Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazgot x Mlecz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazgot x Mlecz. Pokaż wszystkie posty

15 lutego 2021

Od Jazgotu CD Mlecza

Mlecz był kochanym psem. Miłym, kochanym i ciepłym. Jedną z ulubionych osób. Taką, za którą można wskoczyć w ogień, ale w tym momencie Jazgot miał ochotę nazwać go idiotą. Przecież każdy pies wiedział, co to park, a co to las.
Chyba że wiedział. Tylko wtedy znaczyłoby to, że specjalnie okłamał Jazgota. Nie, Mlecz nie był taki. Chociaż… chociaż Jazgot też nie, a przecież właśnie skłamał kumplowi i prawie wciągnął go w niebezpieczeństwo. Zastanawiał się, czy go posłuchać. Wiedział, że powinien, ale łapy go ciągnęły. Ślad. Potrzebował jakiegokolwiek śladu, że ona tu jest.
— Tak, możemy pochodzić po parku — powiedział w końcu. Musiał postarać się wyciągnąć jakiś optymizm z siebie.
— Poszukamy kamieni — zdecydował Mlecz.
— Co?
— Poszukamy kamieni, które będą ci pasować do oczu.
— Co? — Teraz jeszcze bardziej tego nie rozumiał. Mlecz zaczął mu to tłumaczyć, jak jakiemuś szczeniakowi.
— Masz prawie czerwone oczy. Jak krew. Trudno będzie taki znaleźć. Możemy zrobić zawody, kto pierwszy znajdzie odpowiedni kolor. — Jazgot patrzył na niego w ciszy przez dłuższą chwilę.
— Czy ty próbujesz odwrócić moją uwagę? — zapytał w końcu. Mlecz wyglądał na zakłopotanego i wbił wzrok w ziemię.
— A działa? — wymamrotał.
— Nie — odpowiedział Jazgot, ale zaśmiał się w końcu. Nie chciał się śmiać, sam mu się wyrwał. — Ale możemy poszukać jakiś ciekawych, ludzkich przedmiotów. Albo się siłować — powiedział. — I nie mam czerwonych oczu.
— Masz, masz — odpowiedział Mlecz, jego ogon merdał, a oczy się świeciły. A niech będzie, zdecydował Jazgot. Jeżeli Mlecz będzie szczęśliwy i uśmiechnięty, niech nie idą do tego lasu. Przynajmniej nie na razie. 
~~***~~
Zastanawiał się, patrząc w lustro wody, czy jego oczy rzeczywiście przypominają krew. Czy zawsze tak było? Wydawało mu się, że nie. Czy istniała szansa, że sczerwieniały, przez to, co zobaczyły?
Nie ćwiczył dziś z Kasztanem. Ostatnio w ogóle za mało zdarzało mu się ćwiczyć z Kasztanem. Nie powinien na to narzekać. Miękka zdecydowała wysyłać patrole na poszukiwanie roślin. Czasami szło lepiej, a zwykle gorzej. Ta epidemia nawet nie tak długo, a już mu się wydawało, że nie mieli czego zbierać. Bał się momentu, gdy rzeczywiście tak się stanie.
Mlecz przeżył chorobę, ale nie było pewności, że nie będzie przechodził jej drugi raz. Leonis tak powiedział. Wszyscy byli zaskoczeni, nikt nic nie wiedział, tylko sposób leczenia. Medyk szukał jakiegoś bardziej efektywnego, ale na razie nic nie było.
Jazgot intensywnie szukał wszelkiego zielska, jakie mogło być przydatne. Stało się to niemal częścią jego rutyny, gdy nie mógł spędzać czasu z Kasztanem. Bał się trochę, że starszy samiec jest zmęczony jego obecnością. Nigdy tego co prawda nie okazał, ale Jazgot starał się dawać mu przerwę od siebie. Poza tym trzeba było go zmusić do zapoznania z ciocią Szramą, ale to inna historia.
— Co ci jest? — zapytał, widząc Pyła stojącego na klatce schodowej. Jazgotowi nie podobało się, jak dyszał.
— Goniłem zająca — odpowiedział samiec. — A tak poza tym, to czekam na swoją kolej. Szałwia była pierwsza — Wskazał pyskiem do pomieszczenia. Jazgot nie był w stanie usłyszeć, o czym Kurka mówi do samicy, ale Leonis mieszał zioła. Uczeń uśmiechnął się. Będą wyleczeni. Nie wiedział tylko, ile właściwie ziół im zostało. Na pewno za mało. Zawsze było ich za mało.
Teraz przydałby się Laurency. On był świetny we wszystkim, ale zaginął. Nie, nie mógł używać tych słów przy Mleczu. Nie zaginął, poszedł na misję. Za bardzo brzmiało to jak słowa, które powiedziała do niego matka wtedy. Oby jego misja była udana.
Zbiegł szybko po schodach, przeskakując po dwa. Prawie się wywalił pod koniec, gdy źle wymierzył, ale nie trafił pyskiem w podłogę. Truchtem udał się na granice blokowiska. Śnieg na szczęście zaczął topnieć. Nie znosił śniegu. Miał jakiś głupi pomysł, że może coś się zmieni. Może wraz ze śniegiem znikną koszmary. Nie był na tyle głupi, by naprawdę w to wierzyć, ale jednak...
Otrząsnął się z głupich myśli, gdy zobaczył Mlecza. Samiec w coś się wpatrywał. Stał do niego tyłem, a słońce odbijało się od jego futra. W takich chwilach jeszcze bardziej przypominał Jazgotowi żywy promyk słońca. Jak można się nie uśmiechać, patrząc na niego? No jak?
— Co tam widzisz? — zapytał, przystając obok.
— Pojawiają się pierwsze motyle. — Jazgot musiał się wyciągnąć, żeby zobaczyć to samo. Rzeczywiście. Pierwsze motyle pojawiły się i unosiły nad nie licznymi kwiatami, które rosły na ich terenach. Musiał wcześniej je widzieć, ale nie mógł sobie przypomnieć, że były takie ładne. Miał ochotę podbiec i złapać któregoś w łapy.
— To co, plaża? — zapytał się Mlecz. Już najwyraźniej motyle go nie interesowały. Jazgot niechętnie oderwał od nich wzrok.
— A może park? — zaproponował.
— Coś ci się stało? — zapytał Mlecz żartobliwym tonem. — Nie chcesz do morza?
— Zioła rosną w parku — wytłumaczył. — A wiesz, że potrzebujemy ziół. Poza tym park też ciekawy.
Został już skrzyczany za wychodzenie, ale wierzył, że Miękka mu wybaczy. W końcu to było dla dobra sfory. Pragnął ich tylko wszystkich uratować. A jak wyleczyć chorobę bez ziół? Zastanawiał się, czy coś jeszcze tam zostało. Przecież zapewne wszystkie klany wpadły na pomysł. Ale przynajmniej teraz, skoro było cieplej, może jakieś nowe wyrosły.
Kiedy uczniowie dobiegli do parku, znaleźli się otoczeni przez dwunogów. Czemu nagle tyle wyszło? Czyżby ich też wygoniło słońce? Jeszcze na dodatek nie mieli żadnego szacunku wobec roślinności.
— Widzisz je? — zapytał Mlecz, odskakując od czyiś lepkich łap. Oni wszyscy chcieli dotykać Mlecza. Nie podobało się to Jazgotowi, ciężko powiedzieć dlaczego.
— Nie chyba… ej? A tam. — Wskazał pyskiem na małego dwunożnego, który siedział na kocyku. Uroczy ziemniak. Uroczy ziemniak, który siedział sam, a wokół rosły rośliny.
Każdy pies wiedział, że nie powinno się kontaktować z dwunogami. Dlatego właśnie Jazgot postanowił skontaktować się z dwunogami. Ziemniaczek był w końcu całkiem fajny. Wyciągnął ręce, by go dotknąć. Ten jeden przynajmniej ignorował Mlecza.
— Chyba się pomyliłeś — powiedział samiec.
— Chyba masz rację — odparł Jazgot, którego szczeniak dwunogów najwyraźniej polubił. Głaskanie było nawet przyjemne. Tylko łapki trochę za mocno zaciskał na jego futrze, ale trudno. Przecież na taką mordkę nie dało się gniewać.
— Chociaż… Jazgocik, spójrz tu? Czy on na nich nie siedzi? — Mlecz uniósł kawałek koca i rzeczywiście. Może to i było to. Niestety starszym dwunogom chyba nie spodobało się, że krążą wokół ich dziecka. Jacyś zaczęli podchodzić bliżej.
— Spróbuję go podnieść, zabierzemy zioła, a potem uciekamy. Bez dziecka.
— Co?
— Nie myśl Mlecz, robimy?
Ale ten dzieciaczek swoje ważył. Przeprosił go, chociaż wiedział, że nic nie zrozumie. Spróbował wziąć go na kark, a wtedy już usłyszał krzyki dorosłych. 
<Ale to dziwne opo. Ale Mlecz?>
[1038 słów: Jazgot otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia, 1 Punkt Treningu, Pył i Szałwia zostają wyleczeni z choroby]

4 lutego 2021

Od Mlecza CD Jazgotu

Trochę czasu zajęło, już nie tak małej kulce, aby zrozumieć słowa przyjaciela. Las, tak krótkie, a zarazem nieznane mu w całości słowo. Pamiętał jak Laurency nazywał tak duże skupisko drzew, jednak kojarzył, że czegoś tam brakowało. Nawet jeśli miał zawieść swojego kumpla, musiał mu pomóc.
— N-no dobra! Idziemy? Już? Teraz? Ja prowadzę! — mówił szybko, zdecydowanie za bardzo. Jednak specjalnie, nie chciałby, któryś ze psów podsłuchał ich rozmowę i zabronił iść szukać mamy Jazgota.
Ruszył po cichu, tak jak Cierń do swojej zdobyczy. Była dość wczesna pora, jednak uczniowie mogliby wpaść na patrol. Nie mógł podpaść tak łatwo, szczególnie że był z Jazgotem. Mlecz nigdy by nie pomyślał, że będzie uciekał razem z przyjacielem w poszukiwania matki przyjaciela. No właśnie, Jazgota a co z jego matką? Czy gdzieś tam jest i kontaktuje się z Laurencym? Może spogląda na niego z daleka, bo chciała, aby jej syn był wyszkolonym? Setki pytań, a zero odpowiedzi. Uczeń wojownika nawet nie chciał pytać kumpla o to czy nie wyczuł może innego zapachu, w końcu kiedyś gadali o tym czy byłoby to możliwe, że suczki chodzą razem.
Czas, który spędzili na wyprawie, nie trwał długo czy nudno. Prawie wojownicy, co jakiś czas podgryzały, czy przeganiały się. Wreszcie dotarli. Miejsce, które Mlecz nazywał lasem, tak naprawdę nie było nim. Większość, znacznie zdecydowana większość powiedziałaby o tym miejscu jako park. Drzew tam było parę na krzyż, a ścieżki były ozdobione drobnym piaskiem, które okrywał już zdecydowanie mniejszy śnieg. Parę drewnianych ławek i duże lampy oświetlające drogę późną porą. Biszkoptowa kulka zatrzymała się na środku, przy tym zbliżając swój nos do podłoża, by wyczuć jakikolwiek ślad.
— Nic tu nie czuję Jazgot, jesteś pewien, że tu coś czułeś, wiesz nie to, że wątpię w two-
Jego wypowiedź została przerwana przez mniejszego psa. Minę miał dość poważną, a Mlecz był bardziej niż pewien, że w oczach można było zauważyć lekkie zażenowanie.
— Mlecz… Ty wiesz, jak wygląda las, nie? — zapytał ze smutkiem. Zdecydowanie to nie był ten las, o który chodziło Jazgotowi. Mlecz jednak nie chciał odpowiadać, raczej to było wiadome, co by powiedział.
— Ja, wybacz. Czyli to nie ten las? Rozumiem, ale może poszła tutaj? Jest bezpieczniej niż tam, dalej. No wiesz, złe psy. Nie możemy tam iść nawet jeśli tam jest twoja mama — odpowiedział ze skruchą.
Jak zwykle to bielszy psiak zaprzątał swoją głowę tym by kogoś nie zasmucić, teraz to mlecz miał wyrzuty. Przecież, powinien doskonale rozumieć przyjaciela, oboje zgubili swoje matki, z tą różnicą, że biszkoptowy pies miał ojca, co prawda nie tego, z którym łączyłyby go więzy krwi, ale dla niego był to ten pierwszy i jedyny. Za to młodszy samiec? Co prawda miał Mlecza, mentora i kogoś jeszcze jednak jemu najwyraźniej nie szło to tak łatwo zaakceptowanie kogoś nowego w jego otoczeniu. Zapewne gdyby popatrzeć na oba psy można by rzec, że to Jazgot jest tym starszym. Oczywiście nie patrząc po wzroście, bo Mlecz był zdecydowanie większy.
— Wiesz co kumplu? Kiedyś pójdziemy tam dalej, do lasu, ale nie dziś. Czuje, że nie poradzilibyśmy sobie we dwójkę. Co powiesz na zwiedzanie tego, mniejszego parku? Może znajdziemy coś ciekawego? 
<Kumplu?>
[512 słów: Mlecz otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

10 stycznia 2021

Od Jazgotu CD Mlecza

Co robimy? To było ważne pytanie, na które nie miał odpowiedzi. Na razie oblizywał sobie pysk.
— Chodź na dach — zaproponował. Nie we wszystkich blokach dało się to zrobić, ale ten miał jakieś dziwne schodki, które tam prowadziły. Trzeba było tylko bardzo, bardzo mocno popchnąć klapę. Znaczy bardzo mocno, jak na pojedynczego szczeniaka.
— Dobra — zgodził się Mlecz. — Ale ja będę tam pierwszy! — zawołał.
Jazgot bardzo nie chciał dać mu wygrać. Był szybki w końcu, ale jednocześnie schodów było bardzo, bardzo dużo. Jego łapki były bardzo, bardzo krótkie. To nie było dobre połączenie i w końcu dobiegł, gdy Mlecz już dyszał na górze.
— Mówiłem, że nie dam ci wygrać — powiedział. Jazgot był zbyt zmęczony dyszeniem, by móc odpowiedzieć. We dwójkę dali radę popchnąć właz i dostać się na górę. Był ośnieżony równiutko, wszędzie biały puch. No to jak mogli się w nim nie wytarzać? Jazgot mógł nie lubić śniegu, ale i tak nie potrafił się powstrzymać. Wiedział, że potem będzie żałował, jak zacznie zamarzać, ale teraz nie było potem.
Tarzanie skończyło się położeniem na białym puchu i próbą znalezienia najlepszej chmury. Mlecz widział w nich trójnogiego psa (Jazgot nie miał pojęcia gdzie) i trzy drzewa, nad którymi skakała wiewiórka (to trochę rozumiał). Jazgotowi szło trochę gorzej, bo w chmurach głównie widział chmury, ale coś tam był w stanie sobie wyobrazić.
Miło było tak leżeć i niczym się nie martwić. Dorośli byli tam na dole, pilnowali ich i nic złego nie mogło się stać. Z przyjacielem też miło było spędzać czas.
Mlecz zawsze był… ciepły. To było słowo, które Jazgot lubił. Ktoś jest ciepły. Było bardzo dużo zimnych psów i jeszcze zimniejszych dwunogów. Takich, na których po prostu się patrzyło i wiedziało, że nie będę się uśmiechać. Albo, że jak się podejdzie, to oni się odsuną. Jazgot łatwo łapał takie rzeczy. Był wyczulony, tak chyba powiedział wujek Pył. Wyczulony na zimne osoby. A Mlecz był ciepły. Mlecz był miły i się uśmiechał i trącał. Jazgot prawie wierzył, że Mlecz się na niego nie obrazi, gdy zrobi coś złego. Tylko prawie, bo wiedział, że istniały rzeczy tak złe, że nawet najcieplejszy z najcieplejszych psów się obrazi.
Jazgot bardzo, bardzo nie chciał, żeby Mlecz się na niego kiedyś obrażał.
— Wiesz co? — powiedział nagle, przerywając kumplowi. Nie powinno się przerywać, ale nie mógł się powstrzymać. Słowa same wyskoczyły. — Boję się — powiedział cicho, patrząc na swoje łapki. Takie małe. I słabe. Ledwo dał radę wbiec po tych schodach, a i tak się raz potknął.
— Czego? — zapytał Mlecz. No i oczywiście, że zapyta, ale nadal wolałby, żeby nie pytał.
— Mentora — mruknął.
— Co?
— Mentora — powtórzył trochę głośniej.
— A dlaczego byś się bał? Jest fajnie. Mam mniej czasu na zabawę, ale uczę się ciekawych rzeczy i…
— Ale ja nie jestem tobą — przerwał mu. Znowu. Nie powinien mu przerywać, ale czuł, że jeżeli jeszcze trochę będzie tak mówił. Nie chciał tego robić przy nikim, ale zwłaszcza przy Mleczu. Usiadł wyprostowany i otrzepał się ze śniegu. — Ty jesteś super. I sprytny, i silny. A ja… ja taki nie jestem. I jeszcze jest czas, ale boję się, że nikt nie będzie chciał zostać moim mentorem. Albo gorzej. Ktoś zostanie, a ja go zawiodę, a wtedy on nie będzie chciał już więcej mnie uczyć. A potem już nikt nie będzie chciał mnie uczyć. I… — Poczuł, jakby miał kulę w gardle i prawie nie mógł mówić. — I ja bym bardzo nie chciał, żeby tak się działo. Bo wtedy, to właściwie, jeśli mentor nie będzie mnie chciał, to nikt...
— Jazgot?
To było jak przerwanie jakiegoś zaklęcia. Mlecz nie musiał tego słuchać. Jeszcze będzie mu przykro. A przecież nic z tym nie zrobi? Przecież nie można sprawić, żeby ktoś nagle stał się super. Jest się i nie jest się. Mlecz był super i Bezgwiezdni byli super. I mama. On nie był.
— O zobacz ptaszki! — zmienił szybko temat. W ogóle nie powinien tego zaczynać. — Popatrz na nie! Siedzą sobie! Chodź, pogonimy je. Chodź.
Odbiegł kawałek i prawie się nie poślizgnął. No może ciut, ale nie było tak źle. Tylko trochę, jedynie jedna łapa mu odjechała. Zatrzymał się i odwrócił.
— Mlecz? No nie patrz na mnie tak. Zapomnij, że coś tam mówiłem. Proszę. Chciałeś się bawić, to chodź, bawimy się.
Mlecz zawsze chciał się bawić. Był Mleczem. Teraz też na pewno, ale nadal wyglądał jakoś tak poważnie. Znaczy tak poważnie, jak puszysty szczeniak może.
— Mówisz jakieś bzdurne rzeczy kumplu — powiedział, gdy stanął obok. I Jazgot już prawie zaczął przepraszać, ale Mlecz mówił dalej. — Jesteś super psem! I super przyjacielem! I w ogóle! Dlaczego mentor miały cię nie chcieć?
Jak to wytłumaczyć? pomyślał. Jak mu to wytłumaczyć, żeby zrozumiał. Jest miły, to nie widzi tych wszystkich słabych rzeczy. Miłe psy tak mają.
— Ja…
— Nie możesz być dla siebie niemiły — powiedział i to zabrzmiało niemal jak rozkaz. — Zakazuję ci, okey? Nie możesz.
— No dobra — powiedział cicho.
— No! I teraz to możemy iść polować na ptaki. Spróbujemy im wyrwać pióra. Mają ich strasznie dużo, nie potrzebują aż tylu.
Jazgot uśmiechnął się lekko i pokiwał głową.
Ganianie ptaków na dachu było fajne, ale ta krawędź już mniej. I w końcu wszystkie i tak sobie poleciały, to poszli szukać ich na dole.
Nie udało im się nawet zbliżyć do gołębia na tyle, by go dotknąć, ale i tak było fajnie. Próbowali poprosić je ładnie o pióra, ale ptaki były głupie i nie rozumiały. Dlatego lepszym pomysłem było po prostu bieganie. Bieganie tak długo, aż łapy bolą, a futro jest całe zamarznięte.
Za szybko zrobiło się późno. Musieli się kłaść, bo Mlecz znowu miał treningi z Cierniem, a Jazgotowi oczy już same zaczynały się zamykać. Starsze psy jeszcze siedziały w środku i gadały, więc Jazgot bardzo uprzejmie powiedział im dobranoc. Trzy odpowiedziały.
Mlecz padł na swoim stałym miejscu, a Jazgot usiadł obok, rozważając, co zrobić.
— Kumplu, a ty co? Nie idziesz spać.
— Tak, tak, zaraz — powiedział. Mieli stąd lepszy widok niż on. Okno było trochę przesłonięte jakimś dziwnym, ludzkim czymś, ale przez dziurę dało się widzieć gwiazdy. Było ich mało, większość zasłaniały chmury. Zastanawiał się czasem, czemu one tam tak świecą. Nie były duże jak księżyc, ani jasne jak słońce. Tylko takie małe kropki, które wyglądały jak plamki na futrze.
— Słyszałem kiedyś, że prawdziwy wojownik może znaleźć drogę dzięki gwiazdom.
— Tak? — zapytał Mlecz, ale nie ruszył się z miejsca. — Jak to robi?
— Nie mam pojęcia. Może z nimi gada. Albo one do niego? Wojownicy są dziwni.
— Tak — zgodził się Mlecz. — Ale my też kiedyś nimi będziemy. Już niedługo.
Jazgot znowu się zbliżył, siadając przy nim.
— Dzięki Mlecz — powiedział, uśmiechając się lekko. Trochę trudno było mu powiedzieć za co. Za bycie miłym? Za bycie przyjacielem? To wszystko brzmiało tak głupio. Ale Mlecz chyba wiedział, o co chodzi, bo odpowiedział:
— Nie ma za co. Wiesz, że zawsze ci pomogę — odpowiedział. Jazgotowi aż ciepło się zrobiło o tam w środku. Wujek Laurency nie miał problemu z tym, gdy Jazgot usypiał nie na swoim miejscu. Sam mu mówił parę razy, że powinien się kłaść bliżej innych. I to nie tak, że Jazgot nie chciał, ale zawsze czuł, że wujek Laurie mówi to tak… z przymusu? Z obowiązku. To zwykle mówił nie i wybierał swój kącik. Ale tej nocy wiatr był jakiś głośniejszy, ciemność gorsza, a mamy wciąż nie było. Jakoś tym razem naprawdę nie chciał leżeć sam.
To zwinął się w kulkę i położył łeb na łapie Mlecza. Tak, żeby na pewno wiedzieć, że nie jest sam.
Słowa bębniły mu w głowie. Zawsze ci pomogę. Tak się tylko mówiło. Ale Mlecz był przyjacielem prawda? Mlecz nie mówiłby rzeczy, tak, tylko żeby mówić. Zaczął formułować się plan.
Na początku nic o nim nie mówił. Nie mógł się zdecydować, czy chce wciągać w to wszystko Mlecza. To było w końcu niebezpieczne, a oni teoretycznie nie powinni tak krążyć po mieście. Jazgot myślał, żeby zrobić to samemu. Myślał bardzo często, ale był jeszcze dzieciakiem, tak mało wiedział. Mógł sobie przecież nie poradzić, a Mlecz wiedział bardzo dużo i jeszcze był odważny.
Tylko Mlecza zniknięcie by zauważyli. I zaraz wujek Laurie byłby zdenerwowany, a potem pewnie Cierń, a potem wszyscy. Jeśli samego Jazgota by nie było, to pewnie machnęliby łapą. Może ktoś by się zainteresował, ale przecież nie szybko. Nie był niczyim obowiązkiem. Mimo to zdecydował się spróbować. To mogło się skończyć wpadnięciem w kłopoty, ale było zbyt ważne.
— Hej Mlecz. — Usiadł obok niego, drobiąc łapką w śniegu. — Mam do ciebie sprawę.
— No pewnie, kumplu, co jest? — zapytał i popatrzył na niego takimi wielkimi oczami.
— Chciałbym, żebyś ze mną gdzieś poszedł.
— Pewnie, dziś nie mam…
— Do lasu — wystrzelił, zanim Mlecz miał szansę skończyć zdanie.
— Do lasu? Ale dlaczego? Tam przecież są… złe psy.
— Chodzi o mamę — powiedział ciszej. Nie potrafił patrzeć mu w pysk, ale widział kącikiem oka, że Mlecz był zaszokowany.
— Znalazłeś ją?
— Znalazłem ślady — skłamał. Skłamał Mleczowi, ale przecież musiał. Nie mógł mu powiedzieć, że będą kierować się tylko jego przeczuciem. To za mało. Sam wiedział, że to za mało. Za słaby powód. Ale to miało sens. Mogła tam być, gdzie indziej poszłaby na misję. Las był niebezpieczny, ale on nie chciał jakoś głęboko wchodzić. Tylko ciut. Tylko zajrzeć.
Poza tym nigdy nie byli w lesie, warto zobaczyć, o czym wszyscy śnią.
— Proszę? Mlecz? — powiedział, ale już czuł, jak serce mu się ściska. Skłamał przyjacielowi. Skłamał. 
<Mleczu?> 
[1525 słów: Jazgot otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

5 stycznia 2021

Od Mlecza CD Jazgotu

Nie mogłem stwierdzić, że brakowało mi towarzystwa w swoim wieku. Jazgot bardzo dobrze odgrywał wszystkie role! A co najważniejsze, uwielbiał się bawić. Na każdą propozycję zabawy się zgadzałem więc zabawa w chowanego przyszła tak szybko jak myśl gdzie mógłbym się schować. Z tatą Cierniem bardzo często włóczyłem się po terenie. On odkopywał kwiatki ze śniegu, a ja ratowałem ich życie poprzez zjadanie. Tak, uwielbiałem takie przechadzki! Czym prędzej schowałem się za gęstym krzakiem, swoim dość średnim ogonem zacierałem ślady łap. Podłapałem to akurat u takiego jednego psa, który wchodził na tereny Industrii. Położyłem się na zimnym podłożu i zacząłem pyskiem skubać swoją mokrą sierść. Zdecydowanie bardziej wolałem te cieplejsze pory. Wtedy nie trzeba się martwić o mokrość.
Minęła chwila. No dosłownie parę minut, a moje łapy zostały wyczyszczone z brudów. Uniosłem nieco pysk do góry, starając się wyczuć przyjaciela. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nawołuje mnie. Nie rozmyślając nawet sekundy o tym czy to podpucha, czy nie, podniosłem się, jak najszybciej mogłem i wybiegłem z mojej kryjówki. Pędząc przed siebie, zacząłem się rozglądać. Gdy dostrzegł biało-kolorowego szczeniaka, zbliżył się do niego, siadając tuż przed nim.
— Jestem tutaj przyjacielu! Coś nie tak? Wybacz, schowałem się za daleko? Trudno. Może zagramy jeszcze raz? — zapytałem go, merdając ogonem na obie strony.
— Wszystko okej, naprawdę nic się nie stało. Po prostu stwierdziłem, że może… może ci być zimno, chowając się w tym puchu. Może pościgamy się do plaży? — odparł na początku nerwowo, jednak pod koniec raczej wizja plaży, go uspokoiła.
— Nie jestem pewien czy taka wyprawa jest bezpieczna… No ale dobrze, jeśli szybko wrócimy, jestem w stanie się zgodzić!
Podniosłem się i liznąłem szczeniaka w ucho. Nie chcąc, by Jazgot został w tyle, zacząłem od lekkiego biegu. I to wcale nie tak, że zgodziłem się pod jego miną! O nie! To sztuczka zaklepana tylko przeze mnie. Polizane zaklepane. Spojrzałem przed siebie, a widząc białokolorowe futro, które jest przede mną. Skubany wyprzedził mnie o długość trzech lisów! Pokręciłem łbem i z wielką motywacją przebierałem coraz szybciej łapami. W pewnym momencie myślałem, że ziemia pomaga dogonić mi przyjaciela i sama się przesuwa do tyłu. Gdy byłem na równi ze szczeniakiem, skubnąłem go lekko za sierść. Tak to taka mini zaczepka. Skręciłem w prawo, by ominąć tereny innych psów. Jednak mój przyjaciel chyba stwierdził, że wygodniej będzie mu szybszą drogą. Nawet nie starając się nawoływać szczenięcia, zawróciłem, ruszając za nim. Skoro ma im się coś stać to chociaż razem, prawda? Skubnąłem go parę razy w ogon, a raczej próbowałem. Zachęta do szybszego biegu działała znakomicie.
Po dłuższym męczącym bieganiu trafiliśmy na plaże. Była dość spustoszała, jak cmentarz, ale bez dziwnego zapachu. Zbliżyłem się do miejsca, gdzie nie było śniegu. Było coś twardego, co nie było wodą. Mimo tego wystawiłem język i to był błąd. Zimne i nieprzyjemne. Otrząsnąłem się z nieprzyjemnej sytuacji. Nie, nie, nie. Ja chce, by moja woda wróciła! Taatoo! Rozejrzałem się płochliwie gdy przypomniałem sobie, że nie jestem sam. Głupek miałeś go pilnować! No już, już idę. Zdecydowanie muszę przykładać się do lekcji z Cierniem.
— Jazgot! Co powiesz na szukanie czegoś ciekawego? Wiesz, tu jest tak, za spokojnie. A! Słuchaj, bo ten. Jest bardzo ważna sprawa, jak tu przybiegamy, to musimy biec dłuższą drogą. Wiesz, jest tak jakoś bezpieczniej i ciekawiej. Więcej drzew i takich innych — powiedziałem, przypominając sobie o tej bardzo ważnej rzeczy.
Pamiętam jak kiedyś z tatą Laurencym byliśmy na innej drodze ze stosów jedzenia. Nieprzyjemni dwunożni prawie mnie zdeptali! A co dopiero inne psy z klanu. Szczeniak usiadł, wpatrując się w niebo.
— Popatrz tylko, jak pięknie wygląda niebo. Powiem ci, że najładniejsze jest gdy jeszcze wszyscy śpią. No ale wiesz tutaj, a nie w obozie — powiedział rozmarzony.
No musiałem mu przytaknąć. Chociaż nigdy nie widziałem tutaj nieba wczesną porą, to uwierzyłem mu na słowo. Może kiedyś się przekonam, kto wie może za niedługo? Zdecydowanie fajnie byłoby pójść tu z Jazgotem i patrzeć na niebo. Spuściłem pysk, patrząc na szczeniaka, który chyba pierwszy spojrzał na mnie, albo w tym samym czasie? Nie wiem, ale wiem to, że w jego spojrzeniu mogło zauważyć od razu, że o czymś myśli.
— Coś cię trapi przyjacielu? Wyglądasz, jakbyś gwiezdnych zobaczył! — spytałem, przekręcając głowę na lewo. No już odpowiadaj.
— Wiesz, zawsze myślę, że moja mama wreszcie wróci. Przyjdzie akurat z tego miejsca, w końcu to moje ulubione i jej też — szepnął, tak jakby chciał, aby zostało to tylko pomiędzy naszymi futrami.
— Naprawdę? Ja nie wiem, skąd moja przyjdzie, ale Laurie mówi, że wróci. Przecież nie zostawiłaby mnie. Chociaż muszę przyznać, że lubię tu być z tobą i moimi tatami — powiedziałem niezbyt pewien jak ubrać to słowo Tatami? Tatrami? A może po prostu po imieniu? To nieważne.
— Nie wiedziałem, że twoja mama też poszła na misje. A co jeśli razem poszły?
— Bardzo możliwe! Przecież skoro my się przyjaźnimy, to one też muszą! — powiedziałem z radością. No przecież to, że się dogadujemy, nie może być przypadkowe! A co jak jako małe szczenięta byliśmy razem w legowisku?
— Słuchaj, w takim wypadku mogę już do ciebie mówić kumpel? Mogę prawda? — Podniosłem się, przebierając łapami. — To mogę czy nie? Nie daj się prosić! —
— Kumpel? Tak! Brzmi fajnie, lepiej niż przyjaciel! — odparł, również się podnosząc.
Musiał się strasznie nakręcić, tym słowem, bo zaczął skakać wokół mnie. Cóż nie byłem mu dłużny i tak oto zaczęliśmy szaloną zabawę dwóch kumpli. Jako już uczeń wojownika musiałem popisać się tym, co umiem. Cofnąłem się kilka kroków i z rozbiegu skoczyłem na szczeniaka, przewalając nas. Miałem lekką przewagę przez moją masę ciała i umiejętności, ale dawałem Jazgotowi trochę mnie pogryźć czy przewrócić. Sądzę, że gdyby ktokolwiek teraz na nas spojrzał, stwierdziłby, że jesteśmy zbyt młodzi na cokolwiek. Gdy mój kręgosłup zbyt długo dotykał podłoża, ugryzłem lekko samca w łapę, a ten lekko odskoczył. Dzięki temu miałem czas na wstanie i krótką ucieczkę. Tak jak myślałem krótką, bo szczeniak po chwili z impetem uderzył o mój bok, przez co znowu leżałem.
— Hej! To nieuczciwe! — warknąłem cicho, jednak widząc, lekki strach kumpla, szturchnąłem go w pysk. — Spokojnie, nic się nie stało. A teraz wyścig do legowiska! — krzyknąłem, tym razem jak najszybciej się rozpędzając, by szczeniak nie wybrał złej drogi. W głębi duszy powtarzałem sobie ciągle, że Jazgot biegnie za mną, a nie wpadnie na głupi pomysł skrócenia drogi. Przecież słucha mnie, prawda?
Zwolniłem nieco tempa, gdy byliśmy mniej więcej w połowie drogi. W tym momencie upewniłem się, że samiec cały czas dzielnie biegł za mną. Obecnie jest nieco przede mną i również spokojnie sobie przebiera łapami. Nigdy, mówię wam, ale to nigdy nie miałem tak wykańczających spacerków. Nawet z mamą, gdy przyszliśmy pierwszy raz do taty Lauriego. Ale jak to mówią, ruch to zdrowie.
I tym oto sposobem dotarliśmy na tereny bezgwiazdnych. Zamerdałem ogonem na myśl o jedzeniu, a łapy same przyśpieszyły. To wcale nie tak, że mieliśmy się ścigać do legowiska. Zatrzymałem się gwałtownie, jednak podłoże, które nie było dla mnie de facto dobrze nastawione. Wpadłem wśród martwej zwierzyny, przy tym robiąc lekkie zamieszanie. Whops, chyba to ja wpakowałem się w kłopoty. A miałem chronić od tego Jazgota. Nie no to nic wielkiego. Zrobiłem to niechcący. W pysk wziąłem dość wyrośniętą mysz. Dziwna była taka niemała. Nieważne, ważne by nikt mnie nie widział przy zdarzeniu. Nie miałem ochoty dziś sprzątać. Nawet nie mógłbym znaleźć wolnej chwili, by to zrobić. Oglądając się na wszystkie strony świata, pobiegłem pod legowiska, gdzie czekał już na mnie szczeniak.
— Byłem pierwszy! Ha! Widzisz, jednak jestem szybki! — odparł z wielką radością szczeniak.
— Tak, masz rację, ale obiecuję ci, że następnym razem nie dam ci wygrać! — powiedziałem, kładąc mu pod łapy przerośniętą mysz. — Masz! To dla ciebie kumplu — dodałem, wpatrując się w samca. — Lubisz myszy, prawda? Jeśli nie, to mogę przynieść ci coś innego. Tylko wiesz, teraz może być z tym problem — zacząłem majaczyć, jednak widząc, jak Jazgot zabiera się za jedzenie, zamerdałem ogonem.
Grzecznie czekałem, aż stwierdzi, że już jest pełny. I doczekałem się. Jazgot mimo małego gabarytu umie zmieścić ogrom jedzenia.
— Smakowało? Co ja się pytam! Zjadłeś to z takim apetytem, że będę ci teraz przynosić same dorodne myszaje. O czekaj, jesteś brudny tu u! Dokładnie tu! — Ruszyłem łapą w stronę zabrudzenia na pysku mojego kumpla. Nie chciałem, aby chodził brudny, szczególnie że ma dość dużą obsesję na punkcie swojej szaty.
— Ale gdzie? Że tu? — spytał szczeniak, próbując zlizać resztki. Niestety bezskutecznie, gdyż brud był po drugiej stronie.
— Nie, nie, nie! Po tej drugiej stronie. Tak po tej tylko tak bardziej w tył i wyżej! — Starałem instruować przyjaciela, gdzie dokładnie znajduje się jego problem. Wydaje mi się, że jednak ciężej było mu dosięgnąć niż zrozumieć moje polecenia. — Och daj. Ja to zrobię! — Nieco już zmęczony ciągłym kierowaniem samca zbliżyłem się do niego. Na szczęście, nie było dużej różnicy wzrostu między nami i mogłem bez problemu pozbyć się resztek. Tak jak pomyślałem, tak właśnie zrobiłem.
Gdy było po wszystkim, odsunąłem się od samca, merdając ogonem. Nawet nie wiecie jak bardzo się jest szczęśliwym gdy można komuś pomóc. Szczególnie kumplowi!
— To co teraz robimy Jazgotku? — spytałem szczenięcia z wielką nadzieją, że wymyśli coś ciekawego. Przecież on ma same najlepsiejsze pomysły!
<Jazgotku?>
[1496 słów: Jazgot otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

20 grudnia 2020

Od Jazgotu do Mlecza

Jazgot szybkim krokiem przechadzał się przez śnieg. Omijał zaspy, jak prawdziwy wojownik. Szybki jak gołąb. Zwinny jak zaskroniec. Nikt go nie widział, nikt go nie słyszał, super tajny pies. Prawie wojownik.
Miał cel. Musiał go tylko znaleźć. Blokowisko może nie było duże, ale Jazgot za to był mały. Mnóstwo terenu do przejścia, na jego małych łapkach.
W końcu mu się udało, po okrążeniu bardzo wielu bloków i jeszcze większej ilości zasp. Znalazł w końcu swoją ofiarę. Ustawił się i obserwował. Przez jakieś siedem sekund, nie był zbyt cierpliwy.
— Mleczu! — krzyknął, skacząc. To byłby słaby ruch jak na wojownika. Ale on nie był jeszcze wojownikiem, to mógł krzyczeć, jak skacze. Mlecz był silny, więc nawet nie upadł. Jazgot wylądował mu na grzbiecie przednimi łapami, tylne wciąż miał na ziemi.
— Jazgot! — Mlecz się ucieszył, że go widzi. Tak, że aż zamachał ogonem i uderzył Jazgota parokrotnie w pysk, ale to prawie nie bolało.
— Twój tata mówił, że już nie trenujesz z Cierniem. Możemy iść się bawić? Możemy? Chodź, chodź, chodź! — Podskakiwałby, gdyby był w innej pozycji. Tak to mógł tylko uderzać łapą i robić dziurę w śniegu.
— Tak! Tak możemy! Tata się zgodził?
— Tak, tak, tak. Powiedziałem, że wrócimy przed nocą. Dużo czasu! To pójdźmy na cmentarz! — Mlecz się nie przestraszył, bo był przecież tak super odważny, ale podskoczył. A jak podskoczył, to aż zrzucił Jazgota. A Jazgot może i był prawie wojownikiem, ale to prawie było bardzo ważne. Stracił równowagę i przewrócił się na ziemię. Śnieg był miękki, to nie miał po co wstawać.
— Czemu chcesz iść na cmentarz? Znaczy, możemy, ale tam śmierdzi. Tak dziwnie śmierdzi, wiesz, o co mi chodzi? Jak ogień, ale nie taki zwykły ogień? Ciekawe dlaczego? I czy ty możesz wychodzić sam z obozu?
— No niby nie. — Jazgot nie miał odpowiedzi na inne pytania, to je zignorował. — Aaaaale nie będę sam. Będę z moim super ekstra starszym przyjacielem, dzielnym uczniem! — Podniósł się i otrzepał.
Czekał niecierpliwie na odpowiedź Mlecza. Te dwie sekundy bardzo, bardzo się mu dłużyły. Ale w końcu się zgodził, a Jazgot aż miał ochotę skakać.
Wiedział, że nikt specjalnie nie lubił cmentarza. Park był fajniejszy. I plaża. I ulice nawet, ale to wszystko było daleko. Mimo wszystko Jazgot musiał być mądry i nie wychodzić za daleko poza tereny Bezgwiezdnych. Już łamał zasady, to powinien robić to jak najlżej. A blokowisko było w porządku, ale on już je znał. Spędzał dużo czasu, chodząc po pokojach, gdy wszyscy byli zajęci ważnymi rzeczami. Za to cmentarz był znajomy, ale wciąż trochę obcy, więc ciekawy. To było dobre miejsce do zabawy, nieważne co dorośli mówili.
Zanim zdążyli wejść za bramę, dwie osoby przyszły ścieżką. Dwunogi w swojej dziwnej, za dużej, sierści. Nic nie mówili, poruszali się wolno, tak wolno, że szczeniaki zdążyły się schować. Skuliły się obaj za kamieniem, który Dwunogi spokojnie minęli. Nawet nie spojrzeli w ich stronę.
— Myślisz, że czemu oni pachną tak… smutno? — zapytał Mlecz.
— Nie wiem. — Jazgot czuł, jakby cały humor po prostu zniknął. Mógł być szczeniakiem, ale nie był głupim szczeniakiem. To miejsce nie było złe. Miało dużo skał, jakiś dziwnych rysunków i miejsc, żeby się schować. Ale coś dziwnego kryło się pomiędzy zaśnieżonymi dróżkami. Nie umiał powiedzieć co. Czuł, jakby brakowało mu jakiejś wskazówki. Jednego kawałka układanki, którego nawet nie miał jak znaleźć.
Teraz nie chciał tam wchodzić. Czuł, jakby przeszkadzał Dwunogom w czymś bardzo ważnym. Oni jednak szybko przeszli dalej i szybko stali się tylko figurkami przed jego oczami. Potrząsnął łbem, starając się pozbyć dziwnego samopoczucia. Nadal jednak miał wrażenie, jakby stał się taki… sztywny.
— To co? Chowanego? — zapytał Mlecz. Jazgot czuł, że może tylko mu się wydawało, ale jego uśmiech wydawał się trochę bardziej wymuszony.
— Tak, pewnie — odpowiedział. Jakoś tak wyszło, że skierowali się w stronę przeciwną do tej, gdzie poszli Dwunodzy. Takim przypadkiem.
Kto będzie szukał, a kto ukrywał, oto było pytanie. Ustalenie zajęło im chwile, bo wszyscy wiedzą, że szukający ma gorzej. W końcu Jazgot zgodził się liczyć, bo Mleczyk wydawał się jakiś taki smutniejszy.
— … siedem, osiem, dziewięć, dziesięć! — Odskoczył od zaspy i się rozejrzał. Czas zaczynać. To nie było aż tak duże miejsce. Poza tym Mlecz nie mógł zdążyć odbiec za daleko. Jeśli nie zakopał się w zaspie, powinien szybko go znaleźć.
Jazgot zaczął krążyć. Przez pierwszych parę minut miał energię. Skakał po kamiennych nagrobkach, wsadzał nos w zaspy i sprawdzał za każdym głazem. Po kolejnych pięciu stracił nieco zapału i zamiast biegania chodził i raczej podnosił się, niż skakał. A potem minęło kolejnych parę i kolejnych, i kolejnych. Kroki spowolniły mu jeszcze bardziej i zaczął rozglądać się nerwowo.
— Mlecz? - zawołał niepewnie. — Mlecz, zmieniam zdanie! To był głupi pomysł. Lepiej się ścigajmy!
Śnieg wirował mu przed oczami coraz szybciej i szybciej. Trochę zaczęły trząść mu się łapy, ale to na pewno z ziemna. Cmentarz szybko przestawał być ciekawy, gdy siedział tu sam.
Ale przecież szczeniak by go nie zostawił. Mlecz taki nie był. Chyba że już nie chciał się bawić. Może Jazgot za długo go szukał? Może już było mu zimno i wrócił do domu? Albo się obraził? Mógł przecież. Tak naprawdę wcale nie chciał iść na cmentarz, a Jazgot go wyciągnął, a Mlecz pewnie zamarza w zaspie. Albo już zamarzł. I dlatego nie można go znaleźć. I pewnie potem się wkurzy.
— Mlecz?! Mlecz to nie jest zabawne! Wychodź no! Dawaj Mleczu!
<Mlecz?>
[876 słów: Jazgot otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]