Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryzowa Zamieć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryzowa Zamieć. Pokaż wszystkie posty

29 czerwca 2022

Od Bryzowej Zamieci CD Łasiczej Łapy

Oczy Bryzka niemal wyszły z orbit. Musiał przez chwilę przystanąć, by przeanalizować, co się wydarzyło. Skinął głową z konsternacją.
— Jestem z ciebie bardzo dumny. Nie wiem jakim cudem udało ci się tak wytresować tych Dwunożnych, ale tak czy inaczej, dobrze by było, jakby nikt poza nami nie dowiedział się, co tu zaszło. Dobrze? — zapytał z nadzieją i lekką paranoją. Po raz kolejny stwierdził fakt w myślach: jeśli ta mała wypapla matce, na co ją naraził… Cóż. Byłoby po Bryzku.
— Omblmblm — wymamrotała niezrozumiale przez zapychający cały jej pyszczek kawał mięsa, po czym natychmiast odbiegła, nie odwracając się nawet za siebie.
Wojownik uznał to za zgodę, nie mając kompletnie pojęcia, co suczka powiedziała. Zastanowił się, czy jeśli nie pobiegnie za nią, w ogóle ktokolwiek się tym przejmie. Łasiczka była przynajmniej ze dwa razy zdolniejsza i przydatniejsza niż on. Otrząsnął się z tej myśli i podreptał w kierunku obozu, dotrzymując kroku suni, z ulgą oddalając się od dziwacznego zbiorowiska Dwunogów. Nie odnalazłby się jako samotnik, albo pieszczoch, jeśli musiałby zadawać się z nimi.
 
* * *
 
Łasiczka była świetną uczennicą. Tak mówił każdemu Bryzowa Zamieć. Prawda była… może nie przeciwna, ale na pewno nie tak wyidealizowana. Nigdy nie zgadłby, że sunia będzie nalegała na wybór właśnie jego jako mentora. Miała tyle innych świetnych opcji do wyboru, chociażby Rozżarzony Język, albo Begoniowa Plamka, które były świetnymi wojowniczkami. Piaskowa Gwiazda i tak prawdopodobnie chciała wybrać Bryza na nauczyciela tej małej, a dziamgolenie szczeniaka przy uchu liderki mogło ja tylko zdenerwować. Łasicza Łapa — jak kazała na siebie mówić suczka, obrażając się o dziecinne przezwiska przez długi czas od mianowania (później oczywiście wydoroślała i przestała się tym przejmować, ale Bryzowy nie odpuszczał i nie zamierzał przestawać nabijać się z jej ciągłego udowadniania własnej dojrzałości), co prawda oczywiście była miła, dobroduszna, i pracowita, a jej żarty bywały czasem śmieszne (warto dodać, że Bryzek oczywiście ma ogromny dystans do siebie, a to obelgi Łasicy wobec niego są na niskim poziomie, oczywiście, że tak, wcale Bryzkowi nie jest smutno, gdy wytyka się mu niedoskonałości i nie jest też tak, że on sam nie powinien pozwalać innym tak sobą pomiatać, jasne, jasne śmiejcie się z biednego Bryzka), ale jej ciekawość i ciągłe pyskowanie oraz niesubordynacja za wszelką cenę utrudniały pracę.
— Łasicza Łapo, moja droga, co chciałabyś dzisiaj robić? — zapytał suczkę, która wyglądając na zmęczoną, wygrzebała się z legowiska, prawie na niego wpadając. Starał się mówić jak dobry mentor, który szanował i dbał o swojego ucznia. Jeszcze miał na to trochę siły, ale podejrzewał, że po jeszcze kilku księżycach treningu z tym istnym wulkanem energii, przestanie mieć siłę i na to.
— Obiecałeś wczoraj, że jeśli będę grzeczna, pójdziemy nad Rzekę — zaskomlała, patrząc na niego z wyrzutem — A byłam przecież bardzo grzeczna!
— To fakt, całkiem dobrze ci poszło polowanie i bardzo doceniam twoją pomoc Rumiankowi w zbieraniu ziół — wojownik z trudem silił się na oficjalny ton.
— Śmieszne jest to Rumianek — uznała — sympatyczne.
— No tak — przyznał mentor, próbując kontynuować swoją wypowiedź, jak gdyby nikt mu właśnie nie przerwał — W takim razie, niech ci będzie, że możemy iść nad tę Rzekę — westchnął wyczerpany samą myślą o Łasiczce nad wodą, która będzie jak przewidywał, niemożliwa do okiełznania.
— Dziękuję Bryzowa Zamieci! — ucieszyła się uczennica. Jej nagła przemiana wyglądała przedziwnie, jakby całe zmęczenie spłynęło po niej jak woda z kaczki i pozostawiło tylko najczystszą formę szczęścia.
Niewielki  wojownik ledwo za nią nadążał. Sunia nie urosła jeszcze do swoich maksymalnych rozmiarów, ale już była od niego nieco wyższa, a jej łapy były zdecydowanie lepiej przystosowane do wędrówki, czy w tym wypadku — biegu. Nie zajęło im długo dotarcie na miejsce. Ciemna toń Rzeki wiła się aż poza zasięg wzroku i szumiała bezlitośnie. Pies miał wrażenie, że się z niego śmieje i próbuje do siebie zaciągnąć, a później utopić. Tyle traumatycznych wspomnień miał z tego miejsca, że aż głowa mała. Bryzowy dyszał ze zmęczenia, z chęcią położyłby się na ziemi i umarł, ale musiał pokazać wytrzymałość, nie mógł przecież wyjść na słabego. Łasica podeszła do brzegu i napiła się wody.
— Ym, okej, mam cię nauczyć pływać, czy chcesz poćwiczyć…? — zapytał niepewny. Najchętniej nie podchodziłby bliżej do tej zdradzieckiej, czarnej i mokrej powierzchni.
Zresztą wiedział, że suczka nie będzie chciała się uczyć, woda, jak zdarzało jej się powtarzać, to jej żywioł, co z chęcią wykorzysta, pozostając na dystans.
Uczennica pokręciła łebkiem, po czym bez ostrzeżenia wskoczyła w objęcia Rzeki, ochlapując przy okazji zdegustowanego Bryzka.

<Łasiczo Łapo?>
[719 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 7 PD, Łasicza Łapa 1 PT]

13 maja 2022

Od Bryzowej Zamieci do Trawki

— Tak? — zapytała Łasicza Łapa, prezentując najdziwniejszą pozycję łowiecką, jaką Bryzek widział w swoim życiu.
— Nie, kompletnie na odwrót — westchnął wojownik. — Ogon do góry, jeśli będziesz szurać nim po ziemi, wszyscy cię usłyszą z daleka. Przednią łapę troszkę bardziej do przodu... — skomentował, delikatnie próbując własnymi łapami ustawić ciało swojej uczennicy w chociażby akceptowalnej pozie.
— To strasznie głupie — poskarżyła się. — Przecież nawet nie uda mi się dobrze zamachnąć łapą, kiedy muszę nią tak bez sensu utrzymywać równowagę! Jak na razie własnym stylem szło mi świetnie, nie mam pojęcia, po co to zmieniać.
— W końcu się do tego przekonasz. Jeśli ktoś tylko zobaczy tę twoją karykaturę, to na pewno cię wyśmieje. Wolimy tego uniknąć, prawda?
— Jakoś nie słyszałam niczyjego śmiechu, gdy byliśmy na patrolu i zaczaiłeś się na tamtą wiewiórkę — uśmiechnęła się głupawo suczka, dumna ze swojej riposty.
— Och, coś mi się właśnie przypomniało, jaka szkoda, chciałem zabrać ciebie i twoje siostry jutro nad Rzekę poćwiczyć pływanie, ale jeśli dobrze pamiętam, Słoneczny Pysk wspominała coś, że przydałoby się wymienić posłania w legowisku wojowników... — Odpowiedział jej z równie złowieszczym uśmieszkiem Bryzowa Zamieć. Uwielbiał to robić. Rzadko miał odwagę, szczególnie wobec obcych, ale Łasiczka była z nim na tyle blisko, że wyjątkowo dawał radę.
— Nad Rzekę!? O nie, przepraszam, wymsknęło mi się, twoja pozycja łowiecka jest świetna, i w ogóle to dobrze dziś wyglądasz, jesteś moim ulubionym mentorem! Obiecuję, że poćwiczę jeszcze to polowanie, ale proszę, idźmy jutro popływać — wypluła z siebie natychmiast uczennica.
Wojownik skinął rozbawiony głową i zakończył dzisiejszy trening. Łasiczka odbiegła w stronę obozu, a on spokojnym tempem podążył za nią. Dzisiaj przez cały dzień nie miał czasu nawet na odetchnięcie. Niemal od samego rana latał w tę i z powrotem, od psa do psa, a to na jakieś szybkie polowanie, a to nazrywać ziół, skoro i tak szedł w stronę Rynku albo, co najbardziej męczące, nauczyć Łasiczkę czegokolwiek. Nie to, że była złym uczniem, zwykle całkiem się nawet słuchała, ale kimkolwiek by nie była, ciągły obowiązek zwracania uwagi, czy jakiś dzieciak się jeszcze przypadkiem nie zabił, to dla Bryzka piekło, szczególnie, gdy taki stan ciągnie się cały dzień, tydzień, księżyc. Robiło się już ciemno, a większość odgłosów powoli zanikała i pozostała tylko ogłuszająca cisza, przerywana z rzadka szumem liści, po których stąpał Bryzek. Powietrze było gorące, duszne i ciężkie, nie ruszało się prawie kompletnie, przez co wojownik machał różowym jęzorem na wszystkie strony, by dać sobie chociaż trochę ulgi. Przez ten wszechobecny brak dźwięku, nie było trudno wychwycić cichy szept:
— Ale wy jesteście urocze. — Po tych słowach rozległ się ledwie słyszalny śmiech.
Czarno-rudo-biały pies stanął w bezruchu, a słysząc, że ktoś wierci się w szuwarach, ostrożnie podszedł bliżej. Gdy wyjrzał zza nich, zobaczył małą, brązowo-białą sunię, nachylającą się nad sadzawką i pogodnie uśmiechającą do skaczących wszędzie wokół żabek. Byli blisko obozu, więc nie powinno się jej stać nic szczególnie strasznego, ale tak czy inaczej lepiej, żeby nie zostawała tu sama po ciemku. Z drugiej strony, wydawała się taka szczęśliwa i nie chciał jej przerywać. Jeśli Bryzek dobrze pamiętał, pochodziła ona z miotu tej pomagierki Piaskowej Szmaty, jak lubił ją sobie w myślach nazywać. Przecież przez nią jego bracia prawie umarli, a Ćma... może wcale nie przez to. Bryzek często zastanawiał się, czy jeszcze o nim pamięta, czy jest jej dobrze tam, gdzie się teraz znajduje, czy zrobiła to z własnej woli, a może ktoś ją porwał... Szukał jej już chyba wszędzie, ale nie znalazł ani śladu. Nie miało to jednak w tym momencie znaczenia, bo jego aktualnym dylemat brzmiał inaczej. Siostry sam nie uratuje, a nawet jeśli, to pewnie było już za późno. Postanowił oddalić się na tyle, by kontrolować tę małą żabiarę, a w razie zagrożenia interweniować. Może było to trochę tchórzliwe, ale nic lepszego nie mógł wymyślić. Niestety nie zdążył wdrożyć swojego planu w życie, gdyż nagle wiatr prawdopodobnie magicznie się obudził i dmuchnął w rośliny bezpośrednio za nim, co zaalarmowało obserwatorkę żab. Odwróciła się czujnie, a na widok wojownika zjeżyła sierść i wytrzeszczyła oczy. Wyglądała na przerażoną. Bryzek nie przypominał sobie, by widywał ją szczególnie często. Na pewno odwiedził kiedyś żłobek, by pobawić się ze szczeniakami Tulipanowej i widział maluchy Owczego Serca, ale to chyba tyle. Wziął głęboki wdech i wydech. Zwykle pomagało mu to chociaż trochę się uspokoić.
— Trawka, tak? — zapytał zestresowany. — Nie martw się, uch, tylko przechodziłem sobie i zastanawiałem się, czy wszystko u ciebie w porządku, bo trochę tu ciemno i yyy... No tak, robi się ciemno, pora chyba wracać do obozu, prawda?
Brak reakcji. Nawet nie mrugnęła, prawdopodobnie bojąc się, że gdy zamknie choć na chwilkę oczy, napastnik podejdzie za blisko. Bryzek po części ją rozumiał. Jako uczeń miał podobnie, ale starał się udawać "normalnego". Tego od niego wymagano, więc to właśnie robił. Westchnął jeszcze kilka razy, patrząc niezręcznie w oczy szczeniaka. On za to bał się, że jeśli odwróci wzrok, co bardzo pragnął w tej chwili zrobić, sunia ucieknie.
— Też uwielbiam żaby, wiesz? Możemy zabrać którąś do żłobka, jeśli chcesz. Tylko trzeba zapewnić jej odpowiednie warunki, możemy wziąć jakąś miskę po Dwunożnych, nalać wody, wrzucić jej jakieś roślinki... Chyba nikt się nie obrazi, jeśli będziecie mieć tam zwierzątko — silił się na spokojny i opanowany ton.
<Trawko?>
[855 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, a Łasicza Łapa 1 Punkt Treningu]

25 marca 2022

Od Bryzowej Zamieci CD Łasiczej Łapy

Włóczęga złowieszczo wyszczerzył zęby, pokazując, jakie są piękne, żółte i ostre. Wyglądał, jakby z chęcią zaprezentował je im bliżej. Na przykład na ich własnych karkach. Serce Bryzka łomotało tak mocno, że prawdopodobnie mogłaby usłyszeć je nawet Nakrapiana Gwiazda zza grobu. Wziął niespokojny wdech i zasłonił Łasiczkę swoim ciałem. Mimo własnego strachu i niechęci wyszczerzył zęby i wydał z siebie cichy i nieśmiały warkot. Nie wyglądał może szczególnie groźnie, ale przecież musiał coś zrobić. Niestety nie miał absolutnie żadnego pojęcia co. Czy będzie musiał walczyć? Już kiedyś bił się z innym psem w obronie szczeniaków, i chociaż nie było to wiele, jak na jego już prawie dwuletnie życie, ale i tak dziwne, że wydarzyło się to dwa razy. Zresztą, wtedy była to walka z jakimś pieszczochem, a ten tu jegomość był większy od Bryzka ponad dwa razy. Po obronie dzieciaków Leszczyny ciągle miał bliznę, więc jak miałby przeżyć to? W tej niezręcznej chwili wspólnego mierzenia się nienawistnym wzrokiem wojownik zdążył przeanalizować swoje szanse. Znikome. Mógł oczywiście wykorzystać wielkość przeciwnika, jak miewał często w zwyczaju. Włóczęga nie miał na tyle długich nóg, by się pod nimi przecisnąć bez większego ryzyka, ale przynajmniej można było w ostateczności tego, chociaż spróbować i zagrać na czas. Bryzowy liczył, że dzięki treningom jego kondycja wytrzymałaby na tyle długo, aby zmęczyć przeciwnika, co zdecydowanie pomogłoby Łasiczce uciec. Nie liczył, że sam zdoła przeżyć ten atak, ale wierzył, że ona powinna dać radę uciec. Otoczenie nie wyglądało na szczególnie przydatne podczas starcia. Może jakiś Dwunożny będzie przechodził i wojownikowi uda się dzięki temu zmylić przeciwnika? Bryzek nie miał pewności, w jakim stopniu ten zwierzak był inteligentny i czy rozumiał psi język, ale jak mu często polecano, przygotował się na najgorsze. Bojąc odwrócić się tyłem do drapieżnika, rzucił szeptem do młodszej suczki, której futerko czuł, przytulone do jego tylnej nogi, mając nadzieję, że usłyszy:
 Nie rób gwałtownych ruchów. Jeśli zaatakuje, odejdź jak najdalej stąd, ale nie biegnij, bo może zacząć cię gonić. Powinnaś trafić sama do obozu, ja spróbuję zyskać dla ciebie jak najwięcej czasu.
 Nie mogę cię tu zostawić!  sprzeciwiła się suczka.
 Jeśli dotrzesz do domu, będziesz mogła powiedzieć wojownikom, by przybiegli tu i mi pomogli  spróbował przekonać ją wojownik, siląc się na pewny siebie ton. Nie zależało mu na tym. Teraz zależało mu tylko i wyłącznie, by nie zginęła córka Tulipanowej. Jeśli wróci stąd zwycięsko, zostanie tak ochrzaniony, za narażanie małej na śmierć, że zniechęcało go to jeszcze bardziej.

<Łasicza Łapo?>
[402 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 4 PD i medal zapierdalacza]

Od Bryzowej Zamieci CD Łasiczki (Łasiczej Łapy)

Raz się żyje — uznał Bryzowy. Tym stwierdzeniem, bardziej chciał pocieszyć Łasiczkę niż samego siebie, bo dla niego nie było już chyba ratunku, nie bardzo jednak wiedział, jak tę maksymę przekazać, więc po prostu się nie odezwał w ogóle, pozostając w niezręcznej ciszy, której szczerze nienawidził. Pochylił się nad zdobyczą i chciał ją chwycić, jako dorosły, odpowiedzialny pies i donieść do obozu za suczkę, jak nakazywałaby kultura, ale Ognista, z determinacją w głosie,  zapytała, czy może zanieść to sama. Bryzek nie miał pojęcia, czy to z uprzejmości, czy ze zwykłej szczenięcej upartości, ale czemu miał jej odmówić? Szczególnie że jego asertywność była raczej, że tak to ujmijmy, niewysoka. Na swojej drodze nie napotkali żadnych przeszkód… można by powiedzieć, przez pierwsze ćwierć kilometra. Mimo iż wojownik sugerował raczej trzymanie się cieni i ścian budynków, mieszczących się przy deptaku, jak zwykle miał w zwyczaju, niestety, ranek już nastał, a Dwunożni zaczęli zmierzać do swoich codziennych zajęć. Kilka razy oboje zostali prawie zdeptani, raz jakiś śmierdzący żebrak na nich napluł, a jeszcze innym razem malutki dzieciaczek zaczął zaganiać ich w kąt, celując w nich swoimi brudnymi łapami. Łasiczka miała już niewielkie lub nie aż tak niewielkie (Bryzek nie dopytywał, kulturalnie nie drążył tematu) doświadczenie z ludźmi, więc wiedziała, na co powinni w starciu z nimi zwracać uwagę. Bryzowa Zamieć był pod wrażeniem, gdy zorientował się, jaki może być z niej przydatny wojownik w przyszłości. Taki mediator, między psami a Dwunożnymi powinien pomóc nie raz, ani nie dwa w wielu różnych sytuacjach. Szczerze mówiąc, we dwójkę tworzyli całkiem dobry zespół. Przynajmniej Bryzek miał wielką nadzieję, że on też do niego należy, bo z tego co widział, sunia całkiem dobrze radziła sobie sama. Ostatecznym bossem, stojącym na ich drodze, do wyjścia z tego siedliska ludzi, był… jakiś ogromny, w porównaniu z mikrusowatym Bryzkiem, żółty wilk. Gdy przyjrzał się uważniej, przypomniał sobie, jak Tulipanowy Płatek uczyła go rozpoznawania dzikich zwierząt. Jeśli się nie mylił, to grzebiąc w śmietniku, tak jak on, całkiem niedawno, kilka metrów przed nimi, stał włóczęga. Gdyby nie niemal paraliżujący strach, wojownik pisnąłby ze strachu. Ale spokojnie, jeszcze mieli czas a ucieczkę, prawda? Weź się w garść Bryzek, musisz ochronić dzieciaka swojej mentorki, bo jeśli ona zginie, zginiesz i ty pod wpływem jej gniewu — próbował opanować swój atak paniki w myślach. Gniew Tulipanowego Płatku był raczej ciężki do wyobrażenia, ale umysł Bryzowej Zamieci w takich sytuacjach nie miał zbyt wielu ograniczeń. Wziął głęboki wdech i wydech, po czym zrobił kilka ostrożnych, cichutkich kroków w tył. Po co ja się oszukuję, jeśli ona zginie, ja zginę tu tym bardziej. W sumie, czy na pewno byłoby to takie złe? Przynajmniej nikt z nas nie dostałby ochrzanu. Ogarnij się Bryzek, o czym ty w ogóle myślisz? Masz odprowadzić Łasiczkę bezpiecznie do domu, koniec, kropka — Stanowczo potrząsnął głową, odganiając ponure przemyślenia.
— Wycofaj się, najciszej, jak tylko umiesz, dobrze? — wyszeptał, cicho do suni, wpatrzonej w drapieżnika jak w obrazek.
Ku jego trwodze, Łasiczka nie zareagowała, bo stała prawdopodobnie zbyt daleko, by go dosłyszeć. Powtórzył polecenie nieco głośniej, przez co usłyszała je nie tylko suczka, ale i Pan Włóczęga. Gdy pysk zwierzaka odwróciła się, przez ułamek sekundy, w oczach widać było strach, który, po zobaczeniu prawdopodobnie bardzo śmiesznego rozmiaru intruzów, przemienił się w groźne ostrzeżenie. Po plecach Bryzowej Zamieci przeszedł zimny, jak Rzeka podczas śnieżycy, dreszcz, a jego stara już i widoczna tylko przy porządnej inspekcji, blizna na boku, po przygodzie z Leszczynową Kępą, zapiekła ze zgrozą.

<Łasicza Łapo?>
[567 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 5 PD]

12 marca 2022

Od Bryzowej Zamieci CD Pyskacza


— Nie daj się prosić! Dam ci w zamian mój najlepszy kamyczek! Wygrzebałem go prosto z rzeki! — przycisnął Bryzową Zamieć do metaforycznej ściany, merle szczeniak, z jakiegoś powodu przypominający z wyglądu słynnego, na wszystkie klany, Jazgota.
Jakby tego było mało, na twarzy Pyskacza pojawiła się charakterystyczna dla jego rówieśników mina, przyprawiająca niejednego o cukrzycę typu drugiego. Legendarną minę, której nie mógł oprzeć się nawet najtwardszy wojownik. Nie da się w takiej sytuacji odmówić, szczególnie, gdy jest się podatnym na takie sztuczki Bryzkiem. Zakłopotany wojownik milczał przez chwilę, wpatrując się w wielkie, bursztynowe oczy, nie wiedząc co odpowiedzieć. Pochlebiały mu bardzo słowa Pyskacza i to, że to on miałby poprowadzić jakąś wyprawę, ale trochę czuł, że na to nie zasługiwał. Przecież każdy, kto przeżyje wystarczająco długo, zostaje wojownikiem. Czy jego osiągnięciem jest to, że do tej pory nie zginął? Z tego, co wyliczył na szybko w pamięci, większość psów może się pochwalić takim osiągnięciem. Życie nie jest proste, ale nie trzeba mieć szczególnego talentu, by je ciągnąć.
— Skoro bardzo tego chcesz… — wyjąkał, po czym spojrzał na minę psiaka, zmieniającą się w ułamek sekundy z pełnego nadziei oczekiwania, w szeroki uśmiech. Uznał, że dla tego widoku, było warto się zgodzić.
— Naprawdę? — ucieszył się Pyskacz i zamerdał puchatym ogonkiem — W takim razie ruszajmy!
Nie czekając, aż świat albo ktokolwiek na nim, zdąży zakwestionować ten okrzyk, psiak popędził przodem ku przygodzie. Bojąc się, że go zgubi, Bryzek zerwał się do biegu i zrównał się z nim chwilę później. Nie trwało długo, aż szczeniak zwolnił do truchtu, a później do zwykłego chodu. Piesek skakał od krzaka do krzaka, obserwując wszystkie ciekawie wyglądające rośliny, robaczki oraz kamienie. Kilka razy zawołał wojownika, by wypowiedział się na ich temat, a tamten jako ekspert w dziedzinie żuczków i w mniejszym stopniu reszty z wymienionych rzeczy, które uwielbiał obserwować, gdy był w wieku Pyskacza, z chęcią udzielał mu odkrytych przez całe życie, informacji.
— Te czarne, błyszczące kopią pod ziemią takie długie korytarze, do których wsadzają ściółkę, wiesz? Wydaje mi się, że gdzieś w nich siedzą ich młode, ale nigdy nie miałem odwagi sprawdzać. Podobno są bardzo brzydkie… tak przynajmniej mówił mi mój brat, Mglisty — wypowiedział się Bryzek.
W życiu Bryzowej Zamieci, każdy pies miał z góry określoną ilość czasu, który musi z nim spędzić, by wojownik się przed wobec niego otworzył. U jednych trwa to bardzo długo, za to z innymi wręcz przeciwnie. Czasem, gdy zna się odpowiednie słowa, można skrócić ten czas jeszcze bardziej. Pyskaczowi udało się przejść okres próbny w rekordowo krótkim czasie. Jego towarzysz w wielkiej wyprawie, spojrzał się zafascynowany na zwierzątko.
— Jest taki malutki, że mógłbym przypadkiem go zdeptać — przerwał, jak zakładał Bryzowy, zastanawiając się, ile razy mógł już to zrobić – Jak one w ogóle przeżywają tyle czasu?
— Muszą jakoś sobie radzić. Może ich pancerzyki są na tyle wytrzymałe, że nie da się ich zbyt łatwo zniszczyć? — zasugerował — Albo mają bardzo szybki czas reakcji i zanim ktoś na nie nadepnie, zdążają uciec? Nie wiem. Coś na pewno wymyśliły.
— Możesz mieć rację — uznał Pyskacz — Mam taką nadzieję, nie chciałbym, żeby wyginęły. Są takie ładne!
Ruszyli dalej, obaj z nosem przy ziemi, poszukując skarbów oraz przygód, które mogłyby urozmaicić ich wyprawę. Nie to, że była nudna, oczywiście, że nie! Ale nikt nie zaprzeczy, że gdyby była jeszcze ciekawsza, nie czułby się na pewno zawiedziony.
Tulipanowy Płatek była jakby trzecią matką dla Bryzka, więc technicznie rzecz biorąc, Pyskacz był jego przybranym bratem, co było interesującą konkluzją. Wojownik zastanowił się przez chwilę. Czy więzy rodzinne w klanach nie są tak zawiłe, że równie dobrze mógłby być jego biologicznym krewnym? Szczerze mówiąc, nawet by się nie zdziwił. Dogadywali się zaskakująco dobrze, przez co przyszło mu też przez głowę pytanie, jak temu uroczemu, żądnemu przygód pieskowi, trafiło się tak niefortunne imię. Było jedyne w swoim rodzaju, to prawda, ale mogło bardzo przeszkadzać mu w uzyskaniu dobrego pierwszego wrażenia. Ostatecznie przyjął, że Tulipanowa jest kreatywną suczką i chciała swoim dzieciakom nadać kreatywne imiona. Było to najlogiczniejszym rozwiązaniem, na jakie wpadł.
— Co tak szumi? — zapytał głośno psiak, wyrywając Bryzka z zamyślenia.
Nie zwrócił wcześniej na to uwagi, ale faktycznie, w oddali rozlegał się, głośniejszy z każdym krokiem, przeklęty szum wody. Dla Bryzowej Zamieci każdy dzień był najgorszym dniem na kąpiel. Westchnął ciężko.
— Wydaje mi się, że to Rzeka. No wiesz, jest główną atrakcją na naszym terytorium, podejrzewam, że to dzięki niej nazwa naszego klanu jest taka, jaką znamy. Jak zostaniesz uczniem, na pewno będziesz uczył się w niej pływać. Ja swojego treningu w niej najlepiej nie wspominam, ale nie chcę cię zniechęcać. Gdzieś tu w okolicy powinien być Most, możemy sobie na nim stanąć i poobserwować ją z góry. Myślę, że ci się spodoba.
Wojownik zdał sobie sprawę, że wyszedł na mądrzącego się dziwaka, mówiąc Pyskaczowi, czym jest Rzeka. Przecież on już na pewno to wiedział, szczególnie, że obiecał mu kamieni, zebrany właśnie stamtąd. Było już trochę za późno na zmianę wypowiedzi, przez co zrobiło się mu wstyd. 

<Pyskacz?>
[814 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

25 lutego 2022

Od Bryzowej Zamieci CD Łasiczki

Pięknie pachnąca, krwistoczerwona breja z mokrym plaskiem upadła przed łapami Bryzka, na chodnik. Wyglądała kusząco. Wojownik nawet nie chciał pytać, co stało się w środku. Bał się, że Łasiczka kogoś zamordowała. Nie chciał się do tego przyznawać.
 Proszę — powiedziała suczka, z uradowaną miną.
Zapach kusił, by te drobne pozostałości honoru olać i zostawić w błocie za sobą, zajadając się pysznym, krwistym stekiem, ale Bryzowa Zamieć miał całkiem silną wolę. Nie miał pewności, czy ktoś mu uwierzy, jeśli przyjdzie z tym do obozu i powie, że ten tu oto szczeniak, jest właścicielem ogromnego kawałka mięsa, większego prawie niż on sam. Za to, jeśli skłamie, Łasiczka może czuć się niedoceniona i go znienawidzić, a Bryzek nienawidził, gdy ktoś nienawidzi jego. Zawsze próbował być sympatyczny i miły dla wszystkich, przez co zdarzało się mu trochę za bardzo roztrzepywać w umyśle kompletne drobnostki, które potrafiły zalać go paraliżującym strachem przed odrzuceniem, nawet gdy większość Wodnych nawet ich nie zauważała, albo celowo ignorowała, mając je kompletnie w psich czterech literach. Przestąpił z łapy na łapę, czując, jak przez jego mózg przepływa łańcuch rozważań, zwijając się niczym lampki na choinkę, gdy wyjmie się je po roku leżenia i zbierania kurzu, by z nadzieją otworzyć ich pudełko i spędzić kolejną godzinę, na kompletnie beznadziejnym rozplątywaniu.
 Hej, Łasiczko — zagadnął sunię — Co uważasz o tym, żebyśmy twoją zdobycz zanieśli do obozu i podzielili się z resztą klanu? Szczeniak wydawał się bardzo szczęśliwy z możliwości przysłużenia się dumnemu klanowi Flumine. Była taka malutka, puchata i urocza! Tak jak reszta dzieciaków Tulipanowej, potrafiła spojrzeniem roztopić nawet najbardziej skamieniałe serduszko. Do głowy Bryzkowi przyszedł nagle jeszcze jeden problem. Ten tam oto szczeniak, nie mógłby być właścicielem tej ogromnej zdobyczy, bo nie mógł przede wszystkim wychodzić z obozu. Argh! Czemu taka błahostka jest tak okropnie kłopotliwa? Trudno, będzie musiał zwalić winę na siebie i powiedzieć, że zabrał ją na spacer i zgarnąć ochrzan od wszystkich. Jego lampki choinkowe w umyśle zaświeciły się na złowrogi, czerwony kolor zgrozy.

<Łasiczko?>
[324 słów, Bryzowa Zamieć otrzymuje 3 punkty doświadczenia]

19 lutego 2022

Od Bryzowej Zamieci CD Łasiczki

Ta mała uważała, że Bryzek nie wie co to mięso? Może nie był jakiś przesadnie inteligentny, ani nie wykazywał się nigdy ogromną wiedzą, ale trochę go uraziło, że mają go za aż takiego idiotę. Poza tym miał nadzieję, na lepsze potraktowanie jego prezentu. Podszedł za suczką pod, jak to nazywała „sklep” (swoją drogą, zainteresowało go, że rozumiała ona mowę Dwunożnych, ale głupio było mu zapytać, więc pozostawił sobie ten temat do przemyślenia kiedy indziej). Łasiczka skupiła się na tych śmiesznych, ludzkich drzwiach, które otwierały się jakby magicznie, gdy tylko któryś do nich podszedł. Jasne, nawet godność mu odbierzcie. Żeby szczeniak polował za wojownika, tego jeszcze nie grali! Oczywiście, Bryzowa Zamieć nie miał już za wiele, ale honor miał nadzieję utrzymać jeszcze przez jakiś czas. Niestety, ten czas leci nieubłaganie i właśnie metaforycznie lub nie, kopnął Bryzka w żebra. Ale zapach faktycznie był piękny. Musiał przyznać, że dzieciak Tulipanowej ma gust. Sunia spojrzała na jednego z Dwunożnych, który właśnie zbliżał się pod te magiczne, zarezerwowane dla ludzi przejście. Wyglądał śmiesznie, jego świecące ubranie odbijało promienie słońca, które ledwo wzeszło na niebo. Instynkt powiedział Bryzowej Zamieci, że zdecydowanie nie powinien się do niego zbliżać. Jeśli może chodzić w czymś tak zwracającym na siebie uwagę, znaczy, że nie ma naturalnych wrogów i nie musi się przed nikim ukrywać. Nie chciał wyjść w dodatku do nieudacznika, na strachajłę, więc zacisnął zęby i powstrzymał się od wycofania.
— Jaki jest plan? — zapytał Łasiczki, która już startowała powoli do akcji.

<Łasiczko?>
[243 słów, Bryzowa Zamieć otrzymuje 2 punkty doświadczenia]

Od Bryzowej Zamieci CD Łasiczki

Bryzowa Zamieć spojrzał za suczkę z zakłopotaniem. Niby była starsza niż jej rodzeństwo i niedługo chyba na oko powinna zostać uczniem, ale dalej nie miała żadnego prawa wyjść samemu z obozu. Niestety albo stety, obowiązkiem Bryzka było ją ochronić i bezpiecznie odprowadzić do obozu. Mała wydawała się sympatyczna, może nie będzie takim złym towarzyszem?
— Szkoda, że nie masz imienia na literę P — mruknął pod nosem.
— Czemu? — zainteresowała się suczka.
— Wiesz, to chyba zniszczyło genialny plan twojej mamy, żeby wszystkie jej dzieciaki miały takie imiona — wytłumaczył.
Rozejrzał się wokół. Dwunożnych brak, tak samo jak innego zagrożenia. Jedzenia również. Chociaż… wojownik podbiegł do najbliższego śmietnika i oparł o niego łapy, przy okazji przewracając. Odgłos, który wydał przy upadku, był okropny, ale krótki, więc chyba nie zwrócił uwagi obcych. Ze środka, jak przeczuwał nos psa, wypadł prawie świeżutki pączek, tylko trochę nadgryziony i ubrudzony w błocie. Jak można wyrzucić coś tak dobrego. Wyciągnął go ostrożnie i spróbował ustawić pojemnik na odpady z powrotem, na jego miejscu, ale siła przyciągania była, jak sama jej nazwa wskazuje, silniejsza. Zrezygnowany westchnął. No trudno, ludzie, którzy wyrzucają jedzenie dlatego, że upadło na ziemię, sami sobie zasłużyli. Ile biednych, głodnych piesków by z chęcią skorzystało z takiego daru. Może powinni zorganizować jakieś kosze pod ich obozami, do których wrzucano by niepotrzebne jedzenie, a klany mogłyby korzystać z nich, gdy mają mało zwierząt do upolowania? Równowaga wszechświata. Tylko teraz weź i się dogadaj z Dwunogami.
— Głodna? — zaproponował połowę zdobyczy nowej koleżance.
Suczka spojrzała trochę nieufnie na słodką bułkę. Bryzek urwał połowę i podsunął ją Łasiczce, a sam pochłonął łapczywie drugą część. Mniam, nadzienie różane. W jego tierliście smaków pączków, te były na samiutkim szczycie. Czasem zastanawiał się, czy przypadkiem jedzenie Dwunożnych nie szkodzi psom, ale gdy zobaczył, jak Leszczynowa Kępa opychała się nimi po ich wspólnej przygodzie z zaginionymi szczeniakami, jakiś czas temu i ciągle była cała i zdrowa, to przestał mieć wątpliwości.
— Gdzie idziemy? — zapytał Łasiczki, która wcześniej wydawała się na niego czekać.

<Łasiczko>
[325 słów, Bryzowa Zamieć otrzymuje 3 punkty doświadczenia]

18 lutego 2022

Od Bryzowej Zamieci CD Łasiczki

Bryzowa Łapa- znaczy Bryzowa Zamieć, cieszył się właśnie z nie bycia już uczniem. Nadal nie mógł się w pełni przestawić na swoje nowe imię, zbyt długo był Łapą, by tak nagle przestać nią być. Oczywiście uczucie samodzielności było świetne, nikt go nie budził przed wschodem słońca, by zaklepać miejsce na trening, zanim ktokolwiek to zrobi przed nimi, mógł sobie do woli wychodzić z obozu, nie był zmuszany do interakcji z jakimkolwiek stanem skupienia wody, nie musiał babrać się w śmierdzącej i starej warstwie legowisk. W sumie naprawdę spoko, pozwolił sobie stwierdzić Bryzek. Spacerował właśnie wzdłuż Rzeki, zerkając na nią krytycznie, jakby mówił jej niewerbalnie, że nie ma ochoty z nią rozmawiać, bo jest teraz wojownikiem i może robić co chce. W oddali zaczął słyszeć ciche, ale straszliwie charakterystyczne odgłosy Dwunożnych. Nie miał ochoty dziś ich widzieć ani żeby oni widzieli jego. Skoro już mógł robić co chciał, to chciał, by nikt go dziś nie zaczepiał, nie próbował z nim rozmawiać, a najlepiej, żeby wszyscy zostawili go samego. Powszechną wiedzą jest, że Bryzek nie lubi towarzystwa i świetnie sobie bez niego radzi. Zaczął powoli wracać do obozu, chociaż wcale nie chciał. Był wczesny ranek, więc prędzej czy później ktoś by zauważył jego brak. Może jeszcze przespaceruje się po parku, blisko obozu, żeby przypadkiem za szybko nie wrócić? Towarzystwo Dwunożnych było zawsze lepsze niż innych psów. Nie oceniali, zwykle nawet nie zwracali uwagi, najwyżej coś krzyknęli albo chwilę pogonili, ale nic więcej. Wojownik uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie, jak podczas zwiedzania terenu z mentorką, Tulipanowym Płatkiem, suczka ukradła jednemu bułkę. Właściwie, poczuł, jak w brzuchu coś mu wibruje. Chyba jednak przecierpi ich towarzystwo i poćwiczy popisową sztuczkę Tulipanowej. Wszedł na deptak, trzymając się jak najbliżej ścian budynków, by zwracać na siebie jak najmniej uwagi. Ze skupieniem kontrolował otoczenie, by w razie niebezpieczeństwa, przygotować się do ucieczki. Na jego szczęście, dobrze mu szło unikanie czyjegoś wzroku. Był mały, w sporej części czarny, a jego charakter w jakiś sposób pomagał w pozostawaniu niezauważonym. I nagle zauważył coś… dziwnego. Na samym środku drogi, jak gdyby kompletnie gdzieś miał swoje życie, leżał szczeniak. Może już nie miał co szanować życia, bo leżał na plecach i wyglądał niepokojąco martwo. Niewiele myśląc, Bryzowa Zamieć podbiegł do kałuży, w której wegetował piesek i zorientował się, że ma on na sobie zapach jego klanu. Przypomniał sobie, że ostatnio Tulipanowa przygarnęła jeszcze jakiegoś dodatkowego dzieciaka. Bryzek przyjrzał się dokładnie tej malutkiej suczce i poczuł nieodparte wrażenie, że widział kiedyś wojownika niesamowicie podobnego. Chciał szturchnąć ciałko szczeniaka łapą, ale nie zdążył, ponieważ sama zdążyła się podnieść wcześniej. Otrzepała się z błota i wody, obryzgując przy tym zniesmaczonego Bryzka.
— Skąd się tu wzięłaś — wojownik spróbował panicznie odkopać z pamięci jej imię. Był pewien, że już je słyszał — Łasiczko? 
 
<Łasiczko?>
 [460 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 4PD]

8 lutego 2022

Od Bryzowej Zamieci do Pyskacza

Znowu zbliżała się zima, temperatura zaskakująco szybko zorientowała się, że powinna się obniżać, a jedynej pseudo przyjemności z tej pory roku, czyli śniegu, ani widu, ani słychu. Bryzek nawet śniegu za bardzo nie lubił. Może jak każdy szczeniak kiedyś uwielbiał lepić z niego kulki i turlać się w nim z rodzeństwem, ale szybko zorientował się, że bycie oblepionym przez lodowatą wodę od czubka pazurków po uszy, wcale nie jest tak przyjemne jak się na początku wydawało. W dwóch słowach: zimno i mokro, czyli w jednym słowie: okropnie. Bryzowa Łapa kończył powoli wymienianie starych, brudnych i wyschniętych legowisk wojowników, na świeże i nowe, prosto znad Rzeki. Ostatnie dni jego treningu tak właśnie wyglądały, ponieważ Tulipanowy Płatek, o zgrozo, spodziewała się dzieci, więc nie mogła prowadzić jego treningu, jak należy. Psiak nie miał styczności z tak młodymi szczeniakami, pomijając jego rodzeństwo, dwadzieścia księżyców temu, więc omijał, póki co, żłobek szerokim łukiem. Poza tym nie chciał przeszkadzać świeżej matce. Podobno taki poród jest straszliwie bolesny i męczący. Gdy przyklepywał łapami kupkę mchu, by zlepiła się z resztą legowiska, przerwało mu wezwanie ich nowej przywódczyni, Piaskowej „Gwiazdy”. Bryzek nie chciał mieszać się w klanową politykę, a piaskowa suczka nigdy jeszcze mu nic nie zrobiła, ale nie podobały mu się te wszystkie zmiany w jego wodnym klanie. Słyszał skargi niektórych wojowników, widział na własne oczy, jak Nakrapiana Gwiazda kopie w kalendarz, a w ucieczkę Klematisa szczerze wątpił. Porzucił swoje dotychczasowe zajęcie i potruchtał pod Wyszczerbiony Stół, przypadkowo potykając się o łapę Owczego Serca, czcigodnej zastępczyni, Piaskowej. Właściwie, Bryzek nigdy jej nie poznał i nie miał pojęcia, jaki ma charakter, ale doszedł do wniosku, że jeśli mogła przyjść ze swoją koleżanką do innego klanu i po prostu go przejąć, to nie jest godna zaufania. Rzucił jej nieufne spojrzenie i podbiegł na tył tłumu zbierających się psów. Gdy zdał sobie sprawę, że to mógł być błąd i zalała go fala wstydu, że suczka może go teraz zacząć nie lubić, a jest aktualnie na tyle ważną postacią w klanie, że jej wrogość mogłaby okropnie mu zaszkodzić. Westchnął i spróbował oczyścić myśli. Później się będzie tym przejmował. W sumie to całkiem zaciekawiło go, co tym razem nowa przywódczyni wymyśliła.
— Uczniowie, proszę, wystąpcie — zaczęła przedstawienie piaskowa suczka.
Bryzek spojrzał ze zdumieniem w górę. Przez mrożący krew w żyłach ułamek sekundy, Piaskowa Gwiazda patrzyła mu prosto w oczy, jakby oceniając każdy jego ruch. Nogi ucznia zesztywniały z napięcia. Nie dałby rady wyjść na środek, nawet gdyby chciał. Czuł się jak sparaliżowany.
— Mżysta Łapo, Popielata Łapo, Bryzowa Łapo, Ćmia Łapo i Szczurza Łapo. Moim boskim okiem, obserwowałam wasze poczynania, wasze treningi i jestem z was dumna. Czuję was i rozumiem. Ja też wiem, co znaczy posiadać mentorów, którzy w was nie wierzą. Rozumiem wasz ból. Trenowaliście tak długo, widzę wasz trud, widzę go w waszych oczach, pełnych determinacji i dumy. Zasługujecie, by ktoś w końcu dostrzegł wasze łzy i pot, przelane ku doskonaleniu waszych umiejętności.
Kilka oczu zwróciło się w kierunku Bryzka. Nie ułatwiało to czegokolwiek. Gdyby nie napięcie wokół niego, zaśmiałby się pod nosem, czując, jak Nakrapiana Gwiazda przewraca się w grobie na te słowa. Odwrócił się w kierunku jasnego futra swojej mentorki, Tulipanowego Płatka, która stała przed żłobkiem, i spojrzał na nią, przepraszając miną za słowa liderki. Chyba go zauważyła, chociaż nie był pewien, bo z tej odległości nie umiał odczytać wyrazu jej pyska.
— Dlatego ja, na mocy nadanej…
Słowa piaskowej przywódczyni przerwało donośne kichnięcie. Bryzowa Łapa spojrzał w kierunku źródła dźwięku i zobaczył swojego brata, Szczurzą Łapę, ze zdezorientowaną miną. Ćmia Łapa stała niedaleko i uśmiechała się rozbawiona. Na widok rodzeństwa, jakoś cieplej mu się na serduszku zrobiło.
— Dlatego ja, na mocy nadanej mi przez Gwiezdnych, nadaję wam dzisiaj wasze wojownicze imiona, zakańczając ten rozdział w waszym życiu. Dumni uczniowie Flumine, podejdźcie bliżej!
W tym momencie Bryzek wcale nie czuł się taki dumny. Wolałby jednak przeczekać, aż dzieci Tulipanowej podrosną, a ona będzie mogła zakończyć jego szkolenie niż brać udział w tej dziwacznej sytuacji. Spojrzał niepewnie na Szczurka i Ćmę, ale pierwszy już stał przed Blatem od dawna. Cóż, Bryzowa Łapa też nie miał wyboru. Każdy szczeniak czekał na ten moment od urodzenia i chociaż żaden z nich nie dawał po sobie tego poznać. Bracia, spłodzeni przez Brzozowego Kła, dwójka hobbitów i Ćma, górująca nad rodzeństwem, dzięki genom Rozżarzonego Języka. Cała ekipa dostała swoje wojownicze imiona, jedne lesze, inne… egzotyczniejsze. Gdy cały tłum się rozszedł, a co bliższe nowym wojownikom psy pogratulowały im ceremonii, pod Wyszczerbionym Stołem została tylko Ćmia Skóra, Szczurze Kichnięcie i… Bryzowa Zamieć. Bryzek nie wierzył, jak dumnie brzmi teraz jego imię. Dał sobie chwilę, by napawać się jego potężnym brzmieniem.
— Przepraszam, muszę jeszcze skończyć wymieniać legowiska u wojowników, jak kazała mi Tulipanowy Płatek — powiedział rodzeństwu. — Muszę iść.
Nikt nie chciał go zatrzymać, ponieważ oni też mieli najwidoczniej coś do roboty. Do Bryzka ciągle nie dochodziło w pełni, że już nie musi tego robić, bo nie jest uczniem. Ale nieskończoną pracę trzeba skończyć. Jakby ktoś zobaczył rozgrzebane legowiska i dowiedział się, że to on jest za to odpowiedzialny, mogłyby sprawić Bryzowej Zamieci kłopoty. Pies zabrał się do roboty, by skończyć to jak najszybciej. Nagle usłyszał za sobą cichutki, zdenerwowany pisk. Odwrócił się i spojrzał prosto w wielkie, świecące oczy małego, pieska. Przypomniał sobie, że widział go już dziś obok Tulipanowego Płatka, przed żłobkiem, więc połączył fakty i uznał, że to pewnie jej syn. Zdenerwowany chyba szczeniak obrócił z zaciekawieniem głowę, przyglądając się Bryzkowi. Wojownik zebrał się na najbardziej pewny siebie głos, jaki umiał wydać.
— Co tu robisz mały? — zapytał z troską. — Nie powinieneś być z mamą?

<Pyskaczu?>
[920 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

5 stycznia 2022

Od Bryzowej Łapy CD Leszczynowej Kępy

Znowu woda? Bryzowa Łapa ani trochę nie był zadowolony ze spaceru brzegiem Rzeki. Kompletnie nie spodziewał się, że jeszcze dziś tu wróci. Cała pięcioosobowa ekipa ratunkowa ostrożnie stąpała po podmokłej ziemi, uważnie wpatrując się w wodę, szukając jakichkolwiek śladów po zaginionym Szkrabku. Okrążyli niemal cały teren Wodnych i zmierzali teraz do miasta. Jak Bryzek znalazł się w tej sytuacji? Nie pytajcie go, bo on sam nie ma pojęcia. Rzekoma partnerka matki szczeniaków, która okropnie śmierdziała, przez co uczeń musiał powstrzymywać od nieprzerwanego kaszlu, jakoś dała radę przekonać Leszczynową Kępę, by poszli poszukać tego nieszczęsnego dzieciaka. Sama Leszczynka co jakiś czas dziwnie patrzyła na obecne z nimi rodzeństwo, jakby chciała i je usunąć ze swojego życia, zwyczajnie spychając do Rzeki. Bryzowa Łapa dziś jej nie poznawał. Zawsze była taka wesoła i optymistyczna, a teraz… Po prostu nikt na świecie chyba jeszcze nie widział jej wytrąconej z równowagi. W sumie nie mógł jej winić. On sam też pewnie by się tak zachował, gdyby jego potomek, przybrany czy nie, czymkolwiek byli oni dla siebie, zaginął bez śladu. Atmosfera była tak gęsta, że Bryzek mógłby pokroić ją nożem na kawałki i zjeść na podwieczorek. Leszczyna była naburmuszona, czarna suczka chyba trochę bała się jej cokolwiek jeszcze powiedzieć, by nie spowodować kolejnego wybuchu praktycznie tykającej bomby, a maluchy przestraszone trzymały się z tyłu, zaraz przed Bryzkiem, który zamykał pochód. Gdzieś przed nimi już rozlegały się dźwięki Portu. Leszczynowa wojowniczka przyspieszyła kroku. W końcu zeszli z lepkiej ziemi i postawili łapy na twardej, suchej i zimnej kostce brukowej. Dla Bryzka było to już spore udogodnienie.
— Może powinniśmy się rozdzielić? — nieśmiało zaproponował. Chcąc uwolnić się od tej dziwacznej gromadki, chociaż na chwilę.
— Dobry pomysł – odpowiedziała Leszczynka — Mogę popilnować dzieciaków.
— Yy... To znaczy, ty przecież najlepiej znasz Szkrabka i najprędzej go znajdziesz. Jeśli będziesz musiała ich pilnować, to tylko cię spowolnią — Bryzek musiał szybko przeanalizować opcje. Nie chciał, by Leszczyna została z nimi sama. Nie wiadomo co jej odwali. Porostek i Mgiełka nie wyglądali na chętnych, żeby pójść z właściwie obcą im czarną suczką, której uczeń i tak raczej nie ufał. Więc została tylko jedna możliwość — Ja ich popilnuję, dobrze?
O dziwo obie suczki całkiem szybko zgodziły się na ten pomysł. Albo średnio ich obchodziły te szczeniaki, albo uznały, że Bryzek jest taką ciapą, że on im nic nie zrobi, a same są na tyle twarde, że dadzą radę się obronić. Psiak był z siebie troszkę dumny, że udało mu się przekonać je do swojego zdania, ale musiał to zrobić, bo miał dość subtelne wrażenie, że Leszczynowej Kępy nie należy zostawiać w tym nastroju sam na sam z nikim. Właściwie, to nie wiedział co dalej zrobić, gdy obie odeszły w swoje strony. Nawet nie wiedział jak wyglądał Szkrabek. Jego podopieczni nie mieli zamiaru chyba się odezwać, więc musiał jakoś sobie radzić sam. Przywołał umysłem swoje treningi z Tulipanowym Płatkiem. Bywali w Porcie kilka razy, znał to miejsce, nie powinien się zgubić — powtarzał sobie w myślach.
— No to chodźmy, poszukać waszego brata — zaproponował bardziej, niż rozkazał Bryzek.
Porostek podniósł głowę, by spojrzeć na niego swoimi wielkimi, szczenięcymi oczami. Wciąż nie chciał się odzywać. Mgiełka kichnęła i podeszła do brata. Uczeń uznał to za potwierdzenie i poszedł na próbę kilka kroków do przodu, zatrzymał się i odwrócił głowę, by zobaczyć, czy za nim idą. Nie poruszyły się. Nawet one nie uznawały Bryzowej Łapy za przywódcę w tej grupie, co troszkę go zaniepokoiło, bo zawsze wszyscy powtarzali, że to najstarszy jest warty słuchania, bo podobno ma największe doświadczenie ze wszystkich. Nie uczono ich tego? Właściwie, jakby o tej życiowej prawdzie chwilę pomyśleć, można ją łatwo obalić, bo ten starszy może przez całe życie nawet nie wyściubiał czubka własnego nosa z obozu, nie zdobywając żadnej wiedzy o otaczającym go świecie, a młodszy wręcz przeciwnie. Nie był to czas na takie rozmyślania. Uczeń zrobił jeszcze kilkanaście kroków, wchodząc pomiędzy budynki. W końcu usłyszał tupot małych łapek, drepczących w jego kierunku. Jego pewność siebie wzrosła. Odwrócił się, a tam faktycznie dwa małe szczeniaki stały zaraz za nim. Westchnął z ulgą.
— Możecie mi powiedzieć, jak wygląda wasz brat? — zapytał ich.
Nie odpowiedziały. Może to był drażliwy temat? Albo jakiś bunt szczenięcy? Bryzek właśnie zdał sobie sprawę, jak bardzo nie zna się na dzieciach i w jakie bagno się właśnie wpakował. Może lepiej było stanąć w krzakach pod drzewami i tam z nimi poczekać, a nie ciągnąć po jakichś siedliskach Dwunożnych? Trochę było już na to za późno, bo linia lasu była daleko w tyle, a kilku przedstawicieli tej denerwującej rasy, na której terytorium właśnie weszli, już kręciło się tam, zagradzając im drogę ucieczki. Może przypadkiem, akurat się tu znaleźli, a może specjalnie prowadzili ich w jakąś zasadzkę. Bryzowa Łapa narzucił szybsze tępo. Rozglądał się za jakimkolwiek psem, który mógłby im pomóc. Minęli wielkiego, rudo-białego borzoja, dumnie idącego środkiem drogi, jakby patrolującego teren. On mógłby coś wiedzieć, ale Wodny za bardzo się bał, by go zagadnąć. Jasne, jak ma się obrożę, to można sobie tak paradować i nikt nie uważa tego za podejrzane. Obroża była jednak przydatna. Trójka poszukiwaczy przemykała się pod ścianami domów i skradała się, przy ziemi, na otwartych przestrzeniach, tak jak kiedyś nauczyła Bryzowego Tulipanowy Płatek, a teraz on usiłował nauczyć te niewyedukowane dzieciaki. Jeśli dzisiaj zginie w tym okropnym miejscu, to przynajmniej w słusznej sprawie.
— Hej! Co tu robisz!? – warknął ostrzegawczo jakiś inny pies. Uczeń domyślił się, że jednak zginie.
Wziął głęboki wdech i przygotował się na negocjacje. Wynurzył się z trawy i spojrzał na rozmówcę. Był to niski, futrzasty i raczej nie stanowiący zagrożenia dla psa z klanu wypłosz, ale z wyszczerzonymi zębami wbrew pozorom wydawał się groźny. Dziwnie pachniał, a brzydka, czerwona obroża wyglądała, jakby go dusiła.
— Przepraszam, nie widziałeś może małego szczeniaka… gdzieś wzrostu, tej dwójki – popchnął lekko łapą dwa zaniepokojone maluchy. Był gotowy na ich obronę, gdyby rozmówca okazał się psychopatą i je zaatakował — Zgubił się i nie możemy go znaleźć.
Nieznajomy spojrzał krytycznie na niewinnie wyglądających Mgiełkę i Porostka, po czym ponownie zmierzył wzrokiem Bryzka.
— To nie mój problem. Wynoście się, póki jeszcze nie straciłem cierpliwości.
— Ale szczeniak… nie widział Pan? — spróbował jeszcze raz pies.
W tym momencie kruchy lód, po którym stąpał Bryzowa Łapa, pękł. Cierpliwość się skończyła. Nieznajomy przeskoczył dzielącą ich odległość i rzucił się uczniowi do gardła. Bryzek miał na tyle czasu, by odskoczyć i popchnąć dzieci jak najdalej. Na szczęście były na tyle zaradne, że same już zaczęły uciekać z pola bitwy. Wodny ustawił się w pozycji bojowej. Nie chciał uszkodzić pupila Dwunożnych, ale bał się, że będzie musiał. Przeciwnik był tak agresywny, że mógłby pobiec za nim, jeśliby uciekł, a uczeń musiał dać czas na ucieczkę swoim podopiecznym. Nie spodziewał się, że w Porcie napotka opór ze strony innych psów, a nie ludzi. Kiedy futrzasty agresor zbierał się do ponownego ataku, Bryzek miał czas przeanalizować swoje szanse. Przeciwnik był nieco wyższy i starszy, ale zdecydowanie nie był wytrenowany, bo wydawał się strasznie powolny i ciężki. Bryzowa Łapa też wielkim wojownikiem nie był, ale znał podstawy i umiał wykorzystać słabości przeciwnika. Gdy ten wyskoczył ku niemu, młodszy przywarł do ziemi, pozwalając, przelecieć mu nad sobą i upaść na ziemię. Bryzowy zaryzykował odwrócenie się i spojrzenie, gdzie są Porostek i Mgiełka. Przez chwilę nie mógł ich dostrzec, ale w końcu zobaczył, że są już w bezpiecznie oddalonym miejscu i o dziwo, chyba na niego czekali. Już miał zerwać się do biegu, gdy poczuł na udzie szczękę wrednego pieszczocha. Wrzasnął z bólu i zrzucił przeciwnika, chwytając go za tę ciasną obrożę. Pieszczoch upadł na ziemię, krztusząc się. Bryzowa Łapa modlił się do Gwiezdnych, o ile czuwali nad tym przeklętym miejscem, by napastnik jednak nie zginął, ale był na tyle osłabiony, by go nie pogonić. Kulejąc, pobiegł ile sił w łapach do szczeniaków. Zdyszany zatrzymał się przy nich i obejrzał swoją ranę. Nie wydawała się głęboka, a krew szybko skrzepła, ale nie przestawała boleć.
— No to szukamy dalej — rzekł zmęczony, po czym poprowadził drużynę poszukiwawczą dalej.

<Leszczynowa Kępo?>
[1311 słów, Bryzowa Łapa otrzymuje 13 punktów doświadczenia i 2 punkty treningu]

19 grudnia 2021

Od Bryzowej Łapy CD Leszczynowej Kępy

Tulipanowy Płatek dzisiaj przeciorała Bryzową Łapę przez najczarniejsze i najohydniejsze odmęty Rzeki. Mądrzyła się na temat technik pływackich z jakieś dwie godziny, ale Bryzek kompletnie nie mógł tego przyswoić. Po co miał niby umieć pływać, skoro nie całe jedzenie na świecie znajdowało się w wodzie, a ryby i tak średnio mu smakowały. Był święcie przekonany, że mentorka kiedyś go przypadkiem utopi. Wracał zmęczony po długim i wyczerpującym treningu, z jedną jedyną myślą, będącą jak promyczek słońca, widoczny pod powierzchnią, oznajmiający, że zaraz będzie mógł zaczerpnąć powietrza i pożyć jeszcze chwilę: ciepłe i miękkie legowisko. Rozmarzonemu Bryzkowi, piękne fantazje o odpoczynku, przerwał krzyk:
— Hej, hej! Bryzowa Łapo!
I nie był to zwykły krzyk. To był krzyk biegnącej na złamanie karku w jego stronę, rudo-białej burzy futra, bez wątpienia należącej do największego optymisty w szeregach wszystkich pięciu klanów i nie była to, wbrew pozorom, Tulipanowy Płatek. Wojowniczka o imieniu Leszczynowa Kępa, prawie przewróciła go w pędzie.
— Hej! Jest taka sprawa, bo wiesz, zgubiło mi się dziecko… znaczy nie! Po prostu nie wiem, gdzie sobie poszedł, więc przyszłam do ciebie, zapytać, czy pomożesz?
Bryzek wychylił się na tyle, by móc zobaczyć dwójkę małych, futrzastych stworzonek, powoli człapiących w kierunku suczki. Nie miał zielonego pojęcia, skąd one właściwie się wzięły, czy to były dzieci Leszczynki, czy była ich opiekunką… po prostu przeszedł z ich istnieniem natychmiastowo do porządku dziennego, nie chcąc urazić towarzyszki. Westchnął cicho, czując, jak piękne marzenia o ciepłym legowisku powoli stają się coraz bardziej nieosiągalne.
— Eeeee… oczywiście, chyba pomogę — wybełkotał zakłopotany.
Leszczynka rozpromieniła się.
— To świetnie! Dzięki ci Bryzowa Łapo! W takim razie chodźmy szukać Szkrabka!
Wojowniczka wyglądała na bardzo dumną, że tak szybko udało jej się rozwiązać ten problem. Bryzek naprawdę miał nadzieję, że nie zgubi i jego po drodze. Na tym zapchlonym, mokrym terytorium, chyba wszystko poza obozem było jego naturalnym wrogiem. Każdy dzień mógł być jego ostatnim. To nieco pocieszało Bryzka. Ale potem szybko ganił się w myślach, przypominając sobie, że ma całe długie życie przed sobą i ma nie marudzić, tylko stawać się świetnym wojownikiem. Odpocznie na starość. Świetna wizja. Suczka przyprowadziła go do dwójki szczeniaków, które przedstawiła uczniowi jako Mgiełkę i Porostka, po czym zarzuciła je sobie na grzbiet. Wyglądały na raczej bardziej przerażone niż rozbawione wizją psiego rodeo, wbrew temu, jak wydawała się ich miny interpretować Leszczynka. Pierwszy trop, jaki postanowili podjąć, będąc już oficjalną ekipą ratunkową, było dokładne przeszukanie obozu. Szkrabka nie było ani w żłobku, ani w legowisku medyka, ani, jak okazało się po dłuższych już poszukiwaniach nigdzie w całym opuszczonym domu, będącym obozem klanu Wodnych. Trzeba było wyruszyć poza w miarę bezpieczne mury. Pomimo zwykłego dla siebie dobrego humoru, w minie Leszczynki coraz bardziej dało się wyczuć niepokój. Bryzkowi udzielał się ten nastrój. Mgiełka i Porostek raz dreptali o własnych siłach, raz ujeżdżali swoją opiekunkę, robiąc duże oczy, gdy tylko Leszczynka weszła w ostrzejszy zakręt.
— Dzie jest nas brat? — zaskomlała zmartwiona Mgiełka.
— Nie martw się kochaniutka, jest gdzieś blisko, zaraz go znajdziemy — próbowała pocieszyć ją wojowniczka.
Malutka suczka odwróciła się i spojrzała swoimi smutnymi oczami na Bryzka, co wzbudziło w nim lekkie ciarki, ale odpowiedział jej pogodnym uśmiechem. Przecież szczeniak nie mógł tak po prostu zniknąć. W tym momencie mózg nasunął mu jednak wiele pomysłów, w jaki sposób mógłby tak po prostu zniknąć. I właśnie uznał, że jeśli coś stało się Szkrabkowi, to nie pozwoli jego rodzeństwu, ani Leszczynowej Kępie tego zobaczyć. Bryzek postanowił, że jeśli maluch żyje, przyprowadzą go całego i zdrowego, choćby nie wiedział co, a jeśli nie, lepiej, żeby w ogóle go nie znaleźli.
< Leszczynowa Kępo? > 
[585 słów, Bryzowa Łapa otrzymuje 5 punktów doświadczenia i 2 punkty treningu]

31 października 2021

Od Bryzka (Bryzowej Łapy)

Opowiadanie dzieje się jeszcze przed nastaniem wiosny i śmiercią Bryzowej
— Bryzku, od teraz, aż do czasu, gdy dostaniesz swoje wojownicze imię, nazywać się będziesz Bryzową Łapą. Twoim mentorem zostanie Tulipanowy Płatek. Cenimy jej miłość do całego świata i mamy nadzieję, że przekaże ją swojemu nowemu uczniowi — oznajmiła Nakrapiana Gwiazda.
Grupka sześcioksiężycowego rodzeństwa stało niecierpliwie w równiutkim rządku, czekając, aż Pani Przywódczyni wypowie ich uczniowskie imiona. Rozżarzony Język postanowiła nie przekazywać im żadnych genów, zapewniających długie futro, więc wszystkim łapki trzęsły się nie tylko z podekscytowania, ale i z zimna. No może poza Ćmą. Ona była zbyt poważna, by się ekscytować. Bryzowa Łapa wypiął dumnie swoją klatę i już chciał odwrócić się, by poszukać swojej mentorki, ale nie zdążył. Była szybsza. Przytuliła pysk, do biednego, zdezorientowanego imiennika Bryzowej Gwiazdy i zaczęła zachowywać się, jakby to miał być jej najlepszy dzień w życiu, a nie dzieciaków Rozżarzonej.
— Ale ty jesteś malutki i słodziutki! — pisnęła czule.
Prawdopodobnie robiłaby Bryzkowi wstyd dłużej, gdyby nie Nakrapiana Gwiazda, która posłała jej wymowne spojrzenie. Wojowniczka wymamrotała coś w stylu przeprosin, dotknęła nosa ucznia własnym i cofnęła się w tłum. Szczeniak czuł, że zaraz spłonie ze wstydu. Słyszał doskonale, jak Mglista Łapa podśmiechiwał się z boku. Spuścił głowę, chcąc zapaść się pod ziemię. Podszedł do specjalnie przygotowanego na to mianowanie kubełka z wodą pochodzącą z Rzeki i zamoczył w niej łapy, zgodnie z jakąś fikuśną tradycją, wymyśloną przez jego przodków. Super. Teraz jeszcze odmarzną mu łapy. Reszta rodzeństwa również dostała chwilę później własne imiona, mentorów i zaszczyt zetknięcia z brudną wodą, oprócz Mglistego, który został przydzielony jako pierwszy, do Rozżarzonego Języka. Ciekawe czy dożyje ceremonii mianowania na wojownika. Gdy tłum się rozszedł, pozostała tylko piątka szczeniąt. Ich mentorzy najwidoczniej gdzieś sobie poszli.
— Nie mam pojęcia, kim właściwie jest Uszaty Niedźwiedź, ale imię ma świetne – przyznał Mglisty – zazdroszczę ci, Szczurson.
— A ja współczuję ci Rozżarzonego Języka — odpowiedział Szczurza Łapa. — To się źle dla ciebie skończy.
— Bez przesady, nie może być tak źle, prawda? Nie doprowadzi chyba do mojej śmierci. To byłoby łamanie kodeksu. Tak myślę. Nawet jeśli zginę, będę żył sobie spokojnie razem z Gwiezdnymi na niebie. Jak dla mnie obie opcje są całkiem niezłe.
— Żebyś się nie przeliczył z tymi Gwiezdnymi — mruknęła pod nosem Ćmia Łapa.
— Ty, Ciemka, lepiej mnie nie strasz – odparł Mglista Łapa. — I tak się ciebie nie boję.
Suczka spojrzała na niego lekko kpiącym wzrokiem, ale nie odpowiedziała. Może po prostu wolała pozostać w tajemniczej ciszy, a może właśnie przygotowywała sobie jakąś perfekcyjną ripostę. Nagle, ku przerażeniu Bryzka, pomiędzy uczniów weszła Tulipanowy Płatek.
— O czym rozmawiacie, uczniaki? – zapytała.
Wszyscy przez chwilę milczeli, aż nie odezwał się Szczurek.
— O naszych nowych mentorach — odpowiedział grzecznie.
— Oooo! Jak uroczo! Niestety muszę wam przerwać, bo zabieram Bryzową Łapę na zwiedzanie terenu.
Bryzek, który do tej pory nie odzywał się ani słowem, pisnął żałosne pożegnanie i podreptał za mentorką.
— Do zobaczenia, Słodziutki! — krzyknął za nim śmieszek Mglisty.
Psiak tylko spuścił głowę i podkulił ogon. Tulipanowy Płatek wydawała się nie zwracać na to uwagi. Bezpiecznie przeprowadziła ich przez wyjście z obozu, co było dla Bryzowej Łapy i tak nowością, bo zawsze wyjścia pilnowali wojownicy, więc nie wyszedłby nawet, gdyby chciał. Ale nie chciał, bo był grzecznym chłopcem. A poza tym ktoś by na pewno na niego nakrzyczał, a to była dla biednego szczeniaka przerażająca wizja. Tulipanowy Płatek zamarła, jakby usłyszała coś przerażającego. Po kilku sekundach nasłuchiwania, rozluźniła się.
— Już prawie jesteśmy na miejscu — oznajmiła.
Uczeń poszedł w ślad za nią, próbując usłyszeć to, co zarejestrowała suczka. Jakieś dziwne szmery? Jakby wiele małych psów próbowało śpiewać? Bardziej nucić. I to bardzo fałszując, każdy w inny sposób. Nieważne, głupie porównanie. W końcu, po kilku chwilach drogi, dwójka psów zanurkowała w cywilizację. Wszędzie wokół, pomiędzy tymi słynnymi Dwunożnymi, jak się Bryzek domyślił, jakieś dwunożne warchlaki biegały, grając w jakąś upośledzoną grę, polegającą na klepaniu się w plecy i uciekaniu w losowym kierunku, dorośli bezczynnie siedzieli na ławkach, mając kompletnie wywalone, na własne szczeniaki, gdzieś w tle z hukiem biegały metalowe stwory we wszystkich kolorach tęczy, a nawet kilku innych, niektórych nieznanych jak dotąd przez Bryzka. Chyba wszystkie możliwe zapachy latały w powietrzu, wymieszane w każdą stronę, sytuacja z dźwiękami wyglądała podobnie. To była dosłowna definicja chaosu. Uczeń nie miał pojęcia co zrobić, od czego zacząć. Z tego transu wyrwała go Tulipanowy Płatek.
— Witaj w porcie — oznajmiła.
Dała mu znak, by trzymał się zaraz za nią i podbiegła do jednej z ławek, na której jeden Dwunóg konsumował właśnie podłużny, okrągły kawałek pomarańczowawego mięsa zawiniętego w bułkę. Pachniało apetycznie.
— Patrz teraz — syknęła mentorka.
Oszołomiony Bryzowa Łapa wykonał bezbłędnie jej polecenie. Suka odbiła się zza ławki, przeleciała w powietrzu z pół metra, chwyciła jedzenie Dwunożnego, omal go przy tym nie zabijając lub przynajmniej poważnie okaleczając, po czym wylądowała zgrabnie, na czterech łapach, gotowa do ucieczki, którą musiała uskutecznić ułamek sekundy później, ponieważ właściciel jedzenia nie wyglądał na zadowolonego. Bryzek nie bardzo wiedział, co powinien zrobić, więc również dołączył do pościgu. Przez jego króciutkie łapki, szło mu to raczej kiepsko, ale liczyły się chęci. Dwunóg zniechęcił się po niecałych trzydziestu metrach. Cienias. Tulipanowy Płatek, dumna ze sztuczki, którą właśnie pokazała, zaprowadziła ucznia w krzaki i podzieliła się z nim zdobyczą.
— Widzisz, jak to się robi? — zapytała pouczająco. Psiak kiwnął głową. — Tylko na razie sam tego nie próbuj! Jeśli cię złapią, Nakrapiana Gwiazda wyrzuciłaby mnie z klanu.
Zmęczony, po biegu Bryzowa Łapa, skinął pyszczkiem ponownie. Nawet nie chciał tego robić. Może i wyglądało odlotowo, ale też bardzo groźnie. Poza tym właściciel dziwacznej kanapki wydawał się bardzo rozgniewany, a Bryzek nie chciał nikogo złościć. Przełknął ostatni kęs śmiesznego jedzenia i spojrzał na Tulipanową.
— Gdzie teraz idziemy? — zapytał podekscytowany.
— Pokażę ci jeszcze Rzekę i może Tory. Reszta ciekawszych miejsc na naszym terenie wygląda mniej więcej tak, jak tutaj. Pełno Dwunożnych, trochę dobrego żarcia, strasznie głośno.
Bryzek zafascynowany podążał teraz krok w krok za suką. Spodobała mu się ta wycieczka. Okazało się, że ta Rzeka wypływa gdzieś z portu, więc gdy oddalili się od tego ogromnego gniazda pełnego dźwięków i zapachów, Tulipanowy Płatek zatrzymała się na tyle blisko brzegu, że gdyby nawet Bryzek pchnął ją łapą, mogłaby już nie być w stanie wrócić.
— Wiesz, że będziesz się tu musiał nauczyć pływać i łowić ryby? — zapytała.
— Co? Czemu? — oburzył się Bryzek. — Przecież jesteśmy psami, a nie wydrami. Poza tym, jest teraz strasznie zimno.
— Mamy na swoim terytorium wielką rzekę, czemu mamy z niej nie korzystać? Poza tym, jak myślisz, czemu nazywają nasz klan Wodnymi?
— W sumie racja.
— Masz szczęście, że jeszcze nie dziś. No dobra, koniec podziwiania na dziś, pora zwiedzać dalej!
Dwójka psów przez dłuższy czas wędrowała brzegiem Rzeki. Tulipanowy Płatek opowiadała historie zasłyszane niegdyś od starszych o dawnych terenach klanu Flumine, jak było tam ładnie, i w ogóle Rzeki było więcej, a jakie góry były! Bryzowa Łapa przysłuchiwał się tej opowieści z umiarkowaną ciekawością. Może i brzmiało to całkiem miło, ale te tereny też nie są takie złe, jak zakładał. Wyobrażał sobie już, jak spaceruje tymi ścieżkami jako już pełnoprawny wojownik. To byłoby coś. W końcu dotarli do Torów. Bryzek widział dzisiaj różne rzeczy, ale czegoś tak bezsensownego a pewno nie. Kawałek jakiegoś metalowego badziewia, rozciągnięty aż poza pole widzenia. Co to niby przedstawia?
— Czy Dwunożni to zrobili? — zapytał Tulipanową.
— A jak myślisz? Czasem przejeżdżają tędy takie ogromne stwory. Widziałeś kiedyś te kolorowe monstra, jeżdżące między Dwunogami?
— Dzisiaj na Rynku chyba mi kilka mignęło.
— To wyobraź sobie takie z pięć razy większe, połączone z wieloma innymi klocami metalu, tej samej wielkości. Jeśli trochę poczekamy, to może któreś przejedzie.
Jak na zawołanie, z oddali przypłynął do nich jakiś warkocząco-hucząco-buczący dźwięk. Mentorka chwyciła Bryzka za kark i szybko poniosła kilkanaście metrów dalej. Usiadła obok niego i obserwowała całą scenę. Faktycznie, ogromny… stwór, z braku lepszego określenia, przeleciał po Torach, nawet nie przejmując się, że w coś uderzy. Z taką prędkością, właściwie to raczej coś powinno uważać, by nie stać na drodze temu czemuś. Bryzowa Łapa oszołomiony przyglądał się jak potwór przejeżdża obok i znika w oddali. Emocjonujący widok. Tulipanowa, po skończonym widowisku, machnęła łapą przed Bryzkowym pyszczkiem.
— Halo! Ziemia do Bryzowej Łapy! — zawołała. — Wracamy do obozu.
— Och! Przepraszam. Zagapiłem się — odpowiedział zawstydzony uczeń.
Mentorka uśmiechnęła się do niego promiennie i poprowadziła wzdłuż Rzeki, gaworząc radośnie o przeróżnych rzeczach, jakie tylko przyszły jej do głowy. Może wcale nie była taka okropna, jak się na początku wydawało?
[1364 słowa: Bryzowa Łapa otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]