Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazgot x Krzemienny Pazur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazgot x Krzemienny Pazur. Pokaż wszystkie posty

8 sierpnia 2021

Od Jazgotu CD Krzemiennego Pazura


Świat raz po razie udowadniał mu, że nie warto być miłym. A Jazgot był głupi. Jazgot był po prostu durny i zamiast zostawić psa w spokoju, postanowił mu pomóc i wejść na tereny klanu, który nie ma powodu go nie załatwić.
Przynajmniej Krzemienny Pazur nie był taki zły. Trochę sykliwy, ale bronił go przed pobratymcami. Bronił go przed Szramą i to zabolało najbardziej. Najpierw odeszła bez pożegnania tak jak Klem. Potem nawet się do niego nie odezwała. Nie, żeby musiała, ale wyobrażał sobie bzdurnie, że znaczył dla niej ciut więcej. Była przy nim od momentu narodzin. Patrzyła, jak dorasta. Zajmowała się nim do cholery, znała go przecież, a teraz zachowywała się, jakby był pierwszym lepszym intruzem. Czy naprawdę myślała, że wpadłby tu, by ich szpiegować? Tak mało mu ufała?
Nie wyrywał się. Nie było powodu. Znajdował się na cudzych terenach i był otoczony przez wrogo nastawione psy. Czy miał tu jakichkolwiek sojuszników? Na pewno mógł wykluczyć z listy Szramę. Manaci Olbrzym zawsze był dla niego bardzo miły. Może Kaczy Plusk się za nim wstawi. Na niewiele więcej mógł liczyć, ale Krzemienny Pazur był dziką kartą. Liczył trochę, że samiec mimo wszystko się za nim wstawi.
Bryzowa naprawdę przypominała Miękką z wyglądu. Nawet gdyby chciały, nie mogłyby ukryć swojego pokrewieństwa. Liderka rzadko mówiła o swojej przeszłości w Ventusie. Tylko, gdy była bezpośrednio zapytana i akurat miała dobry dzień. Zdecydował się nie podnosić tego tematu, na niewiele może mu się zdać. Wszedł do pomieszczenia, mijając po drodze sale medyka. Zastanawiał się, czy udało się zmyć plamy krwi Płomiennego Zachodu. Zapewne nie powinien się nad tym zastanawiać. Zostali w pomieszczeniu w czwórkę: on, Krzemienny Pazur, liderka i ruda suka. Gdzieś z tyłu głowy, pojawiła mu się myśl, że może byłby w stanie ich pokonać. Nie mógł być tego pewien, ale pycha czasem przez niego przemawiała. Nie teraz na to czas, teraz trzeba było się skupić. Uśmiechnął się uprzejmie do liderki.
— Czemu tu jesteś, szpiegu? — zapytała. Powstrzymał się przed skrzywieniem. Nie lubił jej głosu, brzmiał za bardzo jak skrzypienie podłogi w kościele. 
— Nie jestem szpiegiem. Nazywam się Jazgot. Przyszedłem tutaj przypadkiem. Chciałem nazbierać trochę ziół, ale po drodze wpadłem na jednego z waszych wojowników. Był ranny. Postanowiłem mu pomóc, a potem…
— A potem pozwiedzać tereny innego klanu? — przerwała mu. 
— Nie, a potem zawrócić. — Bryzowa aż cała się nastroszyła. 
— Jesteś chyba idiota, że myślisz, ze ci uwierzę! Taki wypłosz jak ty nie przynosi nic dobrego — warknęła. —  Chcesz ukraść naszych nowych rekrutów, co? Po moim trupie — wycedziła przez zęby. Jazgot poczuł się jak na zgromadzeniu. Znowu czuł na sobie spojrzenia milczących obserwatorów, a Bryzowa odgrywała rolę Malwowego Ogonu, tylko miała większą władzę.
— W żadnym wypadku, nie chcę nikogo kraść. Jestem tylko zwykłym wojownikiem, który…
— Nie przerywaj mi — warknął. Nie przerwałem ci, przemknęło mu przez myśl, ale ugryzł się w język, zanim powiedział coś niepotrzebnie. Miękka mówiła, że słowa mają moc. Trzeba pilnować, co się mówi i jak się mówi.
To była liderka. Niezaprzeczalnie szalona i równie niezaprzeczalnie niebezpieczna, ale posiadająca tu pełnię władzy. Jakiekolwiek plany, które łączyły się z poproszeniem o dobre słowo od członków jej klanu, odsunął w niepamięć. Przecież zdanie innych psów z Ventusu nie będzie jej obchodzić. Wyglądało na to, że już zafiksowała się na idei, że Jazgot chce zabrać jej “rekrutów”.
— Przyszedłeś tutaj i myślałeś, że możesz wpaść i paradować po naszych ziemiach? Czy ktoś ci pomógł się tu dostać? — Spojrzała nad jego łbem, pewnie na Krzemiennego.
— Nie, nikt mi nie pomagał, nie było w czym — powiedział. Nie chciał, by Krzemyk miał przez niego jakieś kłopoty, skoro tylko znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. 
— Nadal to utrzymujesz? Pewnie twój klan przestraszył się naszej potęgi i wysłał cię, żeby nas osłabić! — niemal zaśmiał się na tę myśl. Żeby Miękka wysłała kogokolwiek, by zrobił cokolwiek, za dużo aktywności jak na nią.
— Bezgwiezdni pozostają na uboczu, nie chcą mieć nic wspólnego z sytuacją w klanach — odpowiedział spokojnie. — Ja tylko udawałem się na dworzec…
— Przestań mi kłamać — syknęła. 
To nie była Miękka. Mogły być siostrami, ale tam, gdzie na jedną działały logiczne argumenty, tam druga zdawała się być na nie całkowicie głucha. Nie mógł narazić Bezgwiezdnych. On nie jest istotny, byle Ventus nie wyżył się na jego klanie. Wierzył, że Bryzowa byłaby do tego zdolna. Potrzebował szybko wymyślić coś, co spodoba jej się bardziej niż prawdziwy powód. 
— Tak naprawdę przyszedłem, bo zakochałem się w Krzemyku — przynajmniej to zaskoczyło samice. Nie odważył się spojrzeć na Krzemiennego Pazura. — Zobaczyłem go na zgromadzeniu kilka księżyców temu. I… starałem się zapomnieć, naprawdę. Bardzo się starałem, ale nie mogłem. Wiedziałem, że Krzemyk pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy z mojego istnienia. To było desperackie, ale wiedziałem, że muszę chociaż spróbować. Dlatego wymyśliłem ten powód, że muszę poszukać ziół. Nie spodziewałem się, że spotkam go tak szybko. Na dodatek, gdy starałem się pomóc innemu psu. — Spojrzał na Bryzową swoimi wielkimi oczami. Liczył, że wygląda szczerze, jak głupi młodzik, który skierował swoje uczucia w niewłaściwą stronę. Głupi, niegroźny młodzik. — Przepraszam, że wprowadziłem tyle zamieszania po prostu… po prostu nie mogłem się już dłużej opierać.
 
<Krzemienny Pazurze?> 
[833 słów, Jazgot otrzymuje 8 punktów doświadczenia]

Od Krzemiennego Pazura CD Jazgotu

No i wspaniale. Po prostu wspaniale. Nie dość, że przyczepił się do mnie jakiś wariat niewierzący, to jeszcze muszę odprowadzić swojego pobratymca do medyka, kiedy on czuje się tu jak na swoim. Co ja tu niby robię? Mieszkam, wiesz?
Z drugiej strony, sposób w jaki Jazgot się zachowywał, coś w jego głosie było dla mnie nowe. Było trochę zbliżone do Dmuchawcowego Lotu, ale na nieco innej płaszczyźnie. Nieco przypominał mi, Migoczące Światło, ale jakby na to nie patrzeć, w jego obecności czułem się jednak lepiej, niż w obecności brata. 
Chyba wie, co to za słowo. Jak go określić. Starsi czasem używali tego słowa, aby określić, jakimi psami nie są ich pobratymcy. To się chyba nazywało... uprzejmość.
Normalnie bym już dawno go zbył i kazał szukać tych jego ziół gdziekolwiek, byle nie na terenie Ventus. Ale jego postawa mnie zaskakiwała. Nie chciałem się do tego przed sobą przyznawać, ale sposób, w jaki się do mnie odnosi jest mi... miły.
— Szukałem dla siebie jakiegoś miejsca na uboczu, gdzie mógłbym uciec od zgiełku klanu — skłamałem, nie chcąc przyznać, że szukam miejsca, gdzie wraz z Dmuchawcowym Lotem mógłbym torturować Jaśniejącą Łapę. — Wiesz, jak to jest, pobratymcy są wspaniali, ale każdy potrzebuję czasem pobyć sam ze sobą.
— Całkowicie cię rozumiem — powiedział Jazgot, choć miałem wrażenie, że on również kłamie. — Jak tam sprawy u was stoją? Ventus ma dość zwierzyny?
Najeżyłem się. Dlaczego o to pyta? Przyszedł tu wyłącznie w roli szpiega? To stąd ten uprzejmy ton? Mogłem się domyślić. Stłumiłem w gardle warknięcie, zamierzając powiedzieć mu parę słów o tym, że bardzo nie lubię być szpiegowany, ale uprzedził mnie Kaczy Plusk.
— A co cię to obchodzi? — warknął — Bezgwiezdni nie mają własnych problemów?
Jazgot cofnął się ostrożnie, ze skruchą w oku. Dyskretnie odetchnąłem. Nie, Bezgwiezdny nie mógł być agentem. Żaden szpieg nie wszedł by od tak na teren wroga i nie zaczął pytać pierwszego lepszego napotkanego psa o jego słabości. Widocznie mój nowy znajomy po prostu w pierwszym odruchu zapomniał, że takie zachowanie jest nietaktowne.
— W porządku — szczeknąłem przyjaźnie, po czym odwróciłem głowę. Przed nami rozciągał się nasz obóz. — Ale jeśli mogę ci coś doradzić, wracaj już na swoje terytorium. Inni Wietrzni mogą nie ucieszyć się na twój... widok.
Głos mi się załamał, bo właśnie zobaczyłem, jak z naprzeciwka nadbiega patrol. Dmuchawcowy Lot, Aksamitkowa Chmura, Pręgowana Skóra i Sosnowa Łapa. Zmrużyłem oczy. Bryzowa Gwiazda doskonale je dobrała. Suczka, która mi się podoba, moja siostra i matka.
To znaczy, właściwie to, że Aksamitkowa Chmura jest moją matką nigdy nie zostało potwierdzone, ale zdążyłem zebrać dość dowodów, aby mieć co do tego praktycznie pewność. Nikomu jeszcze tego nie powiedziałem, ponieważ... właściwie, nie wiem dlaczego. Ale to już dla mnie nieważne. Nie obchodzi mnie, kto mnie urodził. Po prostu... nie rozumiem.
Wziąłem głęboki oddech i skupiłem się, aby zachować zimną krew. To moi pobratymcy. Czemu niby miałbym przed nimi tchórzyć?
— Kaczy Plusk jest ranny — powiedziałem, gdy się zbliżyły — Zabierzcie go do Manaciego Olbrzyma.
— A on co tu robi? — syknęła Aksamitkowa Chmura, wskazując na Jazgota.
— Przyszedłem zbierać zioła — powiedział Bezgwiezdny — Cześć Szrama.
Suczka spojrzała na niego zdegustowana, po czym wyszczerzyła zęby, gotowa udowadniać swoją lojalność.
— Nie nazywaj mnie tak — warknęła — Jestem teraz Pręgowaną Skórą. Mów, co robisz na naszym terytorium!
— Mówiłem już — zawahał się Jazgot — Zbieram zioła.
— Dlaczego go nie zatrzymałeś? — zwróciła się do mnie Aksamitkowa Chmura.
Nie warcz, nie warcz, nie warcz – powtarzałem sobie. To, że inni warczą nie znaczy, że ty też musisz. Właściwie, nie wiem, co na mnie napadło, ale jednak warknąłem.
— No sam nie wiem — powiedziałem — Może kierowało mną to, że miałem obok siebie rannego psa, którego niepotrzebną przepychanką mógłbym jeszcze bardziej zranić?
— Niepotrzebną przepychanką? — zdziwiła się Aksamitkowa Chmura.
— Właśnie — przytaknąłem — Uratował Kwaczy Plusk. Dlaczego miałbym próbować rozerwać go na strzępy, jeśli lepiej bym postąpił, gdybym zaprowadził go do Bryzowej Gwiazdy?
Nie chciałem go do niej prowadzić. Właściwie, to go polubiłem i po przyprowadzeniu Kwaczy Plusk do medyka najchętniej puściłbym go wolno, ale teraz, kiedy spotkałem swoich pobratymców, nie miałem innego wyboru.
— Krzemienny Pazur ma rację — poparła mnie Dwuchawnowy Lot. — Bezgwiezdny może się nam jeszcze do czegoś przydać.
Pręgowana Skóra spojrzała z niechęcią na swojego byłego pobratymca, ale nie protestowała.
— No to ustalone — zawołała biało-ruda — Pręgowana Skóro, pobiegnij przodem uprzedzić Bryzową Gwiazdę, ja z Krzemiennym Pazurem pójdziemy za tobą odprowadzić więźnia. A Aksamitkowa Chmura i Sosnowa Łapa zaprowadzą Kwaczy Plusk do Manaciego Olbrzyma.
— Więźnia? — spytał Jazgot — W sensie ja? Zrobiłem coś złego?
— Spokojnie — uspokajałem go — Będzie dobrze. Po prostu porozmawiasz z Bryzową Gwiazdą, wytłumaczysz jej, że nie miałeś złych zamiarów, a potem wrócisz do domu.
Jazgot nic nie odpowiedział, za to Dmuchawcowy Lot spojrzała na mnie z pewnego rodzaju dystansem, który mnie zabolał.
— Dlaczego go chronisz? — spytała.
— To pies, jak ty, czy ja — wzruszyłem ramionami — Popełnił błąd, ale czyż nie wszyscy je popełniamy?
< Jazgot? >
[ 788 słów: Krzemienny Pazur otrzymuje 7 punktów doświadczenia ]

6 sierpnia 2021

Od Jazgotu do Krzemiennego Pazura

Jazgot nie przebywał na terenach Ventusu od czasu mianowania. Nie miał specjalnie powodu. To nie tak, że każdego dnia poluje się na koniki. Poza tym z tym miejscem wiązały się nieprzyjemne wspomnienia i było daleko od miasta, które zwykle było jego punktem docelowym. Czasami tylko, jeśli była taka potrzeba, zahaczał o tory, udając się na dworzec. Tak było też w tym przypadku.
Omijał tereny Tenebrisu szerokim łukiem. Nawet jeśli przeprosił Jasne Serce za swoje zachowanie, nie miał zamiaru ryzykować spotkania z Mlecznym Okiem. Blizna po aucie wciąż była widoczna i nie miała zamiaru znikać. Robił przez to bardzo duże kółko, ale przecież odrobina chodzenia jeszcze nikogo nie zabiła. Od torów też trzymał bezpieczną odległość, tak, by nikt nie oskarżył go o próbę przekroczenia granicy. Jakaś część jego chciała zabawić się w szczeniaka i przeskakiwać między deskami, ale się powstrzymał. Nie wiadomo, kto patrzy.
Umówił się z Kurką, że jeśli wyskoczy zamiast niej po zioła, to ona będzie sprzątać jego legowisko przez tydzień. W praktyce oznaczało to jedno wytrzepanie koca i zmiecenie kamyków na bok, ale trudno. Zrobiłby to dla niej bez żadnej przysługi w zamian, ale one nie zaakceptowałaby czegoś takiego. Dostał dokładne opisy roślinek, bez których miał nie wracać.
Nie spodziewał się towarzystwa. Pogoda była nieprzyjemna, chmury zbierały się nad nim, wiatr co chwila zmieniał kierunki, nie mógł nawet na porządnie poczuć żadnej woni. Samiec na torach był spory, ale poruszał się ociężale. Jego pierwsza reakcja, przygotować się do walki, wydawała się ciut nadwyraz. Podszedł do psa ostrożnie.
— Czy wszystko w porządku? — zapytał.
— Biodra mnie bolą — odpowiedział pies, machając na niego ogonem. — Ale dzięki za zainteresowanie, młody.
— Może chociaż pomogę ci wrócić? Będziesz mógł się na mnie oprzeć? — Samiec nie wydawał się przekonany. Jazgot zresztą też nie był. Wkraczanie na tereny tego klanu było mniej niż wymarzoną sytuacją, ale nie zostawi go samemu sobie. Ostatecznie jednak lenistwo wygrało, więc pies — na imię miał Kaczy, jak się potem okazało — pozwolił sobie pomóc.
Nie doszedł nawet do okolic stajni, gdy wpadli na kolejnego psa. Ten jednak był niski, nawet bardziej niż Jazgot. Szedł powoli, ale niezaprzeczalnie kierował się w ich stronę.
— Co tu robisz? — zapytał bez ogródek. 
— Pomaga mi dojść do medyka — odpowiedział Kaczy.
— Sam nie możesz? — pies zmierzył go wzrokiem. Starszy samiec najwyraźniej był już do tego przyzwyczajony, bo tylko zaśmiał się i odsunął od Jazgota. Był na tyle miły, by podziękować. — Odprowadzę cię do granic — powiedział niski pies i Jazgot nie miał zamiaru się kłócić. Jego zadanie tutaj było wykonane, Kaczy dostał się do medyka. — I tak tam miałem iść — mruknął pies. Jazgot w myślach zaczął nazywać go po prostu konusikiem. 
— Nie miałem złych zamiarów, zakładam, że rozumiesz — powiedział, ponieważ, mimo wszystko, była to odpowiednia rzecz do powiedzenia. Może i oczywista, ale nawet takie oczywistości warto wbijać do głowy. Pies tylko mruknął na potwierdzenie. Cisza jakoś szczególnie Jazgotowi nie przeszkadzała, więc nie silił się na konwersacje. 
Kiedy doszli do granicy, skinął konusikowi uprzejmie głową, a następnie ruszył w stronę dworca. A pies zaraz za nim. 
Na początku wydawało mu się, że tylko jest pilnowany, by znowu nie próbował się kraść, ale im dalej szli, tym mniej możliwe mu się to wydawało.
— Też idziesz na dworzec? — zapytał. Samiec potwierdził skinieniem głowy. — Aha. Jestem Jazgot — postanowił, że to dobra pora, by się przywitać. Trybiki musiały zadziałać w głowie drugiego, by zorientował się, że ma do czynienia z bezgwiezdnym. Zabrakło ostrej reakcji, co można było uznać za nawet pozytywny znak.
— Krzemienny Pazur.
— Miło poznać — powiedział.
Kojarzył skądś to imię, a raczej ten człon. Jego znajomości w Ventusie były dość nieliczne, więc nie trudno było mu połączyć kropki. Nie zapyta przecież, czy jest bratem Nieuchwytki, to byłoby już dziwne. 
— Co cię tam sprowadza? — zapytał Krzemienny, gdy wielki moloch zaczął już być widoczny przed nimi.
— Obiecałem pozbierać zioła. — Niekoniecznie chciał zdradzać jakie. Ich potrzeby nie powinny interesować jakiegokolwiek innego klanu. — A ty?

<Krzemienny?>
[638 słów: Jazgot otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]