Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słoneczny Pysk × Płonący Konar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słoneczny Pysk × Płonący Konar. Pokaż wszystkie posty

24 stycznia 2021

Od Płonącego Konara CD Słonecznego Pyska

Rozejrzał się po pomieszczeniu, próbując uspokoić rozedrgany oddech. Uderzyła go panująca tu cisza, wszędobylska i dobrze wyczuwalna pomimo ciężkiego dyszenia dwóch przerażonych psów — jego i nowej znajomej z Flumine. Siedzieli w półmroku, gdyż jedynym źródłem światła była dziura, przez którą się tu dostali, a jednak oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności i przy odrobinie wysiłku Płonący zdołał dostrzec towarzyszące im przedmioty, zapewne jakieś skarby Dwunożnych, nieznane mu z nazwy ani właściwości. Nie było nawet w połowie tak przytulnie jak w obozie, mimo że Magazyn również był wielkim, zamkniętym pomieszczeniem, gdzie wpadało mało światła, z ciężkim i suchym powietrzem.
Zerknął w kierunku Słonecznego Pyska — suczka stała cała zesztywniała i wpatrywała się w wejście do piwnicy takim wzrokiem jakby było kołem ratunkowym.
— Hej, wszystko w porządku? Jesteśmy bezpieczni, możemy odpocząć — zagadnął łagodnie, ale ta tylko spojrzała na niego nie mówiąc nic.
Samiec zaczął spacerować wokoło, próbując wymyślić coś, co pomogłoby się im obojgu rozluźnić i przyzwyczaić do swojego towarzystwa. — Opowiem ci historię, chcesz? Chociaż na chwilę przestaniemy się zamartwiać. — Otrzymawszy od niej zgodę (kiwnęła głową, choć wzrok wciąż miała nieobecny), zaprzestał spaceru i przysiadł na zimnym podłożu.
— Kiedyś, niedaleko miasta, żył pewien pies, szczeniak jeszcze, o srebrzystej sierści i rozmarzonym spojrzeniu. Nie należąc do żadnej sfory całe dnie spędzał włócząc się po lesie i szukając mrówek i ich mrowisk — zaczął, mrużąc w skupieniu oczy i patrząc na ścianę za Słoneczkiem. — Gdy nie spał i nie polował przyczajał się przy nich, by rozkopywać ich dom, deptać i miażdżyć, a one nie mogły zrobić nic, nie znały dnia ani godziny. Pies śledził te, które przeżyły, czekał aż napięcie w kolonii opadnie i powstanie nowe królestwo tylko po to by zaatakować ponownie.
Nikt nie wiedział, dlaczego.
Po kolejnym takim ataku, w którym zginęła królowa, jedna z mrówek pomodliła się do Tęczowej Mrówki, najpotężniejszej istoty w mrówczych opowieściach i poprosiła o pomoc dla jej i innych kolonii.
Następnej nocy psa zbudził szelest w krzakach. Spojrzał w niebo przysłonięte drzewami; księżyc świecił krwawo, a gałęzie rzucały przedziwne cienie. Chciał wstać, ale łapy się pod nim ugięły i wpadł w nagle powstałe szczeliny. Wtedy błysnęło oślepiające światło, a przed nim zmaterializowała się istota tak wielka, że zmieściłaby się tu tylko jej głowa, jaśniejąca wszystkimi istniejącymi kolorami na tle nocy, mająca dziesięć par skrzydeł, czterdzieści trzy czułki i pozbawiona oczu, a jednak jakimś cudem wyczuwająca jego obecność. Istota zbliżyła się na długich, pokrytych włoskami ostrymi jak te u pokrzywy i przemówiła:
"— Mrówek rasą pogardzałeś i nie respektowałeś cudzego życia, przykuty do wody więc zostaniesz, zdany na jej laskę i niełaskę tak długo, jak potomkowie nasi żyć będą na tej ziemi. Praw matki natury nie przestrzegałeś, teraz ona zemści się na tobie."
Pies błagał i zaklinał się, ale na próżno. Tęczowa Mrówka podeszła, przebiła go na wylot jedną ze swych sześciu kończyn i zniknęła, pozwalając mu się wykrwawić.
Gdy się obudził okazało, że znajduje się pod wodą i zaczął rozpaczliwie machać łapami, chcąc wydostać się na powierzchnię; nieważne jednak, jak długo płynął, nie mógł przebić się przez taflę i wtedy zrozumiał cenę za znęcanie się nad mrówkami.
Przez resztę wieczności wałęsał się, czasem tylko odwiedzając wpływające do jeziora rzeki i przypatrując się światowi żywych i zwierzętom, które przychodziły się napić albo wykąpać. Patrzył im wtedy w oczy, chłonąc cząstkę duszy i zmieniając się w prawie idealne ich odbicie, a gdy ktoś zbyt długo wpatrywał się w wodę to korzystał z jego energii i wynurzał się, by wciągnąć nieszczęśnika i załaskotać go na śmierć. Wkrótce nauczono się unikać samotnych wypraw nad wodne zbiorniki, gdzie po dziś dzień można usłyszeć, jak udręczony głos woła: "Mrówkii!".
Tak było, daję słowo.
Płonący Konar spojrzał na suczkę, licząc ujrzeć uśmiech na jej pysku, a może nawet usłyszeć chichot, wyrażający załamanie idiotyzmem tej historii, jednak jedyne co zauważył to przerażone spojrzenie brązowych oczu, wielkich jak łapy potworów Dwunożny oraz przejmujące, pogłębiające się dygotanie. Pysk miała lekko otwarty, co nadawało jej wyglądu szczeniaka w trakcie przechodzenia traumy i wojownikowi zrobiło się nagle bardzo głupio.
— Chyba trochę poniosła mnie wyobraźnia — przyznał, chociaż jego historia ubawiła. — Spokojnie, to tylko głupia opowieść, duch Mrówy nigdy nie istniał... chyba. No dobra, przepraszam, nie trzęś się tak, chciałem cię rozbawić — dodał, widząc że dramatyczna pauza wprawiła ją w jeszcze większe drżenie.
Gdy Słoneczny Pysk nie odpowiedziała, westchnął głęboko i począł myśleć, jak inaczej mógłby poprawić humor swojej towarzyszce.
— A wiesz, jak byłem dopiero świeżo upieczonym uczniem dopadła mnie choroba i przez to zacząłem później trening i taka jedna piosenka bardzo pomogła mi przetrwać ten okres, podtrzymując na duchu. Mogę ci ją zaśpiewać, jak chcesz, może też ci się spodoba — zaproponował, podekscytowany genialnym pomysłem, a że suczka nie oponowała, odchrząknął i zaczął:
Kiedy tylko słonko wstało
Las witając swym promieniem
Już od rana Wiewiór czekał
Z większym niż on sam żołędziem
Na panienkę ze swych snów
O nią chciał zawalczyć dzisiaj znów.

Wychyliła się Wiewiórka z dębu dziupli
Piękna w tym porannym rozgardiaszu
Aż się zapowietrzył własną śliną
Przestraszył ją z początku dziwną miną
Prędko się szczęśliwie opamiętał
Po żołędzia już-już sięgał
Ale ona go nie chciała
W łeb mu dała i z gałęzi zeskoczyła.

W końcu jednak się zgodziła
Chociaż w późnym dość momencie
Ogień dopadł ją albowiem w tym księżycu
A Wiewiór jedynym samcem był w pobliżu
Tak więc w wejściu znikła ruda kita
A on nie dowierzał w swoje szczęście.

I choć w dziupli było ciemno
I śmierdziało lekko moczem
Zmysły inną rzeczą miał zajęte
W oczach gwiazdy w liczbie niepojętej
W końcu tylko jedno było ważne —
By ujawnić co od ojca dostał w darze.

Kiedy tylko słonko wstało
I zupełnie już świtało
Wysiudała go wiewiórka ze swej dziupli
Wypierając się słabości dzikiej chwili
Wiewiór rzekł jej tylko na odchodnym:
"Dziurka twoja mała
Wszystkich guzów była warta".

— Bardzo, bardzo ładne — rzekła suczka, lecz mimo to Płonący wyczuł w komplemencie nutę fałszu, podobną do wyznań torturowanych, którzy gotowi są powiedzieć wszystko za chociażby chwilę na wzięcie oddechu. Nie chciała też mu spojrzeć w oczy — przenosiła rozbiegany wzrok po kolei na każdą z zapleśniałych ścian i przypatrywała się porzuconym przez Dwunożnych przedmiotom, zupełnie jakby były najbardziej pasjonującym zjawiskiem w pomieszczeniu.
Płonący Konar uznał swoją porażkę i zaproponował, żeby się trochę przespała, a on w tym czasie stałby na warcie, w razie gdyby Łata i Cezar jednak zdołali natrafić na ich trop. Oczy suczki zrobiły się jeszcze większe, o ile było to w ogóle możliwe — nie wiedział czy na myśl o psach, które chciały zrobić jej krzywdę, czy z innych powodów, o których wygodniej było mu nie myśleć.
— Zaufaj mi. Przecież też nie chcę by nas znaleźli, a lepiej żebyśmy byli wyspani jakby się pojawili, prawda?
Nie był pewien czy jego słowa jakkolwiek ją uspokoiły, jednak położyła się w pobliżu kąta na twardej, kamienistej ziemi i zamknęła oczy, a on usiadł przy wejściu i nasłuchiwał wycia śnieżycy.
Czy naprawdę aż tak kiepsko śpiewam? — zapytał sam siebie, mimowolnie kojarząc świszczący wicher z własnym głosem. Może warto byłoby poprosić Czarną Smugę o kilka wskazówek? Mijały minuty, a coraz więcej śniegu zalegało na zamarzniętym podwórzu. Monotonne czuwanie w końcu pokonało Płonącego, który w jednej chwili czuwał i wsłuchiwał się w zmysły, a w drugiej, zupełnie nie zdając sobie sprawy kiedy przeniósł się jakby w inną rzeczywistość, gdzie opuszczona piwnica stała się Magazynem Industrii — legowiskiem wojowników. A obok niego leżała Czarna Smuga, tak blisko, że prawie stykali się nosami.
— Pamiętasz, jak chwaliłeś mój głos? Bo ja pamiętam — mówiła. — Śpiewałam sobie pod nosem w lesie, pewna, że jestem sama, ale wtedy pojawiłeś się ty, niosąc dzikiego gołębia w pysku.
— Pamiętam. — Odezwał się głos i samiec zaskoczony zdał sobie sprawę, że należy on do niego.
— Zaczęłam cię wtedy przepraszać, myśląc, że przeszkodziłam ci w polowaniu. — Zamilkła i uniosła kącik pyska.
— A ja przerwałem ci mówiąc, że śpiewałaś tak pięknie, że mogłabyś zwabiać ptaki swoim głosem — dokończył historię.
— Daj spokój — odwróciła wzrok, ale nie mogła ukryć uśmiechu.
— Tak, dokładnie tak mi odpowiedziałaś — kiwnął nieznacznie głową, na tyle, na ile pozwalało mu leżące położenie. — Teraz ci się nie dziwię, rzeczywiście mogłem wymyślić coś lepszego. Intrygujące pomysły przychodzą jednak z czasem, a już zwłaszcza ciężko wymyślić na poczekaniu obrazowe porównanie dla tak niezwykłego talentu.
Czarna Smuga parsknęła śmiechem.
— Twój talent jest jeszcze bardziej niezwykły.
— To ja mam jakiś talent? — zapytał pół żartem, pół serio.
— Pojawianie się w najintymniejszych momentach — powiedziała. — Nie powiesz mi, że to przypadek, gdy przerwałeś Dzikiemu Sercu kontemplację własnego odbicia.
Tym razem zaśmiali się oboje i chichotali tak długo, dopóki nie uciszyły ich zirytowane pomruki innych wojowników. Leżeli tak chwilkę, przyglądając się sobie w milczeniu.
— Pamiętasz może, jaką piosenkę śpiewałaś? — szepnął.
— Wtedy w lesie? — odpowiedziała również szeptem.
— Mhm.
— Nie jestem pewna, ale chyba tę o ptaszku... Mam zaśpiewać? — zdziwiła się, gdy pies spojrzał na nią prosząco.
— Tylko jeśli zechcesz uczynić mi ten zaszczyt.
Czarna Smuga zrobiła minę wyrażającą jednocześnie politowanie i zawstydzenie, ale zaczerpnęła powietrza i zaśpiewała cicho:
Przysiadł ptaszek na gałęzi
Pod jego skrzydłami rozciągał się świat
Mogę mieć to wszystko, myślał
Każdą górę, każde drzewo zdobyć mogę.
Przymknął z rozkoszą powieki, gdy delikatny, choć nieco stłumiony głos muskał mu uszy niby poranny wietrzyk.
Zastrzygł uszami, zirytowany, gdy śpiew nagle umilkł — według niego zdecydowanie zbyt szybko.
— Co było dalej? — zapytał, nie otwierając oczu.
— Już nie pamiętam. — Ziewnęła. — Jak mi się przypomni to ci powiem.
— Nie, koniecznie mi to zaśpiewaj. Może pójdziemy wtedy na plażę albo chociaż na Kemping, tam zawsze jest ładnie, gdy nie ma dwunożnych, co ty na to?
Ale Czarna Smuga już nie słuchała; zdążyła wyruszyć na łowy do krainy snów, postanowił więc powtórzyć jej propozycję następnego dnia, który przyszedł chwilę po tym jak na nowo zamknął oczy.
Nie mógł powstrzymać rozczarowania rozlewającego się w piersi, gdy w odpowiedzi otrzymał od niej tylko obojętne spojrzenie i słowa:
— Myślałam, że to był tylko dziwny sen. — I dmuchnęła mu w nos lodowatym oddechem.
A nie, to był tylko wiatr, zdał sobie sprawę wojownik, gdy obudziły go świeże płatki śniegu wtulające się w krótką sierść na kufie i nieco się uspokoił.
Kątem oka zobaczył gwałtowny ruch w głębi pomieszczenia — to Słoneczny Pysk podniosła się z ziemi, gdy tylko zauważyła, że już nie śpi.
— Mówiłaś coś? — zapytał nieprzytomnie.
— Raczej nie... — zastanowiła się Słoneczko. — Nie mogłam spać, ale nie chciałam ci przeszkadzać, więc pilnowałam czy... nikt nie idzie. Może coś mi przypadkiem wymsknęło, przepraszam jeśli cię obudziłam.
— Powinnaś była wstać i kopnąć mnie w zad — warknął, w zamiarze sam na siebie, ale gdy jego towarzyszka skuliła się przestraszona spuścił nieco z tonu. — Spokojnie, nic do ciebie nie mam — wyjaśnił — po prostu nie mogę uwierzyć, że naraziłem nas na zagrożenie. A gdyby nas wtedy dopadli?
Spojrzała na niego tak, jakby przyznawała mu rację, lecz gdy przemówiła nie wyczuł w jej głosie nawet cienia oskarżeń:
— Na pewno byłeś bardzo zmęczony, każdemu się może zdarzyć.
— Już mniejsza. — Westchnął, oceniając sytuację na zewnątrz. — Zaczyna świtać. Cholera, chyba przespałem większość nocy. — Mruknął niezadowolony. — Nie ma sensu dłużej tak tu siedzieć, skoro przez tyle czasu nas nie znaleźli to pewnie już dawno odpuścili.
— Nasze klany pewnie się niepokoją — przytaknęła.
Wyszli więc na zewnątrz, ostatni raz spoglądając na zatęchłe pomieszczenie, które dało im ochronę przed zamiecią oraz zemstą gangsterów i pośpiesznie opuścili posesję Dwunożnych. Wokół roztaczała się cisza; okolica była tak spokojna, że nad głowami można byłoby usłyszeć iskrzenie ostatnich gwiazd, które powoli ustępowały miejsca na nieboskłonie wschodzącemu słońcu. Miasto odpoczywało po całonocnej śnieżycy, której jedynym namacalnym śladem były białe wydmy, wysokie na dobre pięć długości ogona, może trochę większe, pokrywające każdą dostępną powierzchnię delikatnym puchem. On i Słoneczny Pysk raz stąpali, a raz przedzierali się przez śnieg, nawet nie zauważając, kiedy ich sierść stała się tak mokra jakby przez kilka godzin siedzieli na deszczu. Łapy tworzyły wyraźne ślady na nienaruszonej przez nikogo pokrywie i oboje wiedzieli, że nie mogą nie docenić zaszczytu napisania własnej historii na pustej drodze, nieposypanej jeszcze solą.
— Słonko... Mogę ci mówić Słonko? — zaczął niezręcznie, brodząc w zaspach.
— Tak, o co chodzi?
— Wybaczysz mi?
Zamrugała, zbita z tropu.
— Co mam ci wybaczać?
— Wszystko; tę walkę z Cezarem i Łatą, przespanie warty i... to, co zdarzyło się przedtem — wymamrotał, patrząc na wgłębienia pozostawiane w śniegu.
— Przecież mówiłam już, że podobała mi się ta piosenka — powiedziała lekko, ale i tak nie czuł, by mówiła szczerze. A może po prostu trzęsła się wtedy z zimna i rzeczywiście mówi prawdę?
— Proszę, zapomnijmy o tym — poprosił, składając w duchu obietnicę, że jeszcze przed Porą Nowych Liści poprosi Czarną Smugę o parę rad na poprawienie wokalu. Nie pamiętał już, co mu się śniło.
Słoneczny Pysk zaczęła zapewniać go, że wcale nie zrobił jej przykrości, a on powoli zaczynał jej wierzyć, gdy wychwycił dźwięk skrzypiącego śniegu gdzieś za nimi, ledwo słyszalny przez ich podniesione głosy. Z trudem powstrzymał się, by nie przystanąć i nie spojrzeć za siebie.
— Słyszysz, jak pięknie śnieg dziś skrzypi? — zagadnął nagle suczkę jasnym i pogodnym tonem, posyłając jej jednak ostre, ostrzegawcze spojrzenie. Ta w mig pojęła, o co chodziło i również przybrała maskę:
— Prawda? Nigdy bym nie pomyślała, że dwa psy idące przez zaspy mogą robić tyle hałasu. Zupełnie jakby ktoś jeszcze za nami szedł!
Kroki ucichły. Teraz mieli pewność, że są śledzeni.
— Jak dobrze, że to tylko złudzenie, bo jeszcze bym pomyślał, że to nasi przyjaciele z parku. Na szczęście jesteśmy tu bezpieczni i możemy cieszyć się sobą i piękną pogodą. — rzekł beztrosko i przycisnął swój bok do jej boku w spoufałym geście.
— Co zamierzasz? — zapytała szeptem, gdy zbliżył pysk.
— Nie wychodź z roli, udawaj że świętujesz ze mną brawurowe zwycięstwo nad tymi śmierdzącymi kupami futra — poprosił, a gdy uniosła brwi w zdziwieniu dodał: — Chcę, by teraz to oni uciekali.
Wkrótce psy ruszyły za nimi, starając się najwyraźniej iść tak cicho, jak to tylko możliwe, tym ciężej więc było dwójce wojowników ocenić dystans między nimi a członkami gangu. Po drodze trochę przekomarzali się, trochę śmiali, a trochę spacerowali w milczeniu, niespiesznie, całkowicie zdając się na rozeznanie Płonącego w terenie. Musiał przyznać, że Wodna znakomicie grała jego partnerkę; momentami myliła mu się nawet rzeczywistość z fikcją i wydawało mu się, że tak naprawdę wcale przed nikim nie grają i że wyszli jako młoda para na wspólny spacer przed świtem chcąc podziwiać świat, w którym klany nigdy nie istniały.
Skręcili w lewo, zbliżając się do ponurego budynku schroniska; w oddali można było usłyszeć popiskiwanie psów pozamykanych za kratami. Gdy tylko upewnili się, że są poza zasięgiem wzroku śledzących przyczaili się w pobliskiej kępie krzaków, by móc ich zaskoczyć niespodziewaną konfrontacją.
— Dzień dobry Łato, dzień dobry Cezarze, jak podobał się spacer? — zapytał Płonący Konar, gdy on i Słoneczny Pysk wysunęli się z zarośli, zastępując psom drogę. Dwójka samców spojrzała na niego głupim wzrokiem, lecz prędko przeszła do porządku dziennego.
— To chyba my powinniśmy o to zapytać, bo to była ostatnia przechadzka w waszym życiu — warknął Cezar.
Zarówno Płonący, jak i Słoneczko odruchowo naprężyli mięśnie, ale ta druga zaraz rozluźniła się, gdy przypomniała sobie ustalony po drodze plan.
— Z wami na pewno — powiedział, ale wewnątrz nie czuł się już wcale taki pewny siebie.
— Znowu nam grozisz, leszczu? To uważaj, żeby ci zęby nie wyskoczyły zaraz jak łososie z potoku, bo do końca życia będziesz międlił parówki — wtrącił się Łata.
— Och, to już nie zamierzacie nas zabić?
— Chcieliśmy — burknął Cezar po krótkiej chwili milczenia. — Ale Hektor się nie zgodził. Uznał, że świetnie nadacie się na ostrzeżenie.
— Ostrzeżenie? — wyrwało się wojownikowi.
— Dla innych — wyjaśnił pies. — Pojawiliście się nie wiadomo skąd i panoszycie się tu jakbyście byli panami, a to są nasze tereny! A ty to już jesteś szczególnie nieznośny, złodzieju suk!
Coś zaskrzypiało za nimi; to Słoneczny Pysk nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. Płonący za to lekko się spłoszył i mimo woli położył po sobie uszy, z trudem panując nad własnymi emocjami.
— Nikogo ani niczego wam nie kradnę, poza tym one nie są waszą ani tym bardziej moją własnością — rzekł wolno. — Zresztą, wojownikom nie wolno wiązać się z nikim spoza klanu.
— W nosie mamy te wasze dziwne kodeksy! — krzyknął.
— Przypominam, że jesteśmy przy schronisku — wtrąciła suczka, cofając się wolno. Psy z gangu zdały sobie sprawę z potencjalnego zagrożenia i niechętnie umilkły, nie zamierzały jednak tak szybko odejść.
Płonący Konar podążył za Wodną, z każdym krokiem coraz bardziej niepewny. Zatrzymali się dopiero, gdy wyczuli za sobą ogrodzenie. Kilka psów zaszczekało w oddali, jakby wyczuwając ich obecność.
— Koniec tego dobrego — powiedział Łata, blokując im z Cezarem drogę ucieczki. — Zapłacicie za swoją bezczelność, a potem puścimy was wolno, żebyście mogli pokazać swoim klanom jak wam obiliśmy mordy. Niech wiedzą, że mają się wynosić.
— Nie odpuścimy tak łatwo. Niech tylko wasze łapy u nas postaną, a możliwe że wrócicie bez nich — sarknął Płonący.
— Flumine i Industria będą bronić swojego terytorium do ostatniej kropli krwi! — zawołała Słoneczny Pysk.
— Jak zeszmacimy wam wszystkie suki i zabijemy szczenięta to przypomnicie sobie te słowa i przekonacie się, że nigdy nie mieliście z nami szans!
— Nie tylko suczki można zeszmacić, rybciu. — Płonący uśmiechnął się znacząco, puszczając Łacie oczko i rzucił się do przodu, usilnie starając się nie myśleć nad tym, co właśnie powiedział — natrafił jednak na ziemię, bo przerażony dwuznacznym tekstem pies odskoczył jak oparzony.
— Jak mnie nazwałeś?! — wykrzyknął, chcąc się zrewanżować atakiem za atak, ale jego towarzysz go uprzedził, zbijając wojownika z łap i nie dając mu szansy, by odpowiedzieć. Zacisnął szczęki na rudawym karku, a atakowanego samca odurzył zapach krwi. Z trudem zrzucił z siebie przeciwnika, stając na drżących łapach i wbrew sobie wycofał się w cień, prosząc Gwiezdnych o zachowanie zimnej krwi.
Gdy Łata podbiegł, schylając się, by ugryźć go w łapę, wojownik wziął głęboki wdech i zawył, najgłośniej jak potrafił; do przenikliwego, drażniącego uszy dźwięku dołączyły się psy po drugiej stronie ogrodzenia, skomląc i skacząc na kraty, których nie widział, schowany za wielkim kontenerem.
— Czego wyjesz panienko, nawet cię nie dotknąłem! — zaśmiał się pies, szczerząc zęby w uśmiechu wyrażającym najwyższą pogardę, jednak gdy Płonący wył dalej, przechodząc w coraz wyższe łamiące się tony, potrząsnął zdziwiony głową. — Co w ciebie wstąpiło? — zapytał, na wszelki wypadek cofając się nieco. Jego towarzysz też wyglądał na lekko zaniepokojonego dziwacznym zachowaniem.
Umilkł dopiero, kiedy niedaleko nich rozległ się ludzki krzyk i usłyszeć można było ciężkie kroki dwóch długich łap Dwunożnego.
On i Słoneczko patrzyli, nie wychodząc z cienia, jak Cezar i Łata podkulają ogony i uciekają w panice; satysfakcja była tym większa, że goniący ich człowiek nie mógł wiedzieć, że w pobliżu są jeszcze dwa inne psy, gotowe do schwytania. Odczekali, dopóki hycel nie dopadł do stojącego nieopodal potwora i nie ruszył z piskiem opon.
<Słoneczko? It comes to the end...>
[3035 słów: Płonący Konar otrzymuje 30 Punktów Doświadczenia]

3 stycznia 2021

Od Słonecznego Pyska CD Płonącego Konara

Słoneczko wlepiła ślepia w nowo poznanego psa. Jego nastrój wydawał się zmienić całkowicie. Z rozluźnienia Konara nic już nie pozostało, był czujny, wyprostował się nagle i zastrzygł uszami, a na jego pysku malowało się połączenie zaniepokojenia z kurczowym, intensywnym myśleniem. Suczka nie wiedziała, co się działo. Nie poznała psiego wycia z oddali, założyła więc, że musi to być ktoś z innego klanu, a sądząc po reakcji dopiero co poznanego współokupującego kryjówki pod wierzbą, najpewniej jeden z Ognistych. Nie uśmiechało jej się tłumaczyć z przypadkowego spotkania z samcem z innego klanu, ale w końcu byli na ziemi niczyjej. Martwić mogła jedynie pora, księżyc dawno już świecił na niebie i przebijał się przez chmury zasypujące świat coraz to większą ilością śnieżnych płatków. O takiej porze natknięcie się na psy z różnych klanów same, w ciasnej kryjówce w odosobnieniu… Ale przecież przy takim śniegu to musiał być (i był!) przypadek, nikt nie pomyśli, że mogło być inaczej… Suczka starała się uspokoić myśli i już powoli szykowała na nakrycie przez Ognistych towarzyszy Konara, jednak ani ci nie zjawiali się, ani ten nie wyglądał na spokojniejszego. Zrozumiałym by było, gdyby w pierwszym momencie się lekko przeraził, szybko przemyślał sprawę, znalazł dobrą wymówkę i w końcu uspokoił, jednak pies wydawał się wręcz jeszcze bardziej spięty. A co jeśli to jego partnerka? przeraziła się nagle Słoneczny Pysk.
— Chyba już poszli — odezwał się nagle Płonący Konar. Jednak wbrew temu, co powiedział, nie wyglądało na to, by miał się rozluźnić; dalej stał cały naprężony.
— Poznałeś, kto to był? — spytała suczka po krótkiej ciszy.
Ognisty przytaknął, ale nie rozwinął odpowiedzi od razu. Przysiadł tuż przy ścianie z zamrożonych gałęzi i wydawało się, jakby przez chwilę próbował wywęszyć nieznajomego. Po chwili odwrócił się i przysunął bliżej złocistej suczki, która dotąd nie ruszyła się spod pnia.
— Miałem kiedyś wątpliwą przyjemność spotkać parę okolicznych psów, nienależących do żadnych klanów, ot zwykłej dzikiej zgrai pozbawionych zasad degeneratów — zaczął. — Nie myślałem, że jeszcze kiedyś się na nich natknę, przecież powiedziałem im, co się stanie, jak zaatakują klan...y — dodał prędko.
— Więc martwisz się, że mogą nie być zadowoleni z kolejnego spotkania?...
— Kolejne spotkanie już miało miejsce i hm… Jestem wręcz pewien, że następne nie będą równie miłe. — Płonący uśmiechnął się szelmowsko, ale Słoneczko zauważyła szybkie spojrzenie w stronę, z której dobiegało wycie. — Była podobna pora, szedłem na umówione spotkanie, ale zamiast mojej towarzyszki zastałem tę bandę. Tym razem było ich więcej i z początku tylko kazali mi stąd iść. Stwierdzili, że to ich park, rozumiesz? Ale szybko okazało się, że Wilku, Stek i Bury mnie zapamiętali. Doszło do małej awantury i skończyło się licznymi groźbami z obu stron. Uszedłem nieomal bez szwanku, ale sama rozumiesz, dla takich typów nie istnieje honorowa walka.
— Skoro mieli znaczną przewagę, to dobrze, że nic ci się nie stało. — Głos Słoneczka lekko zadrżał. Nagle zaczęła cieszyć się, że to właśnie Ognisty przerwał jej spokój pod drzewem. — Mówiłeś już komuś o tej bandzie?
— Coś tam wspomniałem… — Konar nie dokończył, bo z oddali dobiegło kolejne wycie. Tym razem jednak bliżej i zdecydowanie nie był to jeden głos. Oba psy zamilkły i nadstawiły uszu, starając się wychwycić, czy potencjalni napastnicy nie zbliżali się w ich kierunku. Nie było to łatwe, gdyż śnieżyca rozszalała się na dobre, a mroźny wicher wydawał się wyć równie głośno, co obce psy.
Czas jakby zwolnił i rozciągał każdą chwilę nasłuchiwania, jak tylko się dało. Żadne z ukrytych pod kopułą lodu i gałęzi pasiaków nie ruszało się, nie wydawało dźwięków. Mimo hałaśliwej natury za ścianą ich, póki co bezpiecznego schronienia każdy szelest czy trzask mógł się przecież okazać tym niewłaściwym i sprowadzić na wojowników nieszczęście. W końcu usłyszeli kolejny głos, coś jakby szybko przerwany skowyt; nie wróżyło to nic dobrego.
Słoneczny Pysk spojrzała na swojego towarzysza; jego oczy były zupełnie czarne, ale może winne temu było słabe światło, wsączające się nieśmiało przez szpary między gałęziami. Dotąd nie przyjrzała mu się dokładniej, ale musiała przyznać, że robił wrażenie swoim wyglądem. Siedział cały naprężony, a jego puszyste futro miejscami pobłyskiwało przez kropelki, będące jeszcze niedawno płatkami śniegu. Jeszcze nigdy nie widziała podobnego mu psa, ale trzeba było przyznać, że miał swój urok. Nawet jego zapach, charakterystycznie ciężki i momentami duszący, wydawał się mile drażnić nozdrza. Słoneczko jednak szybko wyrzuciła te rozmyślenia z głowy. Ani nie było na nie właściwej pory, ani one same nie były właściwe. Kiedy odwróciła pysk, poczuła jego spojrzenie na ciele; starała się z całej siły nie odpowiedzieć na nie, nie chciała zdradzić mu, że się boi. Nie był to co prawda wielki strach, ale możliwość stoczenia walki ze zgrają prymitywów u boku dopiero co poznanego psa z obcego klanu nie należała do najprzyjemniejszych perspektyw. A to miała być taka spokojna, cudowna, samotna noc… westchnęła. Zauważyła, że Konar przekręcił lekko pysk. Wzdychanie w takim momencie faktycznie mogło wydawać się dziwne, suczka więc umilkła zupełnie. I tak siedzieli wyprostowani i czujni, wpatrując się intensywnie w gałęzie. Aż w pewnym momencie bardzo blisko rozległy się odgłosy ciężkich łap stawianych na śniegu.
Słoneczny Pysk wstrzymała oddech, Płonący Konar przymrużył oczy. Dwa psy, śmierdzące odpadami Dwunogów i zepsutymi rybami zbliżały się do ich kryjówki.
— Mówię ci, jak Hektor dalej będzie się tak rządził, poharatam mu ten jego długi pysk…
Usłyszeli gruby głos ewidentnie wściekłego psa, jednak szybko ucichł i na moment kroki ucichły. Wywęszyli nas! pomyślała ze zdenerwowaniem suczka. Silna łapa wynurzyła się nagle z gałęzi, za nią powędrowały łeb i umięśniona szyja, aż w końcu przed wojownikami stanął ponury, czarny nieznajomy. Nie minęła chwila, a pojawił się jego towarzysz, wyższy i węższy, cały biały w ciemne łaty.
— No popatrz, popatrz Łata, co my tutaj mamy — odezwał się niższy, z paskudnym uśmiechem. Przypominał Burzowe Gardło, z paroma różnicami; miał wiele blizn, krwawiło mu ucho i suczka zdecydowanie nie cieszyła się na jego widok.
— Chyba mamy tu dwie sieroty, którymi wypadałoby się zająć — odpowiedział Łata i uśmiechnął głupkowato.
— Racja, jedna nawet krwawi — odparował szybko Płonący Konar. Jego ton był tak lekceważący, że Słoneczko aż oderwała w końcu spojrzenie od obcych i skierowała je na niego.
Obce psy z początku tępo wpatrywały się w Ognistego, zupełnie jakby nie dotarło do nich, że im odpyskował. Kiedy jednak już dotarło, warknęli zgodnie i nastroszyli sierść wzdłuż grzbietu.
— No, no, no, kolega ma ochotę się stawiać. — Wyszczerzył kły czarny. — Ciekawe jak się będziesz stawiać, jak ci przetrącę łeb!
— Cezar, poznajesz go? — wtrącił nagle drugi. — To ten frajer, co mu Grubas pysk obił ostatnio! Ha ha ha, wróciłeś się z nami zabawić?
— I przyprowadził swoją sukę hy hy hy — Cezar ponownie wyszczerzył kły, tym razem jednak w obleśnym uśmiechu. — Chcesz nam pomóc ci się nią zająć? Może on nie wie jak, Łata! — Zaśmiali się obaj, jednak wciąż było czuć, że nie są do końca rozluźnieni. Było ich po równo, gdyby doszło do walki, jej wynik nie byłby przesądzony.
— Sądząc po twoim żałosnym stanie, ty nie wiesz jak powiedzieć Hektorowi, żebyś nie był jego workiem treningowym — znów odbił piłeczkę Konar. — Ale pewnie lubisz być jego szczeniakiem do bicia, co? — wyszczerzył kły w bezczelnym uśmiechu.
Cezar warknął głośniej, gardłowo i zamachnął się łapą na wojownika. Ten jednak był szybszy; odchylił się niby od niechcenia i wstał, napinając mięśnie. Był gotowy do walki choćby w tej chwili. Kiedy jednak odbywała się ta próba starcia sił, Łata skorzystał z okazji i przysunął się do Słonecznego Pyska. Górował nad nią, a jego mina nie zdradzała niczego dobrego. Gdy tylko jego towarzysz odskoczył od Konara i dojrzał kątem oka ich dwoje, również zbliżył się do Słoneczka. Czarne, puste oczy błysnęły, gdy zbliżył swój pysk do futra suczki. Ta najeżyła się i zastygła, jakby tracąc na chwilę kontakt z rzeczywistością.
— Jak ty ładnie pachniesz maleńka — powiedział Cezar, kiedy oderwał pysk od jej futra i przystawił tuż obok jej pyszczka.
Za nimi Płonący próbował dostać się do suczki; warknął przeciągle, ale Łata zastawiał mu drogę.
— Słoneczko! — krzyknął w stronę suczki. Słysząc swoje imię, ocknęła się nagle, zjeżyła jeszcze bardziej i kłapnęła kłami tuż przed nosem Cezara. Ten odsunął się, zaskoczony. Suczka przybrała pozycję bojową, a Konar wykorzystał okazję i jednym susem przedostał się do niej. Stali teraz łapa w łapę, przyjmując identyczne pozycje. Słonko nie myślała wiele, była przygotowana na walkę. Tylko gdzieś z tyłu głowy majaczyła myśl, że przecież wyjących psów słyszeli dużo więcej.
— A więc to twoje słoneczko, a to dobre. — Cezar wrócił do swojego kpiącego tonu. Dało się jednak silnie wyczuć, że nie było mu już tak do śmiechu jak wcześniej.
— Co byś powiedział na to, że pożyczymy sobie twoje słoneczko — dodał Łata. — Pójdzie sobie na naszą hawirę, a potem wróci do ciebie w całości.
— Może — dokończył Cezar i uśmiechnął się lubieżnie.
Tym razem Ognisty nie miał czasu na odpowiedź. Łata podskoczył do niego i przytrzymał za futro na karku, a Cezar doskoczył do Słoneczka. Jego pysk znalazł się niebezpiecznie blisko gardła suczki, przełamując jej pozycję obronną. Chciała się wycofać, ale trafiła na pień wierzby. Dobrze znane suczce schronienie okazało się pułapką. Usłyszała śmiech czarnego psa, a jego łeb w ułamku chwili znalazł się przy jej pysku. Śmierdziało mu z paszczy i Słoneczko poczuła, że robi jej się niedobrze. Wykręciła łeb i wychwyciła, jak Konar wydostaje się z uścisku napastnika. Nie powinna jednak nie niego patrzeć; ten moment nieuwagi został wykorzystany przez Cezara. Przewrócił ją swoją wielką, ciężką łapą i przystawił łeb do jej szyi. Łapami przekroczył jej ciało okrakiem, a gdy ta zamarła, z jego gardła dobiegł paskudny rechot. Jednak teraz suczka nie wyłączyła się na długo. Kiedy zobaczyła, że jej przypuszczenia się sprawdziły i obcy samiec znowu zbliżył swój pysk do jej pyska, poderwała szyję i zacisnęła kły na jego gardle. Ruch był na tyle szybki, że Cezar nie zdołał umknąć szczękom suczki. Odepchnęła go łapami, cały czas nie puszczając i zdołała wyprostować. W tym jednak momencie Łata i Konar przewalili się obok nich, szamocząc się. Ponownie Słoneczko rozproszył ten krótki moment, a trzymany przeciwnik wydostał się z morderczego zacisku jej szczęk. Przez chwilę starał się zaciekle łapać powietrze, a gdy przestał, jego oczy skierowały się na Słoneczko. Wcześniej puste, teraz z zimną furią. Rzucił się na nią od razu, bez żadnego rozbiegu czy zamachu. Przygwoździł do twardej ziemi i ugryzł w ucho. Zaczął ciągnąć za nie suczkę, aż jej łeb nie mógł się już wyżej podnieść. Słoneczko poczuła strużkę ciepłej krwi, która zaczęła spływać na jej łebek; po chwili dołączyła do niej druga. Zamachnęła się łapą, ale bezskutecznie. Cezar napierał na nią bardziej, aż w końcu, gdy był pewien, że ni wydostanie się spod jego cielska, puścił jej ucho i zbliżył zakrwawione kły do łba, tak, by mogła je podziwiać. Ohydny oddech znów dotarł do jej nosa, kiedy ponownie odezwał się do niej:
— Będziesz błagać, żebym był tak miły, jak wcześniej, pieprzona suko — wycedził zza kłów. — A nie, przepraszam. Pieprzone słoneczko.
Na jego pysku znów zagościł uśmiech, choć teraz przypominał bardziej grymas. Słoneczko próbowała wyrwać się spod jego cielska, jednak na próżno. Zamachnął się łapą i zadrapał jej nos. Pociągnęła nim, na co ten tylko pogłębił grymas. Kiedy miał wykonać kolejny zamach, suczka skorzystała z okazji i przekręciła się na bok. Ten natychmiast podążył za nią i już miał znowu zacisnąć kły na jej długim uchu, gdy nagle sam stęknął i się potknął. Słoneczny Pysk umknęła jak najdalej od niego, a gdy się obejrzała, dostrzegła, że stanął na błyszczącym kamieniu, jej wcześniejszej zdobyczy. Cezar jednak szybko się otrząsnął i ponownie skierował w jej stronę. Rozległo się wycie, przypominające nawoływanie. Suczka miała w głowie tylko jedno — wydostać się stąd jak najszybciej razem z Konarem i umknąć reszcie tych popaprańców. Jeśli nas znajdą, to po nas! huczało jej w głowie. Zerknęła szybko w stronę Ognistego; radził sobie dobrze, wyglądało na to, że górował nad Łatą. Kiedy czarny ruszył na nią, była przygotowana. Odskoczyła w bok, prosto na Konara, ściągając go z przeciwnika. Ten warknął na nią, ale szybko się opamiętał i zrozumiał. Jeśli mieli uciec, muszą to zrobić razem. Dwaj psi barbarzyńcy skierowali się na wojowników, którzy byli tuż przy ścianie z gałęzi. Nie było czasu na porozumiewawcze spojrzenia czy planowanie. Cezar i Łata rzucili się w stronę każdego; Konar doskoczył do wysokiego psa, ale Słoneczny Pysk umknęła w bok. Trafiła na gałęzie i przebiła się przez nie na zawieje. Kiedy Cezar wynurzył się spod nich, dosłownie w tym samym momencie co ona, oberwał śnieżną zaspą, która zwaliła się z górnych warstw drzewa. Oszołomiona suczka ruszyła w stronę — jak się jej wydawało — przeciwnej do wycia. Miała nadzieję, że Konar również wybiegł. I nie pomyliła się. Usłyszała susy łap gdzieś obok siebie; mignęło jej też rudawe futro. Głosy wrogich psów, także tych, z którymi nie stoczyli walki, nasilały się, biegli więc co tchu. Słoneczko bywała tu często, po starym dębie, który zamajaczył na horyzoncie, poznała więc, że są blisko dziury w twardym ogrodzeniu parku. Skierowała łapy w tamtą stronę i szczeknęła półgłosem do Ognistego, by zrobił to samo. Nie miała pewności, czy ją usłyszał przy tej zawiei, ale przynajmniej nie mieli na to szansy ci zbóje, którzy ich gonili.
Dziura w ogrodzeniu zamajaczyła jej przed oczami tylko na moment, przeskoczyła przez nią bez ani chwili zastanowienia czy dobrze wcelowała. Na jej szczęście tak. Biegli po twardej ścieżce Dwunogów, gdy Konar krzyknął, by odbili na wschód. Niewiele się nad tym zastanawiając, Słoneczko skręciła i tak dotarli w okolice domów Dwunożnych. Było ich wiele, poustawiane jeden obok drugiego. Płonący zrównał krok z suczką, ich łapy przebijały się przez szalejący śnieg obok siebie, łapa w łapę. Wojownik trącił lekko Słonko, by zboczyła w jakiś zaułek i zaczął prowadzić. Dała się kierować wśród nieznanych zupełnie twardych, kamiennych domów i stojących cicho potworów. W końcu dotarli do dziwnej dziury w kamiennym podłożu obok jednej z siedzib Dwunogów. Konar wskoczył tam szybko, a chwilę później dołączyła do niego Słoneczko. W środku było cicho, ciemno i sucho, pachniało grzybami i Dwunożnymi.
— Chyba nas tu nie znajdą — zaczął cicho, gdy odsapnęli chwilę. — Biegliśmy długo, kluczyliśmy, a w tej wichurze nie trafią na nasz trop.
Słoneczko potaknęła łbem, ale nie odezwała się. Cały czas stała roztrzęsiona; nie była w stanie nawet usiąść. 
<Płonący Konarze? Rozgrzej Słoneczko trochę…> 
[2309 słów: Słoneczny Pysk otrzymuje 23 Punkty Doświadczenia]

18 grudnia 2020

Od Płonącego Konara CD Słonecznego Pyska

Wierzbowe witki dotykały go, łaskocząc w plecy, gdy ostrożnie zbliżał się w kierunku nieznajomej postaci. Zapach, przytłumiony padającym śniegiem, oraz brzmienie głosu wskazywały na to, że ma do czynienia z suczką — nie był jednak w stanie określić niczego ponadto i dlatego też czuł narastające mrowienie w łapach. Czy panna zza wierzby okaże się wrogiem, a może przyjacielem?
Przeszedł w końcu pod licznymi, ogołoconymi gałęziami i zauważył psinę grzebiącą zawzięcie w ziemi. Mimo że to ona pierwsza odważyła się wcześniej odezwać, teraz Płonący Konar miał wrażenie, jakby mu się to tylko przyśniło — nawet na niego nie spojrzała, mimo że stanął kilka kroków przed nią. Dopiero gdy podszedł i pochylił się nad nią, szybko podniosła głowę i — zupełnie przez przypadek — podbiła mu brodę. Aż zasyczał, gdy kły zgrzytnęły o siebie niespodziewanie, a jeden z zębów pokaleczył mu język.
— Auć! — Nieznajoma spojrzała na niego z krótkim przebłyskiem wyrzutu w oczach, zaraz jednak pysk jej zmartwiał, a ciemnobrązowe oczy zaiskrzyły współczuciem. — Przepraszam! Nie chciałam cię uderzyć, zaskoczyłam się po prostu i...
— Nie szkodzi — uciął gładko, chociaż nadal przeszywały go dreszcze spowodowane poranionym językiem. — Zdaje się, że miałaś ciekawsze rzeczy do roboty niż patrzyć się na gałęzie — spróbował zmienić temat, widząc po suczce, że szykuje się kolejna fala przeprosin.
— Ach, tak, chyba coś znalazłam, ale nie zdążyłam tego odkopać. — Na nowo posmutniała. — Naprawdę, tak mi przykro.
— Zapomnijmy po prostu o całej tej sprawie, zgoda? — poprosił. — Mam ci pomóc odkopać twój skarb?
— Byłabym wdzięczna. Ziemia już całkiem zamarzła i ciężko w niej grzebać.
Zabrali się więc do pracy, z trudem rozdrapując twardy grunt. Myśli Płonącego skupiły się wokół zapachu nowej towarzyszki — był lekki i świeży jak śnieg, i delikatnie rybny — tak charakterystyczny dla psów z Flumine. I chociaż jego spojrzenie skupione było na wydobywanym przedmiocie, to przed oczami przewijali mu się wszyscy Wodni, jakich kojarzył ze zgromadzeń lub, ekhem, innych wydarzeń.
Jej jednak nie pamiętał.
— Jaki śliczny! — zachwyciła się suczka, gdy w końcu wydobyli błyszczący kamień. Mimo że był brudny od ziemi, w przezroczystej powierzchni odbijały się fragmenty ich pysków. — Dziękuję za pomoc... — zawahała się i urwała w pół zdania, przez chwilę jakby ważąc następne słowa. — Jestem Słoneczny Pysk. A ty?
— Płonący Konar. Wojownik Industrii — przedstawił się, a gdy Słoneczny Pysk ze zrozumieniem pokiwała głową, wiedział już, że się nie pomylił. — Jesteś z Flumine, prawda?
— Zgadza się.
— Co więc robisz tutaj, w ten piękny wieczór, z dala od członków swojego klanu? — zapytał szelmowsko i puścił jej oczko.
Suczka wyraźnie się zakłopotała; uszy poruszyły się nerwowo, a pokrywające je loki błysnęły złotem.
— A co ty tutaj robisz? — zapytała pospiesznie.
— Ja? A bo widzisz, przyszedłem porozmyślać, a że złapał mnie śnieg, to uznałem, że lepiej się gdzieś schować niż wracać do obozu. — Uśmiechnął się. — Chyba że mam iść sobie poszukać innej kryjówki? Niektórzy mogliby sobie pomyśleć nie wiadomo co, widząc dwa psy z innego klanu, które nie chcą sobie wzajemnie wydrapać oczu na sam tylko swój widok.
— Nie, skądże...! — Nie było jej dane dokończyć, bo w oddali przedziwne wycie zagłuszyło wszelkie inne odgłosy. Płonący i Słoneczna spojrzeli po sobie; pysk psa ściągnęło przerażenie.
<Słoneczny Pysku? Let's dive into the action >:D!>
[505 słów: Płonący Konar otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

6 grudnia 2020

Od Słonecznego Pyska

Choć dzień był wyjątkowo ponury, a pora nagich drzew nie cieszyła się dobrą sławą wśród psów, Słoneczny Pysk maszerowała radośnie po zaśnieżonej ziemi. Patrol dobiegał końca, a po nim mogła zaszyć się gdzieś sama na chwilę. Normalnie próbowałaby znaleźć sobie jakieś zajęcie, pomogła w sprzątaniu legowisk czy upolowała coś dla klanu. Dzisiaj jednak był inny dzień. Jeden z tych, w których trzeba się usunąć i znaleźć chwilę ciszy.
Nad światem panował już mrok gdy odeszła od jedzenia. Nie potrzeba jej było dziś dużo, zadowoliła się paroma chapnięciami. Przez myśli Słonecznego Pyszczka przebiegały różne kryjówki, z których mogłaby dziś skorzystać. Problem jednak stanowił fakt, iż większość wybiegała poza tereny klanu. Nie, żeby bała się oddalać od domu, ale nocne, samotne eskapady zbyt często kończyły się nieciekawie dla psów, by nie zastanowić się nad tym choć przez chwilę. Przemyślała więc sprawę trzy razy i zdecydowała, że uda się do parku. Ruszyła więc raźnym krokiem, pomerdując ogonem i zagłębiając w myślach.
Świat wyglądał porażająco pięknie i przerażająco. Kamienne drogi były mokre i brudne, ale można było korzystać z miękkich i ośnieżonych. Biały puch prószył niespiesznie z czarnego nieba, a światła miasta migały wraz z nim w powietrzu. Pora nagich drzew w świecie Dwunożnych wyglądała zupełnie inaczej niż w lesie. Nawet park, choć stanowiący namiastkę dawnego domu, nie przypominał go teraz. Biała ściółka była poszatkowana przez masę śladów, przez piaszczyste i kamienne drogi, przez ślady Potworów. Jednak to właśnie tu było też spokojniej, a o tej porze rzadko można było natknąć się na Dwunożnego.
Słoneczko zatrzymała się pod wielką wierzbą. Jej gałęzie otoczyły suczkę zapachem i wspomnieniami. Kiedyś jeszcze wrócimy do lasu i wszystko będzie jak dawniej. Suczka próbowała dodać sobie otuchy. Zaczęła wspominać dom, swoje życie jako szczeniaka, mamę. To była dobra suczka. Niestety z myśli Słonecznego Pyska nie wynikało, by samą siebie za taką uważała. Mimo iż matka od zawsze była wzorem dla psinki, to czuła, że jej nie przypomina i bardzo zawodzi. Ucieka od innych i chowa pod jakimś drzewem, zamiast rozmawiać ze starszymi z klanu czy w ogóle robić coś pożytecznego. Nie tak powinna postępować, ale jednak nie miała siły na inne zachowanie. Nie dzisiaj. Nie przy tym księżycu. I nie przy gwiazdach. Słoneczny Pysk przyglądała się niebu przez zachodzące na siebie gałązki. Nie wyglądało tak, jak w domu, choć dalej było piękne. Z jakiejś przyczyny Dwunożni popsuli niebo, ale to nic, przynajmniej dalej tu jest. Dzisiejszego wieczoru przybrało wyjątkowo ciemną barwę i poprzeszywane było ponurymi chmurami, z których śnieg zaczynał coraz mocniej padać. Na szczęście pod gałęziami było względnie sucho i bezpiecznie. Jeśli rozpęta się śnieżyca, po prostu przeczeka ją tu i wróci. A może to nawet lepiej gdyby się rozpętała? Spędziłaby tu noc i wróciła ze świtem, zupełnie jak słońce. Kolejny dzień przyniesie jej nową energię, na pewno. Któryś zawsze w końcu przynosi.
Dźwięki z parku dochodziły jakby przytłumione, gdyż otoczona była szeleszczącą z wolna kopułą, ale jednak docierały do suczki. Słyszała, jak para Dwunożnych przeszła obok jej kryjówki, wydając wyjątkowo głośne dźwięki, a chwilę potem szybko przebiegł trzeci. Może ich gonił, z nimi nic nigdy nie wiadomo. Wydawało się, że czas zwolnił, by Słoneczku pobyć samej ze sobą. Każdy szelest i każdy podmuch wiatru, który do niej docierał, wydawały się bardzo odległe. A może po prostu nie zauważała większości, zanurzona w myślach. Jej uwadze nie umknął jednak powolny krok, który, jak się wydawało, skierowany był w stronę jej kryjówki. Delikatne skrzypienie śniegu stawało się coraz głośniejsze, aż w końcu ogon suczki jak zwykle zareagował przed nią i zaczął energicznie pacać o twarde podłoże. Zbliżał się jakiś pies, w dodatku taki, którego zapach był Słonecznemu Pyskowi nieznany. Mimo że lekko się zmartwiła, to od razu nastawiła przyjacielsko i czekała, aż nieznajomy zajrzy do jej kryjówki. Przez chwilę poczuła frustrację, że tego jednego wyjątkowego dnia nie udaje się jej być samej, ale zaraz się opamiętała i skarciła za to szybko. Śnieg padał już naprawdę mocno, ktoś może szukał po prostu kryjówki, a ona pomyślała tylko o sobie.
Kiedy już myślała, że obcy pies do niej dołączy, ten ewidentnie zorientował się, że miejsce, do którego się kierował, nie jest opuszczone. Kroki ucichły tuż przed plątaniną gałęzi, przez które można było zauważyć jasne, rudawe przebłyski futra. Słoneczko postanowiła nieco ośmielić niespodziewanego gościa, przyjmując powitalną postawę.
— Witaj! — zawołała z możliwie wyważonym entuzjazmem. Czekając na odpowiedź, zauważyła, że w ziemi znajdowało się coś błyszczącego. Po pacnięciu łapą okazało się to bardzo przypominać kamień, więc zupełnie nie myśląc suczka, zaczęła starać się wydobyć to z zimnego podłoża. Wtedy właśnie gałęzie zaszeleściły, a przed nią stanął obcy.
<Nieistniejący jeszcze Płonący Konarze?>
[752 słowa: Słoneczny Pysk otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]