Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolorowy Wiatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolorowy Wiatr. Pokaż wszystkie posty

18 kwietnia 2022

Od Kolorowego Wiatru CD Jaśminowej Łapy


W odczuciu Kolorowego Wiatru trening Jaśminowej Łapy szedł pomyślnie. Widziała, że suczka robi postępy i pojmuje przekazywane przez nią mądrości. Mentorka była niesamowicie dumna ze swojej uczennicy i z szerokim uśmiechem obserwowała jej poczynania, ale nie tylko. Cieszyła się, że może obserwować, jak dorasta i nabywa nowych umiejętności. Teraz przerabiały już dużo trudniejsze manewry, ponieważ podstawy miała opanowane i nie sprawiały jej już problemów.
Cały proces zwolnił odrobinę, kiedy Rzepakowa Gwiazda przydzieliła Autumn do pilnowania Żałobnej Pieśni. Wojowniczka wietrznych miała przez trzy księżyce przebywać na terenach ognistych, aby razem z Ciepłą Pleśnią odchowywać swoje szczeniaki i uczyć ich kultur obydwu klanów. Kolorowa zdecydowała się obdarzyć ją swoją niezwykłą uprzejmością i sprawić, żeby czuła się tu jak u siebie, na czym mimowolnie cierpiały treningi z Jaśminową Łapą. Wojowniczka nie mogła się przecież rozdwoić, chociaż w tamtym momencie naprawdę czuła taką potrzebę. Dlatego również swoją uczennicę angażowała w nietypową sytuację rodzinną międzyklanowych szczeniaków, ucząc ją, jak ważnym jest niesienie pomocy tym, którzy jej potrzebują.
— Kolorowy Wietrze, dlaczego Ciepła Pleśń złamał kodeks? — zapytała któregoś razu.
— Co masz na myśli, skarbeńku? — spojrzała ciepło na Jaśminkę.
— Żałobna Pieśni nie jest z naszego klanu, dlaczego założył z nią rodzinę? — sprecyzowała.
Kolorowy Wiatr zamyśliła się.
— W zasadzie w kodeksie nie jest to dokładnie powiedziane — zaczęła ostrożnie.
Gdzieś z tyłu głowy paliła jej się czerwona lampka. Sowi Pazur co jakiś czas przyglądał się jej treningom, wciąż nie ufając suce. Nie byłby zadowolony, że podchodzi raczej płynnie do kodeksu, i tego samego uczy Jaśminową… Z drugiej strony, Wiatr nie czułaby się dobrze, przekazując jej inne wartości, niż sama wyznaje.
— Jak to? — Jaśminka przekręciła głowę, oczekując rozwinięcia wypowiedzi.
— Widzisz, kodeks przewiduje spotkania z innymi klanami. Przewiduje też przyjaźnie z nimi. I mówi o lojalności wobec klanu. Nie mówi jednak o rodzinie poza nim. Zobacz, to trochę tak, jak z klanem Bezgwiezdnych. Gdyby twoja siostra, Sasankowy Wicher, odeszła, przestałaby być twoją siostrą?
— No… nie — odpowiedziała niepewnie.
— Ciepła Pleśń założył rodzinę, ale czy można to uznać za zdradę klanu? Wielu wojowników powie ci, że tak. Nie jestem w stanie ci na to dobrze odpowiedzieć, Jaśminowa Łapo. Myślę, że sama powinnaś zastanowić się nad tym i zaufać swojemu sercu, postępować zgodnie z nim.
— To ty nie wiesz wszystkiego, Kolorowy Wietrze? — zdziwiła się uczennica.
Autumn roześmiała się ciepło. Ciche dzwonienie łańcuchów odezwało się w jej głowie.
— Nie, kochanie. Nie wiem wszystkiego.
Niedługo potem Wieczorynka, Różyczka i Szept dorosły do wieku uczniów. Pierwsza z nich została w klanie ognistych, mianowana Wieczorną Łapą, pozostałe dwie odeszły razem ze swoją mamą na tereny Ventusu, aby tam odbyć trening na wojowniczki. Dla Kolorowego Wiatru oznaczało to jedno. Powrót do normalnego toku treningów ze swoją uczennicą.
— Dobrze, Jaśminowa Łapo. Dziś chciałabym zobaczyć, jak ci idzie wspinaczka. — Odparła mentorka, zatrzymując się przed dużą, rozłożystą wierzbą.
Nie bez powodu wybrała to drzewo. Ze względu na dobre rozłożenie gałęzi, było jednym z prostszych na początek. Nie było również zbyt wysokie, więc w razie upadku uczennica nie potłukłaby się mocno.

<Jaśminowa Łapo? Wybacz bycie okropną, nieodpisującą mentorką ;-;>
[487 słów: Kolorowy Wiatr otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia, a Jaśminowa Łapa 2 Punkty Treningu]

18 listopada 2021

Od Kolorowego Wiatru CD Koniczynowej Łapy

Koniczynka bardzo przypominała mi charakterem dwójkę moich dzieci. Zawsze było ich wszędzie pełno, nigdy się nie słuchali, a kiedy byli w zasięgu mojego wzroku oznaczało to, że nabroili coś tak mocno, że nie wyżyją bez mojej matczynej ochrony i wstawienia się za nimi. Wykorzystywali każdy moment, żeby wyjść z mojego pola widzenia i odkrywać świat na własną łapę. Kochałam ich niesamowicie, ale nikt nigdy nie przysporzył mi tylu załamań nerwowych, co ta dwójka. Ile razy musiałam tłumaczyć się za głupie żarty, którymi zdecydowanie przegięli, albo za wszystkie przekroczone przez nich granice… Uspokoili się, dopiero kiedy dorośli. Szukając w popłochu schowanej Koniczynki, modliłam się, a niech będzie, że do Gwiezdnych, aby i ona wyrosła z olewania wszelkich zasad i przeświadczenia, że wszystko wie lepiej. W końcu udało mi się ją znaleźć.
— Koniczynko, złamałaś zasady. Wracamy do obozu — powiedziałam ze smutkiem.
— Ale tak było ciekawiej! Mamo no weź!
Złapałam ją za kark i podniosłam. Wtedy zrozumiała, że nie żartuję. Przeniosłam ją tak aż do granic klanu (co wcale nie było łatwe, kiedy próbowała mi się wyrwać i wykrzykiwała różne rzeczy).
— Koniczynko, sprawiłaś mi dziś bardzo dużą przykrość i pokazałaś, że nie mogę ci jeszcze zaufać. — odparłam, a młoda położyła uszy po sobie.
— Ale to była tylko zabawa…
— Mogło ci się coś stać. Zabawa byłaby wtedy, kiedy dla nas obu byłaby przyjemna. Dla mnie nie była. Naprawdę się o ciebie bałam i to, co zrobiłaś wcale nie było zabawne — tłumaczyłam cierpliwie, nie podnosząc głosu.
Wiedziałam, że muszę być surowa, bo inaczej nici z jakiegokolwiek wychowania. Miałam już sporo doświadczenia jako matka…
— Przepraszam — wymamrotała w końcu.
— Wybaczam — uśmiechnęłam się ciepło. — Ale dziś już zostaniemy w obozowisku.

***

Czas mijał, a moja córka nie wiedzieć kiedy przestała być małym, ruchliwym szczeniakiem. Teraz była trochę większym, jeszcze bardziej ruchliwym uczniem. Serce krajało mi się, kiedy obserwowałam jej relacje z mentorem, ale nie chciałam się wtrącać z dwóch powodów. Po pierwsze: potrzebowała twardej ręki, a pies sprawujący nad nią pieczę definitywnie nie pozwalał jej na żadną samowolkę. Po drugie: tym psem był Sowi Pazur, który nieszczególnie za mną przepadał i wiedząc, że z łatwością może się mnie pozbyć, nie chciałam wchodzić mu w drogę. Zadomowiłam się już w klanie, poza tym tutaj był Peter, a wolałam ponownie się z nim nie rozdzielać. Nie mówiąc o białym, ślepym kocurze. Nie widziałam go od dłuższego czasu, ale obiecał wrócić w te rejony. Nie mogło więc mnie tu nie być, gdyby miał się ponownie pojawić.
Moje zdrowie bywało lepsze i gorsze, chociaż raczej gorsze. Na szczęście wraz z nadejściem wiosny (oraz dzięki nieocenionej pomocy medyka) i ja wróciłam do życia. Wraz z tym powrotem dostałam pod swoje skrzydła Jaśminową Łapę, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem, aczkolwiek postanowiłam podołać wyzwaniu. Bo co, bo jak włóczęga, to nie wytrenuje?
Młoda bardzo szybko chłonęła, jeśli potrafiło się jej odpowiednio przekazać informacje i wytłumaczyć dobranym do niej sposobem. Jak okazało się na naszym pierwszym treningu, podczas którego tłumaczyłam jej kodeks oraz oprowadzałam po naszych granicach, byłam dobrą osobą do tej roli. Bardzo dobrze współpracowało mi się z córką Płonącego Konara. Była naprawdę zdolna, wystarczyło dobrać do niej styl nauki, który mi akurat przychodził wyjątkowo naturalnie. Po jednym dniu pamiętała większość kodeksu i wiedziała dobrze, gdzie kończą się nasze granice oraz jak rozpoznać nasz zapach.
Nie wiedziałam do końca, jak wygląda trening Koniczynowej Łapy i w jaki sposób traktuje ją Sowi Pazur, ale wiedziałam, że nie mogę w to wnikać, a on na pewno wyszkoli ją odpowiednio. Była przecież już duża i wcale nie potrzebowała mamy tak bardzo jak w momencie, w którym ją odnalazłam. Wiedziałam, że w dalszej drodze doskonale poradzi sobie sama, chociaż nie oznaczało to, że od tego momentu ją olałam. Po prostu pozwoliłam znaleźć własny sposób dorośnięcia.
Koniec. Wybacz, ale mam bardzo mało czasu w tygodniu i zamykam mniej istotne wątki. 
[616 słów, Kolorowy Wiatr otrzymuje 6 punktów doświadczenia, a Jaśminowa Łapa 2 punkty treningu]

16 listopada 2021

Od Kolorowego Wiatru CD Jaśminowej Łapy

— Kolorowy Wietrze, czy godzisz się przyjąć pod swoje skrzydła uczennicę? — zapytała mnie pewnego razu Rzepakowa Gwiazda.
Zwołała mnie do siebie, kiedy tylko wróciłam z patrolu. Mimowolnie na moim pysku wymalowało się niemałe zaskoczenie. Odruchowo spojrzałam na Sowiego Pazura, który był u boku liderki. Nie patrzył na mnie.
— Jeśli uważasz, że jestem odpowiednią osobą do wyszkolenia przyszłej wojowniczki, nie mam nic przeciwko — odparłam ostrożnie po chwili namysłu.
— Świetnie! — zaszczebiotała. — Na pewno znasz Jaśminkę, córkę Płonącego Konara… — zaczęła trajkotać.
Szczerze powiedziawszy, słabo znałam. Ostatnimi czasy podupadałam trochę na zdrowiu, w związku z czym dużą część czasu spędzałam odizolowana od klanu. Samotność nie doskwierała mi dzięki Peterowi, ale nie zmieniało to faktu, że nim się obejrzałam, minęło kilka księżyców. Na szczęście Koniczynka była już uczennicą i nie potrzebowała mojej ciągłej uwagi.
— ...i bardzo grzeczna i zdolna, ale każdy rodzic powie to o swoim potomku… — kontynuowała głowa klanu.
Kiwałam tylko głową co jakiś czas. Z jednej strony, niegrzecznym było nie słuchać. Z drugiej, zbyt wiele wątpliwości przewijało się przez mój umysł, abym mogła całe swoje skupienie poświęcić monologowi Gwiazdy.
Wiedziałam bowiem, że Rzepakowa liczy się ze zdaniem swojego zastępcy, który nie pałał do mnie szczególną sympatią. Nasze stosunki, co prawda poprawiły się znacznie, kiedy udowodniłam znajomość kodeksu i nie wyskakiwałam zbytnio z szeregu, aczkolwiek znów zeszły na niebezpieczne tory, gdy moja przybrana córka nie podchodziła do treningu wystarczająco poważnie. Nie mówił mi tego wprost, był przecież drugim najważniejszym w klanie wojownikiem i niezręcznie wyglądałyby jego skargi na uczennicę, z którą sobie różnie radził. Dał mi spokój, gdy wylądowałam na dłużej w skrzydle szpitalnym. Od tego czasu nie zdążyłabym wejść mu w drogę. Dopiero dziś udałam się na pierwszy patrol po dłuższej przerwie, a teraz spotkaliśmy się podczas tej rozmowy, w której coś mi nie pasowało.
Należałam do klanu już od księżyców, ale on wciąż miał mnie na oku. Wiedziałam, że dla niego pozostanę zawsze włóczęgą. Nawet jeśli poznałam tradycje, dostosowałam się do kodeksu i przyjęłam wiarę, która wcześniej była mi obca, w jego oczach wciąż byłam zagrożeniem. Byłam Autumn, która pojawiła się znikąd, chociaż obiecała zwać się Kolorowym Wiatrem. Byłam problematyczna, ponieważ wieści rozniosły się prędko i wywoływały różne reakcje. Byłam przyjaciółką Petera, którego nie lubił jeszcze bardziej. Dlatego szokiem był dla mnie fakt, iż przemilcza decyzję o powierzeniu mi takiej odpowiedzialności. Zaczęłam zastanawiać się, czym było to spowodowane. Zabrakło wolnych wojowników, którzy mogliby odpowiednio zadbać o jej szkolenie? Nie widziałam innego tłumaczenia. Nie protestowałam jednak, ani nie pytałam. Uznałam to za swego rodzaju kredyt zaufania.
— ...no, także nie odchodź jutro od obozowiska, przeprowadzimy ceremonię mianowania na ucznia! Masz jakieś pytania? — Rzepa wyglądała na tak podekscytowaną, jakby to ona była tym dzieckiem wkraczającym w nowy, niezwykle istotny etap życia.
Pokręciłam tylko głową.
— Świetnie, to załatwione!
Kiedy się rozchodziliśmy, Sowi Pazur nawet na mnie nie patrzył.

***

— Jak myślisz, co będzie najlepsze w sytuacji, kiedy będziesz zupełnie sama i zostaniesz zaatakowana na neutralnych terenach? — zapytałam uczennicę, korzystając z tego, że nie doszłyśmy jeszcze na wybrane przeze mnie miejsce.
— Nooo… pokonanie go! — powiedziała, a ja roześmiałam się pogodnie.
— Owszem, jest to jedno z rozwiązań, ale wcale nie najprostsze ani najrozsądniejsze.
— Jak to? — zapytała, nie kryjąc swego zaskoczenia. — Wczoraj mówiłaś, że pierwszym punktem kodeksu jest bronienie klanu za wszelką cenę!
Skinęłam głową.
— Cieszę się, że tak szybko przyswajasz kodeks. Masz całkowitą rację, klan jest twoją rodziną, a twoim obowiązkiem jest ich obrona. Dlatego chciałabym, żebyś zastanowiła się, dlaczego w tej sytuacji walka nie jest najlepszym rozwiązaniem.
Jaśminowa zamyśliła się, marszcząc brwi. Była bardzo rezolutną sunią, o czym przekonałam się już wczoraj, kiedy z łatwością zapamiętywała przekazywane przeze mnie informacje o klanach i naszych zasadach, ale co ważniejsze, rozumiała, co oznaczają w praktyce.
— Nie wiem — przyznała niechętnie.
— Pomyśl jeszcze chwilę. Jesteś zupełnie sama na terenach niczyich. Wokół nie ma nikogo z klanu. Tylko ty i pies, który atakuje cię bez ostrzeżenia.
— Bo nikogo tą walką nie obronię? — zapytała.
— Dokładnie tak — uśmiechnęłam się z wyraźną aprobatą.
— To dlaczego uczymy się walczyć? — w jej oczach widniała ciekawość.
— Widzisz, ja wyznaję zasadę, że walka jest ostatecznością. Wielu wojowników uznałoby, że jestem niehonorowa bądź za mało odważna, ale zazwyczaj tacy szybko odchodzą z naszego świata.
— Chyba nie rozumiem — przez jej pyszczek przebiegł grymas.
— Walczymy wtedy, kiedy nie mamy innego wyjścia. Na przykład kiedy polujemy, walczymy z ofiarą. Nie robimy tego dla zabawy, o czym mówi przecież inny punkt kodeksu. Robimy to po to, aby przeżyć. Co zresztą robi ofiara, kiedy dostrzeże zagrożenie?
— Ucieka.
— Dokładnie.
— Więc… Najlepszą opcją jest ucieczka? — spytała z nutą wątpliwości.
— Zgadza się. Bo zobacz. Jeśli zostaniesz ranna, bądź nie dajcie Gwiezdni, zabita, nikomu już nie pomożesz. Nie obronisz ani starszych, ani szczeniąt, ani nikogo z klanu. Będąc na terenach neutralnych, nie musisz przepędzać napastnika, nie zagraża przecież twojej rodzinie. Ale zagraża tobie. Jeśli wdasz się z nim w walkę, możesz nie wyjść z niej cało. — Tłumaczyłam spokojnie.
— A jeśli nie uda mi się uciec?
— Wtedy będziesz musiała stanąć do walki. Nauczę cię, jak się bronić, ale najpierw zadbamy o to, abyś zawsze była w stanie w takiej sytuacji uciec. Co ty na to?
Łapa pokiwała ochoczo głową i zamerdała wesoło ogonem.
Akurat znalazłyśmy się na miejscu.

< Jaśminowa Łapo? Nie będę w stanie bardzo często odpisywać, ale postaram się nie blokować treningu i zarzucić chociaż te 200 słów. >
[846 słów, Kolorowy Wiatr otrzymuje 8 punktów doświadczenia, a Jaśminowa Łapa 2 punkty treningu]

30 września 2021

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Utracenie"

 Chorował od dawna, ale dowiedziałam się o tym dopiero, kiedy było już naprawdę źle. Od dłuższego czasu odsuwał się nie tylko ode mnie, ale i od naszych dzieci. Przebywał sam, a za usprawiedliwienie uznawał obowiązki, którymi sam się obciążył. Miał bardzo wiele na głowie i starałam się to rozumieć. Nie zmieniało to jednak faktu, że tęskniłam.
Unikał nas właśnie z powodu choroby, której nasi medycy nie byli w stanie zażegnać. Ukrywał to przede mną. Bał się mnie zranić nie myśląc o tym, jak wiele wspólnego czasu traci w ten sposób.
Ostatnie chwile spędziłam przy nim. Wyjaśniliśmy sobie wszystko. Odszedł spokojny.

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Nauczka"

 Zawsze powtarzałam, że nie ma niczego ważniejszego, niż rodzina. Serce krajało mi się, gdy pośród moich dzieci pojawiały się spory i byłam pierwszą, która pędziła je zażegnać. Dbałam o dobre relacje ze wszystkimi, pilnowałam braku konfliktów i usiłowałam ze wszystkimi utrzymywać dobry kontakt.
Nie spodziewałam się noża wbitego w plecy przez własną siostrę. Los rozdzielił nas, gdy byłyśmy maleńkie, a po latach była zupełnie inną osobą, jednak ja tego nie dostrzegałam. Ignorowałam wszystkie czerwone lampki, które nakazywały mi uważać i pozwoliłam uśpić swoją czujność, o mały włos nie przepłacając tego życiem. To wtedy zrozumiałam, że nie więzy krwi definiują rodzinę.

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Dom jest tam, gdzie jest rodzina"

 Siedzieliśmy wszyscy razem. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy. Panowała miła atmosfera. Jak zawsze, gdy zapraszałam wszystkich tego pięknego, zimowego wieczoru. Był tu mój ukochany, który wraz ze mną przygotowywał nasz niewielki kącik do przyjęcia dorosłych już dzieci, ale także powitania wnuków.
Zjawiali się nawet moi przyjaciele, których również nazywałam rodziną. To zawsze była wyjątkowa okazja, dlatego każdy znajdował na nią czas. Stała się swego rodzaju tradycją, której nikt nie śmiał zaniedbać. Niby żyliśmy obok siebie na co dzień, a jednak dopiero tego dnia w roku znajdował się czas, by to zauważyć.
I chociaż te chwile zniknęły bezpowrotnie, lubiłam wracać do nich myślami.

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Top 5 nagrań duchów"

 Dwunożni mieli zwyczaj zapisywania swoich myśli na papierze. Nazywali to księgami. Używali znaczków, które określali literami. Ale to nie było dzieło żadnego człowieka. Okładka wyglądała na bardzo starą, ale nie takie rzeczy już tutaj widziałam.
Musiałam ją otworzyć, aby się wydostać. Musiałam prześledzić szlaczki wzrokiem i wymamrotać kilka słów. Przy ostatnich sylabach oderwały się od papieru i okrążyły mnie, aby wtargnąć do mojego umysłu. Strony przewracały się w szaleńczym tempie. Wciskały we mnie treść, której wcale nie chciałam znać. Zadawały ból.
To wszystko zdawało się tylko złym snem, a jednak głuchy warkot w mojej głowie nie mógł być tylko wyobrażeniem. 

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Małoletność"

,,Jeszcze chwilka, mamo”, wymamrotałam. Ktoś chwycił mnie za kark.
Mama nie odpuszczała. Ale dlaczego ciągnęła mnie po ziemi zamiast po prostu podnieść? Otworzyłam powoli oczy. Byłam pewna, że wciąż śpię, bo wokół mnie była czerń. Drapanie w gardle uświadomiło mnie, że jednak jestem obudzona. Zaczęłam kaszleć.
,,Wstawaj Autumn, nie dam rady cię wynieść!”, wycharczał Spring.
Poderwałam się na równe łapki. Dwa razy nie musiał powtarzać. Oczy mi łzawiły od tego paskudnego dymu. Był wszędzie.
Winter i Summer byli na podwórzu. Dopiero kiedy tam dotarłam zrozumiałam, że ciepło spowodowane było pożarem.
,,Gdzie mama i tata?”
Nikt z rodzeństwa mi nie odpowiedział.

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Bez ryzyka nie ma zabawy"

Wahałam się do ostatniej chwili. Miałam dzieci. Miałam ukochanego, na którym zależało mi najbardziej na świecie. Miałam stabilną posadę i uznanie w sforze, ciepły kąt i bezpieczeństwo w życiu. Nie byłam pewna, czy powinnam mu pomóc.
Biegłam, żeby tylko zdążyć, kiedy ostatecznie zdecydowałam się wziąć udział w misji ratunkowej. Peter był moim przyjacielem. Liczył na moją pomoc, a ja nie mogłam go zostawić. Miał Vergila, ale to nie było to samo. Potrzebowali mnie, aby ją odzyskać. Dlatego pędziłam ile sił w łapach, żeby wyrobić się przed północą. Aby być tam, nim będzie za późno.
Gdybym tylko wiedziała, co nas czeka...

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Siódme niebo"

Stał przede mną, a w moich oczach gromadziły się łzy wzruszenia. Wiedziałam, że go kocham. Wiedziałam, że jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Wiedziałam, że chcę spędzić z nim resztę życia, powiększyć naszą rodzinę, cieszyć sobą i pozostać sobie wiernym póki śmierć nas nie rozłączy.
Teraz wiedziałam, że on także to wiedział. On także to czuł. Także tego pragnął. Sam mnie o to poprosił. Zebrał się na odwagę, aby stanąć przede mną i wyznać to wszystko pięknymi słowami. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak wtedy, gdy odpowiedziałam twierdząco na pytanie, które mi zadał.
To był najszczęśliwszy dzień mojego życia.

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Straszny makaron"

Kiedyś myślałam, że śmierć jest najgorszym, co może nas spotkać. Wierzyłam, że nie może istnieć kara gorsza niż odłączenie od rodziny, pozostawienie niewyjaśnionych spraw, świadomość istnienia tak wielu, niemożliwych już do odkrycia (z wiadomych przyczyn) tajemnic świata albo zapomnienie, gdy następne pokolenia nie usłyszą o tobie ani jednej historii.
Nie wchodźmy w szczegóły tego, skąd wiem, że się myliłam. Nie chcę już wracać do chwil, kiedy mimo niewyobrażalnego bólu nie mogłam umrzeć, chociaż błagałam wtedy już tylko o to, aby przestać istnieć i czuć cokolwiek.
Nie chciałam już myśleć o wszystkich tych, którym nie udało się wyrwać z tego koszmaru.

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

Od Kolorowego Wiatru — drabble ,,Senna mara"

Patrzyłam na to, jakbym była jedynie widzem, chociaż obserwowałam samą siebie. Prawdę mówiąc, najchętniej odwróciłabym wzrok, aby nie widzieć tego, co się ze mną działo. Nie byłam jednak w stanie wyrwać się z transu, który nakazywał mi patrzeć.
Blask pełnego księżyca dawał mu moc. Łańcuchy nie miały tu wielkiego znaczenia, chociaż nawet po przemianie byliśmy nimi skuci. Głuchy warkot wypełniał moje myśli, kiedy powoli traciłam świadomość. To on przejmował panowanie. Wył. I chociaż nigdy nie byłam w stanie się z nim skontaktować, rozumiałam dlaczego. Każdemu przeobrażeniu towarzyszył ból.
Byłam bezwładną marionetką. Docierała do mnie tylko woń krwi, gdy mordowaliśmy klan.

[Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 PD]

14 września 2021

Od Kolorowego Wiatru CD Szarej Skały

 Dlaczego zawsze, kiedy coś się działo, musiało dziać się wokół nas? Od kiedy właściwie byłam magicznym zapalnikiem na kłopoty? Czy wszechświat postanowił ukarać mnie za wszystkie przewinienia właśnie teraz, kiedy na głowie miałam bezpieczeństwo kolejnego potomka? Koniczynka nie była moim biologicznym dzieckiem, jednak zaczynałam traktować ją jak córkę. Na nic zdały się początkowe próby zdystansowania. Maleństwo sprawiało, że złagodniałam. Nie, żebym i bez niej była jakaś szczególnie surowa.
— Nie musimy odprowadzać ich do samego obozu. Wystarczy, że podejdziemy pod granicę, nakarmimy po drodze i poczekamy, aż zjawi się ich patrol. Wyjaśnimy wtedy sytuację na terenach neutralnych i będzie po kłopocie. — Powiedziałam spokojnie.
Peter pokiwał głową.
— Ty to jednak masz łeb.
— Jestem tą odpowiedzialną połową naszego duetu — zaśmiałam się pogodnie. — No, Kruszynki, chodźcie z nami. Nie powinniście wychodzić bez nadzoru dorosłego wojownika, jeszcze stałaby się wam jakaś krzywda. Jesteście głodne?
Wszystkie małe łebki zgodnie, wręcz synchronicznie pokręciły przecząco.
— Na pewno? Coś chudziutko wyglądacie, Słoneczka…
— Wyglądają dobrze. Proporcjonalnie — wtrącił sznaucer. — Ruszajmy, zanim zostaną uznane za uprowadzone.
Miał rację. Popchnęłam delikatnie dzieciaki nosem w odpowiednim kierunku i wesołą zgrają ruszyliśmy w stronę granicy z Wodnymi, która (na szczęście) daleko nie była. Teraz wystarczyło jedynie usiąść i poczekać cierpliwie na najbliższy patrol, co okazało się zadaniem trudniejszym, niż mogłoby się wydawać.
Kruszynkom bowiem prędko zaczęło nudzić się siedzenie w jednym miejscu i oczekiwanie. Nie broniliśmy im zabawy, pod warunkiem, że nie oddalały się od nas za bardzo. Gorsze było to, że chciały do zabawy nas włączyć, a ja pamiętałam, co stało się w trakcie zabawy z Koniczynką. Spojrzałam na Petera z nadzieją, że coś wymyśli.
— Założę się, że nie uda wam się wygrać ze mną w króla ciszy — powiedział, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
— Co to? — zapytało jedno z nich, przechylając łebek.
— Wygrywa ten, kto dłużej wytrzyma milcząc — wyjawił medyk.
— Brzmi nudno — skwitował któryś młody.
— Czyli boisz się podjąć wyzwania? No, wiedziałem, że nikt mnie nigdy nie pokona — roześmiał się złowieszczo.
Siłą woli powstrzymałam się, żeby nie parsknąć.
— Nigdy nie udało mi się go pokonać. Jest niepodważalnym mistrzem. — Włączyłam się w intrygę.
— Ja go pokonam!
— Nie, ja!
— A właśnie, że ja!
— To co, zaczynamy? — zapytałam, a cała gromadka pokiwała energicznie główkami. — Start!
Prawdę mówiąc, nie sądziłam, że ten plan zadziała. Ale zadziałał. Rodzeństwo było cicho aż do przybycia wojowników z ich klanu. Wyjaśniliśmy im sytuację, a oni (chociaż odrobinę nieufnie) podziękowali za zaopiekowanie się szczeniakami.

~***~

— Dzień dobry, Staruszku — odparłam radośnie, wchodząc do legowiska medyków.
No, medyka. Peter obecnie był jedynym medykiem.
— Dobry, Staruszko — odpowiedział znacznie mniej entuzjastycznie.
Stał do mnie tyłem, zajmował się właśnie młodym uczniem, który przez swoją nieostrożność padł ofiarą myśliwych i utknął w ich pułapce. Zerknęłam przez ramię i skrzywiłam się mimowolnie. Łapa tego psa nie wyglądała najlepiej.
— Jesień zbiera swoje żniwa — stwierdził samiec.
— Co? — spytał uczeń.
— To takie powiedzenie. Chodzi o porę opadających liści — wtrąciłam szybko, zanim mój przyjaciel zdążył odpowiedzieć.
Uczący się, przyszły wojownik wzruszył barkami, wciąż patrząc na Petera trochę dziwnie.
— Dobra młody, gotowe. Postaraj się nie zniszczyć opatrunku, dzisiaj odpuść sobie trening.
— Dziękuję, Szara Skało — powiedział i wyszedł.
Wyglądał na całkiem zadowolonego takim zwolnieniem.
— Peter, uważaj trochę z nazewnictwem. I tak jesteś u Sowiego na celowniku — powiedziałam, kiedy tylko dzieciak zniknął nam z pola widzenia.

<Szara Skało?>
[529 słów: Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, Krucza Łapa wyleczony przez Szarą Skałę]

4 września 2021

Od Kolorowego Wiatru CD Koniczynki


Całą drogę do parku zastanawiałam się, czy Sowi Pazur nie będzie chciał uciąć mi głowy za wychodzenie z tak małym dzieckiem poza tereny obozu. Z drugiej strony… Sama byłam kiedyś młoda. Dzięki temu, że jej pozwoliłam, była tu ze mną. Inaczej pewnie, tak czy siak, by się wymknęła i miałabym większe problemy na głowie.
Miałam dylemat moralny, kiedy poproszono mnie, abym przedstawiła się jej jako „nowa mama”. To brzmiało okrutnie, zważywszy na fakt, że wcale nie było nam dane wiedzieć, co stało się z rodzicielką Koniczynki. Może tak naprawdę wciąż gdzieś tam była i jej poszukiwała? Podobno zlecono przeszukanie obszerniejszego terenu, jednak nie znaleziono śladu chociażby odrobinę podobnie pachnącej suczki. Pomijając moje wątpliwości, suczka miała przecież dwa księżyce. To nie było już szczenię tak małe, żeby w ogóle nie pamiętało o swojej rodzinie. Taka odpowiedź mogłaby wzbudzić w niej negatywne emocje, bunt. Wzdrygnęłam się. Wciąż z tyłu głowy miałam przybraną córkę, która nienawidziła mnie do samego końca. Koniczynka jednak niepokojąco szybko przywykła do nowego stanu rzeczy. Czy ja aż tak dawno nie miałam styczności z maluchami? Może liderzy mieli rację i nazywanie siebie „nową mamą” suczki nie było takim wielkim przestępstwem? Może ich wierzenia miały z tym coś wspólnego i pozwalały na szybszą akceptację potwornych wydarzeń, z którymi taka ja musiałabym męczyć się księżycami?
— To jest park — powiedziałam.
Niewiele zdążyłam opowiedzieć jej o tym miejscu, bo natychmiast poleciała zwiedzać wszystko na własną łapę. Z tyłu głowy miałam obawy o hycli. Kogo będzie im łatwiej złapać? Mnie czy Koniczynkę? Jako szczeniak mogłaby im się wymknąć o wiele łatwiej. Ale jednocześnie prościej byłoby nabrać ją na jakąś niecną sztuczkę, chociażby za pomocą jedzenia. Cholerni dwunożni wiedzieli, z której strony zaczepić, aby uzyskać pożądany przez nich efekt…
Ułożyłam się na trawie, w spokojniejszym zakątku parku. Byłam zadowolona, że udało mi się natrafić na miejsce, w które zaglądało mniej ludzi. Było odrobinę bardziej zaniedbane. Ławki wyglądały na starsze, zdecydowanie nieodmalowane, nie jak te w głównej części parku. Trawa była wyższa, koszona dużo rzadziej. Szczeniaki Dwunogów nie zjawiały się tutaj, więc było to miejsce względnie bezpieczne dla własnego-nie-własnego szczeniaka, który swoją drogą zajmował się gonieniem motyli i wiewiórek. Dopóki jej się nie znudziło.
— Pobawisz się ze mną? Nudzi mi się już samej…
Na wszystkie demony z Pomiędzy, kiedy ja ostatnio miałam styczność ze szczeniakiem? W co szczeniaki się bawiły? Szybko odrzuciłam chowanego (chociaż przyznam szczerze, że była to moja pierwsza myśl), bo jeszcze zgubiłabym ją i byłaby tragedia. Zaczęłam poważnie zastanawiać się, czy na pewno nie jestem za stara na dziecko. Ale nie było już odwrotu.
— Dobrze, pobawimy się w ganianie. Polega to na tym, że najpierw ja gonię ciebie, ale jeśli uda mi się cię złapać, ty będziesz musiała gonić mnie. Zgoda?
— Zgoda! — wykrzyknęła uradowana Koniczynka, a ja odetchnęłam z ulgą, że udało mi się w jakiś sposób spełnić oczekiwania córki.
— Tylko jest jeszcze kilka ważnych zasad. Po pierwsze, nie możesz mi zniknąć z pola widzenia. Po drugie, nie schodzimy z trawy. Nie chciałabym, żebyś została zgnieciona przez nieuważnego Dwunożnego! — Połaskotałam ją nosem po brzuszku, a młódka zachichotała. — Po trzecie, jeżeli zacznę cię nawoływać, musisz do mnie przybiec i kończymy zabawę. Dobrze?
— No dobrze, tylko już zacznijmy! — Jej ogon latał absolutnie na wszystkie strony.
— Uwaga, gonię! — krzyknęłam.
W rzeczywistości dałam młodej jeszcze te pięć sekund na odbiegnięcie kawałek ode mnie.

<Koniczynko?>
[548 słów: Kolorowy Wiatr otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

24 sierpnia 2021

Od Kolorowego Wiatru CD Koniczynki

— Kolorowy Wietrze, zostałaś przydzielona do porannego patrolu razem z Orlim Klifem i Deszczowym Podmuchem. — Usłyszałam surowy głos Sowiego Pazura. — I przestań przesiadywać tyle u Szarej Skały, poradzi sobie w pracy doskonale bez twojego towarzystwa. Przyjęliśmy cię jako wojowniczkę, nie medyczkę — dodał, nim zdążyłam odpowiedzieć.
— Każdy zasługuje na odrobinę towarzystwa, Sowi Pazurze. Wypełniam swoje obowiązki od razu, kiedy je otrzymam. O ile mnie pamięć nie myli, przesiadywanie z klanowym medykiem nie jest łamaniem kodeksu — odparłam łagodnie, podnosząc się.
Nie odpowiedział. Łypnął na mnie nieszczególnie przyjemnym wzrokiem i oddalił się. Nie miałam mu za złe, że nie darzył mnie sympatią. Niemalże do samego końca był przeciwny przyjęciu mnie do klanu. Wiedziałam, że jedyne, co może mu pomóc zaakceptować moją obecność to czas i moje starania, by nie przynieść Płomiennym kłopotów.
Na początku miałam trudności z reagowaniem na nowe imię. Latami byłam przecież nazywana Autumn. Przestawienie się z dnia na dzień nie było czymś oczywistym. I wcale nie chodziło tu o jakiś bunt lub usilną potrzebę zachowania tego miana. Wszak obiecałam dostosować się do wszystkich klanowych tradycji i zwyczajów. W miarę możliwości przestrzegałam także prośby nierozpowiadania o swoim prawdziwym pochodzeniu i życiu poza klanem. Nie było to mile widziane pośród innych Wojowników, tak utrzymywał zastępca. Starałam się pamiętać o reagowaniu na Kolorowy Wiatr. Kiedy minął pierwszy księżyc mojej obecności na tych terenach, robiłam już to odruchowo. Przyzwyczaiłam się.
Większość klanu reagowała na mnie neutralnie. Sowi Pazur jednak zdawał się żywić uraz do mojej osoby, często niesłusznie się mnie czepiając. Byłam wyrozumiała. Wiedziałam, że potrzebował chwili, aby to przetrawić. Niestety moja przyjaźń z Peterem nieszczególnie tu pomagała. Nie rozmawiałam ze starym przyjacielem o reagowaniu na tę Szarą Skałę dla świętego spokoju, bo doskonale wiedziałam, że jest zbyt uparty, żeby posłuchać. Miałam wrażenie, że to dodawało oliwy do ognia najbardziej. Zastępca stosunkowo często pojawiał się w jego otoczeniu, chyba tylko po to, żeby zdenerwować się za niereagowanie na klanowe miano. Mi się obrywało przy okazji, w końcu jak słusznie zauważył, przesiadywałam z przyjacielem stosunkowo często.
Wojowniczką najlepszą nie byłam, co także drażniło samca. Wiedza medyczna była przeze mnie znacznie szybciej przyswajana, potrafiłam rozróżnić poszczególne rośliny i wiedziałam, do czego ich użyć, aby komuś pomóc. Nie mogłam jednak jej wykorzystywać, bo było to źle postrzegane. To także uważam za głupotę. Na ogół nie wychylam się z takim, a nie innym zainteresowaniem, odprowadzałam raczej potrzebujących do Petera, ewentualnie to jemu podawałam konkretne zioła, jeśli przypadek był nagły i potrzebował szybkiej pomocy. Wiedziałam jednak, że jeśli będzie potrzeba pomóc rannemu, nie zatrzyma mnie żaden kodeks ani funkcja Wojowniczki. Ani Sowi Pazur z marzeniem pozbycia się mnie z klanu.
Patrol przebiegł raczej spokojnie, poza drobnym zgrzytem między dwójką wojowników, z którymi zostałam przydzielona. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się ze strony Orliego tak dużej arogancji w stosunku do Deszczowego. Z drugiej strony, miałam przecież styczność z dużo gorszą, w dodatku wychodzącą bezpośrednio od moich dzieci. I to doświadczenie pozwoliło mi złagodzić sytuację na tyle, by resztę obchodów granic dokończyć w miłej atmosferze.
Patrol dobiegał końca, kiedy zdało mi się, że usłyszałam pisk. Poinformowałam towarzyszy, aby się nie zatrzymywali i pobiegłam sprawdzić, czy aby na pewno mi się nie przesłyszało. I słusznie, ponieważ moim oczom ukazała się scena lisa szarpiącego szczeniakiem. Adrenalina podskoczyła i nie zastanawiałam się nawet, doskoczyłam do drapieżnika. Nie miał zamiaru oddać swojej ofiary tak łatwo. Liczył się czas, każda sekunda gonitwy i walki odbierała dziecku szansę na przetrwanie. W końcu jednak odpuścił i poraniony odbiegł w kierunku jeziora. Chwyciłam nieprzytomne szczenię za kark i pognałam z nim czym prędzej do Petera, modląc się o wystarczający zapas ziół. Łańcuchy tańczyły jak szalone, ale ten znienawidzony, irytujący dźwięk nie był wystarczającym powodem do zwolnienia biegu.
Sznaucer na szczęście wiedział, co robić. Widząc moje spojrzenie, zabrał się natychmiast do pomagania szczeniakowi, a ja — do pomagania jemu.
— Skąd masz dziecko? Podaj mi liście dębu.
Przeleciałam wzrokiem wszystkie nasze zasoby, aby w końcu odnaleźć odpowiedni. Na szczęście klan miał zrobione jakieś zapasy.
— Była trochę za granicami, ale nikogo nie było w pobliżu. Lis się za nią zabrał. Przeżuć?
— Sama w takie upały? Ciekawe gdzie zginęła jej matka. Przeżuj.
Zanim kontynuowałam dyskusję, przeżułam liście, jak prosił.
— Trzeba będzie przeszukać okolice. Lepiej pod wieczór. I zawiadomić Rzepakową lub Sowiego…
— Powiadomić Sowiego o czym? — Wspomniany samiec pojawił się jak na zawołanie.
Czasami zdawało mi się, że mieszkał przy legowisku medyków, żeby tylko poopierniczać Petera, jak tylko usłyszy okazję. Magazyn był przecież całkiem spory.
— O znalezionym szczenięciu. Delikatnie rannym. Samym w okolicy. Wyraźnie wycieńczonym. Zaatakowanym przez lisa. Musiała sporo przejść. — Spojrzałam czule na małą.
— Czy to jest twój powód wcześniejszego powrotu z patrolu?
— Owszem. Jedenaste: Wojownik nie może zaniedbać lub zostawić szczeniaka, który jest poraniony lub w niebezpieczeństwie, nawet gdy należy do innego klanu — zacytowałam kodeks.
Skinął głową. Jak raz nie wyglądał, jakby chciał się mnie pozbyć.
Nie pozbył się też na szczęście młodej, która pierwszą noc w klanie spędziła obok mnie. Dużo spała, potrzebowała solidnie wypocząć po wszystkim, co ją spotkało. Następnego dnia Rzepakowa Gwiazda obwieściła nowego członka klanu — Koniczynkę — i przypisała ją pod moją opiekę. Obawiałam się kolejnego szczeniaka. Wszystkie tak szybko dorastały, a każda strata stanowiła niesamowity ból. Czułam się jednak za nią odpowiedzialna, skoro to ja przyprowadziłam ją na tereny Ognistych.
— Gdzie idziesz, Koniczynko? — zapytałam, widząc, jak młódka zaczyna człapać w kierunku wyjścia z obozu.
— Zwiedzać! — powiedziała dziarsko, a jej ogonek drgnął wesoło.
— Nie powinnaś oddalać się ode mnie bez zapytania. Co, jeśli bym cię nie zauważyła i stałaby ci się jakaś krzywda?

<Koniczynko?> 
[902 słowa: Kolorowy Wiatr otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

15 sierpnia 2021

Od Kolorowego Wiatru do Szarej Skały

Klanowe życie było… Inne. Niekiedy odnosiłam wrażenie, że nieco bardziej prymitywne niż takie, które dotychczas prowadziłam. Ale to nic! Mimo wszystko przyjęli mnie dosyć miło, zostałam nawet wprowadzona w ich wiarę i prędko objaśniono mi, jak to wszystko działa. Nie wszyscy pałali do mnie sympatią, byłam w końcu kimś obcym, kto w dodatku nie miał najmniejszego pojęcia o panującej tu kulturze i zasadach, ale z jakiegoś powodu zdecydowali się mnie przyjąć mimo wszystko. Miło z ich strony!
Nie musiałam zastanawiać się, z jakiego powodu. Jak to mówią, ściany mają uszy. Ja także uszy miałam i nawet słuch całkiem sprawny, więc kiedy tutejsza liderka ze swoją prawą łapą oddalili się ode mnie na moment, aby ustalić, czy na pewno nie jestem zagrożeniem dla klanu i czy nie przysporzę im większej ilości kłopotów, zrobili to na odległość raczej niewielką. Nie kłopotali się też zbytnio szeptaniem.
— Rzepakowa Gwiazdo, to włóczęga… Nie wiadomo, gdzie łaziła i z kim się zadaje. Nie możemy ryzykować kolejnej wojny… To jeden pysk więcej do wykarmienia. W dodatku nie ma bladego pojęcia o Gwiezdnych. Zaraz się okaże, że była Pieszczochem.
— Właśnie, Sowi Pazurze. Wojna. Wojna, po której odnieśliśmy straty. Potrzebujemy nowych wojowników, a ona jest taka radosna i od razu się dostosowała do nas! Kolorowy Wiatr, czy to nie brzmi przesłodko? Poza tym kuleje, nie możemy jej tak zostawić!
— Nie jest szczeniakiem, poradzi sobie.
Wojna. O wy biedne, klanowe psy. Przez głowę przewijały mi się wspomnienia z wszystkich trzech wojen, które przeżyłam.
— Przyjęliśmy już jednego dziwaka.
— Potrzebowaliśmy medyka.
Przyjęli już jednego dziwaka. Dziwaka?
— Tak się składa, że zgubiłam jednego dziwaka. Jest niewielkich rozmiarów, ale obrazi się, jak mu o tym powiecie. Ma szarą sierść i z daleka wygląda, jakby rozmawiał ze sobą. — Wtrąciłam się, bo nie widziałam sensu w udawaniu, że wcale ich nie słychać z tych pięciu kroków, na które odeszli.
— O, więc znałaś już Szarą Skałę? — zapytała liderka.
— Szarą Skałę? — zastanowiłam się chwilę. Czy Peter mógłby wymyślić coś tak banalnego? Tak, raczej tak. Pasowało to do niego. — Raczej pod imieniem Peter. Tak. — Uśmiechnęłam się ciepło. Skojarzyli miano Petera. Wnioskowałam po ich minie.
— Powiedział, że jest samotnikiem. — Sowi Pazur zmierzył mnie surowym spojrzeniem.
— Rozdzieliliśmy się przypadkiem dobrych… Osiem? Dziewięć księżyców temu? Przyjaźnimy się od dawna i…
— Biedactwo, ciebie też musiała wygonić epidemia?
Rzepakowa wyglądała na bardzo uprzejmą suczkę. Ale nie miałam pojęcia, o jakiej epidemii mówiła. Szybko jednak połączyłam wątki, że to musiało być kłamstwo Petera. Pokiwałam tylko głową, bo nie lubiłam kłamać. Łańcuchy zatańczyły za wietrze. Nie widzieli ich. Dobrze. Inaczej na pewno pytaliby, skoro nawet imię „Autumn” było dla nich odstępstwem od normy.
— Kolejną trzeba będzie kodeksu uczyć. — Westchnął samiec, poddając się woli liderki.
— Szybko przyswajam wiedzę — zapewniłam. — Mogłabym pomóc medykowi, znam się na ziołach leczniczych.
— Nie potrzebujemy medyka. Mamy Szarą Skałę.
— Jeden medyk na cały klan? — zdziwiłam się.
— Medyk i jego uczeń. Dlaczego miałoby być więcej? Na ucznia jesteś za stara, zanim wyrwiesz się z jakąś dziwną, łamiącą wszelkie normy propozycją.
— Sowi Pazurze! — skarciła go Gwiazda. — Nie przejmuj się, wcale staro nie wyglądasz! 
— Polować też potrafię, bezużyteczna nie będę. — Zapewniłam. — Dostosuję się do waszych norm, nie będę sprawiać problemów.
Tego samego dnia zostałam więc wprowadzona do Ognistych. Nie ufali mi jeszcze, ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że na zaufanie trzeba zasłużyć. Klan był stosunkowo niewielki, porównując go do rodzinnej sfory, ale za to jaki przytulny! Poznałam wiele nowych psów. Przyznam szczerze, że podczas wędrówki brakowało mi większego towarzystwa. Zawsze lubiłam być otoczona innymi.
Położyłam się dosyć wcześnie, zmęczona wrażeniami z całego dnia. Petera odwiedziłam o świcie dnia następnego. Nie spał. Kto by się spodziewał. Czasem odnosiłam wrażenie, że Peter nigdy nie spał.
— Patrz Dziadygo, znalazłam cię. — Rzuciłam wesoło na przywitanie.

<SzArA sKaŁo?> 
[607 słów: Kolorowy Wiatr otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]