Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bolesna Łapa †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bolesna Łapa †. Pokaż wszystkie posty

26 lutego 2022

Od Bolesnej Łapy — z Coelum

Pewnie każdy z nas zastanawiał się co najmniej raz w swym życiu, co czeka nas po śmierci i jak to jest umierać. Co wtedy serce zajmuje? Żal? Smutek? Złość? Ja też się zastanawiałem, ale powiem wam: tego się nie spodziewałem. Szczerze to nie mam pojęcia, czemuż wyglądało i przebiegało to tak dziwacznie. Jacyś dwunożni pochodzenia nieznanego nachylili się nade mną, a ja poczułem, jakbym zasypiał. Być może, a nawet bardzo prawdopodobne, że większość psów umiera w mniej spokojny sposób, czując, jak każdy element ciała krzyczy z osobna, a ty sam jesteś rozdrabniany na drobny mak (w Coelum dużo psów przepada za toczeniem powiastek o zakończeniu swego żywota). Łatwiej natomiast było mi odpowiedzieć na pierwsze pytanie, albowiem już za życia nie wątpiłem w dobrą wolę Gwiezdnych, i dlaczego miałbym trafić do Infernum — nie pojmuję.
Moi mili, Coelum nie jest złe. Jeżeli kiedyś będziecie wybierać, gdzie chcecie trafić po śmierci, to radzę, chodźcie tutaj. Z racji jednak, że wybór ma mało kto, życzę wam, abyście trafili do innego równie urodzajnego miejsca, gdzie wasza dusza spokojnie odpocznie.
Wracając jednak do myśli przewodniej, pragnę ująć to: w Coelum każdy znajdzie coś dla siebie. Jest tutaj naprawdę dużo psów, dzięki czemu masz doborowych przyjaciół, z którymi nawiązanie bliższych relacji jest łatwiejsze od zjedzenia myszy. Uwolnieni jesteśmy nie tylko od przyjemności związanych z egzystencją, ale również od większości trosk i obowiązków, a różnice międzyklanowe nas nie dzielą (dobrze, to akurat nie zawsze okazuje się być prawdą), inszy milsi są dla nas równie bardziej niż za życia, co szczególnie szybko pojąłem.
Azaliż przeszkadzała mi w całym moim pobycie tutaj jedna rzecz, a raczej niepokoiła. Czułem się, jakbym nie miał żadnego steru nad życiem bliskich mi psów. Chociaż chciałbym dla nich najlepiej, trudno mi było zrozumieć, że takowe nie zawsze jest możliwe. Być może mój młody umysł po prostu tego nie rozumie, co jest dobre, ot co. Aczkolwiek inni również widocznie nie wiedzą, do czego przejdę w następnej części mej historii.
Czasem jednak nawet zazwyczaj, miałem głos w takich sprawach, ponieważ w Coelum decyduje cała społeczność. Oczywiście, kluczowy głos mają tu liderzy klanów, ale z racji, że jest ich więcej niż samych klanów (pamiętamy, boć w każdym klanie umierało naprawdę dużo przywódców) to różnice między nimi a zwykłymi wojownikami ulegają zatarciu i nikt się tu nie spostponuje, lub też podobnymi bzdetami nie zajmuje. Widać to na naszych ,,zgromadzeniach", gdy to nieraz nawet uczniowie zmieniają kolej rzeczy.
Przykładem może być omawianie lidera w Tenebris, które z racji na kluczową rolę w życiu mojego miłego Cytrynka tutaj przetoczę. W mym również odgrywało dość ważną i było ono dla mnie prawie tak miłe, jak ówczesnego psa.
Zaczęło się od tego, iż Nocna Gwiazda zauważył, bowiem Biała Gwiazda zbliża się do kresu swojego życia. U Zabójczej Gwiazdy i Brunatnej wywołało to odruch szybkiego wybrania zastępcy, jednak równie szybko przypomnieli sobie, że takowym jest Mleczne Oko. Ciernista Burza była poirytowana, ponieważ domyślała się, że zastępczyni zechce odejść ze swojego stanowiska. Gdy tak się stało, Ciemna Gwiazda zasugerował, iż moglibyśmy dać Białej Gwieździe wolną wolę. Wszyscy należący niegdyś do Tenebris się zgodzili, oprócz Miodowej Rosy, która nie pochwalała tego pomysłu. Ale ona nigdy nie pochwalała żadnego pomysłu. To nie było ostatnie zgromadzenie w tej sprawie, gdyż następne odbyło się niewiele po wcześniejszym, kiedy Jasna Gwiazda wyznaczył na następnego lidera Cytrynowego Liścia. Z racji, iż umysł mam młody i pamięć wyborną, mogę wszystko wam ze śmiałością przetoczyć, nie bojąc się, iż pochłonę cząstkę ważnych informacji. Zrobię więc to teraz, wybaczcie moi mili wtem, jeżeli mi się to w całości nie uda.
— Ale kurwa, Cytrynek? — Miodowa Rosa nie używała tak pięknego języka, jakim zwykłem się posługiwać, co serdecznie sprawiało ból memu sercu. — Przecież on się boi własnego cienia. Zesra się przed głupim zgromadzeniem.
— Madame, spokojnie — kulturalnie przerwałem jej nędzny potok słów. Zaprawdę, moje serce płakało, słysząc to marnotrawienie wypowiedzi. — Każdy kiedyś dorośnie. Cytrynek i na to w swym żywocie ma czas… W przeciwieństwie do mnie.
— Przestań już jojczeć, że Cytrynek to głupi pomysł — odezwał się jeden z liderów do przedstawicielki płci pięknej. — W końcu z jakiegoś powodu jest tutaj Bolesny. Wszyscy widzicie, jak ciągle pierdoli, że zabraliśmy go od jego boyfrienda.
— Słucham? Waćpan powtórzy? — zamrugałem oczyma parę razy, nie wierząc, że słyszę, to, co właśnie zostało wypowiedziane. A, przypominam, był to dopiero początek zgromadzenia. Niezbyt owocny.
Wszyscy umilkli, jednak tylko po to, by ponownie wezbrał się gwar. Cytując: Gdyby było trochę więcej ciszy, gdybyśmy wszyscy byli cicho… może moglibyśmy coś zrozumieć.
— Powiedźcie prawdę, zabiliście kogoś, żeby ktoś inny był lojalny wobec klanu? Tak, idioci zapchleni?!
— Nie mam pcheł!
— Nawet nie wiesz, jakie to było ważne, Ma-
— Spokojnie, to mi nie przeszkadza! Rozumiem wagę tych wartości! — dość spokojnie wykrzyczałem, biorąc pod uwagę kotłujące się we mnie emocje — ale...
— PIERWSZA ZASADA PONIEDZIAŁKU, JEBAĆ WAS, JESTEŚCIE SZMACIARZAMI!* — warknęła moja matka, prawie rzucając się na wszystkich obecnych.
— Nie rób mi siary — cicho wymamrotałem do siebie, z krzywym uśmiechem odciągając dorosłą na bok. Wymownie popatrzyłem się na pozostałych, prosząc ich o chwilę spokoju na rozmowę. Zignorowali mnie, o ile ktokolwiek spostrzegł mój brak, wciąż się napierdalając.
Przepraszam, niechcący użyłem tego sformułowania.
— Co ty robisz? — wysapałem do niej, rozglądając się, by upewnić się, iż nikt nie widzi jej w tym stanie. Żałość w mej duszy ledwo dawała siebie znieść.
— Walczę za ciebie, synuś! Nikt nie będzie mi Bolesnka obrażał i uśmiercał! — ryknęła.
Chciałem ją jakoś powstrzymać, ale w swym bojowym okrzyku „Jebać Gwiezdnych” (obrażała swe własne miano, jedynie przypominam) wdarła się pomiędzy psowate, zapewne uszkadzając niejedno ciało. Westchnąłem, zastanawiając się, czy tutaj, w Coelum, nasze rany w ogóle się staną.
Wtem spojrzałem dookoła. W powietrzu spadała hurma gwiazd, swymi ogonami opadając na ziemię, albowiem zakłóciliśmy spokój i zapewne niechcący strąciliśmy parę istnień. Prędko spojrzałem w dół, wiedząc, iż zapewne żywi nie mogą się nadziwić stanu nieba. Pełne gwiazd futra mych towarzyszy mieszały się ze sobą, zapewne powodując wielce zabawne przedstawienie. Najszybciej jak ma osoba umiała, chmury zasłoniły niebo, ukrywając Zgromadzenie Gwiezdnych.
Gwiazdy natomiast wciąż biły się o mój los, nawet nie pytając mnie o własny język w tej kwestii.
Jeszcze chwila, i czworonogi preferować będą Infernum — wpadło mi nie bez racji do głowy.
— Cisza! — Ciemna Gwiazda próbował uspokoić nasze społeczeństwo, a w jego niemal oszronionych oczach odbijały się gwiazdozbiory, czyniące w nocy kopułę nieba lśniącą. Mimowolnie wyobraziłem sobie nas, chodzących po nieboskłonie na nocne spacery, gdy oświetlaliśmy swym blaskiem drogę śmiertelnikom, a Ci spoglądają na nas jak na drogowskazy, za którymi przyszło im podążać przez własne życie. Jak na Bogów, którzy są dla nich dobrzy i uprzejmi. Czyż jednak tacy jesteśmy? Czy dobrzy Opiekunowie zabijają jednego, by jego brat był lojalny wobec swego kraju? A być może powinniśmy pozostać otwarci wobec miłości, która pokaże nam naszą własną drogę? Albowiem uważam, że w tej sprawie to ja miałem decydujący głos, czy chcę poświęcać się dla większego dobra; nie Cytrynek Mój Drogi, nie Moi Przodkowie. A przynajmniej mogli dać głos Mamusi. Mamka już by im powiedziała w moim imieniu, co sądzę o ważeniu czyjegoś życia dla dobra ogółu.
Cel szlachetny, sposoby trochę mniej — nie mogłem nie zgodzić się ze swoją własną myślą.
Z chęcią opowiadałbym wam dalej o mych marzeniach, aczkolwiek warto stwierdzić, iż jak na zawołanie wszyscy znieruchomieliśmy w ów chwili, wracając niespokojnie na swe miejsca. Jedni mamrotali pod nosem przekleństwa, drudzy posyłali sąsiadom wrogie spojrzenia, a ich gwieździsta sierść jeżyła się pod nadmiarem emocji; dość, iż nareszcie w spokoju mogliśmy dokończyć naradę i przypomnieć sobie, w jakim celu się tu wszyscy zebraliśmy.
— Ustalmy jedno — moja mama kontynuowała. — Teraz spokojnie rozmawiajmy o Cytrynowym Liściu i Jasnej Gwieździe, ale zrobimy też wielkie zgromadzenie razem z innymi klanami, by omówić los Bolesnego.
Większość psów, ich przerażająca większość oblewająca nielicznych jak wściekłe morze, zmusiła cały tłum do przytaknięcia. Bez wyjątku powiedzieli „tak” na debatę o mym losie, a ja począłem zastanawiać się, czy jest to, aby na pewno dobra propozycja. Niestety, i tym razem nikt mnie o zdanie nie pytał.
Chociaż mej rodzicielki się spytali — zrezygnowany w myślach ująłem. Ona mówi wszystko za mnie, dobrze, czy źle. Chociaż: mówi dobrze, złymi słowami.
Czy mogę wydać odrobinę waszej cennej waluty, jaką jest czas, i napomnieć, dlaczego rozmawiam z mamą? Nie mieliśmy zbyt dobrych kontaktów, gdyż przypominałem jej o moim ojcu — o czym być może już wiecie — ale kiedy spotkała go w Coelum i wiedziała, iż będzie mogła przeżyć z nim wiele pięknych chwil, nim wygaśnie, i wszyscy żywi zapomną o Gwiezdnych, poczęła wstydzić się swych dokonań i miernego poczucia prawoty, postanowiła więc odbudować naszą relację. Jak sama stwierdziła, gotowa była poczekać wiele księżyców, gdyż w końcu „całe życie było przede mną”. Tyle jednak czekać nie musiała, bowiem przyszedłem wcześniej, niż ona się tego spodziewała i niż ja sam się tego spodziewałem.
Teraz możemy już wrócić do części historii.
Odbyliśmy długą naradę, podczas której wszyscy zrozumieli, iż Cytrynowy Liść już od dawna miał być zastępcą Tenebris, aczkolwiek sprawy skomplikowało moje pojawienie się w jego życiu. Co zabawne, miałem być z Konwalią, a on ze Stokrotkowym Płatkiem — moje życie było po części zaplanowane, właściwie tylko po to, bym nie psuł wspaniałego planu przodków, o którym wiedzieli tylko liderzy, a przed resztą udawali, że „każdy” może zadecydować o władzy w Tenebris. Nie mogę zaprzeczyć, że początkowo nic do Konwaliowej nie czułem, aczkolwiek ewidentnie rzuciłbym się za Cytrynkiem w płomień. Gwiezdni, doskonale o tym wiedząc, sprzątnęli mię tak szybko, jak tylko potrafili. Cóż, w bardzo niekomfortowej sytuacji. Tuż po tym, gdy zawarłem z samcem więzy partnerstwa.
Kiedy teraz tak o tym myślę, muszę niestety zgodzić się ze zdaniem mojej matki „jebać Gwiezdnych”. To brzydkie sformułowanie, niemniej ono oddaje w pełni me emocje w tej sprawie.
Ów następne zgromadzenie, w którego czasie dane było omawiać me życie, było onegdaj. Zapewne wszyscy by o nim zapomnieliśmy, gdyby nie doskonała pamięć mojego ojca. Cóż, byłem mu wdzięczny, ponieważ poznaliśmy się dopiero po śmierci, ale… Trochę nie chciałem brać w tym udziału? Nie zrozumcie mnie źle kochani, z chęcią podyskutowałbym na temat mojego życia, ale uważam to za dość osobistą kwestię, w dodatku nieznaczącą. Jestem tutaj. Nieżywy. I urocza pogawędka z moimi babciami i dziadkami tego nie zmieni.
Moi rodzice uważali inaczej. Jak to dobrze mieć wsparcie od mamy i taty, prawda?
Też uważam to, co wy, a w mej prośbie było, gwoli poszli sobie gdzieś sadzić kwiatki. Oni natomiast, z prawdą, przypomnieli mi o mojej niepełnoletności, w związku z czym — niemocy. Mnie natomiast stało się niezwykle smutno, gdyż jedyne dwa księżyce dzieliły mnie od zyskania w oczach wszystkich.
Przynajmniej Cytrynek mógł dożyć szanownego wieku wkroczenia w dorosłość.
Jednakowoż, jak się okazało, zgromadzenie to zmieniło wszystko. Wszystko, w znaczeniu wszelakim, oznaczającym zarówno smutek jak i szczęście. Czyż powinienem opowiedzieć wam przebieg całego zgromadzenia? Skrócę je jednakże, ponieważ pragnę również opowiedzieć, co robię aktualnie. Wczoraj, na ów spotkaniu, znaleźli się wszyscy liderzy wszystkich klanów przesiadujących w Coelum, a także pozostali zainteresowani. Tak naprawdę przez większość czasu rozmawialiśmy o pogodzie, nie chcąc zboczyć na poważniejszy temat, aczkolwiek niektóre nadpobudliwe osoby (bądź też konkretne najzwyczajniej) popędziły nas, sprawiając, iż sprawy stanęły w ruchu szybciej, niż przypuszczałbym.
Co tam się wydarzyło? Moi mili, łatwiej odpowiedzieć na pytanie, „Co tam się nie wydarzyło?”.
— Dobrze, więc ustaliliśmy, że postąpiliśmy dość niewłaściwie, bez poznania zdania większości psów w tym miejscu. I co mamy teraz zrobić niby?! Już po wszystkim-
— Przywróćcie go na ziemię! Nie będzie młody tutaj siedział, jak ma całe życie przed sobą.
— Jak wy tego nie zrobicie, to ja zrobię to razem z Fenkułową Plamką!
— Jako medyczka, posiadająca ważne zdanie, proszę was o powrót-
— Przecież my też jesteśmy Gwiezdnymi! Możemy to zrobić sami, Różana!
— Cisza!
Ten jakże niezawodny sygnał od Ciemnej Gwiazdy zawsze powodował ciszę.
— Zrobimy to.
Prawdopodobnie zemdlałem, jeżeli w zaświatach zemdleć można.
Nie wiedziałem, czy chciałem wracać. Nie wiedziałem, czy na to zasługuję. Nie wiedziałem nawet, w jakim klanie chciałbym wrócić, chociaż po chwili odpowiedź była jasna. Cytrynek. Tenebris.
— Ale Bolesny nie będzie przeszkadzał Cytrynkowi. Zrobimy to tak, by nie miał możliwości. Oraz wymażemy mu pamięć.
Przerażony zamrugałem parę razy w tym momencie oczyma, czując, jak gwiazdy zachodzą mi przed wzrok. Wymażą pamięć? Gwiezdni kochani, ale czy ja chcę błąkać się po ziemi jako noworodek, nie pamiętając i musząc uczyć się wszystkiego od nowa?
— W snach będzie zyskiwał ponownie wspomnienia. I będzie mógł ewentualnie naradzić się z członkami rodziny, jeżeli coś nie potoczy się po naszej myśli, ale-
Nawet ignorowałem fakt, albowiem każdy z przywódców przerywa sobie, próbując samemu wyjaśnić swoją wizję projektu. Nie zwracałem uwagi na moich tańczących rodziców i pełno psów, cieszących się razem ze mną, iż sprawiedliwości stała się zadość.
A teraz, siedzę w górze i patrzę niespokojnie na ziemię. Nie wiem jeszcze nic nowego, ale dzisiaj wieczorem ma się odbyć kolejne posiedzenie, na którym waćpan Bolesny opowie o swych pomysłach.
Zaprawdę, mówię wam, nie mam żadnych pomysłów. Moja głowa jest pusta i czuję się jak w transie, gdy me myśli muskają tego tematu: gdy wyobrażam sobię, iż spadnę na ziemię razem z jakąś gwiazdą, by odrodzić się na nowo. Ponieważ, z tego, co pojmuję, tak to wyglądać będzie.
Siedząc teraz i mogąc obserwować psy z Tenebris, czuję się dziwnie. Dosłownie: patrzę na nich z góry. A niedługo sam stanę wśród nich. Przez chwilę muszę zająć czymś moje myśli, by móc ze świeżością ocenić temat, i stwierdzić, jakie emocje panują w mej duszy.
Wzdycham ze szczęścia. Nareszcie wiem, iż cieszę się, że mam szansę wrócić i być z Cytrynkiem. Nie jako kochanek, ale chociaż jako przyjaciel. Wciąż mam okazję patrzeć, jak jego partnerka będzie wprawiała go w zakłopotanie, tak samo, jak w ówczesnym świecie robiłem ja sam.
— Cytrynku, wracam do ciebie. Nareszcie mogę odciąć się od nich wszystkich. Gwiezdni są dobrzy, ale nie tak dobrzy, jak ty — z uśmiechem pokładłem swe ciało, patrząc na Cytrynowego Liścia rozmawiającego ze Stokrotkowym Płatkiem. Zaśmiali się, a Cytrynek popatrzył się w górę, niemal w moje oczy, jakby wyczuł mą obecność.
Naprawdę do niego wrócę. To mi się nie przyśniło.

[2290 słów]
 
*być może wypowiedź ta nie ma wiele sensu, aczkolwiek postanowiłam zawrzeć w tym opowiadaniu zdanie Fleya na temat kochanych Gwiezdnych. Nie ma za co i dziękuję za pozwolenie.

12 czerwca 2021

Bolesna Łapa umiera


„Wielkieś mi uczynił pustki w domu moim,
Mój drogi Bolesna Łapo, tym zniknienim swoim”. ~Cytrynowy Liść, 2021 (a tak serio to przeróbka trenu VIII Jana Kochanowskiego, nie pozwijcie nas o prawa autorskie thx)
Bolesna Łapa, prozaik ugrupowania Ognia, odszedł dziś z tego świata, pojmany przez ludzką hałastrę i oddany w ręce wiecznego snu Morfeusza. (Nie umiem pisać archaizmami, jak tyś to do cholery, zacna dzieweczko, robiła?). Pokój twej duszy w drodze do Coelum.

Od Bolesnej Łapy CD Cytrynowego Liścia i Konwaliowej Łapy

— Co cię tu …?
— Bolesny, strasznie cię przepraszam! — Cytrynowy wpadł na mnie i zaczął szlochać.
— To jest obóz Industrii! Obawiam się o twój los, w wypadku… — zacząłem, jednak nowoprzybyły niegrzecznie wpadł mi w słowo.
— Wytarzałem się w łajnie, które znalazłem idąc tu, och, nikt mnie nie wyczuje! Posłuchaj… — ledwo zrozumiałem, co powiedział, gdyż strasznie płakał. Krztusił się przez swoje własne łzy i kaszlał okropnie.
— Mówże, co cię trapi, bo zaraz się z tej słonej wody udusisz — oznajmiłem, z niepokojem spoglądając na szlochającego przyjaciela.
Miałem wielką nadzieję, że będziemy mogli spocząć spokojnie. Była to jednak chłonna wiara, po lada chwila jakikolwiek członek mojego klanu może ujrzeć Cytrynowego. Szkoda takiego ładnego dnia, na takie nieprzyjemne wydarzenia. Było doprawdy pięknie. W kałuży odbijało się czerwone, choć lekko zniekształcone słońce, a okoliczne drzewa sprawiały wrażenie, jakby przeglądały się w tafli wód, nachylając nad nią pyski. A może chciały się napić? Miło będzie, jeżeli się spytam.
— Przepraszam, chcecie się napić? — Odwróciłem się w stronę drzew, czując na sobie wzrok znieruchomiałego Cytrynowego. Na powrót spojrzałem na niego, wymownie zerkając na rośliny. „Porozmawiamy innym razem” — przekazałem im w myślach, nie wiedząc, że kolejny raz może nie nadejść.
— Ja… — zaczął, wdychając i wydychając ciepłe, niemal duszne powietrze. — Pokłóciłem się z Konwalią, a potem… potem stwierdziłem, że cię znajdę, i… i…
Znowu zaczął łkać i pojękiwać, dlatego usiadłem wygodnie. Może na pierwszy rzut oka oba te zdarzenia nie mają większej wagi i powiązania, dlatego jaki jest wniosek, z tego, że kiedy płakał, to ja usiadłem? Już tłumaczę: … Och, chyba Cytrynowy ma coś do powiedzenia. Skupmy się na nim.
— Nie było cię na torach, to przyszedłem do waszego obozu … znaczy!... — powoli uspokajał się, a ja oddychałem spokojnie. Jeżeli twój oddech będzie umiarkowany, to podobno pomaga osobom wokół ciebie zachować spokój. Tak przynajmniej powiedziała mi Stopowa, kiedy prosiłem ją o porady, co robić, jeżeli Liść oszaleje. Cóż, naprawdę często wylewał swoje żale razem z łzami. Tak często, że zacząłem się martwić o jego zdrowie psychiczne… Ee… Nie powtarzajcie mu tego.
—… Wyczułem twój trop. — Oczy mu się zaświeciły, kiedy wspomniał o mnie. — Za nim podążyłem, i…
— Muszę ci przerwać — oznajmiłem. — Bo powiedziałeś „podążyłem”. Toż to okazja do świętowania! Moja mowa wzbogaciła twoją, i…
W tym momencie Cytrynowy dotknął mnie nosem, i zaraz przestraszył się sam siebie. Zaczął krzyczeć „przepraszam, niechcący!” i cofnął się gwałtownie. Bliski byłem spanikowania, ale postanowiłem nie poddawać się zaskoczeniu — chociaż jeden z nas musi pozostać przy zdrowych zmysłach.
— To... dobrze, że oboje doskonale rozumiemy, co nas łączy — oznajmiłem z kluchą w gardle, a Cytrynowy znowu się rozpłakał. — Nie płacz, jeżeli nic się nie stało… Nie starczy ci łez na ważniejsze okazje…
Powtórzyłem jego ruch, na co on znieruchomiał. Zaraz wybuchnął płaczem.
— Znowu wylewasz łzy? Śmiem mieć nadzieję, że to ze szczę…
Przewracając mnie w euforii, uniemożliwił mi dokończenie. Właśnie w tej chwili zyskałem partnera.
 ***
— Żegnaj! — krzyczę do Cytrynowego, stojąc na granicy naszych klanów. — Następnym razem lepiej nie przychodź do obozu, bo wątpię, aby znów uszło ci to na sucho.
Mój partner życzy mi miłego dnia i odchodzi, szalenie merdając ogonem. Patrzę, jak znika za horyzontem i uśmiecham się. Właśnie odprowadziłem Cytrynowego Liścia do oznaczeń Tenebris, a teraz wracam w drogę powrotną.
Idę, stąpam lekko po ściółce. Chce mi się śmiać i rzucić w wir euforii, ale wtem wyczuwam obcy zapach. „Chyba mój węch popełnił niewybaczalną omyłkę? Dwunożni?” — myślę.
Idę, nie widząc żadnych przeciwwskazań. Zapach stworzeń również nie dobiega mi do nosa. Utwierdzam się w przekonaniu, że był to nieśmieszny żart, jaki sprawił mi mój zmysł. Zadowolony stąpam trzy razy szybciej, niż normalnie, co zapewne nie wygląda zbyt naturalnie. Jednak takie jest, jak najbardziej! Po prostu nie mogę się doczekać, aż powiem Stopowej, że mam partnera.
Idę, zaczynam odczuwać niepokój. Wiem doskonale, żeby nie ignorować przeczuć, jednak to wydaje się takie dziwne… Zaczynam się gubić w swoich odczuciach. Zatrzymuję się i oglądam za siebie.
Dopiero teraz do nosa dobiega mnie wyraźna woń dwunożnych.
— Hycle! Pomocy! — krzyczę. — Cytrynowy Liściu!
Nikt mnie nie słyszę. Złapali mnie. Próbuję się wyrywać, ale to na nic. Gryzę. Po raz kolejny i ostatni, powietrze rozdziera mój wrzask.
„Cytrynowy Liściu! Pomóż mi, nie dam rady!” 
Bolesna Łapa umiera. Koniec wątku Bolesnej Łapy, Cytrynowego Liścia i Konwaliowej Łapy.

26 maja 2021

Od Bolesnej Łapy CD Cytrynowej Łapy

Spoglądałem na zachodzące słońce, gdy znieruchomiałem, tknięty jakimś nagłym, jak upadek, przeczuciem.
— Czyż niebo nie jest piękne? — spytałem Cytrynową Łapę, który zapewne stał właśnie za mną. Ogarnęło mnie przyjemne ciepło, kiedy posunąłem się, robiąc mu trochę miejsca. Miałem rację. Wskazałem ogonem, aby usiadł. Uczeń wyglądał na zdenerwowanego i pod presją, mimo to przysiadł, wiercąc się niespokojnie. Nie obdarzył mnie żadnym spojrzeniem, ale rozumiałem, że to mogło być dla niego trudne. Cokolwiek ma się zdarzyć.
— Tak, ładny… całkiem… — niepewnie odpowiedział.
— Miło mi powitać cię znów, szczególnie w tak pięknym momencie. Gdyby świat się skończył, ja radowałbym się, iż ta chwila była zakończeniem mojej drogi życiowej. Jakie wieści przynosisz? — Zadarłem łeb do góry, aby lepiej widzieć czerwonawe słońce. Tonęło ono w morzu różowych i białych chmur, a dziwne, latające ptaki zostawiały za sobą białe pasy, które zapewne je właśnie imitować miały. Prawdę powiedziawszy, takie właśnie wrażenie sprawiały — chmary białych ptaszyn, lecących z wiatrem, pod przewodnictwem jednego, ciemniejszego od nich.
— No… Wypowiedziano nam wojnę w zasadzie, ale nie dlatego tu przybyłem — jąkał Cytrynowy. Uważnie się mu przyjrzałem, ale wyraz mojego pyska złagodniał, kiedy zrozumiałem, co chciał powiedzieć. Niech mówi, gdyż zbierał się na to już tysiące razy. Ja natomiast od zawsze gotową mam odpowiedź, a raczej od momentu, kiedy uświadomiłem sobie, w kim (nim) się zakochałem. Obawiałem się natomiast, że chce powiedzieć mi wiadomość przeciwną od tej, którą oczekuje. Być może właśnie dlatego jest mu wymówić to tak ciężko, aby mnie nie zranić. Gwiezdni, proszę, tylko nie to!
Cytrynowa Łapa, widząc, iż nie odezwałem się wcale, chyba w myślach, kontynuował swój wywód. Słuchałem go całym umysłem i duszą, gorąco pragnąc, aby zaprzeczył moim ostatnim przypuszczeniom.
— Ja… cię bardzo lubię — oznajmił, po czym chcąc się nie peszyć, cały się speszył. Dziwny, całkiem zabawny pies.
— Ja też cię u w i e l b i a m — głośno akcentowałem ostatni wyraz, czym chyba onieśmieliłem Cytrynową Łapę. Czy ja czegoś czasem nie zepsułem?
Powiadam, że trudno zagaić rozmowę z tak nieśmiałym psem — przynajmniej idącą w tę stronę, w którą pragnę — gdyż ciągle będzie się wycofywał, z tego, co powiedział. Istotnie, ku mojemu niezadowoleniu, się tak stało.
— To… miło… — powiedział cicho, i gdyby nie jego gruba sierść, jestem pewny, iż zobaczyłbym, jak się czerwieni. — No… to wojna u nas jest, i…
— Przecież powiedziałeś, że nie po to tu przyszedłeś. — Uśmiechnąłem się, patrząc na horyzont. Mina mi zrzedła, kiedy usłyszałem następne zdanie Cytrynowego.
— Masz rację, ja już może pójdę. — Wyglądał, jakby chciał sam siebie posiekać na kawałki i zakopać w jakimś czarnym dole.
— Będę tu też jutro — powiedziałem, jakby z daleka. Odpowiedziała mi cisza. Odwróciłem spojrzenie od chmur.
Cytrynowej Łapy już nie było.
Mnie natomiast zostało pytanie, który z nas popsuł, i co właściwie.
<Będę tu też jutro, Cytrynowa Łapo?>
[446 słów: Bolesna Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

24 maja 2021

Od Bolesnej Łapy

— Przestań, przestań, przestań — chichotała, ciesząc się jak nienormalna z mojego żartu. Szturchnąłem suczkę, aby przywołać ją do porządku. Skinąłem łbem, wskazując na leżącą w rogu i ciężko oddychająca Jagodową Mgłę. Na je twarzy odmalował się wyraz zatroskania.
— Czyż nie uważasz, że wygląda wcale nie najlepiej? — powiedziałem, ściszając głos, a razem z nim jeszcze bardziej ściszając radość u mojej rozmówczyni.
— Och, nie zwracałam na nią szczególnej uwagi! Nie najlepiej to za mało powiedziane! Ona chyba umiera! — przejęta podniosła głos. — Chodź, musimy jej pomóc!
Nie czekając na mnie, ruszyła w stronę wojowniczki. Podążyłem za nią, chociaż doprawdy, niechętnie.
— Myślę, że zdajesz sobie sprawę z następującej rzeczy: Gwiezdni z jakiegoś powodu zesłali na nią tę chorobę — nie zwracałem uwagi na słyszącą to, leżącą na łożu śmierci wojowniczkę.
— Z jakiegoś powodu ustanowili medyków! Skąd wiesz, czy nie chcą sprawdzić umiejętności Sroczej? — Stopowa Łapa energicznie szturchnęła nosem Jagodową, która wydawała się jak w transie. Prawie niedosłyszalnie wyszeptała coś, zapewne wzywając pomoc.
— Jestem zdania, że Oni doskonale znają nasze umiejętności. Jeżeli jednak pomoc temu psu uciszy twe sumienie, to pomogę ci dodźwigać ją do medyka.
Jagodowa Mgła próbowała wycharczeć jakieś podziękowanie i wzbudziła moją litość. Jak gdyby spojrzeć na to z innej perspektywy, Gwiezdni sami zadecydowali o przynależności medyków do klanów. Mgła chorowała już dość długo, i zapewne gdyby przygotowali już dla niej miejsce, uśmierciliby ją natychmiast, nie dając nam okazji do pomocy. Wyglądała teraz żałośnie, kiedy nie mogąc utrzymać się na nogach, umierała, z cicha leżąc.
Wziąłem ją częściowo na barki. Pod jej ciężarem ugiąłem się, mimo iż moja przyjaciółka pomagała mi ją podnosić. Zwróciliśmy tym uwagę Oszronionego Pyska, która zdziwiona podeszła do swojej uczennicy. Widząc stan naszego ciężaru, zawołała przestraszonym głosem medyka. „Srocza, Srocza! Gdzie jest nasz medyk?!”
— Oszroniony Łbie, nareszcie… — Stopowa z ulgą położyła Mgłę na ziemi, bo ciężar był ponad jej siły. Napotkawszy mój naganny wzrok, prędko się poprawiła. — Oszroniony Pysku, to znaczy! Już nie wiem, co mówię. To takie straszne!
— Z klanową wojowniczką jest bardzo źle — powiedziałem na głos, to, co wszyscy już wiedzieliśmy, chociaż nie wszyscy przyznać chcieliśmy. — Wygląda na to, że jej życie jest zagrożone.
— Idźcie, uczniowie — Oszroniona zwołała jeszcze paru wojowników. — Nie patrzcie na śmierć. Nie jestem pewna, czy da się ją jakoś uratować, będę z wami szczera. Byliśmy zbyt zaślepieni, aby zobaczyć jej stan zdrowia.
Gapie powoli zasłonili nam widok na następne wydarzenia, odeszliśmy więc. Moja godność ucierpiała, kiedy nie mogłem jej w żaden sposób pomóc. Począłem żałować, że nie spędziłem z nią więcej czasu.
Stopowa zaczęła szlochać.
— My się głupio bawiliśmy, kiedy ktoś umierał! Czy to nie jest… — kolejna fala płaczu uniemożliwiła jej dokończenie zaczętego zdania. Ze współczuciem obdarzyłem ją moim spojrzeniem, aby wiedziała, że ją rozumiem.
— Nic o tym nie wiedzieliśmy, nie ma co się obwiniać. Każdy z nas zajęty był własnymi sprawami, teraz los Jagodowej Mgły jest w rękach Gwiezdnych oraz Sroczej. Nie rozpaczajmy, gdyż nikomu na dobre to nie wyjdzie. Naszych poczynań cofnąć nie w naszej mocy, możemy się natomiast na przyszłość nauczyć lepiej postępować.
Uśmiechnąłem się lekko, chcąc dodać jej otuchy. Uczennica przestała płakać. Dukając, przyznała mi rację.
— Teraz chodźmy i przydajmy się na coś naszemu klanowi. Prawdopodobnie wszystkich już bolą kości od spoczywania na starym mchu. Chociaż tak możemy się przyczynić do poprawienia stanu ich życia.
[535 słów: Bolesna Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu, Jagodowa Mgła będzie wyleczona lol kc]

19 maja 2021

Od Bolesnej Łapy CD Konwaliowej Łapy i Cytrynowej Łapy

Nie wiedziałem, co mam o tym sądzić. Patrzyłem się więc w ciszy, jak Cytrynowy odchodzi wraz z Konwaliową Łapą. Wciąż oddalali się coraz bardziej i coraz bardziej wątpiłem, że zawrócą. W jednej chwili byli plamką na widnokręgu, a w kolejnej zniknęli całkowicie.
Starałem się nie dopuszczać do siebie najczarniejszych myśli, gdyż przecież mam dopiero sześć księżyców. Może i nie jestem najmłodszym członkiem mojego klanu, ale i tak jestem zdecydowanie zbyt młody, aby się zakochiwać, prawda? Co za tym idzie — to, że oni się kochają, mnie nie powinno obchodzić.
Chociaż Konwaliowa Łapa jest ode mnie młodsza o cały księżyc, jakby na to nie patrzeć.
Ruszyłem z miejsca i popadłem w zadumę. Czy oni nie są zbyt młodzi? Nie jestem o nich zazdrosny, tylko nie jestem pewny, czy w takim wieku powinno się lizać kogoś po pysku. Cóż, ale mnie to nie dotyczy. Ponieważ to zdarzenie nie było moją sprawą, otrząsnąłem się z zamyślenia i wydłużyłem krok.
Było widać na pierwszy rzut oka, że wokoło nastała pora nowych liści. Od mojego urodzenia nigdy jeszcze nie widziałem, aby świat wyglądał tak pięknie. Każda pora ma swój urok, ale aktualna należała i należy do moich ulubionych. Słyszałem śpiewające ptaki oraz granie wiatru w koronach drzew. Z niemym podziwem słuchałem trawy, kiedy szeleściła pod moimi łapami. Wtem myśli o Cytrynowym powróciły do mnie z podwójną siłą, a ja nie zamierzałem ich odpychać. W końcu to tylko myśli, nic więcej.
Podążałem w kierunku obozu, aby po chwili dotrzeć na miejsce. Ujrzałem radośnie biegnącą w mym kierunku Stopową Łapę. Widocznie zobaczyła moje zatroskanie, gdyż stanęła w miejscu naprzeciw mnie. Jej ogon przestał merdać.
— Cześć, Bolesny! Zrobimy sobie trening? — Jak gdyby nigdy nic postawiła pytanie, ale mimo to ciągle bacznie mnie obserwowała.
Kiedy omiotłem ją wzrokiem, to doszedłem do wniosku, iż poprawa mych umiejętności wyjdzie mi tylko na dobre. Jeżeli kiedyś znów będę walczył z Cytrynowym, dla zabawy oczywiście, to każde doświadczenie będzie moim sprzymierzeńcem. Nawiasem rzecz mówiąc, nie wypada jej odmówić, bo to bardzo miły pies. Nigdy nie miała do mnie pretensji, mimo mojego specyficznego sposobu bycia. Nie będę ukrywać, że dla mnie jest on normalny, ale inni często dają mi odczuć swoje własne zdanie. No, w każdym razie jest bardzo miła, a więc i ja postanowiłem taki być.
— Dobrze, skoro taka jest twoja wola. Gdzie chcesz rozpocząć…
Nie dokończyłem, bo uczennica rzuciła się na mnie. Zaskoczony odsunąłem się szybko. Tak czy siak, nadal byłem od niej szybszy, chociaż miała o księżyc praktyki więcej. Spróbowałem zaatakować, jednak suczka doskonale się broniła. Powtórzyło się to kilkukrotnie. Podczas gdy ja próbowałem przypomnieć sobie wszystko, o czym mówiła mi na temat walki Różany Płatek, Stopowa Łapa błyskawicznie zareagowała na moją chwilową nieuwagę. Obdarzony przez nią draśnięciem odwróciłem się gwałtownie, dzięki czemu udało mi się uwolnić z jej uścisku. Teraz i ja wykorzystałem jej moment słabości — skoczyłem na nią.
Kiedy myślałem, że już wygram, i chełpiłem się w duchu, Stopowa podskoczyła. Niemal natychmiast przytrzymała mnie przy ziemi. Zaczęła się śmiać, a ja oniemiały nie umiałem wydusić słowa. Zaskoczyła mnie, pozytywnie oczywiście.
— Bardzo dobrze ci poszło, gratuluję — odezwałem się wreszcie. Skłoniłem jej głowę, w geście pełnym szacunku. Nie czekając, aż odpowie, powaliłem ją na plecy. Znów zaczęła się śmiać, a ja lekko się uśmiechnąłem. Przypomniało mi to, jak stałem na Cytrynowym, dlatego szybko się odsunąłem, usiłując ukryć zakłopotanie. Stopowa jednak dalej się śmiała, nie zwracając na nic uwagi.
— Więc wygrałaś — powtórzyłem się. — Naprawdę, super ci poszło. Całe zajście bardzo krótko trwało, a twój wynik był znakomity. Jakże ja bym chciał tak się bronić!
— Dzięki wielkie! Dużo ćwiczyłam. Jeszcze raz?
Stopowa była bardzo zadowolona, składając propozycje. Nagle zaczęła zdawać wrażenie, jak gdyby sobie o czymś przypomniała. Popatrzyła się na mnie poważnym wzrokiem i przestała chichotać.
— Kiedy do ciebie podeszłam, wyglądałeś, jakby coś cię zasmuciło. Wszystko w porządku?
Zastanowiłem się chwilę nad odpowiedzią. Doszedłem do wniosku, że nie ma po co ukrywać faktów, chociaż żalenie się było ostatnim, na co miałem w obecnej chwili ochotę.
— Nic ważnego, jedynie moi przyjaciele z Tenebris… — Zrzedła mi mina, kiedy próbowałem znaleźć odpowiednie słowa. Niechętnie powracałem do tego wspomnieniami, mimo iż przecież nie powinno nic znaczyć. Moja rozmówczyni jedynie pokiwała głową ze zrozumieniem, jakby domyśliła się, co chce jej powiedzieć. Pewnie źle zgadła, ale dobra, nie dopytałem się jej, co jej nasunęło się na myśl.
— Rozumiem. Nie przejmuj się, są dopiero uczniami — było to pytaniem, dlatego pokiwałem głową. — Pewnie wszystko się zmieni! — Na nowo uśmiech powrócił na jej twarz, a ja się rozchmurzyłem. — To jak, kolejna…?
Nie czekając, aż dokończy, rzuciłem się na nią, używając wszystkich umiejętności, którymi dysponowałem. Byłem zdeterminowany wygrać tym razem. 
<Cytrynowa Łapo?>
[756 słów: Bolesna Łapa otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

14 maja 2021

Od Bolesnej Łapy CD Cytrynowej Łapy

— A więc żegnaj. Czy wiesz, gdzie prowadzi droga do twojego domu? Albo gdzie się zaczyna? — powiedziałem jeszcze na odchodne, za oddalającym się Cytrynowym, który po usłyszeniu moich słów odwrócił się i pomknął w przeciwną stronę. Nie patrzył się na mnie, a wyglądał, jakby coś mu się stało. Czy wszystko w porządku? — Gdybyś kiedyś mnie szukał, najczęściej wieczorami spędzam czas w opuszczonym dworcu kolejowym. Wszystko w porządku? Wybaczyłem ci, i tak dalej…
Prawdopodobnie nawet nie usłyszał końca mojej mowy, bo był już znacznie przede mną.
— Nie rozumiem! — Stopowa Łapa zdezorientowana patrzyła się raz na mnie, raz na znikającą Cytrynową Łapą.
— Owszem, nie rozumiesz.
— Kto to był? Dlaczego cię zaatakował, skoro był przyjacielem? Co ty w ogóle robiłeś?!
Patrzyła się na mnie, jakby podejrzewała mnie o coś więcej niż kradzież kiełbasy, ale nie miałem czasu, by starać się przeniknąć jej myśli. Zacząłem iść w stronę domu i pokrótce opowiedziałem jej historię, jednak i tak zabrała ona sporo czasu. Skończyłem opowiadać, kiedy na horyzoncie zaświtał nasz obóz. Moja przyjaciółka dalej nie wyglądała na przekonaną, i gdyby mogła, zapewne oddałaby cios ucznia, za mnie, Cytrynowemu. Dziwne, gdyż przecież on nic nie zrobił, a tych małych ran nie warto liczyć. Mimo to ona cały czas oglądała się na boki, jakby czekając, aż nasz nowy przyjaciel wyskoczy zza krzaków.
— Ja cię kręcę! A ja ukradłam sporo kiełbasy! Ale dla klanu też przyniosłam, dam na stos zwierzyny — Stopowa Łapa nie widziała nic złego, w podzieleniu się nowinkami z klanem
— Ani mi się waż. — Zaciągnąłem ją w jakieś krzaki, kiedy tylko zobaczyłem pierwszego wojownika.
— Co ty…?
— Nie rozumiesz, że w prezencie powitalnym dostaniemy ochrzan? Zrobimy tak: zjemy tutaj to mięso, a potem pójdziemy do legowiska uczniów i będziemy udawać…
— Ach, to wy. — Nad nami górowała Kropelkowa, która ostrożnie, lecz z uśmiechem spoglądała na nas. — Dużo rzeczy się tutaj dowiaduję.
— Hm ... Kiełbasa za milczenie? — Z nadzieją podałem jej jedną z dwóch kiełbas. Stopowa nie rozumiała nadal, co zrobiliśmy złego. Oprócz samowolnej tułaczki i niepolowania? Nic.
Kropelkowa Bryza wahała się, ale w końcu przyjęła mięso, mrucząc, że uczniowie powinni się rozrywać czasem, i puściła do nas oko. Ja natomiast cieszyłem się, po dobre jedzenie to najprawdopodobniej najsilniejszy czynnik łączący umowę. Będzie milczeć. Bryza oddaliła się, a ja cieszyłem się, że to właśnie ją spotkaliśmy. Wątpiłem, abym zdołał przekabacić innego psa.
— No dobra, ale co my właściwie zrobiliśmy? — Stopowa spoglądała na mnie zdziwiona. — Dałeś jej lepszą kiełbasę! Muszę zjeść tą poobijaną?
— Lepsza kiełbasa, pewniejsza umowa. Mam zacząć wymieniać rzeczy, które sprzeciwiają się mentorzy czy Gwiezdni?
Stopowa nie wyglądała na chętną dowiedzieć się, mimo iż przed chwilą mnie o to prosiła. Oddaliliśmy się do legowiska uczniów. Jasne niebo razem z nami odchodziło, a po niedługim czasie na niebo wszedł księżyc. Mnie w głowie natomiast zostawał Cytrynowa Łapa i siłą nie chciał z niej odejść. Dalej głowiłem się nad tym, dlaczego mnie zaatakował. Chyba przesadziłem z archaizmami. 
<Chyba przesadziłaś z archaizmami?>
[474 słowa: Bolesna Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

11 maja 2021

Od Bolesnej Łapy do Różanego Płatka

Kiwnąłem zachęcająco w stronę Orlego Klifu, aby nie przerywał opowieści, bowiem pies nagle zastygł, wpatrzony w coś za swoimi plecami. Spokojnie odwróciłem się, widząc, że nie reaguje na mnie, i zobaczyłem swoją mentorkę. Zignorowałem jej przymilny wyraz pyska, kiedy minęła psa, i zapytałem, po co się tu zjawiła. Wyglądała, jakby przypomniała sobie o czymś. Mam nadzieję, że ćwiczenie mnie nie było dla niej tylko nieprzyjemnym obowiązkiem, w końcu byłem jej pierwszym uczniem.
— Ach, tak, Bolesna Łapo, chodźmy na trening — powiedziała, nie spuszczając wzroku z młodego psa, a ja zacząłem się zastanawiać, do kogo ona się w końcu odzywa. Prychnąłem, aby zwrócić na siebie jej uwagę, i wyszedłem z legowiska wojowników. Czy moja mentorka zauważyła, że zamiast wymieniać mech, rozmawiałem sobie z kimś? Widziała w ogóle z kim?
Czekałem chwilę, aż pójdzie za mną. Otrząsnęła się, pożegnała z Klifem i wyszła. Udało się nam szczęśliwie wyjść na zewnątrz, ale nawet po tym Różaną odprowadzały spojrzenia większości psów wokół. Zyskałem nagle szacunek, do wszystkich psów, których ona nie interesuje. Znudzony wlokłem się za moją mentorką, i odniosłem wrażenie, że lada chwila podejdą do nas jej adoratorzy. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, dzięki Gwiezdnym, bo chciałem szybko przejść do treningu.
— Różany Płatku? Co będziemy dzisiaj robić? — zapytałem szybko, chcąc odwrócić jej uwagę od otoczenia. Prawdę mówiąc, ona sama wdała się po części w swoją mentorkę, Malwowy Ogon. Miałem nadzieję, że nie mają tak wszyscy. 
<Różany Płatku? Co będziemy dzisiaj robić? — Zapytałam szybko, chcąc odwrócić jej uwagę od innych, zaległych opowiadań :) >
[232 słowa: Bolesna Łapa otrzymuje 2 Punkty Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

Od Bolesnej Łapy CD Cytrynowej Łapy

Migiem oglądnąłem się za siebie, aby sprawdzić, w jakiej odległości są dwunożni. Niestety, biegli szybko, jak na mój gust zbyt szybko, oburzeni, że stracili nowe zabawki. Nie miałem zamiaru skończyć tak, jak ich biedny królik. Dalej mnie bolało, że tak go zmarnowali!
Gwiezdni widocznie postawili mnie próbie. Okaże się teraz, czy jestem wart bycia wojownikiem. Dwunożni doganiali mojego towarzysza niedoli, pasowałoby więc coś zrobić, prawda? On w końcu dołączył do mnie, kiedy byłem w opałach, a moja ucieczka częściowo była jego zasługą. Częściowo, powiedzmy.
— Tędy — powiedziałem głośno do towarzyszącego mi psa, dalej zostającego w tyle i skręciłem szybko w obce mi rozgałęzienie drogi. Nieznajomemu w powtórzeniu manewru przeszkodziła w tym łapa, ale koniec końców udało mu się szczęśliwie zboczyć na wybraną przeze mnie ścieżkę.
Schowaliśmy się za pierwszym, lepszym cuchnącym kubłem, ze śmieciami, pachnącymi może i nawet smakowicie. Wyglądnąłem lekko zza bezpiecznej kryjówki, chcąc wyłapać zapach dwunożnych. Przebiegli koło nas, potrącając przy tym innych przedstawicieli swojego gatunku.
— Jakim cudem tak skoczyłeś? — wysapał szczeniak, patrząc się na mnie niemal z nabożną czcią. Po zapachu poznałem, że zapewne mieszkał w Tenebris.
— Kiedy jesteś w niebezpieczeństwie, adrenalina dodaje skrzydeł. Powiedz mi, łaskawie drogi przybyszu, w jakim stanie jest twa kończyna?
Zamrugał kilka razy, nie wiem, czemu właściwie się dziwiąc. Następnie obejrzał swoją nogę. Ja również szybko oceniłem, że to tylko stłuczenie, jednak mogące znacznie nas spowolnić. W ucieczce szybkość i zwinność są cennym sprzymierzeńcem.
— Możemy iść dalej — powiedział pies, spinając się lekko. Wstał zaraz po tym, i lekko kulejąc, ruszył do wyjścia z uliczki.
— Podziwiam twą wytrzymałość, jednak wyliż chociaż trochę łapę. Nie możemy pozwolić, aby nas spowolniła przed wszechobecnym wrogiem, w tym również przed tym znajdującym się za nami. Jak cię zwą? — spytałem. Obcy wydawał się mile połechtany pochwałą pod jego adresem. Zrozumiałem jednak prędko, że poza szczęściem dziwi się mojej mowie, dlatego postanowiłem wyrażać się prościej. I mniej pięknie.
— Jak się nazywasz? Z … Jesteś z Industrii?
Zapewne brzmiałem dla niego, jakbym mówił w obcym sobie języku. Przywykłem jednakże do mojego sposobu wyrażania się, i najczęściej nie zdawałem sobie sprawy, iż mogę mówić wcale niepodobnie do pozostałych psów w towarzystwie.
— Cytrynowa Łapa — powiedział powoli. — Co miałeś na myśli, mówiąc o wrogu, znajdującym się za nami?
— Z zakończenia tej uliczki wydala się obcy mi zapach — przerwałem i zaraz się poprawiłem, chociaż Cytrynowa Łapa nie wyglądał, jakby zarejestrował mój potok słów — czuć coś dziwnego. Ja sam nazywam się Bolesna Łapa, miło znać.
Cytrynowy nie zwrócił na mnie uwagi i przestraszony, powoli się odwrócił. Poszedłem za jego przykładem. Oboje zobaczyliśmy gigantyczne stworzenie, które może i wziąłbym za psa, gdyby nie dziwne ubranko. Podszedłem do niego, przyjaźnie wyciągając łapę. Mój nowy przyjaciel, które imię przed chwilą poznałem, prędzej rzuciłby się do ucieczki, niż zawarł znajomość z obcym przybyszem.
Uważnie się przyjrzałem, temu, co zobaczyłem. Nie byłem do końca pewny, ale był to chyba brudny, mały, stojący na czterech nogach dwunożny. Utaplał się w błocie? Możliwe. Patrzył się teraz z przestrachem i znieruchomiał.
— Dobrze, Cytrynowa Łapo, możemy chyba już…
Przerwał mi głośny, wprost przerażająco głośny, pisk nierozpoznanego przeze mnie organizmu. „Zaczynają się kłopoty” pomyślałem, a było to ostatnie, co zdążyłem pomyśleć. Szybko pobiegłem razem z Cytrynowym, zanim wchodzący do ślepej uliczki dwunożni całkowicie zagrodzili nam drogę. Zdziwieni wpatrywali się w ich nowe znalezisko.
— Widocznie popełniłem omyłkę. Nie było to przyjaźnie nastawione stworzenie.
Biegliśmy dalej, zwolniłem jednak, widząc, że dwunożnych jest tutaj mniej, natomiast zamiast nich znajduje się dużo pudeł, w których można się schować i odpocząć. Odpoczynek przydałby się towarzyszącemu mi uczniowi, bo zaczynałem martwić się, że stan skaleczonej nogi nie pogorszy się. Bez ostrzeżenia wskoczyłem do jednego takiego kartonu, a mój nowy przyjaciel zdezorientowany podążył za mną. Kiedy oboje już znajdowaliśmy się, na miarę możliwości, w bezpiecznym miejscu, zagaiłem rozmowę.
— Więc jesteś z Tenebris, tak? Tych od wspaniałych planów i taktyki?
Pokiwał głową, jeżeli chciał coś powiedzieć, to zrezygnował z tego.
— Dobrze, muszę ci więc powiedzieć, nie ważne, czy umiesz planować — powiedziałem, wprawiając tym Cytrynowego w zakłopotanie. Być może trafiłem w sedno, być może nie. — Że przybyłem tutaj z moją przyjaciółką, Stopową Łapą. Zamierzała ona podjeść trochę pyszności, ale na wskutek losu, a raczej Gwiezdnych się rozdzieliliśmy. Zanim oboje odejdziemy swoimi drogami i wrócimy do naszych domów, zrozumiesz chyba, jeżeli poproszę cię, abyś pomógł mi w poszukiwaniach. Szczerze mówiąc, miałbym spore problemy podczas powrotu z nią, a co dopiero bez niej.
I może przyszpiliłem go trochę do ściany, bo Kodeks Wojownika powiada przecież, że nie można zostawić szczeniaka w niebezpieczeństwie, ale średnio mnie to obchodzi. Jak wiele rzeczy. Gwiezdni ochronią go, wiedząc, że to nie jego wina, lecz moja. Są przecież w końcu bardzo sprawiedliwi. Teraz więc znów pokiwał on nieśmiało głową, trochę speszony ciężarem zadania, jakie mu przypadło.
— A więc chodźmy. Pójdźmy w miejsce, które najsilniej pachnie świeżym mięsem, bo intuicja mi mówi, że nasza obecna kryjówka zaraz zostanie odkryta.
Czy to za sprawą mojego przeczucia, czy Gwiezdnych, zwanych też przypadkiem i losem, nie dość, że usłyszeliśmy kroki zaraz po wyskoczeniu z pudełka, to jeszcze łapy dwunożnego podniosły karton, dając go na stertę pozostałych. Widocznie sprzątał, po czym lub po kim, nie wiadomo. Cytrynowa Łapa patrzył się na mnie, po raz kolejny zdziwiony, z nabożną czcią, swoimi gigantycznymi oczami.
Powąchałem w powietrzu, on również. Ruszyłem w najprzyjemniej pachnącą stronę a on tuż za mną. Po jakimś czasie z powrotem drogi były czyste, a wokół nas kręciło się dużo ludzi, chociaż tłum trochę przerzedził. W powietrzu, oprócz radosnej woni mięsa czuć było również znajomy skądś mi zapach. Po wyrazie pyska Cytrynowej Łapy poznałem, że on również go poczuł.
— Co o tym sądzisz? — spytałem go, wzrokiem śledząc gwar wokół nas.
— To chyba... — Znieruchomiał. Prawdę powiedziawszy, jak dla mnie, kiedy bał się, to przypominał mi bardziej szczeniaka ze żłobka, a nie średniego wieku ucznia. To tylko moje, nie wasze zdanie. — ...ci dwunożni, którzy nas uwięzili?
Sprawiał wrażenie, jakby bał się, że mu nie przyznam racji. Wdzięcznie popatrzyłem się na niego. Dzięki jego wskazówce ja również rozpoznałem ten zapach. Bez wątpienia byli to dwunożni z kamieniami. Po chwili marszu zobaczyliśmy ich. Wybrali sobie inny cel „przyjemności”, czyli jakiegoś pieszczoszka, który uciekł właścicielce. Nie przejąłem się nim zbyt, przeszliśmy więc obok, mimo iż Cytrynowa Łapa wyglądał jak pierwszy chętny do pomocy. Głośno wypuściłem powietrze i capnąłem zębami jedną z kończyn dwunożnych. Oboje, przestraszeni odskoczyli, głośno szczekając, w szczególności ten zraniony. Bezpański pies uciekł, bez słowa podzięki. Nie zwróciłem uwagi na Cytrusa, bo średnio mnie obchodziło, co owoc ma do tego. Może i zachowałem się nierozważnie, ale byłem zbyt markotny, aby się nad tym zastanawiać. Zanim dwunożni odzyskali głowę, nas już tam nie było. 
<Owocu mój drogi?>
[1083 słowa: Bolesna Łapa otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

10 maja 2021

Od Bolesnej Łapy — „Zając na biegunach” [przygoda#8]

Zatrzymałem się na chwilę, aby uważnie przypatrzeć się otoczeniu. Stopowa Łapa rzuciła mi podekscytowane spojrzenie, nalegając, abym nie zwlekał nazbyt długo. Chciałem dobrze zapamiętać okolicę, aby potem móc tu wrócić w razie konieczności. Ostrożności nigdy zbyt wiele, tym bardziej na terenie dwunożnych. Usiadłem na miękkiej trawie, ignorując naglące spojrzenia towarzyszki.
Można było dostrzec targ, nic niezwykłego. Jego kontury rysowały się wyraźnie i już tutaj czuć było w powietrzu smakowity zapach mięsa. To właśnie dla niego Stopowa Łapa poprosiła mnie, abym towarzyszył jej w tej drodze do miasta. Sama czułaby się zbyt niepewnie, aby coś zwędzić, dodam więc jej odwagi. Że też nie mogłaby powstrzymać się przed kradzieżą tej kiełbasy! Trzeba było wypoczywać po treningu, uczennico. Ściągniemy na siebie kłopoty, ale nie zamierzam zostawić cię samą.
— No chodź już, bo zostawię cię tutaj! — wesoło szczeknęła moja towarzyszka, niecierpliwiąc się okropnie. Zmierzyłem ją nieprzychylnym spojrzeniem, ale wstałem. Gdyby wiedziała, że moja obecność tutaj nie jest wcale dla mojej osoby przyjemna. Jazgotała dalej — nie mogę się doczekać! Podobno o tej porze dnia dwunożnych nie ma prawie wcale, a jedzenia jest pełno!
— Kto tak mówił? — spokojnie zadałem pytanie. — Nie wygląda mi, ani nie pachnie tutaj spokojnie.
— Jeszcze nie dotarliśmy. Oj, nie wymiękaj!
Nie wymiękałem, tylko posługuję się rozsądkiem, chciałem odpowiedzieć. Zrezygnowałem jednak i ponownie odwróciłem wzrok ku naszemu celowi. Z daleka obserwować można było gwar podobny do mrowiska. Jakby ktoś wetknął patyk w miasto. Ja sam nie nadążałem za tym, co w oddali się dzieje, a Stopowa nie była ode mnie bardziej ogarnięta, więc gdyby rozglądnęła się po otaczającym nas świecie, pewnie przyznałaby mi rację.
— Już niedaleko — w jej głosie usłyszałem wahanie. Czy dopiero teraz zaczęła zastanawiać się nad skutkami jej ekspedycji? Tak, patrzyła tam, gdzie ja przed chwilą. Popadłem w zadumę. Jakby na to nie patrzeć, co teraz się stanie, będzie naszą winą. Możemy ściągnąć na klan jakieś niebezpieczeństwo, przy czym rozgniewamy Gwiezdnych. Czy umrzemy? Moja wędrówka była dość krótka i niespodziewana. Intrygujące zakończenie, wśród przodków będę miał jednak więcej czasu nad nim pomyśleć. Suczka zamilkła, wpatrując się w to, co już wcześniej dostrzegłem. Pełno pieszczochów, ujadających na siebie nawzajem, przywiązanych do łap właścicieli. Smycze raz po raz prężyły się pod zapewne sporą wagą ich więźniów. Okropieństwo, tak przywłaszczać sobie żywe organizmy.
Dotarliśmy do pierwszej z zatłoczonej ulic, było więc za późno, aby się wycofać i zasnąć w bezpiecznym legowisku uczniów. Większość dwunożnych nie zwróciła uwagi na parę samotnie włóczących się zwierząt, jedynie mniejsze dzieci pokazywały nas palcami. Wyjątkiem była przedstawicielka panującego tu gatunku. Odskoczyła od nas, wrzeszcząc coś i skomląc w niezrozumiałym dla mnie dialekcie, jakbyśmy się sparzyli. Zastanowiłem się. To wszystko mogłoby mieć głębszy cel. Ta wyprawa mogłaby pomóc mi przyswoić ich język. Gdyby psy rozumiały tę mowę, zapewne ułatwiłoby nam to życie. Wiedzielibyśmy z góry, jacy są niegroźni, a którzy chcą nas złapać lub zabić. Nie musielibyśmy trudzić się aż tak, może nawet z ich pomocą odzyskalibyśmy nasz dawny dom?
Ludzie wyglądali schludnie, podobnie jak miejsce, w którym się znajdowałem. Wyjątek stanowiły uliczki, które zapadając w ciemności, prowadziły zapewne w jakieś tajemnicze, nieznane psom z klanów miejsca. Większość z nich nie pachniała przyjemnie. Stwierdziłem większość, bo jedna wprost zachęcała, aby do niej wejść, cudownym zapachem świeżego mięsa. Postąpiłem kilka, nieuważnych kroków, przez co wplątałem się komuś pod nogi.
Wrzasnął i kopniakiem posłał mnie pod ścianę. Zaraz też wstałem i otrzepałem się oburzony, takim potraktowaniem ze strony nieznajomych. Nie powinienem zwracać tyle uwagi, wyraźnie stałem się obiektem powszechnego zainteresowania. Dwunożni patrzyli na mnie i wytykali sobie palcami, ustalając, do kogo należę. Nie byłem do tego przyzwyczajony, peszyłem się więc trochę pod ciekawymi spojrzeniami innych. Zwykle nie zwracano na mnie uwagi, a takie niezwykłe zachowanie wywierało na mnie presję. Po chwili opanowałem się i starałem się zacząć myśleć racjonalnie. Wzrokiem przeszukałem otoczenie, w poszukiwaniu koleżanki. Pusto. A przecież przed chwilą jeszcze tutaj stała! Pomyślmy i rozważmy pierwszą z opcji. Czyżby wystawiła mnie?
Jeżeli tak, zapewne jest w miejscu, w którym pachnie mięsem. W końcu chciała zwędzić trochę szynki. Czyż nie jedno takie miejsce, dobrze pachnące, przecież znajdowało się koło mnie? Ruszyłem w jego kierunku. Uśpiłem swoje przekonanie, że zdarzy się tu coś niedobrego. W całym mieście może się to zdarzyć, prawda? Dalsze wydarzenia nauczyły mnie dowierzać swojej intuicji i nie polegać na chęci smacznego obiadku.
— Stopowa Łapo, jesteś tu?
Pytanie zawisło w powietrzu, czekając na odpowiedź, która nie nadeszła. Nie dała śladu życia, nawet jeśli tutaj się znajdowała. Zamiast niej zobaczyłem natomiast leżącego królika, wprost zapraszającego do zjedzenia. Ślinka mi pociekła, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem głodny. Kiedy ostatnio coś jadłem? Poszedłem w jego kierunku, a on na taką samą odległość się oddalił. Zdziwiony powtórzyłem zabieg. Odpowiedź była ponowna. Skoczyłem szybko, dzięki czemu wgryzłem się w niego. Dziwnie smakował, jakby zwietrzał, chociaż był jeszcze świeży. Chyba. Coś mi tu zaczynało cuchnąć. Podniosłem wzrok w górę i zamurowało mnie. Dwaj, młodzi dwunożni ciągnęli martwe zwierzę za sznurek, zachęcając mnie do wysiłku i szczekając z ubawem. Jakie marnotrawco życia! Mógł przysłużyć się jeszcze dla ogółu, a został zwykłą zabawką do znęcania się nad przyszłym wojownikiem. Prychnąłem z oburzenia i postąpiłem kilka kroków w tył, chcąc się wycofać. Zablokowali mi jednak drogę, śmiejąc się wesoło. Zawyłem, licząc na to, że jakiś wojownik bądź Stopowa w pobliżu przyjdą mi na ratunek i wybawią z kłopotu. Gwiezdni jednak chcieli, abym poradził sobie z nimi sam. Być może później przyślą mi ratunek. Dwunożni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, także nie musiałem znać ich mowy, aby rozpoznać ich zamiary. Pognałem w głąb uliczki, podczas gdy oni podnosili kamienie i przygotowywali się do rzutów.
Pierwsze kamienie uniosły się w powietrzu, aby po chwili spaść jak grad na ziemię za mną. Nie śpieszyli się jednak zbytnio, a z racji, iż biegli, nie rzucali zbyt celnie. Nie musiałem się trudzić, aby je ominąć. Dzięki Gwiezdnym żaden we mnie nie trafił. Dobiegłem do ściany, zdziwiony, iż tak szybko się kończy. Opanowany zawyłem jeszcze raz. Wydawało mi się, czy usłyszałem odpowiedź? Dwunożni odrzucili w kąt mięso i podeszli do mnie, a ja wpatrywałem się w nich spokojnie. Zobaczymy, co Gwiezdni sądzą o moim losie. Poczekamy na ich werdykt. Echo kroków odbijało się od ścian korytarza. Wszystko pozostałe ucichło, słyszałem jedynie odgłos biegnących łap. Nawet powietrze ucichło, jakby w milczeniu oczekując, co zaraz się wydarzy. 
<Ktoś?>
[1029 słów: Bolesna Łapa otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia+10 i 3 Punkty Treningu]

„Kocham światło, ponieważ wskazuje mi drogę. Ale uwielbiam też ciemność, ponieważ pokazuje mi gwiazdy”.

[kliknięcie przeniesie do karty postaci]