Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podgrzybkowa Sierść × Laurency. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podgrzybkowa Sierść × Laurency. Pokaż wszystkie posty

14 listopada 2020

Od Podgrzybkowej Sierści CD Laurencego

Podgrzybkowa Sierść jako pies z niesamowicie słabą odpornością na chłód, już po chwili zaczął widzieć przed oczami mroczki, jednakże nie te, zwane inaczej nietoperzami, które, zważając na jego obecne położenie i stan, miały się niewielką szansę pojawić, w końcu, jakie szanujące się gacki plątałyby się przy topiącym się szczuro-psie? Były to zaś bezbarwne, przeźroczyste plamki uformowane w dziwne, fikuśne kształty świadczące o tym, że z medykiem co najmniej nie jest w porządku, ale cóż poradzić? Tak działa matka natura. Jednocześnie piękna i niezwykle brutalna wobec słabych.
Piesek powoli przestał rozumieć rzecz jasna, cóż takiego dzieje się w jego otoczeniu, oddech był coraz cięższy, głośniejszy i nierówny, a również nie wróżyło to niczego, co można byłoby nazwać jakkolwiek pozytywnym. Czuł, że lekko się kiwa na boki, a jego rudy pysk zaczyna zanurzać w wodzie, pod wpływem pędu rzeki. W lewo. Teraz w prawo. A teraz znów w lewo.
Kręciło nim jak beżowym bączkiem nakręcanym przez szczeniaka dwunożnych, z tą różnicą, że owych zabawek przeważnie, chwała bogu, nie wrzucało się do rzeki, pozwalając, by ulokowały się gdzieś obok brzegu, niszcząc jeszcze bardziej naturę, która już i tak nie była w najlepszym stanie. Korzeń, który blokował ciałko tego „bączka" miał bardzo dużą szansę w najbliższej przyszłości się złamać, co, powiedzmy sobie szczerze, nie napawało entuzjazmem medyka, który miał nadzieję na, chociaż odnalezienie jego ciała przez najbliższych, aby była możliwość jego godnego pochówku.
Z nieco ohydnych rozmyślań na temat swoich własnych, zmasakrowanych zwłok wyrwał go jednak widok niemal dziesięciokrotnie większego, nieznajomego psa, podbiegającego do niego z drewnianym badylem w pysku. Nasz szczuro-medyk ostrożnie odwrócił w jego stronę swą zacną mordkę, początkowo myśląc, że patyk ma za zadanie mu oczy wydłubać, jednakże chwilę później zdał sobie sprawę z tego, że czekoladowy, marmurkowy mieszaniec jednak nie ma zamiaru pozbawić go wzroku, a uratować psa przed losem Wandy, co nie chciała Niemca, gdyż jego życie akurat wisiało na włosku.
Złapał więc lekko otumaniony i zdezorientowany za niezbyt smaczny i przyjemny w dotyku patyk, tworzący swą obecnością w jego pysku małe ranki, jednakże niestety za słabo, aby dało się owym kawałkiem drewna wyłowić go na ląd.
Towarzyszył mu lekki stres, a widząc, że w ten sposób z całkowitą pewnością nie uda mu się wydostać na brzeg, zaczął trochę panikować, myśląc, że teraz zostanie pozostawiony na pastwę losu. W końcu, kto u licha normalny poświęcałby się dla nieznajomego, mizernego niedojdy, niepotrafiącego nawet samodzielnie pokonać rzeki, bez narażania swego istnienia?
Jego wielki wybawiciel jednak zdecydował się teraz podjąć inne kroki, nieco bardziej ryzykowne i nierozważne, albowiem cisnął patykiem w wodę, na co ten uniósł się na tafli i popłynął w dół, a sam rzucił się od do zbiornika wodnego, by z impetem chwycić niedoszłego utopca za kark i niczym główny bohater filmu akcji, po kilku chwilach wynurzyć się z nim na brzeg.
Podgrzybkowa Sierść jednak zdążył tak całkiem przypadkowo, nieumyślnie odlecieć do zupełnie innego świata, gdzie wszystko, co go otaczało było niepokojąco ciemne, a zdawało mu się, że spada w otchłań bez dna, chcącą pochłonąć jego maleńkie ciałko w całości. Płuca pełne wody przestały się momentalnie poruszać w rytm oddechu, a maluch zaczął się zwyczajnie dusić, nie mogąc nabrać powietrza.
I to zapewne byłby koniec tego przedstawienia, gdyby nie fakt, że Laurency dość szybko zareagował, ratując młodemu zielarzowi tyłek.
Kundel zaczął głośno kaszleć, z jego pyska wydobyła się woda, którą, tak całkowicie przypadkowo, zabrał ze sobą z rzeki na gapę.
Otworzył chwilę później ślepka, spodziewając się widoku ogromnych, oświecających wszystko swym blaskiem gwiazd, równie błyszczących psich aniołków oraz jego rodziców, miał mieć w końcu mieć szansę dowiedzieć się, kto był jego ojcem.
Jednak to, co ujrzał, nie przypominało w nawet najmniejszym procencie jego wyobrażenia Gwiezdnych. Stał nad nim wysoki, nieznajomy pies, niewyróżniający się właściwie niczym szczególnym, nieposiadający świecącego futerka ani niczego w tym stylu, wpatrujący się w niego z widocznym zaskoczeniem.
Medyk wydał z siebie niezrozumiały bełkot, który, w wolnym tłumaczeniu oznaczałby „Przepraszam bardzo. Co u diabła?", po czym pozbywszy się całej cieczy ze swojego pyska, obrócił na brzuch, powoli i nieco pokracznie siadając, trzęsąc się i lekko bujając przy tym na boki, jak mysz, którą złapał kiedyś mój kot. Ona też się tak bujała i bujała, aż padła na ziemię i już nie wstała.
Podgrzybkowa Sierść spojrzał na rzekę, to na nieznajomego, po czym prędko przywołał swoje najbliższe wspomnienia, zmierzył wybawiciela wzrokiem i zdobył na przyjazny wyraz pyska.
— Wow! Ja żyję! Na Gwiezdnych! Tylko jakim cudem? — wydusił z siebie, wytrzeszczając swoje orzechowego koloru oczy, nerwowo ilustrujące otoczenie, jakby zza rogu miał jeszcze wyskoczyć wojownik Quintusu, co znając jego szczęście, było dość realną wizją.
— Mentor mówił mi kiedyś, że ziemia obok rzeki łatwo się zapada, ale nie domyślałem się, że aż tak! — dodał przekręcając swój szczurowaty łebek, zaskoczony całym zajściem.
— Co mnie ominęło? — zapytał lekko zażenowany, ale jednocześnie rozbawiony swoim własnym stanem.
— Tak swoją drogą, jestem Podgrzybkowa Sierść. Dzięki za uratowanie tyłka, czy coś... — rzekł, przypominając sobie, że powinien zachować kulturę.
Mówiąc szczerze, medyk miał straszną ochotę w tym momencie zwiać w obawie, że ocalenie go nie było spowodowane jedynie chęcią wykonania istnie heroicznego czynu, a przykładowo tym, że został pomylony z zającem lub innym przerośniętym gryzoniem i liczy na skonsumowanie zdobyczy. Chciał teraz już tylko wrócić do obozu, zjeść coś, ogrzać się, po czym zasnąć na następny księżyc, zapominając o tym wątpliwie przyjemnym incydencie.
Ledwie starczało mu sił na utrzymanie się w pozycji siedzącej, więc nie mógł nawet pomarzyć o wstaniu, a co dopiero o szaleńczym biegu do domu.
A więc będzie się musiał zdać jedynie na nieznajomego, nie znając jego zamiarów i nie wiedząc, czego ten oczekuje w zamian za uratowane życie.
Normalnie świetna sytuacja! Zawsze muszę się w coś wpakować!
 <Laurency?>
[935 słów: Podgrzybkowa Sierść otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

2 listopada 2020

Od Laurencego CD Podgrzybkowej Sierści

Laurency był jak dziecko — interesowało go wszystko, kiedy nikt tego od niego nie wymagał, a nic szczególnego, jeśli zachodziła taka potrzeba. Miał nienaturalną skłonność do zajmowania rzeczami skrajnie absurdalnymi, to po pierwsze, nieodpowiednimi dla pięcioletniego, jak warto podkreślić, dorosłego samca-wojownika z wielomiesięcznym stażem, po drugie, oraz, po trzecie, kompletnie niepotrzebnymi, których zagłębianie, w najbliższej przyszłości, nie mogło przynieść absolutnie, ale to absolutnie żadnych korzyści. Myśląc całkowicie trzeźwo, kto w pełni sprawny na psychice, zamiast Mimo wszystko brnął w to tak czy inaczej, ponieważ sądził, iż dopóki robi to, co sprawia mu największą przyjemność, zamiast przymuszać się do jakichś mdłych, nużących rytuałów odprawianych przez inne psy każdego ranka, wieczora, popołudnia (niepotrzebne proszę skreślić, żyjemy w wolności), ma prawo do nazywania się szczęśliwym, niepodległym Laurencym. To był cytat wypowiedziany do siebie samego, tak zaznaczę dla uwypuklenia tego, jak niewielu przyjaciół ma w swoich wesołych kręgach.
Z niemałą skrupulatnością śledził zmiany zachodzące w przyrodzie — odkąd na stałe wrócił do miasta, urządzał sobie jeszcze częstsze przebieżki po jego obrzeżach, żeby poprzyglądać się okolicznym drzewom, których złoto-brązowe liście wirowały w powietrzu i z godną pozazdroszczenia gracją opadały na usypane kupy zeschniętych drzewnych łapek. Każdy czas jest odpowiedni na opowiadanie ciekawostek, tak więc, przy okazji wspomnienia o owych „drzewnych łapkach” wyjaśnię, iż tegoroczny Laurency, po serii tych wszystkich namnażających się negatywnych doświadczeń poprzednich miesięcy, postanowił zmienić swój światopogląd na, o zgrozo, jeszcze bardziej optymistyczny i zacznie doszukiwać się piękna w każdej, choćby najmniejszej rzeczy — w deszczu moczącym jego posłanie do cna, umierającym z wyziębienia bezdomnym, topiącym się w kałuży robaku czy nawet zgniłym jabłku, które rzucano mu zamiast mięsa, bo taki sezon. Jego sposobem na ubarwianie sobie tej szaro-burej, taplającej się w błocie rzeczywistości było nazywania rzeczy po swojemu. Tym sposobem zbliżał się do natury, chociaż był to prędzej efekt placebo, niż jakakolwiek bliższa relacja z matką naturą — jak wszyscy wiemy, taki z niego biseksualista, że boi się kobiet. Tak więc liście ochrzcił łapkami, dżdżownice ogonami, jabłka księżycami, a ich ogryzki — rogalami, bo właśnie tak wygląda księżyc w pierwszej lub, prędzej, ostatniej kwadrze. Słownik Lauriego obejmuje więcej synonimów, niemniej jednak nie warto ich przytaczać, bo są równie nieistotne dla sprawy co sama idea wymyślania fikuśnych nazw dla całkowicie ordynarnych rzeczy. Sednem sprawy jest fakt, iż Laurency zaliczył swoisty postęp w dążeniu do wyznaczonego celu — był faktycznie coraz to szczęśliwszy.
W kościach czuł, iż z każdym następnym dniem mogło robić się coraz chłodniej, więc w jego malutkim mózgu zapaliła się lampka — należałoby przejść jeszcze pewien dystans, zanim trawy pokryje szron lub, jeszcze gorzej, śnieg, a ryzyko zamarznięcia przy okazji krótkiego spaceru gwałtownie wzrastało do poziomu co najmniej dziesiątego, zakładając, że jest ich, strzelam, ze dwanaście, chociaż co to ma być za kretyńska metafora. Tak czy inaczej, miał ten swój szósty zmysł i postanowił, iż jeszcze tego jednego dnia wybierze się na dłuższy spacer, najlepiej w stronę sadu, bo wokół jabłoni było z reguły najwięcej jabłek. Brzmi całkiem logicznie.
Owych sadów było w okolicy od cholery, więc Laurency wybrał ten, w którym gościł najczęściej, nieopodal rzeki — tamtejsze owoce smakowały najlepiej spośród wszystkich innych, więc, dla uczczenia początku jesieni, pokierował się w tamte strony i postawił sobie za cel skonsumować w trakcie spaceru cokolwiek, co matka natura postawi mu na drodze (jak się prędko okazało, był to mały, szczurowaty pies, niemniej jednak jemu popuścił i pozwolił zbierać ziółka dalej, do tego przejdziemy za akapit albo dwa). Spacer płynął w przyjemnej atmosferze, chociaż spędzony w błogiej samotności. Laurie obserwował rozmoknięte łapki pływające w zbrązowiałych, brudnych od błota kałużach, rozbryzgującą się wodę, kiedy deptał po rzadkiej ziemi i chmury gromadzące się nad jego łbem, które, na pierwszy rzut oka, nie zapowiadały deszczu. Sceneria była wyjątkowo sielska, więc czerpał z krajobrazów, jak tylko potrafił, choć występująca na znacznej większości terenów plucha wydawała się psuć cały efekt. Nie psuła jednak nastroju Laurencjusza. Powiedzmy sobie szczerze — co było w stanie to zrobić?
Odwiedziwszy sad, skierował się ku rzece. Poranek przyniosło wartki nurt — woda obijała się o brzegi i wylewała na podmokłe koryto, wyrzucając gałęzie, mniejsze kamienie i wszelkiej maści roślinność zebraną z drogi prowadzącej od źródła. Patyki, które szczególnie się Laurencemu spodobały, brał w pysk, żeby później, po odnalezieniu jeszcze ładniejszej, wymieniać je bez końca. Niczego innego nie zbierał, tylko idiotyczne kijki, jak gdyby miał w planach rzucać je sobie samemu i przynosić — również sobie samemu. Nikt jednak nie jest w stanie zrozumieć, co siedziało w tym pomarszczonym mózgu.
— Sztasznie szyszka szeka — zauważył na głos, wypowiadając wybitnie skomplikowane słowa pokracznie. Sapnął, usiadł i upuścił patyk na trawę, zawiedziony swoją nieporadnością. — Mówiłem, że strasznie szybka rzeka.
Gdyby gałąź potrafiła mówić, zapewne i tak by nic nie powiedziała.
Szedł w dół rzeki, mimo że teren był względnie równy i nikt, a w szczególności Laurency, nie odnotował większych spadków. Czasami, kiedy czuł przypływy energii, truchtał wraz z jej prądem, innym razem szedł spokojnie, doszukując się oznaków nadchodzącej zimy. Chłód doskwierał mu szczególnie w chwilach mniejszej aktywności, skupiał się wówczas na zimnie otulającym całą jego sylwetkę, zamiast na przebieraniu łapami w wystarczająco szybkim tempie, żeby dotrzeć do wyznaczonego drzewa (inaczej, rzecz jasna, umrze, w końcu takie są zasady). Nie było jednak tragicznie, głównie ze względu na obowiązujące postanowienie — bez dąsów, grymasów ani wskakiwania do rzeki. Ani umierania, to w szczególności. Nie sądził, iż sprawy nabiorą takiego obrotu. Ba!, nie sądził, że na trasie spotka jakąkolwiek żywą duszę. Gdyby nie całkiem krótki czas reakcji, żywa dusza zmieniłaby się, całkowicie przypadkiem, w duszę nieżywą, uduszoną, utopioną, w dodatku malutką i wyglądającą jak gadający, beżowy szczur.
Laurie był z lekka spanikowany. Widząc w oddali jasnożółtą plamę unoszącą się na wodzie i, co gorsza, nie słysząc żadnego nawoływania z jej strony, założył, iż delikwent już nie żyje — niestety, Laurency nie panuje nad swoimi myślami. Na ułamek sekundy sparaliżował go strach, wspomnienia szczelnie uwięziły w swoich sidłach — Wilczy, Wilczy, Wilczy. „Nawet gdyby żył, czy dałbym radę mu pomóc?” — przeszło mu przez myśl — „Czy gdybym rzucił się na ratunek, nie pogorszyłbym jego okropnej sytuacji?”.
Uniósł jednak łeb i rzucił się do biegu, powtarzając sobie jak mantrę — „Dostałeś od losu drugą szansę, pieprzony durniu”.
Wypuścił z gęby patyka i złapał za jego skrajny koniec, drugi wyciągając ku, jak się okazało, wciąż zipiącemu psu w typie niewiadomym. Jegomość był w najwidoczniej złym stanie, żeby bez problemu za kija złapać — trudził się i obejmował go drobnymi ząbkami, ale wciąż nie potrafił przytrzymać się gałęzi. Laurency, w akcie desperacji, odrzucił ją jak najdalej, niczym najsilniejszy bohater zapierającego dech w piersiach filmu akcji, i rzucił do rzeki, mimo marnych umiejętności pływackich. Chlust, woda uderzyła go prosto w pysk. Wdech, wydech, nie mógł złapać powietrza. Majtał głową na lewo i prawo, moczył ucho jedno i drugie, majtał i łapami. Jego ogon wystawał lekko ponad taflę i, poza głową, pozostawał jedyną częścią ciała ponad nią. Mimo długich kończyn nie dosięgał podłoża. Rzeka, jak na złość, pogłębiła się w tych okolicach. Znowu chlup, znowu zanurzył się po uszy. Plum. A nie, to tylko bąbelki.
Złapał psa za fałd skóry na karku i, pozwalając prądowi ponieść się kilka kroków dalej, dobił do brzegu, na którym wyłożył się razem z kaszlącym towarzyszem. Obaj byli przemoczeni do suchej nitki. Obaj oddychali z trudem. Z tą różnicą, iż nieznajomy… nie oddychał wcale.
— Proszę państwa, co to było — powiedział głośno w przerwie między dwoma sapnięciami. — I ja wzium, a ty aaaa, ja plum, chlup, ty aaaa, ja znowu chlust i po sprawie, no nie? N-...no nie? — Zerknął na towarzysza, dopiero w tamtej chwili spostrzegając, że jegomościowi brakuje oddechu. — Aaa! Misja zakończona niepowodzeniem! — Poderwał się z zimnej ziemi i, praktycznie zamarzając, przysiadł nad małym ciałkiem. — Tlenu, tlenu dla niego! Medyku, powietrza dla tego pana! — mówił sam do siebie. Rozglądał się po okolicy, jakby w nadziei, iż zza krzaków wyłoni się wspomniany medyk, choćby miał być Leonisem. Nikt jednak, ku jego niezadowoleniu, nie nadchodził. Dlatego musiał radzić sobie sam. — A co to ma być za wynalazek? Spojrzał na pyszczek psa, z którego wystawał zielony listek. Złapał zębami za wystającą część i położył obok łba towarzysza, po czym wziął głęboki oddech, wąchając roślinę. Z ziołami nie miał za wiele do czynienia, a jeżeli faktycznie działo się coś, co zmuszało go do zmierzenia się ze wcieleniem diabła, sprawą cięższą do rozgryzienia niż ta, czy bezdomny, z którym przyjaźnił się Laurency umarł czy znalazł pracę, miał koszmarny mętlik w głowie i tysiąc obaw w jednym momencie. Wtedy jednak zioło było jedno. Pies trzymał je w ustach, nic mu się nie stało. Przecież… nie miał innego wyjścia, prawda?
Z precyzją wtrącił nos między pysk nieznajomego, złapał zioło w swój i przeniósł je, z powrotem, do gęby drugiego.
Kiedy zaczął kaszleć, Laurie, wystraszony, odskoczył na krok.
— Nie rób sobie jaj, że mi się udało — powiedział z szeroko rozchylonymi oczami. — Szefie, do stu Dwunożnych, witamy z powrotem!
<pogrzyb?>
[1446 słów: Laurency otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

Od Podgrzybkowej Sierści do Laurencego

Niewielki, szary cień przypominający te należące do lisów, pojawił się nad mocno pofalowaną, niezwykle błękitną taflą szerokiej rzeki, która podrzucała te dziwne, ostre przedmioty zostawiane w niej przez Dwunożnych.
Woda lekko się pieniła, szybko brnąc do przodu, niczym dzikie, nieokiełznane zwierze, porywając ze sobą wszystko, co tylko się do niej dostało w nieznane.
Rudawy, maleńki kundelek spoglądał na nią z lekkim strachem, ale był jednocześnie zafascynowany jej pięknem. Medyk zawsze doceniał takie cuda natury, będące czasem jedynym miejscem, z którego można było wydobyć wodę.
Oczywiście, nie miał zamiaru nawet próbować się napić z tego zbiornika, musiałby być mysim móżdżkiem, żeby tak ryzykować, podczas gdy miał akurat dostęp do wody pitnej w obozie, i nie było potrzeby czerpania jej z tak niebezpiecznych źródeł.
I można by się teraz zacząć zastanawiać, po co więc się tu udał, jeśli nie po wodę. Właściwie, rozglądał się za ziołami występującymi blisko rzek, lubiącymi wodę, których akurat mu zabrakło, ale oczywiście po drodze zbierał również i te zioła, których było pełno wokół obozu Flumine, bo grzechem byłoby zostawienie takich skarbów na pastwę losu, lepiej było dodać je tak przy okazji do składziku, tak na czarną godzinę.
Piesek ziewnął, otwierając szeroko pyszczek, po czym kichnął, kiedy do jego wrażliwego noska dotarły drażniące pyłki. Warknął cichutko z niezadowoleniem, po czym ruszył wzdłuż brzegu, dalej co chwile wydając z siebie ciche parsknięcia.
Jego głowę zaprzątała ostatnio myśl, że już niedługo nadejdą zimniejsze dni, a lada chwila może wśród szczeniąt wybuchnąć epidemia jakiegoś syfu, która w poprzednich latach zbierała żniwa. Każde martwe młode aktualnie było mocnym ciosem dla już i tak biednych klanów, zbierających się jeszcze do kupy po wcześniejszych, okropnych wydarzeniach, przez które zostały wygnane ze swoich starych, obfitych w pokarm domów.
Tym razem nie pozwolę na utratę chociażby jednego młodego — poprzysiągł sobie pies, mając jednak świadomość, że to najprawdopodobniej będzie niemożliwe.
Kilka lat temu Flumine miało większy dostęp do roślin o właściwościach leczniczych niż teraz, kiedy chodząc nawet po własnych terytoriach, odczuwa się paraliżujący strach, słysząc nawet chociażby szelest, lub trzask łamanej gałązki.
Ale właśnie jego obowiązkiem było szczególne skupienie się na swojej pracy w tym jakże trudnym okresie. Gwiezdni oraz klanowicze na niego liczyli, nie mógł ich teraz po prostu zawieść.
Zwolnił odrobinę, czując już zmęczenie, objawiające się u niego jako ból łap. Trochę zajęło mu dojście aż tutaj, na takich maleńkich, chudych i słabo umięśnionych nogach. Zbyt wytrzymały to on nie był, ale otuchy dodawała mu myśl, że zaraz po powrocie do swojego domu się ogrzeje, a resztę dnia najprawdopodobniej prześpi.
Z tyłu głowy pojawiła mu się myśl, że ktoś właśnie może być ranny, potrzebować pilnie jego pomocy, podczas gdy on sobie beztrosko spaceruje, jak gdyby nie miał żadnych większych obowiązków.
Przecież jako jedyny znał się na medycynie, co by się stało wtedy z rannym? Zostałby skazany na pewną śmierć. I to byłaby nie wina nikogo innego niż właśnie Podgrzybkowej Sierści.
Szybko wyrzucił z umysłu wszystkie możliwe złe scenariusze, które mogły się ziścić podczas jego nieobecności i skupił się na szukaniu jednej z roślin, której brak zauważył podczas wieczornego przeliczania swojego dość ubogiego zapasu lekarstw.
Nagle poczuł, jak grunt osuwa się mu pod łapkami. Nie zdążył złapać nawet równowagi i runął na bok, wpadając do rzeki. Jego brązowo-rude futro przesiąkała zimna ciecz, owładnął nim nieokiełznany strach. Wytrzeszczył przerażony swoje orzechowego koloru oczy, jego wszystkie mięśnie spięły się, bicie serca przyśpieszyło do tego stopnia, iż wydawało mu się, że zaraz wypadnie ono z piersi. Zaczął machać kończynami, usiłując dopłynąć do brzegu, ale cóż mu to dało, skoro nie był wystarczająco silny? Opuszczały go przez to siły, więc zaprzestał, widząc że bezmyślne ruchy nie dają rezultatu.
W duchu krzyczał, błagał Gwiezdnych o pomoc. Kto zajmie się klanem, jeśli umrze? We Flumine nie było żadnego osobnika, który mógłby zostać jego następcą. Przecież bez niego wszyscy poumierają na ciernie w łapach! Jego pyszczek zanurzył się w wodzie, maluch wstrzymał oddech, aby jej przypadkiem nie łyknąć. Starał się zaczepić o coś, cokolwiek to miało być, a jednocześnie zaczął się dusić.
Czy taki miał być jego straszny koniec? Nawet nie zdążył się nacieszyć w pełni życiem. Był zbyt młody, aby umrzeć. Nie chciał jeszcze dołączyć do przodków, bo był potrzebny tutaj, na ziemi, i to żywy, gotowy do pracy. Nawiedziła go straszna wizja jego klanu pozbawionego możliwości leczenia chorych, psy Flumine wymierające jeden po drugim. A to wszystko będzie jego wina, gdyż mógł przecież bardziej skupić się na otoczeniu, niż na rozmyślaniu o problemach, które mogły go dręczyć w niedalekiej przyszłości.
Ale ku jego euforii, wystający z ziemi korzeń zatrzymał jego drobne ciałko, a głowa pieska wynurzyła się spod tafli rzeki. Podgrzybkowa Sierść zaczął mocno drżeć z zimna, które przenikało jego ciało od poduszek łap aż do koniuszków uszu.
Świetnie, jeśli się nie utopię, to zdechnę przez przechłodzenie! — pomyślał smutno, usiłując wydostać się resztkami sił na ląd, jednak bezskutecznie.
Nawet jeśliby się udało, nie dam rady dojść do obozu. Widocznie pisana jest mi śmierć — stwierdził chwilę później. Jego nadzieja na odnalezienie przez kogoś ze swojego klanu praktycznie wygasła, przygotowywał się już na spotkanie z Gwiezdnymi.
Oby odpuścili mi wszystkie występki i pozwolili do siebie dołączyć. — Z tą właśnie myślą tkwił w miejscu, oczekując na swój kres, nie spodziewając się nawet, że zostanie uratowany przez członka Bezgwiezdnych.
<Laurency?>
[865 słów: Podgrzybkowa Sierść otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]