Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazgot × Dym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazgot × Dym. Pokaż wszystkie posty

5 czerwca 2021

Od Jazgotu CD Dymu — zgromadzenie klanów

Jazgot siedział na wzgórzu, nerwowo drobiąc łapą w ziemi. Mógł sobie na to pozwolić, w końcu nikogo innego nie było w okolicy. W myślach nazywał to miejsce już swoim, chociaż nie powinien wspominać o tym na głos. Psy z klanów na pewno by się obraziły, że jakiś bezgwiezdny próbuje przywłaszczyć sobie miejsce. 
Szpieg, tak? Tego chciał od niego Dym? Dobrze, niech mu będzie. Jazgot w końcu i tak opowiedziałby mu wszystko, co się tu przydarzyło. Nie było powodu, by zachowywać rozmów ze zgromadzenia tylko dla siebie. W jakiś sposób był dumny z tej roli, ale ukryte to było pod warstwami stresu i strachu.
W końcu, jeden po drugim, klany zaczęły się pojawiać. Nikt nie skomentował jego obecności. W Flumine brakowało Klematisa, znowu. Jazgot nie był w stanie powiedzieć, czy nieobecność dawnego lidera bardziej go uspokoiła czy zirytowała. Planował ukrywać się przed światem do końca swoich dni?
W Ventusie brakowało Nieuchwytki, ale do tego niemal się przyzwyczaił. Nie widział jej od tak dawna, że w jego głowie znajdowała się w tej samej kategorii, co martwi. Jeśli nie chciała z nim kontaktu, nie mógł nic z tym poradzić. Industria przyciągnęła za sobą Malwowy Ogon, której sama obecność sprawiała, że czuł się niekomfortowo. To nie był dzień, w którym chciał się kłócić. Liczył, że samica postanowi zamilknąć, ale jednocześnie w to nie wierzył.
W końcu przybyli też oni. Tenebris. Klan wiedziony przez Białą Gwiazdę, a za nią szła zastępczyni o zniszczonym pysku. Gdzieś tu wśród nich mógł być morderca. Może patrzy właśnie na niego. Z trudem powstrzymał dreszcz. Stałe pytanie znów zabrzmiało w jego łbie, ale starał się je ignorować. To nie była pora, by myśleć o ojcu.
W końcu odezwał się pies z Industrii. Jazgot pamiętał go. Nie był liderem, ale zachowywał się jak jeden z nich. Przywódczyni jego klanu miała jakiś problem ze sobą, ale była dla niego miła i niegdyś Jazgot pomógł jej w czasie epidemii. Miał nadzieje, że wszystko będzie z nią w porządku.
— Bez przedłużania — powiedział i spojrzał na samice. Ona nie wydawała się chętna do rozmowy. Jazgot spojrzał po pozostałych przywódcach. Nikt się nie odezwał. Uznał to za znak.
Wiedział, że powinien zrobić to delikatnie. Temat był trudny i powinien być poruszony z odpowiednią wrażliwością. Nie miał jednak doświadczenia w przemawianiu na takie tematy.
Postanowił mówić wprost.
— Nasz szczeniak wszedł na tereny Tenebrisu i został zamordowany — powiedział. — Myślę, że to jeden z tematów, które warto byłoby omówić. Nie znam się na kodeksie, ale zapytałem się kilku osób i wiem, że mordowanie jest zdecydowanie niedozwolone przez niego.
Nie potrzeba było geniusza do tego wniosku, ale rzeczywiście odbył kilka rozmów o kodeksie z psami z klanu. Chciał zrozumieć, dlaczego inni tak ich traktują. Nie dostał odpowiedzi na te pytania, ale przynajmniej wiedział więcej.
—  Szczeniak? Jaki szczeniak? Sowi, gdzie moje dzieci?! —  wrzasnęła przywódczyni Industii i Jazgotowi zrobiło się aż przykro, że wywołał u niej taką reakcję.
— Zostały w obozie — powiedział zimnym tonem, próbując uspokoić sukę.
Jazgot wrócił wzrokiem do Białej Gwiazdy. Samica pozostawała spokojna i opanowana na tyle, że Jazgot niemal sam się uspokoił.
— Zajmuję się już tą sprawą. Szukam sprawcy, który gdy tylko uda mi się go znaleźć, zostanie w trybie natychmiastowym wydalony z klanu — wyjaśniła spokojnym tonem. Uśmiechnął się do niej uprzejmie i kiwnął łbem, starając się ukryć swoje napięcie. Usłyszał, że Malwowa coś mamrocze pod nosem, ale nie na tyle głośno, by ktoś inny zwrócił na to uwagę. 
—  Wierzę - powiedział do przywódczyni. — Jednakże wolałem usłyszeć to na własne uszy, jak również poinformować inne klany o sytuacji. Wierzę głęboko w wasze zdolności znalezienia sprawcy. W końcu niebezpiecznie jest mieć mordercę dzieci wśród swoich.
— Sowi, może jednak wrócimy, boję się…
— Nic się nie stanie. Zostali z innymi wojownikami. Uspokój się. — Niepokój Rzepakowej Gwiazdy o szczenięta był w jakiś sposób uroczy. Z drugiej strony odciągał uwagę od tematu, co trochę Jazgota denerwowało. Chociaż na moment zdobył uwagę zgromadzenia i nikt nie szczerzył na niego kłów. Chciał go wykorzystać najlepiej jak mógł.
— Tak, masz rację — powiedziała Biała Gwiazda, po czym skinęła na niego łbem. Widocznie nie przejęła się rozmową psów z Industrii. On zapewne też nie powinien.
Też odpowiedział jej kiwnięciem. Prawie lubił tę samicę, chociaż istniała szansa, że ukrywała wśród swoich mordercę dzieci. Gdyby nie to, naprawdę by ją lubił. Nie chciała go ukatrupić za sam fakt bycia bezgwiezdnym, jak zapewne chciało wielu. Chciał wierzyć w jej sprawiedliwość, ale nie mógł. Nie, gdy jego rodzina była gotowa iść na wojnę. 
Rozsiadł się wygodniej i czekał, czy będzie miał jeszcze szanse naturalnie wrócić do tematu. Najważniejsze, by wszyscy usłyszeli. Potwór z Tenebrisu zabił niewinne szczenię Bezgwiezdnych. Niech każdy wie, kto tu jest winny, a kto cierpi.
Malwowa musiała oczywiście się odezwać. Jazgot zdusił jęk, gdy tym razem przemówiła na tyle głośno, że nie dało się jej zignorować. 
— Czy są jacyś świadkowie, którzy widzieli śmierć szczeniaka? — zapytała. Jazgot postarał się zabrzmieć tak szczerze, jak pozwalało mu zaciśnięte gardło.
— Owszem, dziękuję za zainteresowanie.
— W takim razie, świadek mógłby opisać sprawcę — odezwał się jeszcze jakiś inny pies.
— A czy ten świadek był psem z k l a n u? — dodała Malwowa, bo nie potrafiła się zapewne powstrzymać. 
— Chciałbym zauważyć — odezwał się jeden z rudzielcy z Flumine. Wyglądał jak Klematis. Jazgot starał się nie zastanawiać, czy było tam jakieś powiązanie — że Tenebris, rzecz jasna, jak każdy klan, nie mogłoby wydać członka własnego klanu. Jedynym świadkiem zatem może być Bezgwiezdny, ale najwyraźniej śmierć szczeniaka nie jest tak ważna, skoro nie raczyli się tu pojawić.
Chciał wierzyć, że ich pytania wynikały z dobroci serca i prawdziwego zainteresowania, ale nie potrafił. Miał wrażenie, że zainteresowanie w oczach psów zmieniło się w ocenę. Każdy tylko czekał, by wbić mu ostrze w grzbiet. Wziął głęboki oddech i przez chwile zastanawiał się, jak przedstawić sprawę. Każde słowo było dla niego jak krok po zamarzniętej wodzie. Jeden zły ruch i zakończy się to tragedią.
— Owszem, jednakże nasz świadek widział, jak szczenię zostało rozszarpane na kawałki na jego oczach.  — Nie chciał zdradzać za wiele. Morderca mógł przecież chcieć uciszyć świadka. Kiedyś Chwast będzie gotów, a wtedy dowiedzą się wszystkiego. — Każdy, kto mierzył się ze śmiercią, a sądzę, że wielu to tu przeżyło, wie, jakie to traumatyczne zdarzenie. — Zastanawiał się, ile z tych psów było tu, gdy Ciemna Gwiazda upadał? Ilu pamięta Płonący Zachód? Ilu opłakało Szkarłatny Bluszcz.
— Poza tym na dziecku dało się też wyczuć zapach. Biała Gwiazda współpracuje z nami, starając się z całych sił znaleźć sprawcę. Nie chcemy w końcu niepotrzebnych oskarżeń i rozlewu niewinnej krwi. A co do naszej... niewielkiej obecności. Zostało uznane, że jestem odpowiednim przedstawicielem Bezgwiezdnych i obecność większej ilości naszych członków nie jest konieczna, do omówienia spraw.
— I nawet nie jesteś zastępcą — dodał rudzielec. Zdecydowanie był pomiotem Klematisa.
— Nie, nie jestem — zgodził się. Bo zastępca nie przyszedł, bo ma dzikie plany, a przywódczyni nie ruszy się z blokowiska. — A jednak uznano, że jestem kompetentny.
Jazgot chciałby kiedyś przyjść na zgromadzenie z innymi Bezgwiezdnymi. Prawdziwa delegacja, może nawet dziesięć psów, chociaż nie wierzył, że Leonis przyjdzie. Będą mogli staną razem w kręgu i nikt nie będzie mógł ich wyrzucić. Do tego było jeszcze daleko, wiedział to, nie był głupi. Poza tym prawie każdy Bezgwiezdny pochodził z klanu. Czy ich dawni przyjaciele będą umieli zachować się cywilizowanie? A nawet jeśli, to kto powinien pójść? Może udałoby się namówić Rudzika, w końcu on nie miał powiązań? Może szczenięta, gdy już dorosną? Laurencego, bo rozluźni atmosferę? 
Musiałby o tym porozmawiać z Miękką, ale znał już odpowiedź. Był w końcu tylko wojownikiem, co on tam mógł wiedzieć o czymkolwiek? 
— No cóż, zastępcą nie jest, aczkolwiek gada całkiem sensownie — powiedział pies z Industrii, a gdyby Jazgot miał ciut mniej samokontroli, pewnie by się speszył. Wojownik się nie peszy. 
Pies, który już wcześniej się odzywał, postanowił dalej go wypytywać. Liderka Industrii ciągle mamrotała coś do swojego zastępcy, ale udało mu się to ignorować.
— Czy szczeniak, o którym mówisz, opisał może sprawcę? Jeśli nie, wypadałoby to zrobić.
Jazgot musiał zagryźć język, żeby nic niepotrzebnie nie palnąć. Rudzielec o błękitnych oczach też tu był i postanowił nie być cicho. 
— Skoro jakiś szczeniak z Bezgwiezdnich przyszedł na nasze tereny to logiczne, że ich wina jest niedopilnowanie.
Jazgot powiedziałby o nim coś niecenzuralnego, ale nie mógł, bo był wśród innych. Dlatego nazwał go przeklętym chujem tylko w myślach. 
— Dokładnie, dobrze mówisz ee… wojowniku z Tenebris — dodała Malwowa, a Jazgot musiał wziąć głębszy oddech, zanim zaczął mówić. Spokój był najważniejszy. 
— Opis pasuje do więcej niż jednego psa. Jak również jest to sprawa delikatna. Nie możemy przecież wejść na tereny Tenebrisu i żądać wydania sprawcy. Pies, który złamał prawo, podlega pod władze Białej Gwiazdy. Jedyne co możemy zrobić i co zresztą zrobiliśmy, jest poinformowanie jej o wszystkim, co wiemy i liczenie na jak najszybsze i pokojowe rozwiązanie sprawy.
Musiał odpowiedzieć na komentarz rudzielca, ale jakaś samica zdążyła pierwsza syknąć do niego o niezjadaniu dzieci. To było miłe. 
— Owszem, niedopilnowaniem było naszą winą — powiedział i te słowa bolały, gdy przechodziły przez jego gardło. — Ale, jak mówi tutaj samica, nie sądzę, by klanowe prawo mówiło cokolwiek o rozrywaniu dzieci na strzępy.
Chciał namalować im porządny obraz zdarzenia. To nie było czyste zabójstwo, tylko morderstwo pełne okrucieństwa.
Spiął się, gdy rudzielec podszedł bliżej. Oczy śledziły ruchy samca, by być gotowym do obrony. To okazało się niepotrzebne, bo Krwawy Zew postanowił tylko mocniej kpić z sytuacji.
— Miej oczy szeroko otwarte, on tutaj jest — powiedział, tak by nikt nie mógł go usłyszeć.
— Mógłbyś się ze mną nie spoufalać? — Jazgot odsunął od niego pysk, nawet nie ukrywając zniesmaczenia. Śmierdział jak śmierć. 
— A jeśli można wiedzieć... Jak mniej więcej wyglądał morderca? — zapytała Malowowa, bo ona zawsze musiała pytać. Tym razem był jej jednak wdzięczny, bo odwróciła na moment jego uwagę. 
— Skąd mam wiedzieć? Mogę tylko się domyślać — powiedział rudzielec i Jazgot miał ochotę przewrócić oczami, bo to oczywiście nie było pytanie do niego. Nadal jednak siedział za blisko, a poza tym trzeba było zachować powagę. Nie mógł tylko zrozumieć, czemu Krwawy Zew postanowił zaostrzać tylko problemy międzyklanowe. Co to mu dawało.
Jazgot czuł wielką potrzebę walnięcia go w pysk.
— Wolałbym, by pozostało to między nami a Białą Gwiazdą — powiedział, patrząc na samicę. — Nie chcemy niepotrzebnych oskarżeń. W końcu opis, jak mówiłem, pasuje do wielu psów. Byłoby słabo, gdyby morderca wyglądał na przykład jak ty. Od razu zaczęłyby się niepotrzebne podejrzenia.
— Rozumiem - powiedziała powoli i wyraźnie — Mam nadzieję jednak, że morderca w Tenebris szybko się znajdzie.
Brzmiała nawet szczerze. To było zaskakujące. Jazgot podziękował w duchu, gdy zastępczyni Tenebrisu, wyraźnie zirytowana, zapytała, czy nie ma innych tematów. A potem Krwawy Zew wypowiedział to przeklęte imię. 
— Może Jasne Serce pasuje do opisu?
Nie słuchał już, co oni tam dalej mówili.
Jazgot, twój ojciec nazywa się Jasne Serce, pochodził z klanu Tenebris.
Który z was? Który z nich to Jasne Serce. Przecież nie wspominałby o nim, gdyby samca tu nie było.
Patrzył po członkach Tenebrisu i nawet nie przejmował się, na jak spanikowanego musiał wyglądać.
Ten z tyłu? Ten biało-czarny? Brązowy? Czarny? Który z was przeklęte kundle był ojcem? Chciał wykrzyknąć to pytanie, ale zagryzł język.
Krwawy tylko starał się nim potrząsnąć. Naciskał i czekał, jaka będzie reakcja. Kłamał, na pewno kłamał, ale ten strach już wcześniej siedział w sercu Jazgota. A co jeśli. A co jeśli będzie musiał skonfronotwać się z samcem, który dał mu życie, bo ten odebrał je Szyszce. Co jeśli?
I który z nich był Jasnym Sercem? Który, który, który…
Zgromadzenie zakończyło się bez odpowiedzi na jego pytanie.
Szedł na ciężkich łapach, a każdy krok ściągał go mocniej do ziemi. Nie miał pojęcia, jak udało mu się dojść do domu. Chciał pójść na cmentarz, ale to było dziecinne. Nie mógł się tam ciągle ukrywać.
Nikt nie czekał na niego. Wiedział, że Kasztan na pewno próbował, ale nawet on był już w głębokim śnie. Jazgot położył się obok mentora, wiedząc, że i tak nie da rady się wyspać. Postarał się złapać chociaż parę minut drzemki. Nie potrafił nawet się odprężyć odpowiednio mocno, bo pod powiekami widział Mordercę.
Czy świat naprawdę był tak okrutny? Czy naprawdę będzie zmuszał go do myślenia nad tym? Rudzielec kłamał, musiał kłamać tylko po to, by zdenerwować Jazgota. A mimo to nie mógł spać. Już wcześniej się tego bał, teraz nie potrafił pozbyć się myśli z głowy.
Jakimś sposobem udało mu się usnąć na parę chwil, bo obudziło go słońce. Cykuta zachowywał się jakoś przyjemniej niż ostatnio, nawet usiadł obok niego. Jazgot dowiedział się, że Leonis znalazł i wyciągnął z niego pasożyta, który od dłuższego czasu przeszkadzał psu w funkcjonowaniu. 
Na posiłku udało mu się złapać spojrzenie Dyma. Samiec bezgłośnie wskazał mu, by poszedł za nim. Jazgot posłuchał, przepraszając tylko Kasztana, że tak szybko musi iść.
— Jak było? — zapytał się Dym.
— Nie tak źle — odpowiedział, siadając przy ścianie. Postarał się powtórzyć wszystko, co padło na zgromadzeniu. Prawie wszystko. — Wtedy rudzi… Krwawy Zew postanowił do mnie podejść. 
— Dlaczego? 
— Nie wiem, dla efektu. Zaczął szeptać, że morderca jest tu na miejscu. Kazałem mu się odsunąć, bo to wyglądało podejrzanie.
— Mówił coś jeszcze?
— Nie — odpowiedział Jazgot, nawet nad tym nie myśląc. Kłamstwo nawet nie smakowało gorzko na języku.
Wiedział, że powinien wspomnieć o komentarzu Krwawego Zewu, nawet jeśli ten był rzucony bez głębszego zastanowienia. Dym mógł uwierzyć w jego słowa, mógł zacząć działać, a wtedy…
Nie mógł mu przecież powiedzieć prawdy. To nie był dobry moment, by ujawniać powiązania z Tenebrisem, o których sam do niedawna nie widział. Kasztan wiedział, to starczyło. Musiał to załatwić. Musiał zobaczyć pysk tego, który mógł być mordercą i wymienić dwa zdania. Ale nie teraz, nie w tym momencie, gdy mieli tak dużo na głowie.
Dym wydawał się usatysfakcjonowany. Wyszedł, mówiąc, że musi iść na trening z Pumą. Zaproponował Jazgotowi dołączenie, ale ten odmówił. Próbował walczyć z Pumą. Była dla niego za wolna, jej uderzenia za słabe. Potrzebował z kimś powalczyć, ale nie potrafił znaleźć odpowiedniego partnera.
Chciałby uderzyć Krwawego Zewa. Nawet Malwowy Ogon nie wywoływała w nim takiej reakcji. Chciał przerysować pysk rudzielca pazurami i usłyszeć dźwięk łamanej kości. To były złe myśli i postarał się z nich jak najszybciej otrząsnąć. Krwawy Zew był irytujący, ale nie był tym, który zabił Szyszkę. Nie mógł się na nim wyżywać. 
Irytowało go, że Dym nie dzieli się z nim wszystkimi informacjami. Rozumiał to, ale nadal irytowało. Jazgot miał być jego psem na posyłki, biegającym na zgromadzenia i wykonującym zadania. Przynieś, podaj, nie pytaj. 
— Nikogo nie rozpoznałeś? — zapytał Dym.
— Kojarzę parę psów stamtąd, ale z nikim nie miałem bliższych kontaktów. Trzymali się z dala ode mnie, zapachy się mieszały. Musiałbyś włożyć nos w czyjeś futro, by rozpoznać mordercę.
— Trzeba będzie porozmawiać z Chwastem — westchnął samiec. — On najwięcej wie.
— Poczekajmy jeszcze. To jest… — Obraz martwego Płonącego Zachodu mignął mu przed oczami. — niesamowicie trudne dla niego. Jeśli przed kimś się otworzy, to nie przed tobą czy Miękką, a przed Laurencym. Kiedy ja pierwszy raz zobaczyłem trupa, byłem niewiele młodszy od niego, a nie mogłem o tym mówić przez całe księżyce. Nie wyobrażam sobie nawet, jak to jest, widzieć kogoś bliskiego rozszarpanego na kawałki ma twoich oczach.
— Opisałem ci psy ze zgromadzenia, ale nadal nie wiem, czy to cokolwiek nam da. Krwawy wyraźnie chce zamieszać we własnych szeregach i nie wiemy czemu.
— Tak, tak, zdaję sobie z tego sprawę — Dym pokręcił łbem. Widać było zmęczenie w jego sylwetce. 
— Hej Dym — powiedział łagodnie, uśmiechając się do samca. — Wiesz, że nie jesteś w tym sam, nie? Mogę nie zgadzać się z tobą, ani z Miękka, ale nie chce, żebyś przepracował się na śmierć. Nikt tego nie chce. Jeśli będziesz mnie potrzebował do czegokolwiek, to będę męczył Pyła i Wianka, żeby ze mną walczyli.
Poklepał samca po łapie i poszedł w kierunku wyjścia z budynku.
 
<Dym?>
[2577 słów: Jazgot otrzymuje 25 Punktów Doświadczenia]

26 maja 2021

Od Dymu CD Jazgotu

Musiałem poważnie porozmawiać z Miękką. To wszystko wymykało się spod kontroli. Miałem jej poparcie w każdej mojej decyzji. Odkąd pamiętam, nie sprzeciwiła się mi ani razu, przytakując i przyklaskując na wszystko, co powiem. Nie zwracam honor, odradzała nam pójście na zgromadzenie, jednak mimo odmiennego zdania nie zabroniła nam iść. Wszyscy działaliśmy pod wpływem emocji. Nawet Jazgot, który zaczął się wtrącać. Podważać nasze zdanie, wydawało mi się to niedorzeczne, jak bardzo jest pyskaty. Bycie lojalnym wobec lidera to podstawa. Nie wytrzymałem, musiałem wyprosić młodzieńca, robił za dużo szumu wokoło siebie. Gdy tylko opuścił legowisko Miękkiej, wróciliśmy do kontynuowania naszej rozmowy.
— Domyślasz się Dymie, kto mógł dopuścić się tak ohydnego aktu okrucieństwa?
Analizowałem wszystko, co miałem w głowie, usiłowałem sobie przypomnieć zapach każdego psa ze zgromadzenia. Porównać to wszystko w głowie. Jednak miałem pustkę. To sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej bezradny. Tym bardziej że to był mój jedyny wolniejszy dzień od pracy, który spędziłem w miłym towarzystwie Pumy. Tamtego dnia pogoda była prawie idealna. Powietrze było takie świeże, a zarazem trochę wilgotne co było bardzo dobrym połączeniem. Mieliśmy pełno tematów do rozmów, czas bardzo szybko leciał, zaś po powrocie czar prysnął tamten dzień okazał się być tragiczny. Tym bardziej czułem żal do samego siebie, że na kilka godzin odpuściłem. Nie mogłem powtórzyć tego błędu, zapewne gdybym zamiast wylegiwania się na plaży był na miejscu, krążąc nieopodal, na pewno zawróciłbym niesforną dwójkę, a to cale wydarzenie nie miało prawa, by się odbyć.
— Nie, próbowałem przepytać drugie szczenię, jest zbyt wystraszony, nie wskaże nam oprawcy.
— To za wcześnie dla niego.
— To zostanie z nim do końca życia — westchnąłem.
Czułem, że nie wiem co mam zrobić. Mógłbym sam pozbyć się mordercy Szyszki, wynegocjować, aby nam go wydali i się z nim rozprawić. Jednak tutaj chodziło o stawienie czoła, wrogom. Pokazanie naszej siły. Może i kiedyś brzydziła mnie przemoc, jednak są granice. Nie mógłbym tak po prostu żyć z myślą, że nie zrobiłem kompletnie nic. Czy wojna jest rozwiązaniem? Czułem, jak byliśmy postawieni pod ścianą, atakowani ze wszystkich stron, włóczęgi ten potwór z Tenebris. Szczerze na zgromadzeniu jedyną sensowną osobą wydawała się właśnie Biała Gwiazda, a tutaj proszę, jej członkowie klanu nie są tacy święci, jak mogłoby się wydawać. Miałem oko na wszystkich, mimo braku wiary mieliśmy w sobie więcej moralności niż morderca Szyszki.
— Musimy wiedzieć, jak ogromną przewagę mają nasi wrogowie — oznajmiła Miękka.
— Mam udać się na przeszpiegi?
— Tak, tylko nie daj się złapać.
— Jasne, a nawet jeśli mnie schwytają, zniszczę ich od środka.
— Musisz iść wypowiedzieć wojnę Białej, wykorzystaj tę okazję do sprawdzenia ich.
— Tak zrobię. Jeśli znajdę mordercę?
— Zabij go, jednak pamiętaj, chcemy, aby poznali naszą siłę jedna ofiara to stanowczo za mało.
Przytaknąłem, jednak miałem wątpliwości co do jednej kwestii, którą musiałem poruszyć.
— Ostatnio wraz z Miętą spotkaliśmy kolejnych włóczęg. Najwidoczniej pogonienie ich przyniosło odwrotny, niż się tego spodziewaliśmy.
— To było dawno temu. Zanim wypowiemy wojnę, musimy oczyścić teren.
— Mamy pozbyć się tyle włóczęg ile się da?
— Wykorzystaj to w treningu do wojny Dymie, wierzę, że Ci się uda.
Dlaczego wszystkim muszę zajmować się ja, przecież mamy tyle psów w sforze. Gdybym był zwyczajnym szarym wojownikiem, nie musiałbym się przejmować niczym. Otrzymywałbym rozkazy z góry i je wykonywał.
— Czy mogę już odejść?
— Tak. Zdaj raport z porannego treningu.
Wyszedłem od liderki, musiałem znaleźć Jazgota. Jego zachowanie było karygodne. Złapałem jego trop i udałem się do miasta. Tak spotkałem niesfornego młodzieńca, który uważał, że wszystko wie najlepiej.
— Nie muszę Ci chyba odpowiadać. — Uśmiechnąłem się podstępnie w jego stronę
Ten jeden mały gest rozluźnił nieco atmosferę, jednak nie na długo. W wielu rzeczach nie zgadzaliśmy się z młodym.
— Czujesz coś?
— Tylko kundle dwunogów i nikogo kto należałby do klanu.
— Co z włóczęgami?
— Miękka, chce, abym ich powybijał pojedynczo jak kaczki, wykorzystał treningi, aby ich zabić.
— Coś z rodzaju polowania, tylko zamiast na zwierzynę to na nich?
— Tak dokładnie, polowanie na włóczęgi.
— To nas osłabi! Przecież sam mówiłeś na zgromadzeniu, nie można ich lekceważyć!
— Będziemy trenować w grupach jedna duża, przed posiłkiem druga po posiłku.
— Jak chcesz podzielić grupy?
— Rankiem zjawiają się wszyscy poza patrolem nocnym i obecnym, szczeniętami w tym czasie będzie się zajmowała Miękka po posiłku Ci, co patrolowali w nocy i rano.
— Czyli będziemy w ramach treningu polować na nich, to głupota Dym czy Ty się w ogóle słyszysz!
— Jazgot, posłuchaj, treningi nie opierają się na ich łapaniu, mamy ćwiczyć zręczność, szybkość siłę i wytrzymałość.
— Jak niby chcesz to ćwiczyć? No pochwal się, jaki masz pomysł?
— Jeżeli chodzi o wytrzymałość, będziemy biegać z każdym treningiem coraz więcej kołek wokoło granic, kolejne przeciąganie liny, każdy z każdym, a następnie na wymiennie jeden drugiemu musi odebrać linę, mają do dyspozycji cały teren klanu.
— Nie brzmi to jakoś przekonująco — westchnął.
— I tak będziesz musiał się zjawić. Czy Ci się podoba ten pomysł, czy nie? Takie są odgórne rozkazy.
Gdy będziemy gotowi, zapolujemy, pozbędziemy się jednego problemu, po drugim.
— Dym a jeśli wydaliby nam mordercę Szyszki?
— Chcesz, abym negocjował z nimi?
— Czemu cały klan ma płacić za błędy jednego członka?
— Posłuchaj, gdybyś to ty dopuścił się takiej rzeczy, chroniłbym Cię, rozumiesz. Nie wydałbym nikogo z Bezgwiezdnych, jeśli by ktoś Cię zabił za twoje grzechy, pomściłbym Cię.
— Dlaczego? Przecież to by wyrównało winy.
— Bo jesteśmy rodziną, jako Bezgwiezdni jeden za wszystkich wszyscy za jednego. Jeśli po dobroci nie dostaniemy sprawcy, wytropimy i zabijemy go sami. Już wkradając się na ich tereny, łamiemy zasady, wiem, że będą się bronić tak samo jak my chcąc dorwać nasz cel. To jest wojna, samo wkroczenie tam już zmusza ich do ataku.
— To głupota — prychnął.
— Wolałbyś, abyśmy porozmawiali, załagodzili sprawę, a morderca niech zabija kolejne szczeniaki. Może nie byłeś przywiązany do Szyszki, choć przecież pilnowałeś szczeniąt od czasu do czasu. Pamiętam, jak bardzo pragnąłeś zemsty po śmierci twojego wujaszka, gdy został zamordowany. Co ich się tak nie bałeś, bo uważałeś, że są gorsi, a gdy przychodzi zmierzyć się z klanem, trzęsiesz się i uciekasz. Bo według Ciebie Bezgwiezdni nie są wartościowi, tak bardzo przejąłeś się przechwałkami na zgromadzeniu, że uznałeś, że naprawdę jesteśmy wyrzutkami, których można potępiać na każdym kroku?
— Nie masz pojęcia, co myślę i co czuję! — niemal krzyknął, po oczach widziałem, że moje słowa miały moc i nieco zraniły Jazgota, choć nie o to mi chodziło.
Chciałem, aby uwierzył w to, że Bezgwiezdni mają taką wartość jak reszta. Przewaga liczebna, tego się bał. Przecież nie wezmę psów na łąkę czy gdzieś pod las nie staniemy naprzeciwko siebie. Nie będziemy się naparzać do utraty sił. Czy on tak sonie wyobraża Wojnę ? Przecież jest coś takiego jak strategia, praca zespołowa. Nie jestem na tyle głupi i nierozsądny, też zdaje sobie sprawę z wielu aspektów. Z mocnych stron naszego klanu jak i słabych.
Moją uwagę przykuł pewien pies kręcący się między budynkami. Pachniał Tenebris, ale nie był zabójcą. Jazgot również zwrócił na niego uwagę. Szczupła sylwetka ruda sierść zakręcony ogon i zimne niebieskie oczy. Ruszyłem pewnym krokiem w jego stronę.
— Dym uspokój się! — usłyszałem głos Jazgota.
Odciąłem psu drogę ucieczki, choć on sam nie wyglądał, na takiego co chciałby uciekać.
Rudzielec spojrzał na mnie lekko zaskoczony, na jego pysku pojawił się chytry uśmiech.
— Kogo ja tutaj spotykałem Dym, zastępca bezgwiezdnych — jego głos brzmiał jakby, szczerze ucieszył się na mój widok, bardziej zdziwiło mnie, że widział mnie pierwszy raz, a znał moje imię.
Wybijając się, złapałem w szczeki jego krtań, przyduszając lekko.
— Co tak agresywnie? Przecież to nie ja zabiłem Szyszkę! — powiedział, ledwie dysząc.
W momencie go puściłem, skąd on wiedział? Czy miał cos wspólnego z tym atakiem?
— Gadaj! Co wiesz! — warknąłem.
— Wiem tylko tyle, że wasz szczeniak nie żyje, a zabił go, cóż nie mogę powiedzieć, bo sam bym zginął.
— Umrzesz albo z moich lap, albo mordercy Szyszki więc lepiej gadaj! Co wiesz!
— Nie mogę zdradzać własnego klanu. Nie zrobiłbym tego. Chyba że miałbym pewność, że ta łajza, która mnie okaleczyła, boleśnie zginie.
— Kto mów wreszcie! — warknąłem.
— Dymie spokojnie, najpierw pozwól, że się przedstawię, jestem Krwawy Zew, być może wiem, kogo szukacie, równie dobrze mogę go wam przyprowadzić. Jednak nie ma nic za darmo, nie przepadam za psami z mojego klanu, nie szanują mnie, traktują jak wyrzutka. To okropne uczucie. Gdybym pomógł Ci dodać to czego chcesz pozbyłbyś się kilku kundli? Mam listę chętnie ci pomogę.
— Dym nie ufaj mu, z nim coś jest nie tak to gnida — warknął Jazgot nerwowo.
— Kogo chcesz się pozbyć? — spytałem, udając zainteresowanie.
— Przybliż się do mnie. — Uśmiechnął się złowieszczo
Nadstawiłem uszu, a pies wyszeptał mi imiona, po czym uśmiechnął się tajemniczo i rzucił do ucieczki.
— Co on Ci powiedział?
— Imiona wśród tych imion jest imię mordercy.
— Co za kanalia zdradzająca własny klan, ja bym mu nie wierzył — odparł Jazgot.
— Też bym tego nie robił, ale sprzedał mi ważną informację.
— Jaką?
— Te psy są najsilniejsze, w ich klanie, możemy wyeliminować je przed wojną, zdobywając przewagę.
— Czekaj szukamy tylko mordercy Szyszki.
— Wiem, zabijać go wyrównamy rachunki, zabijając siłaczy osłabimy Tenebris zyskując respekt.
— To twój plan? Chcesz ryzykować dla chwały?
— Mamy zwężoną listę podejrzanych Jazgot, rudy nie odszedł, daleko więc taki jest plan. — Puściłem oczko w stronę młodego,
Na szczęście młody kumał, przecież wiedziałem, że ten cały Krwawy musi być dobrym szpiegiem, obserwatorem, knującym wiele. Jedna część mnie mówiłaby mu nie ufać, druga zaś miała nadzieję, że naprawdę podał nam sprawcę niemal na tacy, jednak postanowiłem nie dzielić się tym z Jazgotem. Pewne sprawy muszą pozostać dla mnie i Miękkiej.
— To co dalej robimy?
— Wracamy.
Po powrocie udałem się do Miękkiej, a następnie do Mięty. Miałem zakręcony dzień, rozmowa z Pumą tez nie była łatwa. Wszyscy czego ode mnie oczekiwali.
Następnego dnia odbyły się treningi, ku mojemu zadowoleniu Jazgot w nich uczestniczył. Następnie udałem się na spotkanie z Białą Gwiazdą, a po powrocie milczałem, decyzje, jakie zostały podjęte, postanowiłem na jakiś czas zachować dla siebie, nie chwaląc się nimi. Wyczaiłem Pumę i udałem się z nią na patrol. Po naszym powrocie natknąłem się młodego.
— Dym i co byłeś u Białej?
— Tak, na razie niech Cię to nie interesuje. — Uśmiechnąłem się w jego stronę.
— Co ze gromadzeniem klanów? — spytał Jazgot.
— To dzisiaj prawda.
— Wybieramy się?
— Jeśli chcesz, możesz iść — odparłem.
— A ty czy chcesz powiedzieć, że mam iść sam?
— Jeśli zdążę, też się tam zjawię.
— Obyś zdążył, szczerze nie chcę być tam sam.
— Rozumiem, pójdziesz jako nasz mały szpieg, może uda ci się poznać mordercę po zapachu, jeśli ja tam się zjawię, wywołam niepotrzebny gniew. Ledwo na ostatnim spotkaniu zapanowałem nad emocjami.
<Jazgot?>
[1712 słów: Dym otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

19 maja 2021

Od Jazgotu CD Dymu

Kiedy wrócili na tereny klanu, Jazgot był pewien, że zemdleje. Pożegnał się z Dymem i obiecał, że porozmawia z nim jutro. Skłamał, że jest zmęczony i nie może myśleć. Poczekał, aż samiec zniknie w pomieszczeniu, a potem wyszedł z bloku. Powietrze pachniało kwiatami, gdy w końcu dostał się na cmentarz. Przytulił łeb do jednego z zimnych nagrobków i pozwolił powiekom się zamknąć. Noc była cicha, spokojna, chmury skryły na nowo gwiazdy. Mógł wdychać zapach mokrej ziemi i wosku, który dwunożni tak często tu zostawiali.
Cmentarz był dla niego spokojem. Ostoją. Tym jednym punktem, gdzie nic złego mu się nie mogło stać. Nawet jeśli wiedział, że zdarzyły się tu potworne rzeczy, twarde skały dawały mu jakiś komfort. Mógł ukryć się za nimi i schować pysk między łapy. Tu nikt go nie szukał, a może nigdy nie pomyślał, żeby się tu zagłębił. 
Jego oddech był drżący. Nie próbował nawet liczyć dla uspokojenia. Pozwolił swojemu ciału reagować, jak tylko chciało.  Nie miał siły z tym walczyć. I tak nikt go nie widział.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak bardzo się bał. Szloch wydobył się z jego gardła. Zagryzł swój język i zacisnął mocniej oczy. Zamknął się mocniej w sobie. 
Przeżyli to. Nie mógł w to trochę uwierzyć. Przez całe zgromadzenie czekał tylko, aż któryś z tych psów pokaże zęby, warknie, rzuci się, rozerwie Dyma na strzępy, a potem zrobi to samo z Jazgotem. Zrobiliby to, a potem zaczęliby się śmiać. Tak jak śmiali się, gdy Ciemna Gwiazda umierał. A może było tak tylko w jego wspomnieniach? Nie mógł nawet powiedzieć. Każda sekunda, gdy czuł na sobie spojrzenia tych wszystkich psów, była walką.
Nie zadrżyj, nie opuść wzroku, nie trać spokoju. Ruszaj się w odpowiedni sposób, oddychaj w odpowiedni sposób. Nie pokazuj słabości, nie przed nimi. Nie, kiedy ich nie obchodzi twoje życie. Nie, gdy te psy najchętniej pozbyłyby się twojego klanu, twojej rodziny, z tego świata. Nie zapominaj o tym.
Nie był głupi, wiedział, że świat nie był taki prosty. Bezgwiezdni też mieli w swoim gronie psy lepsze i gorsze. Poznał w swoim niedługim życiu kilka wspaniałych psów, którzy należeli do klanów. To nie jednostki były problem, to było podejście. Nie będą bezpieczni, dopóki nie zdobędą uznania innych klanów. To był jedyny sposób jaki widział. Nie siłą, bo jej mieli za mało, ale sposobem. Zgromadzenie wydawało się być dobrym początkiem. Nie idealnym, ale dobrym.
Myślał, że wszystko się rozpadnie, gdy Malowy Ogon zaczęła mówić. Desperacko starał się zachować powagę. Wystarczyło jednak, że Dym warknął, inny pies z Industrii zaraz ruszył do przodu, a serce Jazgota zamarło na parę chwil. Miał ochotę nakrzyczeć na towarzysza, zapytać, czy ten nie rozumie powagi sytuacji? Czemu zachowywał się, jakby mieli tutaj przewagę? Musieli być spokojni, niewzruszeni, logiczni. Musieli być lepsi.
Otworzył oczy i uniósł łeb. Poczuł się trochę lepiej, ale i tak nie chciał wstawać. Nadal opierał się o nagrobek, czując przyjemny chłód na skórze. Nie chciał wracać, skoro wiedział, że i tak nie zaśnie. Serce musiało mu się najpierw uspokoić. 
Na zgromadzeniu ustalono absolutnie nic. Teraz dopiero zaczęła do niego dochodzić irytacja z tego powodu. Rozumiał jeszcze lepiej, czemu Miękka tak ich nie znosiła. Banda psów, która gadała o bzdurach i nie potrafiąca ustalić żadnych konkretów. Jedyne w czym potrafili się zjednoczyć, to oceniających spojrzeniach, gdy on i Dym siedzieli wraz z nimi na wzniesieniu.
I tak miał zamiar tam chodzić. Za każdym razem, gdy będą je organizować. Nawet jeśli wszystkie mają być równie nudne i bezsensowne. Chodziło o pokazanie się. Dym miał racje, nielegalne wkradanie się to nie było to samo. Może następnym razem udałoby się zebrać więcej psów. Prezentowaliby się lepiej. Inne klany miały ze sobą ponad dziesięć osób, ale nie sądził, by dobrym pomysłem było zabieranie połowy ich sprawnych wojowników ze sobą.
Ładne prośby o szacunek nie zadziałają, na groźby byli za słabi. Czuł się zagubiony, ale nie tyle, by przestać próbować. Znał parę psów z różnych klanów, pomógł im w czasie epidemii. Prawdopodobnie miał nawet jakąś rodzinę w tej przeklętej Industrii, patrząc po stronie matki. O ojcu nie chciał w tym momencie myśleć, już na zgromadzeniu niepotrzebnie jego myśli uciekały w tą stronę, gdy patrzył po samcach. Nie, żeby chciał rozmawiać ze swoim biologicznym ojcem, ale musiał zachować to jako ewentualność. Taki związek też mógł być przydatny.
Myślał o tym częściej i częściej, ale potem wszystko się posypało, gdy przyszła informacja o Szyszce. O zamordowaniu Szyszki. Dreszcz przeszedł przez jego ciało i przez moment widział jego, morderce bez twarzy, który nawiedzał go w snach. Tylko to nie był potwór z koszmarów, a pies z krwi i kości.
Tenebris. Pochodził z Tenebrisu.
Czy to było Jasne Serce, myślał. Czy to był jakiś chory żart losu, że ze wszystkich psów na świecie, za śmierć mógł odpowiadać ten, który dał mu życie? I tak nie miał jak się tego dowiedzieć, ale pytanie siedziało mu z tyłu głowy. Nieprzyjemne, zawsze obecne, niemal jak strach przed Mordercą, który nie opuszczał go od dnia, gdy znalazł pierwsze ciało.
Poszedł po ciało Szyszki z innymi. Widział, jaki wzrok posyła mu Kasztan, prosząc, żeby został na miejscu. Nie mógł. Nie potrafił rozpoznać w niej nawet szczeniaka. Powinien porozmawiać z Chwastem, ale nie w tej chwili. Dziecko za dużo przeszło. Poza tym w Jazgocie buzowało za wiele emocji, których nie powinien pokazywać. 
Milczał przez całe zebranie. Siedział grzecznie z tyłu, zagryzając język, aż nie poczuł obrzydliwego smaku krwi. Nie chciał mówić przy innych psach. Nie w tym momencie, gdy była zbyt duża szansa, że palnie coś nieodpowiedniego. Poczekał aż psy się rozejdą.
— Nie możemy mieć wojny — powiedział, gdy zostali tylko we trójkę. — Jesteśmy za słabi.
— Dlatego będziemy trenować — odpowiedział mu Dym. 
— Trening nic nam nie da, jeśli mają przewagę liczebną. A mają, wiesz to. Ile jest tu psów sprawnych, gotowych do walk? Trzydziestka? Mniej? Pewnie, że mniej. Przecież te dzieci nie są w stanie walczyć. A Mlecz? Szrama? Bóbr? Co im da trening, jeśli nie będą w stanie zabić przeciwnika, a wiesz, że nie będą.
— Nauczą się. Ty też nigdy nie byłeś zmuszony do walki. Wiem, że nie masz pojęcia co to wojna, ale...
Miał racje. Jazgot nigdy nie walczył, ale smak psiej krwi był w tej chwili równie wyraźny na jego języku, co Dym przed jego oczami.
— ... a zostawienie czegoś takiego bez reakcji będzie oznaką słabości.
— Jest ich dwa razy więcej, Dym! Dwa razy! Prawie sześćdziesiątka!
— Rozumiem, że się boisz... — Jazgot przymknął oczy. To nie było dobre słowo, nie to, które chciał teraz usłyszeć. Czuł jak pęka.
— Umrzemy Dym, czy ty tego nie rozumiesz!? Myślisz, że którykolwiek z klanów nam pomoże!? Jesteśmy w tym sami! Gorzej, jesteśmy w tym my przeciwko nim wszystkim! Przecież nawet nam nie uwierzą, że jakiś pies rozszarpał nasze dziecko, zarzucą nam kłamstwo! A nawet jeśli, nie obchodzi  ich przecież życie jakiegoś niewiernego szczeniaka! Dla nich liczą się psy żyjące w Gwiazdach i to, że my ich tam nie dostrzegamy! Będą mieli nareszcie idealną wymówkę, żeby się nas pozbyć.
— Przestań krzyczeć — powiedziała Miękka, a jakaś część jego zadrżała na myśl sprzeciwienia się poleceniu liderki.
— Jestem zdenerwowany, bo nasze dziecko nie żyje, a wasz plan najwyraźniej to prowadzić otwartą wojnę! Kiedy jeszcze nawet nie dowiedzieliśmy się, kto dokładnie zabił Szyszkę! Chcecie wymordować Tenebris w nadziei, że inni nie zobaczą tego jako wyraz ataku Bezgwiezdnych na klany!? 
— Młody...
— Przestań — warknął. — Przestań mówić, jakbym nie miał żadnego pojęcia o świecie! Rozumiem co się dzieje, jasne? Rozumiem, że powinniśmy rzucić się i zagryźć ich wszystkich. Rozumiem, że tak to zawsze wyglądało. Ale to nic nie da. Nie teraz i nie nigdy, dopóki jesteśmy grupą wyrzutków, których nikt nie chce widzieć na oczy. Udajmy się do Białej Gwiazdę, zbadajmy sprawę, znajdźmy sprawcę. Zajmijmy się cholernymi włóczęgami, którzy przecież nie zniknęli!
—Nie ty decydujesz o takich rzeczach — powiedziała Miękka, a ona pozostawała spokojna, rozlazła i Jazgot nie mógł już na nią patrzeć.
—Jesteś gównianym przywódcą. Nie robisz nic, jeśli nie jesteś do tego zmuszona i oto wyniki! 
— Jazgot! — krzyknął Dym. 
— Mam racje i oboje zdajecie sobie z tego sprawę. — Podszedł krok bliżej, a te oczy nigdy nie wydawały mu się zimniejsze. Miękka patrzyła na niego z góry, jakby był jakimś pasożytem. Nie odwrócił się jednak. Wytrzymał. — Czekasz, żeby zobaczyć co się wydarzy i masz nadzieje, że nie stanie się nic. Jesteś bierna. Wolisz siedzieć tu, niż wywalczyć swoją pozycje z innymi klanami. Włóczędzy atakują nas od kiedy byłem zaledwie szczeniakiem, a ty nadal nic z nimi nie poradziłaś, a teraz... 
— Nie tak powinieneś zwracać się do liderki — powiedziała w końcu. Zimno. Spokojnie. Bez cienia złości czy niezadowolenia. 
— Wyrażam swoją opinie na jej temat.
— Jazgot — Dym spróbował jeszcze raz. Samiec jeszcze przez chwile patrzył na Miękką, póki nie odwrócił się do niego.
— Tak?
— Lepiej wyjdź.
 Skinął na samca, chociaż czuł, jakby miał zaraz skoczyć i przycisnąć go do ziemi. Odwrócił się do liderki, która zachowywała ten sam neutralny wyraz pyska. Jazgot nigdy w życiu nie widział czegoś równie okropnego. Jeszcze zanim się odwrócił, wypowiedział ostatni słowa, tylko po to, by móc ich jakoś uderzyć.
— Umiem zabić psa, o to nie musicie się akurat martwić — syknął i odwrócił się, by wyjść z pomieszczenia. Miękka mu pozwoliła. 
Minął inne psy, nie patrząc im w oczy.
Nie powinien tego mówić. Słowa smakowały mu krwią na języku, ale już wypadły z jego pyska. Jeszcze raz przeprosił Szkarłatny Bluszcz w duchu.
Dym znalazł go dopiero w mieście. Jazgot niespecjalnie się przed nim chował. Nie było powodu.
— Zachowywałeś się jak dzieciak.
— Czyli jak ty na zgromadzeniu — syknął. To było niepotrzebne, wiedział, ale nie zebrał się do przeprosin.
— Czemu nie wierzysz w nasze możliwości? Wolałbyś, żeby morderca chodził wolno? 
— Oczywiście, że nie — warknął. Jak Dym mógł to w ogóle sugerować. — Ale wiem, że to się nie uda. Ty też to wiesz. Nie chce widzieć więcej trupów, bo chcieliśmy pomścić tego jednego. 
— To co robisz tutaj? — zapytał.
— To co innego — odpowiedział. Wyciągnął łeb, żeby lepiej widzieć budynek przed nim. — Nie mam zamiaru rzucać się na nich jak głupiec. Ale obaj wiemy, że nie mogą mieć siedziby tylko za rzeką. Muszą przebywać też gdzieś w mieście. Znamy mniej więcej teren, z którego przychodzą. Chce dowiedzieć się więcej. Zostajesz ze mną, czy wracasz? — zapytał. Spojrzał na samca i czekał na odpowiedź.
<Dym?>
[1677 słów: Jazgot otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

28 kwietnia 2021

Od Dymu CD Jazgotu

Jazgot zaczął przedstawiać mi swój pomysł. Nie był taki zły, było w nim sporo sensu. Jednak jeśli zaczniemy, ignorować jedną część obawiałem się, że wrogowie szybko znajdą słaby punkt. Chociaż gdyby się zastanowić byłaby to oszczędność czasowa dla nas.
— Masz sporo racji, a gdyby rozdzielić patrolujące psy?
— Co masz na myśli? — Jazgot patrzył na mnie zaciekawiony.
Tym razem lekko zmodyfikowałem jego rysunek.
— Podzielilibyśmy teren na trzy strefy, każdy pies miałby swoją strefę do patrolowania. Tak jak mówisz. Co do obejścia całości wyznaczyłbym jednego dodatkowego psa obchodzącego całość, ale podczas nocnej warty. W ciągu dnia i tak wszyscy się kręcą, ale masz rację, trzeba zmienić ten system. Mam ostatnio urwanie głowy, wiem, że Miękka nie stawi się zgromadzeniu. Jednak jesteśmy licznym klanem, a nasze tereny stają się dla nas zbyt małe. Sam widzisz, choć nie chcę wprowadzać zamieszania, to pokusiłbym się o kilka dodatkowych hektarów ziemi. Sam wiesz, że tak naprawdę normalnie da się żyć na blokowiskach. Cmentarz i kościół oraz wysypisko są uciążliwe.
— Sugerujesz jakąś wojnę?
— Niekoniecznie wojnę, sugeruje, aby ktoś stawił się na zgromadzeniu.
— Nigdy tego nie robimy, nie będziemy tam mile widziani.
— Wiem, ale nasz klan powinien w końcu pokazać swoją dyplomację.
Jazgot zamrugał oczami.
— Co masz na myśli, aby kto się tam zjawił?
— Oboje wiemy, że Miękka nie będzie chciała. Więc sprawa wygląda następująco, abyś udał się tam ze mną jutro.
— Naprawdę? Dlaczego akurat ja, a nie Mięta?
— Bo myślałem o tobie, nie dyskryminując płci pięknej, myślę, że raczej my sobie poradzimy z całą presją o wiele lepiej.
— Jaką presją?
— Już widzę te wszystkie spojrzenia jak zobaczą bezgwiezdnych na zgromadzeniu. — Uśmiechnąłem się tajemniczo.
— To, o której się widzimy?
— Jutro Jazgot chwilę przed zachodem słońca idziemy.
— Jasne.
— Do jutra młody.
Udałem się do Miękkiej przedyskutować strategię co do pilnowania terenów. Nie była zbyt entuzjastycznie do tego nastawiona. Jednak tak czy inaczej, po długiej rozmowie postanowiła mi zaufać. Od przyszłej pełni na okres próbny miał wejść ten system w życie. Pełniąc swoją rolę, udałem się do medyka, aby sprawdzić stan zdrowia psów i przekazać raport Miękkiej. Miałem sporo do zapamiętania, kto, z jakimi problemami borykał się i zawracał dupę medykowi przez okres księżyca. Aż głupio mi było, bo wraz z Miętą byliśmy najczęściej przewijającymi się tutaj psami w tym czasie. Ale tak się dzieje gdy dwa rozszalałe psy pakują się non stop w kłopoty. Gdy zapadła noc udałem się na spoczynek. Z samego rano zrobiłem obchód, zdałem raport Miękkiej od medyka i poszedłem, sprawdzić co zostało upolowane na dzisiejszy obiad. W chwili wolnej udałem się z Miętą na spacer, a nim się obejrzałem wraz z Jazgotem, szliśmy na pierwsze od dawna zgromadzenie klanów, w którym brali udział bezgwiezdni. 
<Jazgot?>
[439 słów: Dym otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

22 kwietnia 2021

Od Jazgotu CD Dymu

Rola niańki naprawdę mu pasowała. Lubił dzieci, a dzieci na ogół lubiły jego. Chociaż pierwsze zajmowanie się szczeniętami Ikry było lekką porażką, później już szło mu lepiej. Szałwia urodziła, to miał jeszcze większe zajęcie. Nie lubił czuć się niepotrzebny. Czasem nawet prosił Kasztana, by z nim pozostał. Tym razem był jednak sam.
Wziął ze sobą Szyszkę, Chabra, Bobra i Dmuchawca. Szałwia znowu szła z Drzazgą do medyka, Cień nie miał ochoty się ruszać, a Chwast zaginął gdzieś z Laurencym. Jazgot wyciągnął resztę na łąki, niedaleko starego kościoła. On leżał sobie na zimnej trawie, a dzieci zajmowały się samym sobą.
Dmuchawca obserwował najbardziej uważnie. Dzieciaczek miał ostatnio nieprzyjemną przygodę z wodą. Niedaleko cmentarza znajdował się rów, w którym zbierała się woda. Każdy pies wiedział, że należy go przeskoczyć i nie wpadać, bo był głębszy, niż się wydawało. Każdy pies poza Dmuchawcem, który tam wpadł i podtopił się nieco. Jazgot chciał zaznaczyć, że tym razem to nie była jego wina, on był tylko na patrolu z Ostrokrzewem, a Szrama się nim zajmowała. Odprowadził wraz z nią dzieciaka do medyka.
Leonis coś tam pogadał, pogadał, ale zajął się małym. Powiedział tylko, żeby go bardziej pilnować. Teraz miał szczęście, że niedużo wody dostało się do płuc i trzeba było tylko trochę postukać. Jazgot zastanawiał się, czy dzieciak rzeczywiście był jakiś wolniejszy, czy tylko mu się wydawało.
Wyczuł Dyma, jeszcze zanim go zobaczył. Podniósł się z ziemi i wyciągnął łeb, by lepiej złapać woń. Uśmiechnął się na widok znajomego samca.
— Cześć Jazgot. Znowu zostałeś opiekunką.
— Dokładnie. Taka fajna przerwa między obowiązkami. Myślisz, że któryś z nich zostanie twoim uczniakiem? — zapytał, wskazując na dzieciaki.
— Nie wiem. Zobaczymy — odpowiedział mu samiec. Przez chwilę siedzieli w ciszy, patrząc, jak Szyszka próbuje namówić chłopaków do bójki. Nie trafili jej się dobrzy bracia do tego.
— Wiesz co, myślałem trochę nad pewnymi rzeczami. — Dym spojrzał na niego dziwnie, ale kazał mu tylko kontynuować.
— Znasz reguły patrolowe.
— Reguły?
— No nie wiem jak inaczej to nazwać. Zasady może. Zazwyczaj dwa psy, okrążają całe tereny jakieś dwa albo trzy razy, a potem mają przerwę. Potem inna grupa idzie okrążać tereny.
— Mhm, tak samo było na starych terenach.
— Ta, pewnie tak, nie wiem, nie żyłem. — Machnął na to łapą. Któryś ze szczeniaków mu zapiszczał. Jazgot od razu zwrócił uwagę w jego stronę, ale maluch tylko oberwał od siostry patykiem. Każdy czasem musiał oberwać patykiem w pysk.
— Do czego dążysz?
— Przydałoby się to zmienić. Słuchaj, myślałem nawet nad tym, zobacz.
Jazgot rozejrzał się i sięgnął po gałązkę leżącą obok. Zaczął rysować w piachu.
— To są nasze ziemie, nie? Wiemy, że od strony wysypiska nie mamy żadnych sąsiadów. Nasze południe i wschód są bezpieczniejsze, niż te od północy i zachodu. Zwłaszcza od północnego zachodu, bo tam najwięcej zapachów włóczęgów można było znaleźć. Dlatego myślę, że lepszym pomysłem byłoby coś innego.
Zamiast trzech pełnych kółek można by zrobić jedno pełen, następnie dwie połówki po groźniejszych terenach i drugie pełne. Wiesz, o co mi chodzi. Może to nie jest najlepszy pomysł, ale niepotrzebnie zużywamy energię psów, poświęcając wszystkim granicom taką samą uwagę. Jeżeliby...
— Jazgot, Jazgot, opanuj się — Dym mu przerwał. — Czemu mówisz mi to?
— Jesteś zastępcą. A nie mogę cały czas chodzić do Miękkiej, bo w końcu mnie zamorduje. Wolałbym nie być zamordowany przez Miękką. — Dym parsknął śmiechem. — A nie będę przecież siedział bezmyślnie i tylko wykonywał zadania, jak mam pomysły.
Jeden z dzieciaczków krzyknął. Jazgot zostawił swojego starszego znajomego. Dmuchawiec i Chaber bawili się w przeciąganie liny, którą Jazgot przyniósł im z wysypiska. Coś im nie wyszło, jeden się potknął, pociągnął drugiego i zderzyli się łbami. Krwi z tego nie było, ale obie czaszki na pewno rozbolały. Jazgot poklepał ich po grzbietach i prosił, żeby nie wspominali o tym matkom.
Przynajmniej tym razem obyło się bez zgubienia żadnego dzieciaka. Przeliczył je na wszelki wypadek i zawołał pozostałe maluchy, żeby poszły za nim do blokowiska. Dym cierpliwie czekał na niego. Czwórka poszła przodem, gdy dorosłe samce zostały z tyłu.
— Po prostu chcę pomóc w zrobieniu z Bezgwiezdnych najsilniejszego klanu, wiesz? Za dużo im zawdzięczam — wymamrotał, patrząc w ziemię. — Słyszałeś plotki? Podobno Tenebris wrócił już na swoje tereny. Wynieśli się na jakiś czas. Właściwie nie wiem dlaczego.
Mój ojciec jest z Tenebrisu, przeleciało mu przez głowę, ale szybko to zignorował.
— U ciebie ostatnio coś ciekawego się działo? Dawno cię nie widziałem, ciągle zasuwasz gdzieś z Miętą.
<Dym?>
[716 słów: Jazgot otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

9 kwietnia 2021

Od Dymu CD Jazgotu

Nigdy bym się nie spodziewał, że Jazgot oszaleje na punkcie szczeniaków. Gdyby ktoś z boku poza mną i Ikrą patrzył na jego ślepia wgapiające się w te małe kuleczki. W duchu byłem, po prostu rozbawiony na całego z zachowania tego psa. Już się proponował jako opiekunka. Nawet nie słuchał nie do końca, a musieliśmy wracać do pracy. W końcu młody zrozumiał, że pora ruszać dalej i zawinął się wraz ze mną. Sam nie przepadałem za dziećmi, jakoś nigdy nie miałem okazji się nimi opiekować, co było naturalne dla mnie, że brakuje mi podejścia i doświadczenia. Dobra Jazgot był dla mnie dzieckiem, ale jednak mimo wszystko z nim szło się dogadać. Teraz jest już dużym dzieckiem i dobrym partnerem do patroli. Naprawdę nie mogłem na niego narzekać. Cała sfora gadała o kolejnych narodzinach, jako że Szałwia spodziewała się potomstwa. Cieszyłem się z tego powodu. Oczywiście nie mogłem postąpić inaczej, jak również ją odwiedzić i chwilę porozmawiać. Pragnąłem pamiętać o wszystkich, dostarczać zioła do medyka, aby ten mógł leczyć nasz klan. Jednak Jazgot mnie wyprzedzał to on, był w tym najlepszy. Jednak mnie ograniczały inne obowiązki i problemy. Musiałem w tym wszystkim mieć, chociaż troszkę czasu dla siebie, który i tak spędzałem z Miętą, nie nie narzekałem na jej towarzystwo no dobra czasami bardzo. Tego dnia potrzebowałem Jazgota, lecz nie mogłem, go nigdzie znaleźć w końcu w mojej głowie zaświtało, więc poszedłem sprawdzić, czy nie jest u Ikry. Jak widać, nie myliłem się, robił za super nianię. Chciałem go wyciągnąć, ale był zbyt zajęty.
— Dziecko na mnie siedzi.
Dobra naprawdę nie mogłem już wytrzymać, parsknąłem śmiechem, budząc pozostałe szczeniaki. Te zaczęły piszczeć i wyć.
— Serio! Usypiałem je tyle czasu, a ty popsułeś wszystko — Jazgot fuknął na mnie.
— Sorry skąd miałem wiedzieć, że jak nie śpią, to wyją.
— Bo takie są dzieci, nie wiesz?
— Och znalazła się niania wszystko wiedząca, zaraz je uśpimy — mruknąłem.
— Nie, ty może lepiej ich nie tykaj — zasugerował młody. Dobra może i miał racje, ja tutaj zrobię więcej zamieszania niż pożytku. Patrzyłem, jak młody dwoi się i troi, aby te diabły posnęły, ale bez skutku.
— Chciałem, abyś pomógł mi szukać ziół, wpadnij do mnie, jak będziesz wolny.
— Serio narozrabiałeś i chcesz sobie ot, tak uciec? — mruknął
— Sam mówiłeś, że sobie poradzisz sam i mam nic nie robić. 
<Jazgot?>
[378 słów: Dym otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

1 marca 2021

Od Jazgotu CD Dymu

Ikra nie była jego ulubionym członkiem bezgwiezdnych. Więcej, nie była nawet jego ulubioną suką — tę rolę zajmowała Miękka i nie, nie sądził, że ona go lubiła, ale to nieistotne. Mimo to martwił się bardzo, gdy usłyszał, że chorowała. Potem obserwował ją trochę uważniej. Samica nieszczególnie to doceniała, ale jeszcze go nie ugryzła. Uznawał to za całkiem dobry znak. Przez ostatni miesiąc zaczęła zachowywać się dziwacznie, lekko mówiąc.
Nie była nigdy najmilsza, ale stała się zwyczajnie wredna. Jakby wszystko jej przeszkadzało. Zaczęło się chyba od tego dnia, gdy zobaczył ją u Leonisa. Nie pomyślał o tym zbyt wiele. Medyk przecież miał teraz łapy pełne roboty (i podobno sam był chory), więc tylko zostawił zioła w odpowiednim miejscu i sobie poszedł.
Ciąża wyjaśniała jej gorszy nastrój. Nie pytał się oczywiście z kim, ale nie zdawało mu się, by suka dużo wychodziła poza tereny. Powinien to być któryś z bezgwiezdnych, a z tego, co się połapał, nie tak wielu lubiło suczki. No i na pewno nie był to Kasztan.
Dzieciaki. Nowe pokolenie. Czuł się bardzo podekscytowany. Nie miał zbyt wiele kontaktu ze szczeniakami, bo w końcu nie miał gdzie, ale kto nie lubi dzieci? A gdzieś głębiej, myślał o tym, że klan im się rozrasta. Z nowymi szczeniakami będą mogli stać się silni, na tyle silni, by naprawdę się liczyć.
Patrzył zachwycony, na te małe kulki futra.
— ... my wracamy do pracy — słuchał Dyma jednym uchem.
— To są najbardziej urocze istoty, jakie widziałem — powiedział do suki.
— Jazgot, opanuj się. — Ikra przewróciła oczami.
— Jeżeli będziesz potrzebować opiekunki, to jestem tu. Pamiętaj.
— Zapamiętam. — Odwróciła się do niego tyłkiem. Zrozumiał sygnał.
Zastanawiał się, czy Kasztanowi przeszkadza, że chodzi na patrole z Dymem. Miał nadzieję, że nie. Zresztą, Kasztan zapewne też się cieszył, że miał jakiś wolny czas od ucznia. Lubił Dyma. Z czasem przestał nawet traktować go jak starszego wuja, a raczej kogoś równego. Nie był tylko pewien, czy samiec sądził tak samo. Miał nadzieję. Zaczynał naprawdę mieć dość tego, że wszyscy traktowali go jak dziecko. Może oprócz Miękkiej.
Dzieciaki Iskry stały się na parę dni tematem numer jeden. Szybko poszły plotki, że Szałwia też spodziewa się dzieci, ale postanowił nie pytać. To byłoby już niegrzeczne. Mimo to jakoś uważniej obserwował samicę. Może rzeczywiście wydawała się jakaś grubsza. Znowu padało
pytanie, kto mógłby być ojcem. Nie miał z kim dzielić się swoimi przemyśleniami, to trzymał je dla siebie.
Pora roku za szybko się zmieniała. Jeszcze niedawno mieli przecież zimę i śnieg do brzucha, a teraz nagle wszystko stało się ciepłe i przyjemne. Chociaż cieszył się z temperatur, coś bolało go w środku. Czas uciekał tak szybko.
Tego dnia przesiadywał akurat sam, na granicy z Industrią. Patrzył spokojnie na fale, rozbijające się o brzeg. Zastanawiał się, czy nie wykraść się znowu nad morze. Rośliny zakwitały już, niedługo powinna przyjść pora zielonych liści. Zastanawiał się, czy matka też patrzy na liście i dziwi się, jak bardzo już rozkwitły.
To nie tak, że o niej zapomniał, ale zaczął czuć się dziwnie, gdy rozmawiał o niej z innymi psami. Myślał, że Szmaragd albo Mięta powiedzą mu… coś. Jakieś słowo, które nagle pozwoli mu zrozumieć, co się z nią stało. Wiedział, jak inne psy na niego patrzyły. Jak był mały, to nawet tego nie zauważał. Szczeniaki chyba mają to w sobie, że są oślepione przez swoją niewinność. Z czasem zaczęło go irytować.
Zdawało mu się, że wszyscy patrzą na niego ze współczuciem. Oni wszyscy sądzili, że matka nie żyje. Wiedział, że nie mają racji. Czuł to, gdzieś głęboko w środku. Bał się, że jeśli spróbuje o niej wspomnieć, ktoś w końcu się przełamie. Nie chciał słyszeć, jak próbują wmówić mu to kłamstwo. Matka żyła. Zaczynał się tylko bać, że nigdy nie wróci. Świat był niebezpieczny, zwłaszcza dla samotnych psów.
Wyczuł psy, jeszcze zanim je zauważył. Szybko wymyślił wymówkę, bo zagrzebywanie się we wspomnieniach brzmiało zbyt smutno. Przyłączył się do Szramy i Mięty na patrolu. Lubił je i zresztą dzięki temu mógł się jakoś przydać. Zostawił je tylko przy zachodniej granicy, by pogrzebać trochę między śmieciami na wysypisku.
Chociaż przeszedł je wzdłuż i wszerz, miał wrażenie, że nowe roślinki wyrastały każdego dnia. To dobrze. Epidemia stała się codziennością, ale nie powinni zwalniać. Udało mu się znaleźć je pod przezroczystym… czymś. Nie rozumiał, z czego ludzie robili swoje rzeczy, a tym bardziej, dlaczego je robili, ale to nieistotne. Postarał się przesunąć przedmiot i w najlepszym przypadku, nie zniszczyć wszystkich roślinek.
Chyba się uzależnił od zbierania ziółek.
 
Miał w planach odwiedzenie Mlecza. Jego przyjaciel znowu zachorował. Jazgot nie był pewien, czy za drugim razem powinien niepokoić się bardziej, czy mniej. W końcu przeszedł ją już raz, to wszystko powinno być w porządku. Był silny. Chyba że właśnie nie. W końcu zachorował po raz drugi. To się normalnie nie zdarzało. Leonis zapewniał jednak, że i tym razem zioła pomogą. A właściwie zapewnił raz, a potem Jazgot wolał już nie pytać, bo medyk wydawał się zdenerwowany. Przynajmniej Mlecz już dostał swoją porcję.
Zanim jednak udało mu się dostać do przyjaciela, zaczepiła go Ikra.
— Powinnaś już wstawać? — zapytał się, zaniepokojony. Rozejrzał się, szukając jej szczeniąt. Wszystkie leżały bezpiecznie na kocu w pokoju. Suka w końcu nie uraczyła go odpowiedzią.
— Idź do nich. Siedź. Pilnuj, by żaden nie wyszedł. Muszę porozmawiać z Miękką.
— Czekaj co.
— Pilnuj, żeby nie było im zimno — powiedziała i wyszła. Po prostu. Wiedział, że nie miała instynktu opiekuńczego, ale… kurcze.
Podszedł niepewnie do maluchów. Były urocze. Ich oczka wciąż zamknięte, ale łapki już dzielnie się poruszały. Niepewnie dotknął jednego z nich nosem. Szczeniaczek przypadkiem uderzył go łapką. Nawet nie mocno, ale Jazgot odskoczył.
Uspokój się, powiedział do samego siebie. Nie wiedząc, co ma innego robić, ułożył się przy kurduplach. Pamiętał tylko, że Boberek był brązowy. Maluszek chyba go wyczuł. Jazgot patrzył na niego z zainteresowaniem. Dzieciaczek powoli czołgał się do niego, aż w końcu dotarł do jego łapy. Zamiast zawrócić, ślepy szczeniak wspiął się na nią. Jazgot zamarł.
— Co ty tu robisz? — usłyszał. Podniósł łeb, by zobaczyć Dyma, który patrzył na niego i zdawał się powstrzymywać śmiech.
— Ikra kazała mi pilnować dzieci. Znaczy, poprosiła — poprawił się. — Nie mogę się ruszyć.
— Dlaczego?
— Dziecko na mnie siedzi.
Wtedy Dym naprawdę się zaśmiał.
<Dymie?>
[1015 słów: Jazgot otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i magiczne zalicza trening]

28 lutego 2021

Od Dymu CD Jazgotu

Byłem dumny z Jazgota, rósł w moich oczach w mgnieniu oka. Cały czas mam wspomnienie kiedy był takim małym szkrabem i jego historia wzbudziła we mnie wiele współczucia. Przygarnąłem go wtedy do siebie tylko z litości, nie darzyłem go początkowo szczerą sympatią, ale z czasem to wszytko się zmieniło. Dorastał, a jego zaangażowanie wzbudzało we mnie ogromny podziw. Miał bardzo dobry węch, nie musiał być mięśniakiem, aby wyrosnąć na wojownika. Miał wiele sprytu i chociaż czasami bywał niezdarny, to ceniłem go coraz mocniej. Momentami, zastanawiałem się, jakby to było gdym miał takiego ucznia. Coraz bardziej pragnąłem, mieć możliwość, aby ktoś się mógł ode mnie uczyć. Z małym sukcesem wróciliśmy do obozu. Panował tutaj spory chaos jak na zwykły dzień.
— Co się dzieje? — Jazgot wlepił we mnie te swoje pytające ślepia.
Pociągnąłem nosem kilka razy.
— Właśnie nam się klan rozrósł o kilku nowych członków.
Oczy Jazgotu aż zabłyszczały z podekscytowania.
— Co ty mówisz?
— Ikra spodziewała się szczeniąt.
— Już wszytko jasne — mruknął młody pod nosem.
— Co jasne? — Spojrzałem pytająco.
— Nic, nie ważne, myślisz, że możemy je zobaczyć?
— Nie wiem, czy to rozsądne.
— Przecież ty już chorowałeś, ona z resztą też, na pewno jest odporna.
— Ale maluchy nie są.
Jazgot w sekundzie posmutniał, ale po chwili zastanowienia ponownie się do mnie zwrócił.
— Chorowała w ciąży, przecież na pewno mają odporność od niej, nie może ich z resztą ukrywać pod kamieniem.
— No dobra, w sumie jako zastępca powinienem poznać, nowo narodzone szczeniaki.
Pełen entuzjazmu młody ruszył przodem, nadal nie byłem w pełni przekonany co do tego pomysłu, gdy znaleźliśmy się w legowisku Ikry, uśmiechnąłem się na jej widok. W bezgwiezdnych już od dawna nie było miotu. Tutaj jakoś miłość nie kwitnie na każdym rogu.
— Jak się czujesz? — spytałem pełen troski.
— Dobrze, wszystkie maluchy jak na razie są zdrowe.
Suczka wstała i pokazała nam cztery puchate kuleczki.
— Jak się nazywają? — spytał ciekawski Jazgot.
Ikra uśmiechnęła się, po kolei dotykała nosem szczeniąt, wymawiając imiona.
— Chwast, Cień, Dmuchawiec i Bóbr.
— Miękka już wie, że są na świecie?
— Tak minęliście się, dosłownie parę chwil wcześniej złożyła nam wizytę.
— W takim razie zdrowia dla was, a my wracamy do pracy. — Spojrzałem na Jazgota.
<Jazgot?>
[354 słowa: Dym otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

20 lutego 2021

Od Jazgotu CD Dymu

— Jeszcze raz, ale celuj dokładniej.
Pył zgodził się z nim trenować. Był mu najbliższy wzrostem i nie wymagał tak dużo namawiania. Samiec nie był szczególnie silny, ale za to znacznie zwinniejszy od Jazgota. Trochę wrednawy, ale może tego właśnie było potrzeba.
Kasztan był najukochańszym i najwspanialszym psem na świecie, ale nadal nie nauczył go niektórych rzeczy. Jazgot nie chciał naciskać, ale sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Musiał nauczyć się jak najwięcej o prawdziwej walce.
Kiedy nie trenował z Kasztanem i nie szukał ziół, ćwiczył z Pyłem, czasami Szałwią, a nawet Mleczem. Nie chciał zabierać czasu Dymowi.
Obawiał się o tych włóczęgów. Musiał być przydatny, jeśli przyjdzie co do czego. Być prawdziwym wojownikiem.
Kiedy Pył miał go już dość, Jazgot postanowił pójść do bloków. Może uda mu się nie spotkać Ikry, ona się dziwnie zachowywała ostatnio. Dziwniej, niż ostatnio.
Zatrzymał się przed pomieszczeniem medyka i zajrzał do środka. Kurka kłóciła się o coś z Leonisem. Zdaniem Jazgota, oboje potrzebowali leków, ale najwyraźniej uważali inaczej. Szmaragd spokojnie siedział na miejscu i wyglądał na niezwykle znudzonego. Jazgot podszedł do niego niepewnie. Wyglądało na to, że samiec nie ma gdzie mu uciec.
— Jesteś z Industrii, prawda? — zapytał, siadając obok.
— Mhm. — Szmaragd nie spojrzał nawet na niego. Jazgot postarał się tym nie przejmować, wyprostował grzbiet i odchrząknął.
— Opowiedz mi.
— O wspaniałych czasach w klanie? — zapytał sarkastycznie. Jazgot nie przejął się jego tonem.
— Tak, dokładnie — powiedział uprzejmie. — Jak wyglądało życie?
— Możesz też ominąć te pogadanki, a ty po prostu zapytasz mnie o matkę.
Złapał go. Pewność siebie jakby uciekła, a Jazgot przeniósł wzrok na ziemię. Zaczął przesuwać łapą po topniejącym śniegu.
— Bo wiesz… — zatrzymał się. Nie, przyszedł tu z celem. — Tak, masz rację. Chodzi o matkę.
— Czemu nie zapytałeś się Mięty? — zabrzmiał, jakby naprawdę go to ciekawiło.
— Zapytam się. Później. Chciałem dowiedzieć się tego też od ciebie.
— Była wredna, zimna i ponura — powiedział, nareszcie patrząc na niego. — Najbardziej urocza istota na planecie. Ale nie rozmawialiśmy zbyt wiele.
— Szmaragd! — medyk zawołał ze swojego kąta. Chyba wygrał ze szczeniakiem. — Chodź tu. Jazgot, przyniosłeś zioła?
— Nie, ale daj mi parę godzin — powiedział i wybiegł na zewnątrz.
Kręcił się po terenach samotnie, póki nie wyczuł znajomego zapachu. Dym. Pewnie był tu na patrolu. Poprzednim razem tylko kibicował, ale tym razem miał nadzieję, że przyda się nieco bardziej. Podążył za wonią aż do kościoła.
— Szukamy ziół? — zapytał na powitanie.
— Zawsze. — Samiec uśmiechnął się do niego.
Kościoła akurat dawno nie odwiedzał. Leżał daleko na liście jego ulubionych miejsc na terenach. Zdarzało mu się słyszeć tu dziwne dźwięki i czuć jeszcze dziwniejsze zapachy. Powinien był jednak o nim wcześniej pomyśleć.
— Zastanawiałem się nad tymi włóczęgami.
— Hm? — Dym spojrzał na niego z góry. Może tylko mu się zdawało, ale Dym zaczął widzieć go trochę inaczej. Doroślej. Brakowało tego Jazgotowi. Większość dorosłych zdawała się być ślepa na to, że ten mały szczeniak przestał już być szczeniakiem. To była z pewnością też jego wina. Za mało się starał, żeby pokazywać, jak bardzo jest odpowiedzialny. Nie chciał zaprzepaścić zaufania, jakim darzył go Dym.
— Mówiłeś, że przeskoczyli przez rzekę. Może rzeczywiście quintus jest w to zamieszany. Nie jestem tylko tego taki pewien. Słabo pamiętam, co się działo na zgromadzeniu, ale tamte psy na pewno mieszkał gdzieś w mieście. Może mają tu siedzibę?
— Albo wysłali zwiady.
Tylko jeśli spróbujemy powiedzieć o tym innym klanom, pomyślą, że kłamiemy.
— Nie możemy jednak trzymać tego w tajemnicy — z tym akurat Jazgot się zgadzał.
— Wiem, po prostu myślę głośno — westchnął.
— Chodź młody, poszukajmy tych ziół — powiedział samiec.
Rozeszli się po kościele. Rzeczywiście było tu pełno ziół, ale zajęło im chwile odnalezienie tych odpowiednich. Rosły za połamanymi schodami. Dostanie się tam było trudne, ale nie niemożliwe, jeśli jest się odpowiednio małym. Tym razem niski wzrost mu się przydał.
Jazgot napiął mięśnie i spróbował wskoczyć na półkę. Dym krzyknął, żeby uważać. Ledwo się mieścił, ale mieścił. Udało mu się dostać jeszcze wyżej i spróbował odsunąć kamień, blokujący dostęp do ziół, używając całej swojej siły.
<Dym?>
[649 słów: Jazgot otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

18 lutego 2021

Od Dymu CD Jazgotu

Zostawiłem Jazgota, wierzyłem w niego, on przecież lada dzień stanie się dorosłym wojownikiem. Musiałem mu zaufać, dotarło do mnie, że Mięta i Jazgot są jego najbliższymi osobami. Wraz z resztą biegłem ile sił w łapach. Goniliśmy tego gnojka, nagle pies skręcił, dobrze wiedział dokąd, ma uciekać.
Lekko wzbudziło to mój niepokój, jednak może z głupoty doprowadzi nas do reszty. Nie myliłem się ani przez chwilę gdy przekroczyliśmy drogę, smród spalin był odczuwalny dość mocno, ale po chwili ukazały się mi stare tereny.
— Stop! — krzyknąłem.
Wszyscy stanęli jak wryci i zamarli, włóczęga przeskoczył rzekę i stanął na drugim jej brzegu. W oddali u podnóża gór dostrzegłem kilka ciemnych sylwetek. Wszyscy patrzyli na mnie i czekali na dalsze rozkazy.
Milczałem nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Czy oni naprawdę mogli się ukrywać w dawnym raju? Setki myśli kłębiły się teraz w mojej głowie. Mogłem tylko podejrzewać, że po cichu skradali się i mordowali, aby zająć coraz to większe obszary.
— Wycofujemy się — mruknąłem.
Wszyscy grzecznie odwrócili się i zaczęli zawracać, ja zaś nadal stałem i gapiłem się w oczy tego dupka. Dzieliła nas rzeka, jeśli chcemy ich dopaść, musimy się tam wedrzeć, ale na razie nie mamy szans na wygranie wojny. Pewność w oczach psa przysporzyła mnie o dreszcze. Nie byli oni pojedynczymi, przypadkowymi włóczęgami to musiała być duża ambitna grupa. W końcu i ja postanowiłem się wycofać i dogonić resztę. W drodze powrotnej zadawano mi masę pytań. Co zamierzam zrobić dalej? Czy będziemy walczyć? Czy moim zdaniem jest się czego obawiać? Musiałem to uspokoić, nie chciałem wywoływać paniki.
— Myślę, że to przykrywka, że nie mamy się czego bać, tak jak i my oni też chcą nas nastraszyć.
Nagle zobaczyłem, jak zbliża się do nas jakiś punkcik. Dopiero w niewielkiej odległości od nas dostrzegłem w nim Jazgota, który trzymał w pysku zioła.
— Udało ci się! — powiedziałem pełen entuzjazmu.
— Tak! A wy dorwaliście go? Wiecie coś więcej.
— Mięta weź zioła od Jazgotu.
Mięta spojrzała a mnie krzywo, po czym zabrała zioła od młodego.
— Co mamy robić? — spytał Laurency.
— Pilnujcie granic i szukajcie ziół w tych samych grupach, jak wrócę, Miękka o wszystkim się dowie i powie co mamy dalej robić.
Po chwili wszyscy się rozpierzchli.
— I co z tymi włóczęgami?
Spojrzałem na Jazgota teraz mogłem spokojnie mówić to co myślę.
— To tajemnica, posłuchaj na moje oko to duża grupa, znajdująca się u podnóża gór, chcą zająć nowe tereny dlatego, sprawiają pozory, pojedynczych słabych osobników. Wkradają się i zabijają. Ale równie dobrze mogę się mylić, może chcą nas wystraszyć tak jak my ich dzisiaj i ten dupek specjalnie uciekł na rajskie tereny.
— A Co z zabójcą no wiesz kogo?
— Być może ukrywa się wraz z resztą u podnóża gór, ten, którego dzisiaj goniłem, nie miał nic wspólnego stamtąd ani naszą sytuacją, dlatego myślę, że jest ich wielu.
— Myślisz, że będzie wojna?
— Mam nadzieję, że uda się jej uniknąć, ale znając życie, kiedyś wybuchnie. Albo oni zabiją nas pojedynczo, albo my wybijemy ich wszystkich.
— Jest nas za mało — mruknął Jazgot.
— Potrzebni nam są sojusznicy.
— Przecież ich nie mamy.
— Dlatego, postaram się jakoś dotrzeć na przyszłe zgromadzenie klanów, aby ich zdobyć.
— Jest, epidemia myślisz, że zgromadzenie się odbędzie? Myślisz, że Cię wpuszczą?
— Nie wiem, dlatego szukajmy ziół. Wszystko czas nam pokaże.
Wraz z Jazgotem udałem się na opuszczony dworzec kolejowy. Te roślinki lubiły bardzo zacienione, trudnodostępne miejsca. Oboje węszyliśmy, biegając w jedną i drugą stronę. Nagle zobaczyłem, jak coś wystaje pod torami, była to dziwna roślinka, Jazgot od razu zaczął kopać, ja zaś wsunąłem pysk pod tory, aby złapać jak najbliżej ziemi łodygi, było to dość mało wygodne i komfortowe. Brakowało zaledwie kilku milimetrów, wysunąłem język, aby przesunąć łodygę bliżej siebie, poczułem, jak lekko udaje mi się chwycić już ją zębem. Zamknąłem oczy, jakby to miało pomóc mi się skupić, tak niewiele już brakowało.
— Dasz radę — usłyszałem za sobą głos Jazgotu.
<Jazgot?>
[637 słów: Dym otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Jazgotu CD Dymu

Jeżeli ktoś miał się potknąć, to on. Oczywiście, że on. Potrząsnął łbem i zawołał do Dyma, żeby biegł dalej.
Nie sądził, że naprawdę pójdą walczyć z włóczęgami. Nie, przepraszam, nie walczyć. Zastraszyć. Bał się strasznie. Czuł, jak buzowała jego krew i jak bardzo chciał uciec. Zamiast tego zacisnął zęby, wbił pazury i dał mięśniom pracować. Nie musiał myśleć, tylko wąchać i biec. Zwykłe, bezmyślne czynności. Dopóki jeszcze nie walczyli, nie było się co bać.
Trenował z Mleczem, pod czujnym okiem Ciernia. Kasztan powiedział, że uznają to za wspólny trening. Jazgot nie kłócił się. Zauważył, że jego mentor miał dziwny stosunek wobec walk i polowań. Postanowił nie pytać się o to. Wiedział, że są pewne rzeczy, o których nie chce się rozmawiać. Mlecz był od niego większy, ale Jazgot uczył się wykorzystywać swoją siłę, a miał jej znacznie więcej, niż można było podejrzewać. Ćwiczył przewracanie go od dołu, podcinania łap i przyciskanie do ziemi.
Tylko te wszystkie ćwiczenia z Mleczem miały w sobie nutę zabawy. Jeżeli któryś uderzył za mocno, drugi od razu przerywał. Był śmiech, były uśmiechy i czasami niekomfortowe pozycje. Teraz nie mógł liczyć na ciche przepraszam, ani pomoc przy podniesieniu. Zastanawiał się, czy rozpozna mordercę. Wiedział, że nie miał jak, ale może… może poczuje to w kościach albo w przyśpieszonym biciu serca. Najpierw jednak musiał tam dobiec.
Dym już zniknął mu poza zasięgiem wzroku, ale wiedział, że nie jest daleko. Został więc sam, na niebezpiecznym terenie, może otoczony przez wrogów. Zapewne nie, tym nie powinien się martwić. Znaleźć Dyma, tylko to się liczyło.
Inne psy też zniknęły gdzieś przed nim. Zwolnił nieco, by na pewno się nie zgubić. Znał się na mieście. Spędził większość swojego dzieciństwa, latając w każdą stronę i zapewne łamiąc piętnaście milionów zasad. To go trochę uspokoiło. To było jego miasto.
Włóczędzy mogli być silniejsi i sprytniejsi, ale on tu się wychował. Biegał po tych ulicach, przewracał i potykał. Wiedział, gdzie jest dużo potworów, a gdzie prawie się nie pojawiają. Był na swoim terenie, który go nie zaskoczy. Uspokoił więc oddech i zwolnił nieco kroki. Rozglądał się uważnie.
Zdawało mu się, że coś zauważył kątem oka. Obrócił się i zatrzymał. Tak jak go Kasztan uczył, poruszać się szybko, ale cicho i spokojnie.
W mieście było pełno psów, również niegroźnych, ale tym razem musiał uważać. Powoli podszedł do uliczki. Przycisnął nos do ziemi. Ledwo coś czuł, ale był niemal pewien, że pies nie był przywidzeniem. Jednak, kiedy wybiegł na drugą stronę budynku, nie znalazł tam nic. Pusta ulica. Zaniepokoiło go to.
Wiedzieli? Miałoby to sens, ale jednocześnie było bardzo, bardzo niebezpieczne. Ich cały plan polegał na niespodziance. Nie mogło być wojny, wszyscy byli o tym pewni. Byli za słabi, niewielcy i zarażeni. Czy planowali ich podejść? Teraz Jazgot zaczął się niepokoić. Chyba że…
Chyba że nie chodziło o nich. Ich tereny były niezabezpieczone. Została tam może połowa, może trochę więcej, wojowników. Włóczędzy raczej nie wiedzieli o ich liczebności. Nie powinni, ale może nie byli głupi. Jeśli kogoś zaatakować, to czemu nie w takim momencie. Musiał się upewnić, ale to było możliwe. Zaczął biec szybciej.
Miał priorytety. Jego priorytetem były zioła. Znalazł je, rosnące między kafelkami. Zatrzymał się i przez chwilę zastanawiał się, czy miał na to czas. Oczywiście, że miał. Potrzebował chwili, by znaleźć odpowiedni sposób. Nie miał już możliwości technicznych, by znów zrobić dźwignie. Postanowił użyć starego dobrego sposobu.
Chwycił z kawałek chodnika z całej siły w zęby. Zanim nawet spróbował unieść, usłyszał hałas przed sobą? Dym? Tak blisko? Musiał się pospieszyć. Zaparł się łapami i spróbował.
<Dymie?>
 Jazgot podnosi płytkę i znajduje pod nią zioła. Bezgwiezdni otrzymują 5 ziół.
[582 słowa: Jazgot otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]