Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jasna Gwiazda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jasna Gwiazda. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2022

Od Jasnej Gwiazdy CD Płomiennego Krzewu

Jedyną straszną rzeczą w tym wszystkim, był czas.
Tenebrisowi udało się trzymać z dala od wszelkich konfliktów, egzystując sobie spokojnie na skraju miasta. Klan się rozwijał, mieli tyle szczeniąt, że ledwo mieściły się w żłobku. Nawet jego zastępca doczekał się własnych.
Udało im się uniknąć większych strat, nawet gdy hycle postanowili porozstawiać wszędzie swoje pułapki. Tylko Biała Tęcza opuściła ich dom. Nie znaleźli ciała, ale Jasna Gwiazda domyślał się, gdzie mogło być. Żałował, że nie porozmawiał z nią więcej, ale samica zdawała się tego nie potrzebować. Jego brat, Wilczy Wicher, nie pojawił się na ostatnim spotkaniu. Jasny nauczył się tym nie przejmować. Sam już parę razy opuścił spotkania. Co innego go martwiło.
— Ruchy Płomyk, ruchy!
— Poczekaj — warknął samiec, chociaż już od wielu księżyców brakowało w tym agresji. Jasny sam dotarł na wzgórze. Przebywanie tu poza zgromadzeniem nie było do końca dozwolone, ale uznał, że to najmniejsze z przewinień, jakie uczynił przeciw Gwiezdnym.
Klan przestał już się dziwić, widząc swojego lidera, leżącego pod łapą najstraszniejszego z wojowników, przykrytego jego ogonem. Lider mógł być głupi i zakochany, ale kogo to obchodziło, póki rządził sprawiedliwie i był szczęśliwy.
A był. Był aż nadto, bo widząc merdający ogon Płomiennego, zapominał o wszystkich swoich kłamstwach i myślał tylko o tym, że dokonał niemożliwego.
— Czemu mnie tu ciągnąłeś? — zapytał Płomienny, docierając w końcu na szczyt. Jego kości nie były już tak silne. Stawy strzelały. Jasny nie był głupi. Wiedział, że drugi samiec nie był już młody. Jego czas nadchodzi, a Jasny robił wszystko, by odsunąć ten moment.
— Zobacz!
Miasto nigdy nie zostało w pełni jego domem, ale nauczył się doceniać jego piękno. Zwłaszcza w takich chwilach, gdy ciepłe promienie wschodzącego słońca oświetlały jego budynki.
Usłyszał westchnienie za sobą i po chwili ciężki łeb oparł się o jego głowę. 
— No ładnie — odpowiedział, a Jasny zamachnął się ogonem. Wiedział, że to najlepszy komplement, jaki mógł dostać.
Siedzieli w ciszy, gdy słońce leniwie wznosiło się do góry. Powoli budziło się życie, dwunodzy zaczynali wstawać i wychodzić ze swoich jam. Potwory dyszały głośno, z budynków zaczynał wydobywać się warkot. Powinni niedługo wracać.
Płomienny skrzywił się, podnosząc zad z ziemi. Jasny spojrzał na to zaniepokojony.
— Hej Płomyk — zwolnił, by szli w tym samym tempie. — Ty wiesz, że ja ci zawsze pomogę, nie? Jeśli coś będzie nie tak, tylko powiedz.
— Jak mógłbyś mi pomóc?
Jasny pomyślał o niewinnym pysku, który patrzył na niego przed egzekucją. Myślał o kłamstwie, wypowiedzianym w pysk własnego syna.
Chyba milczał za długo, bo Płomienny zbliżył się i trącił go barkiem. Wymamrotał niezrozumiałe słowa, które zapewne miały służyć za odpowiednik przepraszam. Jasny uśmiechnął się.
— Chodź ukochany. Upoluje ci śniadanie.

<Płomienny Krzewie?>
[430 słów: Jasna Gwiazda otrzymuje 4 PD]

11 grudnia 2021

Od Jasnej Gwiazdy CD Płomiennego Krzewu

Historia lubi się powtarzać, a psy lubią próbować zjeść Jasnego. Najwyraźniej taka była kolej rzeczy. Miał przynajmniej swojego starego, dobrego obrońcę przy sobie. Nie było powodu, by zgrywać bohatera. Zwłaszcza teraz nie mógł sobie na to pozwolić, gdy cały klan na niego liczył.
Nienawidził uciekać, ale nauczył się już, że Płomienny nie umie walczyć zespołowo. Wypadł z ulicy i rozejrzał się. Słyszał, jak psy na siebie warczą. Kolejny wróg Płomyka? Ilu on ich zdobył!?
Wreszcie nadarzyła się okazja. Dwunóg, o nieprzyjemnie wyglądającej twarzy szedł wraz ze szczeniakiem. Jasny przeprosił ich w duchu, a następnie wyskoczył z głośnym jazgotem. Zadziałało. Dwunogom się to nie spodobało.
Mały zaczął płakać, drugi krzyczeć. Udało mu się zagonić ich aż do alejki. Tam biały pies miał na tyle rozsądku, by zwiać, wiedząc niezadowolonego dwunoga. Przynajmniej na razie.
— Płomyk, czas wiać.
Tym razem, niechętnie, bo niechętnie, ale posłuchał. Dwunóg nie skusił się na pościg, ale siarczyście klął za nimi. Jasny nie zapytał się o białego psa. Zdecydował, że woli nie wiedzieć.
Incydent z białym psem wciąż siedział z tyłu jego głowy. Jednak miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż przygody w mieście. Klan dał radę przeżyć ciężką zimę, nieprzyjemną wiosnę i niezbyt dobrze zapowiadające się lato. Jednym pozytywem była ceremonia wojownika Iskierki. Stał dumnie przed swoją córką i nadawał jej nowe imię, z Płomiennym po swojej lewej stronie. A mówili mu, że danie go na mentora będzie złym pomysłem. Nie znali się. Nie mieli zaufania.
Była też druga rzecz, o której nie wiedział co myśleć. Solna miała dzieci. Oczywiście pogratulował jej i uśmiechnął się, ale we łbie kołatały mu się różne myśli. Zabił jej kuzynkę. Zabił z zimną krwią, by ochronić sprawcę. A teraz ma uśmiechać się do jej dzieci? Zgadzać się, na bycie mentorem? Ale jak mógł odmawiać?
— Płomyk! Patrz co znalazłem — z czasem jeszcze bardziej polubił przebywanie z samcem. On nie traktował go inaczej. Nie mówił „Tak Jasna Gwiazdo” i „Nie Jasna Gwiazdo”. Syczał, warczał, ale mu nie pokazywał zębów.
— Hm? — Samiec podniósł łeb.
— Udało mi się wyrwać świeży kawałek mięsa? Prosto z dziobów wron. Łap! — Rzucił mu go pod nos. Ludzie potrafili przygotowywać mięso tak, że smakowało lepiej. Znalezienie takiego bez pleśni graniczyło z cudem.
Jasny przysiadł obok i patrzył, jak towarzysz obwąchuje zdobycz.
— Dlaczego taki jesteś? — prychnął. I to nie brzmiało jak prawdziwe pytanie, ale on i tak zaczął się nad tym zastanawiać. Potrzebował chwili, nim doszła do niego realizacja. Nie było żadnego piorunu z nieba, czy nagłego oświecenia. To było proste. Jasne. Chyba powinien domyślić się wcześniej.
— Bo cię kocham.
Patrzył na niego z lekkim uśmiechem na pysku. Nie oczekując nic w zamian, bo przecież nie o to mu chodziło. Chyba czuł się tak od dawna, bo nie potrafił przypomnieć sobie momentu, gdy jego uczucia były inne. Ale Jasna Gwiazda był już niemłodym samcem, który wiedział co nieco o życiu. Nie liczył na wielki romans, na wyznania czy nawet chwile zapomnienia. Nauczył się nie pragnąć, by się nie zawieść.
— Nie, źle — pokręcił łbem. — Kochać można jeszcze dzieci i braci, ja jestem po prostu w tobie zakochany.

<Płomienny Krzewie?>
[517 słów: Jasna Gwiazda otrzymuje 5PD]

3 października 2021

Od Jasnej Gwiazdy — sprawozdanie z Ostrych Mrozów

Zima przyszła nagle i nie byli przygotowani. Jasny przeżył już ich kilka i myślał, że wiedział, co robić. Los postanowił go jednak przed wyzwaniem. Jak przeprowadzić klan przez mrozy, by nie było żadnych strat?
Zaczęło się od poranka, gdy obudził się, a oddech był widoczny przed jego oczami. To zły znak. W legowisku bywało chłodno, ale nie zimno. To podstawowa zasada. Nie musiało być bardzo przytulnie, ale na tyle przyjemnie, by psy chciały tu wracać. Teraz jednak temperatury spadły za bardzo i mróz przechodził przez ściany. Wtedy już wiedział, że trzeba szykować się na ciężką zimę.
Zaczął od podziału ról. Nadal dziwnie czuł się, wydając polecenia, zamiast je wykonując, jednak szybko się uczył. Musiał mieć odpowiednią mieszankę bycia uprzejmym i władczym, by wszyscy robili to, co każe.
Zapewne czekały ich problemy z żywnością, ale to nie był jeszcze priorytet. Na razie musieli odpowiednio przygotować dom. Wysłał swoich najbardziej doświadczonych i sprawnych wojowników do miasta. Wrócili do niego z kocami i szmatami, które ukradli ze straganów i śmietników. Zniesiono je wszystkie do jednego z pomieszczeń w ruinach. Tak jak zwykle, psy miały dowolność w wyborze miejsca do spania. Nie planował nikogo zmuszać do leżenia z innymi, jednak nie mogli ocieplić całego budynku.
Innym polecił odkopanie wejść ze śniegu. Nie było to może aż tak istotne, ale wolał, by drogi ucieczki były zawsze wolne. Co prawda ich konflikt z Bezgwiezdnymi został zażegnany, ale nigdy nic nie wiadomo. Zwłaszcza teraz, gdy podobno Quintus znów się odezwał. Najwyraźniej odebranie im lasu to za mało.
Zapewnienie odpowiedniego miejsca do spania to nie było jednak wszystko. Wysłał Cytrynka, wraz z Turkuciowym, Fiołkiem i Jaszczurczym, by przejrzeli się ścianom. Wojownicy wrócili do niego z informacjami, jakie miejsca mają w sobie szpary i przerwy. Nie potrzebował, by zamarznięta woda rozerwała kamień. Kiedyś myślał, że to tylko plotki, ale potem sam widział, ile potrafi dokonać lód. Zasklepiono dziury tymczasowo, ale musiało to wystarczyć.
Psy, które rano wychodziły na patrole, dostały krótsze zmiany, ale również dodatkową pracę. Musiały ogrzać śnieg, by ten na nowo stał się wodą. Ona spływała dalej, do zawalonych piwnic, skąd potem można było ją pić. Jeszcze nie było źle. Póki mieli co pić, nie było źle.
Patrzył w przyszłość niemal optymistycznie.

[365 słów: Jasny otrzymuje 3 + 5 Punktów Doświadczenia]

30 września 2021

Od Jasnej Gwiazdy — drabble ,,Do grobu"

Usłyszał dźwięk łamanych kości, jeszcze zanim ból do niego dotarł. Nie chciał krzyczeć, ale wrzask wydarł się z jego gardła, gdy pies ponowił pytanie. Nawet gdyby znał odpowiedź, nie byłby w stanie mu jej udzielić. Jedyne co wydostało się z jego pyska to niewypowiedziana kakofonia cierpienia. 
Zrobił to jeszcze raz. Bo mógł? Bo chciał? Ból spotęgował, gdy kolejna kość pękła. Jasny zapłakał. 
Rzeka dała mu nadzieje. Pies pochylił się. Jasne Serce skoczył. Zatrzymał jego łeb pod wodą, nie pozwalając złapać tchu. 
 Wiedział, że może tu umrzeć. Nie miał jednak zamiaru odejść, nie zabierając chociaż jeszcze jednego z nich ze sobą.

[5PD]

Od Jasnej Gwiazdy — drabble ,,Nauka na błędach"

— Błagam — powiedział, ale on nawet nie drgnął. Patrzył na niego zimnymi, czerwonymi oczami. Kiedyś błyszczały, ale to było zanim Złota Błyskawica umarła. Chciał wrzeszczeć, płakać. Czy on nie rozumiał? Czy nie pojmował, że nie był jednym w tej rodzinie, który cierpiał? Jasny nie mógł odejść, nie mógł porzucić wszystkich, którzy tu zostawali. Nie mógł, ale chciał. Czemu to on musiał być tym odpowiedzialnym? Czemu wszyscy inni mogli pozwolić sobie na egoizm, ale nie on? Kto tak zdecydował!? 
 — Przykro mi bracie. 
— Nieprawda — syknął Jasny i jeszcze przez moment liczył, że łzy w jego oczach coś dadzą. Wartki Potok nawet nie zaprzeczył.
[5PD]

Od Jasnej Gwiazdy — drabble ,,Szczeniacka miłość"

Była piękna. Czasami nie rozumiał, czemu się z nim spotykała. Czemu wciąż poświęcała czas takiemu małolatowi, który nie znał nawet życia. Nie pytał w strachu, że zrozumie swój błąd i odejdzie. 
Kiedy leżeli razem, kładła swój pysk na jego barku i przez moment czuł się silny. Będąc blisko niej, widząc zaufanie, widząc miłość w jej oczach. To musiała być miłość, bo odmawiał bycia nieszczęśliwie zakochanym. 
Była jego pierwszym wszystkim. Pierwszym pocałunkiem, pierwszym zauroczeniem, pierwszym psem, przez którego jego serce nie mogło się zatrzymać. 
 Całowała go na pożegnanie, a on wdychał jej zapach. Palone drewno i las. 
— Do zobaczenia Wieczorna Burzo.
[5PD]

29 września 2021

Od Jasnej Gwiazdy CD Iskrzącej Łapy

Pierwsza część dzieje się przed mianowaniem Jasnej Gwiazdy
Jasne Serce powstrzymał westchnięcie. Ventus znowu sprawiał problemy. Chyba byli do tego stworzeni. Na szczęście szczeniak sobie poszedł. Jasny nie wyobrażał sobie, by bić się z dzieckiem, jeśli to ich zaatakuje. Ktoś powinien go przypilnować i odpowiednio wychować. Nawet Mleczna nie próbowała atakować innych psów na granicy, a bywała naprawdę szalonym dzieckiem.
— Czasami pieski takie są — wytłumaczył, gdy zaczęli z córką iść dalej.
— Dziwne?
— Tak — zaśmiał się. — Dziwne, ale też niemiłe.
— Ty mówisz, że zawsze trzeba być niemiłym.
— Nie słonko, trzeba być uprzejmym. Każdy pies zasługuje na uprzejmość, ale nie każdy zapracował na miłe zachowanie. — Zastanowił się, czy to nie zmusza jej za bardzo do myślenia w tym momencie. Patrząc po skonfundowanym wyrazie pyska, chyba tak. — Niektóre psy chcą skrzywdzić inne psy. Ale wiele z nich po prostu udaje takie groźne.
— A co jeśli naprawdę będzie groźny? — zapytała.
— To wtedy pędzisz do tatusia — powiedział, trącając ją delikatnie nosem.
— A jak ciebie nie ma obok? — Iskierka nie odpuszczała.
— Dlatego właśnie będziecie trenować na wojowników. Żeby móc się bronić. Ale jesteś częścią klanu moja Kochaniutka, nikt nie pozwoli, by coś ci się stało.

***
 
Jasne Serce stał się Jasną Gwiazdą. Nadal nie umiał się przyzwyczaić się do tego. Szukał każdego momentu dnia, gdy zwracano się do niego… normalnie. Każda taka chwila ściągała chociaż odrobinę ciężaru z jego serca. Odprowadzał akurat Konwaliowy Szron od medyka. Miała na nieszczęście wpaść we wnyki.
Ach, wnyki. Temat ich był już przegadany na zgromadzeniu, ale tak naprawdę nic to nie dało. I jeszcze ta przepowiednia… o tym zdecydowanie nie chciał myśleć. Lepiej mu było skupić się na rzeczach praktycznych. Dlatego właśnie wypytywał Konwaliową o stan zdrowia. Pamiętał, jak się rodziła. Zawsze była dla niego bardzo uprzejma, jej zachowanie praktycznie się nie zmieniło.
Lisi Wrzask mógł narzekać ile chciał, ale wykonywał pracę równie dobrze teraz, jak gdy klan był pod władzą jego matki. Mógł przyznać samemu sobie, że nieco się tego obawiał. Pies był jednak przywiązany do swojej pracy, Ciemny Kieł dobrze go wychowała.
Dzieci też mniej widywał. Oczywiście, zawsze wracały do legowiska wieczorami i mogli pogadać o ich dniu, ale one tak szybko dorastały. Miał wrażenie, że zanim się obejrzy, wszystkie przerosną go o głowę. To wszystko zadziało się za szybko. Nie chciał, by jego dzieciaki stały się wojownikami. Miał wrażenie, że wtedy coś utraci.
Iskierka wracała zadowolona, z Płomiennym obserwującym już z odległości kilku metrów. Jasny uśmiechnął się do przyjaciela i kiwnął do niego głową. Pożegnał się z wojowniczką i przyśpieszył, by dogonić córeczkę.
— Hej, Skarbusiu.
— Hej, tato! — Zamachała radośnie ogonkiem.
— Szybko skończyliście — zauważył. Jego synowie byli jeszcze na treningu z mentorami. Lisi wysłał Pajączka na zbieranie ziół, co trochę niepokoiło Jasnego. Pilnował go Poziomkowa Stopa, co niepokoiło go jeszcze bardziej. Wojowniczy zabrał Powoja nad wodę, a Mleczna zapewne walczyła ze sobą, by nie udusić Potoczka w ogrodach.
— Mhm. Wujek powiedział, że mogę mieć dziś spokój wcześniej! — powiedziała radośnie.
— Brawo, na pewno świetnie sobie poradziłaś.
— A chcesz zobaczyć, czego się uczyliśmy? — zapytała. Jak miło było ją widzieć taką podekscytowaną.
— Pewnie, że tak!
<Iskrząca Łapo?>
[495 słów, Jasna Gwiazda otrzymuje 4 punkty doświadczenia, Konwaliowy Szron wyleczona przez Lisi Wrzask]

21 września 2021

Od Jasnej Gwiazdy CD Płomiennego Krzewu

 Nie spodziewał się, że zaśnie. Może robił się stary, a może zmęczenie sprzed lat nareszcie zaczęło do niego dochodzić. W końcu słońce zaświeciło w odpowiedni sposób, że padało prosto na jego oczy.
— Cholera — warknął, wstając na równe łapy. Ile czasu minęło?
Miał coś przyklejone do karku. Odwrócił się, na ile mógł, by to sprawdzić. Roślinki? No rzeczywiście, krwawienie było zatamowane przez nie. Czy Lisi to zrobił? Nie, on nigdy nie zająłby się psem, bez wcześniejszego warknięcia piętnaście razy i doprowadzenia go do legowiska Medyka. Postanowił zastanowić się nad tym za chwile.
Dzieciaki. Musiał sprawdzić, czy znowu gdzieś nie pobiegły. Cholera. One miały tyle energii, ciężko było za nimi nadążyć. Na szczęście ich zapach był już wbity w jego umysł, nie mógłby pomylić go z niczym innym.
Szaleńczym tempem udał się na poszukiwanie, nerwowo rozglądając się aż… oh. Jasne Serce miał głupie serce, które głupio zaczęło bić mocniej na ten widok. Iskierka tuż przy Płomyku, który zdawał się tym nie przejmować. Chłopaki spokojnie leżący kawałek dalej. Czy aby na pewno sobie tego nie wyobrażał?
— Już się zmęczyliście? — zapytał, podchodząc do synów. Po drodze dotknął Powoja w główkę nosem, ot tak z miłości.
— Nie! — krzyknął Pajączek, ale dyszał ciężko.
— Nigdy się nie męczymy! — odpowiedział Potoczek.
— Tak? Ale wujek na pewno ma dość pilnowania, żebyście nic sobie nie zrobili.
— Nie przeszkadzają — odparł. Jasny uśmiechnął się szerzej.
— Zapamiętam, że mogę wynajmować się na niańkę.
Niestety spokojne życie szybko mu się skończyło. Biała Gwiazda wybrała go na zastępcę. Oczywiście, że się zgodził. Mógł mieć wątpliwości, ale nigdy by nie odmówił takiego zaszczytu.
Zanim się obejrzał, został liderem. Nie mógł się przyzwyczaić do tych wszystkich psów, które nazywały go Jasną Gwiazdą. To brzmiało tak… źle. Wraz z nowymi obowiązkami zmniejszył mu się czas wolny, który mógł spędzać ze swoim ulubionym psychopatą. Wpadł na niego, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności.
— Płomyk! — zawołał, gdy udało mu się spotkać psa przy ruinach.
— Jasny — odpowiedział mu spokojnie, ze skinieniem głowy.
— Ale ja za tobą tęskniłem!
— Widziałeś mnie.
Ah no tak. Na oficjalnym przedstawieniu klanowi nowego lidera.
— To się nie liczy. Nie rozmawialiśmy tak długo. Może zdążyłeś przerzucić się na trawę — zaśmiał się. — Robisz coś ciekawego? Chodź, spędź ze mną czas. I tak nie masz innych przyjaciół.
Wyglądało, jakby Płomienny chciał przewrócić oczami, ale się powstrzymał. Nie powiedział nie, więc Jasny mógł uznać to za tak. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie mu brakować czyjegoś milczenia. Wtedy sobie przypomniał.
— Ah zapomniałem, miałem się dziś spotkać z bratem. Może pójdziesz ze mną co? Na granice z Flumine? A potem możemy ukraść jedzenie ze śmietników, czy co tam robią młode psy, którymi nie jesteśmy. Hm? Co ty na to?
Trzeba mu to przyznać, Wilczy Wicher wytrzymał całkiem długo bez kwestionowania obecności trzeciego psa na ich zwyczajowo dwuosobowym spotkaniu.
— Emm… Jasny?
— Tak?
— Kto to? — Jasna Gwiazda zmrużył oczy w niezrozumieniu i odwrócił się do tyłu. — A, to Płomienny! Mój przyjaciel. Płomyk przywitaj się.
Płomyk warknął.
— Eeee, miło poznać — odpowiedział Wilczy niepewnie. Bardzo starał się nie gapić, nawet jeśli jego oczy co chwila wracały do Płomiennego.
— To co tam u was? Też dwunogi rozstawiły pułapki wszędzie.
— Tak, niestety — westchnął. — Jakoś w tej porze trafiło nam się dużo chorych. Medyk nie nadąża z leczeniem. — Chyba zorientował się, że powiedział za dużo. — Ale na pewno nie chcesz o tym słuchać.
— U nas też mamy kilku pechowców. Jeziorny Kwiat miała pecha na polowaniu i teraz ma paskudną infekcję. Nasz medyk się namęczył, żeby wszystko wymyć i odpowiednio obłożyć ziołami — powiedział. Informacja za informacje. Nie powinien dzielić się takimi rzeczami, nawet z bratem, ale z drugiej strony… był liderem, kto mu zabroni?
— Dobrze, że wszystko już z nią w porządku.
— Jestem Jasną Gwiazdą — wypalił.
— Ty… co? O Gwiezdni. — I nagle dwie silne łapy go obejmowały. Usłyszał za sobą jakiś dźwięk pochodzący od Płomiennego, ale nie umiał powiedzieć, co on oznaczał. Wilczy odsunął się od niego niemal tak szybko, jak się przysunął. — Bracie, jestem taki szczęśliwy!
— Naprawdę?
— Oczywiście! Mój brat jest liderem! Muszę powiedzieć Bursztynowej. Nawet nie masz pojęcia, jak dumny z ciebie jestem.
— Dziękuje.
Ciężko było prowadzić dalej rozmowę o czymkolwiek innym. Na pożegnanie Wilczy jeszcze raz go przytulił, ale tym razem Jasny miał na tyle przytomności umysłu, by też go objąć. Płomienny gdzieś zniknął, ale jak tylko Jasna Gwiazda zaczął oddalać się od granicy, pojawił się u jego boku.
— Jest dziwny — powiedział Płomyk.
— Sam jesteś dziwny — parsknął śmiechem. — Ale dzięki, że poszedłeś ze mną. Od razu mi raźniej, jak jesteś obok — powiedział i odważył się nawet tracić Płomiennego barkiem.
— Dlaczego? — Pytanie padło po tak długiej chwili ciszy, że Jasny przez moment nie mógł zrozumieć, do czego się odnosi.
— Hm?
— Dlaczego ci raźniej? — Te słowa tak nie pasowały do jego zwyczajowego słownika, że niemal się zaśmiał.
— Lubię cię Płomienny. — Czemu do cholery nie mógł spojrzeć mu w pysk? — Nawet bardzo. I zakładam, że ty też mnie lubisz, chociaż trochę. Nie? Więc dlaczego miałbym nie lubić spędzać z tobą czasu

<Mężu Płomienny Krzewie?>
[808 słów: Jasna Gwiazda otrzymuje 8 PD, Jeziorna wyleczona przez Lisi Wrzask]

8 września 2021

Od Jasnej Gwiazdy do Cytrynowego Liścia

Każdy lider musiał mieć zastępcę. Jasny to wiedział, ale nie zastanawiał się nad tym przed mianowaniem. Za dużo stresu, za dużo myśli. Wiedział, jakiego psa potrzebuje, ale nie którego.
Część jego chciała zaproponować pozycje Mlecznej, nawet jeśli wiedział, że odmówi. Z nią za sobą czułby się pewniej. Był jeszcze ten jej wrogi przyjaciel, Nocna Furia, ale Jasny mu nie ufał. Samiec pozwalał sobie na zbyt wiele, ale jeśli Mleczna nie narzekała, on się nie wtrącał. Nie był na tyle ślepy, by rozważać Płomiennego, czy tego wariata Krwawego. Sam nie był stary, ale musiał myśleć przyszłościowo. Większość osób nie rezygnuje ze stanowiska. Musiał znaleźć kogoś na tyle młodszego, by mógł po nim rządzić.
Wojna odcisnęła na nich piętno. Pokolenie psów niemal wymarło. Musiał patrzeć w stronę młodzików, narodzonych dopiero po niej. Znał te dzieciaki, lepiej czy gorzej, ale nie potrafił przestać dostrzegać w nich szczeniąt. Czas mu się jednak kończył.
— Drewniany Pazurze, opowiedz mi proszę, o swoim uczniu.
Samiec dopiero co wrócił z wizyty u Medyka. Lisi Wrzask był niechętny, ale ostatecznie nałożył maść kojącą na jego zadrapania. W międzyczasie narzekając, że jest to całkowicie bezużyteczne i powinien po prostu czekać, aż same się wyleczą.
Jasny przyszedł tam odwiedzić syna i zobaczyć, jak ten sobie radzi jako uczeń Lisiego. Pajączek nie narzekał. Przy okazji złapał Drewnianego Pazura i wyciągnął go na spacer. Samiec zwrócił się do niego mianem Jasnej Gwiazdy. Wiedział, że powinien się przyzwyczajać, ale te słowa wciąż wydawały się brzmieć dla niego nieodpowiednio.
— Cytrynowy Liść? To dobry dzieciak. Sporo przeszedł. Potrafi być trochę niezdarny, ale jest pracowity i inteligentny. To nie jest jakiś twój kuzyn czy coś?
— Nie, nie. Jego matka kiedyś szkoliła mojego brata, jest między nami równie bliskie połączenie co między mną a tobą — odparł. Zamiast racjonalnej decyzji, w jego głowie zaczęła kształtować się inna. Rzadko rozmawiał z Cytrynowym. Czasem przy posiłku, czy niegdyś na zgromadzeniu. Znał jednak Drewnianego Pazura, który wyraźnie doceniał swojego byłego ucznia. Mleczne Oko nie była specjalnie pomocą w wyborze, dając mu na tyle nijakie odpowiedzi, że zrozumiał, że nie chce na ten temat rozmawiać. Dlatego Jasny musiał zwrócić się do kogoś innego po radę.
— Ile ma, z 25 księżyców, co? Byłeś niewiele starszy, gdy przyjąłeś Mleczną — powiedziała Złoty Kwiat. 
— Bycie mentorem i zastępcą to nie to samo.
— Ale ty nie chcesz mieć zwykłego zastępcę. Chcesz wychować przyszłego lidera. — Jasny spojrzał w podłogę. — Jesteś sprawny, rób, co się da. Wdrażaj go powoli. Jest jeszcze młodziutki, ale ma czas. Upewnij się, żeby miał czas jeszcze się rozwijać i szaleć. Najgorsze co można zrobić, to zabrać komuś szanse na resztki młodości.
— Dzięki ciociu — powiedział. Samica uśmiechnęła się słabo.
— No już uciekaj. Legowisko starszyzny to nie miejsce dla ciebie.
Pożegnała go kaszlem. Znalezienie Cytrynowego Liścia nie było trudne. Wystarczyło, że zapytał Wojowniczego, czy gdzieś go nie widział. Młodzik miał siły za trzech i energii za pięciu. Szybko wskazał mu, gdzie iść. Chyba był bardziej podekscytowany tym, że Jasny został Gwiazdą, bardziej niż ktokolwiek w klanie. Dobrze, że chociaż on.
Znalazł Cytrynka polującego na kaczkę. Poczekał, aż samiec w końcu będzie musiał poddać się z próbami złapania zdobyczy i dopiero wtedy podszedł bliżej.
— Jasna Gwiazdo — powitał go poważnie.
— Cytrynowy Liściu. — Skinął na niego łbem. — Usiądziesz proszę, muszę z tobą porozmawiać.
Jasny wziął głęboki wdech i wydech. Nie ma co owijać w bawełnę. Musi mu powiedzieć od razu. Spojrzał psu prosto w oczy.
— Chce, żebyś został moim zastępcą.
— Ale…ja, co… jak…
— Czy to odmowa? — zapytał, przechylając łeb na bok.
— Nie, nie! Po prostu jestem zaskoczony. 
— Jeśli cię to pocieszy, mnie cała ta sytuacja też zaskoczyła — zaśmiał się cicho.
— Dlaczego akurat ja?
— Nie wiem — przyznał. — Szukałem kogoś młodego i ty wydajesz się odpowiedni.
— Nie mam nawet 30 księżyców…
— Więc dobrze, że nie planuje wynosić się z tej ziemi zbyt szybko — powiedział z uśmiechem. 


<Cytrynowy Liść?>
[625 słów: Jasna Gwiazda otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia, Drewniany Pazur wyleczony, Cytrynowy Liść zostaje zastępcą]

7 września 2021

Od Jasnego Serca (Jasnej Gwiazdy) CD Białej Gwiazdy

Nie mógł powiedzieć, że zupełnie się tego nie spodziewał. Mleczne Oko mogła myśleć, że dobrze się ukrywa, ale on ją znał. Wiedział, że rola zastępcy jej nie leży, a wraz ze starzeniem się Białej Gwiazdy, wizja bycia liderem zdawała się coraz bardziej prawdziwa. Jednocześnie, nie myślał, że to on zostanie wybrany na jej miejsce. 
— Czy jesteś tego pewna? — zapytał po raz kolejny, gdy córka przekazała mu wiadomość.
— To był wybór Białej Gwiazdy…
— Nie o to się pytam — przerwał jej. Samica westchnęła i pokręciła łbem. Byli sami na patrolu. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz udało im się pójść we dwójkę. Wieczór był spokojny, cichy, nawet ptaki ćwierkały, jakby starały się rozluźnić napięcie między nimi.
— Gdyby nie było, nie proponowałabym ciebie. — Coś musiało pokazać się w jego oczach, bo dodała.
— Przestań. Wybrała cię, bo myśli, że się nadajesz.
— Nie jestem tego taki pewien — powiedział ciszej. Miał trochę nadziei, że szum życia zabierze jego słowa, nim dotrą do jej uszu.
— A ja jestem — odpowiedziała z pewnością, której mu brakowało. Sprawiła, że się uśmiechnął.
W pewien sposób czekał, by Mleczna powiedziała nie. W ostatniej chwili stwierdziła, że jednak pozostanie na stanowisku, a on niedługo będzie mógł chwalić się, że wychował Mleczną Gwiazdę. Zamiast tego tylko skinęła łbem. Widział jej smutek, który tak bardzo starała się ukrywać. Nie zostało mu nic innego, jak również potwierdzić.
Zmiana przebiegła bez większych problemów. Psy przyjęły ją bez większego narzekania. Dostawał od nich nieco więcej uprzejmych uśmiechów i ciepłych powitań. Zaczął też częściej rozmawiać z Białą Gwiazdą. Była to oczywista zmiana, ale czasem wciąż się łapał na próbie wygładzenia sytuacji. Wymagała od niego prawdy i szczerości, więc to miał zamiar jej dać.
Pojawiło się nagle więcej wnyk na ich terenach. Sprawa z Bezgwiezdnymi wciąż wisiała nad ich karkami. Ventus pozostawał pod władzą szalonej liderki i był wiecznym zagrożeniem, czającym się za ich granicą.
Spędzał mniej czasu z dzieciakami. Sporo czasu wypełniały im treningi, ale i tak miał wrażenie, że coś omijał w ich życiu. Nie miał nawet szans pochwalić się bratu ze swojego awansu. Szybko się jednak przyzwyczajał. Nie narzekał. To było przecież jedynie pomaganie Białej Gwieździe. Ona jednak nie stawała się coraz młodsza i widział zmęczenie w jej oczach.
— Chce odejść ze stanowiska — powiedziała.
— Dobrze — odpowiedział, bo co innego mógł powiedzieć? Proszę, nie zostawiaj mnie z tym? Biała Gwiazda służyła Tenebrisowi od wielu księżyców, zasługiwała na odpoczynek. A on wiedział przecież, na co się pisze, zostając zastępcą. Nie sądził tylko, że będzie nim tak krótko.
Unikał wszystkich od początku dnia. Skrył się na patrolu, kręcąc się między roślinnością, szukając gdzieś uspokojenia. Nie mógł robić tego wiecznie.
Czekała go podróż, powinien być do niej przygotowany.
Jeszcze raz porozmawiał z Białą. Wiedział, że ona też się stresuje, nawet jeśli z całkiem innych powodów. Niewielu liderów przechodziło na emeryturę. Jasny zasiadł z nią, z daleka od ciekawskiego wzroku psów. Wszyscy musieli nagle wszystko wiedzieć.
— W imieniu wszystkich, dziękuję ci Biała Gwiazdo. Nie mogliśmy mieć lepszej liderki — powiedział. Miał wrażenie, że stara się powstrzymać wzruszenie, a może to tylko jego wyobraźnia. Powiedziała mu, że udała się na płyciznę i Gwiezdni zgodzili się z jej decyzją. Nie wiedział, co to znaczy, a bał się zapytać. 
I tak nie było wiele czasu na uczucia. Nawet jeśli klanowicze nie wiedzieli, co ich czeka, on tak. Obiecał zachować sekret, ale wielokrotnie już łamał obietnice. Teraz też powiedział jednej osobie.
— Denerwujesz się? — zapytała Mleczne Oko, stojąc wraz z nim przy granicy.
— Tak — odpowiedział, bo starał się jej nie kłamać.
— To dobrze, powinieneś — postarała się, by zabrzmiało to jak żart, ale jej głos pozostał sztywny. — Będziesz musiał nauczyć się reagować na nowe imię. To bywa trudne.
— To chyba ostatnie z moich zmartwień — odparł. Wiedział, że jego uśmiech wyglądał boleśnie sztucznie. — Czy możesz… — Zobaczył Lisi Wrzask, wynurzający się spomiędzy plątaniny ulic. Jasny poczuł, jak oddech grzęźnie mu w gardle. Już czas. — Czy możesz powiedzieć mi, że dam radę?
Od razu pożałował swoich słów. To nie w niej powinien szukać wsparcia, ale ona w nim. Nie potrafił się jednak powstrzymać. W tym momencie czuł się jak mały szczeniak, który nie mógł znaleźć drogi do domu. Wszystko wydawało się mu niejasne.
Od kiedy skończył trening i opuściła go Beżowa Koniczyna, zawsze widział przed sobą prostą trasę, którą powinien podążać. Czasem się gubił, czasem się mylił i błądził, ale robił wszystko zgodnie ze sobą.
Niegdyś oddałby wszystko za bycie przywódcą. Za przywrócenie dobrego imienia rodzinie, przyniesienie im chwały i honoru. Teraz jednak był zadowolony ze swojego losu. Miał wszystkie swoje dzieci przy sobie, miał Płomiennego, miał Wojowniczego, kilkoro znajomych, nieco mniej kolegów i rodzinę poza klanem. Był zadowolony. Nie było idealnie i gorzki żal zalewał jego gardło, gdy myślał, jak sprawy potoczyły się z jego szczeniakiem w Bezgwiezdnych czy bratem, ale to było dobre życie. Czuł się szczęśliwy. Nie potrzebował od losu nic więcej.
Teraz jednak nie miał wyboru. Sam to na siebie sprowadził. Nie chciał zawieźć klanu. Nie chciał być tym, który doprowadzi Tenebris do ruiny po tylu latach innych rządów. Biała mu ufała, ale potrzebował czegoś jeszcze, potrzebował…
— Tato.
Spojrzał na nią zaskoczony. 
— Wszystko będzie w porządku.
Ciężar nie zniknął z jego serca, ale stał się, chociaż odrobinę lżejszy.
Wyruszył w kierunku Płycizny, gdy tylko zaszło słońce. Medyk podążał wraz z nim, wyraźnie niezadowolony, ale nic nie komentował. Pasowało to Jasnemu, w tym momencie ostatnie, czego potrzebował, to słowa. W końcu nie mógł ignorować szumu morza, zbliżali się. 
— Nigdy nie sądziłem, że to się stanie — powiedział Lisi Wrzask. Jasny uśmiechnął się lekko i pokręcił łbem.
— Ja też nie.
Dotarli do płycizny. Medyk został na suchej ziemi i wkrótce zniknął za wydmą. 
Ciepła woda obmywała jego łapy. Zamknął oczy i położył się w wodzie. Fale powoli obmywały jego sierść. Czuł sól na języku. Wziął głęboki wdech i zanurzył łeb.
Powitała go cisza. Gwiezdni, gdzie jesteście? Gwiezdni, przybądźcie, nie zostawiajcie mnie z tym samego! Nie dostał odpowiedzi, ale nie wynurzał się. Czekał.
— Jasne Serce — usłyszał cichy głos. Nie był pewien, czy naprawdę go słyszał, czy był to wynik braku powietrza w jego płucach. — Jasne Serce — powtórzył głos. Tym razem głośniej, ostrzej. Brzmiał jak Zjeżony Kark.
Słucham.
— Jasne Serce czy jesteś gotowy, by zaopiekować się naszym klanem? — zapytał inny głos. Jasny niemal poczuł, jak łzy zbierają się pod jego powiekami.
Nakrapiany…
Nie słyszał go od tylu lat.
— Odpowiedz na pytanie — poleciła Złota Błyskawica. Miał wrażenie, że stoi tuż obok niego.
Jestem. Przysięgam, że jestem — odpowiedział, czując setki oczu wlepione w niego. Pokolenia psów z Tenebrisu, które miały wydać na nim wyrok. Nie był pewien, czy sobie poradzi, ale nie pozwoli sobie przegrać. 
— Więc wynurz się i idź, od teraz zwać się będziesz Jasną Gwiazdą.
Podniósł się i złapał haust powietrza. Kiedy otworzył oczy, zdawało mu się, że jeszcze widzi przed sobą rozmazaną sylwetkę dawnej mentorki.
Wrócili do klanu, Lisi Wrzask z przodu, a on wciąż ociekający morską wodą. Biała Gwiazda zwołała zebranie, poinformowała wszystkich o swoich zamiarach. Gdy weszli do środka, odsunęła się na bok. Tym razem spojrzenia były prawdziwe. Poszukał Mlecznego Oka i skinął do niej głową.
Jasna Gwiazda zaczął przemawiać.

<Koniec wątku Białej Gwiazdy, Mlecznego Oka i Jasnego Serca>
[1207 słów: Jasne Serce otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia i zostaje liderem. Biała Gwiazda odstępuje ze stanowiska, wracając do imienia Biała Tęcza.]

26 sierpnia 2021

Od Jasnego Serca CD Iskrzącej Łapy (Iskierki)


Musiał przyznać, że aż zrobiło mu się ciepło w sercu. Jego mała córka chciała się nazwać tak jak on. Pamiętał, jak sam był mały i przykładał wielką wagę do imienia. Spędzał godziny, wyobrażając sobie, że może zostanie Jasnym Kłem albo Jasnym Blaskiem. Wiedział, że jego mentorka miała na to wszystko wpływ. Zabójcza Gwiazda nie słynął z poetyckiego myślenia ani z jakichkolwiek dobrych cech, ale Beżowej by posłuchał.
W momencie mianowania już nic go nie obchodziło. Mógł zostać Jasnym Robalem, a i tak byłby szczęśliwy. Ale Iskrzące Serce albo Iskrząca Jasność, ale to brzmiało pięknie dla jego uszu.
— Wszedłeś kiedyś tam?
— Do Ventusu? Nie, to nieuprzejme, nie można wchodzić na inne tereny bez pytania — wytłumaczył cierpliwie. — To tak jakby ktoś obcy wszedł cicho domu. Można dopiero gdy ktoś cię zaprosi, a tam akurat nie mam znajomych.
— A w innych klanach masz? — zapytała, jakby była to jakaś niesamowita informacja. Jasny uśmiechnął się lekko.
— We Flumine mieszka mój brat, a w Bezgwiezdnych kuzyn. Poza tym czasem rozmawiam z ich psami na patrolach. W Industrii… kiedyś miałem przyjaciółkę, ale już jej nie ma. Psy z Ventusu widzę tylko na patrolach.
— Czyli… to w porządku przyjaźnić się z innymi klanami? — zapytała zaskoczona. Przypominała mu wtedy Mleczną i jej podobne pytania. Tylko tamta suka była starsza, więc postanowił udzielić innej odpowiedzi.
— Pewnie. Jeżeli będziesz bezpieczna i zawsze pamiętać, że najważniejsza jest twoja rodzina i twój klan.
Czuł się nieco dziwnie, gdy takie wielkie oczka wpatrywały się w niego, pełne nadziei i bezgranicznego zaufania. Jakby jego słowa naprawdę zmieniały to, jak maluchy mogą patrzeć na świat.
Pozwolił córce biec z przodu, samemu leniwie przesuwał nogami po ziemi, oczy miał jednak czujne. To mimo wszystko był patrol, a Ventus miał szaloną liderkę z jeszcze bardziej szalonymi pomysłami. Zauważył przy granicy szczeniaka. Małego i chudziutkiego, ale mimo to zbliżył się do Iskierki i położył jej łapę na grzbiecie, aby zwolniła.
— Co robicie na naszych ziemiach? — zapytało szczenię poważnym tonem, w którym brakowało tej, typowej dla dzieci, nuty zabawy.
— To nie są wasze ziemie, to granica Kochaniutki — powiedział spokojnie.
— Zwracać to ty się możesz do mnie po imieniu, Krwiste Żebro.
To z pewnością nie było jego imię, ale postanowił tego nie komentować. Zamiast tego uśmiechał się przyjemnie.
— Nie musisz się obawiać o nas. Ja i moje córka jedynie patrolujemy nasze ziemie.
— Córka? To rude jest twoim potomkiem? Mam nadzieje, że masz jakieś lepsze dzieci.
— Pozwalasz sobie na za wiele, szczeniaku.
Nie po to starał się zasiać w Iskierce ducha tolerancji, by potem jakiś dzieciak z Ventusu to psuł, pokazując się z najgorszej strony.

<Iskierko?>
[423 słowa: Jasne Serce otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Jasnego Serca CD Pajęczej Łapy (Pajączka)


Jasny zawsze był dumny i wiedział, że będzie dumny z wyborów jego dzieci. Jednocześnie był ojcem. Który ojciec nie chciałby mieć dziecka medyka?
— Czy ja kiedyś mówiłem ci o mojej mentorce? — zapytał.
— Nie, chyba nie…
— Nazywała się Beżowa Koniczyna. Umarła dawno, dawno temu. Była bardzo silna i mądra. Uważała, że każdy powinien wiedzieć co nieco o kwiatkach. Nawet powtarzała, że każdy wojownik powinien raz na jakiś czas pójść do Medyka i posłuchać o roślinach.
— Brzmi miło.
— Była miła. Bardzo ją lubiłem.
Bezowa Koniczyna cudem dożyła jego mianowania, dręczona przez chorobę. Żałował, że nie mógł mieć z nią chociaż ciut więcej czasu, na pewno miałaby jakieś porady, które mogły wyjść tylko z pyska Beżowej.
— Lubienie kwiatków to nic złego. Nie każdy musi być przecież dzikim, dzielnym wojownikiem. Klan potrzebuje wszelkiego rodzaju psów. Może akurat twoim przeznaczeniem nie jest bycie wojownikiem, a medykiem? — Oczka Pajączka aż się rozświetliły.
— Naprawdę? Myślisz, że mogę być medykiem? Ja?
— A czemu nie. To cię interesuje, a ty jesteś mądry i pracowity, na pewno dasz radę.
Patrząc po uśmiechu Pajączka, chyba zrobił coś dobrze. Tymczasowo temat ucichł, ale zbliżał się magiczny szósty księżyc i mianowanie. Jasny rozmawiał o tym trochę z Białą Gwiazdą, ale niewiele. Kiedy Pajączek zapytał, czy może iść z nim na patrol, nawet się nie kłócił. Wcześniej już zabierał pozostałe dzieci, czasem całą grupę. Był sprawny, a sytuacja na tyle spokojna, że nawet się o nie nie bał.
Rozmawiali o wszystkim i o niczym, aż nie doszli do granicy z Bezgwiezdnymi. Tam zauważył znajomy kształt.
— Dzień dobry Bobrze — powiedział Jasny uprzejmie. Spotkał go parę razy, gdy obaj mieli patrol po swoich stronach granicy. Był miłym, młodym samcem.
— Dzień dobry Jasne Serce. Dziś masz ze sobą małego towarzysza — powiedział, wskazując na malucha.
— Dokładnie. Mój syn, Pajączek.
— Czy ty wciąż jesteś szczeniakiem? — zapytał niewinnie. Na szczęście Bóbr nie zdawał się chować urazy.
— U nas jest tylko jedno imię.
— Tłumaczyłem ci to kiedyś — przypomniał Jasny. — Bezgwiezdni…
— A, dobra, dobra, pamiętam — odpowiedział maluch, wciąż radośnie merdając ogonkiem. Jasny wiedział, że wszystkie dzieci mają w sobie jakiś poziom bycie słodkimi, ale jego były lepsze.
— Widzę, że z twoimi oczami już lepiej — zauważył. Ostatnim razem, gdy widział Bobra, były one całe czerwone. Samiec od razu przyznał, że je sobie podrażnił. Ta jego szczerość kiedyś miała go zgubić, Jasny był tego pewien. Pies już na początku, przy pierwszym spotkaniu powiedział, że chociaż jest dla niego uprzejmy, to mu nie ufa. Jasne Serce czuł to samo, ale wiedział, że takich rzeczy się nie wypowiada na głos.
— Tak, na szczęście. Medyk się tym zajął.
— Ten mój malec może sam zostanie uczniem Medyka — powiedział Jasny, nie mogąc się powstrzymać.
— Gratulacje — odpowiedział Bezgwiezdny. Jasny uznał, że to dość pogadanek, bo Pajączek wyglądał na lekko zażenowanego. Pożegnali się i, jak już odeszli kawałek od granicy, Pajączek się odezwał.
— Lisi Wrzask mnie nie chce.
— Słucham. — Jasny aż się zatrzymał. — Jak to cię nie chce?
— Podsłuchałem, jak rozmawiał z Ciemnym Kłem, że nie chce mieć żadnych uczniów.
— Skarbeńku, nie słuchaj go. Lisek bywa wrednym ch… chrabąszczem, ale każdy medyk ma w końcu mieć ucznia. Jeśli Gwiezdni powiedzą tak, to ty nim zostaniesz. A coś czuje, że chcą. Będziesz najbardziej wojowniczym medykiem, jakiego widział świat!

<Pajęcza Łapo?>
[526 słów: Jasne Serce otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, Bóbr zostaje wyleczony]

6 sierpnia 2021

Od Jasnego Serca CD Płomiennego Krzewu

Miał wrażenie, że Płomyk kłamie. Zabolało go trochę serce. Myślał, że się przyjaźnili? Płomienny przecież wiedział, że Jasny go zdradzi? Czy i tak mu nie ufał? Pewnie znów się zapędził i zaczął sobie coś wyobrażać. Mimo to postarał się uśmiechnąć. Może rzeczywiście to nie był on. Ta myśl powinna przynosić mu komfort, ale nie potrafił się nawet do tego zmusić. 
— No dobra partnerze, będziemy mieć wspólną zbrodnię. Nikt nie widział mordercy, nikt nie słyszał, bo inaczej byłby już znaleziony. Jest szansa, że zostawił po sobie zapach. Potrzebujemy przekonać klan, że nasz kozioł ofiarny jest na tyle niebezpieczny, by to zrobić, a jednocześnie sfałszować dowody jej winy.
— Jej?
— Tak, wrobimy w to Oszroniony Pysk.
Samica była niestabilna, wredna i pozbawiona jakiejkolwiek bliskiej rodziny.  Jej rodzeństwo zmarło w czasie epidemii, nie posiadała partnera ani rodzeństwa. Nikt nie będzie tęsknić.
Nie mógł powiedzieć, że był całkowicie pozbawiony wątpliwości, ale na to nie miał zbyt wiele czasu. Każdy dzień zbliżał ich do nieuniknionego. Bezgwiezdni przecież nie odpuszczą.
Jakiekolwiek działania musiały jednak poczekać, bo przyszło do niego nowe zadanie — rodzicielstwo. Jasny prawie przestał widywać się z Płomiennym, zbyt zajęty pilnowaniem czterech maluszków. NIby takie drobne, spokojne, a wystarczyło na minutę któregoś spuścić z oka i już miało się problem. Nie pamiętał, by on był taki ruchliwy w ich wieku.
Udał się po mięso do pokoju głównego, gdy spotkał po drodze Płomienny Krzew. Czy on stał się jeszcze wyższy? Jakim sposobem. Jasne Serce uśmiechnął się promiennie. Nie minęło wiele czasu, ale stęsknił się za tym ponurym pyszczkiem.
— Płomyczku! Ty jeszcze nie widziałeś moich maluchów, prawda? Chodź, przedstawię ci je. No chodź Mordko, chodź. Przeżyjesz parę minut w towarzystwie dzieci!
Najbardziej zaskakujące było to, że Płomienny naprawdę za nim poszedł. Niechętnie i powoli, ale wspinał się po schodach do żłobka. Zazwyczaj gdzieś tu siedziała jeszcze Fiołek ze swoją dwójką, ale teraz zniknęła. Jasny preferował takie chwile. Lubił młodą samiczkę, ale wolał przebywać tu tylko ze swoją rodziną.
Potoczek siłował się z Pajączkiem. Powój siedział z boku, marząc łapą po zakurzonej podłodze, a Iskierka podbiegła do niego od razu, jak tylko przeszedł przez próg.
— Cześć tato — powiedziała, a on pochylił się, by dotknąć ją nosem w czubek głowy. Jego dwaj bardziej energiczni synowie byli tuż za nią, wpadając jeden na drugiego, by sprawdzić, który pierwszy tu dobiegnie. Tylko Powój został z tyłu. Jasny skinął na niego głową, żeby podszedł bliżej. 
— Kto to? — zapytał Potoczek, już mierząc Płomiennego wzrokiem. Zapewne myślał, czy uda mu się namówić starszego samca do pojedynków, nie był pewien czy to taki dobry pomysł. 
— Płomienny Krzewie, to moje dzieci. Potoczek, Pajączek, Powój i Iskierka. Dzieci to jest… — zawahał się, a do jego głowy wpadł bardzo zły pomysł. — Wujek Płomienny.
— Nie mówiłeś, że mamy wujka! — zwołał Pajączek. —  Chcesz się z nami pobić? — Płomyk wydał z siebie dźwięk, który niezupełnie był warknięciem, ale też nie był przyzwoleniem. Jasny wyciągnął łapę, żeby powstrzymać go przed podejściem bliżej.
— Hej, hej, a co ja mówiłem o dotykaniu innych psów.
— Tylko jeśli powiedzą, że możesz — podsunęła Iskierka. 
— Zapytałem przecież.
— A on nie powiedział tak.
— Ale nie powiedział też nie! — Jasny zaśmiał się na to i poczochrał mu sierść na łbie. 
— Kto wygrał ostatnim razem? — zapytał. Oba maluchy upierały się, że to on był zwycięską. Jasny uśmiechnął się szeroko. Obiecał, że jak będzie miał chwile, to pokaże im obu, jak się walczy.
Zapomniał, jak przyjemna jest zabawa ze szczeniakami. Iskierka i Powój raczej nie byli zainteresowani w udawanych bijatykach, ale pozostała dwójka zdecydowanie za nich nadrabiała.
Chłopcy odbiegli, a Iskierka posłusznie poszła za nimi szukać skarbów, do pokazania Płomiennemu. Był pewien, że Płomiennego nie obchodzą żadne ich skarby, jak również, że same przedmioty były bezwartościowe, ale dzieci znalazły zajęcie. Przeglądały góry starych przedmiotów, które miały służyć im za zabawki.
— Hej Skarbuńku — zwrócił się do Powoja. — Przypilnujesz, żeby za bardzo nie nabałaganili? — zapytał.
— I tak ich nie powstrzymał — westchnął. Jasny popchnął go lekko do przodu. Samczyk niechętnie, ale podszedł do rodzeństwa.
Patrzył, jak cała czwórka stoi obok siebie i rozmawia. Czuł, jak jego serce rośnie o dwa rozmiary. Przysiadł koło Płomiennego. Samiec nie warknął na niego od razu, może dlatego nie zarejestrował, obok kogo się znajduje. Trącił go barkiem, chcąc zwrócić na siebie uwagę. A potem doszło do niego, że to jest Płomienny Krzew. Płomienny Krzew. Dotyk. Złe połączenie. Odsunął się, zanim samiec jeszcze zdążył warknąć. 
— Przepraszam, zapomniałem się. No dobra, co sądzisz o maluchach? — zapytał. 
—… istnieją — odpowiedział Płomyk, a Jasny prychnął śmiechem.
— Tak, nie da się zaprzeczyć. Lubię je. Pewnie dlatego, że są moje, ale naprawdę je lubię.
Płomienny nie miał na to odpowiedzi. Mruknął coś tylko, ale jego milczenie nigdy tak naprawdę nie przeszkadzało Jasnemu. Opowiedział mu o tym, jak musiał zaprowadzić ostatnio Potoczka do medyka, bo podrażnił sobie oczka. O tym, jak ostatnio Iskierka utknęła pomiędzy szafkami, bo chciała szybciej przejść. O tym, jak Pajączek próbował gonić mysz i przez to przewrócił Powoja. Były jeszcze malutkie, a już miały talent do kłopotów.
— Proszę, to dla ciebie wujku — powiedział Pajączek, stojąc dumnie z przodu ich niewielkiej grupy. Długo debatowali, ale ostatecznie zdecydowali się przekazać piękny prezent. Czerwoną puszkę.
— Nazywa się Spleśniały Kamień. Przypomina nam ciebie! — zawołał radośnie Potoczek. Jasny zaczął kasłać, ukrywając swój śmiech. Płomyk patrzył na prezent ze zmrużonymi oczami, jakby czekał, aż ten go zaatakuje.
— Dziękuje — powiedział w końcu i brzmiało to jak najmniej szczere podziękowanie na świecie. Jasny i tak uśmiechnął się do niego promiennie.
— Jestem z ciebie dumny — powiedział cicho, by maluchy nie usłyszały. 
— Oszroniony Pysk chciała nam ją zabrać — powiedziała Iskierka. To brzmiało niepokojąco. 
— Kiedy tu była? — zapytał.
— Zanim ty wróciłeś. Chciała zabrać nam rzeczy, bo mówiła, że u niej będą wyglądać lepiej. Ale potem się wkurzyła i warknęła i sobie poszła — powiedział radośnie Potoczek. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak poważna to mogła być sytuacja. Oszroniona wparowała do żłobka i chciała zabrać rzeczy szczeniakom, kto tak robi.
Z drugiej strony, jakaś część jego umysłu przypominała mu, że wszystko perfekcyjnie się składało. Fiołek wróciła i od razu poprosił ją, by posiedziała z jego dzieciakami. Patrzyła podejrzanie na Płomiennego, ale nie skomentowała jego obecności. Jasny opuścił swojego… przyjaciela? Znajomego? Swojego kogoś, a następnie pobiegł szukać samicy. Kręciła się w okolicy wejścia do budynku. Los naprawdę musiał go kochać.
— Czemu zaatakowałaś moje dzieci? — zapytał. Gdzieś tu kręciły się psy. Podejdą, jeśli zacznie być interesująco. 
— Nic nie zrobiłam twoim dzieciom, odwal się — odpowiedziała i spróbowała odejść, ale zastawił jej drogę. Była większa, ale ignorowała patrole od dawna, zdążyła się zapuścić.
— Czemu chciałaś skrzywdzić dzieciaki.
— Nie wiem, o co ci chodzi. 
— Nie uciekniesz ode mnie.
— Odwal się.
— Powiedz mi, czemu…
Skoczyła na niego. Na to właśnie czekał. Co jak co, ale bójka zawsze przyciągała uwagę.
Spróbowała uderzyć go łapą, ale Jasny odskoczył. Nawet nie myśląc wiele, kopnął ją jedną z tylnych łap. Samica syknęła i spróbowała odpowiedzieć, tylko po to, by zaplątać się o własne łapy. Nie tak to miało wyglądać. Na jego szczęście, samica wyszczerzyła kły, Wiedział, że wygląda na agresorkę. On starał się zachować spokój i trafił prosto w jej brzuch, jeszcze raz, odpychając od siebie. Musiało wyglądać, że się broni, nawet jeśli jej naprawdę to nie szło. Ledwo drapnął ją pazurami tym razem. Szczęście się jednak odwróciło i gdy jego kły nawet nie dały rady jej drasnąć, poczuł ostre pazury na swoim boku. Nie zdążył nawet odskoczyć. Popłynęła jego pierwsza krew.
Potem najwyraźniej oboje zaczęli odczuwać zmęczenie, ciosy nie lądowały, do momentu, aż nie udało mu się wbić pazurów w jej poduszkę łapy. Wiedział, że to niewielki uraz, ale zdecydowanie bolesny. Samica syknęła i na chwile była na tyle rozproszona, że dał radę jej uniknąć. Zaraz jednak poradziła sobie lepiej. Ciepła krew spłynęła po jego karku.
Stali naprzeciw siebie, oboje dysząc, już ciężko. Wtedy usłyszał za sobą znajome warknięcie.
— Hej Płomy...ienny Krzewie — powiedział, przypominając sobie, że nie są sami. Jego bliska znajomość z samcem sprawiała, że był obiektem plotek. Teraz potrzebował, by wszyscy patrzyli na niego i widzieli ofiarę sytuacji. Nie mógł pozwolić, by jego plan rozpadł się przez kilka niepotrzebnych kroków. 
Płomienny warknął jeszcze raz. Chciał się odwrócić, by zobaczyć, na kogo skierował swoje mordercze, ale bardzo ładne, spojrzenie, ale spuszczanie wzroku z Oszronionego Pyska było złym pomysłem.
— Przykro mi, jeśli zburzyliśmy twój spokój. Wasz spokój tak właściwie. — Wskazał łbem na psy, obserwujące sytuacje. — Musieliśmy rozwiązać sprzeczkę.
— Oskarżyłeś mnie o…
— Zaatakowałaś moje dziecko!
To jedno kłamstwo było gorzkie na jego języku. Wiedział, że było konieczne. Poczekał, aż samica w końcu zorientowała się, w jakiej sytuacji się znajduje. Postawiła uszy i wyprostowała się. Dopiero wtedy sam zmienił pozycje, uśmiechnął się uprzejmie i potrząsnął futrem. Wiedział, że dzięki temu krew jeszcze bardziej zaplami jego białe futro. Nie czuł się nawet porządnie ranny, ale Oszroniona dobrze trafiła — płytkie, ale krwawienie było spore.
— Opanuj swoją agresję następnym razem — powiedział. — I nie wyżywaj się na dzieciach. 
Samica warknęła. Jasny odwrócił się do niej tyłem i zaczął odchodzić. Inne psy też straciły zainteresowanie po ich małej sprzeczce. Najważniejsze, by zasiać ziarno zwątpienia. Psy już nie przepadały za Oszronioną, a raczej lubiły Jasnego. Starał się być miły, miał dzieci i żadnego powodu, by kogoś krzywdzić. Usłyszał, że Lisek już ciągnie samice za sobą. Niechętny, ale gotowy wypełniać swoje zadanie. 
— Teraz musisz zachowywać się jak wzorowy wojownik — mruknął, gdy przechodził obok Płomyka. — Oszroniona musi zachować tytuł najbardziej niestabilnego psa w klanie.

<Płomienny Krzewie?>
[1529 słów: Jasne Serce otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

Od Jasnego Serca do Pajączka

Wilczy Wicher zgodził się na spotkanie przy granicy Tenebrisu. Zazwyczaj to Jasne Serce przychodził do niego, ale od czasu wypadku zmienili swoje zwyczaje. Powiedział mu o dzieciach trzy tygodnie księżyc po ich narodzinach, by nie było żadnych powodów, by łączyć ich narodziny ze zniknięciem Uszki. Dziękował wszystkim gwiezdnym, że żadne z dzieci nie było do niej podobne.=
— Nasz medyk zachorował.
— Przykro mi to słyszeć — odpowiedział Jasny. Jego rany po 
— Poradził sobie. Podgrzybek to dobry medyk, a teraz nie ma czasu na odpoczynek. Nie w obecnej sytuacji.
Jasny pokiwał łbem. Słyszał o ich wojnie z Industrią. Wiedział, że Wilczy w niej nie uczestniczył. Nie sądził, by istniała jakakolwiek siła, która wciągnęłaby go w kolejną wojnę. Przeżyli jedną, żaden z nich nie chciał dopuścić do drugiej. Dlatego właśnie Jasne Serce pozbył się Malwowego Ogonu, gdy tylko miał okazję. Świat może nie był idealny, ale póki trwał pokój, chciał utrzymywać obecny stan rzeczy. Przyjrzał się bratu. Wyglądał staro, może to przez jego szarą sierść. Może to przez zmęczenie w oczach.
— Czy któreś z twoich…
— Nie. Moje dzieci w tym nie uczestniczyły, Bursztynowa też nie.
— To dobrze — odparł Jasny. Zasłużył sobie tym na delikatny uśmiech. Coś jeszcze siedziało mu w głowie, widział to. Czekał, aż postanowi mówić, nie naciskał. Jak za dawnych czasów. Jasny zawsze był tym, który otwierał serce i czekał, czy ktoś postanowi zrobić to samo.
Miał ochotę powiedzieć mu o Jazgocie. O Burzy. Może o Płomiennym, jego podejrzeniach, o Malwowym Ogonie. Chciał usiąść i rozmawiać. Nie przez granicę, nie raz na księżyc, jeśli żaden z nich nie był zajęty.
— Moje starsze dzieci… widziałem się z Jeżogłówką i Szpakiem. Czy słyszałeś coś od Cichociemnego? 
— Widziałem go. Jest cały. Wszyscy są cali. — Wilczy pokiwał łbem, ale to nie było to. 
— Czy… czy coś się stało u ciebie w rodzinie? — Widział, jak brat się waha. Jakby walczył z samym sobą, żeby nie powiedzieć za dużo. Jasny chciał go przytulić, chciał zaproponować wycieczkę nad rzekę, by tam móc obiecać, że wszystko będzie dobrze. Wilczy pokręcił łbem i spojrzał mu w oczy.
— Moja córka… 
Serce Jasnego zaczęło bić szybciej. Czy Uszko mu powiedziała, przecież on nie może wiedzieć. Czy on sam się czegoś domyślił. Czy…
— Tato!
Co.
— Pajączek? Pajączek, co ty tu robisz? Wojowniczy miał cię pilnować!
— Wojowniczy? — Odwrócił się. Wilczy Wicher patrzył to na jednego, to na drugiego z nich, próbując zrozumieć scenę, która się przed nim rozgrywała.
— Wojowniczy musiał iść do Białej, więc przekazał mnie Poziomkowemu.
No tak, Wojowniczy nie nauczył się jeszcze, że Poziomkowemu nie wolno z niczym ufać. 
— To jeden z twoich dzieciaków, tak? — zapytał Wilczy.  — Jestem twoim wujkiem, nazywam się Wilczy Wicher.
Jego głos, jego głos brzmiał tak… cichutko. Patrzył na swojego wnuka. Jasny tak bardzo chciał mu powiedzieć prawdę, tak bardzo chciał, chociaż odrobinę, osłodzić mu życie. A Wicher patrzył tylko na niego smutno. On wiedział. On wiedział, prawda? Jasnemu gula stanęła w gardle.
— Miło było cię zobaczyć, Jasny. Mam nadzieje… mam nadzieje, że potem przedstawisz mi pozostałe dzieciaki. — Mógł jedynie pokiwać głową. Nie rejestrował, co Pajączek do niego mówi, póki Wilczy nie zniknął między domami.
— Taaaaato.
— Hm? — Spojrzał na malucha. 
— Dziwnie się zachowujesz.
— Dziękuję, wiem. 
— To nie był komplement — odpowiedział Pajączek, marszcząc swój mały nosek. Jasny uśmiechnął się, atmosfera trochę się rozluźniła, ale i tak czuł ciężar na sercu. Obiecał. Obiecał i obietnicy dotrzyma, Wilczy nie może się dowiedzieć, póki Uszko sama mu nie powie. To wcale nie sprawiało, że było mu łatwiej.
Poziomkowy ich odnalazł, ale Jasny kazał mu spadać na drzewo. Już go nie potrzebował do opieki nad dzieckiem, skoro ono samo go znalazło. Musiał przypomnieć Jasnemu, żeby nie zostawiać nikogo z maluchów u Poziomkowego. Trzeba było zrobić to na tyle delikatnie, żeby młodzik nie myślał, że jest zły. Nie mógłby znieść tego smutnego wyrazu pyska, który przybiera, myśląc, że kogoś zawiódł.
— No dobra, kochaniutki, przeszedłeś już taki kawał drogi, to nie ma co wracać wprost do żłobka, prawda? — Widział, jak ogonek zaczął mu merdać na wszystkie strony. Reszta siedziała z ciotką Jasnego, więc nie musieli się śpieszyć aż tak bardzo. Tylko Pajączek poszedł z Wojowniczym szukać rzeżuchy, czy czego tam Lisek potrzebował. Jasny miał cichą nadzieję, że to zainteresowanie ziołami przerodzi się w chęć zostania medykiem, nie narkomanie.
— Dobra mój Kochaniutki, to co, ścigamy się? Do drzewa. Trzy…
— Poczekaj, przygotuję się!
— Dwa.
— Taaaato — jęknął Pajączek, ale ustawił się obok i ugiął łapy.
— Jeden, start! 
Pająk wystrzelił. Jasny pozostawał tuż przy nim. Biegł tak, by fory nie były zbyt oczywiste. Pajączek starał się pracować swoimi małymi łapkami, jak tylko mógł, ale wciąż był tylko szczeniakiem. Ostatecznie Jasny wygrał, ale nie pozwolił, by to było zwycięstwo o więcej niż o głowę.
— Wygrałem! — zawołał radośnie. Pajączek prychnął, ale nadal się uśmiechał. Jasny znał ten uśmiech, jego dzieciaczek coś knuł. 
— Ha! — Szczeniak wskoczył na niego.
— O nie! O nie, atakuje mnie! Pomocy! — zachwiał się teatralnie, to na jeden, to na drugi bok.
Słyszał, jak Pajączek śmieje się na jego plecach. Ostatecznie upadł na miękką trawę. Objął szczeniaka łapą, przytulając, ot tak, bo czemu nie. Jasny też miał za mało przytulasów w swoim życiu.
To byłaby bardzo idyliczna scena, gdyby nie dźwięk, który nadszedł z ogrodu za nimi. Jasny odwrócił się, przyciskając Pajączka lekko do ziemi.
— Leż — polecił. — Nie wiem co to.

<Pajączku?>
[909 słów: Jasne Serce otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Jasnego Serca do Iskierki

Jasny kochał całą czwórkę swoich dzieci tak samo. Był gotowy zrobić wszystko, by były szczęśliwe. Jednocześnie był jednak tylko psem, więc też miał swoje opinie na ich temat. Nie chciałby wpływać na ich wybory, czy naciskać w jakikolwiek sposób, ale niektóre rzeczy go niepokoiły. Na przykład brak opinii u Iskierki.
— To co, idziemy na spacerek? Co sądzisz córeczko?
— Jak wolicie.
I tak za każdym razem. Konformizm konformizmem, ale bał się o nią. Umiejętność mówienia nie była bardzo ważna, a on najwyraźniej jej tego nie nauczył.
Jego ciotka zdradziła mu kiedyś sekret dobrego rodzicielstwa: znajduj czas na zbudowanie relacji z każdym z nich z osobna. Co prawda wszystkie jej dzieci są albo martwe, albo odeszły z klanu, ale nadal uważał to za dobrą poradę.
Patrole zazwyczaj były jego czasem wolnym od maluchów. Często brał je wraz z Płomiennym, ale zdarzało mu się też spacerować wraz z Mleczną czy Wojowniczym. Kimkolwiek, kogo można było uznać za dorosłego. Tym razem miał iść z Oszronionym Pyskiem, ale nikt nie uważał tego za dobry pomysł. Poza tym samica siedziała jeszcze u Medyka, liżąc swoje drobne rany.
Skoro miał wędrować sam, znalazł sobie towarzyszkę w postaci córki. Chłopców zostawił pod czujnym okiem byłej uczennicy, może nawet jej nie uciekną. Iskierkę na początku wsadził na grzbiet, żeby za bardzo się nie zmęczyła.
czy kiedyś będą przez to kłopoty. Chłopy przypominali zwykłe kundle, które mogły przecież być synami kogokolwiek. Na Iskierkę przeszła cała rudość Borowika. Miał nadzieje, że nigdy nie zostanie wysłana na zgromadzenie.
— Kochanie ty moje, robimy przystanek — powiedział, czekając, aż samiczka zejdzie na ziemię. — Powiedz mi, gdzie wolisz iść teraz? W stronę Ventusu czy Bezgwiezdnych.
— A gdzie ty wolisz? —  zapytała. Jasny z trudem powstrzymał westchnięcie. Cierpliwość. Cierpliwość jest kluczem do wszystkiego, zwłaszcza w rodzicielstwie.
— Mi też obojętne.
— Iskiereczko. — Pochylił się tak, by ich oczy znajdowały się na tym samym poziomie. — Bardzo zależy mi na tym, by znać twoje zdanie.
Samiczka milczała i naprawdę się bał, że w końcu mu nie odpowie. Wyglądało to, jakby musiała zebrać w sobie całą siłę woli, ale ostatecznie znalazła w głębi siebie jakąś opinie. 
— W stronę Ventusu.
— Świetnie, dlaczego?
To uciszyło ją jeszcze na dłuższą chwilę, ale on poczekał. W końcu musiała mu odpowiedzieć.
— Słyszałam, że Bezgwiezdni są straszni — odpowiedziała w końcu.
— To nieprawda. Znam parę psów z bezgwiezdnych, są bardzo mili. Niektórzy, są nawet częścią naszej rodziny. Trzeba być uprzejmym i miłym, ale zawsze uważać. — Samiczka pokiwała łbem energicznie. To chyba tyle, ile mógł osiągnąć.
— No dobra, to idziemy do granicy z Ventusem!

<Iskierko?>
[431 słów: Jasne Serce otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

23 lipca 2021

Od Jasnego Serca CD Wojowniczego Mrozu i Białej Gwiazdy

Jasne Serce wszedł do ruin, ciągnąc za sobą kawał mięsa.
— Chciałbym powtórzyć, że ten pomysł mi się nie podoba.
— Wiem wujku — westchnęła. Podsunął jej kawałek mięsa pod nos. Maluch pokręcił łbem i obróciła się na bok z jękiem.
— Wszystko w porządku?
— Nie, boli mnie od rana — odpowiedziała, a ciało, jak na zawołanie, zadrżała. Spojrzała na niego przerażona. — Jasny?
— Tak?
— To chyba już.
Jasne Serce nie przeklinał, był dobrze wychowany.
— O kurwa.
Czasem były wyjątki.
Jasne Serce nie interesował się nigdy medycyną. To nie był specjalnie ciekawy dla niego temat. Zawsze chciał walczyć jak jego wujek, chciał być silniejszy i mocniejszy niż ktokolwiek w klanie. Jeżeli coś mu się działo, szedł do medyka, a on magicznym sposobem sprawiał, że wszystko było lepsze. Teraz naprawdę, naprawdę żałował.
O porodach wiedział bardzo niewiele. Jedynie, że suki bolało, a szczenięta wychodziły między łapami. Nie chciał uczestniczyć w żadnym z nich, ale wybór miał niewielki. Uszko skrzyczała go, gdy zaproponował, że pobiegnie po medyka.
Po pierwszym zrobiło się trochę łatwiej, bo już wiedział, co się dzieje. Główka drugiego pojawiła się po dziesięciu minutach i nieustanne powtarzanie “Pchaj, pchaj” sprawiło, że niedługo później wyszedł dzieciak. Z trzecim poszło jeszcze łatwo, to czwarty źle się ustawił i Jasny przez moment zaczął niepokoić się, że nie uda się go wyjąć. W końcu, po Gwiezdni wiedzą jak długim czasie, cała czwórka ssała mleko matki.
— Wszystko w porządku? — zapytał niepewnie, przechylając lekko łeb. 
— Kiedy będziesz mógł je zabrać? — spytała. Nie otworzyła oczu od momentu porodu.
— Ja… nie wiem, kiedy tylko chcesz. Kochaniutka, musisz chwile odpocząć…
— Dobrze, to ty pójdź po coś, by przenieść szczeniaki. Ja tu poczekam.
Nie chciał jej tu samej zostawiać. Mimo to, ostatecznie, westchnął, pocałował ją w głowę i wybiegł na poszukiwanie czegokolwiek przydatnego. Wrócił szybko z koszykiem. Kiedy wszedł z powrotem, Uszko patrzyła na dzieci i nie potrafił nawet określić, jakie uczucia widzi na jej pysku.
— Co z imionami…
— Nie obchodzą mnie, po prostu… zajmij się nimi dobrze, okey? Obiecujesz mi to?
— Przysięgam Uszaty Niedźwiedziu, przysięgam.
Jej łapy jeszcze się trzęsły, ale dała radę wstać na tyle, by go przytulić. Była taka malutka, młoda, nie mógł uwierzyć, że to jej się przydarzyło. Mamrotała coś w jego sierść, ale nie umiał nawet rozróżnić słów. Objął ją jeszcze mocniej, chcąc przekazać jej całe wsparcie i miłość bez słów.
Wsadził całą czwórkę do koszyka i złamał go za ucho. Szedł powoli, przez moment śledząc Uszko, by upewnić się, że jest w stanie sama iść. Dzieci. Miał kolejne dzieci. Wiedział, na co się decyduje, oczywiście, ale... 
Usłyszał grzmot za sobą i zanim zdążył dotrzeć do kryjówki, lunął deszcz. Mokre futro przykleiło mu się do nosa i musiał powstrzymać się przed potrząśnięciem łbem. To dałoby małym szczeniaczkom pierwsze zawroty głowy.
Bezpiecznie skryty, spojrzał do koszyka. Trzech synów i jedna córka, jak jakieś dziwne deja vu z przeszłości. Trącił nosem jednego z nich, a szczeniak pisnął cicho i odwrócił pyszczek do brata.
— Przynajmniej wszystkie macie inne kolory. Nie będzie problemu z rozpoznaniem — powiedział łagodnie, aby jego głos odwrócił ich uwagę od burzy. Nie był pewien, czy w ogóle mogą ją słyszeć. Spojrzał na rudego.
— Jako jedyna przypominasz kolorem ojca, wiesz? Możesz być moim małym problemem. Ale nie martw się i tak was wszystkich kocham — uśmiechnął się i przeniósł wzrok na brzeg koszyka. Mały pająk próbował dostać się do środka. Jasny delikatnie zepchnął go na ziemi.
— Chyba chciał się do ciebie dostać, wiesz — powiedział do brązowego szczeniaka. — Myślisz, że to znak, Hm? Pajączek to całkiem niezłe imię, co sądzisz Pajączku?
Rozejrzał się wokoło. Siedział pod maleńkim daszkiem, gdzie zwykle stały śmieci dwunożnych. Niewiele tu widział.
— A ty, szarutku? Też powinieneś mieć jakieś ładne, mocne imię, żeby do ciebie pasowało. Co powiesz na Powój? O zobacz, o rośnie tam!
Ślepe szczenię nie odpowiedziało, tylko wtuliło się w nogę Pajączka.
— Jeszcze wy. Czarnulku, nawet nie wiesz, jak bardzo przypominasz mojego brata. Nie mam pojęcia, co się z nim stało, ale chciałbym wierzyć, że żyje. Jak ci się podoba imię Wartki, hm? Nie, Wartki nie. A Potok? Potoczek? Co sądzisz Potoczku. Dla mnie jest bardzo ładne.
Potoczek. Szczenie pozwoliło dotknąć się nosem w odsłonięty brzuszek. Jasny uśmiechnął się nieco mocniej.
— I jeszcze jesteś ty, mała samiczko. Zdradzę ci coś, twoje imię miałem już zdecydowane. Moja kuzynka nazywała się Skoczna Iskra, a twoja… starsza siostrzyczka niegdyś była Iskrzącą Duszą, przed nieprzyjemnym wypadkiem. Tak sobie myślałem, że miło byłoby mieć jeszcze jedną Iskierkę, nie sądzisz. 
Iskierka, Potoczek, Pajączek i Powój. Jego dzieci. Miał wiele dni, by przyzwyczaić się do myśli, że znowu będzie musiał się kimś opiekować. Nadal zdawało się to niemożliwe, nawet jeśli przykrył dzieciaki kocykiem i ciągle czuł ich zapach. Były realne. Były tu. Nie miał drogi odwrotu, nawet jeśli by pragnął taką znaleźć.
Kiedy doszedł w okolice domu, jego uścisk na koszyku zacisnął się mocniej. Uniósł łeb wyżej i przygotował się na rozmowę. Pierwszy zauważył go Wojowniczy.
— Hej Jasny — powiedział młody samiec. Nie mógł odpowiedzieć werbalnie, więc tylko zamachał ogonem.
— Co tam masz? — zapytał i Jasny pozwolił mu odsłonić koszyk. Nie musiał czekać długo na reakcję. — O GWIEZDNI TY MASZ DZIECI! 
— Może ciut ciszej? — poprosił, chociaż wszyscy w okolicy już wiedzieli. Odłożył koszyk na ziemię.
— SKĄD MASZ DZIECI! JAKIE ONE UROCZE!
— Obudzisz je — powiedział, nawet jak było za późno. Dzieci na nowo zaczęły się ruszać, piszczeć i zwracać na siebie jeszcze większą uwagę. Odsunął się trochę, pozwalając samcowi zajrzeć do środka.
— One są piękne. I cudowne. Ten mnie dotknął! Mogę go nazwać?
— Są już nazwane — wytłumaczył spokojnie.
— Skąd je masz? — zapytał Wojowniczy, nawet nie odrywając wzroku od czterech malutkich kuleczek.
— Urodziłem — zażartował, ale młodzik tylko pokiwał łbem. Potem przyszła fala.
Nie wszyscy przychodzili z wielkimi uśmiechami, jak Wojowniczy, ale patrzyli z zainteresowaniem. Dostał kilka pytań, na które nie chciał odpowiadać. To było jak wyćwiczony rytuał. Uśmiechaj się, śmiej, machaj ogonem, nie odpowiadaj, powtórz.
Plotki szybko się rozniosły, ale udało mu się skryć w legowisku pod pretekstem uśpienia maluchów. Wyjął dzieci z koszyka i położył na stercie koców. Będzie musiał chociaż na jakiś czas przenieść się tu, nie zostawi ich samych. Uważał to za trochę ironiczne, że wnuki jego brata na nowo wyładowały w starym klanie.
— Skąd je wziąłeś? — Mleczna nie silił się na uprzejmości.
— Są moje — odpowiedział, nie podnosząc łba. Były takie malutkie. Takie spokojne. Pewnie szybko to się zmieni, gdy zejdzie z nich szok bycia narodzonym.
— Ukradłeś je komuś?
— Nie ukradłbym szczeniąt, Kochaniutka. Mam ich wystarczająco dużo z tobą i Wojowniczym. —
Mleczna prychnęła. Słyszał jej kroki na twardej posadzce. Stanęła metr za nim, jakby bała się podejść bliżej. Miał na końcu języka słowa zachęty, ale powstrzymał się. To jeszcze nie był ten moment.
— Powiedz mi prawdę Jasny.
— Nie mogę. — Widział zdradę w jej oczach i już chciał zacząć przepraszać. — Obiecałem.
— Obiecałeś wiele rzeczy, na przykład szczerość. 
To zabolało, miało zaboleć. Któryś z dzieciaków pisnął i widział, jak ucho Mlecznej poruszyło się.
— Są z rodziny. Tyle mogę ci powiedzieć na teraz. Potem wytłumaczę ci wszystko bardziej. — Nie wyglądała na pewną, ale ostatecznie pokiwała łbem, jakby przegrała walkę i musiała się poddać. — Muszę iść pogadać z liderką.
— Pewnie chcesz, żebym je pilnowała. — Chciał, ale wiedział, że naciskanie jest złym pomysłem.
— Jeśli byś mogła.
— Niech nie zabierze ci to za dużo czasu — zastrzegła. To najlepsze, na co mógł liczyć, więc uśmiechnął się i ruszył do wyjścia.
— Wojowniczy będzie niedługo. Będzie pewnie płakał, ale nie zwracaj uwagi.
— Idź już.
Nie poszło źle, mogło być gorzej. Wiedział, że ostatnimi czasy jego relacja z Mlecznym Okiem była napięta. Każdy zaliczał wzloty i upadki w kontaktach z dzieckiem, zwłaszcza gdy to było już dorosłe. Nic nie było kompletnie zniszczone. Mieli już na tyle dużo okazji, by ustalić, jak bardzo są dla siebie ważni, że Mleczna nie powinna mieć wątpliwości. Wiedziała, że Jasny ją kocha, jak własne, pierworodne dziecko. Pilnował, by zawsze informować ją, jak bardzo dumny jest z niej i jej poczynań. Oczywiście, czasem jego słowa do niej nie dochodziły. Czasem coś im nie wyszło i zamiast miłej rozmowy, kończyło się na kłótni. To było naturalne.
Wiedział, że mimo tej całej maski spokoju i powagi, bardzo łatwo było ją zranić. Nigdy nie udało mu się w pełni naprawić jej samooceny i mogła być naruszona przez każdy drobiazg. Na przykład bolało ją, jak widziała naturalną bliskość, jaka wytworzyła się między nim a Wojowniczym. Była bardziej sykliwa niż zwykle i drażliwa na punkcie swojego pyska. Teraz dodawał jej jeszcze więcej zmartwień wraz z przyjściem szczeniąt. Wierzył w nią, wierzył w nich, że uda im się wszystko wyciągnąć na właściwe tory. Jednak nie mógł tego robić teraz, wszystko po kolei. 
Biała Gwiazda wychodziła od medyka. Nie był pewien, czy to dobry pomysł, podchodzić teraz do niej. Nie chciał tego odkładać, żeby doszło do niej więcej plotek.
— Słyszałam, że przyniosłem nam wszystkim pięć niespodzianek — powiedziała.
— Cztery. Chyba że o którymś nie wiem. Ale tak. Przyniosłem ze sobą dzieci.
— Czy… to twoje potomstwo — Biała Gwiazda wydawała się czuć trochę niekomfortowo. To było zrozumiałe, ale pytanie miało sens. Jako lider też wolałby wiedzieć, skąd przybywają mu nowi członkowie.
— Tak — odpowiedział gładko, bo ta część jeszcze nie była kłamstwem. — To, umm… ciut niekomfortowe. Zdarzało mi się spotykać z pewną suką w mieście. Nie planowaliśmy… po prostu tak wyszło. Ona nie chce dzieci ani mieć z nimi cokolwiek wspólnego, więc wziąłem je ze sobą.
Czuł odrobinę wstydu, że tak okłamuje Białą Gwiazdę. Ona zdawała się być naprawdę wspaniałą osobą, ale obietnica była obietnicą. Jeżeli taka będzie wola Uszatego Niedźwiedzia, zabierze ze sobą informacje o dzieciakach do grobu. Już mówienie Mlecznemu Oku było łamaniem zasad, ale to wiedział, że musi zrobić, jeśli nie chce zupełnie stracić szacunku w jej oku. 
— Nie oceniam cię Jasne Serce — powiedziała. Zastanawiał się, czy to prawda.
— Dziękuję. — Uśmiechnął się mimo to. — Nie zajmowałem się nigdy takimi maluchami. Gdy dostałem Mleczne Oko pod swoje skrzydła, najgorszy okres miała już za sobą — zażartował. — Można powiedzieć, że idę w twoje ślady tylko wolniej. Masz jakieś porady, od samotnej matki do samotnego ojca?

<Biala Gwiazdo?>
[1656 słów: Jasne Serce otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

19 lipca 2021

Od Jasnego Serca CD Płomiennego Krzewu

Wydawało mu się, że źle usłyszał. Czyżby Płomienny właśnie podziękował? Nie, lepiej, przeprosił! Gdyby był ciut młodszy, pewnie pisnąłby jak młoda sunia, ale Jasny był starym samcem i ojcem. Dlatego pisk miał tylko w sercu.
Zdecydował się, że trzeba uważnie pilnować swoich słów i gestów. Patrzył na Płomiennego i wiedział, że jego pysk wykrzywił się w uśmiechu. Był przekonany, że samiec nie często używał takich słów jak dzięki i wybacz. Chociaż część jego chciała rzucić jakiś żart, to mogło się źle skończyć. Płomienny, chociaż odrobinę, się przed nim otworzyć, nie można tego zmarnować.
— Nie ma za co — powiedział łagodnie. — Nie chowam urazy. Nie możemy panować przed swoimi instynktami, prawda?
— Mhm — mruknął cicho Płomienny. Naprawdę mógłby być z niego uroczy pies, gdyby się postarał. Jasny uśmiechnął się szerzej.
— Ale dziękuje, że przeprosiłeś. Wiele to dla mnie znaczy.
Płomienny kiwnął łbem. Jasny miał ochotę poklepać go po łapie w geście „Hej, wszystko okey”, ale nie byli na tym etapie. Jeszcze nie byli, pozwolił sobie na tą myśl.
— ... a więc — zaczął, gdy cisza była już trochę zbyt niezręczna. — właściwie to miałem iść spotkać się z Mlecznym Okiem.   Ale jeśli chcesz...
— Idź — powiedział Płomień. Nie zabrzmiało to zbyt uprzejmie, ale to w końcu Płomyk, czego można wymagać. Jasny i tak szedł dobrym nastroju, ogon merdał mu na obie strony. 
Mleczne Oko czekała ma niego przy drzewach. Widział ją z oddali i jak nerwowo stuka łapą o ziemie. Nie chcąc podchodzić od łysej strony, obszedł okolice dużym łukiem. Gdy go zauważyła, zaprzestała ruchu i nastawiła uszy. Zawsze czujna. 
— Spóźniłeś się — zaczęła, jak zwykle bez ogródek.
— Tylko ciut. — Machnął łapą i uśmiechnął się. Nie zadziałało. 
— Czy Płomienny ci coś zrobił? — zapytała. 
— Nie widziałem się z nim 
— Śmierdzisz jak on
— Śmierdzę jak krew i flaki, podobne zapach, łatwo pomylić.
— Jasny — jęknęła. — Przestań. Zapomniałeś o zasadzie „Nie kłamiemy”. 
Tu go miała.
— Po prostu wiem, że jesteś wobec niego uprzedzona. 
— Nie jestem uprzedzona Jasny, to pieprzony psychopata — Przewrócił oczami. — A ty skaczesz wokół niego jak zakochany małolat.
— Mleczne Oko — powiedział, jego ton na moment poważny. Samica na chwile, chociaż wyglądała na zawstydzoną.
— Po prostu się o ciebie martwię — wymruczała pod nosem. Jasny uśmiechnął się czule. Oj dziecko, dziecko, pomyślał. Pod całą tą warstwą warknięć i syknięć siedzi urocza, młoda istotka, która nie chce, by inni wiedzieli, jak się troszczy.
— Nie musisz Kochaniutka. Tak, mam wobec niego jakiś poziom... sympatii, ale nie masz co się przejmować. Jestem bezpieczny i nie będę robić nic wyjątkowo głupiego.
Mleczna wydawała się usatysfakcjonowana tą odpowiedzią, ale były dwa problemy: nie wiedziała, jak dokładnie duży był owy poziom sympatii i co dla Jasnego oznaczała fraza „Wyjątkowo głupi”.
Sprawa zabójstwa dzieciaka wisiała nad nimi jak sztylet, który tylko czekał, by opaść. Zbliżali się powoli do kolejnego zgromadzenia i był pewien, że Jazgot nie odpuści tematu.
Nie mieli wbrew pozorom aż tak dużo psów, które dopuściłyby się takiego aktu. Wiedział, że inne klany widziały ich jako bandę drani, ale kto dopuszcza się zamordowania dziecka? Wiedział kto, Płomienny. Wbrew wymysłom Mlecznej, nie był zaślepiony. Doskonale wiedział, z jakimi psami się zadaje, tylko ignorował to. Jednak temat był zbyt naglący, by mógł dalej udawać, że go nie ma.
Wpadł na Płomiennego, gdy nie było nikogo w pobliżu. Jego oszukańczy mózg chciał wierzyć, że Płomyk wyglądał na zadowolonego.
— Słuchaj, jest sprawa — zaczął. Nie miał ochoty owijać w bawełnę. — I potrzebuje od ciebie dwóch rzeczy. Po pierwsze milcz, póki nie skończę. To nie będzie problem. Po drugie, bądź ze mną szczery, dobrze?
Płomienny patrzył na niego, zero warknięć w zasięgu słuchu. Zdecydował, że to wystarczy na potwierdzenie. Wziął głęboki wdech i pokręcił łbem. Oby to nie skończyło się dla niego źle.
— Chcę, abyś wiedział, że mówię to tylko dlatego, że dbam o ciebie, okey? Nie wiem, czy mi w to wierzysz, taka jest prawda. I nie chce cię w tym momencie oceniać, nie na głos przynajmniej. Czy zabiłeś szczeniaka bezgwiezdnych na granicy? Bo jeśli tak, to postawiłeś nas... postawiłeś mnie w gównianej sytuacji. Potrzebują kozła ofiarnego, a my musimy im go dać. Nie chcę, byś został wygnany albo zabity, więc jestem w stanie znaleźć psa, którego brak nie będzie szczególnie dotkliwy — Miał już kandydata, ale nie chciał go na razie zdradzać. Jemu samemu nie podobało się, jak szybko to nastało. — Jeżeli to nie ty, podejmę inne akcje, ale muszę znać prawdę, dobra? Czy zabiłeś dziecko, Płomyku?
<Płomienny Krzewie?>
[756 słów: Jasne Serce otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

16 lipca 2021

Od Jasnego Serca CD Fenkułowej Plamki i Malwowego Ogona

Miał nadzieję, że to koniec. Może była ona głupia. Może on sam był głupi, sądząc, że zgłoszenie sprawy starczy. Liczył na przywódcę Industrii, że ich wyrok będzie odpowiedni i szybko wykonany. Naprawdę, to niemal szczenięce myślenie.
Wyczuł jej zapach na patrolu. Miał dobrą pamięć, wiedział, że się nie myśli. Unosił się w okolicy, jak ponure przypomnienie, że nic nie jest, jak powinno. Jasne Serce ruszył za nim, stawiając delikatnie kroki.
Skupił się na swoich łapach, na tym, jaką siłę miał w mięśniach. Czy czuł dziś ból przy chodzeniu? Czy wszystko było w porządku? Łapa za łapą, łapa za łapą. Poruszył szczęką, upewniając się, że w kluczowym momencie będzie mieć odpowiednią moc. Oddychał płytko, cicho, w wyliczonym tempie.
Usłyszał ją, jeszcze zanim zobaczył. Miał wrażenie, że każdy jej krok był wyjątkowo głośny. Pazury odbijały się o drogę, futro ocierało o krzaki, oddech syczący. Nie miał gdzie się przed nią ukryć, to czekał. Widział zaskoczenie w jej oczach, zanim spróbowała je ukryć.
— To ty.
— Co robisz na naszych ziemiach? — zapytał.
— Nie twoja sprawa, idę do córek — powiedziała i spróbowała go ominąć. Widział napięcie jej mięśni i jak ucho zadrgało, gdy zrobił pierwszy krok.
— Zabiłaś tę suczkę, prawda? — Zatrzymała się.
— Słucham?
— Czyli mam rację. Zabiłaś ją, a teraz przyszłaś na nasze tereny.
To było jedyne logiczne działanie. Suka była niebezpieczna, zabiła jednego ze swoich. Nie mógł pozwolić, by ktoś taki kręcił się po jego ziemiach. Nie czekał na odpowiedź.
Jeśli ktoś zapytałby go, co się stało, nie umiałby odpowiedzieć. Działał automatycznie. Jak na wojnie. Unik, jeśli nieudany, zaciśnij zęby. Wyrwij się z uchwytu. Uderz w czule miejsce: nos, brzuch, oczy, stawy. Nie myśl o bólu, myśl, żeby trafić. Przerwij skórę, zignoruj krew. Była silniejsza, ale on zwinniejszy. Szybciej się męczyła.
Kiedy wreszcie udało mu się zacisnąć zęby na jej miękkiej szyi, nie powstrzymywał się. Opierając jedną łapę na jej ciele, rozerwał jej tchawicę.
Gdy bezwładne ciało upadło na ziemię, położył się obok niego, dysząc ciężko. Przeklął krew i wypluł futro.
Zastanawiał się, co ją do tego doprowadziło. Co sprawiło, że pierwszy raz postanowiła zabić. Jemu też się zdarzyło. Wciąż miewał sny o tym, jak pies błagał go o dar życia. Nie był niewinny, ale nie był niebezpieczny dla Tebebrisu. Niewiele rzeczy było ważniejsze niż bezpieczeństwo klanu.
Podniósł się z ziemi i ruszył powoli. Zwłoki znajdowały się blisko domostw, któryś z dwunogów się nim zajmie.
Na horyzoncie widział psią sylwetkę. Opuścił łeb. Spróbował wyminąć go bez słowa.
— To psia krew — powiedział Płomienny Krzew.
— Tak — odpowiedział. Nie było co ukrywać. Spojrzał na samca. — To nikt z naszych — powiedział, chociaż dla Krzewu to i tak nie miało pewnie znaczenia.
Jasny czuł jego spojrzenie na sobie. Oblizał pysk, czując pod językiem wciąż ciepłą krew.
Umył się powoli, dokładnie, aż jego sierść na powrót stała się biała. Nie mógł pozwolić, by Mleczna widziała go w takim stanie.
Opowiedział przywódczyni, co się stało. Mówił spokojnie, wolno, przedstawiając suche fakty. Ominął to, w jakim stanie znajdowało się ciało. Powiedział, że samica pierwsza go zaatakowała, a on tylko się bronił. Ktoś przekazał informacje Fiołkowi i jej siostrom.
Gdy zapytały, powiedział, że mu przykro. Nawet gdy nie mógł wydusić z siebie nawet odrobiny żalu. Ktoś musi robić czarną robotę.
I tak umarła morderczyni. 
Koniec wątku Malwowego Ogona, Fenkułowej Plamki i Jasnego Serca.
Malwowy Ogon umiera.
[531 słów: Jasne Serce otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]