Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kłaczasta Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kłaczasta Łapa. Pokaż wszystkie posty

9 lipca 2022

Od Kłaczastej Łapy CD Dymnej Łapy

Od ostatniego dłuższego spotkania Dymka z Kłakiem minęło kilka księżyców. W tym czasie młody medyk zdążył praktycznie ukończyć swój trening. Pozostało mu jedynie przejąć od swojego mentora sztukę krętactwa lub też ładniej mówiąc życia w społeczeństwie. Brązowy miał w sobie tyle empatii, co kamień, dlatego wszystkiego musiał uczyć się „na logikę”. Przekonał się już, że Peter ma w tym idiotycznym na pierwszy rzut oka pomyśle sporo racji. Dużo łatwiej było badać gówniarza, który nie darł się z przerażenia na pół magazynu. O wiele prościej przekonać kogoś do pomysłu, kiedy patrzył na Kłaczastego przychylnym okiem.
Tego dnia wynosił kompletnie zwiędłe zioła poza magazyn. Wracał właśnie do legowiska medyka, nagle usłyszał koło siebie:
— O hej! — Medyk spojrzał w dół na właściciela głosu. Był to Dymna Łapa. — Powiedz jej, że jestem niezdolny do kontynuowania treningu. Błagam. Zabije mnie tam.
Kłak nie miał pojęcia, o czym ten namolny pies gada. Już na sam dźwięk jego głosu, rozbolała go głowa. Zanim jednak zdążył o cokolwiek zapytać, do środka weszła Węgorzowa. Kłak wymienił z nią porozumiewawcze spojrzenie, ale czarna szybko zwróciła wzrok na swojego ucznia.
— Jak na wielce chorego, dość szybko tu przyszedłeś — rzuciła.
— Wcale nie! Naprawdę źle się czuję! — odwarczał w jej stronę uczeń, kierując błagalny wzrok na ucznia medyka.
Brązowy westchnął teatralnie, zamachał lekko ogonem i podszedł do wojowniczki.
— Więc… to jest twój uczeń siostrzyczko? — zagadnął, tylko by móc poobserwować jak pysk Dymnej Łapy wykrzywia się w zaskoczeniu.
Suka prychnęła, od dawna zmęczona bratem, który próbował być słodki jak cukierek. Ona dobrze wiedziała, jaki jest. Miał w głębokim poważaniu jej odpowiedź i pytał jedynie ze sztucznej uprzejmości.
— Pewnie niedługo przestanie, jak tak dalej pójdzie. Ciągle się obija — odparła, zadzierając głowę.
Kłaczasty wywrócił oczami. Co jak co, ale nie wątpił, że akurat co do ostrości treningów syn Iskrzącego Płomienia nie kłamał. Był pierwszym uczniem Węgorzowej, która była wymagająca i twarda, nawet względem samej siebie.
Szczerze mówiąc, Kłaka niezbyt obchodziło to jak idzie im współpraca. Inną sprawą było, że medyk zawsze chciał mieć jakiegoś młodzika, który odwalałby za niego brudną robotę. Niestety w Industrii większość uczniów była w jego wieku, więc ciężko było im coś wcisnąć. Dopiero niedawno pojawiło się parę młodych, skorych do wypełniania rozkazów obdartusów.
Zerknął w stronę czarnego pieska. Jego chociaż już znał, wiedział, że wystarczyło odpowiednio dużo nacisku, by się go posłuchał i… Miło było wyjść na wybawcę, mógł w ramach tego zawsze żądać jakiejś rekompensaty. Zresztą Węgorzowa wcale nie wyglądała, jakby jej na tym treningu zależało. Wręcz przeciwnie, jej wzrok był zgoła znudzony, zirytowany, a przede wszystkim od razu mówił Kłaczastemu, że suka ma dość tego gówniarza.
Brązowy zbliżył się do niego tak nagle, że mały aż podskoczył. Medyk jednak jedynie obwąchał go i uważnie obejrzał.
— Wiesz, wydaje się trochę odwodniony — skłamał bez mrugnięcia okiem. — Lepiej będzie jak pójdzie ze mną. Wątpię, żebyś chciała go taszczyć z powrotem — stwierdził w końcu.
Suka aż parsknęła.
— Serio myślisz, że bym go niosła? — zapytała śmiertelnie szczerze.
Kłaczasty nie odpowiedział na to pytanie. Oboje dobrze wiedzieli jakby było.
— Oddam ci go jutro — powiedział, średnio zainteresowany odmową.
Czarna rzuciła jedynie swojemu podopiecznemu wzrok w stylu „Masz szczęście”, a później ruszyła do wyjścia z magazynu, zapewne woląc zając się swoimi sprawami.
— Dzięki — rzucił cicho Dymny z nutą niepewności w głosie.
— Nie masz za co, przydasz mi się. — odparł brązowy, a ruszając dalej w stronę swojego oraz Peterowego legowiska dodał: — No chodź.
Czarny szybko go dogonił, nadal jednak zerkając na niego niepewnie.
— Przydam? — dopytał.
— Tak, dokończymy sprzątanie i wyjdziemy po zioła na targ. Byłeś tam w ogóle kiedyś?
Oczy ucznia aż zapłonęły.
— Nie, w zasadzie to…
Kłak jednak nie był zbytnio zainteresowany życiem syna Iskrzącej.
— To zrobisz sobie dzisiaj wycieczkę — odparł, ucinając temat.
Zanim jednak rozpoczęli swoją ekscytującą wyprawę, uczeń zdążył nieźle się wynudzić porządkami, bo medyk w tej kwestii pozostał nieugięty.
<Dymna Łapo?>
[624 słowa, Kłaczasta Łapa otrzymuje 6 punktów doświadczenia]

28 czerwca 2022

Od Kłaczastej Łapy CD Dymnej Łapy (Dymka)

Akcja jest kontynuacją poprzednich opek i dzieje się latem, przed mianowaniem Dymka.
Z każdą kolejną chwilą Kłaczasta Łapa przekonywał się, że z całego serca nienawidzi szczeniaków. Myślał, że wie to dość klarownie już wcześniej, ale nic bardziej mylnego! Syn Iskrzącego Płomienia z każdą chwilą udowadniał mu, że jest w stanie pojawić się między nimi większa niechęć. Medyk musiał go gonić praktycznie pod sam kemping, gdzie ten mały diabeł zwinął Dwunożnym kiełbasę. Co gorsza, nie dość, że uczeń Petera uciekał z nim w pysku, to również taszczył jego łup. Mały najwidoczniej nie zauważył, jak bardzo ich to spowalnia i przeszkadza w ucieczce. Wkurzył tym brązowego jeszcze bardziej.
Gdy w końcu krzyki w ich kierunku ucichły, Kłaczasty upuścił malca mało delikatnie na ziemię. Szczeniak pisnął niezadowolony z bolącego zadka i w końcu wypluł kij.
— Hej! — burknął, zirytowany.
Zanim jednak zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, starszy pies posłał mu tak nienawistne spojrzenie, że szczeniak od razu się zamknął.
— Ty mały, rozwydrzony bachorze — zaczął, kompletnie nie widząc sensu się już hamować. — Masz szczęście, że cię im nie zostawiłem.
W tych dwóch zdaniach było tyle jadu, że uderzyło to Dymka, niczym kubeł zimnej wody. Jak jeszcze chwilę temu rozpierała go duma i radość, tak teraz cały aż się napuszył po części ze strachu, po części ze złości.
— Ale… Ale przecież udało mi się upolować… to! — odparł z resztkami pychy w głosie.
Miodowe oczy przewróciły się, a brązowy pysk aż wygiął w złości.
— Gratulacje — warknął sarkastycznie Syn Rzepakowej. — zwędziłeś kiełbasę, którą można ukraść na dziesięć prostszych sposobów i nie zostać zauważonym. Módl się lepiej, żeby teraz nie napuścili na nas hycli.
Szczeniak wyglądał, jakby dosłownie walczył ze sobą. Rozczarowanie i zakłopotanie aż wylewały się z jego postawy.
— Wcale nie napuszczą! — zapiszczał czarny.
Medyk jedynie parsknął, całkowicie ignorując jego stan oraz to, jak jego słowa mogły wpłynąć na malucha. Nadal aż kipiał ze złości, co jednak na zewnątrz objawiało się wyłącznie czystą, zimną nienawiścią.
— Zatkaj się najlepiej tym swoim kijem i wracamy — odparł uczeń chłodno.
Dymek aż zamrugał. Rozejrzał się, ale ze swojego miejsca nawet nie widział magazynu. Kiedy jednak jego, pożalcie się Gwiezdni, opiekun ruszył przed siebie, także czarny złapał szybko swoją zdobycz w zęby, po czym powoli zaczął podążać jego śladem. Niedługo zajęło jednak zanim się zatrzymał.
— Jest za ciężki — burknął, bardzo niechętnie przyznając się do tego, że nie jest w stanie sobie poradzić.
W oczach brązowego pojawił się sadystyczny błysk.
— Jakoś przy ognisku za ciężki nie był — fuknął, patrząc na szczeniaka z wyższością. — Dotargasz go do tego cholernego magazynu albo zostaniesz tu sam i może znajdą cię jeszcze ci Dwunożni.
Czarny psiak mimowolnie lekko zadrżał na myśl o wielkich, krzykliwych kreaturach.
— Przecież mówiłeś wcześniej, że mnie odprowadzisz — zaprotestował cicho.
— Zgadza się — powiedział nieugięcie Syn Rzepakowej. — To było, zanim do reszty popsułeś mi humor.
Nie czekał już nawet na kolejne protesty, tylko nieugięcie kontynuował powrót. Miał absurdalnie dużą satysfakcję, gdy usłyszał szurający o ziemię patyk tuż za sobą.
<Dymna Łapo?>
[470 słów, Kłaczasta Łapa otrzymuje 4 punkty doświadczenia i 1 punkt treningu]

25 kwietnia 2022

Od Kłaczastej Łapy do Szarej Skały

— Kurwa, czy ten dupek niczego cię nie uczy? — zawarczał wściekle Sowi Pazur.
Jego brązowy syn jednak nie zważając na agresję zawartą w tych słowach, nadal patrzył na niego całkiem beznamiętnie. Wiedział swoje i nie potrzebował jakiejś „moralizatorskiej” zdaniem zastępcy gadki. Nie, żeby wątpił w jego „dobre intencje” albo miał gdzieś jego zdanie, ale trochę tak to właśnie było. Z dnia na dzień im lepiej dogadywał się ze swoim mentorem, tym gorsze relacje miał z ojcem. Tym razem poszło o jakieś zmasakrowane szczurze zwłoki przy magazynie.
— Kodeks wojownika, mówi to coś twojemu małemu móżdżkowi? — Kolejne pytanie wyrwało go z zamyślenia. — Nie możesz tak po prostu zabijać zwierzyny, bo ci się… ja pierdole zwyczajnie nudzi.
Uczeń westchnął tylko cicho, nadal nie racząc odezwać się ani słowem. Zdecydowanie wolałby w tym momencie być z Peterem, którego jakby mottem było „Nie rób tego, tak by inni widzieli”. Kiedy tłumaczył mu kodeks, tym komentarzem obarczał prawie każdą zasadę. Kłak wiedział, że łamanie zasad postrzegane jest jako złe, ale niezbyt go to obchodziło. Trzymanie się wersji Szarego było dla niego wygodne, dużo bardziej lubił też spokojny sposób tłumaczenia sznaucera. Medyk, nawet kiedy zdawał się być na niego zły, próbował mu wytłumaczyć, co zrobił źle. Nie darł mordy dla samego darcia mordy, jak to miał w zwyczaju Sowi.
Notabene kodeks medyka był o wiele krótszy niż to wojownicze pierdolenie, które powinien znać przy okazji. 
Nie odmawiaj nikomu pomocy — bo może jeszcze ci się przydać, ale lepiej zrezygnuj, jeśli ci to jakoś zagraża. 
Emerytura po wyszkoleniu ucznia, tu nawet nie było, co wyjaśniać. 
A co do pozostałych punktów… Brązowy często słyszał od swojego mentora te same słowa — najprościej po prostu tego nie rób, a jak musisz, to tak by nikt cię nie przyłapał.
— Technicznie rzecz biorąc, to go nie upolowałem. Węgorzowy Całun mi go przyniosła — przerwał wywód zastępcy. — I kto powiedział, że jeszcze nie zostanie zjedzony?
 — Kurwa, oczywiście. Jakbyś po prostu nie mógł grzecznie siedzieć na dupie, bawić się tymi swoimi roślinkami i nikomu nie szkodzić — toczył nadal pianę z pyska Pazur.
Uczeń już myślał, co mu na to odpowiedzieć, kiedy usłyszał zbawienne:
— Kłaczku?
Wywołany podniósł się jak na komendę, by chwilę później stanąć koło swojego mentora. Wymienił on z zastępcą ognistych wzrok tak niechętny, że łatwo byłoby nazwać go nienawistnym.
— Jeśli już skończyliście, to będę cię potrzebował — zwrócił się w końcu znów do swojego ucznia sznaucer.
— A kto niby posprząta ten syf? — zaprotestował ojciec delikwenta.
— Może ktoś, kto lepiej radzi sobie z mięsem? — odparł mu bez zastanowienia Kłaczasty, brzmiąc przy tym, jakby wręcz samym tonem mówił „ojej, mogę sobie nie poradzić, jestem głupiutkim medykiem, który zna się tylko na roślinkach, hihi”. — Na przykład Agatowa Łapa?
Partner liderki wyglądał, jakby dosłownie milimetry dzieliły go od wybuchu. Medycy jednak przyjęli ten jego stan jako coś normalnego, czym nie warto się przejmować.
— Nie masz jakiś innych dzieci do wychowania? — zawtórował swojemu uczniowi Peter, po czym podniósł wzrok na brązowego. — Kłaczek, chodź, musimy pozbierać Jaskier.
Zastępca nie ukrywał nawet, że najchętniej zagryzłby oba psy, które szybko opuściły magazyn. Natomiast jego syn zastanawiał się coraz bardziej, czy aby na pewno nie jest adoptowany. Gdyby nie Węgorzowy Całun już dawno uznałby to za prawdę. Sowi go irytował, Rzepy medyk za nic nie rozumiał. Większość rodziny wydawała mu się strasznie naiwna. Jedynie jego mentor zachowywał się względem niego uprzejmie, jednocześnie nie będąc skończonym idiotą. Nic dziwnego, że z każdym dniem nie tylko coraz bardziej go lubił, ale także szanował. Intuicyjnie, to w jego oczach szukał aprobaty.
<Peter?>
[572 słowa, Kłaczasta Łapa otrzymuje 5 punktów doświadczenia i (na szczęście) 1 punkt treningu]

18 kwietnia 2022

Od Kłaczastej Łapy CD Dymka

Ten dzień nie był aż taki zły, a przynajmniej miał nie być, aż Kłak nie usłyszał od Petera słów „Zajrzyj do żłobka, zanieś Iskrzącemu Płomieniowi obiad, bo Ognisty Mak dzisiaj nie może”. Co jak co, ale z każdym dniem szczeniaki młodej pary były dla ucznia medyka bardziej i bardziej irytujące. Początkowo jedynie się darły, ale później także zaczęły plątać mu się pod łapami, a co gorsza nadawać jak katarynki.
Kiedy tylko wszedł na strych, coś uderzyło w jego nogę. Czarna kulka zwróciła łebek w jego kierunku.
— Ceść! Cemu wyglądas jakbyś pocuł bąka? — Brązowy ledwo zrozumiał, co piesek bełkocze. — Sces pobawić się?
Syn Rzepakowej wywrócił oczami, korzystając z tego, że w pysku miał zająca, pozwolił sobie zignorować bachora. Na widok bałaganu wywołanego porwanym materiałem aż go skręciło, ale inni uczniowie mogli się tym zająć. Jemu w końcu nikt tego nie zlecił. Z gracją przeskoczył obok szczeniaka, próbując się nie potknąć o czarną kulkę i stanął przed rudą.
— Och! Kłaczasta Łapo, dziękuję ci bardzo za…
— Ta, nie ma za co — przerwał jej niezbyt miło uczeń, kiedy już pozbył się mięsa z pyska.
Iskrząca zamrugała, popatrzyła się na niego z niezrozumieniem, a później zaśmiała, jakby to był tylko żart. Medyk zapytał jeszcze, czy aby na pewno nie może jej pomóc jakoś ze zdrowiem, ale gdy tylko dostał zapewnienie, że wszystko gra, odwrócił się i wyszedł, uznając, że skończył swoje zadanie.
Zszedł na dół, do głównej hali magazynu. O tej godzinie nie kręciło się tam zbyt wiele psów, bo większość z nich była zajęta patrolami, polowaniem czy co tam jeszcze mieli w zwyczaju robić w środku dnia. Brązowy wszedł na chwilę do legowiska medyka, gdzie krótko powiadomił Petera, że opuszcza obóz i zgarnął chustę, w której miał miseczkę z papką zmieszanych ziół.
Wyszedł z magazynu, kierując się w okolice jeziora, kiedy jednak był może w jednej czwartek trasy, usłyszał za sobą ciche kichnięcie. Zatrzymał się jak na komendę i odwrócił. Zdążył jednak zarejestrować tylko czarny kawałek wystający zza drzewa. Kłaczasty sapnął, odstawił zawiniątko na ziemię, po czym podszedł w tamtą stronę. Wyciągnął za ogon malucha, co spotkało się z piskiem zaskoczenia i bólu.
— Puść, to boli! — zawył.
Dopiero wtedy medyk się zlitował, rozluźniając zaciśnięte zęby.
— Bardzo dobrze, że boli. Nauczysz się, żeby mnie nie śledzić — zawarczał, ale widząc jak mało wychowawczy wydźwięk to miało, dodał — i wychodzić z obozu bez opieki.
Młody medyk nie wiedział wtedy jednak, że takie podejście do szczeniaków jest pomysłem co najmniej idiotycznym, a efekt będzie zgoła inny niż oczekiwany. Maluch, który zaczął się trząść jak osika, spojrzał na niego nieustępliwie. Ten dysonans wydał się Kłaczastemu trochę zabawny. Chwilę później jednak przestało mu być do śmiechu. Syn Iskrzącej tupnął łapą w irytacji.
— Ty się mną opiekujesz, skoro szedłem za tobą! — wyparł się całej winy.
Brązowy zmarszczył nos.
— Równie dobrze mogę cię tu zostawić. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu, który w innych warunkach mógłby być uważany za nawet uprzejmy, teraz jednak ewidentnie wyrażał drwinę. — To jak? Może się przekonamy czy dasz radę wrócić sam?
I znów całkowicie zawiodło to, że wcale nie rozmawiał on z równym sobie a z małym, biednym szczeniakiem, który potrzebował tylko chwili uwagi. Piesek, zamiast znów mu odpyskować lub odpuścić, zwyczajnie się rozpłakał, jak to inni w jego wieku mieli w zwyczaju. Uczeń natomiast… kompletnie zgłupiał. Nie wiedział, co powinien na to poradzić.
— Dobra — burknął w końcu, chcąc chociaż trochę uspokoić kaszojada — Odprowadzę cię do matki, żeby cię nie porwał jakiś dwunożny, a ty nie powiesz nikomu, gdzie szedłem, bo wyniosę cię ze żłobka, kiedy będziesz spał i zostawię po drugiej stronie miasta. Stoi?
Czarny słysząc te groźby, zrobił wielkie oczy, znów jakby chciał wpaść w histerię. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu słyszał, by ktoś się tak do kogokolwiek odnosił. Pokiwał jednak głową, pociągając nosem.
— Świetnie — mruknął brązowy.
Drzewo, za którym chował się Dymek, było puste w środku, dlatego Kłak postanowił schować do niego swoją ziołową mieszankę. Kiedy jednak odwrócił się znów do malucha, tego nigdzie nie było. Pierwszą myślą, jaka przeleciała przez głowę medyka to „Zabije tę małą pokrakę”. Od razu jednak zaczął węszyć, próbując złapać jego trop. Może i był wściekły, a smark nie był jego problemem, ale jeśli ktokolwiek widział, że poszedł za nim, zaczęłaby się masa niewygodnych pytań. W tamtym momencie syn Rzepakowej chciał już tylko odstawić gówniarza do magazynu i liczyć na to, że nie spóźni się zbytnio na umówione kilka dni temu spotkanie.
<Dymku?>
[721 słów, Kłaczasta Łapa otrzymuje 7 punktów doświadczenia i 1 punkt treningu]

15 kwietnia 2022

Od Kłaczastej Łapy — Zgromadzenie Medyków

Czwarte zgromadzenie medyków Kłaczka zbliżało się wielkimi krokami. Pierwsze z nich odbywał jeszcze jako szczeniak, został na nim mianowany. Miał wtedy nieprzyjemne wrażenie, że wszyscy poza jego mentorem zerkają na niego jakoś dziwnie. Nie rozumiał jednak kompletnie, czym było to spowodowane. Wyglądał jak zwykle, świetnie, nikt nie powiedział mu nic niemiłego, a jednak oczy medyków wyrażały wiele różnych emocji. Sytuacja tak była dziwna. Niemniej, brązowemu zbytnio to nie przeszkadzało, bo jego nowy wtedy mentor nie okazywał najmniejszego wzruszenia. Czyli wszystko musiało być w porządku, prawda?
Jego pierwszy sen na Płyciźnie był… Fantastyczny. Myślał, że wizja, w której jego matce zagrażało niebezpieczeństwo, była ciekawa, ale to nic w porównaniu z ognistym obrazem, jaki tym razem pojawił się przed jego oczami. Jeśli tak miały wyglądać wszystkie wizje, nie mógł się już doczekać kolejnych.
Tyle, że kolejnych nie było, a przynajmniej nie poza zgromadzeniami. Kłaczasta Łapa zastanawiał się, czy nie zapytać o to Petera. W zasadzie mógłby, bo sznaucer był dla niego zawsze bardzo wyrozumiały, ale młody nie wiedział, czy powinien zawracać mu głowę takimi drobnostkami. W końcu medyk ognistych nigdy nie mówił mu, że miewa wizje, pytał tylko ukradkiem, co w swoich widział syn Rzepakowej. Nie mogło być to więc nic istotnego.
W każdym razie kolejne dwie jego wizje były równie ciekawe. Nawet jeśli morze pokryte piaskiem nie urzekło nadzwyczajnie serca brązowego. Widok ten był majestatyczny, choć nie znaczył dla Kłaka nic a nic. Co innego ostatni sen! Morze krwi wyryło się w jego głowie niczym rzeka kanion. Bardzo żałował, że nie było to bardziej dosłowne, bo z pewnością doceniłby to na żywo.
Nie ma co się więc dziwić, że i tym razem szedł ze sznaucerem na Płyciznę z niemałą ekscytacją. Co tym razem ujrzą? Pogrzebane na wpół rozłożone szczątki? Mówiące szkielety? A może jakiś kataklizm? Możliwości było tak wiele!
Nie pojawili się pierwsi, chociaż jak zwykle wyszli dość wcześnie. W wodzie siedziało już samotne Rumianek. Kłaczasty nie miał za często do czynienia ze starszym uczniem z Flumine, chociaż ich klany ze sobą graniczyły. Słyszał jednak o nim od Szczurzego Kichnięcia. Rude wydawało się Ognistemu zbyt słabe i kruche, by warto było zawracać sobie głowę dobrymi kontaktami. Przywitali się bez większych emocji. Wodne wyglądało na zdenerwowane, ale Kłaczasty dopiero po chwili załapał, co było tego powodem. Nigdzie nie widać było jego małego, wesołego mentora. Czyżby i jego zabrały miejskie żniwa? Prawdopodobnie. Syn Rzepakowej nie był pewny, jak teraz powinno to wyglądać, nigdy tak naprawdę nie widział mianowania na medyka. Peter, nawet jeśli widział, prawdopodobnie też nie orientował się aż tak dobrze w tradycjach klanu, by rozstrzygnąć, jak powinni potraktować Rumianek. Dlatego cała trójka milczała, czekając na bardziej obeznane w tym temacie psy.
Niezręczną ciszę przerwały im świergoczące dźwięki rozmowy Cynamonowej Pestki i Manaciego Olbrzyma. Przybyli oni prawie równo z medykami z Tenebris, którzy jakby w kontraście nie mówili zbyt wiele.
— Dobrej nocy, kochani! — przywitała się Owsianka, na co odpowiedziały jej mniej entuzjastyczne pomruki.
Brązowy nie wiedział do końca, co o niej sądzić. Z jednej strony długo wydawała mu się całkiem nieprzytomna, z drugiej od niedawna zaczęła być strasznie aktywna. Zbyt aktywna jak na jego gust.
— Gdzie Podgrzybkowa Sierść? — Lisi Wrzask, bez dalszych uprzejmości, zadał pytanie, które wszystkim chodziło po głowach.
— W Coelum — odparło Wodne, siląc się na spokój.
Na Płyciznę opadł cień przygnębienia. Dwa słowa wystarczyły, by całkowicie zabić lekki nastrój tej nocy. Wszyscy obecni rozumieli, co to oznaczało.
— Nie żyje? — rzucił zszokowany Manat.
Kłaczasty trochę nie rozumiał, o co takie wielkie halo. Psy umierały. Miasto miało zalać się krwią. Nic w tym dziwnego.
— Rumiankowa Łapo, co się z nim stało? — zapytał dość trzeźwo Szara Skała.
— Piaskowa Mara odebrała mu stanowisko i niedługo później było już po wszystkim — wyjaśniło rude.
Ognistemu to jak bardzo owijało w bawełnę, wydawało się wręcz komiczne. Medyk Flumine zdechł i tyle, po co dodawać do tego takie ładne słowa? Lepiej powiedziałoby na co, może byłaby to jakkolwiek ciekawa informacja.
— Co zrobiła ta szalona suka? To wbrew kodeksowi! — zawarczał Lisi.
Syn Irysowej aż zadrżał na dźwięk jego głosu.
— Nie udało nam się jej przekonać, że to nieodpowiednie — odparło ostrożnie Rumianek.
Do wszystkich jakby powoli, z kolejnymi chwilami docierała coraz dobitniej ta informacja.
— To straszne. — Manaci westchnął, jakby nadal był pogrążony w rozmyślaniach o zmarłym przyjacielu. — ale Flumine nie może zostać bez medyka.
— Możemy oficjalnie mianować na niego Rumianek — zauważyła Cynamonowa Pestka, bujając się niecodziennie.
Znów zapadła chwila ciszy, w której czasie nikt nie był pewny, co zrobić.
— Myślę, że ty, Manaci Olbrzymie, powinieneś mianować Rumiankową Łapę — odezwał się Szara Skała, prawdopodobnie stwierdziwszy, że inaczej stracą tylko czas, do niczego nie dochodząc.
— To prawda, w końcu przyjaźniliście się z Podgrzybkową Sierścią — zgodził się, trochę bardziej opanowanym głosem medyk Tenebris.
Wietrzny popatrzył po zebranych, po czym pokiwał głową. Najwidoczniej dla wszystkich zebranych miało to sens. Manat podszedł do Wodnego i stanął naprzeciwko.
— Jakie imię chciałobyś nosić? — zapytał rude, zanim przeszedł do typowej formułki.
— Rumiankowe Ziele.
Ciemnoszary wydał z siebie pomruk potwierdzenia, po czym rozpoczął uroczystość.
— Ja, Manaci Olbrzym, medyk klanu Ventus, wzywam naszych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenowało ono ciężko, aby zrozumieć Kodeks Medyka, i z waszą pomocą będzie dumnie służyć swojemu klanowi przez wiele księżyców. Rumiankowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać zasad medyka i stać z dala od rywalizacji pomiędzy klanami, aby bronić i pomagać każdemu psu, nawet kosztem swojego życia?
— Obiecuję — odparło pewnie rude.
— A więc z mocą Coelum nadaję ci imię medyka. Rumiankowa Łapo, od tego momentu będziesz zwać się Rumiankowe Ziele. Witamy cię jako pełnoprawnego medyka klanu Flumine.
Olbrzym polizał ramię mianowanego i zaczęły się okrzyki jego imienia. Kłak nigdy nie rozumiał, co to miało na celu, ale nie zamierzał podważać tradycji. Wychylanie się z szeregu w tym wypadku całkiem było mu nie na łapę.
Kiedy tę formalność mieli już za sobą, mogli położyć się w wodzie, by wyśnić wizję. Ognisty liczył na to, że nareszcie zdarzy się coś ciekawego. Zamknął oczy, początkowo osuwając się w ciemność, która powoli zaczęła znikać, zastąpiona malowniczym obrazem jeziora, które tak dobrze znał. Był… W domu? Na to by wychodziło. Słońce przebijało się promieniami przez drzewa, tworząc naprawdę miłą atmosferę. Gdyby nie to, czego się spodziewał, mógłby powiedzieć, że jest nawet zrelaksowany. Teraz jednak nie wiedział, co o tym myśleć. Gdzie trupy, gdzie chaos i cierpienie? Nie tak powinno to wyglądać. Zrobił krok w kierunku wody, przez co wylądował nagle w Ogrodach. Tam także wszystko wydawało się takie ciepłe, aż prosząc o drzemkę. Kłaczasty potrząsnął łbem.
— No nie mówcie mi, że to będzie wszystko. — Parsknął, sam nie wiedząc, czy mówi do siebie, czy do Gwiezdnych.
Następnym miejscem, w jakim się pojawił, były pola, ewidentnie Ventusu. Wiał leniwy, pieszczotliwy wiatr, który przyjemnie gładził jego sierść. Wszystko było tak cholernie, paskudnie idealne. Idąc jednak tym tropem, kolejne miało być Flumine. U wodnych była sieczka, tam na pewno zobaczy coś zabawnego. I tym razem się rozczarował. Był na plaży, oglądał zachód słońca. Nagle zdawało mu się, że słyszy znajome szczeknięcie, ale równie dobrze mógł być to jedynie omam. Gdyby miał jednak przypisać na siłę do kogoś ten głos, upierałby się, że był to Szczurzy. Co on jednak robił w jego wizji? Odwrócił się gwałtownie, by to sprawdzić. Był to jednak koniec.
Obudził się, rozglądając zdezorientowany, pod czujnym spojrzeniem swojego mentora. Pozostali rozmawiali już o tym między sobą.
— Brzmi jak dobry znak — powiedziało Rumianek, akurat gdy brązowy otrzeźwiał.
Reszta się z nim zgodziła. A syn Rzepakowej… czuł się po prostu oszukany. Sam nie wiedział przez kogo. Przez los, przez Gwiezdnych, czy przez samego siebie. Miał ochotę sapać i drapać dno, ale powstrzymał się, bo podejrzewał, że nie da rady przeżyć poniżenia związanego z tłumaczeniem się z takiego zachowania.
— Tak, chyba w końcu będzie spokojnie — przyznał z ulgą Manaci Olbrzym, chociaż na jego pysku nadal rysował się smutek.
Jeszcze chwilę psy napawały się tym, że pierwszy raz od dawna, ich wizja była pozytywna, po czym zaczęły powoli wracać w swoje strony.
Kłaczasty początkowo szedł u boku Szarej Skały w milczeniu, ale w końcu nie wytrzymał i zapytał:
— Też na koniec słyszałeś ten głos? — wymamrotał, niezadowolony.
Peter spojrzał na niego spokojnie, po czym powiedział coś, czego brązowy nigdy by się nie spodziewał:
— Nie miewam wizji, Kłaczku.
Ta informacja była dla ucznia szokiem, chociaż tak naprawdę czy powinna? Prawie nigdy o tym nie rozmawiali, sznaucer zawsze jakoś dziwnie wypytywał go o sny ze zgromadzenia, a mimo to młodemu nigdy nie przyszło do głowy, że to o to może chodzić.
— O, hm, no tak — odparł brązowy, jakby się tego domyślał.
— Chcesz mi opowiedzieć o tym głosie? — dopytał go mentor, widząc, jak męczy to młodszego psa.
Kłak rzadko poruszał takie rzeczy sam z siebie, tym bardziej po takiej długiej ciszy. Coś musiało być na rzeczy. Syn liderki chwilę zastanawiał się jak to ugryźć.
— W tym śnie… Gwiezdni po kolei ukazali nam każdy z klanów, wszystkie te miejsca były piękne, spokojne, wręcz idealne. — Prychnął przy tym zirytowany. — Ostatnie było Flumine, plaża i usłyszałem za sobą wołanie.
— Wiesz, kto to był?
— Nie — skłamał Kłak bez mrugnięcia okiem, jeszcze tego brakowało, by tłumaczył się Peterowi ze swoich relacji z psami z innych klanów.
— To dlaczego cię to martwi? — zapytał Szary, ni to jakby szukając dziury w słowach ucznia, ni to jakby faktycznie chcąc mu pomóc dojść do prawdy.
— Nikt o takim czymś nie wspominał, a pomyślałem, że może to być ważne, ale chyba mi się wydawało — przyznał, przyspieszając nieco kroku.
Dopiero po chwili, przypomniał sobie, że powinien zaczekać na swojego mentora, więc nieco przyhamował. Przez całą drogę do domu nie był pewny, co mogło to oznaczać, ale wiedział jedno — dawno nie poczuł się tak zawiedziony. O głosie, dał radę zapomnieć dość szybko. Wolał sam siebie przekonywać, że wyobraźnia go ponosiła.
[1589 słów, Kłaczasta Łapa otrzymuje 15 punktów doświadczenia i 6 punktów treningu]

12 kwietnia 2022

Od Kłaczastej Łapy — Poród Iskrzącego Płomienia

Tw. Śmierć szczeniaka.
Kłaczasty z obrzydzeniem wymalowanym na swoim idealnym pysku sprzątał koce. Co jak co, ale ogarnięcie brudu nigdy nie należało do jego ulubionych zadań. Często wyobrażał sobie, jak to świetnie będzie być medykiem i wysyłać do tego typu zadań swojego ucznia albo innego głupiego szczeniaka, który nawinie mu się pod łapy. Póki to jednak nie nastąpiło, był zmuszony pozbierać wszystkie brudne koce. Ohyda.
Kiedy tak przeciągał kolejny, śmierdzący kawałek materiału na górkę przy końcu regału, do legowiska medyka wszedł szybkim krokiem Peter z Ognistym Makiem. Syn Rzepakowej podniósł na nich wzrok z zainteresowaniem. Wyglądało to jak szansa na zmianę tego niewdzięcznego zajęcia na coś chociaż trochę lepszego. Sznaucer jakby nigdy nic zaczął szukać czegoś po półkach.
— Kłaczku, weź tyle liści malin, ile dasz radę i chodź z nami do żłobka — powiedział z charakterystycznym dla siebie spokojem.
Brązowy nie miał pojęcia, o co może chodzić. Ledwo pamiętał, jak wygląda to zielsko. Chyba nigdy go nie użył. Nie zamierzał jednak podważać polecenia Szarego. Złapał liście w pysk, po czym zerknął na rudego psa, a stres na jego pysku nagle pozwolił zrozumieć uczniowi, co się dzieje. Przez ostatnie dni partnerka Ognistego była coraz bliżej wydania na świat małych, krzyczących mord. Wszystko, co się działo wskazywało na to, że miało to się wydarzyć niedługo. Kłaczasty jeszcze nigdy nie miał szans asystować przy porodzie i co tu dużo mówić, był z tego stanu rzeczy nawet zadowolony. Ze wszystkich rzeczy związanych z medycyną, to zawsze wydawało mu się najbardziej nieciekawe i przede wszystkim głośne.
Początkowo wszystkie trzy psy weszły na stryszek, ale wojownik bardzo szybko skapitulował, słysząc bolesne kwilenie swojej wybranki. Nie chciał wychodzić na tchórza, ale jeszcze bardziej nie chciał dokładać medykom pracy, gdyby z nadmiaru wrażeń przypadkiem urwał mu się film.
Kłaczasty nieco mu zazdrościł. Przez kolejne trzy godziny przekonał się, że porody jako jedne z nielicznych będzie nienawidził. Może nawet bardziej niż to wymienianie koców. Nagle zdołał docenić wszystkie nudne bóle brzucha, wymioty oraz zwichnięte łapy, gdzie wystarczyło wcisnąć komuś w pysk kilka ziółek.
Po tych wszystkich trudach okazało się, że jeden z maluchów nie oddycha. Śmierć jednak na żadnym z medyków nie wywarła to większego wrażenia. Peter, krótko mówiąc, widział już swoje w życiu, a jego uczeń zdecydowanie za lekko traktował takie wydarzenia, by było to zdrowe. Iskrząca za to zgasła na moment, kiedy usłyszała tę informację.
— Mała, lepiej pomyśl teraz o nich — powiedział Szary, wskazując na pozostałą trójkę. — Dla nich musisz być silna.
W oczach suczki zebrały się łzy, które jednak nie zdążyły nawet opaść, bo jeden z jej szczeniaków się poruszył i cała uwaga matki skupiła się na nim. Sznaucer miał jednak sporo racji. Zaraz później do młodej mamy dołączył jej partner. Gdy Ognisty Mak wszedł cały w emocjach i ujrzał Iskrzącą z ich pociechami, całkiem odjęło mu mowę. Kłaczasty w zasadzie mu się nie dziwił. Też by się załamał, gdyby ktoś mu powiedział, że musi się męczyć z trzema krzykaczami.
— W końcu tu są — powiedziała do niego Płomień, próbując wrócić do swojego radosnego tonu.
To nieco otrzeźwiło młodego ojca. Rudy podszedł do niej, polizał jej ucho i przysiadł się obok.
— Jak je nazwiemy? — zapytał nieco zachrypniętym ze stresu głosem.
— Może… o, zobacz! Ona puszcza nosem bąbelka! Nazwijmy ją Bąbelek! — Ton suczki wciąż był drżący i dużo bardziej niepewny niż zwykle, ale znów nabrał poprzedniej energiczności.
Ognisty jednak nie zauważył, że coś było nie tak. Za dużo emocji przelewało się przez jego głowę. Uświadomił sobie za to, że lepiej byłoby gdyby sam wybrał jakieś imiona, zanim kolejne szczenię zostanie ochrzczone na przykład Oczkiem, bo ma oczy.
— Gwiezdni… — mruknął, kręcąc głową, ale nie potrafił odmówić tej radości suczce. — Peterze, które z nich jest najstarsze?
— Ten czarny — Medyk nawet nie musiał podnosić wzroku.
Maluch był na tyle charakterystyczny, że ciężko było pomylić go z rudym rodzeństwem.
— W takim razie to będzie Dymek — zadecydował Ognisty, po czym jego wzrok padł na ostatnią z malutkich kuleczek. — Czy chciałbyś nadać jej imię? — zwrócił się do medyka.
Sznaucer skinął głową i spojrzał na małego rudzielca.
— Niech będzie Przebiśnieg.
Iskrząca zamachała lekko ogonem.
— Tak, Przebiśnieg brzmi ładnie — zgodziła się.
Kłak za to w ciszy wziął się za sprzątanie leżących na ziemi liści malin, zgarniając je niechętnie łapą. Gdy skończył, na polecenie swojego mentora zabrał schowane pod kawałkiem materiału ciało. Wyszli ze żłobka, zostawiając rodzinę, by w spokoju mogła się sobą nacieszyć. Syn Rzepakowej wraz ze swoim mentorem chcieli sami załatwić kwestię pochówku, na który na pewno nie mieli głowy świeżo upieczeni rodzice, dlatego opuścili magazyn i odeszli kawałek. Brązowy pies odłożył trzymane w pysku zawiniątko, a następnie spojrzał na starszego psa.
— Zanim to zrobimy, możemy go rozciąć? — zapytał z chorą fascynacją.
Jakiś czas temu znalazł kawałek stłuczonego szkła, zaostrzony tylko z jednej strony, dzięki czemu mógł rozcinać różne stworzenia, nie kalecząc się przy tym samemu. Od tamtej pory poznawanie wnętrz istot... kiedyś żywych stało się jego nowym hobby. Nie miał jednak jeszcze okazji zbadać nikogo ze swojego gatunku.
Chwilę z wyczekiwaniem wpatrywał się swoimi pięknymi oczętami w sznaucera, a kiedy już sądził, że nie dostanie odpowiedzi na zadane pytanie, ta padła:
— Myślę, że możemy.
[836 słów, Kłaczasta Łapa otrzymuje 8 punktów doświadczenia i 4 punkty treningu]

29 marca 2022

Od Kłaczastej Łapy CD Klematisowego Gryzu (Klematisowej Łapy)

Kłaczasty stał, wpatrzony w wietrznego jak w UFO. Klematis mieszał się strasznie w swoich słowach, a młody medyk całkiem tego nie rozumiał. Jakim cudem prawie obcy pies z innego klanu mógłby go szukać w takim miejscu? Skąd wiedziałby, że tu jest? Starszy uczeń musiał go okłamać, nie było innej opcji.
— Ta… Pewnie — odparł brązowy piesek bez większego entuzjazmu, który przeważnie towarzyszył mu, gdy poruszał tego typu temat.
Początkowo jednak nic więcej nie powiedział, zrobił to dopiero, gdy pysk pasiastego wygiął się w zagubionym grymasie.
— Na ten moment nie mam żadnych ciekawych przypadków. Ostatnio wszyscy są u nas zdrowi — wyjaśnił, odwracając się od wietrznego, by omieść wzrokiem dworzec.
Szczupły pies wciąż nie rozumiał, co zrobił źle, ale nagle młody medyk jakby zupełnie zmienił do niego podejście. Było to jednak na tyle subtelne, że ciężko było mu jakkolwiek poruszyć ten temat. W końcu… czym mógłby go urazić? Chyba niczym. Co powiedział nie tak?
— A co tu robisz tak właściwie? — zapytał w końcu, by przerwać nieco niezręczną ciszę.
Kłak w ostatniej chwili ugryzł się w język, by nie odpowiedzieć opryskliwym „A co medyk może robić na dworcu?”.
Zerknął na pasiastego.
— Przyszedłem po kilka ziół. Jałowiec, Szczaw i… — uświadomił sobie, że nie ma zielonego pojęcia, co było dalej.
— I?
— I coś jeszcze — uciął szybko uczeń medyka.
Zanim wietrzny zdążył zacząć dopytywać, brązowy ruszył wzdłuż torów. Zatrzymał się dopiero przed małym krzewem z niebieskimi jagodami i zdjął z barków chustkę, którą zabrał specjalnie, by przenieść w niej zbiory.
— Co to takiego? — zainteresował się jego towarzysz.
Humor nieco poprawił się synowi Rzepakowej. Dostał idealną szansę, by zabłysnąć swoją wiedzą. Zawsze nieco poprawiało to jego humor.
— Jałowiec, pierwsza rzecz z listy — przypomniał z delikatną wyższością w głosie.
Potrząsnął rośliną, a kulki same spadły tam, gdzie powinny. W następnej kolejności ognisty dorzucił do tego jeszcze zerwane liście szczawiu. Kiedy miał to już zrobione, przysiadł na ziemi, wpatrując się w zbiory, jakby miały do niego przemówić.
— Coś nie tak? — dopytał starszy uczeń, o którego obecności Kłak zdążył już zapomnieć.
— Nie — zaczął chłodno, ale prawie od razu skapitulował i nieco delikatniej wyjaśnił — Próbuję sobie przypomnieć, co jeszcze.
Klematis przysiadł obok, praktycznie w tej samej pozycji, jakby też się zastanawiał, aż w końcu zaproponował.
— Może wymieniaj po kolei zioła, jakie znasz, w końcu dojdziesz do tego — zaproponował.
W pierwszej chwili brązowy chciał go wyśmiać, ale szybko uświadomił sobie, że nie miał żadnego lepszego pomysłu. Z cichym westchnieniem zaczął je wymieniać początkowo niechętnie, czując się głupio, a później coraz pewniej. Zatrzymał się w końcu, gdy wymienił Trybule.
— O, tak, to było to — powiedział, od razu biorąc się za jej szukanie.
Kiedy wszystkie zioła spoczęły już na swoim miejscu, Kłaczasty podniósł oczy na Wietrznego. Zrobiło się między nimi lekkie napięcie. Starszy uczeń mu pomógł, a to oznaczało, że powinien coś na to powiedzieć.
— Dzięki za pomoc — wymamrotał młody medyk, chociaż prawie ugrzęzło mu to w gardle.
— Nie ma za co! — odpowiedział mu wesoło przyszły wojownik.
Brązowy zawinął swoją chustkę ostrożnie, tak by nic z niej nie wypadło.
— Będę już wracał, powinienem je przynieść Szarej Skale — stwierdził, a przypomniawszy sobie o ich poprzedniej rozmowie, dodał szybko: — Może innym razem porozmawiamy o tych, co? Pewnie do tego czasu więcej się nauczę. Pręgowany pokiwał głową na zgodę. Syn Rzepakowej zatkał swój kłamliwy pyszczek chustką i ruszył w drogę powrotną.
Koniec.
[543 słowa, Kłaczasta Łapa otrzymuje 5 punktów doświadczenia i 2 punkty trenigu]

1 marca 2022

Od Kłaczastej Łapy CD Szczurzego Kichnięcia

Kiedy Kłaczasty wesoło odszedł z mentorem zbierać trującą roślinę, był pewny, że tej nocy będzie miał już błogosławiony spokój, a następnego dnia odeśpi to, co wytrenował, gdy księżyc gościł na niebie. Gdy dotarł z Peterem nad jezioro, sznaucer chwilę wyjaśniał mu, jak obchodzić się z rośliną, by samemu się przypadkiem nie zatruć. A gdy uzbierali trochę, zdecydował, że uczeń radzi sobie na tyle, że poradzi sobie sam. Ze zbieraniem ziół młody medyk nigdy specjalnie nie miał problemu. W końcu przeważnie nie wymagały one jakiś tajemnych technik.
Brązowy przytrzasnął jedną łapą łodygę z białymi kwiatami, a pazurami drugiej ją rozerwał, tym sposobem zdobywając kolejną cykutę bez zatrucia się jak skończony kretyn.
Wtedy usłyszał znajomy głos.
— Hej! — zawołał do niego nieco starszy od niego Wodny.
A później przez kolejne kilka długich chwil, Kłaczek był bombardowany jego milutkim ględzeniem. Przysłuchiwał mu się bez większego entuzjazmu, dowiadując się, że jego dręczyciel przynajmniej jest czyściochem. Tyle dobrze, bo chyba nie zdzierżyłby jakiegoś nastręczającego mu się brudasa.
— Mogę ci potowarzyszyć? — Spytał w końcu starszy pies. — Zawsze lepiej jest być z kimś niż samemu.
Z Ognistego wyrwało to ciche westchnienie. Naprawdę tracił powoli siły na bycie miłym dla tego wariata.
— A jak ty się właściwie nazywałeś? — zapytał zrezygnowany, chcąc przynajmniej zapamiętać z kim ma do czynienia.
— Szczurza Łapa — odparł mu wesoło Wodny, całkowicie nie zauważając tego faux-pas, którym było niezapamiętanie jego imienia.
Kłak mu głową w kierunku moczarowego zielska, sam przysiadając na ziemi.
— Jeśli chcesz mi pomóc, to właśnie zbierałem cykutę — wyjaśnił, po czym z jego pyska wyrwało się ciche, jakby niewinne parsknięcie — Może to przyda ci się do tych twoich pachnideł.
To była wręcz oczywista drwina, ale starszy uczeń jakby nie zdawał sobie z tego sprawy. Młodemu medykowi zaczynało się podobać posiadanie u boku niezbyt bystrego psa, którego trudno urazić. W końcu nie musiał tak ociekać cukrem, jak normalnie się starał.
Nie spodziewał się jednak w najpiękniejszym śnie ani najgorszym koszmarze, że Szczur rzuci się z zębami na roślinę. Kłaczasty nie miał pojęcia, co z tym faktem zrobić. Stał, przyglądając się tej tragiczno-komicznej w jego oczach scenie z niedowierzaniem. Czyżby szpiegujący go Wodny nie widział, jak zbierali oni cykutę? Niemniej, poza nagłym przypływem adrenaliny, jaki przeważnie towarzyszył zagrażającym życiu sytuacją, Kłaczasty poczuł coś jeszcze. Był niezmiernie ciekawy, co się wydarzy, można wręcz powiedzieć, że podekscytowany, chociaż opis tego miał wyryty dokładnie w swojej głowie.
— Strasznie ciężko to zerwać i… fuj, jakie to gorzkie — rzucił pies typu beagle.
— Ta, wiesz, raczej tego nie bierze się do pyska — W głosie Ognistego brzmiała bardzo niezdrowa nuta fascynacji, którą próbował ukryć znudzeniem.
Wodny natomiast kaszlnął, raz, drugi, trzeci, powoli zaczynając się dławić. Patrzył na ucznia medyka z zaskoczeniem mieszającym się ze strachem.
— Wiesz, lepiej, by Peter cię zobaczył — powiedział wspaniałomyślnie Kłaczasty.
Był świadomy, co powinien zrobić, ale nie miał przy sobie żadnej odtrutki, nie sądził, że będzie mu potrzebna. Złapał zębami kark Szczurzego, który zdążył usiąść i pociągnął go do legowiska Szarego. Zatrzymał się jednak w wejściu, puszczając w końcu, plującego białą pianą, Wodnego.
— Peter? — zawołał, wchodząc głębiej w poszukiwaniu sznaucera.
Ten wychylił się do niego chwilę później.
— Tak? Przyniosłeś cykutę? — zapytał Szary.
Kłaczasty popatrzył na niego najniewinniejszymi oczami, jakie ten świat widział, po czym oznajmił spokojnie:
— Nie, Szczurza Łapa mi przeszkadzał i się zatruł. Mamy jeszcze Krwawnik? — Odpowiedź ta była tak niepokojąco spokojna, że niejednego przeszedłby przerażający dreszcz.
Medyk Industrii nie wyglądał na specjalnie przejętego tym pytaniem, pozostał równie poważny i rzeczowy co jego uczeń.
— Tak, tam na górnej półce — odparł, przyglądając się jak syn Rzepakowej ściąga roślinę z półki. — Chcesz sam się tym zająć?
Brązowy zastanawiał się kilka sekund, po czym skinął łebkiem.
— Aha. Dam sobie radę — ocenił brązowy.
Wrócił szybkim tempem do Wodnego, który wyglądał, jakby brak tlenu powoli dawał mu się we znaki. Kłak rozchylił nieco szerzej jego pysk, a następnie wsadził mu postrzępione liście między zęby.
— Przeżuj dokładnie i połknij — polecił, pilnując, by starszy uczeń na pewno zastosował się do jego rozkazu.
Na szczęście dla Szczurzego, młody medyk nie chciał go zabić. Jeszcze. W każdym razie uważał, że podtrzymanie go przy życiu może być bardziej wartościowe niż pozwolenie mu udusić się na śmierć.
Kilka minut zajął przyszłemu powrót do względnej normalności. Jego oddech nadal był ciężki, a oczy, którymi patrzył na swojego wybawcę, nieco zaszklone. Jeszcze przez chwile patrzył nieco nieprzytomnie na brązowego przed sobą, aż w końcu na jego pysku wymalował się strach.
— Co… Co się stało? — wymamrotał.
Kłak całkiem nie rozumiejąc, dlaczego w tym momencie Wodny miałby czuć niepokój, wyjaśnił mu tę sprawę bez większych emocji:
— Zjadłeś cykutę i zacząłeś się dusić. Jeszcze nie widziałem nikogo, kto by to zrobił. Dałem ci Krwawnik, więc nic ci nie powinno być.
Źrenice psa w typie beagle’a nagle się zwęziły. Prawdopodobnie uświadomił sobie, jak blisko zaświatów był jeszcze chwilę temu przez swoją porywczość.
— Uratowałeś mnie? — zapytał, patrząc na syna Rzepakowej, jakby był bohaterem.
Odpowiedziało mu na to pytanie ciche prychnięcie i wyższe zadarcie brązowej głowy.
— Oczywiście, jeszcze Flumine pomyślałoby, że…
— Uratowałeś mnie! — powtórzył uradowany Szczur.
Tym razem Kłaczasty jedynie westchnął i mu przytaknął. Pozwolił sobie, by rozlało się w nim ciepło związane z tak wspaniałą pochwałą. Czyżby właśnie przypadkiem zrobił coś dobrego? Najwidoczniej tak, w końcu ktoś raczył docenić jego wspaniałomyślność, a nie jedynie krytykować za egoizm. Zapomniał, jak jeszcze chwilę temu pomagał Szczurzemu jedynie ze względu na niechęć poniesienia konsekwencji w związku z jego zgonem. Wolał czuć się jak altruista, pełen miłosierdzia względem biednego Wodnego.
— Nie wiem jak ci dziękować — dodał starszy uczeń, nieświadomie pompując ego swojego wybawiciela do absurdalnych rozmiarów.
— Wystarczy, że następnym razem nie będziesz się rzucał na rośliny tak bezmyślnie — odparł spokojnie Kłaczasty, mimo że w po jego pysku błądził lekki uśmiech.
Poszkodowany aż się wzdrygnął na samą myśl, że coś takiego mogłoby się powtórzyć.
— Będę uważał — obiecał szybko.
Dopiero po tej wymianie zdań oraz chwilę trwającym odpoczynku, Szczur rozejrzał się po pomieszczeniu i zaskoczył, że najwidoczniej muszą być w legowisku medyka Industrii. Zaraz po tym przyszła kolejna fala realizacji, a było nią zmęczenie. Było już bardziej nad ranem niż w nocy.
— Chyba powinienem wracać — stwierdził w końcu, kompletnie wykończony tą przygodą.
Syn Rzepakowej skinął głową. Miał jednak wątpliwości co do tego, czy jego znajomy ze zgromadzenia poradzi sobie ze znalezieniem drogi. Poza tym chciał wrócić jeszcze po uzbieraną cykutę.
— Odprowadzę cię — zaproponował, nawet nie zauważając, że propozycja ta zabrzmiała wręcz miło i opiekuńczo w uszach pierwszego lepszego optymisty.
Powiadomił o swoim wyjściu Petera, a następnie opuścił obóz razem z drugim uczniem.

✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧

Mimo złożonej na zgromadzeniu przez Szczura obietnicy wcale nie spotkali się zbyt szybko na testowanie perfum. Chociaż nie była to zgoła jego wina. Kłaczasty z powodzeniem unikał tej niezręcznej konfrontacji, zasłaniając się raz po raz wymówkami. Mówił, że jest zajęty lub, że znalazł rośliny, które przydadzą się im obojgu. Przyznać jednak trzeba, że się widywali, a dla młodego medyka utrzymywanie z kimś tak dobrego kontaktu można było nazwać już przyjaźnią. Słowo to jednak przestawało być adekwatne, jeśli tylko pomyślało się, czym przeważnie taka relacja się charakteryzuje. Mianowicie, gdzie obie osoby dają coś od siebie, martwią się o siebie i im zależy. Tutaj bliżej było temu do adorowania Kłaczka przez Szczura oraz tolerowania obecności Wodnego przez ucznia medyka.
Odkąd jednak Piaskowa Mara przejęła władzę we Flumine, ich kontakty nieco osłabły. Nieco starszy pies został mianowany na wojownika, ale mimo tego wyglądał na bardzo zatroskanego sytuacją swojego klanu. Często przy synu Rzepakowej był przygaszony i niechętny, by wracać do swojego obozu.
Co jednak przez ten okres było dla Ognistego najważniejsze, w końcu począł on swoje badania na temat mieszanek ziół. Zainspirował go do tego piękny sen, w którym dzięki niemu wojownicy Industrii stali się o wiele potężniejsi od psów z pozostałych klanów. Początkowo testował je na myszach i szczurach, nie chciał przypadkiem kogoś otruć. To całkowicie mijałoby się z celem. Po dwóch księżycach powoli zaczął swoje testy przeprowadzać także na włóczęgach. Wciąż nie rozumiał, jakim cudem byli na każde jego skinienie, kiedy tylko ładnie zamrugał do nich oczami i powiedział kilka cieplejszych słów. Ta taktyka, którą podpatrzył u Omszonego, jednak działała, dlatego nie zamierzał jej kwestionować. Podawał im potencjalnie szkodliwe zioła, obserwując z bezpiecznej odległości, jak wpadają w szał. Po jego ustąpieniu zawsze padali nieprzytomni lub wręcz martwi. To mu się nie podobało, nie taki był jego cel. Mieli nabrać werwy do walki, a po jej zakończeniu powoli się uspokajać. Projekt ten wymagał jeszcze dopracowania.
— Kłaczasta Łapo! — usłyszał wesoły głos Wodnego, z którym umówił się tego zimowego dnia.
Ognisty miał dość tego jak bardzo był on przybity sytuacją z Piaskową. Właśnie dlatego w ramach odwrócenia uwagi przypomniał mu w końcu, że miał mu zaprezentować zapachy, które wymyślił. Mogłoby się wydawać to miłe z jego strony, ale chodziło o coś innego niż troska. Smutny Szczurze Kichnięcie nie dawał Kłaczastemu wystarczająco atencji. Brązowo-biały pies pogrążony był często we własnych myślach, nieobecny, przybity. To, co sprawiało, że młody medyk uznawał go jakkolwiek za interesującego, całkiem wyparowało. Skoro jednak się zmienił, można było ten proces odwrócić. Wydawało się to o wiele prostsze niż przyzwyczajanie się od nowa do czyjejś obecności.
— Hej, Szczurzy — przywitał się z nim syn Rzepakowej, a jego ogon zabujał się lekko na boki, wiedział, że inne psy to lubiły.
— Gotowy na to, co przygotowałem? — zapytał wojownik wesoło.
— Pewnie — przytaknął Kłak, mniej entuzjastycznie.
Wiedział, że będzie to ekstremalnie niezręczne. Że prawdopodobnie Wodny dotknie go wielokrotnie przypadkiem lub nie. Mentalnie przygotowywał się na to przez ostatnie kilka dni. Był tym tak zaaferowany, że prawie wydłubał oko Węgorzowemu Całunowi, kiedy pozbywał się jej pcheł. Nigdy nie krył, że nawet przypadkowe smyrnięcie łapą przez innego psa, sprawiało, że napinał się jak struna, ale tym razem chciał stać spokojnie bez szybkiego zmęczenia lub rzucenia zgryźliwym komentarzem. Wydawało mu się to kompletnie absurdalne, że dla durnego poprawienia komuś humoru musi porzucić tymczasowo bycie pięknym, delikatnym i przede wszystkim nietykalnym kwiatem. Nie miał pojęcia czy będzie warto, ale zawsze, jeśli będzie miał dość, może stamtąd uciec. To też był jakiś pomysł.
<Szczurze?>
[1636 słów, Kłaczasta Łapa otrzymuje 16 punktów doświadczenia i 3 punkty treningu]

21 grudnia 2021

Od Kłaczastej Łapy do Szczurzej Łapy — Zgromadzenie klanów

Brązowy psiak już po raz drugi w swoim dziesięcioksiężycowym stażu zwanym życiem gościł na zgromadzeniu klanów. Osobiście lubił je dużo bardziej niż te medyków. Nie musiał wchodzić do wody, nie musiał oglądać jakiś dziwnych, całkiem niezrozumiałych i porwanych wizji. Ale przede wszystkim mógł pokazywać się ze swojej najlepszej strony członkom innych klanów. Ostatnio rozmawiał z Wietrznym, którego spotkał później na dworcu. Liczył po cichu, że i tym razem na niego trafi, bo wydawał mu się, co by nie mówić, znośny. Niestety, nie widział swojego znajomego nigdzie wśród psów z Ventusu.
Kłaczasta Łapa przysiadł koło swojego mentora. Z każdym kolejnym dniem treningu dogadywał się z nim coraz lepiej. Mało brakowało, a postawiłby go na równi ze swoją siostrą — Węgorzową Łapą.
Pierwszy głos na zgromadzeniu zabrał kolorowy pies, którego młody kompletnie nie kojarzył.
— Wybaczcie mój brak na ostatnim zgromadzeniu. Mam nadzieje, że nikt nie tęsknił — rzucił.
Najwidoczniej jednak po prostu mały medyk miał pecha, bo inni zdawali się go kojarzyć. W tym też jego zidiociały brat.
— Och, nie było cię? — wydał z siebie pomruk Mech, jakby znowu nawdychał się jakiegoś gówna.
A dosłownie chwilę później głos zabrał także sprytem niegrzeszący zastępca Industrii i ojciec małego szatana.
— Ta, ta. Tęskniliśmy ogromnie. Aż osiwiałem z tęsknoty za tobą — parsknął.
Brązowy psiak, zerknął na swojego rodzica, który zdecydowanie nie wyglądał, jakby szarość na jego futrze była spowodowana poczuciem braku obcego samca.
— Ojcze, a to nie ze starości? — zapytał go niezbyt uprzejmie Kłaczek, po części nie łapiąc, a po części nawet nie chcąc złapać sarkazmu.
Już sekundę później zrozumiał, że przesadził, kiedy w jego kierunku zostało skierowane niezadowolone spojrzenie brązowych ślepi.
— Ze starości to ja mogę kopnąć cię w twój zadek. Pokazać ci, jaki jestem stary? — mimo wszystko Sowi Pazur ściszył nieco swoje warknięcie, prawdopodobnie nie chcąc być słyszanym przez całe zgromadzenie.
— Stawiam trzy szyszki, że mój uczeń skopie ci zadek — wtrącił się Peter.
Kłaczkowi wydało się to nawet miłe, że ktoś wstawia się za nim, mimo że przez chwilę przestał zgrywać uroczego malucha.
— Ja stawiam trzy kwiaty maku, że Sowi mu wpierdoli! — wykrzyknął Omszony z ucieszonym ryjem, który nigdy dobrze się jego przyrodniemu bratu nie kojarzył.
Daleko poszła ta wymiana zdań o bardzo niesprawiedliwej bitce, jednak nigdy miało do niej nie dojść. Młodszy syn Rzepakowej zamierzał rozwiązać to w swoim stylu. Uśmiechnął się, wkładając w to cały swój urok, pozwalając sobie zignorować, że wszyscy poza jego super mentorem w niego nie wierzą i rzucił w odpowiedzi na słowa swojego ojca:
— Nie, po prostu trochę się martwiłem o twoje zdrowie.
Tym samym powstrzymał dalsze przejawy agresji oraz zmniejszył tymczasowo zainteresowanie swoją osobą… Przynajmniej ze strony dorosłych psów, bo nie minęła nawet dłuższa chwila, zanim usłyszał zdecydowanie zbyt entuzjastyczne jak na jego gust:
— Hej, pamiętasz mnie?
Kiedy bursztynowe oczy napotkały ucznia z innego klanu, zamrugały szybko z niezrozumieniem. Czy pamiętał? Długie uszy, brązowo-biały pysk… Nie miał zielonego pojęcia kto to, chociaż prawdopodobnie kiedyś z nim rozmawiał.
— Pewnie… — rzucił niby nieśmiało, kłamiąc jak z nut.
To wystarczyło, by jego rozmówca aż podskoczył z radości.
— Dobrze znowu cię tutaj widzieć — zaczął, jakby byli starymi kumplami, co jeszcze bardziej zmieszało medyka — Zastanawiałem się przez tyle czasu, co robisz i co u ciebie. Wiesz, chciałbym się zaprzyjaźnić.
Już tylko to przyprawiło Kłaczka o ból głowy! Nie wiedział, kim ten koleś jest, czy w ogóle z nim rozmawiał, a ten jeszcze mu wyjeżdża z jakimś przyjaźnić… No oczywiście, że chciał. Kto by nie chciał przyjaźnić się z takim słodziakiem, ale czy to wypadało tak się narzucać? Co gorsza, po tych słowach, gość jeszcze bardziej się do niego przybliżył.
— Mogę ci nawet pokazać moje zapachy, które wynalazłem, bo wyglądasz na psa, któremu by się to spodobało, znaczy... po prostu uważam, że twoje futro potrzebuje jakiegoś pięknego zapachu, może kwiatowego?
Syn Sowiego miał do czynienia z wieloma szaleńcami, przykładowo swoją matką czy najstarszym bratem, ale nawet oni nie dochodzili do takiego poziomu absurdu! Brązowy psiak nie miał nawet pojęcia, co jego niedoszły przyjaciel ma na myśli.
— Um... o czym ty mówisz? — zapytał skołowany, wyłapując przy tym dość dziwne spojrzenie Petera.
— Musiałbym ci pokazać, ale mówiąc ogólnie i najprościej jak potrafię, to udało mi się stworzyć zapachy z różnych rzeczy, na przykład z płatków kwiatów czy trawy. Wystarczy wetrzeć je sobie w sierść i zapach zostaje z tobą nawet na kilka dni. Chciałbym zobaczyć, jak byś pachniał z takim zapachem.
Kłaczasta Łapa nie miał pojęcia, co myśleć o takiej propozycji. Była co najmniej dziwna i najwidoczniej nie tylko on był tej opinii.
— Flirtujesz z tym pieprzonym szatanem? — Wtrącił się nagle Omszony, również patrząc na starszego ucznia jak na wariata. — Życie ci niemiłe gówniarzu?
Chyba faktycznie tak było, bo niestraszny był mu nawet sam autor pytania.
— Spokojnie, przecież nie wygląda, jakby był jakimś szatanem... ma bardzo ładne, gęste futro, dodatkowo z zapachem będzie wyglądać jeszcze lepiej. — Jego pysk rozciągnął się w uśmiechu. — Też potrzebujesz? Możesz złożyć zamówienie.
— Czy ty kurwa sugerujesz, że śmierdzę? — parsknął wojownik, patrząc na niego z góry.
Obok niego natomiast kręciła się jakby poplamiona atramentem suczka, jego uczennica, Sikorkowa Łapa. Ona jednak większą uwagę zwróciła na brązowego psa, będącego ostatnio w centrum zainteresowania.
— Też uważam, że ma bardzo ładne futro. Jak je myjesz?
Wśród większej grupy młody medyk czuł się o wiele lepiej. Mimo tak dużej atencji radził sobie lepiej, bo nie była to pojedyncza skupiona na nim osoba, z którą stał pysk w pysk. Zadarł wyżej głowę i uśmiechnął się lekko, ignorując opinię jego przyrodniego brata. A w czasie, kiedy panowie byli zajęci rozmową o odorze Mcha, odpowiedział Sikorce:
— Oczywiście, moja praca wymaga czystości.
Dalsze słuchanie komplementów przerwał mu pełen wyższości głos śmierdziela.
— Ja już jestem kurwa atrakcyjny, nie potrzebuje niczego, by w tym sobie pomóc — rzucił Krtań ze śmiechem.
Młody alchemik, przekrzywił lekko głowę na bok, by przyjrzeć mu się pod innym kątem. Zdecydowanie zbyt spokojnie podchodził do niestabilnego narkomana.
— Też tak kiedyś twierdziłem, ale po wynalezieniu zapachu szybko się przekonałem, że to właśnie zapachy przyciągają innych.
Omszony zdawał się wykazywać ochotę do dalszej kłótni, ale w tym momencie przywitał się z nim nakrapiany pies i oboje odeszli na stronę, a Sikorka oddaliła się nieco w ich kierunku, podążając za swoim mentorem. Tym sposobem Kłaczek znów został ze swoim… problemem.
— To, co myślisz o moich zapach? Chciałbyś spróbować? — drążył uczeń.
Dosłownie w ostatniej chwili medyk powstrzymał się od wywrócenia oczami. Oczywiście, że nie chciał, nie potrzebował czegoś takiego i nie wydawało mu się to ani trochę higieniczne. Poza tym sama w sobie propozycja brzmiała bardzo cudacznie. Z drugiej strony jednak zaangażowanie oraz podziw w jego stronę, który prezentował, jak mu nagle zaświeciło, wodny, zaczął jaśnieć użytecznością. To wystarczyło, by pyszczek Kłaczastego znów przywdział dwulicowy wyraz.
— Heh, skoro tak ci zależy, to nieuprzejmie byłoby odmówić — przyznał miękko.
Nie wiedział wtedy jeszcze, jak szybko miał tej decyzji pożałować. Ogon drugiego ucznia zamachał wesoło.
— Mam do dyspozycji różne zapachy, ale mogę ci osobiście sam dobrać, który moim zdaniem pasowałby do ciebie najlepiej — wyjaśnił. — Muszę cię tylko powąchać, by określić twoje aktualne walory zapachowe.
To… Było zdecydowanie za wiele. Nie dość, że „określenie aktualnych walorów zapachowych” w głowie Kłaka zdecydowanie brzmiało jak coś bardzo nie na miejscu w towarzystwie, czy może nawet nim samym, to jeszcze intruz miał czelność zbliżyć się do niego! I to na odległość kategorycznie każdemu zabronioną. Po tym całym świętokradztwie począł go dokładnie obwąchiwać. W ognistym zrodziło to tyle całkowicie sprzecznych odczuć, że chwilowo sytuacja kompletnie go przytłoczyła. Prawdopodobnie dla lepiej znających go psów takich jak Węgorzowa Łapa oraz może Szara Skała, byłoby jasne, że jest krok od wybuchu, natomiast prawie obcy wodny nie miał szansy tego zauważyć.
— No... tak — wymamrotał niemrawo brązowy, siląc się na spokój.
— Masz bardzo specyficzny zapach. Określiłbym go oczywiście najpierw jako bardzo ładny, ale ma w sobie coś jeszcze... pierwszy raz spotkałem kogoś o takich zapachu, więc możesz czuć się wyjątkowo. A zapach dla ciebie stworzę najszybciej, jak się da.
Mieszanka przyjemnego łechtania gigantycznego ego Kłaczka i niezręczności, jaką wywołało to zgoła niecodzienne zachowanie, była aż zaskakująca. Zawsze wolał, by podziwiano go z daleka, najlepiej co najmniej kilku kroków. Co prawda nie wiedział do końca, czy zmieniło się to w jakikolwiek sposób, ale na pewno podtrzymywał, że tak bliskie kontakty, z co by nie mówić obcymi, wydawały mu się niepotrzebne.
Gdy tylko brązowo-biały pysk nieco się od niego odsunął, syn Rzepakowej wystosował szybki taktyczny odwrót w stronę swojego mentora, robiąc kilka kroków w tył. Gdzieś z tyłu głowy przeleciało mu życzenie, by nigdy więcej tego gościa nie spotkać na oczy.
— Dzięki, brzmi super — zapewnił go czysto werbalnie.
Na szczęście chyba jego panika była wystarczająco zauważalna, by litościwy Peter poratował go w tej sytuacji.
— Hej Kłaczek, chcesz potem poszukać cykuty? — rzucił, od razu łapiąc zainteresowanie swojego ucznia.
— A możemy w drodze powrotnej? Mamy jezioro tak jakby po drodze… — odpowiedział młody.
Co jak co, ale nazwy i lokalizacje trucizn wyrył sobie w pamięci lepiej od kodeksu.
— Nie, bo Sowi będzie się czepiał, a ja potem będę musiał się z nim użerać. Jak zaśnie, to możemy pójść — zaproponował medyk, całkowicie ignorując fakt, że zastępca stał tuż obok.
Najwidoczniej jednak jeszcze nie tak stare uszy Pazura podłapały temat. Może chciał wyjść na fajnego ojca i dobrze się pokazać, może zrobić na złość Szarej Skale, a może po prostu miał to całkowicie w swoich czterech literach, bo nawet nie spojrzawszy w ich kierunku, burknął do syna:
— Możesz.
Ciężko było powiedzieć, kto z tej sytuacji miał większy ubaw, Kłaczek czy jego mentor. Było natomiast prawie pewne, że starszy pies nie ma zielonego pojęcia czym u diabła była Cykuta i do czego mogła być wykorzystana. — Dzięki starcze, kochany jesteś. Dzieciak, idziemy nad jezioro — zadecydował sznaucer.
Była to w końcu jakaś dobra wiadomość dla małego pomiotu Infernum, ale radość z tego nie trwała zbyt długo, bo jego niedoszły kumpel dał o sobie znów znać.
— Mogę iść z tobą? Mogę znaleźć ciekawe rośliny, z których mogę stworzyć zapachy.
— Nie — odpowiedział od razu Peter.
Jego uczeń poczuł ulgę i wdzięczność, że to nie on musi wychodzić na pana marudę, niszczyciela dobrej zabawy, który się nie zgodził. W kontrze zaraz dopowiedział z lekkim uśmiechem:
— To nie najlepsza roślina do takich rzeczy. Może innym razem?

 < Szczurze? >
[ 1669 słów, Kłaczasta Łapa otrzymuje 16 punktów doświadczenia i 5 punktów treningu ]

23 listopada 2021

Od Kłaczastej Łapy do Klematisowej Łapy

Dni mijały, a razem z nimi trening Kłaczastej Łapy. Codziennie, punktualnie jak tylko potrafił, przychodził do Szarej Skały, by pozyskiwać od niego wiedzę na temat roślin, gdyż ostatnimi czasy zdrowie dopisywało członkom Industrii. Przeważnie Peter starał się przekazywać mu wiedzę w praktyce, dlatego większość czasu spędzali w terenie. Młody jednak nic nie mógł poradzić na to, że zawsze bardziej ciągnęło go do ziół niekoniecznie bezpiecznych. Zapamiętanie, co może zrobić z pomocą kopru czy lawendy przychodziło mu topornie i powoli. Osoba, która zobaczyłaby jego zmagania, mogłaby ocenić go jako głupca. Problemem szczeniaka nie była jednak pamięć, czy trudność w przyswajaniu informacji, a nieumiejętność zakodowania sobie rzeczy nudnych. A te w jego oczach takie były, niezależnie od tego, jak ciekawie potrafił mówić o nich Peter. Na szczęście sznaucer miał w sobie wystarczające pokłady cierpliwości, by uporać się z ciągłym rozkojarzeniem ucznia. Może jedynie trochę zastanawiające pozostawało, że dawki szkodliwe i śmiertelne syn Rzepakowej potrafił wyrecytować całkowicie bezbłędnie w każdej porze dnia i nocy.
Tego poranka czekała Kłaka niecodzienna wyprawa, plasująca się w jego głowie jako test. Tak naprawdę nie był pewien, czy medyk sprawdza jego umiejętności, ale jego wysoko postawione ego nie pozwalało twierdzić mu inaczej. Drugi raz podczas swojego treningu został wysłany po zioła całkiem sam. Tuż po zgromadzeniu Szary zgodził się, by jego uczeń przyniósł brakujące produkty z targu i poszło mu tak dobrze, że dostał zgodę na odwiedzenie starego dworca. Doprawdy uwielbiał to miejsce! Odkąd tylko pierwszy raz się tam wybrali, biegał jak szaleniec, chcąc poznać każde ziele od razu, mimo że często nawet do końca ich nie zapamiętywał.
Po śniadaniu pożegnał się ze swoim mentorem. Z małej brązowej kulki aż wylewała się ekscytacja, chociaż niekoniecznie było to dobrze widoczne. Mimo wszystko przeważnie plasował się jako dość stonowany pies.
Jagody Jałowca, Szczaw tępolistny i Trybula, powtarzał, przemierzając kolejne długości, aż nie stanął przed zarośniętym, starym budynkiem. Wślizgnął się do środka bez trudu małą szczeliną, a zapach ziół od razu uderzył jego nos. Rozejrzał się. Jagody Ja… O, czy to nie Krostowiec? Tyle zostało z jego resztek skupienia. Na szczęście, po obejrzeniu dziesięciu kolejnych roślin, w końcu przypomniał mu się jego mentor, niby w taniej retrospekcji, prosząc go o skupienie.
— Okej, okej, Peter, przecież jestem skupiony — mruknął do siebie szczeniak.
Namierzył w końcu szukane jagody. Kiedy jednak zbliżył się do nich, usłyszał za sobą skrzypienie starej deski. Podskoczył przerażony, pewny, że to jeden z dwunożnych i błyskawicznie odwrócił się w kierunku przybysza. Psiemu pyskowi, a raczej pręgowanej, znajomej Płomiennemu uczniowi, mordce daleko było do prawie bezwłosej twarzy. No tak, pasiasty uczeń ze zgromadzenia.
— Hej! Wystraszyłeś mnie! — zawołał z wyrzutem do Klematisowej Łapy, a echo dodatkowo wzmocniło jego słowa.
<Klemantisowa Łapo?>
[438 słów, Kłaczasta Łapa otrzymuje 4 punkty doświadczenia i 2 punkty treningu]

Od Kłaczastej Łapy — Zgromadzenie klanów

Kłaczasta Łapa został medykiem dopiero księżyc temu. Nie spodziewał się tego, ale uznał za przychylny zbieg okoliczności. Walka nigdy zbytnio go nie interesowała, a wręcz wolał, gdy to inni bili się za niego. Za to rośliny, urazy, choroby… W tym faktycznie lepiej się widział.
Tej nocy szedł koło swojego mentora na zgromadzenie klanów. Blisko nich trzymała się także Kolorowy Wiatr. Szczeniak nie miał co do niej wyrobionego zdania, ale najwidoczniej Szara skała całkiem ją lubił.
Kiedy dotarli na szczyt, uczeń usadowił się w lekkiej odległości od starszych psów, rozglądając się ukradkiem. Był całkiem ciekawy innych klanów, nigdy tak naprawdę do tej pory ich nie widział. Chociaż nieco bardziej fascynował go ich wygląd niż sprawy polityczne. Z ogólnej aparycji psów mógł wywnioskować w końcu czy byli spokrewnieni, a przez to, co po sobie odziedziczyli.
Kiedy tak mierzył wzrokiem zebrany tłum, licząc na zarejestrowanie kogoś odbiegającego znacząco od normy (przykładowo pozbawionego łapy), z zamyślenia wyrwało go niepewne pytanie:
— Mogę się do was przyłączyć?
Jego autorem był pręgowany, szczupły pies. Podobny do jednej z Wietrznych. Młodszy uznał to za warte uwagi.
— Tak. Masz interesujące futro. Czy to dlatego, że jesteś na coś chory? — zapytał typowo dla siebie, grasejując podczas wymawiania r.
Przybysz z innego klanu zerknął niepewnie na dorosłe psy siedzące w okolicy ucznia, lekko merdając ogonem. Dopiero gdy nie zwrócili na niego uwagi, kontynuował rozmowę.
— Nie. Takie mam futro. Moje rodzeństwo ma podobne. — Pochylił łeb. — Jesteś uczniem prawda?
Odpowiedź na to pytanie była dla syna Rzepakowej oczywista. Czyżby nie wyglądał jak szczeniak? Może obcy chciał jedynie podkopać jego pewność siebie, przypominając mu o tym, że jeszcze się szkoli?! To niedopuszczalne, pomyślał, zadzierając nos.
— Tak — odpowiedział z dumą — ale przy okazji badaczem! A takich pasków jeszcze nigdy nie widziałem. Z jakiego klanu jesteś?
Najwidoczniej nieznajomy nie odebrał tego jako nagany, bo jego ogon zaczął kiwać się miarowo.
— Jestem z Ventus, a ty z... — Zanim dokończył, wciągnął kilka razy powietrze. — Z Industrii? — Było to bardziej stwierdzenie, nieczekające na odpowiedź, bo Wietrzny od razu kontynuował wcześniej zaczęty temat — Paski jak paski, ale mamy w klanie psa, który jest w kropki!
Prawdopodobnie jego intencją było zaimponowanie młodszemu, ale czekoladowy piesek nie przejął się tym szczególnie.
— Takiego już widziałem. Szara Skała powiedział mi, że kiedy kropki są czarne, to raczej kolor futra, a nie choroba. Szkoda — mruknął.
— Lubisz, jak psy chorują?
— Zależy. — Oczy Płomiennego lekko zabłyszczały, kiedy udzielał odpowiedzi na to pytanie. — Jeśli to nudne choroby to nie i... mój tata mówi, że jak psy z naszego klanu chorują to też nie za dobrze.
Najwidoczniej jego rozmówca podzielał zdanie Sowiego Pazura w tej sprawie, bo odparł:
— Oczywiście, że nie. Więcej chorób mniej psów. Mniej psów oznacza słabszy klan. — Zaraz po tym jednak, jakby nie chcąc zniechęcić do siebie ucznia, dodał — Znasz jakieś "ciekawe choroby"?
Syn Rzepakowej gotów był odpowiedzieć skrupulatnie na owe pytanie, kiedy podbiegł do nich kolejny z młodych psów, machając wesoło ogonem.
— Dzieeeeń dobereeeek! — szczeknął, po czym zwrócił się do Kłaczastej Łapy — Skąd jesteś? Pachniesz czymś dziwnym. Chyba kurzem. — Wciągnął powietrze do nozdrzy. — Ale to w porządku! Ciekawy zapach. Trochę przypomina mi Industrię... — mruknął — A, a, właśnie! Jestem Szczura Łapa, a to Bryzowa Łapa. Jeśli zgadłem, że jesteś z Industrii, to możesz się nam przedstawić i przepraszam bardzo, że przerywam ci rozmowę, ale zauważyłem cię z oddali i swoją drogą, to jesteś bardzo ładny.
Płomienny ledwo nadążał za monologiem intruza. Nie rozumiał, czemu w ogóle się tu znalazł, dlaczego wyrzucał z siebie tyle słów w jednej chwili, a tym bardziej czemu prawił mu komplementy, ale prawdopodobnie tym jedynie uchronił się przed niezbyt miłym komentarzem ze strony Kłaczastego.
W pierwszej kolejności aspirujący medyk
zerknął znów na pręgowanego psa, z którym do tej pory rozmawiało mu się całkiem nieźle, ale później zdecydował się na odpowiedzenie natrętowi. Nie mógł wytrzymać jego natarczywie radosnego spojrzenia, które przewiercało wszystko na wylot. — Tak, jestem z Industrii i nazywam się Kłaczasta Łapa — odpowiedział na pytanie, przy czym wyprostował się odruchowo, jakby chcąc powiedzieć "tak, wiem, że jestem najpiękniejszym psem na ziemi, z lepszego klanu oraz najfajniejszym imieniem" — i właśnie rozmawialiśmy o chorobach. Niestety ciekawe choroby znam jedynie z opowieści, ale zawsze chciałem spróbować opatrywania ran wojennych. Mój tata ma bliznę, która na pewno była ciekawą raną!
— Naprawdę umiesz opatrywać rany? — wtrącił się do ich rozmowy kolejny uczeń, nieco zbliżony wyglądem do Szczurzej Łapy, ale ciemniejszym umaszczeniu.
Pytanie to wprawiło ucznia Petera w lekkie zmieszanie, ale na szczęście jego towarzysz rozmowy rozpoczął swoją autoprezentację, dając mu czas na rozważenie odpowiedzi.
— Jestem Klematisowa Łapa, z Ventusu. — powiedział, po czym wrócił do napoczętego tematu — W takim razie Kłaczasta Łapo, mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się na takiej wojnie, po tej samej stronie.
Po tych słowach Płomienny znów poczuł wiatr w skrzydłach, a jego pewność wróciła na należyte miejsce.
— Kiedyś wpatrywałem tylko małe otarcia, ale znam teorie i na pewno bym sobie poradził — zapewnił.
Chociaż same słowa mogły pozostawiać wiele do rzeczenia, moc, z jaką były wypowiedziane, rozwiewała wszelkie wątpliwości, że byłaby to dla niego błahostka.
Niedługo później zgromadzenie dobiegło końca, a wszyscy uczniowie rozeszli się wraz ze swoimi klanami. To był zdecydowanie męczący wieczór. Kłaczasty natomiast postanowił po powrocie zapytać Węgorzową Łapę, dlaczego to źle, że psy chorują.
[853 słowa, Kłaczasta Łapa otrzymuje 8 punktów doświadczenia i 4 punkty treningu]

8 listopada 2021

Od Kłaczastej Łapy (Kłaczka) — "Mniejsze zło" cz.1

Akcja dzieje się zimą, przed mianowaniem szczeniaków Rzepki.
W Industrii wciąż panowała ostra zima. Prawdę mówiąc, śnieg bardziej leżał i zamarzał, niż sypał przez silny mróz, który nie odpuszczał przez długie tygodnie.
Mały potomek liderki klanu był na tym świecie od niedawna, więc nie miał szansy poznać innego krajobrazu niż wszechobecna biel, ale w swoim własnym mniemaniu pojął już wszelkie tajniki życia. Według Kłaczka to, co najważniejsze, to robić rzeczy nieprzyjemnych tyle, ile to konieczne, a przyjemnych, ile się da. Można było uznać to za jego pewnego rodzaju motto.
Do tej drugiej kategorii zaliczał się ostatnimi tygodniami przede wszystkim sen. Temperatury dawały w kość, było nieprzyjemnie, a większość rodzeństwa zdawała się małemu indywidualiście namolna. Idealne warunki do zagrzebania się w starym, kraciastym kocu i odespanie swojego, póki się mogło.
Jak do tej pory szczeniak nie znalazł jeszcze dla siebie żadnej interesującej pasji. Początkowo frajdę sprawiało mu badanie obozu ognistych oraz przyprawianie wszystkich wokoło o ból głowy nieprzyjemnymi pytaniami. Jednakże wraz ze wzrostem ich niezręczności oraz niezadowoleniem reszty klanu, zdecydował się na odpuszczenie. „Czy nie za długo trenujesz? Jest to tak trudne czy jesteś aż tak słaba?”, tym naraził się Piaskowej Łapie. „Czy tak wiele przekleństw to nie oznaka niewychowania?”, zapytał kiedyś swojego ojca, usłyszawszy to od kogoś innego. To także nie wywołało zbyt pozytywnego odzewu.
Prawdziwą radość czerpał jedynie poprzez rozmowę z Węgorzykiem. Siostra nie oceniała jego często uszczypliwych pytań, a co najwyżej zwracała ostro uwagę, by przymknął pysk. Co jednak najważniejsze, zdawała się nie chować o to urazy.
Tak czy inaczej, nie sposób kłócić się ze stwierdzeniem, że zimą sen zdawał się być jego głównym hobby. Jeden z nich nawet stał się ważnym elementem późniejszego życia malca jak i całej Industrii.

  ***
 
Kłaczek biegł przez białe zaspy. Przypominały one nieco te, które widywał przez okno magazynu, ale były dużo miększe i przede wszystkim cieplejsze. Po paru susach spod jego łapek zaczęły wylatywać piórka. Może jednak stąpał po poduszkach? Rozważał chwilę to pytanie, przyglądając się opadającej przed jego oczami drobinie, aż jego uwagi nie zwróciła postać obserwująca go z oddali. Był to ewidentnie pies, ale jakby widziany zza brudnej szyby. Rozmazany, niewyraźny. Nie poruszył się, aż szczeniak nie zaczął podejrzewać go o bycie zagrożeniem. Obcy, dziwny osobnik nie mógł w końcu być dobrym znakiem.
Zanim jednak syn Rzepakowej zdołał posłać prośbę pomocy w eter, nieznajomy odwrócił się i wyskoczył w powietrze, jakby wskakiwał na jakąś niewidzialną półkę.
Jak to w krainie marzeń bywa, obraz zmienił się bez ostrzeżenia. Kłaczek był teraz w miejscu przypominającym park, który znał jedynie z opowieści. Dokładniej rzecz biorąc, jego oczy były na wysokości dorosłego. Drzewa się rozstąpiły, a przed nim pojawiła się wielka otwarta przestrzeń zastawiona mniejszymi od magazynu budynkami, niektóre z nich stały na dziwnych nogach. Na środku znajdował się krąg kamieni.
— Może połączymy przyjemne z pożytecznym i poszukamy czegoś do żarcia? — usłyszał nagle niezwykle wyraźnie głos swojej matki, który na tych falach podekscytowania wydał mu się niezmiernie irytujący.
Spojrzał w tamtą stronę, ale nie był w stanie kontrolować tego co mówi, a tym bardziej, co robi.
— Dobry pomysł — odparł, tonem, którego nie potrafił do nikogo przypisać, mimo dobrej jego znajomości.
Podejrzewał, że prawdopodobnie wciela się w kogoś z klanu.
Oba psy ruszyły po zadziwiająco realistycznie odtworzonym miejscu. Szczeniak nigdy jeszcze nie miał tak perfekcyjnie wyraźnego sennego obrazu. Fascynowało go to, ale i odrobinę niepokoiło zarazem.
W swoim zachwycie dopiero po kilku krokach zauważył mankamenty tej wizji. To, co widział, było do złudzenia prawdziwe, ale kosztem tego były pozostałe zmysły. Poza wypowiedzianymi słowami stał się całkiem głuchy na otoczenie. Śnieg pod jego łapami nie skrzypiał, targający futro wiatr był całkowicie bezgłośny, oddechów równie dobrze mogłoby nie być. Wszystko pozbawione było również zapachu. Kłaczek widział swoją mamę, ale przypominała mu bardziej kukiełkę, nędzną imitację oryginału.
Tym bardziej zaskoczyło go gdy nagle coś poczuł. Była to woń spalenizny. Nie wiedział, skąd się ona wzięła. Przystanął i rozejrzał się, nic jednak nie zauważył. Natomiast, kiedy znaleźli się w samym centrum polany. Wyrósł przed nimi wielki, czarny jak węgiel, płonący pies. Gdy otworzył pysk, zionął z niego żar. Stwór złapał w paszczę liderkę Industrii, po czym nieco karykaturalnie zaczął potrząsać nią niczym zabawką. Absurdalność tej sceny wcale jednak nie odbierała jej grozy. Nogi postaci, w którą wcielał się malec, drgnęły i wbrew jego woli ruszyły w kierunku bestii. Nie chciał tego robić, nie chciał jej pomagać, nie chciał w taki sposób ginąć. Ten desperacki krok nie miał najmniejszego sensu. I szybko okazało się, że racjonalny egoista przez niego przemawiający miał rację. Kolejna ognista paszcza wyrosła z boku ogara i złapała ciało psa, będącego powłoką Kłaczka. Młody poczuł zdecydowanie zbyt rzeczywisty ból.
I tyle, cięcie. Nagle zapanowała ciemność, jak na sali kinowej, zaraz rozbłyśnięciem świateł po seansie. Brązowy piesek oddychał ciężko, wciąż jeszcze drżąc po czym, co zobaczył. Na alegorię napisów końcowych w postaci podsumowania nie musiał długo czekać. Przed oczami znów zamajaczyła mu rozmyta postać.
— To nie musi się wydarzyć. — Było to jedyne, co wypowiedział, żeński, smutny głos.

***

Młody poderwał się z cichym piskiem. Nie był pewny, czy w końcu to, co wokół siebie widzi, można nazwać światem rzeczywistym, aczkolwiek miał inny priorytet. W jego głowie nadal pulsowała fraza niewyraźniej suki, niczym napis „Koniec”. Jego oczy kilka sekund błądziły nerwowo, aż zatrzymały się na dwóch postaciach stojących przy wyjściu. Obraz nadal miał z lekka rozmazany przez nagłą pobudkę, ale pozostało to kolejnym zignorowanym przez niego szczegółem. Jeszcze nigdy nie czuł czegoś takiego. Łapki jakby same zaniosły go w tamtym kierunku, aż z impetem wpadł w Rzepakową.
— Ojejku, Kłaczku, w porządku? Chciałbyś iść z nami? — zaświergotała radośnie jak zwykle.
— Mamo, nie wiem, czy to dobry… — zaczął mówić do Ciepły, będący od początku drugim z kształtów.
Widząc niecodzienne rozemocjonowanie szczeniaka, zdecydował się nie kończyć zdania.
— Gdzie idziecie? — zapytał podejrzliwie maluch.
— A widzisz, idziemy na kemping. Muszę rozprostować łapy, a może przy okazji znajdziemy jakąś zagubioną w akcji kiełbaskę — wyjaśniła mu cierpliwie mama.
Oczy Kłaczka się rozszerzyły. To naprawdę się działo! Ale dlaczego? Jak mogło mu się przyśnić dokładnie to, co się stanie? To nie miało najmniejszego sensu!
— Nie możesz tam iść! — zawył głośno.
Teraz uwaga wielu psów była na nich zwrócona. Większość z nich miała miny zaskoczone lub niezadowolone przerywaniem ciszy.
— Dlaczego nie? — zapytała jawnie zaskoczona Gwiazda.
— Miałem bardzo, bardzo prawdziwy sen i był tam potwór i zrobił ci krzywdę! — wyjaśnił, jak umiał szkrab, każde “r” wymawiając po swojemu.
— Słonko, nie masz się o co martwić. Twoja mama jest silna, a to był tylko koszmar — nagle wtrącił się do rozmowy inny pies, prawdopodobnie zmęczony krzykami i bezradnymi minami opiekunów szczeniaka.
To jeszcze bardziej wzmogło zirytowanie w brązowym kłębku sierści. Nikt nie chciał mu wierzyć! To było nie do pomyślenia!
— Nie o to chodzi! Ona powiedziała mi, że to nie musiało tak być, dlatego ktoś inny powinien iść na ten cały kemping i jak znajdzie potwora, to zobaczycie, że miałem rację! — uparł się, a w jego oczach zebrało się kilka łez.
Niestety nie nauczył się jeszcze zbyt dobrze siły perswazji, dlatego polecał na tym, co potrafił, czyli wzbudzaniu litości. Trójka dorosłych zamilkła na chwilę, każdy w ciszy dumał kolejne sekundy, co zrobić, by szczeniak nie zaniósł się dalszym lamentem.
— W porządku, mogę sprawdzić z Omszonym, czy jest czego się bać. — Pleśń złamał się dość szybko, widząc wpatrzone w siebie błagające ślepka. Spotkało się to od razu z urażonym parsknięciem.
— Chyba cię coś, kurwa, boli. Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty, niż pilnować twojej pierdołowatej dupy przed wymyślonym potworem? —  zadrwił Krtań.
— Myślę, że siedziałbyś i gapił się w ścianę, a tak może, chociaż znajdziemy coś do jedzenia.
Wspomnienie o żarciu okazało się nie najgorszym pomysłem, bo Mech klnąc pod nosem, niechętnie wstał i wyszedł za Ciepłym na dwór. Liderka wraz z medykiem pozostali ze szczeniakiem, który od razu rozpromienił się, po otrzymaniu tego, czego chciał. Radość nieco zelżała, kiedy Rzepakowa zaczęła lizać go po głowie, próbując uspokoić.
— Co dokładnie ci się śniło? —  zapytał, do tej pory pogrążony w swoich myślach, Szara Skała.
— Na pewno coś okropnego, zobacz, cały się trzęsie! —  wypaliła od razu suczka, tuląc do siebie coraz bardziej zirytowanego malucha.
— Brzmi jak prorocza wizja od Gwiezdnych, dlatego chciałbym go wysłuchać —  wyjaśnił medyk.
Kłaczek nie był pewien, co ma to oznaczać, ale brzmiało na ważne, a przede wszystkim interesujące. Dlatego właśnie opowiedział najlepiej, jak umiał wszystkie szczegóły swojego niedawnego przeżycia. Pod wieczór, gdy wojownicy wrócili, opowiedzieli Peterowi i Rzepie, co im się przydarzyło. We wskazanym miejscu wpadli na hycla, na szczęście udało im się uciec. Jeśli do tej pory ktoś miał jakieś wątpliwości co do wizji szczeniaka, właśnie zostały rozwiane.
[1401 słów, Kłaczasta Łapa otrzymuje 14 punktów doświadczenia i 1 punkt treningu]