Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciemny Kieł †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciemny Kieł †. Pokaż wszystkie posty

27 lutego 2022

Od Ciemnego Kła

Otworzyłam oczy, gdy do mych nozdrzy dotarł nieznany mi wcześniej zapach. Był... zimny, ostry i... nieprzyjemny.
Rozejrzałam się ostrożnie. Na pewno nie obudziłam się w swoim legowisku, co oznacza, że zapewne wciąż śpię. Otaczała mnie ciemność, tak gęsta, że ledwie widziałam, co się wokół mnie dzieje.
Starałam się jak najsłabiej oddychać, by nie wąchać tego okropnego zapachu i skupiłam się na próbie uzyskania odpowiedzi na jedno, podstawowe pytanie.
Gdzie jestem? Czyżbym umarła we śnie? Czyżby Gwiezdni właśnie teraz postanowili mnie do siebie wezwać?
Zacisnęłam zęby i pokręciłam głową, pewna, że cokolwiek się dzieje, zdecydowanie nie jestem w Coelum. Patrząc na ten mroczny las, czuję się bardziej, jakbym była w... Infernum.
Czyżbym nie zasłużyła na łaskę mych przodków i została wysłana do tego przeklętego miejsca? Ale dlaczego? Co ja takiego zrobiłam?
Szłam dalej przez siebie, jeżąc sierść na plecach. Miałam wrażenie, że idę już cały księżyc, kiedy poczułam obok siebie znajomy zapach.
— Ciemny Kle? — Usłyszałam zaskoczony głos. — Co tu robisz?
— Sam mi powiedz — warknęłam w kierunku Orzechowego Oka, psa, który mógł być moim ojcem. — Ja nie chciałam się tu dostać.
— Ciekawe — mruknął z zaciekawieniem Orzechowe Oko. — Wy, medycy klanów, przeważnie dostajecie się w swoich snach do Coelum, a nie tutaj, choć... zdaje się, że nie jest to niemożliwe.
— Orzechowe Oko, co to za jedna? — Usłyszałam kolejny głos i zrozumiałam, że pies nie jest tu sam.
Wpatrując się w ciemność, coraz lepiej się do niej przyzwyczajałam. Zobaczyłam teraz wyraźniej Orzechowe Oko, a obok niego stado innych psów. Rozpoznałam wśród nich Bryzową Gwiazdę, byłą przywódczynię Ventusu i Malwowy Ogon, starszą Industrii. Ponadto było tam jeszcze kilka psów, których nie rozpoznawałam.
— To moja córka, Ciemny Kieł — przedstawił mnie mój ojciec. — Jest medykiem... Przyznam, że nie jestem pewien, co tu robi, ale chyba nie znalazła się tutaj specjalnie. Możemy jej zaufać.
— Psu z klanu? — Parsknął jakiś niewielki, brązowy pies.
— Sam byłeś kiedyś psem z klanu, więc nie oceniaj, Wiśniowe Serce — warknął w jego kierunku Orzechowe Oko. — Zapewniam was, że Ciemny Kieł ma równie mroczne serce, co każdy z nas. Po śmierci również tutaj trafi. Ugośćmy ją najlepiej jak możemy, jeszcze za życia.
W pierwszym odruchu chciałam sprzeciwić się upodlającym słowom Orzechowego Oka, ale patrząc na te psy, ugryzłam się w język. Nie byłoby to za mądrym posunięciem.
Wśród psów przeszedł pełen wątpliwości pomruk, ale w końcu zgodnie skinęły głowami, zgadzając się, na moją obecność wśród nich.
— Czas rozpocząć spotkanie! — Na przód wyszedł mały, czarno-biały pies i obiegł wszystkich zebranych spojrzeniem.
Wszyscy jak na komendę usiedli wyprostowani. Wahałam się przez chwilę, spoglądając na ojca, który skinął w moją stronę głową. Odwzajemniłam skinienie i również usiadłam.
Nie byłam złym psem, ale musiałam się dowiedzieć, co się tutaj dzieje.
— Posłuchajcie mnie, moi drodzy, gdyż mam do zakomunikowania coś, co z pewnością was zainteresuje — powiedział głośno czarno-biały. — Ja, Bierny, od wielu księżyców szpiegowałem klany, do których dawniej należeliście. Spędzałem całe dnie, ucząc się ich zwyczajów. A wszystko to dla jednej, prostej potrzeby. Zemsty. Wiecie dobrze, że jeden z przywódców psów klanowych był moim ojcem. Pomimo tego, że dał mi życie, nie pozwolił mi przeżyć go tak, jak on. Gdy tylko moja matka mnie urodziła, wygnał mnie z klanu. Pomyślicie pewnie, że musiał mieć przecież jakiś powód. Przecież większość psów klanowych jest szlachetna i sprawiedliwa, a wy, potępione wyrzutki, jesteście nieliczni. Otóż, nie. Żaden pies klanowy nie jest od was lepszy. Wy przynajmniej staraliście się coś zmienić. Im, żyje się dobrze z myślą, że są lepsi od wszystkich psów domowych, włóczęgów i każdego, kto nie urodził się w klanie. Na przykład mój ojciec. Wygnał mnie z klanu tylko z jednego powodu — w tej chwili, Bierny odwrócił się do mnie w taki sposób, że widziałam jego łapy. Miał ich tylko trzy — dokładnie. Mój rodzony ojciec odrzucił mnie tylko dlatego, że urodziłem się niepełnosprawny.
Poczułam, jak się we mnie gotuje. Współczułam temu psu. Jak ktokolwiek mógłby być tak nieczuły wobec własnego dziecka? Nawet Dwunożni dbają o swoje młode. Ba, Dwunożni. Nawet mój własny ojciec, mimo swojej dwulicowej natury, starał się mi pomagać, kiedy miał okazję.
— To on nadał mi to imię. Bierny — kontynuował pies. — Ma mi przypominać, że nigdy nie będę tak szybki i silny, jak psy klanowe. Cóż, może to prawda. Może nie jestem tak szybki, jak oni, ale na pewno jestem od nich sprytniejszy. Śledząc ich, dowiedziałem się o ich wierzeniach. O Gwiezdnych i Zgaszonych. Dowiedziałem się, że niekiedy zmarłe psy, nieważne, czy z Coelum, czy z Infernum, są w stanie wnikać do psich snów. Błagałem was od dawna, dusze psów z Infernum, byście wprowadzili mnie do swojego mrocznego lasu i w końcu się doczekałem. Zrozumcie, jakie było me rozczarowanie, gdy dowiedziałem się, że mój ojciec dostał się do Gwiezdnych. Sądzę przyjaciele, że sami jesteście w stanie zrozumieć tę niesprawiedliwość. Ale przynajmniej wreszcie mogę podzielić się z wami mym odkryciem.
Przeszedł mnie dreszcz. Samej nie podobało mi się, że taki pies, jak ojciec Biernego dostał się do Gwiezdnych, kimkolwiek on był. Ale czułam też niepokój na myśl, jaki plan opracował ten podejrzany pies.
— Odkryłem pewien sposób, by sprowadzić psy z Infernum z powrotem do klanów, by mogły tam wznieść chaos. Jest to prosty obrzęd. Podzieli się nim z wami mój pomocnik, Kolec.
Bierny się cofnął, a na środek wyszedł wielki, czarny pies.
Wiedziałam już, co się zaraz wydarzy.
— Nie możesz! — Krzyknęłam. — Nie możesz wpuścić tych psów do klanów! One je zniszczą!
— O to właśnie chodzi — uśmiechnął się niewzruszony Bierny.
Kolec zaczął już opowiadać, jak ma wyglądać obrządek, ale ja go nie słuchałam. Musiałam go powstrzymać.
Jakaś cząstka mnie, podpowiadała mi, że nie ma żadnego obrządku. Że to kłamstwo, mit. Gwiezdni by na to nie pozwolili.
Ale nie miałam pewności. Co, jeśli to jednak prawda? Czy ma tak stać bezczynnie i patrzeć, jak te okropne psy niszczą jej klany?
Nie myśląc już, co robię, skoczyłam na Kolca i zacisnęłam mu zęby na gardle. Czarny pies w ogóle nie spodziewał się ataku z mojej strony, więc mimo że jestem już starszą, zabiłam go z łatwością.
Wszystkie zebrane psy wpatrywały się z zaskoczeniem we mnie, stojącą nad martwym psem. Spojrzałam na niego ze smutkiem. Nie znałam go, ale jeśli chciał napuścić psy z Infernum na klany, nie mógł być to dobry pies. A ja nie miałam wyboru. Musiałam go zabić.
— Przykro mi — powiedziałam, odwracając się do Biernego. — Musiałam go powstrzymać. — Podeszłam do niego i potarłam nosem jego szyję. — Niemniej, nie obwiniam cię. Mój ojciec również był okropny. To znaczy, nie tak jak twój, ale nigdy się z nim nie dogadywałam. — Spojrzałam mu w oczy. — Jednak, gdybyś to zrobił. Gdybyś powiedział tym psom, jak mogą stąd wyjść, popełniłbyś wielki błąd. Proszę. Nie rób tego. To złe.
— Mój ojciec — Bierny mówił cicho, sycząc przez zęby — potraktował mnie jak śmiecia. I jak został za to ukarany? Ja ci odpowiem na to pytanie. Nie zostać. Dalej wiódł spokojne życie w swoim klanie, aż odszedł do Gwiezdnych, mogąc cieszyć się wieczną chwałą. W czasie kiedy ja żyłem nie mając nikogo, niepewny, czy dożyję następnego księżyca. I tak od urodzenia. Więc proszę, nie mów mi tu teraz o dobru i złu.
— Współczuję ci tego, co cię spotkało. — Polizałam go za uchem. — Ale musisz postarać się być od niego lepszy. Zapewniam cię, że jeśli nie oddasz się ciemności, zostaniesz nagrodzony. Bierny chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążył. Poczułam ostry ból na karku. Nie mogłam złapać tchu. Próbowałam się odwrócić, ale nie dałam rady. Nie minęło wiele czasu, nim opadłam na ziemię.
Nade mną stał nieznany mi, krótkowłosy, biały pies.
— To przez ciebie nie wrócimy do klanów! — Warknął wyzywająco.
— Biała Skóro, nie! — Usłyszałam głos ojca, ale było już za późno. Umierałam.
Śmierć nadeszła szybko. Zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam, mój duch stał tuż nad moim starym ciałem. Patrzyłam na nie smutno, nie mogąc uwierzyć, że to już. Po prostu. Umarłam we śnie.
Odwróciłam głowę i napotkałam spojrzenie mojego ojca. Było w nim widać zadowolenie, wywołane tym, że jego przypuszczenie się sprawdziło. Naprawdę, po śmierci skończyłam w Infernum. Chyba nikt, kto został tu zabity, nie dostał się do Coelum. Ale... Czy ja dostrzegłam w jego spojrzeniu również żal?
Odsunęłam się od swojego ciała, bojąc się ponownie na nie spojrzeć.
Po chwili, poczułam kolejny zapach. Psa, którego dotąd tu nie było. Obejrzałam się i zobaczyłam wysoką, brązowo-białą suczkę.
— Tu jesteś, Ciemny Kle — powiedziała z uśmiechem. — Czekamy na ciebie.
— Co? — Nie zrozumiałam. — Gdzie?
— W Coelum oczywiście — nieznajoma przewróciła oczami. — Nazywam się Wróbla Łata. Nie spotkałyśmy się za życia, ale w Coelum na pewno się zaprzyjaźnimy.
— Dziękuję. — To było jedyne, co zdołałam powiedzieć. — Nie spodziewałam się...
— Że cię przyjmiemy? — Zaśmiała się. — Nic złego nie zrobiłaś. A przed chwilą uratowałaś klany. Zasłużyłaś na to. Co do ciebie — odwróciła się do Biernego — jesteś młody. Masz potencjał, by stać się wielkim psem. W zasadzie, dzięki Ciemnemu Kłowi nie udało ci się zrobić nic złego. Wierzysz w Gwiezdnych, więc może kiedyś do nas dołączysz. Co zaś się tyczy twojego ojca... Nie ma go z nami. Nie wierzył w klan Gwiazdy, więc nie mogliśmy ani go przyjąć, ani wysłać go tutaj. Jest... gdzie indziej.
Nie czekając na odpowiedź Biernego, Wróbla Łata odwróciła się i machnięciem ogona nakazała mi iść za sobą. Zrobiłam to.
— Spodoba ci się w Coelum — powiedziała z psotnym błyskiem w oku.

21 października 2021

Od Ciemnego Kła

Wstaję, ziewam i się rozciągam. Następnie, rozglądam się dookoła. Nie jest to Tenebris, nie, nie. Nie jest to też Ventus, Flumine, czy Industria. Odeszłam z terytorium klanów.
No i tu zapewne zaczną się pytania: ale dlaczego, Ciemny Kle, dlaczego odeszłaś z klanu? Cóż, odpowiedź jest prosta. Nie odeszłam, tylko zrobiłam sobie przerwę. Leżąc w legowisku starszyzny, wspominałam przygody, jakie przeżywałam dawniej z Leonisem, medykiem Bezgwiezdnych i doszłam do wniosku... Pal sześć, Ciemny Kle, nie jesteś już medyczką, więc na co jeszcze zdasz się swojemu klanowi?
Oczywiście, dbali o mnie, ale wczoraj poczułam, że muszę jeszcze ten jeden raz poczuć przyjemny dreszczyk adrenaliny. W tym celu, w środku nocy, opuściłam leżę starszyzny i poszłam na tereny Dwunożnych. Biała Tęcza spała mocno, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że odchodzę. Biedna staruszka. Dobrze, że odeszła ze stanowiska. Tenebris potrzebuje kogoś młodego, silnego, jak Jasna Gwiazda.
Czy jeszcze wrócę? Oczywiście. Ale czułam, że muszę oczyścić umysł. Wrócę, nim się zorientują, że mnie nie ma.
Potrząsnęłam głową, kończąc na tym swoje przemyślenia. Muszę niechętnie przyznać, że zaczynam powoli żałować swojej decyzji. W legowisku starszyzny było jednak... cieplej. A zwierzyny złapałam niedużo. Może powinnam jednak poczekać, na porę nagich liści?
Nie. Nie wiadomo nawet, czy dożyję pory nowych liści. Muszę korzystać z życia, póki jeszcze je mam.
W tej właśnie chwili usłyszałam śpiew ptaka. Uśmiechnęłam się i oblizałam pysk. Może dziś szczęście mi dopisze?
Rozejrzałam się i zlokalizowałam zwierzynę. Tak. Była tam. Mało tego, stała na ziemi. Gdyby siedziała na drzewie, byłby problem, ale tak, to już sobie poradzę. Nie byłam wojownikiem, ale polować jednak umiem.
Usiadłam w pozycji łowieckiej i podkradłam się do ofiary. Ptak niczego nie podejrzewać. Nie zwróciłam nawet uwagi, co to za gatunek. Byłam tylko głodna.
W tej chwili nadepnęłam na gałązkę. Ptak rozpostarł skrzydła i już szykował się do lotu. Już miałam skoczyć, kiedy...
Siup.
Obcy mi pies skoczył na moją zdobycz i zabił ją, tuż przed moim nosem. Odsłoniłam zęby.
— Co ty sobie wyobrażasz? — warknęłam. — Polowałam na tego ptaka.
Nieznajomy, duży, biały samiec, odwrócił się w moją stronę z dziwnym błyskiem w oku. Zawahałam się, zauważając, że jest w moim wieku. I wciąż tak dobrze poluje, mimo że nie jest psem z klanu? Polowanie polowaniem, złapał tego ptaka dosłownie w ostatniej chwili. To w takim razie nie może być pieszczoch. Jest dobrze umięśniony i dumny. Wygląda na najedzonego, jak na porę nagich drzew.
— Oddaj mi to i zapomnimy o całej sprawie — kontynuowałam tym samym tonem.
— Mam inny pomysł — uśmiechnął się pies. — Podzielmy się nim. Starczy dla nas obu, a nikt nie powinien głodować. Jestem Snow.
— Ciemny Kieł — przedstawiłam się. W pierwszej chwili chciałam zaprotestować i kazać sobie oddać całą zwierzynę, ale zrezygnowałam.
— Dość specyficzne imię — powiedział Snow, kładąc się obok ptaka.
— Jestem psem z klanu — powiedziałam. — Włóczęga? — spytałam, po czym dodałam, widząc jego zagubienie. — Opiekują się tobą Dwunożni, czy żyjesz na własną łapę? — Usiadłam obok niego i sama zaczęłam skubać zdobycz.
— Raczej jestem sam — powiedział biały pies, spuszczając głowę. — Urodziłem się w dziczy, ojca nigdy nie poznałem, a matka odeszła, gdy skończyłem drugi księżyc.
— A nie chciałbyś dołączyć do klanu? — Zaproponowałam. Nie wiem, skąd mi się wziął taki pomysł. Działałam pod impulsem. — Oczywiście, jeśli nasz przywódca, Jasna Gwiazda się zgodzi.
— Za późno, aby zmieniać stare przyzwyczajenia — zaśmiał się. — Ty też chyba nie odeszłaś od klanu na dobre?
Skinęłam głową, po czym znowu skupiłam się na ptaku. Coś jednak nie dawało mi spokoju.
— Ładnie go upolowałeś — zauważyłam. — Przepraszam, że na ciebie naskoczyłam. Sama bym go nie złapała. Był już prawie w górze. Jak to zrobiłeś?
Nieznajomy oblizał się i wstał. Rzucił mi spojrzenie mówiące „Reszta dla ciebie” i odwrócił się do mnie plecami. Już myślałam, że zamierza odejść, nie odpowiedziawszy mi na pytanie, kiedy jeszcze jeden raz się do mnie odwrócił.
— Jestem włóczęgą — powiedział, dziwnie akcentując nowo poznane słowo. — Żyjąc na własną łapę, pies, uczy się wielu sztuczek, których nie nauczyłby się w... klanie — ostatnie słowo wypowiedział z zabawną manierą. — I odwrotnie. — Zrobił kilka kroków do przodu. — Żegnaj, Ciemny Kle. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. 
 
[704 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 7PD]

1 sierpnia 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Udawałam, że śpię, ale na dźwięk głosów Dwunożnych podniosłam jedno ucho. W czasie naszej wycieczki nauczyłam się jednego. Te istoty zawsze zwiastują kłopoty. W ich towarzystwie po prostu nie dałabym rady zasnąć, w każdej chwili spodziewając się dostania przez nich po głowie. 
— W teorii sam nie wiedziałem — usłyszałam odpowiedź drugiego Dwunożnego — Ale skoro same przyszły...wiesz, darowanemu psu nie patrzy się w zęby — zaśmiał się — Dawaj obroże. 
 Oczywiście, nie znałam ich języka, ale w głowie zadzwoniło mi słowo „obroże”. Miałam nieodparte wrażenie, że słyszałam już to słowo wypowiedziane przez naszych poprzednich prześladowców. Mogło ono równie dobrze oznaczać „najwyższa pora iść spać i nie męczyć tych niewinnych stworzeń”, ale bałam się zaryzykować. 
Postanowiłam obudzić Leonisa. 
— Leonis? — Potrząsnęłam nim. — Leonis, mamy problem. 
— So sie sieje — wyseplenił niemrawo, budząc się — Ciemny Kieł? Dlaczego mnie obudziłaś? Miałem taki przyjemny sen.
— Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale mamy coś gorszego na głowie niż twoją pesymistyczną podświadomość — syknęłam — Dwunożni tu są. 
— To co? — zdenerwował się Leonis — Lepszej miejscówy nie znajdziemy, a ona się o Dwunożnych czepia. Pierwszy raz ich widzisz? 
— Leonis, posłuchaj, oni się chyba nami interesują — warknęłam coraz bardziej zdenerwowana. 
— To niech się interesują — powiedział Leonis, ponownie kładąc się do snu. Jak chcą, rano mogą przed nimi nawet zatańczyć, ale teraz niech dadzą mi spokój. 
Jeszcze chwilę poszturchałam Bezgwiezdnego, ale on już głęboko spał. Albo przynajmniej udawał, abym się odczepiła. Zrozumiałam, że muszę wziąć sprawy we własne łapy i śledzić Dwunożnych.
Zeskoczyłam z trampoliny i kierując się węchem, ruszyłam szlakiem tych wysokich, denerwujących stworzeń. Co za labirynt korytarzy roztacza się w tym miejscu. 
Gdy znalazłam wreszcie Dwunożnych, to co tam odkryłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wielki pokój, a przy jego ścianach rząd niezliczonych klatek z niesamowitą ilością nieznanych mi zwierząt. Nie wiem, kim one były, ale widząc ich zagłodzone, żałosne spojrzenia, wiedziałam już, że nikt nie zasługiwał na taki los. Gdy podeszłam trochę bliżej, całkowicie mnie zamurowało. Tu było jeszcze więcej klatek, a w nich... koty i psy. 
— Pomocy... pomocy....pomocy. 
— Pomocy, pomocy. 
— Ratunku! — szczekały żałośnie. 
Na samym końcu pokoju, zobaczyłam owych Dwunożnych, wyciągających te dziwne obręcze na szyję. O nie. W co myśmy się wpakowali. 
Dwunożni mnie zobaczyli I ruszyli w moim kierunku. Zaczęłam uciekać. 
Musiałam ostrzec Leonisa.
<Leonisie?> 
[ 366 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 3 punkty doświadczenia]

19 maja 2021

Od Ciemnego Kła — zgromadzenie medyków

Szłam razem z Lisim Wrzaskiem w kierunku miejsca, w którym odkąd sięgam pamięcią, odbywają się zgromadzenia medyków. Tym razem, nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Nie wiem, skąd się wzięła cisza Lisiego Wrzasku, ale ja byłam po prostu już zmęczona. Pandemia może i już minęła, ale straty, które wywołała, wciąż były świeże.
Czułam się coraz starzej i zdawałam sobie sprawę z faktu, że prędzej czy później będę musiała odejść do starszyzny. Pocieszała mnie jedynie myśl, że zdążyłam chociaż wyszkolić wspaniałego, lojalnego medyka, jakim stał się Lisi Wrzask.
Odwróciłam głowę, by spojrzeć na czarnowłosego medyka. Tak, Tenebris będzie miało szczęście. Życzę mu, aby jego uczeń był równie sympatyczny, co on sam.
Gdy dotarliśmy na miejsce, nikogo tam jeszcze nie było. Nie byłam zdziwiona. Widocznie byliśmy pierwsi. Nic niezwykłego. Jednak Lisi Wrzask wąchał z niepokojem w powietrzu.
— Wyczuwam coś — przyznał ostrożnie. — Pachnie wrogo. Nie podoba mi się to.
Zaniepokoiłam się i również się zaciągnęłam. Młody miał rację. Coś wisiało w powietrzu. Nie zajęło mi długo, nim rozpoznałam niezidentyfikowany zapach.
— Lis — mruknęłam. — To świeży zapach. Bądź cicho i zachowaj ostrożność.
— Witaj, Ciemny Kle, Lisi Wrzasku — usłyszałam zawołanie Podgrzybkowej Sierści, medyka Flumine, idącego w moim kierunku ze swoim uczniem, Rumiankową Łapą. — Piękny dzień na zgromadzenie, prawda?
Nieznacznie najeżyłam się z irytacji, ale mimo to, wymieniłam uprzejmości z młodszym medykiem i jego uczniem. Następnie, nakazałam mu powąchać i rozpoznać zapach.
— Musi być gdzieś blisko — zaniepokoił się Podgrzybkowa Sierść.
— Medycy medykami, ale musimy go przepędzić — stwierdziłam, po czym zauważyłam ruch ciemnego futra. Sugerowało to przybycie medyków z kolejnych. Podbiegłam do nich, przywitać ich zawczasu, aby nie musieli krzyczeć. — Mamy problem — szczeknęłam gwałtownie, gdy już się z nimi przywitałam. — Wy też wyczuwacie silny zapach lisa?
Manaci Olbrzym poruszył nosem, po czym bez słowa skinął głową. Grunt, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z wagi sytuacji.
— Musimy go przepędzić — stwierdziłam. — Zdaje się, że poszedł w tamtym kierunku. Wytropimy go, a potem wrócimy na zgromadzenie.
— To nie jest przypadkiem zadanie dla wojowników? — spytała medyczka Industrii, której imię, pod wpływem napięcia, nagle wyleciało mi z głowy. — Może powinniśmy...
— Nim powiadomimy o tym przywódców, lis zdąży się przemieścić — stwierdziłam. — Chodźcie.
Pozostali medycy długo nie protestowali. Podejrzewam, że sami byli żądni przygód. Nie minęło wiele czasu, nim znaleźliśmy duże, rude stworzenie.
— Dobrze, Manaci Olbrzymie, ty zaatakujesz go od tyłu — opracowywałam strategię. — Ja z Podgrzybkową Sierścią okrążymy go i skoczymy na niego od przodu. Lisi Wrzask skoczy jego grzbiet. Pozostali atakują boki. Wszystko jasne?
Pozostali medycy skinęli głowami z aprobatą. Jak powiedziałam, tak zrobiliśmy. Obyło się bez żadnych komplikacji. Lis był zaskoczony, bo nie spodziewał się takiego zagrożenia. Nie chwaląc się... uciekał w podskokach. 
* * *
Wreszcie stanęliśmy przed sadzawką. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale jednak szczęśliwy. Wreszcie czułam, że naprawdę żyję. Rzadko kiedy coś udaje się psu tak łatwo. A kto wie, ile jeszcze przyjdzie mi uczestniczyć w zgromadzeniu medyków.
— To co? — spytałam zdyszana. — Zaczynamy?
Wszyscy medycy zanurzyli łapy w wodzie. Mój początkowy pesymizm przeminął bezpowrotnie. Lubię nasze zgromadzenia. Czuję tu o wiele większą wspólnotę, niż w moim własnym klanie.
Napiłam się wody i zamknęłam oczy, ciekawa, co mają mi do przekazania Gwiezdni.
Stałam na wielkiej polanie, czując przy tym podejrzany niepokój. Nie wiedziałam, czego się boję, ale bałam się potwornie. Czas dłużył mi się niemiłosiernie, jakby minęło już przynajmniej kilka pór nagich drzew. Na co ja czekam?
W końcu zobaczyłam cień. Cień zbliżał się w moim kierunku. Chciałam uciec, ale nie mogłam się ruszyć. Po chwili zdałam sobie sprawę, że rzekomy cień to czarny potwór Dwunożnych, pędzący prosto na mnie.
Zamknęłam oczy, gotowa na śmierć, ale kiedy je otworzyłam, potwór stał niedaleko mnie. Nie zostałam przez niego zabita. Wzięłam głęboki wdech i odetchnęłam z ulgą.
Moja radość nie trwała jednak długo. Zaraz potem, spod ziemi wyrósł przede mną Dwunożny z jakąś siatką w łapach.
Patrzyłam na niego z przerażeniem, ale przynajmniej nareszcie odzyskałam czucie w łapach. Odwróciłam się i zaczęłam biec przed siebie. Dwunożny był jednak szybszy. Nie zdążyłam odbiec kilku króliczych skoków, a on już mnie miał.
Złapał mnie siatkę, po czym zaciągnął do wyżej wspomnianego potwora. Następnie uwięził mnie w jakimś pudełku. Wokół siebie, czułam czujne spojrzenia innych istot. Niektóre były psami, niektóre nie. Ale spora większość z nich była członkami psich klanów. W tym Tenebris.
Obudziłam się, czując przeszywający moją skórę dreszcz. Tak, uwielbiam zgromadzenia medyków, ale zawsze się po nich dziwnie czuję. Muszę jak najszybciej ostrzec Białą Gwiazdę przed nowym zagrożeniem.
[721 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia+5 za opowiadanie o zgromadzeniu]

30 marca 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Otrząsnęłam się z wody. Kilka kropel spadło na sierść Leonisa, który spojrzał na mnie z dezaprobatą, ale ja tylko się zaśmiałam i popchnęłam go przyjaźnie łapą. Byłam w zbyt dobrym nastroju. Racja, halucynacje nie były przyjemnym przeżyciem, ale przynajmniej dowiedziałam się czegoś bardzo ciekawego o Leonisie.
— Co się szczerzysz? — warknął medyk Bezgwiezdnych, który widocznie w przeciwieństwie do mnie nie potrafił dostrzec plusów tej sytuacji. 
W sumie to mu się nie dziwię. Z jego perspektywy rzeczywiście to same minusy.
— Wciąż wierzysz w Gwiezdnych. — Nie mogłam w sobie dłużej tego dusić. — Podświadomie ich wzywałeś.
— Co? — Leonis wyszczerzył z irytacją zęby. — Że niby co ja robiłem?
— Słodcy Gwiezdni! Mamusiu ukochana! Ciemny Kle, ratuj! — Zacytowałam go radośnie. — Może podświadomie wciąż...
— Słuchaj, to nie ma nic do rzeczy — syknął wrogo Leonis. — Byłem pod wpływem tej dziwnej rośliny, którą znalazłaś. Równie dobrze możesz powiedzieć, że podświadomie zakochałem się w wyimaginowanym krokodylu.
— Kto wie? — Uśmiechnęłam się złośliwie i spojrzałam w dal.
— Słuchaj, możemy już skończyć temat? — Odwrócił się ode mnie Leonis. — I już nigdy do niego nie wracać? Musimy odnaleźć drogę do klanów.
— W porządku, możemy kończyć. — Zgodziłam się. — Ale nie obiecuję, że już do niego nie wrócę.
Już miałam ruszyć przed siebie, kiedy usłyszałam spokojnie pomruk. Nie był to głos Leonisa. Czując narastający niepokój, odwróciłam się w kierunku ciemnej, dużej skały, zza której wychylił się duży, biały pies, przypominający odrobinę wilka.
— Młodzi podróżnicy — powiedział wilk. — Też taki kiedyś byłem.
— Ehm, witaj — powiedziałam, starając się ukryć strach. — Jestem Ciemny Kieł, a to Leonis.
Nieznajomy pies milczał, więc postanowiłam kontynuować swoją inicjatywę. Miałam wrażenie, że długo nie miał kontaktu z innymi psami.
— Kim jesteś? — Kontynuowałam.
— Dawno temu wyrzekłem się swojego imienia — powiedział nieznajomy. — Nadała mi je matka, która dokonała... Okropnych czynów. Wyparłem się całego mojego dziedzictwa, włącznie z imieniem. Teraz, robię wszystko, aby nie stać się kimś takim, jak ona.
— Skąd się tu wziąłeś, przy tej wodzie? — spytał Leonis.
Nieznajomy zastrzygł uchem, ale zignorował pytanie medyka Bezgwiezdnych. Leonis nie naciskał, a ja mu się wcale nie dziwiłam.
Cóż, wcześniej myślałam, że jego sztywna postawa i martwe spojrzenie mnie niepokoją. Ale jego głos i sposób wysławiania się... Gwiezdni, same jego słowa sprawiają, że mam ochotę w tej chwili się odwrócić i pobiec co sił w łapach.
Nieznajomy zdawał się szaleńcem. Instynktownie zrobiłam krok do tyłu, starając się nie patrzeć mu w oczy, aby go nie sprowokować do zrobienia czegoś głupiego. Może i był szaleńcem, ale i tak mógł być użyteczny.
— Są rzeczy, o których nie powinniście wiedzieć — powiedział nagle nieznajomy, przerywając mój tok myśli.
— Przepraszam — powiedziałam ostrożnie. — Jesteśmy psami klanowymi. Chcemy wrócić do domu. Możesz nam wskazać drogę?
Pies znów się zawiesił. Mogłabym przysiąść, że jego oczy na moment zaszły mgłą. Może to po prostu wciąż zwidy po halucynacjach. Mimo to czułam przepełniający mnie strach. W końcu pies się odezwał.
— Kierujcie się tam, gdzie poprowadzi was śpiew jaskółki — mówił głucho. — Nim zapadnie mrok, znajdziecie jedyne bezpieczne schronienie. Musicie jednak opuścić je, nim usłyszycie pierwszy krzyk konającego drzewa, gdyż wtedy, bezpieczna kryjówka zmieni się w śmiertelną pułapkę. Czeka was wiele niebezpieczeństw. — Nieznajomy wystawił język. — Nie ufajcie sową, nie ufajcie sową, nie ufajcie sową... — Zawiesił się, po czym ponownie potrząsnął głową i wziął głęboki oddech. — To wszystko. Ruszajcie jak najszybciej.
— Dziękuję — powiedziałam tylko, gdy nieznajomy już wycofywał się w kierunku swojej skały.
Spojrzałam porozumiewawczo na Leonisa. Odeszliśmy kawałek od tego tajemniczego miejsca. Tak, to musiał był szaleniec. Każde jego słowo sprawiało, że sierść mimowolnie stawała mi dęba.
— Świr — mruknęłam.
— Owszem, świr — przyznał Leonis. — Teraz rozumiesz, co czuję, gdy inni mówią o jakiś Gwiezdnych.
— To co innego — zaprzeczyłam, patrząc z powrotem w kierunku skały. - Dziwnie się tu czuję. Chodźmy już.
— Nie zamierzamy iść za jego wskazówkami i kierować się śpiewem jaskółki, prawda? — zaśmiał się sztywno Leonis.
Po chwili wahania dołączyłam do jego śmiechu. Ale nie za długo. Po chwili usłyszałam przerażający odgłos. Śpiew jaskółki.
<Leonisie?>
[632 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

18 marca 2021

Od Ciemnego Kła

Wyszłam z legowiska, źle się czując. Bardzo źle dzisiaj spałam. W nocy nie miałam czasu się nad ty zastanawiać, ale teraz mam pewność. Musiałam się zarazić tą dziwną, nowo poznaną chorobą, szerzącą się w klanie.
Cóż, to jedna z zalet bycia medykiem. Może i jestem chora, ale zawsze mogę się szybko wyleczyć. Z drugiej strony... Właśnie tu pojawia się dylemat moralny. Nie chciałam odbierać ziół innym psom, które mogłyby z nich skorzystać.
Podjęłam decyzję. Najpierw sama pójdę się wyleczyć, a potem znajdę trochę ziół na zapas dla pozostałych członków klanu. Z tego co zdążyłam już zaobserwować, Oszroniony Pysk wyglądał nie najlepiej. Podobnie jak Jaszczurczy Ogon. Chyba powinnam ich niedługo zaprosić do swojego legowiska.
Podeszłam do magazynku z ziołami i znalazłam odpowiednie lekarstwo. Szybko to połknęłam, po czym znów się położyłam. Wciąż byłam zmęczona, a podczas snu, zioła szybciej działają.
Zanim jeszcze zasnęłam, zobaczyłam Lisi Wrzask stający w wejściu do legowiska.
— Jestem chora — poinformowałam swojego ucznia. — Wzięłam zioła, ale teraz muszę się przespać. Potem pójdę znaleźć więcej ziół. W międzyczasie ty przejmiesz pałeczkę.
— Zgoda, Ciemny Kle — powiedział Lisi Wrzask. — Zdrowiej szybko.
Zamknęłam oczy, uśmiechając się lekko. Co za wspaniałego mam ucznia. Jak ktoś mógłby go uznać za złego psa. Nie do pomyślenia. 
* * *
Obudziłam się, potrząsając z dezorientacją głową. Kompletnie nic mi się nie śniło, co dla mnie jest rzadkością. Co prawda, sami Gwiezdni nie często do mnie przemawiają, ale odwiedziny mojego ojca, albo najpospolitsze wizje gonienia za wiewiórkami lub brania udziału w bitwach — co noc. Choć nie uważam, że moje sny przedstawiają marzenie o zostaniu wojowniczką. Przyjemnie jest być nią w snach, ale na jawie wolę być medyczką. Lubię swoje życie.
Pociągnęłam kilka razy nosem. Nie jest już zatkany. Czyli wyzdrowiałam. Otrzepałam się i wyszłam z legowiska. W pobliżu nie było śladu Lisiego Wrzasku. Widocznie poszedł do jakiegoś pacjenta.
— Pomocy! — obok mnie przebiegł wystraszony Borsucza Łapa. — Lisi Wrzask chce mnie zamordować!
— Chcę mu tylko pomóc. — Dopiero teraz zobaczyłam swojego ucznia, idącego spokojnym krokiem w kierunku Borsuczej Łapy. — Czy to źle? Ponoć... Skaleczył się w łapę.
— On kłamie — szepnął Borsucza Łapa.
Przewróciłam oczami. Borsucza Łapa nie ukrywa, jak bardzo boi się nas, medyków. Musi wreszcie dorosnąć, bo ten strach może się dla niego źle skończyć.
— Borsucza Łapo, nie ma się czego bać — mruknęłam. — To prosta operacja. Lisi Wrzasku, zajmij się nim. Ja jestem zajęta.
— Zgoda, Ciemny Kle. — W oku Lisiego Wrzasku zobaczyłam błysk ekscytacji. Uwielbiam ten zapał w moim uczniu.
Ruszyłam przed siebie. Nie odeszłam kilku kroków, nim znalazłam ładną kępkę życiodajnego leku. Wykopałam go i zawróciłam w kierunku klanu. W tej chwili usłyszałam uderzenie skrzydeł. Kos. Stał tuż przy mnie. Patrzył mi w oczy, jakby się śmiejąc. Stłumiłam warknięcie. Nie, jestem dobrą medyczką. Medycy nie powinni polować. Medycy nie... ale on ze mnie drwi!
Wyplułam zioła i skoczyłam na kosa. Zabiłam go szybkim ugryzieniem w kark. Przyznaję, może jednak kusi mnie perspektywa bycia wojowniczką. Uniosłam zioła i ptaka, po czym ruszyłam w kierunku sterty zwierzyny. Akurat stała przy niej Biała Gwiazda, rzucająca mi pytające spojrzenie.
— Jaszczurczy Ogon to upolował i prosił mnie, abym przyniosła — skłamałam.
Trójkolorowy wojownik nie powinien mieć mi za złe, że przypisałam mu swoje zasługi. Zresztą, nawet jeśli się dowie, to on również bywa elastyczny. Nie odwracając się, aby spojrzeć na Białą Gwiazdę, poszłam w kierunku legowiska medyka.
[540 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczona z choroby]

10 marca 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Już byliśmy prawie u celu. A wystarczyła jedna źle postawiona łapa, a znów wpadliśmy w bagno. Tym razem nawet dosłownie. Spojrzałam przepraszająco na Leonisa, który rozglądał się ze zdezorientowaniem w oczach. On również już myślał, że może cieszyć się wolnością.
— Wybacz — mruknęłam cicho.
— Przeprosiny nas stąd nie wyciągną, do stu Dwunożnych — warknął Leonis.
— Owszem — westchnęłam smutno. — No cóż, trudno. — Usłyszałam pogardliwe mruknięcie Leonisa, ale nie zrozumiałam słów. — Najlepsze, co możemy teraz zrobić to iść przed siebie tymi tunelami.
— Nie — zaprzeczył Leonis. — Najpierw musimy opatrzyć nasze rany. Tu musi być jakaś pajęczyna.
Już miałam zaprotestować, ale niechętnie musiałam zgodzić się z Leonisem. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z poważnych ran, jakie poniosłam, spadając na szkło. Kiedy tylko o tym pomyślałam, poczułam niewyobrażalny ból.
— Zgoda. — Skinęłam głową. — Tu musi być jaka pajęczyna.
Spojrzałam w kierunku jakiegoś kąta i od razu znalazłam pełno pajęczyn. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem, poszłam w tamtym kierunku i zerwałam pajęczynę. Wzdrygnęłam się, przypominając sobie, o pająkach w podziemiach, ale to chyba nie to samo. To inne pająki, prawda? Trochę dałam Leonisowi, a trochę sama położyłam na swoje obrażenia. W teorii powinniśmy teraz leżeć, ale nie było czasu do stracenia. Poza tym, mimo pajęczyn wciąż czułam ból.
— Myślisz, że w kanałach są ziarna maku? — zwróciłam się do Leonisa.
— Zgłupiałaś? — drugi medyk był szczerze oburzony. — W jaki sposób mak miałby się znaleźć w kanałach?
— Nie rozumiesz? — Popchnęłam go przyjaźnie. — Tu też musi być jakieś życie. Cała rozwinięta cywilizacja. Inne zwierzęta są lepiej rozwinięte, niż sądziliśmy. Koty, pająki, Dwunożni... A w kanałach? Myszy, szczury, pająki, krokodyle. Też muszą osłabiać czymś ból. Powinni mieć jakiś odpowiednik maku.
— Krokodyle? — Leonis zrobił wielkie oczy. — Dlaczego sądzisz, że mogą być tu krokodyle?
— Starszyzna w Tenebris opowiada czasem historie o tym, jak przedzierała się kanałami, aby uciec Quintusowi i spotkała tam krokodyle. — Uśmiechnęłam się na wspomnienie ciekawych historii. — Ale bez obaw, raczej nie atakują niesprowokowane.
— Dobrze wiedzieć — mruknął ironicznie Leonis.
Obejrzałam się po miejscu, w którym się znajdowaliśmy. Odeszłam kilka kroków, po czym mój wzrok padł na małe czarne kulki. Wyglądały podobnie do maku. Co prawda, pachniały inaczej. Ściekami. Ale czego można spodziewać się po czymś, co leży w kanałach?
— Leonis, znalazłam coś — zawołałam wesoło.
— Jesteś pewna, że to pomoże? — spytał ostrożnie Leonis.
— Co cię nie zabije, to cię wzmocni — wspomniałam mu. — A u Gwiezdnych przynajmniej nie będzie tak śmierdziało.
— Chyba zapominasz, że ja nie wierzę w Gwiezdnych — mruknął niechętnie Leonis, ale ja już brałam ostrożnie do pyska czarną kulkę.
— Nawet nie jest takie złe — stwierdziłam. — Od razu czuję się lepiej. Spróbuj.
Leonis się wahał, ale w jego spojrzeniu widziałam, że jemu również dają się we znaki jego obrażenia. Bezgwiezdny spojrzał na mnie nieufnie, wziął głęboki oddech, po czym połknął to nietypowe ziarno maku. Czułam, że jemu również to pomaga. Jego zielona sierść falowała zdrowotnie... Chwila, Leonis chyba nie ma zielonej sierści? Więc dlaczego ja wyraźnie widzę, że ma zieloną sierść, czerwone oczy i nienaturalnie długi ogon? Chyba jednak te zastępcze ziarna maku nie miały właściwości zdrowotnych. Raczej... halucynogenne. Oj, nie. Kaszlnęłam, próbując wykrztusić zjedzone przeze mnie ziarno, ale nic z tego.
— Ciemny Kle, wszystko w porządku? — spytał Leonis. Nie był już zielony, a czerwony i... chyba umiał latać.
— Leonisie, bardzo cię przepraszam, ale chyba nas otrułam — przyznałam niechętnie, po czym zobaczyłam coś za nim. Coś wielkiego, zielonego i groźnego. I wyglądał, jakby miał właśnie zaatakować niesprowokowany. — Leonisie, też widzisz tego krokodyla stojącego za tobą? — szepnęłam z przerażeniem w oczach.
<Leonisie? Proszę, zrób coś,
nim sam zaczniesz się zachowywać jak Ciemny Kieł.>
[564 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

24 lutego 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Może udzielił mi się pesymizm Leonisa. Będę szczera. Mam nadzieję, że udzielił mi się pesymizm Leonisa, ponieważ naprawdę wątpiłam, aby jego plan wypalił. Przede wszystkim musielibyśmy w jakiś sposób wydostać się z tego pomieszczenia, a potem zejść do podziemi. Nie wydawało mi się to być niczym łatwym, ale nie zamierzałam dawać Małemu satysfakcji. Zachowanie pieska działało mi już na nerwy. Zresztą, zaczął mi się powoli rodzić w głowie pomysł, w jaki sposób moglibyśmy uciec z tego pokoju.
— Leonis, zacznij drapać w drzwi i wołać Dwunożnego — doradziłam. — Ja się schowam za drzwiami. Kiedy Dwunożny wejdzie, zaatakuję go z zaskoczenia.
— Więc ufasz, że to nie jest beznadziejny plan? — spytał ostrożnie Leonis.
Wstrzymałam parsknięcie. Pewnie, że wciąż myślę, że to beznadziejny plan. I nikt ani nic nie nakłoni mnie do zmiany decyzji, dopóki nie będziemy daleko od tego miejsca. Nie zamierzałam się jednak poddawać. Nie przy Małym, który zdaje się tylko czekać, na każdą możliwą okazję, aby nas wyśmiać.
— Ufam — skłamałam, chowając się za drzwiami.
Wątpię, by Leonis mi uwierzył, ale przynajmniej nie naciskał. Podszedł do drzwi i zaczął w nie drapać. Nie minęło wiele czasu, nim w drzwiach pojawił się Dwunożny. Leonis odskoczył od niego, próbując uniknąć ataku. Ja z kolei rzuciłam się na jego nogę. Dwunożny upadł, krzycząc coś w swoim języku, a ja przeskoczyłam nad nim i przebiegłam przez drzwi. Usłyszałam tupot za mną, więc z ulgą przyjęłam fakt, że Leonis pobiegł za mną. Sierść mi się jednak najeżyła, gdy usłyszałam jęk Małego.
— Mark! — krzyczał Mały. — Co oni ci zrobili? Jak oni mogli?
Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego Mały próbował nas odwieść od prób ucieczki. Nie chodziło o to, że uważał to za bezsens. To dlatego, że był po stronie tego Dwunożnego. Typowy pieszczoch. Poczułam nagły przypływ pogardy wobec wrednego Małego, dopóki nie usłyszałam kolejnych łap, podążających za nami. No i wszystko jasne. Mały jest wściekły, że zraniliśmy jego Dwunożnego i ruszył za nami w pościg. Może i jest tylko pieszczochem, ale zaciekłym nie mniej, niż Jastrząb.
<Leonisie? Tylko nie lekceważ Małego.>
[326 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

15 lutego 2021

Od Ciemnego Kła CD Lisiej Łapy

Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc Lisią Łapę w dobrym humorze. Młody znów jest w nastroju do żartów. Widocznie pogodził się ze śmiercią ojca. Szkoda tylko, że wciąż nie potrafi zaakceptować faktu, że jego matką jest Biała Za... znaczy Biała Gwiazda. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do zmiany przywództwa w klanie. Spojrzałam ze współczuciem na swojego ucznia. Syn przywódczyni i uczeń medyczki. Nic dziwnego, że musi czuć się pod potworną presją. Musi czuć się nieswojo w legowisku medyków, z tyloma psami, które tak jak on, dopiero teraz poznały jego pochodzenie. Spojrzałam w kierunku żłobka. Nie mamy szczeniaków, więc może przeniesienie przynajmniej części chorych do żłobka nie byłoby takim złym pomysłem. Do legowiska medyków przebywa coraz więcej psów, a dla nas prawie w ogóle nie ma już miejsca.
— W porządku — zgodziłam się niechętnie. — Nie przeniesiemy wszystkich. Nie możemy. Ale pozwolę ci wybrać trzy psy, które przeprowadzimy do żłobka. Ale na razie chodź. Obiecałam, że pokażę ci, jak pachnie zwierzyna.
Lisia Łapa skinął z satysfakcją głową i poszedł za mną w kierunku najlepszych terenów łowieckich. Byłam zadowolona, że choć trochę poprawiłam mu humor, po tym, co się wydarzyło na zgromadzeniu. Przyznam, że czułam się po części winna złego nastroju Lisiej Łapy. Nagle, poczułam zapach królika. Ogonem dałam znać Lisiej Łapie, aby się nie ruszał. Przysiadłam w trawie, dając swojemu uczniowi sygnał, aby zrobił to samo. — Czujesz to? — szepnęłam. —To królik. Każdy członek klanu powinien poznać jego zapach, nie zależnie od rangi, jaką pełni.
Lisia Łapa powąchał w powietrzu, starając się wyłapać zapach królika. Zdawałam sobie sprawę z płynących od niego emocji. Sama tak się czułam w czasie swojego pierwszego polowania. Wewnętrzna walka ze sobą, aby nie rzucić się przed siebie, atakując zwierzynę. Jej smakowity zapach docierał już do moich nozdrzy, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie mogę tego zepsuć.
— Pamiętaj młody — szepnęłam — różnica między polowaniem na mysz, a królika polega na tym, że mysz cię szybciej wyczuje, a królik usłyszy. W przypadku królika musisz działać szybko. Zobacz.
Skoczyłam przed siebie, nim w ogóle królik zdążył się zorientować, co się dzieje, aby zademonstrować wszystko mojemu uczniowi. Szybkim ugryzieniem w kark, pozbawiłam go życia i zaniosłam z powrotem do Lisiej Łapy.
— No i proszę — szczeknęłam radośnie. — Zwierzyna upolowana. Chodźmy dalej, tam musi być jakaś zwierzyna, którą mógłbyś upolować.
Miałam rację. Nie uszliśmy kilku kroków, nim wyczułam zapach myszy. Rzuciłam Lisiej Łapie wyzywające, rozbawione spojrzenie.
— Wiesz, co masz robić, młody? — spytałam. — To mysz. Pamiętaj, ona cię nie usłyszy, a wyczuje. Więc co masz robić?
Lisia Łapa skinął głową i powoli zaczął się skradać do zwierzyny. Byłam dumna ze swojego ucznia. Będzie wspaniałym członkiem Tenebris. Skrzywiłam się jednak, widząc, że odrobinę za szybko skoczył. Mysz uciekła. Już miałam do niego podejść, powiedzieć, że nie wszystko stracone, każdy za pierwszym razem na trudności. Wtedy zobaczyłam, że Lisia Łapa bacznie się czemuś przygląda. Ptak. Mały, niebieski, soczysty ptak. Dziwne, że go nie spłoszył, skacząc na mysz, ale nie powinnam narzekać. Zwierzyna to zwierzyna. Lisia Łapa podkradł się do ptaka od tyłu, po czym dość szybkim ruchem pozbawił go życia. Wrócił z zadowoleniem w oczach i ptakiem w pysku.
— Wspaniała zwierzyna, Lisia Łapo — powiedziałam z podziwem, po czym spochmurniałam. — Ale pamiętaj o kodeksie medyka. Medyk poluje tylko w ostateczności.
— Tak, tak, rozumiem — mruknął z irytacją Lisia Łapa. — Nie wolno nam polować, walczyć i musimy koniecznie pomagać innych członkom klanu, którzy nawet nie wiedzą, jak wielką mamy władzę nad nimi.
— Lisia Łapo — syknęłam, gdyż nie podobało mi się lekceważenie w jego głosie. — Kodeks medyka jest bardzo ważny. Dzięki niemu wiemy, co jest dobre, a co złe. Musisz opiekować się klanem, a polować i walczyć wolno ci tylko w sytuacjach kryzysowych. Rozumiesz?
— Rozumiem — mruknął z niezadowoleniem Lisia Łapa. — Wybacz Ciemny Kle. Nie powinienem się tak zachowywać.
— W porządku — uspokoiłam się. — Najważniejsze, że zrozumiałeś swój błąd. Wracajmy do obozu przenieść chorych do żłobka.
<Lisia Łapo?>
[632 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia, Lisia Łapa 2 Punkty Treningu]

31 stycznia 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

I znów wróciliśmy do punktu wyjścia. Ponownie byliśmy w klatkach. Dwunożny wywiózł nas swoim Potworem jeszcze dalej od terytorium klanów do swojej... placówki. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Dwunożny mieszkał w wielkim białym domu. Wyglądał inaczej niż inne domy Dwunożnych. Gdy wszedł do domu, wypuścił nas z klatek. Próbowałam go zaatakować, ale nałożył mi coś na pysk i tą głupią obrożę. Następnie, to samo zrobił z Leonisem.
Podporządkował nas sobie, trzymając za obroże. Zaprowadził do jakieś ciemnej piwnicy i puścił wolno. Zaraz potem zamknął drzwi i odszedł. Spojrzałam na Leonisa. On również niczego nie rozumiał.
— Stary Mark znów rekrutuje nowych — usłyszałam za sobą wysoki głos i się odwróciłam.
W piwnicy był jeszcze jeden lokator. Mały, czarno-biały piesek z pewną dozą pogardy w oczach. Coś mi się w nim nie podobało, ale uznając, że on wie więcej niż my, zagaiłam rozmowę.
— Witaj — powiedziałam przyjaźnie. — Jestem Ciemny Kieł. A to Leonis.
— Dziwne macie imiona — stwierdził piesek. — Zwłaszcza ty, Czarny Pazurze. Nie jesteście stąd, prawda?
Starałam się zignorować to, jak nasz nowy znajomy przekręcił moje imię. W tej chwili jesteśmy zdani na niego. Musimy dowiedzieć się, co się tutaj dzieje. Zamiast odpowiedzi, skinęłam tylko głową, nie chcąc powiedzieć, że jesteśmy z klanów.
— Nazywam się Mały — przedstawił się pies, a ja w tych ciemnościach dopiero teraz zauważyłam, że leży na eleganckim, czerwonym legowisku, obok którego leży kilka misek jedzenia dla pieszczochów. — Pewnie chcecie się dowiedzieć, co się tu dzieje, prawda? — ku mojej uldze, pies chyba nie interesował się naszym pochodzeniem. — Mark, czyli ten Dwunożny, jest bardzo bogaty.
— Bogaty? — chciałam spytać, co oznacza to słowo, ale Leonis mnie uprzedził.
— To znaczy, że ma władzę nad innymi Dwunożnymi, Leonie — powiedział Mały, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy specjalnie przekręca nasze imiona. — Wychodzi raz na jakiś czas ze swojego domu i hipnotyzuje innych Dwunożnych jakimiś papierkami, aby zrobili dla niego wszystko, co chce.
— Leo... — zaczął protestować Leonis, ale popchnęłam go, dając mu do zrozumienia, aby dał spokój.
— Jak przywódca? — spytałam ostrożnie.
— Nie wiem, kim jest przywódca — zawahał się Mały — ale jeśli potrafi zmusić innych do posłuszeństwa, to tak. Przejdźmy do rzeczy. Mark zmusił innych Dwunożnych, aby zapewnili mu możliwość organizowania walk psów, tylko dla swojej rozrywki.
Najeżyłam się. Poprzedni Dwunożni przynajmniej sprowadzali innych Dwunożnych, aby mogli sobie popatrzeć. Możliwe, że zyskiwali wtedy od nich jakąś wdzięczność. Ale on robi to ze zwykłego egoizmu. Tylko dlatego, że może.
— Co jakiś czas karze kilku psom się bić — kontynuował. — Wygrany dostaje od niego dary. Posłania, zabawki, karmy i tym podobne.
— A przegrany? — spytałam, po czym zobaczyłam, że Mały patrzy na jakieś pudła. Podeszłam tam i powąchałam. Unosił się z nich zapach śmierci.
— Zabijałem wiele psów — powiedział Mały. — Nie jestem z tego dumny, ale to było jedyne wyjście, aby przeżyć w tym miejscu. W końcu zostałem sam. Teraz przyszliście wy, a i tak pewnie prędzej czy później zginiecie.
Zmierzyłam Małego wzrokiem. Musi przecież kłamać, prawda? Tak mały piesek nie może przecież nikogo pokonać. To znaczy, nie lekceważę wielkości przeciwnika. Znam wiele małych piesków będących wspaniałymi wojownikami. Ale on to ledwie pospolity pieszczoch. Mały zauważył moje niedowierzanie i spojrzał na mnie z wyzwaniem w oczach.
— Chcesz walki? — spytał. — Na próbę? Aby poznać styl przeciwnika? Udowodnię ci, że również potrafię się bić. Nie walczymy na śmierć. Ale jak chcesz, Leon może walczyć z tobą, jak chcesz.
— Nie walczę — powiedział Leonis.
— To już wiemy, kto dłużej pożyje — zaśmiał się szaleńczo Mały, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło. — Zabawimy się?
Skinęłam głową i stanęłam w rozkroku, pozwalając Małemu zaatakować pierwszym. Mniejszy pies z szybkością królika przebiegł mi pod łapami i wybiegł w drugiej strony. Próbowałam się odwrócić, ale Mały złapał mnie za ogon. Krzyknęłam z bólu, a wtedy Mały zaatakował moją łapę. Dokładnie tą samą, która jeszcze nie zdążyła się dobrze zagoić po walce z pająkami. Opadłam na ziemię, dając małemu do zrozumienia, że się poddaję. Naprawdę umie walczyć.
— Musimy się stąd wydostać — zwróciłam się do Leonisa.
— Nie macie szans — parsknął Mały. — Nawet gdyby udało wam się dostać do wyjścia, to te obroże są pod napięciem.
— Pod napięciem? — spytałam.
— Mark może kazać im was zranić — powiedział Mały, a ja wciąż niewiele rozumiałam.
Nie zdążyłam jednak spytać, o co mu chodzi, bo zaraz potem przyszedł Dwunożny, szczekając coś. Nie mogliśmy go zaatakować, bo wciąż mieliśmy na sobie te ograniczenia na pyski.
— Chce, abyście z nim szli — powiedział Mały. — Nie radzę wam mu odmawiać.
Spojrzałam na Leonisa, który niechętnie skinął głową i poszliśmy za Dwunożnym. Dwunożny zdjął nam ograniczenia na pyski, ale wciąż trzymał na obroże w taki sposób, że nie mogliśmy się odwrócić, aby go zaatakować. Zmusił mnie, abym weszła do boksu. Leonisa wciąż trzymał i gdzieś z nim poszedł. Rozejrzałam się po boksie. Był wysoki. Nie da się zaprzeczyć, że tym razem nie będzie tak łatwo uciec. Po chwili, w przeciwległym krańcu boksu pojawił się Leonis. I dokładnie wtedy wszystko zrozumiałam.
— Leonis — zawołałam do niego. — Ten Dwunożny chce, abyśmy walczyli ze sobą. 
<Leonis? Nasze postacie chyba nigdy nie skończą pakować się w kłopoty>
[807 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

29 stycznia 2021

Od Ciemnego Kła — zgromadzenie klanów

Wróciłam do klanu z położonym ogonem i pochyloną głową. Nie pomogłam swojemu przywódcy i zawiodłam ucznia. Dlaczego to zrobiłam? No tak, te dziwne zioła, które podsunął mi Orzechowe Oko. Nie powinnam była mu ufać. Ale denerwowałam się zgromadzeniem, a mój ojciec mówił, że to mi pomoże. Nie mogłam przestać myśleć o śnie, który przyśnił mi się na zgromadzeniu medyków. Czułam, że to coś złego i bałam się. A Orzechowe Oko powiedział, że tamto ziele pomoże mi się rozluźnić i zapomnieć o niebezpieczeństwie. Znów cieszyć się życiem. Jak mogłam być aż tak głupia? Unikając spojrzeń psów mojego klanu, a zwłaszcza Lisiej Łapy, poszłam do legowiska. Miałam nadzieję, że go tam nie zastanę i nie myliłam się. Musiał to sobie widocznie przemyśleć. Rozumiałam, jego ból. Medyk już i tak czuje ból, gdy straci pacjenta, a jeśli dodatkowo pacjentem jest jego ojciec... Wyjrzałam przed legowisko i zobaczyłam przed nim białą sierść. Biała Tęcza. Mimowolnie najeżyłam sierść. Jest teraz nową przywódczynią, prawda? Przecież ona mnie zabije! Za jedną pomyłkę, ale w najmniej odpowiednim momencie mogę ponieść naprawdę ciężką karę. Nie patrzyłam, czy idzie w stronę mojego legowiska. Wycofałam się w jego głąb. Chciałam się tam skulić i wszystko przeczekać.
Przypomniałam sobie, że w najdalszym zakątku mojego legowiska jest szpara. Wystarczająco duża, abym dała radę wymknąć się tylnym wyjściem. Ale czy choroba Ciemnej Gwiazdy mogła być zakaźna? Pokręciłam głową. Jeśli do tej pory nikt się nie zaraził, to już nikt się nie zarazi, prawda? Próbowałam się pocieszać, ale sama nie byłam pewna. Może to aroganckie, zwłaszcza po tym, co zrobiłam Ciemnej Gwieździe, ale potrzebowałam chwili dla siebie. A do mojego legowiska w każdej chwili ktoś mógł wejść.
Wymknęłam się z legowiska i pobiegłam w dal. Chciałam jak najszybciej zapomnieć o wszystkich problemach. Kiedy dość się oddaliłam od obozu, usiadłam zmęczona. Poczułam, że w łapę wbił mi się kolec. Wyciągnęłam go i opadłam na ziemię, aby się położyć.
Czułam żal. Przecież wszyscy wiedzieli, że Ciemnej Gwiazdy nie da się już uratować. A na pewno inni medycy. Co ja miałam zrobić? Nie jestem Gwiezdnym. Jeśli inne psy lepiej zajęłyby się Ciemną Gwiazdą, to proszę bardzo, droga wolna, dlaczego mu nie pomogliście? To ja mam niby dźwigać całe zło tego świata? I pewnie włóczęgów też mam przepędzić z terenów Industrii i Flumine, tak?
— Jesteś zła na inne psy, czy na siebie? — spytał czyjś głos.
Poderwałam się na równe łapy i posłałam swojemu ojcu nienawidzące spojrzenie. To wszystko jego wina. To przez niego wydarzyło się to wszystko. Jednak miał rację. Nie byłam wściekła na inne psy, tylko na siebie. Powinnam się zachować jak przykładny medyk, a ja sugerowałam innym psom, aby dobić mojego przywódcę. Co ja sobie myślałam. Uspokoiłam się i ponownie opadła na ziemię, ignorując Orzechowe Oko.
— Masz rację — powiedział mój ojciec. — Jesteś złym psem, Ciemny Kle. Po twojej śmierci spotkamy się w Infernum.
Nie przeczyłam. Orzechowe Oko ma rację. Jestem złym psem. Być może na zgromadzeniu mogłam zrobić więcej. Wojownicy mogli martwić się włóczęgami, czy niedoborem zwierzyny, ale moim priorytetem jest ratowanie życia innym psom. Nie wywiązałam się z obowiązku. Orzechowe Oko odszedł, ale po chwili rozległ się kolejny głos z zaświatów.
— Racja, nie popisałaś się, Ciemny Kle — powiedział głos suczki. — Ale Gwiezdni ci wybaczą. Dałaś się skusić na zakusy Zgaszonego i zostawiłaś swój klan w najciemniejszej godzinie, ale żałujesz swych błędów. Wracaj teraz do obozu. Mrok jeszcze nie odszedł.
— Rubinowe Futro? — pierwszy raz od lat usłyszałam głos matki. — Rubinowe Futro, słyszysz mnie? Przepraszam, nie powinnam była...
Ale to było bezcelowe. Rubinowe Futro już odeszła. Wstałam i przeciągnęłam się. Moja matka ma rację, raz już zostawiłam swój klan, ale nie zrobię tego ponownie. Będę się bronić, przed śmiercią jako zastępczyni Orzechowego Oka. Umrę jako zastępczyni Rubinowego Futra. Otrzepałam futro z pyłu, który zdążył na nim osiąść, po czym ruszyłam w kierunku swojego klanu. Biała Tęcza zapewne mnie ukaże, ale w końcu po tym co zrobiłam, zasługuję na karę. Nowa przywódczyni jest jednak sprawiedliwa i cokolwiek dla mnie wymyśli, przyjmę to z pokorą. Nie mogę jednak odejść. Klan potrzebuje medyka, a Lisia Łapa jest zbyt młody. Co ja sobie myślałam, każąc mu samemu leczyć Ciemną Gwiazdę? 
[678 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia +5PD za opowiadanie o zgromadzeniu]

18 stycznia 2021

Od Ciemnego Kła CD Lisiej Łapy

Z dumą i z lekkim rozbawieniem obserwowałam swojego ubłoconego ucznia, stojącego z zadowoleniem nad czosnkiem. Wielokrotnie słyszałam historie o medykach, którzy do samego końca szkolenia nie byli pewni, czy ich uczeń powinien się szkolić w tej profesji. Ja jednak nigdy ich nie rozumiałam i prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem. Widząc zadowolony błysk w oku Lisiej Łapy, nie dało się nie zauważyć, że będzie wspaniałym medykiem.
— Bardzo dobrze, młody. — Uśmiechnęłam się przyjaźnie. — Teraz chodź. Powinniśmy wrócić do legowiska odłożyć tam nasz łup. Nie możemy położyć zioła na trawie i iść dalej. Za duże ryzyko, że coś mu się stanie. Nasza rola jest zbyt duża, abyśmy mogli ryzykować bez powodu. W każdej chwili jakiegoś psa może ugryźć szczur, a lepiej, abyśmy mieli wtedy przy sobie czosnek.
Lisia Łapa skinął posłusznie głową. Wzięłam trochę czosnku w zęby, a on zrobił to samo. Przeszliśmy kilka kroków, kiedy zobaczyłem jezioro. Zawahałam się i spojrzałam na Lisią Łapę. Jako medyk powinien się przyzwyczaić do błota, ale czułam, że brud na jego sierści wywołuje u niego dyskomfort. Może źle robię, ale zależało mi, aby mój nowy uczeń za szybko się nie zniechęcił tą pracą.
— Idź się umyj. — Położyłam trawę na ziemi i otarłam się o Lisią Łapę bokiem. — Popilnuję ziół. Tylko postaraj się szybko wrócić. Jak to mówią, czas to zdrowie.
— Naprawdę? — spytał Lisia Łapa. — Czosnku nic się nie stanie?
— Nie martw się — szczeknęłam. — W porządku.
Lisia Łapa podskoczył z zadowoleniem, upuścił czosnek i pobiegł w kierunku jeziora. Zaśmiałam się cicho. Oj, młodość, młodość. Ledwie pamiętam, jak to było za czasów mojej młodości. Jak to dobrze, że Ciemna Gwiazda przydzielił mi ucznia. Młodsza się nie robię i w końcu odejdę do... mam nadzieję, że do Coelum. Kodeks medyka mówi, że medyk może kontaktować się we śnie tylko z Gwiezdnymi, a mnie często odwiedza mój ojciec, który jest zgaszonym. Z drugiej strony, ja go nie wywołuję, więc czy to wciąż moja wina?
— Za tobą! — usłyszałam nagle czyjś głos.
Podskoczyłam, po czym zdałam sobie sprawę, że to był właśnie głos mojego ojca. Orzechowego Oka nigdzie jednak nie widziałam. Coś jednak poruszyło się w zaroślach. Zajrzałam tam ostrożnie.
— Orzechowe Oko — warknęłam niepewnie. — Przestań się wygłupiać i wyjdź. Chcesz porozmawiać, to się pokaż.
W krzakach nie było jednak mojego ojca. Za to poczułam dziwny zapach. Okropny, zatęchły zapach. Wiedziałam, co to jest. Przesunęłam zarośla i zobaczyłam mały, czarny, prostokątny kształt. Kret. Pewnie ten sam, który ukradł nam krwawnik. Warknęłam wrogo. Kret nie ruszał się, ale z pewnością żył.
— Zabij go! — znów usłyszałam głos ojca. — Zabrał ci zioło. Musi cierpieć!
Nie wiem czemu, ale naprawdę czułam potrzebę zabicia tego szkodnika. Jeśli to zrobię, stworzenie nie będzie już zabierało ziół ani mnie, ani mojemu klanowi. Z drugiej strony, kret otwarcie mnie nie atakował. A kodeks medyka mówi, że medyk ma prawo walczyć tylko w obronie własnej. Właśnie w tej chwili wrócił Lisia Łapa.
— Co tam jest, Ciemny Kle? — spytał uczeń, po czym zobaczył, na co patrzę. — Kret! Zabijmy go! On ukradł nasze zioła!
Wzdrygnęła się, słysząc, jak podobne do słów Orzechowego Oka są słowa mojego ucznia. Nie ufam ojcu, ale skoro Lisia Łapa myśli tak samo jak on, to może powinnam zabić kreta? Co ja myślę? Czyżby budził się we mnie duch mordercy, jak w ojcu? Jestem medykiem. Nie powinnam zabijać żadnego stworzenia, jeśli to ono mi nie zagraża. Orzechowe Oko to zimnokrwisty zabójca, a Lisia Łapa to dopiero uczeń. Poczułam od kreta woń choroby. To dlatego się nie rusza. Żyje, ale wciąż kona. Pokręciłam głową. Nie ma sensu go zabijać.
— Nie — powiedziałam twardo. — Umiera. Nie ma sensu tego przyśpieszać.
— Ale... — zawahał się Lisia Łapa.
— Nie — warknęłam przez zęby, nie wiedząc, skąd się bierze moja chęć zabicia tego stworzenia. — To jeden z punktów kodeksu medyka. Medyk ma prawo walczyć wyłącznie w obronie własnej. — Spojrzałam jeszcze raz na konające zwierzę.
Przeszło mi przez myśl, że może zabicie tego stworzenia byłoby dla niego łaską i poczułam zadowolenie, że nie muszę go zabijać. Pokręciłam głową ze strachem. Cieszę się cierpieniem innego stworzenia? Co się ze mną dzieje?
— Mądrzejesz — zaśmiał się drwiąco głos Orzechowego Oka.
<Lisia Łapo?>
[667 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia, Lisia Łapa 2 Punkty Treningu]

2 stycznia 2021

Od Ciemnego Kła CD Lisiej Łapy

Uśmiecham się sentymentalnie, widząc ekscytację mojego nowego ucznia. Sama pamiętam, jak zaczynałam swoje szkolenie, więc nie powinnam mieć do niego pretensji, że się cieszy. Jednak lizusostwo mógłby sobie odpuścić. Zaśmiałam się w duchu, już myśląc o niespodziance podczas naszego pierwszego ćwiczenia.
— Chodź, młody. — Trącam go łagodnie nosem. — Zaczynasz szkolenie.
Lisia Łapa podskoczył, po czym przykucnął na czterech łapach wyrażając skruchę. Stłumiłam rozbawione mruknięcie.
— Nie musisz wstrzymywać szczęścia. — Szczeknęłam łagodnie. — Wybiegaj się póki jeszcze możesz. Bo kiedy już zostaniesz pełnoprawnym medykiem, ani się obejrzysz, aż mięśnie zaczną ci niedomagać.
— Jeśli sugerujesz, że jesteś stara — zawołał potulnie Lisia Łapa — to bez obaw. Jesteś niewiele starsza od Ciemnej Gwiazdy. Przynajmniej tak mówiła mi mama. Aby nie wypominać ci wieku.
Westchnęłam, udając irytację, ale tak naprawdę czułam tylko rozbawienie. Jak ja lubię, gdy młodzi się tak zachowują. Udają dorosłych, a tak naprawdę wciąż mają mleko pod nosem.
— Przepraszam — powiedział Lisia Łapa — Uraziłem cię? Nie chciałem...
— Nie przejmuj się — powiedziałam, po czym powąchałam w powietrzu. — Co czujesz?
— Jakiś ostry, mocny zapach. — Powąchał Lisia Łapa. — Co to?
— To akurat była wiewiórka. — Uśmiechnęłam się. — Spróbuj ponownie. Zapach dobiera z tamtej strony.
— Czuję — powiedział Lisia Łapa. — Trochę... nieprzyjemne. Dziwnie się czuję od tego zapachu.
— To krwawnik — powiedziałam mu. — Używamy go aby wywołać wymioty, gdy jakiś pies zje coś, co mu zaszkodzi. Chodź, prowadź do niego.
Lisia Łapa długo się nie wahał. Podobał mi się jego zapał. Przyznam, że raz udało mu się zgubić drogę, ale poza tym, idealnie sobie poradził odnajdując ładne skupisko białej rośliny.
— Wspaniale — pochwaliłam go — Teraz trzeba go wykopać. Odwróć łapę w ten sposób, rozszerz pazury i kop w tamtym miejscu.
Mój uczeń się skrzywił. Rozumiałam jego rozczarowanie. Szukanie ziół jest o wiele przyjemniejszym zajęciem, niż ich wykopywanie. Mój uczeń spojrzał na mnie z niepewnością w oczach.
— Nie ma innego wyjścia, aby to wydobyć? — szepnął niepewnie. — Moje futerko...
— Śmiesz wątpić w słowa swojej mentorki? — syknęłam żartobliwie, po czym cofnęłam się niepewnie, widząc, że młodzik nie zrozumiał żartu i moje warknięcie naprawdę go przestraszyło. — Nie przejmuj się. Wygłupiałam się tylko.
— Medycy też się wygłupiają? - zaciekawił się Lisia Łapa.
— Częściej niż wojownicy. - uśmiechnęłam się. - Też musimy mieć jakąś przyjemność w życiu. Niestety, musisz wykopać, ale obiecuję, że jeśli kiedykolwiek odkryje inny sposób, dowiesz się pierwszy.
Lisia Łapa pomachał nerwowo ogonkiem, po czym zaczął kopać. Nie wykopał jeszcze całej rośliny, kiedy się zawahał i powąchał w powietrzu. Zrobiłam to samo. Nie dało się ukryć, że nie byliśmy sami. Naszym gościem nie był pies, a raczej...
— Kret — warknęłam. — Kop szybciej. Nie są niebezpieczne, ale i tak potrafią zepsuć dzień medykom. Jeśli się nie pośpieszysz...
Za późno. Nie minęła chwila, a już krwawnik zniknął pod ziemią, złapany przez czarne zwierzę. Nie mogłam nawet go zobaczyć. Krety to padli złodzieje ziół. Chciałabym kiedyś móc dać im nauczkę. Nie jestem nawet pewna, czy one zjadają zioła, które nam zabierają, czy po prostu robią to złośliwie.
— Co to było? — spytał Lisia Łapa.
— Kret. — westchnęłam z niechęcią. — Kradną nam czasem zioła. Są irytujące, ale nie niebezpieczne. Zostawmy go i poszukajmy czegoś innego.
Powiedziałam to spokojnym tonem, ale łapy mrowiły mnie, aby zacząć rozkopywać dziurę, która została w miejscu, gdzie kiedyś był krwawnik i przynieść mojemu klanowi krecie mięso na obiad. Spuściłam głowę i odwróciłam się. Trudno. Powinnam zapomnieć o tym krwawniku. Trzeba pokazać młodemu coś innego.
<Lisia Łapo?>
[542 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

15 grudnia 2020

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Cóż, będę szczera. Nie mam pojęcia, co robić. Ustawienie klatek wskazuje, że nie uciekniemy tak jak poprzednim razem. Jedyne, co mogę na razie zrobić to obserwować, jak potoczy się sytuacja. Obok nas, leżała jeszcze jedna klatka, chodź nie widziałam, kto jest w środku. Jednak ewidentnie ktoś w niej był, gdyż czułam w niej świeży zapach psa.
— Cześć — powiedziałam spokojnie. — Jak ci na imię?
Przez bardzo długi czas nie usłyszałam odpowiedzi. Byłam już pewna, że może tam nikogo nie ma, kiedy zobaczyłam nieśmiało wysuwającą się główkę małej, białej suczki. Wstrzymałam oddech. Była młoda. Gdyby należała do klanów, nie wiem, czy byłaby już uczniem.
— Moi Dwunożni nazywali mnie Śnieżynka — powiedziała suczka. — Ale ci tutaj mówią na mnie Głupi Kundel.
— Oni mówią tak na wszystkich. — Usłyszałam rozbawiony głos kolejnego psa. - Jestem Niedźwiedź.
— Jesteś włóczęgą, prawda? — Zaciekawiłam się. Widać, nie należał do żadnego z klanów.
— Zgadza się — odparł Niedźwiedź. — Kiedyś byłem pieszczochem. Matka mieszkała z Dwunożnymi, a ojciec był psem klanowym, chyba... Ventus, tak to nazywacie? Wychowałem się z matką. Dwunożni, nie traktowali nas jednak dobrze. Zostałem ze względu na matkę, ale po jej śmierci odszedłem, by zostać włóczęgą. Dożyłem starości żyjąc samotnie w dziczy, ale... lata już nie te. Teraz głównie spałem w swoim legowisku z liści i czekałem na śmierć. To właśnie tam złapali mnie ci Dwunożni.
— Wydajesz się być zadowolony, że nas tu trzymają — zauważył Leonis.
— Przyznam, owszem. — Uśmiechnął się Niedźwiedź. — Przynajmniej dostałem szansę, aby umrzeć z honorem w walce.
| Wymieniliśmy z Leonisem pobłażliwe spojrzenia. Jako medycy, nie rozumiemy tej komicznej motywacji większości psów (pomijając pieszczochów), aby rzucać się do walki. Prawda, okazują tym odwagę, ale przecież, śmierć to śmierć. Czym różni się spotkanie z nią na polu bitwy od skonania w swoim legowisku?
— Moi Dwunożni wyjechali, zostawiając mnie samą w domu — powiedziała Śnieżynka. — Postanowiłam skorzystać z okazji i zwiedzić okolice. Gdy zobaczyłam tych Dwunożnych, pobiegłam się przywitać. Ale oni... oni... — Głos jej się zaciął.
— Jesteś pieszczoszką? — parsknęła suka, które zaczepiła nas jako jedna z pierwszych. — Nie robicie niczego sami. Jesteście niewolnikami Bezwłosych. Ja sama, od księżyca niosę w brzuchu trójkę młodych i sama za siebie poluję.
— Nie sama, tylko ze mną, Strzało — mruknął drugi pies, który nas zaczepił. — Jestem Łapa. Partner Strzały. Zostaliśmy złapani na spacerze. Po prostu.
Spojrzałam po swoich towarzyszach niedoli. Wszyscy byli starsi, młodzi, lub w ciąży. Nie było wątpliwości, że Dwunożni łapali te psy, które jak uznali nie mają szans z Jastrzębiem. Mają rację, osobno możemy równie dobrze teraz zbiorowo sami się zabić. Ale jeśli zaatakujemy w większej grupie... Usłyszałam kroki Dwunożnego.
— Spróbujcie go sprowokować — szczeknęłam. — Niech weźmie wszystkich do walki. Ze wszystkimi nie ma szans.
— Znowu poczuje rozkosz walki z nowo poznanymi psami we wspólnej sprawie. — Uśmiechnął się Niedźwiedź.
— Będziemy mieli większe szanse — uznał Łapa.
— Może jednak ja i moje szczeniaki przeżyjemy? — zawahała się Strzała.
Tylko Leonis pozostawał sceptyczny wobec mojego pomysłu. Spojrzeniem dałam mu znać, aby mi zaufał. Nie wiem skąd, ale czułam, że ten plan może wypalić. Właśnie w tej chwili wszedł Dwunożny i wziął klatki moją i Leonisa. Inne psy zaczęły ujadać.
— Cisza — szczeknął.
— Może weź wszystkie — zawył drugi, który właśnie schodził. — Będzie lepsza zabawa.
— Chcesz od razu wszystkie zmarnować? — warknął pierwszy.
— Złapiemy nowe. — Wzruszył ramionami drugi.
Pierwszy Dwunożny skinął głową i pozwolił drugiemu wziąć inne klatki. Nie wiem, czy rozsądne jest branie na bitwę szczenięta i starszych, ale Dwunożni i tak by ich zmuszali do walki. A każdy wiek ma swoje zalety, które my możemy wykorzystać.
— Śnieżynka — zawołałam. — Biegaj między łapami wroga, nie dając się złapać. Niedźwiedziu, postaraj się go gryźć za każdym razem, gdy przestanie zwracać na ciebie uwagę. Strzało, chroń tych, którzy znajdą się w niebezpieczeństwie. Leonis, szukaj drogi ucieczki. Nikt dziś tu nie zginie.
— A jeśli poszczują nas Jastrzębiem i Kruszyną? — spytała Strzała.
— To wezmę na siebie Kruszynę — warknęłam. — Postaram się odwrócić jej uwagę, dopóki Leonis nie znajdzie wyjścia. Niedźwiedziu, rób z nią to samo, co z Jastrzębiem. Śnieżynko, skup się na Jastrzębiu.
— Właśnie skazałaś te psy na śmierć — warknął Leonis.
— Już wcześniej byli na nią skazani — westchnęłam. — Teraz mają szansę przetrwać.
W tej właśnie chwili Dwunożny położył nasze klatki i je otworzył. Znaleźliśmy się w jakimś boksie, w którym stali już Jastrząb i Kruszyna. Ślina ciekła obu psom z pysków. Czułam dreszcze na plecach.
— Gwiezdni, miejcie nas w opiece — szepnęłam.
<Leonisie?>
[703 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

1 grudnia 2020

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Uśmiechnęłam się wyczerpana. Stoimy w małej, ciemnej uliczce, wciąż nie czując nawet zapachu naszych pobratymców, z trudem uciekliśmy prześladowcą w postaci tej tak zwanej Bestii, jak myszojady mianowały tych irytujących Dwunożnych, a Bezgwiezdny martwi się, że nie znaleźliśmy lnu. Stłumiłam rozbawione mruknięcie, po czym doszłam do wniosku, że wypadałoby wreszcie pozbyć się ojca i wziąć sprawy we własne łapy.
— Dobrze, ojcze — powiedziałam. — Możesz odejść.
— Nie wypełniłem swojego zadania... — wahał się Orzechowe Oko.
— Uciekliśmy Dwunożnym i tylko to się liczy — syknęłam.
— Ale oni uprowadzili kocięta — sprzeciwił się Orzechowe Oko. — Nie możesz tego zignorować. To gorsze, niż wszystkie moje postępki.
— Utrzymywanie się przy życiu to zdrada? — warknęłam coraz bardziej zirytowana.
— Nie, wpatrywanie się bezczynnie w niesprawiedliwości świata — syknął Orzechowe Oko.
Wciąż chciałam się z nim kłócić, aż zdałam sobie sprawę, że on, tak czy inaczej, nigdy wcale nie zamierzał odejść. Poczułam narastającą wściekłość, po czym usłyszałam, że silnie o czymś myśli. Tylko nie bez, tylko nie bez, tylko nie bez! I już wszystko wiedziałam. Nie dam rady się go sama pozbyć, ale łatwo może go wypędzić bez. Mimowolnie się uśmiechnęłam. W czasie tej wycieczki bez staje się bardziej użyteczny niż len. Gdzie znajduję się bez? Blisko ogrodów Dwunożnych. Starałam się jak najciszej o tym myśleć. Musiałam teraz jakoś sprytnie zmanipulować chłopaków. Orzechowe Oko, aby dał się nabrać i Leonisa, aby się przy nim nie zdradził. Musiałam liczyć na ego mojego ojca.
— Len jest mi naprawdę potrzebny — stwierdziłam. — Pozostań jeszcze do znalezienia lnu, jeśli chcesz. Wiem, że znajduje się niedaleko ogrodów Dwunożnych.
— Zgoda — poczułam zadowolenie ojca.
Miałam już pewien zarys planu i liczyłam, że się powiedzie. Musiałam jak najszybciej pozbyć się mojego ojca.
— Chodź, Bezgwiezdny — powiedział Orzechowe Oko. — Poszukamy lnu. Powinien być blisko ogrodów Dwunożnych prawda?
— Niezupełnie — zawahał się Leonis. — Spodziewam się go raczej na jakieś łące...
— Pewnie — zaśmiał się Orzechowe Oko. — Jako Bezgwiezdny trudno się dziwić, że jesteś nieco do tyłu. Idziemy!
— Co w ciebie wstąpiło? — syknął Bezgwiezdny.
Poczułam satysfakcję. Słusznie zdałam się na ego Orzechowego Oka. Niewiele jest psów tak samolubnych jak mój ojciec. Musiałam teraz postarać się uspokoić nieco Leonisa. Nic nie wyniknie z prób wytłumaczenia mu mojej sytuacji. Jako Bezgwiezdny jest o wiele bardziej odległy ode mnie. Przypomniały mi się czasy, kiedy jeszcze był wierzący, ale chwilę potem się otrząsnęłam. To nie czas, ani miejsce na wspominki.
— Przekaż mu, że rzeczywiście len powinien być na łące, ale przy wielu domostwach Dwunożnych są również odpowiednie warunki, a kto wie. Może znajdziemy tam jeszcze jakieś psy, które wiedzą, gdzie mogą być klany.
Orzechowe Oko wszystko powtórzył. Leonis jeszcze chwilę czynnie okazywał irytację i mruczał coś takiego, że kiedy niby ostatnio wyszło nam na dobre zaczepianie obcych. Jakiś czas później jednak zrezygnował z kłótni, uznając, że i tak zaglądnięcie do ogrodów nie powinno nam sprawić za dużych problemów, więc ruszyliśmy. Następnie, zdarzyło się coś niesamowitego, nie uwierzycie, sama bym się tego nie spodziewała. Znaleźliśmy domostwo Dwunożnych. Bez żadnych kotów, agresywnych Dwunożnych, mrówek, czy innych niespodzianek. Zobaczyłam bez po drugiej stronie ogrodzenia. Liczyłam, że ponieważ Orzechowe Oko nigdy nie był medykiem, nie rozpozna tej rośliny, więc zwróciłam jego uwagę na nią. W ogrodzie zobaczyłam też trochę prawdziwego lnu, więc Leonis nie powinien mieć żadnych powodów, aby zaprotestować.
— To len — powiedziałam. — Zerwij trochę!
Orzechowe Oko zgodnie z moimi oczekiwaniami zaczął robić podkop pod ogrodzeniem. Leonis nie przestawał na nas patrzyć z dezaprobatą, ale nie przeszkadzało mi to. Zaraz wszystko wróci do normy.
— Po drugiej stronie może być coś agresywnego — zauważył.
— Jeśli len jest niebezpieczny — zaśmiał się Orzechowe Oko.
Zawahałam się. O tym nie pomyślałam. Ale jeśli tam jest bez, który pozwoli mi pozbyć się Orzechowego Oka, to uważam, że warto. Jeśli Orzechowe Oko opęta mnie na stałe, to kto wie, ile złego może zrobić. Orzechowe Oko z kolei nie zwracał uwagi na Leonisa, najwyraźniej przekonany, że cokolwiek tam jest, poradzi sobie z tym. Po kilku minutach wykopał wystarczająco dużą dziurę, aby przejść na drugą stronę. Leonis poszedł za nami, lecz nie mogłam nie zauważyć jego nastroszonej sierści. Orzechowe Oko lekkim krokiem podszedł do krzaka i ledwie go dotknął, upadł na ziemię.
— To... była... pułapka... — wysapał, po czym zapanowała ciemność.
Nie wiem, jak długo trwała, ale po jakimś czasie obudziłam się w swoim ciele. Wstałam, otrząsnęłam się i z zadowoleniem poszukałam wzrokiem Leonisa. Nie martwię się o ojca. Najpewniej odszedł do Infernum, skąd przybył. Jednak mój optymizm zgasł prawie tak szybko, jak się pojawił. Kiedy wreszcie zobaczyłam Leonisa, medyk Bezgwiezdnych stał naprzeciwko dwóm, wielkim psom... pieszczochom? Na typowe pieszczochy, o których jak dotąd słyszałam, nie wyglądały. Jeden to masywny, pomarańczowo-czarny basior, podobny nieco do mojego... starego przyjaciela z Flumine Odważnego Kła, który umarł jakiś czas temu z powodu, z tego co mi wiadomo, upadku z dużej wysokości, a jego koleżanką była wielka, czarna suka z brązowym pyskiem, długą szyją i trójkątnymi uszami. Leonis miał jednak rację. Te psy niewątpliwie były niebezpieczne. I istnieje naprawdę duże ryzyko, że nie podoba im się nasza obecność na ich terytorium.
— Bójcie się, szczeniaki — warknął ten pomarańczowo-czarny.
— Pourywamy wam ogony — dodała suka.
Odruchowo podwinęłam ogon, podobnie jak Leonis, który cały czas cofał się w naszym kierunku. Wciąż stojąc przodem do przeciwników, odwrócił głowę i rzucił mi spojrzenie pełne dezaprobaty.
— I widzisz, w co nas wpakowałaś? — warknął Bezgwiezdny.
<Leonisie?>
[859 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

22 listopada 2020

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Cały czas śledziłam rozwój sytuacji, choć nie mogłam zareagować. Orzechowe Oko całkowicie przejął nade mną kontrolę i ta niemoc mnie przerażała. Jednak, przerażenie wywołane niemocą było niczym w porównaniu z tym, kiedy zorientowałam się, że Orzechowe Oko poległ. Nie pokonał Dwunożnych i na dodatek sam dał się złapać. Nie, to nie było przerażenie. To była wściekłość. Jak ten dumny, waleczny pies, który doprowadził do niepotrzebnej śmierci tylu szlachetnych wojowników, mógł dać się podejść zwykłym Dwunożnym? Widziałam teraz ciemność. Orzechowe Oko wyraźnie spał. W jaki sposób pozwolił się tak łatwo unieszkodliwić, było dla mnie nie do pojęcia, ale choć widziałam wszystko z jego perspektywy, nie odczuwałam jego bólu w czasie walki.
— Orzechowe Oko! — zawołałam. — Orzechowe Oko, obudź się. Muszę zobaczyć, co się stało.
Przez chwilę nic się nie działo, po czym zdałam sobie sprawę, że mój ojciec się poruszył i szybko zamrugał. Dopiero teraz zdołałam obeznać się z sytuacją. Było gorzej, niż myślałam. Dwunożni nas gdzieś uwięzili. Byłam w klatce na jakieś półce. Bezpośrednio naprzeciwko mnie, uwięzionego w dokładnie taki sam sposób co ja, zobaczyłam Leonisa.
— I spójrzcie, kto tu się obudził — warknął z urazą drugi medyk. — Nauczyłaś się dzisiaj czegoś mądrego? Na przykład, aby nie rzucać się na Dwunożnego, bo można skończyć w takiej sytuacji, w której się właśnie znaleźliśmy?
— Nie marudź, Bezgwiezdny — ziewnął Orzechowe Oko. — Musisz się nauczyć być... elastycznym. Przystosować się do otoczenia. Wszystko wedle planu. Dostaliśmy się do ich kryjówki. Teraz tylko musimy wydostać się z tych pudeł i ją spenetrować.
Parsknęłam śmiechem ze zrezygnowaniem. Wiedziałam, że Orzechowe Oko nie miał żadnego planu, tylko udawał pewnego siebie, aby zrobić wrażenie na Leonisie. Czyżby wielki wojownik i najcichszy zabójca próbował zaimponować medykowi Bezgwiezdnych?
— Cicho bądź — usłyszałam myśli Orzechowego Oka. — Medyk Bezgwiezdnych czy przywódca Flumine, zapamiętaj, że każdego trzeba nauczyć szacunku do swojej osoby.
Następnie, mój ojciec cofnął się do samego brzegu klatki. Na początku nie wiedziałam, co zamierza zrobić, ale kiedy wreszcie zrozumiałam jego zamiar, spanikowałam.
— Nie rób tego — syknęłam. — To najgłupsza rzecz, jaką możesz teraz zrobić.
Było już za późno. Orzechowe Oko zaszarżował na pręty klatki, po czym upadł na bok z wyraźnym cierpieniem. Nie czułam jego bólu, ale wiedziałam, że tylko siłą woli powstrzymuje się przed zawyciem.
— Ty naprawdę postradałaś zmysły w czasie naszej podróży. — Ku mojemu zaskoczeniu, w głosie Leonisa wcale nie było drwiny, a... współczucie.
Orzechowe Oko wstał i otrzepał się, starając się zachować resztki dumy. Nie czułam jego bólu, a jedynie emocje. I wiedziałam, że czuje niepokój przed własną niemocą i boi się skompromitować. Litości, to nie twój kłopot, a mój. Co oni w ogóle robią z psami? Zamieniają w swoje pieszczoszki, czy od razu zabijają? O nie, ja się nie dam zmienić w pieszczoszka. Po moim trupie.
— Orzechowe Oko — zwróciłam się do ojca. — Muszę porozmawiać z Leonisem. Bądź moim mediatorem.
— Ciemny Kieł chce z tobą porozmawiać — powiedział do Leonisa, a widząc niezrozumienie na pysku Bezgwiezdnego, zaśmiał się. — Nie, nie jestem nią. Spodziewałem się, że nawet mimo twej słabej wiary domyślisz się, co tu się dzieje. Witaj, nazywam się Orzechowe Oko i jestem ojcem Ciemnego Kła. Zgodziła się, abym ją opętał i pomógł wam z Dwunożnymi.
Pamiętacie, jak wspominałam, że jestem wściekła na ojca? Nie wiedziałam wtedy, czy mogę jeszcze bardziej go nienawidzić. Teraz się dowiedziałam. Można. Jak on śmiał zrobić ze mnie jeszcze większą wariatkę. Pozostała mi tylko nadzieja, że Leonis, mimo że jest Bezgwiezdnym, uszanuje moją wiarę.
— Jak wrócimy do klanów — szepnął tak cicho, że prawie do siebie Leonis — to osobiście pójdę do Ciemnej Gwiazdy i poproszę go o to, aby odesłał cię do Starszyzny.
— Leonis, musimy porozmawiać — syknęłam. — Jesteśmy w poważnych tarapatach, wiem. Jeśli będziemy współpracować, to może uda się nam uciec.
— A to dobre — parsknął Orzechowe Oko. — Ciemny Kieł mówi, że powinniśmy wszyscy się złapać za łapki i śpiewać piosenki o przyjaźni.
— Nie parafrazuj mnie — warknęłam. — Współpraca to co innego. Przekaż mu wszystko słowo w słowo.
Leonis już się cofał. Nie dziwiłam mu się. Mnie już od dawna mój zmarły ojciec działał na nerwy. Z drugiej strony, gdyby żył, to byłyby z nim znacznie większe kłopoty. Orzechowe Oko westchnął z rezygnacją i przekazał wszystko Leonisowi. Zaczęłam się zastanawiać, czemu Orzechowe Oko wciąż mnie opętuje.
— Umawialiśmy się — usłyszałam. — Odejdę dopiero wtedy, gdy pomogę wam z Dwunożnymi. I nikt ani nic nie sprawi, że odejdę wcześniej.
Nim Leonis zdążył odpowiedzieć na moją ofertę współpracy, przyszedł Dwunożny. Otwierał każdą klatkę i wkładał coś do środka. Kiedy doszedł do mnie, Orzechowe Oko wyraźnie się spiął. Wiedziałam, co chce zrobić i choć czułam, że to nic nie da, dałam mu zrobić, co zamierzał. Wyskoczył z klatki, po czym bardzo szybko się zorientował, że jego klatka leżała dość wysoko. Upadł i nim zdążył stanąć na łapy, Dwunożny znów go złapał.
— Głupi kudłacz — zaskrzeczał Dwunożny, choć go nie rozumiałam. Oni w ogóle wiedzą, że to, co robią, nam się nie podoba? Dla nich to może zwykła zabawa?
Dwunożny odszedł wsypać to coś do pozostałych klatek, a Orzechowe Oko powąchał, co to jest.
— Fuj — warknął. — Jedzenie pieszczochów. Gorzej być nie może.
— Ej, a wy może przestalibyście wrzeszczeć na całego Potwora — usłyszałam głos z dołu. — Niektórzy tu próbują jeść. Niewykluczone, że to będzie nasz ostatni posiłek.
Nie wiem czemu, ale byłam pewna, że jesteśmy tu sami z Dwunożnymi. Nie spodziewałam się innych więźniów. Jednak obecność innych podniosła mnie na duchu.
— Mówcie sobie co chcecie, ale ja nie zamierzam tego jeść — usłyszałam inny głos. — Długo tu nie pożyję, ale nie zamierzam dać Dwunożnym tej satysfakcji, aby moim ostatnim posiłkiem była jakaś papka, co nawet nie wygląda jak mięso. Mam swoją godność.
— Kto tu jeszcze jest? — zawołał Leonis.
— Jestem Słoneczny Wzrok — powiedział pierwszy głos. — Wojowniczka klanu Wschodu. A ten drugi to Lisi Krok. Również wojownik.
— A ja nazywam się Sosenka — zawołał cieniutki głosik, a ja zdałam sobie sprawę, że futro Orzechowego Oka się nastroszyło.
— Trzymają tu kociaki — warknął. — Nawet ja nie krzywdziłem młodych. Dwunożni muszą być prawdziwymi bestiami.
— Jestem Leonis — przedstawił się Bezgwiezdny. — A tam jest Ciemny Kieł aka Orzechowe Oko.
— Macie jakiś pomysł, jak stąd uciec? — spytała z nadzieją w głosie Słoneczny Wzrok.
Mimo wyraźnej nadziei w głosie kotki czułam, że straciła już wolę walki. Jednak Lisi Krok zachował siłę, która nie pozwoliła mu się poddać. Czuł, że jak już zginąć, to jak wojownik, a nie pieszczoch. Podobało mi się to nastawienie. Dało mi to też pewien pomysł.
— Orzechowe Oko — powiedziałam. — Napieraj na kraty. Nie szarżuj, tylko pchaj. Postaraj się zrzucić klatkę.
Orzechowe Oko zawahał się, wyraźnie niechętny wobec ponownego upadku na ziemię. Uśmiechnęłam się, po czym szczeknęłam zachęcająco.
— Możemy tylko umrzeć — zawołałam. — Co masz do stracenia?
— Jedna śmierć mi wystarczy — mruknął bez entuzjazmu Orzechowe Oko, ale naparł na klatkę.
Zawyłam ze szczęścia, kiedy okazało się, że się udało. Klatka upadła na podłogę, ale jeszcze się nie otworzyła.
— Każ Leonisowi zrobić to samo — zawołałam.
Kiedy Orzechowe Oko to zrobił, Leonis nie krył dystansu i mój ojciec musiał go chwilę namawiać, ale kiedy Leonis wreszcie zrozumiał, że mój plan to jedyne, co w tej chwili mamy, zrobił, co od niego oczekiwałam. Jego klatka upadła w miarę blisko mojej. Ulżyło mi, bo bałam się, że będziemy musieli jeszcze przez jakiś czas manewrować klatką.
— Orzechowe Oko, nie dosięgniesz do zamka w swojej klatce — powiedziałam. — Ale dosięgniesz do zamka Leonisa. Wiesz, co robić.
Orzechowe Oko westchnął z niechęcią, ale przełożył z niewielkim trudem łapę przez kratę w klatce i podważył zamek w klatce Leonisa. Po kilkuminutowych zmaganiach z zamkiem przeciwnik puścił i Leonis był wolny. Bezgwiezdny nie wahając się nawet, otworzył moją klatkę.
— Musimy uratować również koty — stwierdziłam. — Koty kotami, ale nie powinniśmy ich zostawić.
Koty, pomimo że nie wiedziały o naszym sojuszu z Mysią Gwiazdą, nie okazywały wrogości ani na chwilę. Wszyscy wiedzieliśmy, że tym razem gatunek nie ma znaczenia, kiedy wszyscy siedzimy w tym samym bagnie. No, chyba że chodzi o krokodyla. Wtedy jest problem. Otworzyliśmy wszystkie klatki, kiedy ponownie wszedł Dwunożny. Poczułam, że pierwszy raz odkąd tu trafiliśmy, Orzechowe Oko uśmiecha się z dziwną satysfakcją.
— Wszyscy uciekają — zarządził. — Ja się zajmę tą Bestią.
<Leonisie?>
[1313 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]