokiej trawie ptactwo i myszy, naszła mi na samą myśl ślina do pyska.
 — Nie jesz z nami? Starczy dla wszystkich — Aroniowa przekrzywiła głowę.
 — Wole coś innego — odpowiedziałem jedynie.
Dziś niemiłosiernie grzało słońce, duchota odbierała siły i nic nikomu się nie chciało prócz cienia dla ochłody. Łąka pewnie będzie palić na sam widok w łapy, dlatego stwierdziłem, że najpierw poobserwuje z pewnej odległości (w cieniu) czy trawa się nie porusza, wtedy będę wiedział, że coś w niej chodzi. Mruknąłem cicho, wypatrzyłem 3 ptaki i to w różnych miejscach, lepiej dla mnie, bo nie spłoszą się wszystkie na raz. Skupiłem wzrok na najbliższej zdobyczy, ale po chwili poczułem czyjąś obecność. Odwróciłem głowę, Aroniowa Gałąź? Czego tu szukasz? Przeszkadzasz mi.
 — Chciałam ci potowarzyszyć, skoro nie jesz ze wszystkimi — uśmiechnęła się.
 — Po co?
Suczka zamyśliła się, jeśli za chwilę sobie nie pójdzie, to ucieknie mi jedzenie. Wtedy to będzie jej wina.
 — Poćwiczę polowanie... I może się czegoś nauczę nowego.
No dobra, pomyślałem. Wypuściłem powietrze z płuc.
 — Chodź — powiedziałem. — Tylko nie za blisko — ostrzegłem.
Suczka od razu się ucieszyła, podreptała za mną w gęstą trawę. Miałem nadzieje, że nie spłoszy wszystkich ptaków.

<Aroniowa Gałąź?> 
[593 słowa: Płomienny Krzew otrzymuje 5PD]

16 października 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnej Gwiazdy

Wydobyłem z siebie jedynie ciche mruknięcie, jego towarzystwo mnie znacznie uspokaja. Ja też cię lubię, ale nie umiem z siebie tego wydusić, pomyślałem. Czasem mam momenty kiedy chciałbym coś powiedzieć więcej, jednak po chwili stwierdzam, że nie ma sensu. Milczenie jest złotem – tego nie życie nauczyło i raczej ciężko się tego pozbyć. Powiedz coś, no dalej ty ptasi móżdżku.
 — Ja też — te dwa słowa wyleciały mi z pyska jednym tchem, poczułem taką ulgę, że nie mogłem tego opisać.
Jasny przez chwilę siedział w miejscu nieruchomo, a następnie zaczął zachowywać się jak jeden z jego szczeniaków. Powiedział coś niezrozumiałego, aby za chwile okręcić się dwa razy wokół i szeroko się uśmiechał. Zagłuszał wszystko na około, normalnie to już bym mu wrzasnął "zamknij się!", ale nie miałem takiego zamiaru i pozwoliłem mu wybuchnąć radością.
 — To takie miłe! — zamerdał ogonem, co chwila dreptał w miejscu łapami
Później dotarło do mnie, że właśnie sprawiłem, że ktoś się cieszy. Powiedziałem niby nic, a Jasny tak radośnie zareagował, że przyjemnie się to oglądało. Usiadł naprzeciwko lekko zdyszany, uśmiech nie schodził mu z pyska, czyli tak wygląda prawdziwe szczęście… Teraz przyszło mi na myśl, jak ja bym wyglądał w takim właśnie stanie. Pewnie głupio heh, duży pies podobny do wilka, który się cieszy z byle czego i szczerze się uśmiecha.
Przyglądałem się mojemu towarzyszowi, jak on to robi, że wykrzywia usta w uśmiech? Uniosłem jedną fafle później drugą. Zaraz, jeszcze kąciki unieść i wykrzywić, nie moment jak to szło. Najpierw tył, potem przód i… czy można pokazywać zęby? Nie raczej nie, trzeba je schować. Szlag, jakie to trudne. 
— Płatek śniegu wleciał ci do nosa? — Jasny zaśmiał się prawie za całe gardło
Spojrzałem na niego, zapomniałem na kilka sekund, że jest tu ze mną i patrzy na mnie jak na głupka. Tak ci do śmiechu, tak? Chciałem zrobić coś, co każdy umie, a wyszło, jak wyszło. Nad nim znajdowała się gałąź ze śniegiem. Zaraz mu nie będzie do śmiechu. Kiedy prawie skończył hałasować i zaczął łapać oddech, zakradłem się obok i złapałem w zęby gałąź. Jedno szarpnięcie wystarczył, żeby biały puch przykrył Jasnego w całości. Wypuściłem energicznie powietrze z płuc, trochę to było zabawne.
 — Ej! — wystawił głowę na zewnątrz
Nie wiem, co miało na celu zrzucenie na niego śniegu, ale spodobał mi się jego grymas.
Gdyby nie czarne łaty na futrze, to nie byłoby go absolutnie widać nawet z bliska. Wydostał się z zaspy i wytrzepał, wokół niego powstała śnieżna mgła, która opadła po jakimś czasie.
 — Idziemy do miasta? — spytałem
 — Oczywiście, że tak — pomachał ogonem. — Nie wiem jak ty, ale zgłodniałem, a na dodatek wiem, gdzie jest śmietnik pełen dobrego jedzenia — wypiął dumnie klatkę piersiową

Przed wejściem na twardy chodnik z kostki wyczułem nieprzyjemny zapach. Zmoczone albo nawet zgniłe futro oblepione czymś… Nasunął mi się obraz dużego włóczęgi z długim włosem, chyba gdzieś był w pobliżu, bo jego zapach aż drażnił nos. Mruknąłem cicho, oby nas omijał szerokim łukiem.
Ludzie byli wszędzie, nie lubiłem ich bliskości, a szczególnie ich mniejsze wersje. Pamiętam jak kiedyś, z Błękitną Stokrotką, na łodzi prawie rzuciłem się na dziecko. Niepotrzebnie podeszło tak blisko, a dorośli sami byli tego winni.
 — Mama wilk! — odezwała się mniejsza wersja człowieka swoim skrzeczącym głosem. — Tulimy? — zaczęła się zbliżać.
Nie podchodź, pomyślałem. Wskoczyłem na trawnik i tym samym oddaliłem od dziecka. Pozostali, którzy byli w pobliżu, dość dziwnie się na mnie patrzeli. Nie było na szczęście nigdzie hycla ani faceta z bronią. Jasny poszedł przodem, chwilę się przyglądał sytuacji z dzieckiem, ale nic nie powiedział.
 — To tutaj — podreptał szybciej w uliczkę między dwa niewielkie domy — spójrz, jest pełny! — wykrzykną.
Rzeczywiście kosz był wypełniony po brzegi i pod nim nawet walały się całkiem świeże produkty. Zastanawiało mnie czy tylko my tu jesteśmy, czy jednak ktoś już sobie to upatrzył. Jasny puścił się biegiem i dorwał worek z plastrem mięsa. Zbliżyłem się, wciąż mi coś nie dawało spokoju i miałem wrażenie, że ktoś nas obserwuje.
Złapałem w zęby kość z kawałkiem mięsa, powoli kawałkami odrywałem części jedzenia, wciąż byłem czujny.
 — Wystarczy nam na całą zimę, co nie? — spytał Jasny. — Weźmiemy trochę dla klanu, ucieszą się na takie dobrocie
 — Tak — odpowiedziałem.
Złapałem kość w pysk i rozgryzłem na drobne kawałki, przepyszne, pomyślałem. Oparłem się przednimi łapami o krawędź śmietnika i od razu skupiłem się na czymś, co wyglądało jak kwiat, ale w całości było zielone. Co to było? Strąciłem to na dół i przekrzywiłem głowę. Zapach… sam nie wiem, jaki był, bo nie odstraszał ani też nie zachęcał do zjedzenia. Towarzysz zdążył się jedynie uśmiechnąć kiedy to ktoś z impetem wpadł na mnie i zatrzymałem się z hukiem na śmietniku. Wszystko mi w tym momencie ucichło, nic nie słyszałem. Kątem oka dostrzegłem Jasnego mówiącego coś, ale go nie słyszałem. Duży biały obiekt zatoczył koło i szykował się na kolejną szarżę.
 — Płomyk! Płomyk! — dobiegło mi do uszu krzyk.
Jasny zjeżył się po chwili na karku i szczekał na intruza. Otrząsnąłem się, mogłem wstać i stanąć do walki. Biały pies miał dokładnie ten sam zapach co po wejściu do miasta, to jego wyczułem i dobrze myślałem, że nie jesteśmy sami. Był niewiele większy ode mnie, więc mogłem mu dać radę. Zastanawiałem się nad moim towarzyszem, nie chciałem, żeby intruz mu coś zrobił… 

<Jasna Gwiazdo?>
[887 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 8PD]

22 września 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Iskrzącej Łapy

Z jednej strony chciałem jej ukręcić głowę, bo tuż za jej plecami wciąż dopalały się resztki krzaków, wysokich traw, a nawet ucierpiały trzy drzewa, które były już puste wewnątrz. Jak można być tak głupim i nieodpowiedzialnym? Przez to mogliśmy stracić dom, a nawet kilka psów mogło ponieść poważne obrażenia. Ale z drugiej strony cały mój wewnętrzny gniew…pękł jak bańka mydlana, gdy dojrzałem jej zawstydzenie i płonącą różę. Zrobiłaś to po to, aby dać mi prezent związany z moim imieniem, tak? Położyła uszy po sobie, co chwila unosiła wzrok i spuszczała z powrotem na ziemie, pewnie oczekiwała kary, nie wiadomo jakiej wielkiej. 
Chwyciłem w zęby kwiat krzewu, starałem się ostrożnie go przemieścić, bo na nowo może powstać pożar. Zaraz obok leżał mały kamień i miałem pomysł. Uniosłem go, żeby wsadzić pod niego płonącą różę, ustawiłem kwiat tak, aby był skierowany ku górze. 
— Chodź — powiedziałem do suczki 
— Dokąd idziemy? — spytała nieśmiało, wciąż czuła duże poczucie winy.
— Zgasimy ogień.
Iskierka niechętnie ruszyła za mną, chciałem jej pokazać jakie szkody narobiła. No dobra chciała mi zrobić prezent, ale nie zważyła na to, co może zrobić, skupiając się tylko na jednej rzeczy. Pierwsze płomienie zauważyliśmy na małym krzaku, był w połowie czarny, ale miałem wrażenie, ze wciąż walczy o życie, mimo zjadania żywcem przez ogień. Spojrzałem kątem oka na suczkę, przekrzywiła głowę, jakby zastanawiała się, co teraz zrobimy. 
— Mam to zakopać tak jak ty wcześniej, wujku? — spytała.
Mądrze, pomyślałem. Skinąłem głową na tak, usiadłem z boku, aby mieć widok, na to co zrobi. Ogień powoli przygasał, ale wciąż gdzieniegdzie pojedyncze gałązki się paliły, na szczęście nie wysoko. Wystarczy kilka rzutów piachem i sprawa załatwiona. Iskierka ustawiła się bokiem i najpierw obejrzała na pół martwy krzak, zapamiętała gdzie były palące się miejsca i prawą łapą pchnęła piasek w wyznaczone cele. Płomyki zgasły, krzak zatrząsł się, ale wciąż trzymał na grubszym korzeniu. Suczka machnęła ogonem z zadowolenia. 
— Idziemy dalej — powiedziałem jedynie.
Widziałem w jej oczach rozczarowanie, nie chciałem jej na razie chwalić za dobrze wykonane zadanie, bo jeszcze zostało kilka miejsc do uporządkowania. Chciałem, żeby wykonała to sama. 
Nigdy nie myślałem, że kogoś polubię, a raczej pozwolę przebywać w pobliżu i dotykać siebie. Nie wiedziałem, że szczeniaki potrafią być takie …fajne? Szybko łapią, o co ci chodzi i lubią cię naśladować, to widać od razu, ale one niczym się nie przejmują prócz zabaw, świat zewnętrzny czasem dla nich nie istnieje, póki sobie nie przypomną. Iskierka była właśnie tą fajną, pozostali z rodzeństwa też, ale ona miała w sobie coś. 
Truchtała obok, rozglądała się na boki, szukając kolejnych podpalonych miejsc. 
— Tu są dwa — powiedziała po chwili.
Przyspieszyła kroku i stanęła przed niewielkim ognistym kręgiem i kupką suchych liści zmieszanych z trawą. Niezłą spaloną ścieżkę zrobiłaś, zanim wszystko na nowo zarośnie, pomyślałem. W oddali zobaczyłem jeszcze jedno lekko tlące się gałęzie wysokiego krzaku, ale to za chwilę. Suczka wiedziała co robić – znów prawą łapą rzucała piaskiem na ogień, który po chwili znikał. Jeden płomień był uparty i co chwila na nowo się pojawiał, Iskierka odwróciła się do niego tyłem i zaczęła kopać dziurę. Wyrzucana ziemia z piachem przykryła buntownika i już nigdy się nie pojawił. Zadowolona z siebie spojrzała na mnie, a potem na dymiącą kupę liści z trawą. Podeszła bliżej, zbadała sytuacje i przekrzywiła głowę. 
— To tylko się dymi, nie ma ognia — nie odrywała wzroku od ulatującej pary.
— Jest ciepłe, coś innego może się zapalić 
Mogła to bez problemu uderzyć kilka razy łapami, nie sądzę, żeby coś sobie zrobiła. 
— Zobacz — rzuciłem i potraktowałem małe palenisko łapą trzy razy.
Suczka zaciekawiła się i odważyła się powtórzyć po mnie czynność. Za pierwszym uderzeniem odskoczyła na bok, bo myślała, że się poparzy. Za drugim i trzecim było lepiej, spodobało jej się, jak jeszcze trochę biały dym unosił się w powietrzu i przybierał różne formy. Zapatrzona w nie, jeden spróbowała złapać, ale niestety niczego takiego nie znalazło się w jej łapach. 
— Zostało jeszcze jedno — powiedziałem do niej.
Przedarliśmy się przez wyższą trawę, niedaleko znajdował się druciany płot, a obok niego kilka niedopałków na wyższym krzaku. Suczka ruszyła przodem cała gotowa na akcje gaszenia.
Przystanąłem na moment, coś mi tu nie pasowało. Dziwny zapach dotarł mi do nozdrzy i próbowałem sobie przypomnieć, co to było. Przed Iskierką coś zabłyszczało, coś było przykryte pod trawą i czekało na ofiarę. Iskierko, stój! 
Sunia skupiona była w pełni na swoim celu i nie widziała nic poza tym. Miałem przed oczami widok zakrwawionego szczeniaka, który próbuje złapać oddech, ale ma zaciśniętą szyje od zatrzasku i powoli ciało się poddaje, opada bezwładnie.  
Skoczyłem do przodu, muszę ją złapać, muszę ją złapać, muszę. Zatrzask błyszczał swoimi ostrymi zębami, jakby zachęcał do wsunięcia łapy między nie. Nigdy więcej. Złapałem w ostatniej chwili suczkę za skórę na karku i uniosłem wysoko. Zatrzask zamknął się w błyskawicznym tempie, a hałas na chwilę zagłuszył wszystko wokół. Wypuściłem powietrze, posadziłem Iskierkę na trawie. Miała przerażone oczy i trzęsła się. Odsunęła się od złej rzeczy z podkulonym ogonem. 
— Na dziś starczy — odezwałem się.
Wróciliśmy do legowiska, gdzie były pozostałe szczeniaki. Wychodzili już poza legowisko, bawili się na pobliskiej łące i również mieli przydzielonych swoich mentorów. Ciekawi mnie kto okiełzna dwóch największych wojowników… Po drodze zabrałem lekko dymiący prezent, który dostałem przed ‘’treningiem’’ gaszenia ognia. 
Iskierka była jeszcze trochę wystraszona, ale powoli się uspokajała. Położyłem się na piasku, nagrzał się od niewielkich promieni słońca, a w dodatku powiał chłodny wiatr. Będzie się robić coraz zimniej, pomyślałem. 
— Dziękuje za uratowanie — powiedziała suczka.
Musisz patrzeć po łapy, inaczej może się źle skończyć. Musiałbym jej pokazać jak wychwycić zapachy takich rzeczy jak zatrzaski. 
— Czego się dziś nauczyłaś? 
— Hmmm — zamyśliła się — nie można podpalać krzaków ani trawy? Albo eee… uważać z ogniem? 
— Jesteś odpowiedzialna za swoje czyny.
Odwróciła na chwilę wzrok, ale pokiwała głową. Zapamięta ten dzień raczej na długo. 

<Iskierko?> 
[978 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia; Iskrząca Łapa otrzymuje 2 Punkty Treningu]

6 września 2021

Od Płomiennego Krzewu — drabble „Kanapowiec”

Człowiek to istota tajemnicza, nigdy nie wiadomo czy za uśmiechniętą miną chowa się zdrada i chęć wyrządzenia krzywdy. Pamiętam pierwsze spotkanie i myśląc o tym dzisiaj – byłem idiotą. Słodki zapach mięsa zaprowadził mnie do swego źródła, później tylko usłyszałem szum liści, a na koniec gruby sznur zacisnął mi się na szyi jak drut kolczasty. Coraz mocniej, mocniej, brak tchu, świszczący oddech stawał się coraz głośniejszy.
Wtedy go zobaczyłem, człowiek z fałszywym spojrzeniem i kijem w ręku. Mierzyliśmy się wzrokiem, miałem wrażenie, że za chwile uniesie swoją broń i wymierzy we mnie, ale tylko się uśmiechnął złośliwie.
Nigdy tego nie zapomnę. 

[100 słów: Płomienny Krzew otrzymuuje 5 Punktów Doświadczenia]

4 września 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnego Serca


Zrobiłaby jeszcze jeden krok w stronę Jasnego i gorzko by tego pożałowała. Prychnąłem ze złości, jak można ot, tak atakować czyjąś rodzinę? Z jednej strony było mi to obojętne, ale z drugiej trochę mnie to przejęło, jeśli to tak można nazwać. Oszroniony Pysk podjęła dobrą decyzję o oddaleniu się, nie chce jej widzieć w pobliżu szczeniaków. No właśnie, szczeniaki. One mnie ciekawiły, nigdy nie widziałem ich z tak bliska i to tyle na raz. Wcześniej tylko migały mi gdzieś w oddali, więc nie przywiązywałem większej uwagi, ale teraz, to mam obiekty do obserwacji.
— Naprawdę mnie chciałeś obronić? — spytał Jasny.
Wyrwałem się z przemyśleń o maluchach.
— Jest głupia… i chciała was skrzywdzić…
Gdybym tak umiał normalnie rozmawiać z kimś tak, jak ze sobą w myślach. Arghhh czasem mnie to denerwowało, używałem pojedynczych słów i dużych przerw. Muszę się przełamać. Czas zmienić sposób wypowiadania się, szczególnie gdy ktoś mnie rozumie.
— Muszę chwilę odpocząć — powiedział i na chwilę się zatrzymał.
Cały kark miał we krwi, stale się sączyła, ale nie w dużych ilościach. Miewałem gorsze rany i wychodziłem z tego cało, dlatego nie poruszyło mnie to ani trochę. To nie byłem jednak ja, tylko ktoś mi bliższy i potrzebował czyjejś pomocy. Przestań myśleć o sobie, pomyślałem, Jasny cię akceptuje, więc nie zepsuj tego, głupku. Przypomniało mi się, jak pobiłem się z Krwawym Zewem i wylądowałem u medyka, Ciemny Kieł dała mi na rany jakieś jasnożółte zioła. Zacząłem gorączkowo myśleć, gdzie je widziałem, przechadzałem się po terenach starego blokowiska… i kiedyś znalazłem kawałek drucianego płotu…a za nim ziele. Muszę po nie iść. Jak ja mam tylko mu powiedzieć, że wybieram się po coś, co mu pomoże? Nikomu nigdy nie podałem pomocnej łapy.
— Czekaj tu — powiedziałem to w jak najmniej chamski sposób i po chwili znikłem za krzakami.
Polubiłem Jasne Serce, mimo wszystko mnie akceptuje i nawet pokazał mi swoje szczeniaki. Wciąż to sobie powtarzam, jeden jedyny nie chce mnie wyzywać na pojedynek, a tylko o to chodziło każdemu, kogo spotykałem na drodze. Jeszcze to szkło z pleców… potrząsnąłem łbem, gdzie są te zielska? Mój cel znajdował się niedaleko, blokowisko miałem po mojej prawej stronie, natomiast druciany płot powinien być gdzieś w pobliżu. I był. Od razu dojrzałem poszukiwane rośliny, a obok ktoś zostawił wygryzioną dziurę, perfekcyjnie. Zabrałem, co trzeba i wróciłem do Jasnego.
Stanąłem nad moim towarzyszem, musiało mu się niedawno kimnąć. Na pewno wyglądałem jak jakiś psi duch śmierci, który czeka, aż ofiara się przebudzi, pomyślałem. No dobra, zioła, trzeba je jakoś położyć na ranę. Szukałem wzrokiem nie wiedzieć czego po bokach, wiedziałem, co trzeba zrobić, tylko że to oznaczało dotyk… Weź się w garść, warknąłem do siebie. Zabrałem jeden liść i upuściłem nad Jasnym, wylądowało posłusznie na ranie. Drugi i trzeci również, doskonale. Przylegały do ciała, więc na pewno zadziałają, byłem z siebie trochę dumny, o ile to można tak nazwać.
Uniosłem głowę nad krzakami, szczeniaki bawiły się ze sobą, poczułem się teraz odpowiedzialny za nie… zaraz co? Nie należały do mnie, to nie moja sprawa. Im dłużej im się przeglądałem, to bardziej je lubiłem. Chyba nauczyłem się czegoś nowego. Ciche warknięcie zwróciło moją uwagę, dwa malce skoczyły na siebie i… one walczyły? To tylko dziecięce zabawy, powtarzałem sobie w głowie, one się bawią. Wyglądały dosłownie jak ja kiedyś, zapomnij o tym, zapomnij, zapomnij. Po chwili rozległy się odgłosy zwycięstwa, któryś wygrał i chciał to pokazać pozostałym. Z tych dwóch będą dobrzy wojownicy. Przedarłem się przez krzaki, niech Jasny odpocznie, a ja ich poobserwuje.
Zwróciłem uwagę na zgniecioną puszkę od Iskierki, to miał być prezent dla mnie.
— Podoba ci się Wujku? — spytała mała suczka, zamerdała ogonem, gdy na nią spojrzałem.
— Tak… ładna jest — przysunąłem prezent do siebie.
— Wybrałam najładniejszą. — Wypięła pierś do przodu.
— Kolejna bitwa! — krzyknął któryś z dwóch wojowników.
Znów jeden skoczył na drugiego, przygnietli się do ziemi i co chwila skubali zębami. Serce mi przyśpieszyło, ale po chwili poczułem coś na łapie. Iskierka położyła swoją małą łapkę na mojej, chyba wyczuła, że coś jest nie tak i chciała mnie… pocieszyć. Nawet mi nie przeszkadzało, że siedzi tak blisko i mnie dotknęła, nie przeszkadzało mi to, niesamowite. Suczka ziewnęła szeroko, dołączyła po chwili do swojego brata, który spał w niewielkim zagłębieniu. Obserwowałem, jak zakręciła się w kółko i później zwinęła w kłębek. Nie myślałem, że te małe istoty są takie ciekawe.
Dwójka wojowników wciąż nie dawała za wygraną, tracą tyle energii, że nie starczy im na przyszłość. Nagle jeden rzucił się na brata i zbili się ze mną, zapiszczeli ze zdziwienia, ale zaraz cieszyli z atrakcji.
— Przepraszamy — odezwał się chyba Pajączek, nie rozróżniałem ich jeszcze.
— W porządku — powiedziałem.
Nastawili uszu, kilka sekund później pozaczepiali się wzajemnie, ale w końcu odpuścili i położyli w cieniu. Głęboko dyszeli, jednak mieli ten błysk w oku i pewnie jakby któryś się ruszył, to na nowo powstałaby bójka. Dziś było wyjątkowo duszno. Pomyślałem o tym, ile by walczyli ze sobą w zimniejsze dni. Czy oni kiedykolwiek się męczą?

<Mężu Jasne Serce?>
[813 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

25 sierpnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Dyniowego Szkwału (Dyniowej Łapy)

akcja dzieje się przed mianowaniem Dyni

Kilka uderzeń wystarczyło, żeby niewychowany szczeniak w końcu się poddał. Nigdy nie widziałem bardziej pewnego siebie psa niż ta pokraka, śmieszyło mnie to, że podjął się walki ze mną. Mały, niedoświadczony, ślepy… prychnąłem cicho, zamarzyło mu się być wojownikiem. Jakbym chciał, to jednym kłapnięciem szczęk pozbawiłbym go życia, z resztą co to za życie, jak on nie wie, jak wygląda teren wokół…
Zostawiłem obolałego futrzaka i złapałem moją upolowaną zdobycz w zęby. Smaczna woń mięsa wypełniła mi nozdrza, od rana nic nie jadłem, więc głód brał górę. Inny pies na moim miejscu pewnie już miałby ślinotok do ziemi i trząsłby się z podekscytowania, bo za chwile zapełni się brzuch takimi smacznymi kąskami, że szkoda  gadać. Ja się nauczyłem cierpliwości, najpierw trzeba znaleźć przytulne miejsce z dala od innych futrzaków. Kiedyś niektórym udało się podkraść mi pożywienie, nie byłem jeszcze wystarczająco uważny i dominujący, aby walczyć o swoje…  Teraz nikt nie jest w stanie nawet spojrzeć w moją stronę, inaczej napotka oczy płonące gniewem i mówiące jasno, żeby nie wtykać nosa nie w swoje sprawy. 
Rudzielec w końcu podniósł się z ziemi i pokuśtykał przed siebie. Byłem zadowolony z siebie, że dałem mu lekcje życia. Takie ważniaki raczej długo nie pożyją, pomyślałem. Przypuszczałem, że przyjdzie jeszcze do mnie sam albo z przywódcą klanu, nawet gdyby to pozbędę się obydwóch po cichu i nikt nie będzie nic wiedział. Zaciągnąłem swoją zdobycz w zacienione miejsce między dwoma drzewami i mogłem bez pospiechu się delektować.

*kilka dni później*

Obserwowałem skrzynię pełną ryb, którą przyniósł dopiero co człowiek. Zostawił ją samą i poszedł gdzieś, to był ten moment, gdy mogę się zbliżyć i zabrać ze dwie sztuki. Niedawno Jasny przedstawił mi swoje szczeniaki i pomyślałem, żeby im przynieść coś do jedzenia. Miały już zęby więc bez problemu dobiorą się do wnętrza. Po cichu przemknąłem obok dwóch ludzi z czymś długim i ostrym w ręku, widywałem takie narzędzia, ale zdecydowanie krótsze, chyba służyło do odcinania głowy ryby. Skoczyłem naprzód, unikając nadepnięcia na mały haczyk i jednym kłapnięciem porwałem dwie sztuki świeżych dużych ryb. Czym prędzej zeskoczyłem z pomostu i dobrze, bo ludzie zaczęli wymachiwać rękoma, i krzyczeć. Ich szczęście, że miałem pełen pysk i nikogo nie ugryzłem. Przeskoczyłem nad krzakami i poczułem się luźniej, będąc na swoim terenie. Aktualnie były to neutralne ziemie nienależące do żadnego klanu. Teraz tylko zanieść jedzenie i zamierzałem patrzeć jak wszystkie futrzaste kulki będą posilać się rybą, aż zostaną kości. 
Poczułem po chwili znajomy zapach, wystarczyła sekunda, żeby odgadnąć, kto to był. Odwróciłem łeb, rudy szczeniak zmierzał w moją stronę z nosem uniesionym do góry. No tak, zapomniałem, że jest ślepy i musi posługiwać się węchem. Obserwowałem, jak idzie zygzakiem, w pewnym momencie zgubił trop i musiał się cofnąć kilka kroków, po czym znów szedł prosto przed siebie. Zniżyłem głowę, jeszcze chwila i naprawdę złamie mu wszystkie łapy, czego on chciał?
— Wiem, że tu jesteś — odezwał się, będąc pewny swoich słów — pamiętam twój zapach.
Warknąłem ze złości, odczep się ode mnie rudzielcu
— Nie jestem taki słaby, jak ci się wydaje. — Zmrużył oczy. — Nie myśl, że znów dam się tak pobić, jak kilka dni temu, słyszysz?
Nie mam czasu na ciebie kundlu, pomyślałem, mam ważniejszą rzecz do zrobienia. 
— Jeszcze nie skończyłem! — krzyknął, musiał usłyszeć, jak oddalam się od niego
W pewnym momencie coś mnie uderzyło, nie mocno ani nic dużego, po prostu coś mi się odbiło od barku, a mianowicie kamyk. Odwróciłem głowę, rudzielec wypluwał resztki trawy z pyska. Położyłem  dwie sztuki ryb i z zębami na wierzchu ruszyłem w stronę psa, skoro chce się pożegnać z życiem, to proszę bardzo. To jego wybór, mógł mnie omijać i do niczego by nie doszło, ale nic nie poradzę.

<Dyniowy Szkwale?>
[602 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

26 lipca 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnego Serca

Czy zabiłeś dziecko?...pytanie przewijało mi się w myślach jak taśma na kasecie. Natychmiast przed oczami miałem obraz porozrywanej na strzępy Szyszki, którą nabiłem na ostrą gałąź. Zadowolony ze swojego dzieła po mordzie zabrałem jej dwie łapy w pysku, żeby gdzieś zjeść w spokoju. Nie obchodziło mnie, że to pies, mój gatunek i to, że jestem kanibalem — wszystko, co się rusza, to jedzenie i bez znaczenia czy to sarna, ptak lub pies.
Chciałem powiedzieć, że to nie ja, no bo nie moja wina, że dwa rozwydrzone szczeniaki podeszły do mnie zbyt blisko i w dodatku jeden przeszkadzał podczas polowania. Nigdy w życiu nie spotkałem takiej gaduły, puściły mi nerwy i niestety taki ją spotkał los. Trzeba było je pilnować, a nie, że zaczepiają każdego i potem dzieją się niewyobrażalne dla większości rzeczy. Z drugiej strony Jasny stał się jedynym psem, z którym mogłem pogadać, o ile to można nazwać rozmowami, ale towarzyszył mi w niektórych wyprawach i…pomógł. Zwykle nie przyjmuję od nikogo żadnej pomocy, bo to czyni mnie słabym, że zdaje się na czyjąś pomocną łapę. W takich sytuacjach wolę od razu został rozszarpany albo spaść z klifu. Wracam myślami do tej sytuacji, gdy poprosiłem go o wyjęcie ostatniego kawałka szkła, chyba zmieniam się na lepsze.
— Nie zabiłem — odpowiedziałem.
— Jesteś pewien? — spytał dla pewności.
Skinąłem głową.
— W porządku — odetchnął chyba z ulgą i przymknął oczy.
Gdybym mu powiedział prawdę, to znienawidziłby mnie. Znów stałbym się dawnym sobą i jedyne co bym robił, to zabijał więcej i mocniej. Zmieniam się i teraz to się dla mnie liczy. Wiem, że z Jasnym dam radę, może i nawet oswoję się na tyle z dotykiem, że bez problemu będzie chciał usiąść obok mnie. To by było fajne…nawet ciekawe.
Walki się skończyły, to już pozostaje odległą przeszłością. Zbijanie się z cielskami psów na arenie również się skończyło. Tak się zamyśliłem, że zapomniałem o Jasnym, który wpatrywał się we mnie, jakby o coś zapytał i żądał odpowiedzi.
<Jasne Serce?>
[323 słowa: Płomienny Krzew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

11 lipca 2021

Od Płomiennego Krzewu do Dyniowej Łapy

Kręgi zagruchotały, połamały się na drobniejsze części, krew poleciała mi po pysku, a potem skapnęła kilkoma kroplami na trawę. Rzuciłem swoją ptasią ofiarę na płaski kamień, odbiła się na moment, a potem ani nie śmiała drgnąć kończyną. Zadowolony powyrywałem ptaku większość piór i dobrałem się do najsmakowitszych części. Rozerwałem skórę na środku i złapałem w zęby najlepsze kąski, wyjątkowo mi dzisiaj doskwierał głód. Wybrałem się aż na tereny bliskie Flumine, żeby znaleźć coś lepszego i bardziej tłustego. Natrafiłem na całe stado dużych ptaków, które pasły się na polanie przy jeziorze i bez problemu dorwałem jedną sztukę. Oderwałem kilka żeber i z przyjemnością je zmiażdżyłem w pysku, uwielbiałem jeść kości.
— Czy mi się wydaje, że jesz coś, co należy do naszego klanu, a sam nie jesteś stąd? — odezwał się głos za mną.
Spojrzałem niewzruszony na psa, który okazał się rudym szczeniakiem. Udajesz twardziela?
— Czuję, że nie jesteś z Flumine! — prawie wykrzyczał te słowa. — I jesz nasze jedzenie!
— Co z tego — warknąłem.
Rudzielec tupnął łapą w miejscu, wyraźnie był niezadowolony a tego, że poluje na jego terenach, ale miałem to kompletnie w nosie i chciałem dokończyć posiłek. Złapałem w zęby kolejny kawałek mięsa i zignorowałem wszystko, co mówił, nie będzie mi mówić, co mogę, a czego nie.
— Ostrzegam! — Zmrużył oczy. — Odejdź stąd albo nasz lider cię przegoni.
Dopiero teraz zorientowałem się, że jest ślepy, jego oczy nie skupiały się prosto na mojej osobie, a patrzył gdzieś delikatnie w bok. Tym bardziej nie przejmowałem się jego gadaniem, skoro mnie nie widział. Rudzielec warknął i pokazał małe ząbki.
— Jesteś z Tenebris prawda? — Podszedł bliżej i uniósł nos. — Tak, to ten zapach. — Skrzywił się.
Kłapnąłem mu szczękami, a ten jedynie się wzdrygnął, nie ruszając z miejsca. Miał parszywe szczęście, że nie dosięgałem mu głowy. Zabrałem resztki ptaka i przeniosłem w inne miejsce, gdzieś w cieniu. Niech ten ślepiec spróbuje tu podejść, pomyślałem. 
<Dyniowa Łapo?>
[307 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]