Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilczy Pysk †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilczy Pysk †. Pokaż wszystkie posty

5 września 2020

Czystka

Przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego musieliśmy zrobić czystkę. Z tego powodu musimy pożegnać część postaci.
Przyczyna śmierci: przypadkowe podanie trujących ziół przez Laurencego
Odchodzi do: Coelum

Przyczyna śmierci: uduszenie się dymem w palącym się budynku Dwunożnych
Odchodzi do: Coelum

Przczyna śmierci: odwodnienie
Odchodzi do: Coelum

Przyczyna śmierci: upadek z dużej wysokości
Odchodzi do: Coelum

23 czerwca 2020

Od Wilczego Pyska "Pisk" [przygoda #3]

Pisk wybudził Wilczego ze zmęczenia, którym był spętany od rana. Człapiące dotąd leniwie łapy zastygły w bezruchu a uszy psa ruszyły się mimowolnie, jakby szukając potwierdzenia usłyszanego dźwięku. Pies rzucił się z miejsca w kierunku płaczliwego odgłosu, który łudząco przypominał ten szczenięcy - przebiegł całą przecznicę na ukos i skręcił w wąską uliczkę, która zanurzona była w cieniu głośnych straganów Dwunogich.
Wpierw ujrzał martwego psa, leżącego niemalże na końcu ulicy. Doszedł do truchła, krzywiąc przy tym swe zazwyczaj chłodne oblicze - smród był nie do zniesienia i wchodził w nozdrza, szczypiąc je. Muchy lepiły się do ciemnych i zamglonych ślepi samicy a jej białawe futro było niekiedy naznaczone czerwonymi, dość świeżymi szramami.
— Na gwiezdnych... — wymamrotał samiec, czując jak wzbiera w nim obrzydzenie i zniżył łeb, chcąc okazać trochę szacunku ciału — Biegaj wraz z Gwiezdnymi, Nieznajoma.
Tylko czy martwi mogą piszczeć? Basior rozejrzał się wokoło i odskoczył wystraszony, kiedy suka się poruszyła. A raczej jej mała część, która w ciągu jednej chwili odlepiła się od jej klatki piersiowej.
— Moja mama nie ma tak na imię. Nazywa się Lily. — cichy głosik przebił się przez szum miasta i trafił prosto do uszu przerażonego sytuacją psa — Kim są Gwiezdni?
— Co ty tu robisz? — samiec zbliżył się o krok do leżącego szczeniaka, u którego widać było żebra.
— Czekam, aż mama się obudzi i pójdziemy w końcu coś zjeść — odpowiedział i posłał psu słaby uśmiech — Nie budź jej, bo wczoraj walczyła z kundlem, który chciał mnie zjeść. Może dzisiaj dłużej pospać i odpocząć.
Wilczy czuje, jak łapy pod nim drżą. Jak z łba umykają wszystkie znane słowa i jak wszystko wokół niego traci zwyczajowe barwy. Przez chwilę nie rusza się, aby potem podnieść wysoko łeb do góry i z cichym jękiem podejść do pieska.
— Ona nie żyje — powiedział twardo i bez chwili zastanowienia chwycił szczenię za skórę na karku — A ja cię tutaj samemu, na kolejną śmierć, nie zostawię.
Droga do dziwnie pachnącego człowieka wyjątkowo mu się dłużyła - zabrałby go do medyczki Flumine, ale nie mógł. W klanie za dużo psów głodowało, aby teraz samiec bez słowa przyprowadził bezdomnego samczyka. Szczeniak przestał się wiercić i płakać w momencie, kiedy zabrakło mu już na to sił. Wilczy nigdy by nie pomyślał, że szukając ziół dla Różanej, odnajdzie matkę, która broniła swego szczeniaka do ostatniego wdechu. Modlił się do Gwiezdnych, o ile w ogóle go słuchają, aby obdarowali go taką samą odwagą i zawziętością jaką miała rodzicielka szczeniaka. Gdy dotarł, przeszedł pod witrynę z zielonym krzyżem i niewyraźnym konturem kilku zwierząt, kładąc pakunek pod chłodną ścianą.
— Przepraszam — wyszeptał i pozwolił, aby szczenię przez kilka sekund siedziało nieruchomo tuż pod jego gardłem — Nie chcę cię tu zostawiać, ale nie mogę cię wziąć ze sobą.
— Czemu? Jesteś taki ciepły.
— Jestem psem żyjącym w klanie, wiesz? Nie jestem sługą Dwunogich — samiec przejechał swym grubym jęzorem po szczenięcej twarzyczce — Wziąłbym cię do siebie, nauczył polować i pokazałbym ci, jak żyć dziko i bez zobowiązań wobec Bezwłosych. Gdyby członkowie mojej sfory mieliby z tobą jakikolwiek problem, powiedziałbym, że jesteś moim synem. Ale nie mogę tego zrobić, choć bym bardzo chciał.
— Bo jestem za słaby?
— Bo my umieramy z głodu, piesku — gdy Wilczy wypowiedział te słowa, głos mu zachrypł — I nie chcę, abyś ty też umarł, jeśli nam się nie uda przetrwać. U ludzi masz szansę zdobyć swojego człowieka, który otoczy cię troskliwą opieką. Przynajmniej przez pewien czas.
Wilczy nie chciał mu mówić, jak okrutni bywają ludzie. Jak porzucają w lesie stare psy, które służyły im latami - patrole łowieckie wiele razy napotykały cuchnące szkielety, pokryte cienką warstwą gnijącej skóry i sznurów spod łap Dwunogich. Najgorsze jednak były chwile, w których ich młodziaki zaczynały dręczyć czy ścigać psy - ciężko było uciec od ich krzyków straszących zwierzynę i dziwnych przedmiotów, wielokrotnie rzucanych w czworonogi i czyniących rany. Przez chwilę pies siedział pod ścianą nieruchomo z mglistym spojrzeniem i dopiero mały gest szczeniaka wybudził go z niemego letargu. Psiak stanął na czterech łapach i podniósł łebek w górę, chcąc spojrzeć mu w ślepia. Wilczy był w stanie dostrzec, jak ciałko małego drży.
— Gdy będę duży, to dołączę do klanu — powiedział z pewnością, którą pokazał w swych jasnych i dziwnie błyszczących się oczętach — Przyjmiesz mnie wtedy?
— Oczywiście — wymamrotał, starając się utrzymać kontakt wzrokowy z psiakiem i zachować przy tym neutralny wyraz pyska — Na mnie już pora.
Wilczy wstał, przeciągnął się i dotknął nosem ciepławego już Cienia.
— Czekaj!
Małe ciałko zerwało się spod ściany w ciągu kilku sekund
— O co chodzi?
— Jak masz na imię? Skoro mam dołączyć do twojego klanu, muszę wiedzieć, jak masz na imię!
— Nazywam się Wilczy Pysk — odpowiedział, czując gule w gardle i uśmiechnął się blado — Do zobaczenia, Cieniu.
Odszedł w stronę parku, nie odwracając się za szczenięciem ani razu. Nie potrafił tego uczynić, choć ze wszystkich sił chciał choć jeszcze raz spojrzeć na małego, który zdążył poniekąd zdobyć jego sympatię. Gorący asfalt drażnił jego łapy, jakby próbując jeszcze bardziej pogorszyć obecną sytuację. Miał wrażenie, że zostawiając go u Dwunogich, wydał na niego nieodwracalny wyrok.
[Wilczy Pysk otrzymuje 30 Punktów Doświadczenia]

19 czerwca 2020

Od Wilczego Pyska

    Wilczy czuł się dzisiaj niewiarygodnie paskudnie.
    Było niemiłosiernie chłodno a on sam człapał leniwie po terenie klanu i zerkał podejrzliwie na każdego spotkanego członka, jakby od niechcenia. Wprawdzie wszyscy, którzy mogli, cieszyli się jeszcze chwilą spokoju i byli pogrążeni w łagodnym śnie - Wilczy Pysk nie miał więc tak naprawdę do kogo się odezwać. Ale w głębi musiał przyznać, że dumny był z obrazu spokojnie odpoczywających sforzan - taki widok był czymś, na co wiele czasu poświęcił. Rozejrzał się po całym placu i wyraźnie uspokojony sytuację, przymknął na chwilę powieki. Nagle jednak syknął wściekle, gdy niemalże poślizgnął się na brzegu dość sporej kałuży i zarył łapami w błocie, brudząc je doszczętnie. Musiał się czymś w końcu zająć, bo własne myśli zaczęły go już doprowadzać do szału.
    Wpierw ruszył do miejsca, w którym trzymali zdobycz. O dziwo, pod rozległymi konarami jabłonki majaczył się stosik zwierzyny, która ani trochę nie przypominała chuderlawych szczurów.
    — Dobra robota... — wyszeptał w podziwie, widząc kilka zajęcy i cielsko zakrwawionego bobra. Aby go upolować, wojownicy musieli zagłębić się w tereny okalające rzekę. Nie przypominał sobie, aby ktokolwiek prosił go o zgodę na tak daleką podróż, ale nie marudził, widząc, ile zdobyto jedzenia podczas tej wyprawy.
    Niezmiernie cieszyła go duża ilość pożywienia, w szczególności, że klan musiał nabrać sił i walorów. Pora zielonych liści na razie im sprzyjała i Wilczy był z takiego obrotu spraw zadowolony. Samiec zerknął z ukosa na wiewiórkę, ale jedynie oblizał pysk jęzorem i odszedł, nie obracając się. Jadł wczoraj wieczorem i był w stanie dzisiaj trochę dłużej poczekać bądź samemu coś dla siebie upolować.
    Kolejnym jego celem była nora medyczki umiejscowiona na granicy sadu. Wilczy przecisnął się między żerdziami płotu, który okalał cały zielony plac i skierował swe kroki w stronę dębu. Gdy tylko wsadził łeb do gawry, Różany Nos wściekle fuknęła i prędko przegoniła psa zaciekawionego jej niecodziennym zachowaniem.
    — Wszystkiego brakuje — wymamrotała, zachowując neutralny ton mimo roztrzepana — A dzisiaj w nocy deszcz niemalże zalał mi moją norę i medykamenty.
    — Jutro mogę ci pomóc w zbieraniu nowych — zaoferował, choć nie był do końca pewny swoich słów.
    Łaciata musiała to wyczuć, bo posłała mu pokrzepiające spojrzenie. Miał wrażenie, że suczka z każdym dniem przyzwyczaja się do niego coraz bardziej i widział przed oczyma dobrą przyjaźń pomiędzy nim a łaciatą. A zresztą, Różana była medyczką - on wręcz musiał utrzymywać z nią dobre kontakty.
    Więc odszedł i się zajął, jak to ujęła łaciata, "czymś pożytecznym". Udał się na samotny patrol, próbując doszukać się obecności innych psów na ich przyjętym terytorium. Choć dawne granice i układy zostały wydarte im z łap, to Wilczy nie mógł pozwolić, aby ktokolwiek niepokoił jego klan. Nieważne, czy natręt byłby miastowym samotnikiem, pupilkiem dwunożnych czy wrogim członkiem innej sfory - w tym wypadku basior nie miał zamiaru tolerować nikogo, w szczególności, że w klanie były szczenięta. Ba, nie tylko szczenięta! Strata kogokolwiek byłaby dla niego i klanu bardzo ciężkim przeżyciem. Psy miały już dość opłakiwania tych, których życie powędrowało do Coleum bądź Infernum - o ile te miejsca w ogóle istniały.
    Łapy doprowadziły go na skraj obrzeży ogromnych połaci pól, majaczących się za linię horyzontu i jeszcze dalej. Wyrównana ziemia ciągnęła się pasami a z pomiędzy linii wyrastały młode rośliny. Według oczu Wilczego musiało to być zboże, ale samiec nie był do końca przekonany. Nagle wziął głębszy wdech, wyraźnie zaniepokojony obcym zapachem. Ledwie wyczuwalna woń wraz z wiatrem nadlatywała z kierunku, z którego basior przywędrował. W ślepiach Wilczego Pyska zajaśniał gniew, choć nie do końca potrafił rozpoznać psa, kryjącego się pod owym zapachem. Nie wiedział, czy sprawiało to kwitnące zboże czy nadmiar roślin wokoło, ale nie zastanawiał się ani chwil. Ruszył z miejsca, brocząc ciałem po brzuch w głębokiej trawie i rozglądając się nerwowo, szukając intruza.
Gdy tylko zobaczył niewyraźną sylwetkę obcego, Wilczy zawarczał gardłowo. Dzisiaj wyjątkowo nie uśmiechało mu się bycie jakoś przesadnie miłym, kiedy to ktoś znalazł się tak blisko ich obozu.
    — Kim jesteś? I co tu robisz? — krzyknął na tyle głośno, aby stojący w pewnej odległości pies mógł go usłyszeć — Mam nadzieję, że masz jakieś dobre wytłumaczenie.
    Wilczy Pysk spiął mięśnie, aby być gotowym na ewentualny atak ze strony nieznajomego psa. Sam nie miał zamiaru ranić intruza, no chyba że miałby dobry powód. Cóż, zawsze można takowy wymyślić.
<Ktoś z klanu innego niż Flumine?>
[693 słowa: Wilczy Pysk otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

"Kto walczy, może przegrać. Kto nie walczy, już przegrał."

[kliknięcie przeniesie do karty postaci]