Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omszona Krtań × Sowi Pazur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omszona Krtań × Sowi Pazur. Pokaż wszystkie posty

21 sierpnia 2021

Od Omszonej Krtani (Omszonej Łapy) CD Sowiego Pazura

 początek dzieje się na przełamie lata i jesieni
Omszony parsknął tylko śmiechem, kręcąc głową przy tym głową na prawo i lewo. Naprawdę nie mógł uwierzyć, że ten wielki, straszny, Sowi Pazur, nie mógł wymyślić nawet obrazy związanej z jego imieniem. Już Dreszczka była lepsza w obrażaniu go, razem ze swoimi przytykami, a nawet one wywoływały uśmiech na pysku ucznia. "Omszone Drzewo", kurwa on naprawdę musiał robić sobie jaja, przecież to było takie żałosne. I on miał brać tego zjeba na poważnie, jako kogoś, kto jest nie tylko zastępcą, ale fagasem jej matki? Nie róbcie z niego idioty, Mech ma do siebie jeszcze resztki szacunku.
 — A ty jesteś zjebany — uśmiechnął się krzywo, nawet nie wysilając się na mądre odszczekanie się Sowiemu. Po co ma męczyć swoją kreatywność na kogoś takiego jak on.
Już słyszał, jak w jego mentorze coś się gotuje, a cierpliwość w końcu mu pęka. Tak bardzo chciał zobaczyć jak długo może ciągnąć tę zabawę, przerzucankę słów, aż do momentu gdzie Sowiemu skończą się resztki cierpliwości, jeśli jakiekolwiek jeszcze posiada. Mech naprawdę, ale to naprawdę wierzył, był wręcz stuprocentowo pewny, że da radę doprowadzić go do gorszego stanu, niż w tym, w którym on jest teraz. Nie musiał się nawet starać, mentor podawał mu rozwiązania wręcz na srebrnej tacy, wprost pod nos.
Chwycił ostatnią kiełbaskę w zęby, połykając ją wręcz w parę chwil.
Ostatni element potrzebny do jego układanki, właśnie został położony w pustym miejscu.
 — Kazałem ci ją kurwa zostawić — wyszczerzył zęby Sowi Pazur.
Zadziałało. Zadziałało i to kurwa lepiej niż myślał.
Mech tylko parsknął śmiechem, przytykając wręcz nos do nosa mentora. Patrzył się w jego oczy, które płonęły wściekłością, ciesząc się każdą sekundą tego momentu.
 — Nie będę marnował zajebistego jedzenia na kogoś takiego jak ty.
 — Coś ty powiedział gówniarzu?
 — Nie będę się powtarzał, bo masz problemy ze słuchem, dziadzie — Mech podniósł swój tyłek z ziemi, otrzepując się. — Nie wiem jak ty, ale ja wracam do magazynu, chce spać. Mam dość tego dnia i twojego pieprzonego treningu. Więcej nauczyłem się samemu, niż ganiając za twoim tyłkiem.
Nim zdążył nawet zrobić parę kroków do przodu, gdy poczuł uderzenie silnej łapy na swoich plecach. Siłą sprowadzony do ziemi, runął pyskiem w ziemie. Piach i kurz podbity do góry zakręcił mu w nosie, doprowadzając do uciążliwego kichania, które przeszkadzało mu w sensownym myśleniu. Łapa Sowiego Pazura wciąż przyciskała go do ziemi, uniemożliwiając jakiekolwiek ruchy. Musiał jedną rzecz mu kurwa przyznać — może i nie był najmądrzejszym psem w tym, ani jakimkolwiek klanie, ale cholera, siła na pewno była jego mocną stroną.
 — Kurwa puszczaj mnie! — wycharczał Omszony, szczerząc wściekle swoje zęby. — Połamiesz mi zaraz żebra ty jebany sadysto!
 — Dałeś się powalić. Tak właśnie wychodzą Twoje samotne treningi gówniarzu. — parsknął zastępca. — No i jak? Umiesz się wydostać kurwa czy siły Ci brakuje? Zobaczmy, jak te twoje treningi samemu są lepsze.
 — Popierdoliło cię chyba — wystękał, czując coraz bardziej, jakby oczy miałyby mu wyskoczyć z czaszki. — Jesteś ode mnie jakieś 50 razy kurwa starszy i silniejszy, co znęcanie się nad młodszymi i słabszymi to twój konik? Jesteś psycholem!
Szarpał się i miotał, na wszystkie strony, wbijając pazury w ziemie, rozkopując ją, jakby to miało jakkolwiek pomóc. Znieważony, kompletnie obdarty z honoru i blasku, próbował uciec spod łapy swojego mentora, który na pewno musiał wcześniej nałykać się zbyt dużej ilości sterydów. Przyciskał go nią bezlitośnie do ziemi, z każdą sekundą zabierając mu coraz więcej powietrza. Wydawałoby się jakby, robił co coraz mocniej. Jego biceps był rodem kulturysty spod polskiego, szarego bloku, broniącego swojego osiedla. Jak komuś pierdolenie, to odleci parę metrów do tyłu, rozwalając przy okazji najbliższą ścianę, na widok takiego chowasz się w najbliższe krzaki. Nawet mentalność się kurwa zgadza.
Mech jednak nie zamierzał się chować w krzaki, uciekać. Nie chciał się chować, chciał kurwa wygrać, nieważne jak długo by mu to zajęło. Nie mógł się przecież poddać. Z każdym jednak łapczywie łapanym oddechem, czuł, jakby ten miał być jego ostatnim. Parę mroczków mu się pojawiło przed oczami, jego ruchy stawały się wolniejsze i coraz słabsze. Jego oczy robiły się coraz cięższe, a on coraz bardziej śpiący, jedynie ogień rozpalający się w jego płucach sprawiał, że pozostawał przytomny.
Czy to właśnie miał być jego koniec,
Brudny, wgnieciony w ziemie?
Czy miał do pozostawienia za sobą tylko to,
Parę wspomnień w głowach innych?
Czy jeśli teraz się podda, takim go zapamiętają?
Nie chciał się poddawać,
Ale nie miał siły tego nie robić.
Złapał oddech.
A potem kolejny.
Następny był kaszel, duszący kaszel. Nie wydawało mu się, nie trafił do gwiezdnych piesków. Był nadal na brudnej ziemi, cały brudny. To Sowi Pazur, zabrał swoją łapę z Mcha, dając mu w końcu możliwość swobodnego oddychania. Naprawdę był kurwa popierdolony, Omszony był tego bardziej pewny niż w kiedykolwiek. Pokazał swoją prawdziwą stronę. Teraz jednak uczeń Industrii, brał kolejne oddechy, zachłannie łapiąc powietrze do pyska, jakby już nigdy nie miał go poczuć. Łzy mimowolnie zbierały się w jego oczach, a kaszel nie ustawał.
Musiał wyglądać tak żałośnie.
 — Mam nadzieje, że to cię czegokolwiek kurwa nauczy. Marsz, za mną.

***

Koniec. W końcu cholerny koniec tego treningu, w końcu koniec bycia uczniem i męczenia się z pojebem, jakim był pierdolony Sowi Pazur. Ten jebany psychopata naraził jego życie więcej razy, niż Mech miał aktualnie księżyców.  Rzepakowa chyba mu go przydzieliła, by przedwcześnie pozbyć się kolejnego dzieciaka, zostawiając tylko idealne Ciepłego przy życiu. To była kurwa katorga, inaczej nie dało się tego nazwać. Ciągłe słuchanie jęczenia starego dziada było nie do zniesienia. Budzi się — Sowi Pazur. Idzie na trening — Sowi Pazur. Wraca z treningu — k u r w a Sowi Pazur. Ochujeć można przez ciągłe widzenie go.
Dlatego właśnie omijał większość treningów, biegając po terenach innych klanów, a teraz w końcu będzie miał od niego choć trochę spokoju.
Miał już cały plan co zrobi po swoim mianowaniu. Stanie przed byłym mentorem i wyśmieje go w pysk. Niczego go nie nauczył, całą wiedzę, którą miał zdobył samemu. Nie dał się nigdy złamać, nieważne czego Sowi nie próbował, a teraz był kurwa wolny.
A przynajmniej tak mu się wydawało, bo z samego rana, dnia gdy w końcu miał zostać mianowany, Sowi go obudził. Nim Mech zdążył cokolwiek powiedzieć, opierdolić go za budzenie, jego mentor wyskoczył z cudownym pomysłem. Samodzielne polowanie, test na wojownika, coś, by pokazać, że Omszona Łapa zasługuje na poruszenie się trochę wyżej w rangach. Prościzna, to nie jest przecież jego pierwsze rodeo. Nie raz coś polował dla samego siebie, poza terenami Industrii pies też się robi głodny, a nawet on nie zniżył się do kradzieży zwierzyny innego klanu.
"Masz tutaj przyjść o zachodzie. Nie spierdol tego" — z tymi słowami zostawił go Sowi Pazur.

***

No cóż, spierdolił, tym razem jednak naprawdę. Musiał to przyznać, bo przez cały dzień, przeznaczony na swoje polowanie, coś, co miało go w końcu uwolnić od tego przeklętego treningu, leżał z Białą Łapą na polach. Naćpał się z nim mleczkiem i najwyraźniej musiał wypić trochę za dużo, bo gdy "obudził się" był już późny wieczór. Nie ważne co o nim sądzicie, co słyszeliście i w jaki sposób go postrzegacie, Mech chciał naprawdę to ogarnąć. Chciał złapać coś potężnego i pokazać jak wiele się nauczył bez pomocy Sowiego Pazura
Teraz za to biegł przez osiedle, na łeb na szyję, skracając sobie drogę przez tereny Tenebris. Normalnie, wybrałby sobie o wiele ładniejszą drogę niż tą teraz, wśród domów dwunożnych. Nie raz wracał z Ventus do Industrii przez park, który sobie upodobał. Słodki zapach kwiatów może i czasem lekko wiercił mu w nosie, ale czasem trzeba było się poświęcić.
Teraz jednak miał na głowie inne zmartwienie niż wracanie do domu brzydszą drogą. Musiał coś złapać. Nie miał dużo czasu, słońce już przekraczało horyzont, a on miał jeszcze kawałek do przejścia. Pędził ile sił w łapach, ale i tak nie zdąży złapać poprawnej zdobyczy. I wtedy właśnie lampka zapaliła mu się w głowie. Myszy. Myszy, przecież one są kurwa wszędzie, złapanie jej nie będzie dla niego problemem. Zmieści się pod jego łapą.
Teraz tylko dojść do Industrii.

***

Mech rozejrzał się za Sowim Pazurem. Powinien gdzieś tutaj być, czekał już naprawdę dłuższą chwilę na niego, a przecież samemu już i tak był spóźniony. Czyżby Sowi go wystawił do wiatru? Może to i lepiej, nie będzie musiał się męczyć z jego reakcją na cudowną zdobycz, która leżała teraz za jego łapami. Czuł jednak jakiś niepokój za swoimi plecami. Sowiemu potrafiło nie raz bardziej odpierdolić niż dla Mcha, a to już jest skrajność skrajności i zagraża życiu i zdrowi każdemu dookoła.
W końcu go dojrzał, szedł, dość spokojnie jak na siebie. Czyżby go nie obserwował podczas polowania? Mech myślał, że właśnie o to chodziło, ale jego mentor chyba i to miał w dupie.
 — I co? Gdzie jest kurwa twoja zdobycz?
Mech tylko podsunął w jego stronę trupa myszy, jakby w tej scenie nie było nic dziwnego i to właśnie tak powinno wyglądać.
 — Chyba sobie ze mnie kurwa żartujesz — parsknął Sowi.
 — No co? Kazałeś mi coś złapać, to złapałem, nie widzę, w czym masz problem — wyszczerzył się.
 — Kazałem ci złapać coś normalnego, a nie pierdoloną mysz! Jesteś najgorszym kurwa uczniem, jakiego widziałem w pierdolonym swoim życiu, pusta paczka chipsów byłaby lepszym kandydatem na wojownika niż ty.
 — Dobra nie zesraj się — Mech wywrócił oczami. Miał po dziurki w nosie tego buca. — Idę powiedzieć dla Rzepy, że mogę być mianowany.
Sowi mu zagroził drogę.
 — Nawet się kurwa nie waż. Chyba sobie żartujesz, że zasługujesz na miano pierdolonego wojownika. Jesteś jebanym żartem — zaczął go powoli okrążać. — Ciągle kurwa łamiesz kodeks wojownika, wchodzisz na tereny innych klanów, nie słuchasz się swojego lidera ani zastępcy, ba, jeszcze lepiej, nie słuchasz się kurwa nikogo! Twój trening wręcz nie istniał, przez cały czas mnie unikałeś, nie chciałeś się uczyć. Niczego się nie nauczyłeś! Jedyne co robiłeś, to żarłeś ukradzione ziółka od Szarej Skały czy innego medyka, wraz z pieszczochami z Ventus!
 — Tak właściwie to część roślin samemu znalazłem, a Biały już dawno nie jest pieszczochem — prychnął pod nosem.
 — Jeszcze kurwa lepiej. Nie to było twoim zadaniem, miałeś słuchać poleceń — uderzył swoją łapą o ziemię, sprawiając, że Mech lekko zadrżał.
 — I co z tego? — wydusił przez zęby. — Przepuścisz mnie, zostanę mianowany i będziesz miał mnie z głowy. Każdy z nas będzie miał spokój.
 — Nie będę miał! Będę miał cię na głowie jako nieporadnego, niekompetentnego wojownika.
Mech miał już kompletnie dość tego starego sadysty, jak i najwyraźniej masochisty skoro chciał przedłużać jego trening.
 — Nie będę ci wchodził w drogę, przestań się pieklić i po prostu mnie puść — chapnął na niego zębami. — Nie jestem już kurwa szczeniakiem, umiem się bić i nie boje się ci wpierdolić, więc lepiej daj mi iść do Rzepakowej — nastroszył się.
Sowi patrzył się na niego oczami pełnymi nienawiści. Mech mógł w nich doskonale wyczuć mieszankę uczuć, która rozpalała zastępcę od środka. Dobrze. O to mu chodziło. Między tą dwójką, można było wręcz widzieć napięcie, które rosło z każdą chwilą.
 — Zejdź mi z drogi — zawarczał.
Mogliby się tak przekrzykiwać najprawdopodobniej do białego rana, gdyby nie Kolorowy Wiatr, która wkroczyła w akcje.
 — Przepraszam? Sowi Pazurze?
Obrócił się, ze wzrokiem jakby miał ją rozszarpać na kawałki. Wziął jednak wdech, wypuszczając powietrze nosem.
 — Tak? — wciąż jednak na jego pysku było widać jaki ton miała ich wcześniejsza rozmowa.
 — Chciałam z tobą porozmawiać o jednej rzeczy, Peter by mi normalnie pomógł, ale...
Reszty rozmowy Mech nie słyszał, bo zwyczajnie ruszył biegiem w stronę miejsca, gdzie wiedział, że na pewno znajdzie swoją matkę. Wpadł po drodze na parę psów, słysząc za sobą wiele wyzwisk, które postanowił zignorować z okazji tego jak idealna była ta chwila. Nie mógł się zatrzymywać, musiał biec. Sowi Pazur najwyraźniej go nie gonił. Idealnie.
 — Mamo! — zawołał, próbując zwrócić na siebie swoją uwagę.
Rzepakowa rozmawiała z jakimś psem, ale od razu go zostawiła gdy Mech do niej podbiegł.
 — Aww, Meszku, no co u ciebie? — pysk jej matki znów był promienny jak wcześniej. Prochy od medyka chyba jej pomogły.
 — Skończyłem trening, myślałem, że powinnaś wiedzieć.
 — Ojej, naprawdę? — uśmiechnęła się tak szeroko, że Omszonego aż zdziwiło, że jest to w ogóle możliwe. — Już taki duży jesteś? Niemożliwe. Wiesz, ja pamiętam, jak Ciepły się prawie utopił, a potem ty się prawie utopiłeś... To dosłownie jakby to było wczoraj, naprawdę! A potem jeszcze...
Rzepa prawdopodobnie mogłaby mówić i mówić godzinami, jak szybko to Mech nie dorósł i jak to przecież chwilę temu był jeszcze dzieciakiem, który pierdział w legowisko. Jemu jednak zależało na czasie i to bardzo, nie wiadomo kiedy Sowi przybiegnie tutaj by mu skopać dupę.
 — Mhm, tak, jasne, to bardzo ciekawe — sapnął, powstrzymując przekleństwo, które cisnęło mu się na usta. — A kiedy będę miał mianowanie?
 — Teraz!
 — Teraz?
 — Teraz! No chodź, mam już nawet pomysł na twoje superanckie imię! — zamachała ogonem i wskoczyła parę palet ustawionych na siebie, wchodząc końcowo na pudło umieszczone na nich. — Wzywam wszystkie psy na tyle duże, by samemu polować o zebranie się! Mój syn właśnie będzie mianowany! — zaśmiała się.
Mech uśmiechnął się triumfalnie, widząc Sowiego gdzieś w tłumie. O dziwo, nie krzyczał przeciwko, lecz jedynie obserwował.
 — Ja, Rzepakowa Gwiazda, superowa liderka Industrii, wzywam wszystkich naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tego ucznia. Ciężko pracował, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam go wam jako wojownika do naszego klanu. Omszona Łapo, czy obiecujesz bycie szlachetnym wojownikiem?
 — Ta.
Ktoś zachichotał.
 — A zatem! Skoro jesteś gotowy, mianuję cię na wojownika! Od dzisiaj będziesz znany jako Omszona Krtań!
Rzepakowa zeskoczyła ze śmiechem i go przytuliła, przekładając całą swoją miłość w tym uścisku. Omszony, pełny dumy, polizał ją w bark, słuchając psów wykrzykujących swojego imienia.
Zaraz po wszystkich gratulacjach — w większości pewnie wymuszonych — podszedł do Sowiego Pazura.
 — I co? Łyso ci kurwa, stary kapciu?

 <Sowi Pazurze? Cudowne 2k słów>
[2227 słów: Omszona Krtań otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia oraz 4 Punkty Treningu]

28 lipca 2021

Od Sowiego Pazura CD Omszonej Łapy

 dzieje się to na przełamie lata i jesieni, mój boże, ale to jest to tyłu z czasem
Sowi Pazur przez chwilę się zastanawiał czy jest jakikolwiek powód, aby kontynuować tę bez sensu rozmowę z tym idiotą. Jednak jako, iż nie znalazł żadnego pozytywnego aspektu. Wziął głęboki wdech. 
— Zapraszam na trening. — burknął wojownik, mrużąc oczy. 
W sporze opuścili magazyn. Omszona Łapa był naprawdę niezadowolony, tak samo, jak jego mentor. Już na samym początku jak widać, nie podobało im się obojgu ich obecność. Zdenerwował go na starcie, dlatego też nie chcąc się męczyć z nim na żadnym treningu innym, postanowił zabrać go na proste oględziny terenów. Miał z tyłu głowy informację, że Mech miał wiele kar, jak i wychodził często poza obóz, więc zna te tereny doskonale. Niestety sam Sowi Pazur będzie się męczył na tym treningu, gdyż sam tej części nie lubi, jednak co mógł zrobić? Oczywiście nie brać go na ten rodzaj treningu, ale Sowi Pazur to Sowi Pazur, musiał go zabrać na coś, na czym będzie się nudził. Przecież Sowi Pazur zawsze miał najlepsze pomysły i był taki wspaniały, że szkoda nawet po raz kolejny mówić! No spójrzcie na niego. Piękny samiec! Nic dziwnego, że Rzepakowa Gwiazda się w nim zakochała. On sam sobie by się podobał, gdyby mógł. A no tak, już to robi. Narcyz z niego był, jednak jaki! Otóż to! Wspaniały, mądry… 
— Długo jeszcze będziemy tak iść? Traktujesz mnie jak powietrze. — przerwał mu Omszona Łapa. 
 Sowi Pazur spojrzał na niego i szybko rzucił. 
 — Nie schlebiaj sobie. Powietrze mi jest do czegoś potrzebne, a ty nie. — na końcu swojej wypowiedzi jeszcze parsknął i odwrócił znowu głowę przed siebie. 
 Po tej odpowiedzi na słowa Omszonej Łapy Sowi Pazur nie skupiał się na drodze, bardziej skupiał się nawet, aby nie słyszeć kroków swojego ucznia. Co dziwne, wychodziło mu to idealnie. Nic nie słyszał poza delikatnym wiatrem, który wiał od prawego boki zastępcy. Gdy już widział jezioro, które było prawie na granicy z terytorium innego klanu, zatrzymał się, oglądając się za siebie. 
 Ku jego zaskoczeniu nie zobaczył swojego cienia, który wlókł się wcześniej za nim. Rozejrzał się dookoła, czy przypadkiem sobie nie robił żartów. Jednak nie, uczeń mu zwiał. 
 — Kurwa uczeń mi spieprzył. — warknął pod nosem. 
 Wspaniałego ucznia dostał. Po prostu lepszego nie było. Normalnie lepszy od wspaniałego Sowiego Pazura. Gdyby był konkurs na głupotę, co dziwne zastępca by go nie wygrał tylko Omszona Łapa. Przecież wojownik jest najlepszy na świecie i trudno, aby wygrał w tym konkursie. Nie zniżyłby się do poziomu tego szczeniaka. A tym bardziej że był taki sam jak Kropelkowa Bryza. Nieodpowiedzialny szczur, który tylko przeszkadza. Oboje są denerwujący na swój wyjątkowy sposób. Kropla była zbyt energiczna, a ten po prostu zbyt denerwujący swoją głupotą. Wziął głęboki wdech, jednak wiatr oczywiście wiał od prawej strony, to zapach trochę został przeniesiony, a przynajmniej tak określiłby Sowi Pazur Wielki. Musiał znaleźć swojego ucznia. W końcu pierwszy trening, pomimo tych wszystkich denerwujących dogryzek ucznia po prostu musiał. Chociaż jakby się zgubił, może uznaliby go za zaginionego i nie miałby ucznia? Gorzej jakby wrócił do obozu. Ten dzieciak jeszcze nie był taki głupi, jak wygląda, bo głupio to on zawsze wyglądał. Ruszył za zapachem, a przynajmniej miał nadzieję, że jest sprytniejszy od wiatru, jakkolwiek to brzmi. Sowi Pazur będzie z wiatrem konkurować, kto był mądrzejszy. Oczywiście Sowi Pazur wygra, gdyż był to najmądrzejszy pies na świecie. Mądrzejszy nawet od dwunożnych, chociaż z nimi to już wiadomo, że byli to idioci. Nikt nie zaprzeczy. 
 Zapach zaprowadził go do kempingu dwunożnych, gdzie w porze zielonych liści było ich wielu. Wtedy była pora zielonych liści, a bardziej jej koniec. Promienie słońca jeszcze ogrzewały grzbiety naszych wojowników. Dwunożni o dziwo to też żywe istoty, które czuły ciepło na swojej skórze. Niektórzy jeszcze tutaj przesiadywali, jednak zwykle byli to starsze osobniki lub z o wiele młodszymi osobnikami. W końcu zbliżał się koniec ciepłych dni, musieli wykorzystać to, jakby nie mogli wcześniej. 
 Rozejrzał się za Omszoną Łapą, czy przypadkiem gdzieś się nie szwenda. W końcu zapach zaprowadził go tutaj, musiał gdzieś tu być albo w okolicy. Chociaż jeszcze nie wiedział, jak szybko zapierdziela uczeń. Mógł chcieć po prostu go zgubić. No trudno, najwyżej zostanie złapany przez dwunożnych, a Sowi Pazur powie, że nic nie mógł zrobić. Dwie pieczenie na jednym ogniu, chociaż tak naprawdę nie mógł tego zrobić ze względu na Rzepakową Gwiazdę, a przynajmniej nie chciał, aby straciła kolejnego szczura. 
Próbował przemieszczać się cicho, mimo małej liczby dwunożnych nie chciał być zauważony. Wezwaliby jeszcze porywacza psów (hycla) i po Sowim Pazurze, a tego nie chcemy. Sam zastępca nie wiedział, co oni robią z psami. Poruszał się jak agent między laserami, tylko laserami w tym przypadku były krzaki. Jednak kiedy kontem oka zobaczył, jak Omszona Łapa bezczelnie czekał, aż będzie mógł ukraść kiełbasę od dwunożnych, niemal nadepnął na gałązkę. Warknął coś pod nosem. Jak on tak może?! Nie zaprosił go?! No bezczelność. Co prawda, Sowi Pazur też nie zaprosiłby go, ale czy to ważne? 
 Niezadowolony Sowi Pazur rozejrzał się czy dwunożni się tu nie kręcą. Kiedy zobaczył, że jeden leży z jakiś metalowym czymś w łapie, prawdopodobnie śpiąc, a drugi z małym idzie do legowiska Sowi Pazur, wykorzystał sytuację i podbiegł szybko do Omszonej Łapy. Ten też wykorzystał sytuację i podbiegł, aby dokończyć swoją kradzież. 
 — Co Ty tu robisz?! — warknął donośnie na ucznia, jednak gdy usłyszał chrząknięcie dwunożnego, opanował się. — Chyba wiesz, że nieładnie tak uciekać mentorowi. — jednak gdy spojrzał na kiełbasy, od razu pokręcił głową. — Dobra kiedy indziej dostaniesz karę, bierzemy to i uciekamy. 
 — Co? Chcesz to… 
 — Zamknij tę swoją brzydką buźkę. Bierzemy to i uciekamy. 
 Sowi Pazur wie, że kiełbasa to cudo dwunożnych. Najlepsze ich rzecz, jaką zrobili. Parówka? Przy kiełbasie według zastępcy to jest wronia karma! 
 Uciekli z kiełbaskami. Sowi Pazur zatrzymał się i spojrzał na Omszoną Łapę. 
 — I czego mi spierdoliłeś gówniarzu. Jesteś irytujący coraz bardziej. 
 Gdy Sowi Pazur skończył mówić, wziął jedną z kiełbas do pyska. 
 — Ty też jesteś jeszcze bardziej irytujący. 
 Omszona Łapa wziął też kiełbasę do buzi i ją zjadł. A Sowi Pazur, gdy zjadł swoją, odpowiedział. 
 — Ach! Serio? Nie rób sobie kpin! A teraz odłóż to. 
 Oczywiście mówiąc „to”, miał na myśli kiełbasę. A jako iż uczony nie jest za grzecznym dzieckiem, wziął kolejną kiełbasę. 
 — Powiedziałem, odłóż to. — warknął zastępca. 
— Powiedziałem, odłóż to. — przedrzeźniał go Omszona Łapa. 
— Jesteś irytujący. — Jesteś irytujący. 
 Dorosły warknął głośno. A tym bardziej już po prostu miał dosyć swojego ucznia. Czemu akurat on? 
— Aż chyba poproszę, abyś się nazywał jako wojownik, jak nim kiedykolwiek zostaniesz, Omszone Drzewo, bo drzewa nie myślą tak jak ty.
<Omszona Łapo?>
[1088 słów: Sowi Pazur otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

28 czerwca 2021

Od Omszonej Łapy do Sowiego Pazura

Dzień, w którym mentorem Omszonej Łapy został Sowi Pazur, był najgorszym dniem w jego życiu. Nic tego nie przebije. Gwiezdni mogliby okazać się kłamstwem, ziemia mogłaby się rozstąpić, a on sam zostać Zgaszonym, a to, co się właśnie stało i tak byłoby gorsze.
A przynajmniej Mech tak sądził.
Gdyby tylko mógł, już dawno stałby przy legowisku swojej matki z rozmazanym eyelinerem i krzywo pomalowanymi pazurami, zarzucając grzywką na bok. W tle można byłoby usłyszeć hit, jakim jest „I Hate My Mom”, zagłuszający połowę tego, co się dzieje wokoło. Wściekły, burczałby coś pod nosem, pytając Rzepakową, jak mogła wybrać kogoś z takim wielkim kijem w dupie i brakiem poczucia humoru, jakim jest Sowi Pazur. Krzyczałby i przeklinał, wyrzucając z siebie wszystkie swoje negatywne emocje, a miał ich pełno. Zrozumiałby gdyby dostał go Ciepły, ci dwaj pasowali do siebie jak dwie krople wody. Tak samo irytujący, ciągle podążający za zasadami. Ale on?! Mech?! Co jego szalona matka chciała w ten sposób niby osiągnąć? Czyżby próbowała wpakować swojego jedynego w swoim rodzaju, niepowtarzalnego syna, w ramy normalności? Czy jej kompletnie już odbiło? Nie zdziwiłby się gdyby tak było. Po śmierci Żabki była jeszcze dziwniejsza niż wcześniej, leżąc ciągle w swoim legowisku, majacząc coś pod nosem.
Nie miał jednak możliwości zrobić żadnej z tych rzeczy, bo pieprzeni Ciepła Łapa i Sowi Pazur, urwaliby mu chyba łeb, skrzecząc, jak to ich matka potrzebuje odpoczynku. Nie dopuszczali go nawet do niej bez nadzoru, bo chyba dobrze wiedzieli, jak skończy się to spotkanie. I bardzo dobrze! Niech wiedzą, z jakiej ilości złości jest zbudowane to ciało! Mógłbym wam pokazać jednego z tych tylko czasem śmiesznych memów na temat chihuahua, które mówią o tym, z ilu procent czego te są zbudowane i idealnie by to opisało stan, w jakim aktualnie jest Mech. Jego życie się staczało, a on razem z nim. Nie ważne, z jakiej perspektywy się na to spojrzy.
Dopełnieniem tej ogromnej żałości i cierpienia, jaką Mech aktualnie przeżywał, była poranna pobudka przez nikogo innego jak jego cudownego, wspaniałego i ukochanego mentora. Słońce dopiero zaczęło migać za horyzontem, a ten szturchał nim na prawo i lewo, wyrywając go z objęć snu, który na pewno był lepszy niż cokolwiek, co właśnie się działo. Omszona Łapa tylko zamruczał coś w dezaprobacie, próbując znowu zapaść w sen. Ostatniej nocy wrócił dość późno, idąc na przechadzkę po tej słabej komedii, jaką było mianowanie jego i Ciepłej Łapy. Musiał odpocząć od patrzenia na ich głupie pyski, bo chyba coś by im zrobił, a to nie skończyłoby się dobrze. Sowiemu jednak się to nie spodobało.
— Wstawaj, nie mam na ciebie całego dnia — warknął, łapiąc swojego nowo upieczonego ucznia za kark. Podniósł go i posadził, widząc w końcu oznaki życia u młodszego psa większe niż markotanie. — Skończyły się dla ciebie dni twojej miłej i dobrej zabawy, włóczenia się Gwiezdni wiedzą gdzie. Od dzisiaj, codziennie o tej porze, masz ze mną trening, jasne? Jeśli usłyszę jakiekolwiek protesty, będziesz ćwiczył od rana do wieczora przez następny księżyc.
Mech tylko patrzył się na niego przez chwilę tępo, nie rozumiejąc kompletnie, co ten do niego mówi. Równie dobrze mógłby zmienić kompletnie swoje podejście do młodszego, a ten i tak miałby to gdzieś. Mimo bycia tak radykalnie obudzonym wciąż ledwo kontaktował ze światem dookoła niego, a na pewno nie z Sowim Pazurem. W tym momencie był dla niego jeszcze mniej ważny niż w innych momentach jego życia. Zadziwiające szczerze.
— Mówię do ciebie! — Walnął głośno łapą o ziemię, na co szczeniak mimowolnie podskoczył.
— Czy ty się dobrze czujesz?! — parsknął Omszona Łapa. — Widzisz w ogóle, która jest godzina?
— Wystarczająca byś w końcu wstał — wtrącił się jego brat, który sam się już dawno przygotowywał na nowy dzień.
Och jego brat. No tak. Jego wspaniały kurwa brat, musiał się wtrącić i gęgać mu nad głową. Zwykle, nie obchodziłoby go aż tak bardzo, ale w tym momencie miał już wystarczająco dość. Ten poranek był porażką. Nie dość, że został obudzony tak rano, to został obudzony przez Sowiego Pazura, dodatkowo Ciepła Łapa musiał wsadzić swoje 3 grosze w tę wybuchową mieszankę. Dla Mcha to było wystarczająco by go zadziałać. Zawarczał głośno i wyskoczył do przodu, kłapiąc zębami na niego. Jego młodszy brat jednak odskoczył w porę, unikając kłów Omszonej Łapy.
— Nikt cię nie pytał o zdanie! Zamkniesz się w końcu?! — Pokazał mu zęby, warcząc gardłowo.
Nim jednak zdążył to wszystko rozkręcić, bawiąc się, poczuł uścisk zębów na swoim ogonie i ciągnięcie w tył. Dlaczego ciągle ktoś go ciągnie za ten ogon, powinien go sobie odciąć czy co? Zaczynało to być naprawdę denerwujące, gdy on po prostu chciał rozwiązać ten problem po swojemu. Oczywiście, że był to Sowi, któremu najwyraźniej nie podobał się przebieg zdarzeń. A podobno był z niego taki świetny wojownik. Puścił go i przytrzasnął od razu znowu ogon Mcha swoją łapą, patrząc uczniowi w oczy. Jego wzrok był zimny i spokojny, mimo to od starszego psa czuć było wściekłość, jaką czuł przez tę sytuację.
— Omszona Łapo, kurwa mać, uspokój się! To pierwszy dzień twojego treningu. Zachowujesz się jak rozwydrzony szczeniak, a nie ktoś, kto chce zostać szanowanym wojownikiem. — Wziął głęboki wdech, próbując się choć trochę opanować. — Jesteś nie do zniesienia.
— Ty też — odpowiedział krótko, uśmiechając się pod nosem.
<Sowi Pazurze?>
[855 słów: Omszona Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]