Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cierń × Laurency. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cierń × Laurency. Pokaż wszystkie posty

22 czerwca 2021

Od Laurencego C.D Ciernia

sama nie wierzę, że to mówię, ale, panowie, zamknijcie oczy i udawajcie, że tego nie widzicie

Mam w sobie dwa wilki — jeden mówi, że powinnam być przykładnym obywatelem Rzeczypospolitej Polski, chrześcijańskim wzorem naśladowania nieskażonym niczym, co w preprodukcji minęło się z czymś o gejowskiej aurze, który nie zabiera się za rzeczy, o jakich nie ma pojęcia, a drugi, że i tak mój biseksualizm skreśla mnie z listy pretendentów do tego fajnego miejsca nad chmurami, więc mojej pozycji nie zaszkodzi napisanie erotyku zakrawającego o bycie furry (mamo, ja naprawdę nie jestem furasem, przestań mnie o to oskarżać i wpuść mnie do domu, marznę). Cały czas wmawiam sobie, że to, co zamierzam napisać, to tylko ordynarne opowiadanie o miłości dwóch psów, jakich relacja wywołuje coś, co bez cienia możliwości mogę nazwać najszczerszym uśmiechem pod słońcem, ale w głębi duszy wiem, iż będzie to przeprawa długa, ciężka i męcząca dla niepozornej, grzecznej i ułożonej duszy młodego autora, który ma w zwyczaju rozciągać opis pączka na tysiąc słów. Korci mnie niemiłosiernie, żeby posłużyć się językiem charakterystycznym dla wilczych watah z okresu lat dziesiątych bieżącego wieku i muszę rozpatrzyć wszystkie za i przeciw, zanim podejmę ostateczną decyzję, niemniej jednak już z tego miejsca chcę podkreślić, uprzedzić, podkreślić i uprzedzić — jeśli tylko możecie, wyjdźcie stąd czym prędzej i oszczędźcie sobie tego, co przeżyją ci zmuszeni do przeczytania parodii „Pięćdziesięciu Twarzy Greya” w nie dość, że gejowskim, to jeszcze psim wydaniu. Mam pełną świadomość, że tylko część z was ma więcej niż osiemnaście lat, także nie będę nawoływać młodszej widowni do zamknięcia oczu — niech zrobią to ci, którzy mają kruchą psychikę. Podziękujecie mi za to.
Mniej więcej siedem minut temu włączyłam Céline Dion, jednak zanim przygotowałam figurujący powyżej wstęp, piosenka z filmu o tym topiącym się statku zdążyła się skończyć — aktualnie wypłakuję oczy przy akompaniamencie „Cant Help Falling In Love” Presleya, a za moment przyjdzie czas na Bonnie Tyler i jej „Total Eclipse of the Heart”. Nigdy nie spodziewałam się, że mój pierwszy erotyk będzie pisany przy romantycznych balladach, do których pili nasi rodzice i dziadkowie, ale życie potrafi zaskakiwać i okazuje się, iż właśnie te rytmy, wbrew obiegowej opinii, najbardziej pasują do Laurencego i Ciernia. Jeśli chcecie doświadczać tego razem ze mną, kliknijcie tutaj, po playlistę. Jest krótka, ale zdążycie przeczytać.
Laurency nie wiedział, czy jego i Ciernia łączyła jakkolwiek głębsza więź. Umówmy się — wspólne pochłanianie parówek ani kradzież hot-dogów nie oznaczała, iż weszli w związek. Wzruszające powitanie także. Ślub stawiał sytuację w niejasnym świetle, a zmysłowe polizanie Lauriego po pysku komplikowało ją po stokroć, wpędzając go w jeszcze większe zmieszanie. Laurency nic już nie wiedział. Poprawka — Laurency nie chciał wiedzieć. Nie chciał borykać się z tym, co przeżywał po utracie Victora, choćby kosztem kilku chwil najprawdziwszej, nieskrywanej radości, choćby przypłacając własnym szczęściem. Nie bał się niczego tak bardzo, jak przywiązania i straty, jak pustki, bólu i wykończenia, który po sobie pozostawiała. Laurencemu było dobrze na świecie, miał Mlecza, później Chwasta, w międzyczasie wybył gdzieś za góry i rzeki, pełniąc funkcję kogoś na kształt Mesjasza, odegrał niebagatelną rolę w ratowaniu świata i wrócił w szeregi swoich. Żył dla siebie. Laurency nie był gotowy poświęcić go dla kogoś.
Bzdura — oczywiście, że był. Gdyby nie bezpodstawny, hamujący go strach, poświęciłby się dla Ciernia w całości, oddając mu serce w całości, posklejane i połatane, popękane i porysowane, ale własne, gotowe roztrzaskać się po raz drugi. Nie pakowałby go w woreczek ani nie wiązał na nim kokardek, nie zamieszczał liścików ostrzegawczych ani nie prosił o delikatność — poświęciłby swoje serce w najprawdziwszej jego postaci, najszczersze uczucie, siebie samego, pozbyłby się wszystkiego, co nagromadził w ciągu minionych lat. Nie pytałby o powody, nie żądałby od Ciernia niczego — oddałby je, jak porcelanową figurkę, która lada moment może się roztrzaskać, jak gliniane naczynie, które nie zdążyło zastygnąć, podatne na zniekształcenia i możliwe do uformowania według uznania. Nie chciałby niczego w zamian, bo miłość nie potrzebuje dowodów. Mógłby przekazać je, choćby nie otrzymał Cierniowego w zamian.
Był gotów zrobić to w każdej chwili. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest. Laurency potrzebował wiedzieć, że tym razem nie zostanie sam. Chciał mieć pewność, że Cierń pobędzie tu jeszcze przez moment. Krótki moment. Mógłby być intensywny, pożądliwy, porywający. Mógł być leniwy, pełny uczucia i niewypowiedzianych słów. Laurie nie wymagał niczego ponadto. Niech tylko na niego popatrzy. Niech to będzie w jego spojrzeniu. Od przepaści dzieliła go cienka granica. Nierozważny krok. Pochyl się, Laurency. Jeśli w dole nie płynie porwista rzeka, roztrzaskasz sobie kark — ale warto, nawet dla pięciu sekund przyjemnego mrowienia w brzuchu.
Stanęli pod drzewem. Cierń zdawał się pozbawiony świadomości na temat tego, jak symboliczną wartość ma to drzewo. Laurency z kolei wiedział, iż pod tym drzewem zobaczył go po raz pierwszy. Wydawało się to zupełnie pozbawione znaczenia, ale Laurie lubił takie rzeczy. Drobnostki. Uśmiechnął się. Pan Chmurka też. Oboje skierowali swoje spojrzenia na korę. Czerwona rysa upewniła Laurencego, że trafili w odpowiednie miejsce. Zadarł łeb. Ptaki świergotały. Liście na drzewach tworzyły baldachim chroniący ich przed słońcem. To ładne drzewo. Naprawdę ładne drzewo i naprawdę ładny Cierń. Niech tylko popatrzy. Niech spojrzy.
Nie spojrzał. Laurency skrupulatnie studiował jego pysk, doszukując się na nim choćby oznak kiełkującego uczucia. Wziął oddech, ale szybko wypuścił powietrze. Sam nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Nie chciał marnować słów. Uśmiechnął się pokrzepiająco i poklepał miejsce pod pieńkiem, po czym usiadł zaraz obok, zostawiając przestrzeń dla Ciernia. Cierń usiadł tuż obok. Laurency przełknął ślinę. Pan Chmurka, może nieświadomie, dotknął jego łapy, powodując tym samym palpitację Laurencowego serca. Odchrząknął — najpierw jeden, potem drugi. Łapa jednego zawędrowała trochę bliżej, drugiego jeszcze trochę, aż dotknęli się ponownie, zaraz po tym, jak uprzednio Laurency gwałtownie cofnął swoją.
Laurency wstrzymał oddech.
— Co teraz ro-...
— Poczekaj.
Cierń potrząsnął łbem skonsternowany.
— Obiecałem sobie, że pocałuję cię, kiedy tamta chmura odsłoni słońce.
Odczekali więc jeszcze cztery uderzenia serca. Krew szumiała w uszach Laurencego, serce wydawało się podchodzić do gardła, sierść na karku zjeżyła się, a wzrok zmętniał. Później oślepił ich blask słońca i Laurency pocałował Ciernia.
Ich pyski zetknęły się raz, żeby odsunąć na ułamek sekundy i dotknąć raz jeszcze. I jeszcze raz. I jeszcze jeden, dopóki nie zabrakło im tchu i nie odkleili się od siebie na dłużej niż dwa momenty.
Laurency wyobrażał sobie tę chwilę setki razy i na setki różnych sposobów. Za rok, za tydzień i za miesiąc, za jedną porę roku albo następnego dnia, nad rzeką albo w mieście, w parku, nad jeziorem albo na plaży, wśród innych psów, wśród ludzi albo na uboczu. Raz pocałunek przerywał niezręczną ciszę, innym razem inicjował go Cierń. Często przerywał mu tak, jak tamtego dnia, rzadziej ktoś przerywał im, ledwo do niego doszło. Były namiętne, dynamiczne, były leniwe i emocjonalne. Zawsze jednak pożądliwe, zawsze chciane. Na ułamek chwili stracił pewność, czy nie zostanie odtrącony, niemniej jednak prędko pogrzebał te obawy, kiedy Pan Chmurka nie oponował. Można powiedzieć, iż nie dość, że nie protestował, to jeszcze go, pocałunek, odwzajemnił.
Żaden z nich nie ma pewności, w którym momencie znaleźli się na ziemi. Nikt nie nabawił się guza ani bólu, ale Cierń leżał pod Laurencym nieodrywającym się od niego ani na moment. Łapą smagnął jego karku, przygładził sierść na boku i wtulił w puchatą sierść na szyi. Splótł kończynę z kończyną, ogon ułożył wzdłuż uda, Gwiezdni jedni wiedzieli, która noga była czyja i kto inicjował który ruch.
— Tak robią Dwunożni? — wymruczał Cierń.
Laurency uśmiechnął się pod nosem i na powrót zanurkował w gąszczu białej sierści Ciernia. Tamtego dnia, kiedy między jednym pchnięciem a drugim Laurency popatrzył prosto w oczy swojego małżonka, dostrzegł w nich coś, co czyniło z tego spojrzenia wyjątkowe. Wówczas upewnił się, iż to właśnie Cierniowi może oddać swoje serce.
Spłoszone hałasem ptaki wyfrunęły gromadami spomiędzy koron drzew, a szczenięta unikały tego miejsca przez następne dni.

<...cierń?>
[1258 słów: Laurency otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

21 czerwca 2021

Od Ciernia CD Laurencego

 Po tych słowach w mózgu Ciernia zaszły niesamowite, rzadko spotykane reakcje chemiczne. Pies oczywiście nad tym nie panował, bo jedyne co obijało się o ściany jego pustej łepetyny były słowa Laurencego „jeszcze liżą się po pyszczkach„. Wydawało mu się, że jest to na tyle ważne, iż nie może złamać tej tradycji (o ile Cierń w ogóle wiedział, co to tradycja). Zbliżył się więcej do towarzysza, który nie drgnął nawet na milimetr. Pozwala mi, pomyślał, choć zapewne było to spowodowane czymś innym. Możliwe, że pies o kolorach tęczy nie spostrzegł, że duży, puchaty pies, przybliża się do niego na tyle, by móc liznąć go po pyszczku.
Cierń był zahipnotyzowany myślami, klimatem, który go otaczał oraz wszystkimi słowami. Nigdy wcześniej nie czuł się w taki sposób. Tylko jaki? Ciekawy tego, co się stanie, ale jednocześnie cierpliwy na tyle, by wysłuchać drugiego psa? A może to było coś zupełnie innego, głębszego, coś, co dotykało każdego skrawka jego duszy i przejmowało nad nim kontrolę, jak osoba bawiącą się lalką. Cierń był właśnie taką lalką, w tej sytuacji, w tej chwili, w tych sekundach, w których zbliżał się do Laurencego z zamiarem zrobienia czegoś, co nie przeszłoby mu wcześniej przez myśl.
Kiedy był już wystarczająco blisko, wyciągnął swój piękny, różowy język i liznął towarzysza po pyszczku. Zadowolony z tego, co zrobił, podskoczył w miejscu.
— Jesteśmy sobie obrzezani! — Pomachał ogonem. — Już na zawsze, prawda?
Laurency, co prawda bardzo zmieszany, pokiwał głową. Po jego minie można było łatwo wywnioskować, że się tego nie spodziewał lub nie wiedział, iż stanie się to w tak szybki i prosty sposób. Cierń, jak to Cierń, niewiele mógł zrozumieć z mimiki towarzysza; zakładał, że wszystko jest w porządku i zrobił wszystko, jak należy. Nie przeszło mu nawet na myśl, iż podobny gest może być... odrobinę dwuznaczny. Chociaż, czy pusty łeb Ciernia tak właściwie tego nie chciał?
Stojąc tak przed ołtarzem, jak świeżo upieczona para małżeńska, Cierń czekał, aż Laurency wydusi z siebie jakieś słowo, wpatrując się w niego w niczym wierzący w jeden z tych kościelnych obrazów. Pies jednak wciąż nie podjął się, by coś powiedzieć — patrzył przed siebie, w pustkę, a może raczej też jedne z drzwi, które pozostały zamknięte. Nie potrafił oderwać oczu, być może chciał za wszelką cenę uniknąć palącego spojrzenia Pana Chmurki.
— Gdzie teraz idziemy? — zapytał wspominany przed chwilą Pan Chmurka. — Co robi się po obrzeżynach?
— Idzie się.
— Gdzie?
— Wiesz — Laurency wrócił do żywych — dwunożni idą gdzieś razem, by wspólnie spędzić czas i takie tam. Nie wiem dokładnie gdzie, bo przecież nie śledziłem nigdy żadnego z nich, ale... to na pewno jest wyjątkowe miejsce! Drzewka, rzeczka, jeziorko, rozumiesz?
Cierń pokiwał głową, chociaż nie był pewien, czy aby na pewno rozumie swojego kompana. Laurency wydawał mu się mówić na jednym wdechu, bez żadnego ładu i składu, jakby nabawił się słowotoku (jakby wcześniej już go nie miał). Wojownik więc słuchał Laurencego, licząc na to, że jego mózg w końcu dozna oświecenia.
— Czy my też pójdziemy nad... jeziorko, rzeczkę i... — zamyślił się, próbując sobie przypomnieć, co jeszcze zostało wymienione przez kolorowego samca. — I chyba drzewka? Dwunożni wchodzą na drzewka?
Laurency uśmiechnął się niezręcznie. Po czasie spędzonym z Cierniem powinien być przyzwyczajony do podobnych pytań, a jednak wojownik wciąż go zaskakiwał. Mogę przypuszczać, że Laurency nie pozna pełni osobowości Pana Chmurki do swojej śmierci. Nawet jak zostali sobie święcie obrzezani w przepięknym kościele. Brakowało tylko obrączek, romantycznej muzyki oraz imprezy, na której leciałby Zenek Matryniuk. Laurency z pewnością razem ze swoim małżonkiem podrygiwałby w rytm "Przez twe oczy zielone"; a po zakończonej zabawie, skropionej mocnym alkoholem, udaliby się do love hotelu, gdzie spędziliby razem wspaniałą noc... polegającą na byciu skacowanym.
— Nie wchodzą na drzewka — odpowiedział w końcu, jakby wybudził się z tego cudownego snu, w którym razem z Cierniem tańczą do polskiego disco polo i liżą się pod jemiołą. — Idą pod drzewka.
Cierń przekrzywił łeb.
— Pójdziemy pod drzewka? — Jego entuzjazm znów osiągnął zenitu, gdyż Pan Chmurka podskoczył w miejscu i pięć razy obiegł towarzysza.
Gdybyśmy mieli podsumować to, co się wydarzyło oraz te słynne obrzeżyny, to powiedzielibyśmy, że nie różni się niczym od polskich małżeństw. Mamy zatem pierwszy dowód za tym, by sądzić, iż Laurency, który to swoją drogą rozpoczął, ma geny polskie. Możliwe jest również to, że jego nieznana matka wyszła za polskiego Janusza, wyborcę PiS i spłodziła razem z nim kolorowego, homoseksualnego psa, zwanego również Laurencym. Sprawa miewa się podobnie z Cierniem. Przypuszczam, ale tylko przypuszczam, że Cierń jest Polakiem w stu procentach, jednak nie chce się do tego przyznawać? Powód jest dosyć prosty: Cierń nie wiem, kim są Polacy.
Odeszliśmy z tematu, ale czy kogokolwiek to obchodzi? Prawdę mówiąc, chcę nabić tylko słowa oraz zapewnić wszystkich czytających, że ten przyszły związek będzie jak najbardziej zdrowy; aby tego dowieść, zostały przedstawione solidne argumenty, które podtrzymują moje zdanie: Laurency i Cierń tańczący razem na weselu, w tle leci Milano — Bara Bara, goście klaszczą i podrygują w rytm, gdzieś w tyle pijany wujek Mieciu próbuje śpiewać, jednak zapijaczony nie jest w stanie wydusić z siebie nic więcej oprócz „hhaabara hhabra jeshhli maszzhh ochoddte ddahhj mi jakhis znaaah”, Laurency za to uśmiecha się do Ciernia, którego obejmuje i przysuwa bliżej do siebie. To są ich rytmy. To jest ich pieśń.
Czy ten związek nie byłby udany? Która para nie chciałaby tańczyć do rytmów disco na imprezie w remizie? To jest prawdziwa miłość. Prawdziwa polska miłość, tak jak Laurency i Cierń.

<Laurency?>
[887 słów: Cierń otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

7 maja 2021

Od Laurencego CD Ciernia


To historia o tym, jak Laurency zmarł. Nie, moment, jeszcze nie. Wertuję kartki w moim notatniku. Rozszerzenie z matematyki nie robi ze mnie jakkolwiek lepszego logika, ponieważ niekoniecznie zgrabnie pominęłam, cholera, parę rozdziałów w jego życiu i naprędce chciałam zakończyć żywot w takim stanie, w jakim się wówczas znajdował — bestialsko wpędzić go do grobu jako niespełnionego, samotnego ojca, który nie dość, że nie wytrenował swojego pierwszego ucznia, to nie zmądrzał ani trochę. Racja, to byłby cios poniżej pasa, Laurencemu należy się przepraszający telegram i bukiet sześćdziesięciu dziewięciu róż, najlepiej czerwonych — ptaki ćwierkają, że to jego ulubiony kolor. Nikogo to w żadnym razie nie dziwi, ludzki Laurency ma w szafie co najmniej pięć czerwonych gorsetów, od cholery wiśniowo-serduszkowej biżuterii i okazjonalnie, kiedy przeżywa załamania nerwowe, farbuje połowę włosów na barwę pokracznej, niepełnosprawnej czerwieni zmieszanej z czereśnią i innym szkarłatem, finalnie wyglądając tak, jak twoja babcia chcąca pozbyć się siwizny. Nie skwituję tego słowem źle, bo nie chcę obrazić twojej babci. Chyba że nie żyje, wtedy kłopot znika. Zabawne, z tematu śmierci przeszliśmy do czerwonych gorsetów i czerwonych włosów, żeby skończyć, ponownie, na umieraniu. Gdyby nie to, że za dziesięć sekund uświadczę ataku bardzo nieprzychylnych mi myśli ściśle powiązanych z wiecznością i całym tym procesem zamykania oczu, mogłabym poszerzyć ten akapit o blisko tysiąc słów — ale po co komu hiperwentylacja, kiedy możemy wrócić do najjaśniej błyszącej księżniczki Disneya?
Wiem, po co tu przyszliście. Zobaczyliście tytuł — Laurency, Cierń, połączyliście fakty, parówki (stykanie się parówkami, powinnam to zanotować, pierwsze myśli często się sprawdzają). Czuję nieodpartą chęć rozległego opisania, co działo się z Lauriem przez ostatni rok i, żebyście, cholera, wiedzieli, zrobię to, byle odwlec interakcję przyszłych małżonków, choćby dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa miało przeskoczyć ten akapit tylko i wyłącznie po to, żeby poczytać, jak niezręczny gej numer jeden próbuje poderwać niezręcznego geja numer dwa, który to z kolei ma przedziwną fiksację na punkcie gałęzi, a w szczególności tych porośniętych listkami — nikt go nie ocenia, każdy ma swoje preferencje. Może też powinienem wyhodować listki? — myśli czasami Laurency, kiedy jego trzy komórki urządzają naradę na wzór tych szlachciańskich, gdzie jeden po drugim wykrzykiwał liberum veto. Każda z tych obrad spełza na niczym, ponieważ trzech jegomościów we wzorzystych garniturach dochodzi do niepodważalnego wniosku, jakoby staranie się o Ciernia było pozbawione sensu, bo jeśli kocha, to wróci. Pomijając niewygodny fakt, że Laurency rozmawiał z nim raptem raz w życiu. To była miłość.
Frank Gallagher ma z Laurencym tyle wspólnego, co gorzka czekolada 64% kakao z Ghany z byciem jakkolwiek akceptowanym produktem w społeczeństwie — ano, z niewielkimi wyjątkami, niewiele. Mimo to pozwolę sobie przytoczyć jedną z jego kwestii. That’s all you got? That's it? I'm still here, you fucker! Frank Gallagher! I'm alive! You see me? You see me standing here? You lost, asshole! I'm alive, motherfucker! Me, Frank Gallagher. Franka Gallaghera zastąpcie sobie Laurencym, a wszystkie przekleństwa jakimiś sympatyczniejszymi odpowiednikami — to właśnie mógł powiedzieć, stając w progu legowiska Leonisa, z lekarstwem w pysku i dumą nań wymalowaną. Wrócił, bo wrócił, z nieleczonym sercem, potrzaskanym honorem, nowymi wrogami i jednym czy dwoma nowymi przyjaciółmi, bez godności ani szacunku u kogokolwiek — wrócił, stał, trochę niepewnie, na chybotliwych łapach i czuł się dobrze. Czuł się szczerze i najpoważniej w świecie dobrze, widząc tereny, które dane mu było obsikiwać co najmniej dziesięć razy dziennie. Czuł tu swój zapach i wiedział, że to jest właśnie jego dom — miejsce, do którego mógł wrócić bez obawy, że się go wyrzekną albo przepędzą z włóczniami. Jednorazowo przeszło mu przez myśl, iż może być uznany za zmarłego.
— Co robiliście, jak mnie nie było? — zapytał raz jednej z bezgwiezdnych suk, z którą w sposób nieokreślony i równie nieoczekiwany znalazł się w jednym miejscu, w kolejce do Leonisa. Klinika Bezgwiezdnych coraz bardziej przypominała NFZ. — Ikro, ziomie, słuchasz mnie?
Uniosła ociężały łeb.
— Kim właściwie jesteś? — Zmierzyła go beznamiętnym spojrzeniem, a Laurie w jednej chwili wstrzymał oddech.
— Laurency, Ikro! Jak to możliwe, że znam twoje imię, a ty nie znasz… nie znasz… — przerywał dramatycznie — … mojego!
Ikra zdawała się mieć go i jego urażoną dumę głęboko w dupie. Laurency momentalnie spochmurniał, a jego pysk wykrzywił się w grymasie oznaczającym ubytek w składzie dostarczanej regularnie atencji. Czekał, aż ktoś go pochwali, a Ikra wcale się do tego nie paliła. W zamian wymruczała jakieś pozbawione znaczenia słowa potwierdzenia.
Lauriego zawstydziła myśl, jakoby zdołał wyrobić sobie jakąkolwiek renomę. Wszystko legło w gruzach. Wcale nie był księżniczką Disneya.
— Byłeś gdziekolwiek?
Zwiesił głowę i pokiwał nim niemrawo.
— Byłem wybrańcem — wymamrotał.
— Co?
Wziął głęboki oddech, łudząc się, iż co? wzięło się z jej marnego słuchu.
— Byłem wybrańcem — powtórzył równie cicho.
— Nie sły-...
— BYŁEM WYBRAŃCEM — wydarł się w końcu. Ikra nawet nie drgnęła. Zaczął zastanawiać się, czy suka ma w sobie cokolwiek z organizmu żywego.
— Aha.
Niemal wyrwał sobie własną sierść. Cała jego aura krzyczała: potrzebuję uwagi, wy bezemocjonalni, pozbawieni ducha śmierdziele. Laurency czuł do Bezgwiezdnych przeokropny żal, że nie doceniają tego, co dla nich zrobił — nadstawił karku, siłował się z ludźmi, kurami, stawał na łbie i niemal przespał się z jakimś farmerem, byle umożliwić grupie przenocowanie pod dachem.
— Jestem fajny — przekonywał samego siebie, urządzając sobie rutynowe spacery wzdłuż pól. — Jestem super fajny.
Kwestią dyskusyjną było, czy Laurency był rzeczywiście fajny. Dla siebie był. Każda fajna księżniczka Disneya była fajna.

Zima obfitowała w śnieg i poważnym upośledzeniem byłoby, gdyby obfitowała w coś innego, na przykład klopsiki i inne zjawiska pogodowe. Padało całkiem równo, poetycki biały puch obrósł każdy skrawek zdradzieckiej ziemi, toteż odtąd poruszanie się gdziekolwiek bez pozostawiania za sobą głębokich śladów nie wchodziło w grę. Psy chorowały, Leonis miał łapy pełne roboty, a Laurencemu doskwierała zwyczajowa nuda; Mlecz ciągle robił te wojownicze rzeczy, udając psią matkę Teresę i na tym kończy się spis jego znajomych. Był jeszcze Cierń. Laurie nie widział go od wieków, czyli jakichś trzech dni, kiedy po raz pierwszy mignął mu się gdzieś przy kościele, ale zniknął na tyle szybko, żeby właściciel trzech komórek mógł go wziąć za przywidzenie.
Laurency był z zasady charyzmatyczny i śmiały, na dodatek pewny siebie i wystarczająco zajebisty, żeby bez większego kłopotu podbić serce każdego, kto nie jest Leonisem — to z grubsza zrozumiałe, na sto kwiatów przypada jeden brzydki i tak zachowuje się równowagę świata przyrody. Wracając jednak do meritum, Laurency nie odnajduje trudności w zaczepieniu kogokolwiek ani nawiązania z jegomościem kontaktu — gdyby tylko nadarzyła się okazja, bez większych ogródek byłby w stanie nawiązać głębszą relację z przypadkowym psem, choćby tą farmerską pokraką ze stodoły, w jakiej przenocowali, wypełniając wolę Gwiezdnych, czy jak im tam było. Diabeł w tym, że jego brawura kończyła się tam, gdzie przychodziło co do rozmowy z Cierniem. Laurie nie wiedział, jak się do niej zabrać. Po raz pierwszy w życiu bał się, iż powie coś, przez co Cierniowi odwidzi się z nim koleżankować.
Nie to, że zakładał, że go lubi.
Własne tchórzostwo nie mogło wszakże sprawić, że Laurency byłby w stanie przepuścić okazję, ponieważ kiedy natknął się na Ciernia, ironicznie, nieopodal Leonisowej nory, która wydawała się centrum jego przestrzeni życiowej. Biała sierść zlewała się ze śniegiem i gdyby tylko Laurie był jeszcze głupszy, niż zazwyczaj, mógłby Ciernia przegapić. Wówczas plułby sobie w brodę, dopóki by nie skonał. Lubił być dramatyczny.
Dla lepszych wrażeń wyobraźcie to sobie w zwolnionym tempie, w tle leci My Heart Will Go On, a pysk Laurencego wykrzywiony jest w dziwacznym uśmiechu. Włącz My Heart Will Go On, Zirco, ja poczekam. No, śmiało.
— Panie Chmurko! — wydarło się z jego gardła, kiedy przeskakiwał przez zaspy, gnając co sił ku Cierniowi. — Panie Chmurko!
Pan Chmurka, usłyszawszy nawoływanie, zatrzymał się i odwrócił gwałtownie. Jego mordkę rozjaśnił wyszczerz równie pokraczny, co ten Laurencowy. Najszczersza radość wypełniła powietrze, jakie zadrżało od jej nadmiaru. Ruszył się wiatr rozwiewający ich sierści, wyglądali równie majestatycznie, co Leonardo DiCaprio i Kate Winslet na czubku tego gigantycznego statku. Serce Lauriego podskakiwało z rozradowania i szczęścia, przypominając trochę rybę, którą morze wyrzuciło na brzeg. Cierń nie zdążył ruszyć się miejsca, ponieważ ledwo uzmysłowił sobie, jaki kretyn leci mu na spotkanie, Laurency przewrócił się prosto na swój głupi pysk, wpadając w śnieg razem z Panem Chmurką.
Rechotał wesoło, jakby był głupim szczeniakiem.
— Panie Chmurko, do stu tysięcy gniewnych Leonisów — sapnął, rozwalając się w zaspie. Nie musiał unosić łba, żeby wiedzieć, że Cierń leży tuż u jego boku, wyczekująco wpatrując się w jego rozanielony profil. — Jestem szczęśliwy jak szczypiorek na Porę Nowych Liści! Nie widziałem cię tyle czasu, że byłem pewny, że… że… nie, nie byłem niczego pewny, po prostu zapomniałem, jak wyglądasz! Ale wyglądasz pięknie! Promieniujesz, to znaczy… promieniejesz, promieniejesz wszystkim, co… kurczę, Panie Chmurko, ja chyba zapomniałem, jak się mówi!
Laurency utrzymywał, że Cierń zrobił fikołka, ponieważ nawet nie zauważył, jak przewrócił się na brzuch. Musiało minąć parę uderzeń serca, żeby Laurie zorientował się, iż po pysku przyjaciela błąka się zakłopotanie. Zalała go fala zawstydzenia. Wiedział, że tak będzie. Mógł się nie odzywać. Cierń już go nie lubi, na pewno wziął go za głupka. Przecież jestem głupkiem!
— Co się stało? Przepraszam, jeśli cię czymś uraziłem, mogę przestać nazywać cię Panem Chmurką, Cierniu. O co chodzi? Kurczę, kurczę, powinienem przestać się odzywać, nie mogę się dalej błaźnić, jestem… jestem taki głupi! Musisz mi wybaczyć.
Cierń uśmiechnął się półgębkiem, nie mogąc się powstrzymać.
— Powiedz mi, proszę. — Laurency spojrzał na niego pokornie, a jego głos stracił na intensywności.
— Myślałem, że mnie zostawiłeś, Laurency.
Laurie wydał z siebie głębokie, przeciągłe westchnienie. Nie krył ulgi, która w obliczu tego wyznania wydawała się nieco dziwaczna — powinien pospieszyć z wyjaśnieniem, zapewnić Ciernia, iż w żadnym razie nie powodowała nim chęć zniknięcia z życia Pana Chmurki, niemniej jednak euforia, która brała się z niedosłownego zapewnienia, iż Laurency wcale nie jest tak popieprzony, jak mu się wydawało, przyćmiewała wszelkie poczucie zobowiązania. Poza tym, po cichu ucieszył się, że wcale nie chodziło o pseudonim Pana Chmurki.
Biały samiec popatrzył na niego skonsternowany.
— Jestem głupi, przepraszam, Panie Chmurko — parsknął perlistym śmiechem. — Tak jak ty! Nie bierz tego do siebie, jesteś super mądrym psem i bardzo to w tobie cenię, ale nie powinieneś był tak myśleć. Jeśli dużo o czymś myślimy, to zaczynamy wariować i nie wiemy, co jest prawdą, a co fałszem, więc ty nie wiesz, czy cię zostawiłem, czy nie. A ja cię nie zostawiłem! Nigdy bym cię nie zostawił, wiesz? Pamiętasz, co zrobiliśmy rok temu?
Rok temu, powtórzył w głowie i zamilkł na chwilę. Nie widział Ciernia od roku.
Pan Chmurka wydał z siebie słowa potwierdzenia, a Laurie dalej trzymał pysk zamknięty na trzy spusty. Straciłem dwanaście księżyców.
— Laurie?
— Tak! Tak, już jestem. Przepraszam, zaciąłem się. Rok temu… — Przełknął ślinę. Powoli uzmysławiał sobie, jak stary się robi. — Złożyliśmy parówkową przysięgę. Obiecałem ci, że będę na zawsze twoim przyjacielem, bo zjedliśmy wspólnie magiczne, łączące więzem miłości parówki. To nieodwołalny rytuał, przecież ci mówiłem. Gdybym cię zostawił, złamałbym najważniejszą przysięgę w moim życiu!
Pana Chmurkę wyraźnie to uspokoiło, odzyskał pogodę ducha i wreszcie odwzajemnił ciepły uśmiech błąkający się po pysku Laurencego. Marmurkowy pies odgarnął cały śnieg odgradzający jego łeb od Cierniowego tak, żeby mógł spojrzeć prosto w jego oczy.
— Cieszę się, że znów cię widzę, Panie Chmurko. To najlepszy widok dzisiejszego dnia.
I wszystkich innych.

Podnieśli się niemal jednocześnie, kiedy przemarznięty do kości Laurency zaproponował spacer na rozgrzanie zziębniętych mięśni i innych skostniałych części ciała. Przysunął się blisko do Ciernia, od którego biło ciepłem, i pokierował ich ku wschodowi — zupełnie bez przyczyny, ów kierunek zdawał się nieznacznie bardziej atrakcyjny od trzech pozostałych. Szli więc, kiwając się na boki i okrążając zaspy większe niż te, jakie dosięgały im do piersi. Cały ten spacer był absurdalnie błogi i pozbawiony głębszego sensu — Laurie jednak czerpał z niego garściami, pochłaniając entuzjazm Ciernia, jak komar wysysa krew. To złe porównanie. Laurency jest dobry, komary to chuje.
— Ta przygoda była zwariowana, Panie Chmurko, mówię ci — opowiadał Laurie. — Niewiele z niej pamiętam, tak wiele się działo, ale pewnego dnia musiałem walczyć o godność kury, wiesz? Brązowa Blizna, taki pies z innego klanu, który też był wybrańcem, chciał tę kurę zabić, a ja byłem jak: nie, nie zabijaj jej, ona ma rodzinę, bla, bla, bla! Nie chciałem, żeby ginęła, zwierzęta nie powinny ginąć bez powodu. Zgodzisz się ze mną, prawda? — Cierń z pasją pokiwał łebkiem. — W końcu ją zabił i myślałem, że się popłaczę. Innym razem byliśmy w takiej, ee… na takiej farmie. Farma Dwunożnych, tak. Byli tam, ee… Dwunożni, i kiedy chcieliśmy przenocować w opuszczonej stodole…
Zawiesił się. Nie wiedział, co dalej. Rozum chciał kontynuować, ale serce kazało mu poprzestać na tym etapie.
Wieża kościelna, która wyłoniła się spomiędzy nagich gałęzi drzew, sprawiła, że zapomniał o dylemacie.
— Popatrz, to kościół! — zawołał, jakby Cierń był ślepy. — Chcesz usłyszeć ciekawostkę?
— No pewnie!
— W kościele Dwunożni łączą się w pary, trochę tak, jak ptaki na Porę Nowych Liści. Jeśli dwóch Dwunożnych stanie w jednym końcu kościoła, ich kumple po bokach, a śmieszny Dwunożny w przebraniu zaraz przy nich, dzieje się coś dziwnego i nagle mogą mieć szczeniaki. Fajne, no nie?
— Czadowo, Laurency! — odparł rozentuzjazmowany Cierń. — To jak z parówkami?
— Nie, Panie Chmurko. — Laurie pokręcił łbem. — To jest jeszcze poważniejsza przysięga. Po złożeniu jej Dwunożni liżą się po pyszczkach.
Cierń rozchylił oczy.
— Poważna sprawa!
— Ano, poważna. Wiesz, jak to nazywają?
— Jak?
No właśnie, Laurency, jak to nazywają?
Kiedy byli na całej tej cudacznej wyprawie, spotkali psa, który streścił im zwyczaje Dwunożnych. Padło wówczas parę dziwacznych nazw. Podatki, demokracja, ślub, waluta, Jan Paweł II i… pogrzeb. Tak, Laurie był praktycznie pewny, że chodziło o pogrzeb.
Albo wibrator?
Nie, to musiało być namaszczenie.
— Obrzezanie — wypalił. Obrzezanie brzmi na tyle egzotycznie, że pasuje do Dwunożnych. — Robią obrzezanie.
— Brzmi bardzo ciekawie.
Weszli do kościoła.
— Wiesz, jak to wygląda? — zapytał Cierń, rozglądając się po jego wnętrzu. — To obrzezanie.
— Ee… mniej więcej, ale bardziej mniej, niż więcej.
Podszedł do złamanych na wpół ławek.
— Tutaj siadają przyjaciele. — Przeszedł wzdłuż nich, wskazując po kolei na każdą. — Na przedzie często siadają rodzice i najbliższa rodzina, dalej jakieś ciotki, wujkowie, dziadkowie, koty ulubionego proboszcza babci koleżanki, prawnuczkowie braci medyków, którzy trzy pokolenia temu wyleczyli kuzynkę przyrodniej siostry twojego pradziadka i tak dalej. Dwunożni mają z reguły duże rodziny. — Obszedł ławki dookoła, żeby po wyjściu spomiędzy nich pokierować się ku prezbiterium. — Tutaj dzieje się to, co najważniejsze. Dwunożny w przebraniu stoi tutaj. — Stanął za resztkami ołtarza. — Mówi, dużo mówi, ten typ Dwunożnego bardzo lubi mówić. Czasami zmienia pozycję i staje tutaj. — Cofnął się na parę kroków. — Wtedy Dwunożni składają sobie przysięgę, stojąc dokładnie tutaj. Podejdziesz?
Cierń dołączył do niego. Kiedy przecinał kościół po długości, odgłosy jego kroków odbijały się echem od ścian pustego budynku.
— Stań tutaj — instruował go Laurency. — Naprzeciwko mnie. Jeden z Dwunożnych mówi: Ja, Dwunożny, na przykład Laurency, biorę ciebie, drugi Dwunożny, na przykład Cierniu, za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci. Nie wiem, dlaczego to zapamiętałem, ale brzmi fajnie. Mówi coś jeszcze, ale tego już nie znam. Coś o duchach, Dwunożni wierzą w duchy albo coś takiego. No i potem ty, w sensie, drugi Dwunożny, powtarza to samo, tylko zamiast za żonę mówi za męża.
— Ja, Dwunożny, na przykład Cierń, biorę ciebie, drugi Dwunożny, na przykład Laurency, za męża i…
— Ślubuję ci miłość…
— Ślubuję ci miłość…
— … wierność…
— … wierność…
— … i uczciwość małżeńską…
— … i uczciwość małżeńską…
— … oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci.
— … oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci.
Laurency parsknął, a jego śmiech wypełnił głuchą ciszę kościoła.
— Tak to wygląda. Potem wymieniają się obrączkami.
— I to wszystko? Są obrzezani?
— Chyba tak. A, jeszcze liżą się po pyszczkach, ale to drobiazg.

<Panie Chmurko?>
[2548 słów: Lurency otrzymuje 25 Punktów Doświadczenia]

4 marca 2021

Od Ciernia CD Laurencego

Ten czas spędzony z nakrapianym psem był najlepszym czasem dla naszego głupiutkiego Ciernia. Nie powinno być to nic zaskakującego — samiec nigdy nie miał powodzenia u innych; zawsze odtrącany, wystawiany i traktowany jak dziwak. Teraz spotkał takiego samego dziwaka, co on! Dopełniali się jak dwa półokręgi, tworzące razem pełno koło. Cierń nie przypuszczał, że kiedykolwiek uda mu się poznać kogoś takiego; a mówiąc takiego, mam na myśli tak samo rozgarniętego (raczej nie), co on. Cóż za wspaniałe małżeństwo mogłoby z nich powstać!
Cierń wziął delikatnie parówkę w pysk i przysunął się do Laurencego; ciapowaty pies patrzył mu głęboko w oczy, odrobinę zmieszany jego cudownym pomysłem. Biały samiec przechylił łeb na prawo, czekając, aż towarzysz wykona pierwszy krok. W końcu byłoby trochę niezręcznie, gdyby jako pierwszy odgryzł kawałek parówki.
I w końcu Laurency, zrozumiawszy jego aluzję, złapał parówkę za drugi koniec i odgryzł jej kawałek. Ich cudowna obietnica została podpisana (prawie jak akt małżeński).
Na tym się właściwie skończyło — zjedli parówkę, popatrzyli na przepiękny krajobraz oraz na siebie nawzajem, po czym wrócili do domku. Cierń jeszcze namawiał biednego Laurencego, aby odwiedzili krzaczka, który został poturbowany i najpewniej od dłuższego czasu już nie żył, ale towarzysz uparcie go ignorował. Biały samiec, nazywany też Panem Chmurką, musiał się pogodzić z tym faktem, tak więc oddzielił się od Laurencego i sam poszukał roślinki. Oczywiście jej nie znalazł — zdążyła zastać go noc, więc inteligentny osobnik o imieniu Cierń błąkał się w ciemnościach.

***

Nim się obejrzał, zdążyła nastać już kolejna pora roku, co bardzo ucieszyło Ciernia. W końcu to ta pora, w której rośliny budzą się do życia, kwiaty kwitną, a na drzewach zaczynają pojawiać się pierwsze liście. Wszystko byłoby w porządku, gdyby tylko… I to gdyby tylko odnosi się do momentu, w którym dowiedział się, że Laurency gdzieś zniknął. Szukał go od kilku dni i pierwszą jego myślą było, iż może uciekł od niego jak każdy inny. Potem jednak spotkał jednego z klanowiczów, który najwyraźniej domyśliwszy się, czego szuka Cierń, opowiedział mu o tajemniczym zaginięciu łaciatego. Samiec z początku był zdziwiony w końcu jak to? Zniknął tak po prostu? Rozpłynął się w powietrzu? Jego zawiedzenie oraz smutek sięgnął zenitu, kiedy dowiedział się, że nakrapianiec nie powrócił do klanu od dłuższego czasu. Cierń uronił sobie w swojej główce, że ich święta obietnica z parówkami została zerwana. I poczuł się przez to urażony.
Chodził w kółko krzaczka, którego próbował ratować minionego dnia i zawzięcie rozmyślał nad niedoszłym przyjacielem. W głowie tworzył przeróżne scenariusze, ale oczywiście żaden z nich nie był prawdziwy — skąd Cierń mógł znać prawdę? Tak więc przekonany był, iż Laurency okazał jak każdy inny: pojawił się i zniknął, kiedy nadarzyła się okazja. Poczuł się nawet winny, że wolał poszukać zranionego krzaka, zamiast pobyć jeszcze przez czas z ciapowatym!
Chodząc tak i rozmyślając, poczuł, że od jakiegoś czasu zaczyna przeszkadzać mu coś w gardle. Zignorował to, bo czemu miałby się przejmować zwykłym drapaniem? Nażarł się czegoś, być może mięso wcześniej wytarzało się w piasku i teraz te drobne ziarenka podrażniają jego gardło. To nie było głupie wytłumaczenie, ale Cierń był za głupi, aby nawet spróbować wymyślić sensowne uzasadnienie uciążliwego bólu.
Zdrowy pies udałby się od razu do medyka — boli cię gardło? Medyk na pewno ma na to zioła. Cień bał się jednak Leonisa jak nikogo innego. Uważał go za odrobinę zbyt… sztywnego. Nie lubił również medyków. Sądził, że nikt nie jest w stanie mu pomóc, a jeśli zachoruje, to wyleczy się sam z siebie; o tak, po prostu. Wizja udania się do medyka była dla Cierna najczarniejszym scenariuszem. Wolałby się nażreć liści czy trawy, niż zawitać w progu domku Leonisa i z wymalowanym uśmiechem powiedzieć mu, że boli go gardło. Leonis zapewne wyśmieje go i powie, iż to jeszcze nie powód do zmartwień… przynajmniej tak myślał Pan Chmurka.
Nie wiadomo jednak, co go podkusiło, aby mimo tych obaw udać się do klanowego medyka. Nigdy wcześniej u niego nie bywał, ale spotkał raz czy może dwa razy (o te dwa razy za dużo). Obawiał się bardzo, jednak próbował zgrywać twardziela, jak na Ciernia przystało.
— Panie Leonis! — krzyknął, podbiegając do podobnie nakrapianego psa, co Laurency. — Panie Leonis jest sprawa. Już tłumaczę, oczywiście — zakasłał — bo bez tłumaczenia będzie ciężko, prawda? — Leonis spojrzał na niego jak na wariata. — Od jakiegoś czasu mam problemy z gardłem i… nie wiem w sumie, co tu robię… O! Panie Leonis, wie pan może o jakichś magicznych parówkach? Laurency gdzieś zaginął, a chciałbym znowu upolować z nim na parówkę… — Upuścił smutny łeb. — Wie pan, panie Leonis, jakie to było smaczne? Cudowne! I Laurency był taki miły! Nazwał mnie przyjacielem. Wie pan może, co to znaczy?
— Nie wiem, czym są magiczne parówki, brzmi jak zdradziecki wynalazek. Zapewne możesz zdobyć je skacząc na trzech łapach i śpiewając głośno: parówko, parówko!
— Och! — Zamerdał ogonem. — To ma sens!
Leonis wiedział, że to nie ma sensu, ale musiał jakoś pozbyć się natrętnego Ciernia. Dobry ruch, panie Leonis.
Cierń zadowolony z rady medyka udał się do znanego nam już krzewu i zaczął niezgranie wokół niego skakać na trzech łapach. Z pyska samca wydobywały się głośne zawodzenia: parówko, parówko! Krzyki Ciernia zapewne słyszalne były w zasięgu pięciu kilometrów.
Nie udało mu się ukończyć rytuału — biedny zakaszlany Cierń musiał usiąść, aby złapać oddech. To na pewno nie było działanie piasku ani oszalałego wykrzykiwania „parówka”. To było coś zupełnie innego, z czego zapewne sam się nie wyleczy.
— Panie Leonis! — krzyczał, biegnąc z powrotem do medyka. — Panie Leonis potrzebuje… czegoś.
— Tak, tak, potrzebujesz — wymruczał do siebie. — Każdy potrzebuje.
Odszedł kawałek, mrucząc do siebie jakieś obraźliwe słowa; było coś o Gwiezdnych, o jego ciężkiej pracy oraz o tym, że nie ma spokoju.
— Chodź tu, popaprańcu — przywołał Ciernia.
Pan Chmurka wpierw obruszył się na to wyzwisko i kiedy szykował się, aby powiedzieć, że nie jest żadnym popaprańce, Leonis zapchał mu pysk ziołami. Nie zdążył nawet zapytać medyka, co to jest, bo zdążył już to zeżreć, a nakrapiany pies zniknął.

***

Ból gardła zniknął tak szybko, jak się pojawił (wcale nie tak szybko, bo pan chmurka nie chciał się leczyć), jednak Laurencego wciąż nigdzie nie było widać. Cierń cierpiał najcięższe katusze, co jakiś czas obrażając towarzysza, że zostawił go bez pożegnania. Po klanie zdążyła już wyrosnąć plotka mówiąca, iż Laurency został zabity lub odszedł do jednego z klanów. Cierń nie przyjmował tego do wiadomości — niedoszły przyjaciel był dla niego zbyt silny, aby umierać.
Tak więc w skrócie — pan chmurka cierpiał, czekając na towarzysza, jednocześnie obwiniając go za nagłe zniknięcie.
<Laurency?>
[1059 słów: Cierń otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

26 stycznia 2021

Od Laurencego CD Ciernia

Laurency autentycznie się wzruszył i gdyby nie ten niezbyt wygodny fakt, że był psem, najpewniej uroniłby łezkę. Albo dwie. Albo nawet trzy, jeśli Cierń jeszcze raz spojrzał na niego tym błagalnym wzrokiem.
Prawdę mówiąc, wiedział gówno o leczniczych właściwościach parówek — ba! — był skłonny podejrzewać, że te całe właściwości wcale nie istnieją, ponieważ przyzwyczaił się do tego, iż z reguły to, co dobre, z reguły wcale nie pełni innej funkcji jak smakowania co najmniej dobrze (czy ktokolwiek pił kiedyś prawdziwie dobry syrop? Albo połykał tak dobrą tabletkę, że aż pomyślał: „jaka dobra tabletka!”? Nie, i w tym tkwi problem). Schody zaczynały się, kiedy coś nie dość, że nie dawało absolutnie nic, to jeszcze wywoływało odruch wymiotny, ale od takich rarytasów trzy komórki mózgowe Lauriego na ogół starają się stronić. Parówki, w psiej opinii, należały do nadrzędnych posiłków, czegoś, czego wyczekujesz cały dzień — były trochę ambrozją, tylko w czterołapnym świecie. Uczucie towarzyszące jedzeniu parówki można było przyrównać do tego momentu w ciągu dnia, gdy wracasz zmęczony, po pracy, szkole, innych wyczerpujących zajęciach, zbędne skreślić, zdejmujesz buty, wcale nie przejmując się odorem, który lada moment się z nich wydobędzie, rzucasz zakurzony płaszcz, lub, według preferencji, kurtkę, na nieczyszczoną lata świetlne sofę, w jaką wrosły się już te kawałki pizzy upuszczone na nią w zeszłym tygodniu, a orzeszki, które miesiąc temu wpadły ci gdzieś pod kanapę, wydają z siebie odgłosy wojenne, przygotowując się do bezpośredniego starcia z kotkami z kurzu, żeby następnie podbić cały salon (finałowy przeciwnik to najpewniej osada z pustego pudełka po chińszczyźnie), a ty po prostu płyniesz, lawirując między futrynami, aby następnie, z całą możliwą siłą, rzucić się na łóżko i z impetem przypieprzyć w ramę łóżka — ale wcale o to nie dbasz, bo sen sprawia, że powieki, mimo bólu, i tak kleją ci się niemiłosiernie. Błogość towarzysząca tym okolicznościom to coś, czego doświadczanie powinno stanowić naszą rutynę. Zupełnie tak, jak jedzenie parówek. Gdyby Laurency został liderem, nawiązałby porozumienie z jakąś parówkową hurtownią — ochrona przed złodziejami parówek w zamian za dożywotnie dostawy dla Bezgwiezdnych. Zwycięstwo dla gejów.
„Lecznicza parówka” dudniła mu w głowie, odbijając się od ścianek przestronnego, ale zupełnie pustego umysłu, a te nieszczęsne trzy komórki ganiały za nią, przepychając się, jakby którakolwiek miała szansę. W praktyce oznaczało to mniej więcej tyle, że Laurency nie mógł znaleźć odpowiednich słów, żeby nie zabrzmieć równie wariacko, co Cierń. Uporządkujmy fakty, zróbmy listę. Pan Chmurka pochłonął śnieg i zaproponował, nie, poprosił, żeby Laurie, wspólnie z nim, zjadł parówkę. To była najbardziej romantyczna rzecz na świecie. I równie mocno przerażająca. Cierń był w zasadzie dosyć przerażający i Laurency dostawał gęsiej skórki za każdym razem, kiedy ten drugi coś do niego mówił, ale powtarzał sobie, że zawsze mogło być gorzej. Mógł go zjeść. Albo poświęcić swoim bożkom. Albo skrytykować jego parówki tak, żeby zrobiło mu się przykro.
Pan Chmurka stał tak blisko, że niemal stykali się piersiami. Laurie patrzył na niego z milczeniem.
— Chcesz zjeść ze mną parówkę? — podjął w końcu, a jego głos brzmiał na dziwnie pełny nadziei. — Ale wiesz, co to znaczy? Zjedzenie z kimś parówki?
Cierń pokręcił łbem, mrucząc pod nosem słowa zaprzeczenia.
— Parówki wiążą, wiesz? Jeśli zjesz z kimś parówkę, nie możesz jeść jej z nikim innym — oznajmił konspiracyjnym tonem Laurency, nachylając się delikatnie, jakby zdradzał Cierniowi najpilniej strzeżony sekret na świecie. Prawdę mówiąc, Laurie nawet nie kłamał, przynajmniej nie umyślnie — nie traktował parówki jako czegoś zupełnie przypadkowego, z ulicy, co można w każdej chwili wziąć i zjeść, absolutnie nie. Był to towar ekskluzywny, prezent gwiazdkowy, o który trzeba było się postarać, o jaki musiał zabiegać, żeby przez ułamek następnego momentu delektować się smakiem przetworzonego z języków, gałek ocznych i innych, niechlubnych części ciała mięsa świni. — No wiesz, nie to, że tej samej, bo to oczywiste, że jak już ją zjesz, to jej nie zwrócisz, ale… następnym razem.
— Co takiego?
— Obiecujesz, że nie będziesz jadł parówek z nikim innym, tylko ze mną? — zignorował jego pytanie, prostując się. — Musisz mi obiecać, bo ja też nie jadłem parówek z nikim innym i będziesz pierwszy, więc musisz być ostatni — nie przestawał pleść bzdur wyssanych z pazura. Wyprężył się i uniósł łapę. — Obiecujesz, panie Chmurko?
Biały zdawał się skonsternowany, a Laurency zupełnie nie wiedział, o co mu chodzi. Był przecież poważny! Parówki nie były pierwszym lepszym ziemniakiem zwędzonym z rynkowego straganu, więc dlaczego Cierń spojrzał na niego w ten sposób? Hej, przecież przed momentem sam prosił go, żeby zjedli wspólnie leczniczą parówkę, więc dlaczego się zawahał?
„Zepsułem! Zepsułem, zepsułem, zepsułem! Teraz nie będzie chciał być moim przyjacielem” — panikował Laurie.
— Lecznicze parówki…
— Obiecuję! — wypalił nieoczekiwanie Cierń, aż Laurency odchylił łeb do tyłu. Nie minęła chwila, a jego oczy zapłonęły szczerą radością, wyszczerzył swoje krzywe kły i, zaskoczony, poklepał Chmurkę po boku. — Potrzebuję leczniczej parówki dla niego. — Wskazał na odśnieżony krzew. „Jest głupi tak jak ja. Dogadamy się” — przekonywał samego siebie Bezgwiezdny.
— Zapamiętaj, gdzie jest, żebyśmy mogli tu później wrócić. Po parówki, to jest, lecznicze parówki, musimy iść do miasta. Trochę to daleko, ale warto, mówię ci! — zapewnił Ciernia Laurie, nieustannie klepiąc go po boku.
— Mógłbyś…
— A, tak! — parsknął speszony, zdejmując łapę z puchatej sierści. — Masz rację. Wybacz.

Żaden z nich tak naprawdę nie wiedział, co dokładnie się przed momentem zadziało, więc Laurency, korzystając z chwili nieuwagi i zdezorientowania, popchnął Ciernia, nakierowując go ku miastu. Mieścina tętniła życiem o każdej porze roku; wojownik starał się nie martwić o to, czy znajdą jakiegoś zupełnie nieświadomego zagrożenia dzieciaka z hot dogiem dłuższym od uda tego półtorametrowego pojemnika na jedzenie. Pies zastanawiał się nad powiedzeniem Cierniowi, czym właściwie, tłumacząc nazwę, jest hot dog, ale zrezygnował w ostatniej chwili, zbyt przestraszony wizją przerwania ich małej schadzki. Przedziwnej schadzki, która, na dobrą sprawę, wzięła się zupełnie znikąd. Ale Laurie nie narzekał. Laurie nigdy nie narzeka.
Skulił ogon, kiedy usłyszał klakson gwałtownie zatrzymującego się samochodu. Cierń zdążył odzyskać rezon i wydawał się już nieco bardziej opanowany, niż gdy błagał Laurencego o wspólne zjedzenie parówki — przemknął ulicą, wyprzedzając łaciatego o co najmniej kilkadziesiąt centymetrów.
— Musimy się pospieszyć! — wołał do Lauriego wyraźnie w próbach pospieszenia go. — Gałązki mogą się połamać, jeśli to… coś spadnie jeszcze raz. Podejście Ciernia do roślin było, w opinii Laurencego, urocze. Wariackie też, ale to podrzędna sprawa. Okazywał trochę zrozumienia — sam był ojcem i dreszcz go przechodził, kiedy myślał czasami o tym, co w tej chwili może wyprawiać Mlecz. Mlecz! Na Gwiezdnych, dlaczego Laurency zapomniał o Mleczu? Obiecał mu w końcu, że gdy tylko zaliczy owocny napad na Dwunożnych, prędko do niego wróci, żeby podzielić się łupami. Trzy komórki mózgowe Lauriego strzeliły sobie wzajemnie w twarze i bliskie były kompletnemu zrezygnowania z pełnienia swoich funkcji — Bezgwiezdny spróbował przywołać je do porządku, ustawić w rządku i ustalić plan działania. Prędko zorientował się, że decyzja, którą podjął, okazała się być co najmniej do bani, bo jak tylko postanowił od zaraz wrócić do swojego prowizorycznego schronu, natychmiast dopadło go poczucie, iż wcale tego nie chciał. To nie to, że szczególnie polubił Ciernia. Był tylko następną kulą sierści, jaka otworzyła do niego pysk i nie uciekła z piskiem, słysząc, jak niewiele interesujących rzeczy ma do powiedzenia. Odkąd tylko znalazł się w Bezgwiezdnych, nie uświadczył niczyjej szczerej przyjaźni i to mogło zakrawać o delikatną desperację, tak łudzić się, że tym razem będzie inaczej, ale cicho liczył na Ciernia i jego, jak sądził, dobre intencje. Mlecz mógł zaczekać.
Możliwe, że był zwyczajnie głupi, jednak to ta ewentualność, przed którą się wzbraniał.
Zaszli daleko, bo na główny plac, zanim udało im się znaleźć cokolwiek godnego uwagi. Laurency używał swojego niezawodnego wzroku emeryta i węchu przejechanego przez auto szczeniaka, próbując odnaleźć posiadacza jakiejkolwiek parówki, ale wszelkie próby spełzły na niczym — okazało się, że Porą Opadających Liści mało kto wybiera tego rodzaju przekąski i Dwunożni prędzej celują w gorące napoje albo ciepłe, pełnowartościowe posiłki w restauracjach, niżeli przetworzone świńskie penisy w sztucznej bułce, z czerwonym gównem imitującym sos pomidorowy i podejrzanie wyglądającą, białą mazią o ostrym, czosnkowym odorze. Laurie miał im to za złe, bo im mniej hot dogów dla psów, tym więcej dla dzieci. Do tego dopuścić nie zamierzał, ponieważ obiecał Cierniowi, że zjedzą wspólnie lecznicze parówki. Choćby miały to być najtańsze kabanosy z osiedlowego, poprzysiągł sobie spełnić daną obietnicę.
— Cicho, Burek — szepnął do pana Chmurki, kiedy schowali się za wielką, marmurową donicą ustawioną gdzieś na skraju placyku. Wysuszone liście szeleściły pod ich tyłkami przy każdym wykonanym ruchu, a w szczególności, gdy Laurency, testując ich wytrzymałość. Cierń starał się siedzieć tak, żeby nie niszczyć żadnego listka, więc stawiał łapy ostrożnie i wykręcał na wszystkie strony, patrząc ze współczuciem na te dokonujące swojego żywota pod Laurencym. Co jak co, ale jeśli liście szczerze pragnęły zostać zgniecione, najlepszą drogą ku temu było zniszczenie pod wpływem ciężaru Lauriego.
— Nie jestem Burek! — oburzył się Cierń, nie zaprzestając kręcenia się jak popieprzony. — A ty ich nie gnieć.
Laurency spuścił łeb.
— Za późno. Czas szykować akt zgonu, sprawdź godzinę. Który mamy dziś? Na moje oko siedemdziesiąte trzecie słońce w tym roku. A który rok? Może drugi. Jestem kretynem, nie powiem ci, która godzina. Nieważne, wiesz? Czas przeprowadzić rytuał. — Zaszurał tyłkiem o kostkę, łamiąc wpół następne liście. Cierń wydawał się jedynym cudem powstrzymywać niematerialne łzy, a brzdęk złamanego serca był słyszalny nawet z drugiego końca placu. — Słuchaj, zostaniesz tu, a ja… albo nie, słuchaj jeszcze raz, pójdziesz ze mną i zapolujesz sam, dobra? Spróbuj znaleźć hot doga, złap go w zęby i uciekaj, ile sił masz w łapach, w stronę tego wielkiego czegoś. — Wskazał na wieżę kościoła widocznego zza średniej wysokości kamienic. — Postaraj się nie przewrócić żadnego szczeniaka Dwunogów, bo najprawdopodobniej zaczną cię gonić i wyrwą sierść — przestrzegł. — Jasne?
— Właściwie to jak wygląda hot sog?
— Dog.
— Jeden pies.
— Jest żółty, podłużny i możliwe, że będzie z niego wystawać takie czerwone, albo różowe, śliskie coś, co pachnie jak stopy tych całych Gwiezdnych. Wyczujesz, ziomie, nie martw się. Teraz jasne?
— Jasne.
Spojrzał ku placowi.
— Nie musisz się bać, nic się nie sta-... panie Chmurko? — urwał, widząc, jak biały pies mknie w stronę tłumu hałaśliwych ludzi. Taktyka z liśćmi okazała się przydatna, bo Laurency nawet nie usłyszał, jak ten drugi podrywa się na równe łapy. — Panie Chmurko!

Jednak pan Chmurka miał go solidnie w dupie.
Złapał za hot doga jakiegoś dzieciaka idącego za rękę z wysokim, postawnym dwunożnym o przerażającym, wywiniętym wąsie, ogolonej, pewnie pustej głowie i milionem nieznaczących nic tatuażów rozwleczonych na całej długości jego ciała. Kiedy pojemnik na kaszę zaczął wydzierać się wniebogłosy, Dwunożny olbrzym zawtórował mu swoim basowym rykiem, ale mimo długich, krzywych kończyn nie dogonił lawirującego między tłumnymi grupkami ciapowatego gamonia, który nie przemyślał sprawy wystarczająco i naraził siebie i najpewniej Ciernia na pojmanie przez Hycla — doskonale znany mu wóz krążył akurat po okolicy, wydzielając z siebie ten obrzydliwy zapach spalenizny, więc Laurency tylko wyostrzał węch i wyostrzał, żeby w razie potrzeby, zawczasu, jeszcze zanim pętla zaciśnie się na jego szyi, móc uniknąć bezpośredniego spotkania ze starym grzybem z kucyczkiem i oddelegowania do schroniska. Nie wiedział jednak, czy doświadczenia Ciernia obejmują dziedzinę uciekania przed Hyclem. To niekoniecznie tak, że go nie doceniał — po prostu żył świadomością, iż nie każdy musiał liznąć wszystkiego. Zresztą, mógł być z każdego możliwego klanu, a wydawało się, że jedyni Bezgwiezdni nie bali się okupować miasta nawet po tym, jak przydzielono im tereny i nakazano grzać zady na zapchlonym złomowisku i w kościele. Swoją drogą, z tym złomowiskiem łączy się całkiem interesująca historia, w której Laurency wyewoluował w pokemona-handlarza, niemalże opychając komuś Mlecza.
Znaleźli się z Cierniem cudem i najprawdopodobniej gdyby byli nieco sprytniejsi, nie spotkaliby się w ogóle. Odwracając się na lewo i prawo, cofając, prąc do przodu i tak bez końca, zaliczyli niewielką kolizję. Obaj spojrzeli na siebie oczami wielkimi z ekscytacji. W przeciwieństwie do Cierniowego hot dog Laurencego nie był już hot dogiem — Bezgwiezdny kretyn pozbył się już niesmacznej bułki, po której nękały go gazy, wyrzucając ją gdzieś na krawężnik. Prędko przechwyciły ją bezdomne ptaki (czy uliczne ptaki mogły mieć dom?) i nim się odwrócił, pozostały po niej same okruchy. „Zrobiłem dobry uczynek. Zrobiłem?” — przeszło mu przez myśl, kiedy przyglądał się pustemu już miejscu, w jakim przed chwilą leżało nadgryzione pieczywo, ale prędko uzmysłowił sobie, że raptem kilkadziesiąt uderzeń serca temu gniótł liście swoim galaretowatym tyłkiem.
Paszewofha — wybełkotał do Ciernia. — Paszewofha pchnie rzak jebo — próbował przekazać mu coś w swoim własnym języku. Nieudane próby zwieńczył męczeńskim westchnieniem.
Ho?
Parzofla… pchnie… lak… njeo…
Ho?
Nieszaszne, irziemy. — Kiwnął łbem w stronę, skąd nadszedł biały. — Pajie Chmuszho.
Podreptali więc, z powrotem, tam, gdzie znajdował się krzak — przynajmniej tę lokalizację wskazywał ciągle przejęty Cierń. Laurencemu ciężko było przekonać szczęki, nad którymi wydawał się nie panować, że warto wstrzymać się jeszcze moment i zjeść parówkę wspólnie z panem Chmurką; jego pysk nie robił sobie z tego nic wielkiego, ponieważ już, chociaż niepospiesznie, wpijał kły w cienką skórę, przerywając ją w co najmniej dwóch miejscach i uwalniając zabójczo niesamowity smak. Jego komórki zmieniły się w trzy małe kabanosy, w oczach, zamiast źrenic, miał kabanosy i żołądek powoli zmieniał mu się w jedną dużą parówkę, gotowy pochłonąć samego siebie — coś ścisnęło go wewnątrz, gdy, chcąc powiedzieć coś do Ciernia, tylko nagryzł ją mocniej.
Laurency nie wiedział nawet, czy idą w dobrą stronę, mimo że starał się zaufać orientacji w terenie Ciernia. Szli dosyć szybko, więc jeśli się zgubili, najprawdopodobniej byli już daleko od swojego pierwszego celu.
Na szczęście dla, Laurie sam nie wiedział, czy siebie, czy Ciernia, na horyzoncie pojawił się dokładnie ten sam krzew, którego obraz zapisał sobie w głowie i zakluczył w odpowiedniej szufladzie ze szczególnie istotnymi sprawami. Rozejrzał się kontrolnie — na zachodzie widział rozległe pola, ośnieżone co prawda, ale o zbyt charakterystycznej budowie, żeby być chociażby łąkami. Na południe, za krzewem, rozciągał się mieszany las pełen wysokich drzew i ciężkich od śniegu gałęzi, które upodobały sobie uginanie pod ciężarem białego gówna, żeby zrzucać je prosto na łby zdenerwowanych serią nieszczęść i pogodą psów. Wschód z kolei okazał się wysokim wzgórzem. Przedziwne, że wcześniej go nie zauważył; możliwe, że zwyczajnie nie zwrócił na nie uwagi.
Nieoczekiwanie zapragnął wdrapać się na szczyt i tam, pod zadaszeniem, które Dwunożni nazywali altaną, zjeść parówki bez strachu, że lada moment odmrozi im poduszki. Wypuścił parówkę z pyska i prędko pożałował tego przedsięwzięcia — zanurkowała w mroźnym śniegu, najpewniej przemarzając do reszty. Zimne parówki są znacznie gorsze od ciepłych.
— Wejdźmy tam — zażądał.
Cierń odłożył i swojego kabanosa.
— Nie możemy! Niesiemy lecznicze parówki dla krzaka, muszę go nakarmić i…
— Wejdziemy na górę! — przerwał mu z tupnięciem łapy. — Teraz.
— Ale…
— Idziemy.
— Nie możemy! — powtórzył stanowczo.
— Panie Chmurko, bo się obrazimy.
— Krzak!
— Rozpłaczę się.
— Rozpłaczesz!
— Dokładnie, będziesz musiał mnie uspokajać. — Pokiwał łbem. — Idziemy.
— Nie! — zapierał się Cierń. — Nie rozumiesz, że musimy wyleczyć krzaczka? Och, już tyle na nas czeka, a ty guzdrzesz się, bo chcesz wejść na jakąś tam górkę. Mamy ważny towar i musimy mu go przekazać. Słyszysz mnie?
Laurency zaczął go ignorować i pokierował ku wzniesieniu. Ignorowany Chmurka stał się nieznośny, ponieważ ledwo Laurie oddalił się na trzy kroki, już krążył wokół niego, jak mantrę powtarzając, że muszą iść dalej i wypełnić swoją misję. Warczał i charkotał za Laurencym, ale szedł za nim posłusznie, jakkolwiek nieadekwatne do sytuacji jest to słowo.
— Nie słyszę cię, coś przerwało nam linię — odpowiadał mu niewyraźnie ciapowaty.
Koniec końców weszli na sam szczyt, a Laurencemu wydawało się, że ogłuchł. Właściwie, gdyby tak się stało, nie usłyszałby zdezorientowanego charknięcia Ciernia, który dopiero w tamtym momencie zorientował się, po długiej batalii, że zrobił dokładnie to, o co prosił go Laurie.
— Gdzie jest twoja parówka? — Usłyszał Chmurka, kiedy usiedli przed sympatyczną, drewnianą ławeczką skierowaną na wschód lub zachód, w zależności od pozycji siedzącego. Oni usadowili się tak, żeby podziwiać zaśnieżone krajobrazy wschodnie — Cierń nieco naburmuszony. — Nie mów, że zgubiłeś swoją parówkę!
W istocie, parówki Ciernia z nimi nie było. Laurency spojrzał na niego z politowaniem.
— Spoko, kolego, nie martw się tym. — Uśmiechnął się delikatnie. — To przecież żaden kłopot, no nie? Od tego ma się przyjaciół. Weź moją. Najwyżej zostawisz mi kawałeczek, żebyśmy dopełnili naszej umowy.
Mimo że od ich pierwszej rozmowy minęła raptem godzina, Laurency już wtedy zakwalifikował go do grona przyjaciół. Nie wiadomo do końca, z jakiego względu — ujmującego charakteru czarującego Ciernia, czy raczej tendencji do zaliczania wszystkich do kategorii najdroższych bliskich po zaledwie tygodniowej znajomości.
<panie chmurko?>
[2660 słów: Laurency otrzymuje 26 Punktów Doświadczenia]

23 stycznia 2021

Od Ciernia CD Laurencego

Gdyby Cierń mógł, to poszedłby teraz do najbliższego drzewa, oparłby się o jego pień i wyszeptał kilka błagań o to, by ktoś doradził mu, co ma odpowiedzieć. Został zbity z tropu i nie potrafił odnaleźć odpowiedniej drogi — czuł się, jakby własna matka porzuciła go pośrodku labiryntu. Rozpaczliwie rozglądał się, szukając wyjścia; biegał raz w jedną, raz w drugą stronę, myśląc, że w czymś mu to pomoże, jednak jedyne, czego się nabawił, to zawrotów głowy. A Laurency, jego przypadkowy przyjaciel czekał, aż ten mu odpowie lub też czekał na możliwość ucieczki, ponieważ pierwsze wrażenie, jakie Cierń na nim wywołał, było zastraszające. Oczywiście, jeśli po tym białym, puchatym psie, można było się spodziewać czegokolwiek innego.
Cierń teraz wpatrywał się w kolorowego psa, przypominającego mu jesienne liście, które leżały w trawie już od dobrych dwóch tygodni i zastanawiał się, dlaczego wyraz jego pyska tak szybko się zmienił. Otóż w jego mniemaniu wyglądał, jakby zjadł całą cytrynę w ramach durnego wyzwania i czekał, aż ten, kto rzucił mu to wyzwanie, pogłaszcze go po główce, mówiąc, iż dobrze się spisał. Takie miał tylko wrażenie. Laurency najprawdopodobniej bał się Ciernia i tego, jak zareaguje. Tylna łapa psa drgała, jakby przed chwilą nie nażarł się cytryny, lecz leków pobudzających.
— Hot-dog — wydusił z siebie jedynie, uciekając wzrokiem na wszystkie strony świata. — Parówka.
Laurency uśmiechnął się krzywo, wyglądając tym razem jak dzieciak, który zaraz się rozpłacze.
— Tak, parówka! — wykrzyknął, cofając się skrycie o krok. — Parówki są dobre, są gładkie i łatwo się je gryzie! Jak zatapiasz w nie swoje kły, to masz wrażenie, że jesz coś niesamowicie delikatnego! Delikatnego jak chmura! Tak, jak chmura!
Cierń zmarszczył brwi, przypominając sobie, że przed chwilą został nazwany niejakim "panem chmurą". Kolorowy pies pisnął cicho i pokręcił łbem, chcąc pokazać, że nie to miał na myśli. Nie powiedział tego przecież celowo! Chciał rozluźnić atmosferę! Tak, atmosferę. Atmosferę rozluźnić.
— Brzmi — zamyślił się. — Brzmi dobrze, parówka, tak, parówka mi dobrze — powiedział, machając delikatnie ogonem.
Humorki Ciernia należą do tych, które trudno rozszyfrować i tak naprawdę nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. Z jednej strony napotykasz na psa, siedzącego przy drzewach albo wśród krzaków, a twoją pierwszą myślą będzie: "jaki miły", a z drugiej strony jesteś świadkiem jego nielogicznego wybuchu, przy którym wypowiada słowa, których sam nawet nie rozumie. Nie należy się jednak do niego zrażać; mimo że najpewniej nazwie cię kilka razy obsranym dupkiem lub powie coś, czego sam nie chciałbyś słyszeć, to należy do... och, nie jednak nie, z pewnością nie należy do tych kochanych piesków. W każdym razie Cierń lubi towarzystwo, dopóki nie ma dnia, w którym wszystko go wkurwia.
— Och, w takim razie. — Laurency poruszył się nerwowo. — Chodź ze mną, dobre parówki mają tam, gdzie ja pójdę.
— Jak smakuje ta parówka? — zaciekawił się, choć to nie było to, o co miał zapytać.
— Słuchaj, te parówki to niebo w głębie, zobaczysz, są przepyszne, długie i śliskie.
Cierń skrzywił się na samo słowo „śliskie”, ponieważ skojarzyło mu się ze ślimakami. A ślimaków raczej nie chciałby jeść. Liczył po cichu na to, że ten rozkojarzony samiec zaprowadzi go do miejsca, w którym zjedzą coś... na pewno nie ślimaki. Jeśli będą to ślimaki, to ucieknie. Powie Laurencemu, że drzewa go wzywają i zniknie. Tak, dokładnie to powie.
Puchaty pies szedł za psem od parówek, zastanawiając się przy tym, czy przypadkiem już wcześniej go nie widział. Nie obchodziło go, czy należał do klanu, czy był wierzący, czy po prostu przechodził tędy przypadkiem — miał tak bardzo w dupie jakiekolwiek zasady, że to byłaby ostatnia rzecz, nad którą mógłby myśleć. Faktem jednak było, że samiec przeszkodził mu w codziennym rytuale przechadzania się pomiędzy drzewami i podziwiania ich, mimo że tą porą roku wyglądałby wyjątkowo szpetnie. Cierń chciał każde drzewko, każdy krzak pocieszyć, powiedzieć im, że niedługo będą piękne, jak zawsze. A tutaj pojawia się pies, kolorem przypominający jesienne liście i proponuje wspólne jedzenie „śliskich” parówek.
— Och, och, och — wymruczał cicho, obserwując, jak śnieg zsuwa się z gałęzi drzewa i ląduje prosto na malutkim krzaku, przygniatając go. — Spokojnie pomogę ci. Jestem tu, aby ci pomóc. Spokojnie, mogę to przecież zjeść. — Podbiegł do krzaka, prawie tak, jakby znalazł umierającego szczeniaka na środku pola.
Wziął w pysk odrobinę śniegu i ze skrzywioną miną (ponieważ śnieg jest stosunkowo zimny i Cierń właśnie odmroził sobie gębę), przełknął go. Laurency obserwował go uważnie i jakby z ciekawości, postanowił odrobinę się zbliżyć. Najwyraźniej zapomniał o wcześniejszym strachu, te parówki musiały go uspokoić.
— Nakarmię go tą parówką — powiedział nagle, prostując się i wypluwając resztki śniegu (a raczej już wody) na ziemię. — Czy te parówki są lecznicze?
— Ach, tak! — krzyknął. — Są lecznicze, ponieważ mają w sobie dużo ważnych minerałów oraz działają odżywczo na nasz... nasze... — zawiesił się. — W każdym razie, są lecznicze!
— Proszę, chcę zjeść z tobą parówkę. — Cierń zbliżył się niebezpiecznie blisko do drugiego samca. — Zjedz ze mną leczniczą parówkę. — Wlepił wzrok w jasne oczy towarzysza.
<Laurency?> 
[800 słów: Cierń otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

30 grudnia 2020

Od Laurencego CD Ciernia

Laurency, co nie podlegało wątpliwości, posiadał autodestrukcyjne zapędy. Jeśli chcemy wyrażać się precyzyjnie — najpewniej wkrótce wpędzi siebie do grobu. Nie narzekałby najgłośniej ze wszystkich straconych na boskiej gilotynie dusz, niemniej jednak, w obliczu młodej śmierci, zakończyłby żywot statystycznie wcześnie, sprawiając Mleczowi niejaką traumę. Lekkomyślność to pojęcie płynne, a jej definicja niezaprzeczalnie zależy od moralności bohatera, z którego oczu patrzymy. Czy straszenie obcego psa jest obiektywnie rozsądne? Nie. A czy Laurency robi sobie cokolwiek z rozsądku? Również nie.
Gdyby zapytać go o to, czy miał jakiekolwiek złe zamiary, przypuszczalnie zacząłby panikować, wzbraniać się i dramatyzować. Spójrzcie na niego — czy ta kupa łaciatej sierści ze wciąż pełnym po wciągnięciu całego hot-doga trzyletniego Dwunożnego żołądkiem i kawałkiem szyszki zamiast mózgu byłaby w stanie działać umyślnie na czyjąś niekorzyść? Obawiam się, że zadaję zbyt dużo pytań. Ale odpowiedź na większość z nich brzmi „nie” i, tak, mam na myśli również pytania o to, czy Ziemia jest płaska.
Krzaki były nieszczególnie wygodną kryjówką, ponieważ od gruntu ciągnęło chłodem, a wilgoć, wydawałoby się, nieśpiesznie przenikała do cielska Lauriego, zmrażając mu zad do granic. Zeschnięte liście opadały na ziemię przy każdym jego ruchu, co tylko potęgowało hałasy, które, bądź co bądź, powodował, co rusz zmieniając swoją pozycję na inną, przypominającą skrajnie niewygodne pozy praktykowane przez jogistów. Mówili mu — „Laurency, przestań jeść tyle fast-foodów, roztyjesz się”, ale on nie słuchał. Nie, tylko żartuję, nikogo nie przejmował stan zdrowia Bezgwiezdnego. Ale gdyby miał wśród rebelianckich wykolejeńców jakichś przyjaciół, z całą pewnością słyszałby od nich słowa troski. Tak czy inaczej, teraz pokutował, kiedy nie mógł poruszać się między gałęziami tak bezszelestnie, jak dotąd mu się udawało; to dodawało mu mniej więcej minus tysiąc do bycia dobrym szpiegiem.
— Nie możesz zamarznąć jeszcze teraz.
Samczy głos nie zapalił żadnej lampki w niewielkim, udającym prawidłowo prosperującą działalność umyśle Laurencego, toteż Bezgwiezdny degenerat raz jeszcze zastanowił się, czy to, co wówczas robił, było wystarczająco bezpieczne i stanowiło odpowiedni grunt, po którym mógł stąpać bez większych obaw. Postać śnieżnobiałego samca uspokajała się poprzez dialog z samym sobą. „Jest zupełnie jak ja!” — pocieszał się Laurie w myślach — „Wariat!”. Chybotał się na swoich krzywych łapach, przechylał się raz do tyłu, raz do przodu, w zaciszu własnych trzech komórek mózgowych rozważając, jaka milisekunda będzie racjonalna na konfrontację z nieświadomym, rozdygoczonym samcem. „Musisz iść tą drogą, bałwanie, tą, żadną inną!” — karcił się nieustannie. Nie miał odwagi, żeby przekląć jegomościa choćby w myśli, w obawie, iż jakimś cudem, nie rozdrabniając się nawet nad tym, jakim niby, usłyszałby obelgę i obraził na Lauriego. Co to by była za strata!
Ni stąd, ni zowąd, pod łapą Laurencego trzasnęła rozłupana na pół gałązka, przerywając głuchą ciszę jesiennego wieczora. W jednej chwili jedynym dźwiękiem dochodzącym do jego uszu stał się ciężki oddech zdezorientowanego psa. Wydusił litanię bliżej niezidentyfikowanych gróźb, odsłonił kły, nastroszył się wrogo i wyraźnie podjął wszelkich starań, coby sprawić, że Laurency ucieknie z podkulonym ogonem. Bezgwiezdny wyszedł spomiędzy swoich krzewów, później otarł się o pień drzewa i w końcu stanął przed nieznajomym samcem, znaczącym chrząknięciem odpowiadając się jego warczenie.
— Spójrz na mnie, spójrz na mnie... teraz patrzysz na mnie! Teraz... dokładnie w tym momencie, dokładnie w tym momencie, w żadnym innym! Laurie wykrzywił pysk w grymasie niezadowolenia. Dokuczliwy wiatr, który terroryzował okolice już od poranka, przybierał na sile z każdym uderzeniem cukierkowego serca.
— Szefie, wycziluj fasole — odezwał się po dłuższej chwili dramatycznego milczenia. Atmosfera była wystarczająco napięta, żeby wyciągnął z rękawa asa w postaci swojego nietuzinkowego, kulawego humoru wchodzącego w wiek dojrzewania jedenastolatka preferującego Fortnite ponad Minecrafta. — Chciałbym na ciebie spojrzeć, ale zbytnio promieniujesz pięknem, żebym mógł choćby rozchylić powieki.
Przez dłuższy moment rozważał, czy nie objawić się jako wysłannik Gwiezdnych w nadziei, iż jegomość okazałby się wierzącym, niemniej odrzucił tę ideę przez niepewność związaną z wiarą nieznajomego. W zamian postawił na swoją zwyczajową, nudną jak flaki z olejem gadkę.
— Nie to, że nie masz w sobie za grosz urody, ale tak na poważnie to chodzi o wiatr. Nie mogę otworzyć oczu, bo są mokre, a jak są mokre, to wtedy jest mi w nie zimno. Wiesz, o co chodzi, kierowniku? Jak masz mokre oczy i ktoś ci w nie dmuchnie, chociaż nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek dmuchał ci w oczy, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo jakby się stało, to wtedy zaczęłyby cię boleć. To nawet nie jest pieczenie, tylko takie… jakbyś dotknął gałkami ocznymi lodu. Rozumiesz? — zapytał pełen nadziei. — Możesz spróbować wraz z przyjściem Pory Nagich Liści. Tak dotknąć gałkami lodu. To chyba trochę dziwne zainteresowanie, ale zależy mi na tym, żebyś uwierzył.
— O czym ty pieprzysz? — Usłyszałem w odpowiedzi.
Napastliwy, nerwowy ton białego zbił go zupełnie z tropu. „Tak, Laurie, pewnie. Zapomniałeś, że nie wszyscy na tym świecie załatwiają się kwieciem i nie każdy język jest tęczowy” — rzucił do siebie. Wiatr, który powodował ten charakterystyczny ból oczodołów, skutecznie uniemożliwiał mu przyjrzenie się rozmówcy albo spełnienie jego żądania, co, jak sądził Laurency, z całą pewnością ociepliłoby atmosferę między tą dwójką. Cierń zapewne, bo takie imię nosił ten gruboskórny awanturnik, nie był szczególnie ucieszony ze spotkania, ponieważ wyraz pyska miał dokładnie ten sam co oburzony złodziejskimi skłonnościami Laurencego bezdomny Dwunożny, który stracił posiłek w wyniku pokładania w psie zbytniego zaufania albo ten nerwowy król wysypiska, co każe mówić na siebie „wujek”, mimo że żaden pies nie jest z nim bliżej spokrewniony. Przynajmniej tak się Lauriemu zdawało. Kto by wiedział, czy trzyma swojego pisklaka na łańcuchu.
— Tak w sumie to o niczym konkretnym. — Gdyby miał ludzkie ramiona, wzruszyłby nimi. Psia sylwetka zmusiła go do ograniczenia się do kiwnięcia łbem. — Czasami sam się nad tym zastanawiam — rzucił od niechcenia, z impetem uderzając zadem o zmarznięty grunt. Liście zaszeleściły.
Pies nawet nie myślał usiąść.
— Liście! — wrzasnął. — Liście! Liście! — powtarzał jak w amoku, kiedy na jego pyszczku malowała się najprawdziwsza troska i obawa. Kiedy uniósł głowę ku łaciatemu Bezgwiezdnemu, jego wyraz zmienił się diametralnie. Agresja w wykonaniu Ciernia wyglądała co najmniej komicznie, ponieważ puchata, biała sierść sterczała mu na wszystkie strony, zmieniając go w zdenerwowaną, letnią chmurkę z kilkoma czarnymi łatkami. Chmurka ta pod żadnym pozorem nie niosła za sobą burzowej przepowiedni, więc Laurency traktował całą tę czarcią otoczkę z przymrużeniem oka, prędzej jako fanaberię albo lichawy mechanizm obronny.
Kiedy wiatr przestał wiać, jak gdyby chciał wyłupać Laurencemu gałki oczne, Bezgwiezdny skupił na Cierniu całą swoją uwagę. Zmierzył go wzrokiem od góry do dołu i choć kiepsko miała się jego zdolność odczytywania mowy ciała, od jego nowego koleżki bezsprzecznie biła wroga aura. Laurency miał w dupie wrogą aurę i nie odwracał wzroku, podziwiając wszystkie łatki zdobiące kredową szatę sprawiającą wrażenie tak mięciutkiej, że gdyby tylko nie opryskliwy właściciel, który gotowy był oskórować mu pysk w wypadku, gdyby poruszył złą kończyną, wojownik bez chwili zawahania wtuliłby się w futro i zapomniał tabliczki mnożenia.
„Dobry pomysł nigdy nie jest zły. Albo przestarzały” — pomyślał, obserwując patrzącego z pełną skruchą na zgniecione jego udami liście Ciernia.
— Liście! Liście! — zawtórował mu Laurie.
— W czym tkwi twój problem? — odparował biały samiec, ponownie odsłaniając kły.
— Liście! Liście! Nie słyszysz, co mówią?
— Że co? — oburzył się.
Laurency wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze tak, jakby sprawiało mu to nienaturalną trudność.
— Śpiewają — wyszeptał tonem fanatyka. — Śpiewają o… o… 
Cierń nastroszył się jak kura.
— O?
— ...o królikach.
— Co?
— Nie słyszysz? To pieśń — kontynuował w obliczu strachu przed bijatyką. Cierń nie budził w nim większych obaw, ale jego kły uśmiechały się aż nazbyt szyderczo. Nikt nie lubi narwańców. — Króliki są… eee… są białe! I szare, ale te lepsze są… cza-... nie, białe! Liście mówią, że białe są najlepsze! — łgał nieudolnie. — Teraz śpiewają refren o tym, że… piękne zachody są… piękne i… — udawał nastawianie ucha — ...czerwone. Białe zające i czerwone zachody, juhu — wydobył z siebie dźwięk zachwytu. — Druga zwrotka, niezły rytm. „Nie naprzykrzaj się zbłąkanym wędrowcom, szaba-daba-da, bo… odgryzą ci ucho, szaba-daba-da, spotkanych w lesie zostaw samym sobie, hej, bo spotka cię zły duch-...
— Przestań!
— ...o — cytował nieistniejącą piosenkę. — Chyba wiesz, co to oznacza. Muszę lecieć.
Cierń jednak nie był usatysfakcjonowany.
— Zatrzymaj się! — powiedział do próbującego go wyminąć Laurencego.
Łaciaty Bezgwiezdny ściągnął brwi, potrząsnął uszami i przekrzywił łeb.
— Nie spodobała ci się piosenka?
Gniewna chmurka spojrzała na Lauriego raz jeszcze. Tym razem jednak Cierń nie wyglądał, jakby chciał go połknąć w całości — skłanialibyśmy się do wersji, gdzie wpierw podaje mu ziółka nasenne, a później ćwiartuje na malutkie części, żeby nie poznać, czy lecącym do jego pyska samolocikiem jest pierś, czy zad przystojnego jegomościa.
— Nie jedz mnie, proszę, proszę, proszę, proszę — pisnął Laurency, kiedy chmurka zrobiła krok w jego stronę. — Jestem niedobry, gorzki, kwaśny, słony, niesłodki, za dużo we mnie tłuszczu, zero mięsa, tylko popatrz! — Chlasnął łapą o własne udo, które zatrzęsło się jak babcina galareta. — Smakuję jak trucizna! Zatrujesz się prędzej, niż zajmie ci oblizanie zębów po posiłku, będziesz leżał jak długi, zginiesz. Nie mówię, że to źle, czasami sam chciałbym zginąć i mam nadzieję, że szybka śmierć nie przekonuje cię do jedzenia tych jędrnych pośladków, ale… proszę. Chcę spłodzić więcej dzieci. Mam jedno, panie chmuro, nie mogę go osierocić.
Kiedy skończył tę błagalną litanię, wpatrywał się w Ciernia przymilnym spojrzeniem.
— No, piękny, proszę cię. Nie wygłupiajmy się. — Uśmiechnął się przekornie. — Pójdziemy na hot-doga.
Jakkolwiek to nie zabrzmiało, „pójście na hot-doga” nie oznaczało nic innego, jak porwanie go trzylatkom.

<Cierń>
1522

5 listopada 2020

Od Ciernia do Laurencego

Sny są niesamowitym wytworem. Gonię w nich zwierzynę, którą, o dziwo, udaje mi się złapać. Wbijam w miękkie, delikatne ciało królika kły i czekam, aż przestanie wierzgać łapkami. Futro ofiary nasiąka szkarłatnym odcieniem krwi. Puszczam zwierzę i wpatruję się wprost w coś, co jeszcze chwilę temu żyło. Patrzę prosto na śmierć. Śmierć, która tym razem nie mnie dosięgnęła, ale dopadła zwierzę, żyjące swoim własnym życiem dokładnie tak samo, jak ja. I jedyne, co robię, to wbijam wzrok w kruche ciałko królika, nie ruszając się nawet na centymetr. Nic więcej. Słyszę swój własny oddech. Znajduję się w ciasnym pomieszczeniu, bardzo zimnym pomieszczeniu. Przypomina mi to porę, gdzie drzewa odchodzą w stan spoczynku. Z mojego pyska ulatuje para. Dalej się nie ruszam, a ciałko królika powoli zamarza. Słyszę drażniący odgłos pękającego lodu. I wtedy, gdy moje ciało postanowiło się ruszyć, budzę się.
Rozglądam się zdezorientowany i instynktownie wzrokiem szukam ciała martwego królika. Wokół mnie nie ma nic innego, oprócz trawy i kilku drzew. Dlaczego zasnąłem w takim miejscu? Dlaczego nie pamiętam niczego, co działo się wcześniej? Co ja tu właściwie robię?
Podnoszę się i ze zdziwieniem zauważam, że chwieję się na własnych łapach. Nie mogę utrzymać równowagi, moje ciało przechyla się raz w prawo, a raz w lewo. Wciągam nerwowo powietrze w nozdrza i odkrywam, że niesamowicie mnie ono drażni. Zbiera mi się na kichanie. Czy drzewa wypuściły pyłki? Dlaczego miałyby je wypuszczać, kiedy już minęła na to pora?
Siadam i ciężko wzdycham. Był to wyjątkowo zły pomysł. Od razu zaczęło kręcić mi się w głowie. Czułem się tak, jakbym wcześniej wpadł się w jakąś bójkę, która nieszczególnie dobrze na mnie wpłynęła. Chcąc się upewnić, wciąż chwiejącym się krokiem doczołgałem się do najbliższego zbiornika wodnego, który, na szczęście, okazał się znajdować niedaleko mnie. Tafla wodna była spokojna, gdyż wiatr tego dnia nie wiał. Być może natura chciała, bym zobaczył samego siebie w odbiciu?
— Nieszczególnie... — mruczę i przybliżał łeb do tafli wody. — Nic nie widać... nic... jest tak samo — mamroczę.
Nie była to bójka. Zazwyczaj po bójkach odnoszę obrażenia na pysku, lecz tym razem nie widzę żadnych ran. Nie mogłem odpowiedzieć sobie na pytanie. Dlaczego zasnąłem i co znaczył mój sen z zamarzającym królikiem?
— Och! — Podskakuję, gdy zauważam dużą rybę, podpływającą do powierzchni. — Chciałeś się przywitać? — Merdam ogonem i zapominając o tym, że chwilę temu ledwo chodziłem, zrywam się na równe łapy i skaczę po brzegu. — Pokaż się jeszcze raz, proszę! — wołam, lecz ryba znika w toni wodnej, ignorując mnie.
Zawieszam łeb, lecz nie robię się z tego powodu smutny. Może za chwilę wróci i zobaczę ją raz ponowny. Ryby to ciekawe stworzenia i wcale nie są tak głupie, na jakie wyglądają.
— Rozumiem, możesz nie mieć ochoty — mówię ciszej. — Wrócę tutaj później.
Odchodzę od stawu i ruszam w kierunku sadu, w którym od zawsze kochałem przebywać. W tę porę jest on jeszcze piękniejszy niż zazwyczaj. Przynajmniej ja tak uważałem. Chciałem się rozejrzeć i trochę pomyśleć. Przez tę rybę na moment zapomniałem, że chciałem zrozumieć, co znaczył mój sen.
Otaczają mnie dźwięki natury. Śpiew ptaków, które jeszcze zostały i szum drzew, gdyż wezbrał się delikatny wiatr. Przymykam na moment oczy, by powęszyć w powietrzu. Ciekawe zapachy są dookoła mnie, gdyby nie sen, chętnie odszukałbym ich źródło.
— Zamarzające ciało królika... — szepczę do siebie, idąc dalej w obranym wcześniej kierunku. — Rośliny zamarzają, gdy drzewa tracą liście. Było ciasno... było bardzo ciasno, a królik zamarzł — mruczę dalej, nie zważając na to, że łapy dalej niosą mnie przed siebie. — Zabiłem go, ale krwi nie było dookoła... on zamarzł... jak roślina. — Nim się orientuję, wchodzę prosto w pień drzewa.
Odskakuję do tyłu oszołomiony.
— Och, przepraszam bardzo! — Schylam teatralnie łeb przed wysokim drzewem.
Widząc uginające się gałęzie drzewa pod wpływem wiatru, uznaję to za wybaczenie i zaczynam merdać ogonem. Szeroki uśmiech wita na mojej twarzy, a w kolejnej odpowiedzi słyszę cichy szum. To mój sposób rozmawiania z roślinami. One zawsze odpowiedzą, nieważne, o co spytam. Zawsze otrzymam odpowiedzieć taką, jakiej oczekuję. Można powiedzieć, że natura jest ze mną bliżej, niż ktokolwiek kiedykolwiek był. Czy to smutne? Nie wiem. Nie smuci mnie fakt, iż rozmawiać mogę tylko z drzewami, krzewami czy trawą. Wysłuchają każdej mojej wątpliwości, każdego żalu i będą ze mną wszędzie, gdziekolwiek nie pójdę.
Sad wita mnie piękną scenerią żółtych i pomarańczowych liści. Wygląda to, jak pewnego rodzaju tunel zbudowany z drzew. Rozglądam się, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest w pobliżu. Upewniwszy się, iż jestem ja oraz moja kochana natura, wchodzę między drzewa, uważając, by nie połamać gałęzi czy nie wpaść, jak wcześniej, na któreś z delikatnych jabłoni.
Koniec końców siadam pod jednym z drzewek i przymykam oczy. Pozwalam naturze zrobić ze mną wszystko, co sobie zapragnie. Pozwalam wiatrowi mierzwić własne futro, a liściom opadać na głowę czy pysk. Nie ruszam się. Chcę na moment stać się częścią tego, co piękne i tego, co nietykalne. I być może nie jest to osiągalne, lecz tak mogę, chociaż sobie udowodnić, iż mogę taki być.
Martwy królik. Zamarzające ciało. Przed oczami pokazuje mi się sceneria ze snu. Moje własne ciało teraz zamroziło. Ruszyć nie mogę się tak samo, jak w marzeniu sennym. Czuję się tak, jakby ktoś przytrzymywał mnie za kark i czekał na moment, by wbić w niego ostre jak brzytwa kły. Zamarzający królik. Gdzie krew? Czekaj chwilę, gdzie jest ta cholerna krew? Próbuję gwałtownie się ruszyć, lecz wtedy czuję, jakby coś mnie dusiło. Ucisk przy gardle, silny na tyle, że gdyby był mocniejszy, to bez wątpienia udusiłby mnie w parę chwil. Rozluźniam spięte mięśnie i pozwalam dziać się temu, co się dzieje.
Wracam do królika opatulonego zimną kołderką z lodu. Jego futro jest białej barwy z malutkimi, czarnymi plamami. Tak samo, jak moje. Zamarznięte ciałko zwierzęcia to tak naprawdę moja młodsza wersja? Czy to jestem ja, gdy...
Otwieram gwałtownie oczy. Ktoś mnie obserwuje. Przeszywa parom oczu i nie śmie przestać. Podrywam się i rozglądam nerwowo. Nikogo. Jedyne, co widzę to paletę kolorów reprezentowaną przez liście na jabłonkach.
— Nie ma nikogo, nie ma nikogo, nie ma nikogo — mamroczę sam do siebie, gdy powoli prześlizguję się między drzewkami, próbując znaleźć źródło tego nieznośnego uczucia.
Wciąż ktoś na mnie patrzy, lecz tym razem mam również wrażenie, że mnie śledzi i jest tuż za mną. Odwracam łeb, ale dostrzegam tylko kolejne drzewa i kolejne liście.
— Spokojnie, spokojnie, spokojnie — powtarzam sobie. — Nie możesz zamarznąć jeszcze teraz.
I wtem między drzewami dostrzegam postać, która patrzy na mnie wielkimi ślepiami. Kolor futra psa zlewa się ze scenerią sadu. Z mojego gardła wydobywa się ciche warknięcie.
— Nie... — wyduszam. — Nie dorównujesz tym drzewom. Nie dorównujesz liściom. Nie dorównujesz... nie dorównujesz temu, co tutaj widzę — śmieje się. — Nie dorównujesz niczemu. Kim jesteś? Kim jesteś i dlaczego na mnie patrzysz? — Odsłaniam rząd białych kłów. — Dlaczego teraz odwracasz wzrok?! — Unoszę się, gdy dostrzegam, że stojąca naprzeciwko mnie postać przestaje wpatrywać się wprost we mnie. — Spójrz na mnie, spójrz na mnie... teraz patrzysz na mnie! Teraz... dokładnie w tym momencie, dokładnie w tym momencie, w żadnym innym!
Cichnę. Wiatr mocniej wieje. Sierść obcego psa delikatnie porusza się na wietrze z taką gracją, jak gdyby był jednym z tych drzew. Nawet nie drgnie.
<Laurie?>
[1170 słów: Cierń otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]