Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aroniowa Gałąź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aroniowa Gałąź. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2022

Od Aroniowej Gałęzi CD Smużnej Łapy

Potarłam w zastanowieniu swoje ucho, patrząc na Smużną Łapę.
— Wiesz, może nie pokazuj mu tych ślimaków. Jeszcze się nimi zatruje. Lepiej idź do medyka i poproś go o miód. Zresztą, ty też go trochę zjedz, to wyjdzie ci na dobre — zadowolona z siebie i swojej troski postanowiłam opowiedzieć Smużnej wesołą historię. — Tak w ogóle to czy wiesz, że na jednym z treningów twój brat zapytał mnie, jak się poluje na ślimaki? Potem cały dzień spędziliśmy na ich łapaniu, ale mój uczeń z racji zmęczenia zasnął podczas przerwy. Jedna zwierzyna — duży, łysy ślimak — wpełzła mu go ucha. Nie obudziłam go, bo miałam nadzieję, że jak wszedł jednym, to wyjdzie drugim, ale nawet tym pierwszym nie wyszedł. Ani nawet okiem czy dupą. Ciekawe, co się z nim teraz dzieje.
Smużna Łapa zamrugała parę razy, próbując przyswoić informację, że jej brat ma od paru tygodni robala w uchu.
— Nie no, może już z niego wylazł — mruknęłam. — W końcu ile mógłby tam siedzieć? Albo przelazł mu do mózgu i teraz zjada mu narządy. Wtedy jego zachowanie byłoby usprawiedliwione.
Konwaliowy Szron wróciła, więc Smużna (dziękując mi za ciekawostkę) poszła do swojej mentorki. Ja westchnęłam, wiedząc, że teraz będę musiała zająć się tych gnojkiem. Może mianuje go na wojownika szybciej? Zaproponuję mu nowe stanowisko tak wcześnie, jak tylko skończy dwanaście księżyców, i będę miała go z głowy. Raczej i tak słabo bym go wyszkoliła, więc umarłby zaraz po mianowaniu. No, powiedzmy, na pierwszym polowaniu. Tylko skrócę mu cierpienie biorące się z życia z mentorem. Wiem, jaki to ból mieć trzech rodziców. W moim przypadku było to jedna stara i dwóch starych (dwa razy więcej jazgoczenia i prób zamordowania mnie, no, i oczywiście, trzy nowe psy w Infernum zamiast dwóch).
Przypomniałam sobie o Krwawym Zewie. Trochę dziwnie się ostatnio zachowywał. Jakbym mu się podobała. Ja. Dziwne, co? A najdziwniejsze było to, że przed chwilą porównałam go do mojego ojca. Związek pomiędzy mentorem oraz uczennicą nie udałby się z całą pewnością. Zresztą, zdecydowanie wolałabym mieć partnera o innym charakterze. Mniej psychopatycznym.
— Hej, Cytrynku, Cytrynku mój drogi — podbiegłam do mojego bff, i to wcale nie próbując go poderwać (on ma partnerkę i dzieci). — Powiedz mi, kto zostanie twoim zastępcą?
No tak, bo zapomniałam przypomnieć, że Cytrynowy Liść już od dłuższej chwili był pomocnikiem Jasnej Gwiazdy, a ten stary gej zapewne był już na oprowadzce po zaświatach. Przynajmniej dołączy do Płomiennego. W każdym razie rozumiecie, o co chodzi. Cytrynek będzie szukał zastępcy. A tak się składa, że ja nadaje się najlepiej z całej tej sfory niewykfalifikowanych debili.
Jestem młoda, piękna i jestem jedną z najlepszych klanowych wojowniczek (jak nie najlepszą). Jeżeli mnie nie wybierze to będzie seksistą, bo moja płeć nie czyni mnie gorszą. Może tylko zwiększa prawdopodobieństwo że będę miała młode, przez co nie poświęcę się klanowi w całości, ale wolę być liderem niż mieć bachory.
— Wiesz, nie myślałem o tym — powiedział z tym swoim zmieszanym wzrokiem i cichszym niż przeciętnym tonem, sugerującym, że nie chce kogoś wybierać. To by oznaczało, że jest przygotowany na śmierć Jasnego i ją akceptuję. Mój biedny Cytrynek, jak zawsze wrażliwy.
— Ale będziesz pamiętał o swojej starej przyjaciółce Aroniowej Gałęzi, prawda? Ona przecież już od szczeniaka mówiła ci, jak bardzo chce dać upust swojej liderowskiej pasji — z przymilnym uśmiechem przytuliłam Cytrynka. — I ja cię do tego nie zmuszam, ale to by było bardzo miłe.
„Tak, tak, pomyślę o tym. Byłabyś na pewno dobrym wyborem” — przyznaje po chwili. Przynajmniej przyznaje coś na kształt tego.
Postanawiam sobie, że na dzisiaj wystarczy. Zaczynam zachowywać się wobec niego nie jak lizus, tylko jak koleżanka. Trochę się z nim droczę, że ma już siwe włosy i zaraz pójdzie w ślady Jasnego (a on mówi, że to przecież normalny kolor jego sierści, i że przecież ja też mam białe włosy).
Normalnie sprawiłoby to, że zaczęłabym myśleć o śmierci i znowu złapałoby mnie nieprzyjemne pytanie „co, jeśli Gwiezdnych nie ma?”. Jednak dzisiaj mam dobry dzień. I zamierzam mieć te dobre dni aż do ostatniego. Miałam w przeszłości zdecydowanie zbyt dużo tych złych.
Prawie zapomniałam, że miałam pomóc Iskrzącej Pożodze! Podobno szuka specjalisty od podrywu, bo znalazła sobie kogoś w obcym klanie. Czasami to źle, że jestem jedyną pomocną osobą na świecie, ponieważ muszę wykonywać wszystkie zlecenia.
(— To jak, przyniosłaś tą lemoniadę?
— A zapłata nie powinna być czasem na końcu?
— Nie, powinna być na początku. Na końcu to ty będziesz leżeć i płakać, bo coś czuję, że to skończy się tak samo, jak skończyło się z moją poprzednią klientką.)

Koniec wątku Aroniowej Gałęzi i Smużnej Łapy.
[737 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 7 PD]

21 maja 2022

Od Aroniowej Gałęzi — Mors meta malorum

tw: samookaleczanie się, śmierć
Oślepiające powoli słońce podnosiło się na niebie, rozpraszając mrok nocy, swoimi promieniami przebijając się przez gałęzie drzew i padając prosto na ziemię, z której wyrastały świeże kosmyki trawy. Zielone wiły się w górę, połyskując w promieniach i zasłaniając małe zwierzęta poruszające się powoli w trawie. Świeżymi kępkami powiewał lekki, letni wiatr, przy okazji czesząc sierść psów zgromadzonych przed legowiskiem medyka. Psy te przekazywały sobie nawzajem zaniepokojone i zniecierpliwione spojrzenia, widocznie stojąc tutaj sporą ilość czasu.
Konwaliowy Szron w ciszy wyszła z dawnego pokoju gospodarczego, w którym obecnie unosiła się charakterystyczna wyraźna woń ziół, przypominająca, iż pomieszczenie to zamieszkuje klanowy medyk. Za Konwaliową wyszedł on sam, za nim zaś garstka innych czworonogów. Lisi Wrzask mówił coś do nich cicho, a w oczach wszystkich zgromadzonych błyszczał ból i żal. Zachowywali jednak ciszę, zmąconą jedynie okazjonalnymi, cichymi szlochami. Nie chcieli obudzić nikogo, kto spał w tym momencie — większość obozu była jeszcze pogrążona w śnie, i lepiej było dla nich, by zaznali go jak najdłużej w tych okolicznościach. Następną noc w końcu będą musieli spędzić w całkowicie odmienny sposób.
Konwaliowy Szron, mimo swojego opanowania, nie chciała być tym, kto zmuszony będzie do przekazania Aroniowej Gałęzi złej wieści. Nawet ona, jej rodzona siostra, nie mogła się spodziewać, jak  zareaguje wojowniczka. Tego ranka była jednak już jedynym członkiem jej bliższej rodziny, nie licząc dwójki potomstwa Fiołkowej Skałki. Karmazynowy i Śnieżna jednak nie wyglądali, jakby byli zdolni do zrobienia czegokolwiek: pierwszy rozmawiał właśnie z Pajęczą Łapą i jego mentorem, próbując zrozumieć, że już jest po fakcie, a on nic nie może wskórać. Jego siostra natomiast zanosiła się płaczem, kuląc się w jednym z kątów korytarza. Przez fakt, że zasłaniała ją stara komoda, była praktycznie niewidoczna dla oczu obserwatorów, którzy mogliby spróbować podejść do niej i ulżyć jej w cierpieniu.
Konwaliowy Szron, jak zawsze opanowana, nie mogła jednak powstrzymać smutnego wyrazu pyska. Przełknęła ślinę, przygotowując się na to, co miało nadejść. Weszła powoli do pokoju myśliwskiego, po obu stronach mijając wielkie trofea w postaci martwych zwierząt. Na starej skórze, pozostawionej tutaj przez dwunożnych, leżała Aroniowa Gałąź. Nie spała jednak. W jej oczach odbijał się głęboki niepokój, biorący się z faktu, iż wyczuwała ona przeraźliwie smutną atmosferę oraz unoszącą się w powietrzu woń śmierci.
Była ledwo rozbudzona. Jej oczy nieprzytomnie powlekły się po otoczeniu, zatrzymując na Konwaliowym Szronie. Brązowa wojowniczka wstała, swoimi jasnymi oczami wpatrując się w dwukolorowe oczy siostry. To było niepodobne do tej Konwaliowego Szronu, jaką znała. Ten smutny wyraz nie gościł nigdy na jej obliczu, bo samica pokładała w Gwiezdnych całą swoją wiarę oraz wiedziała, że wszystko bierze się jedynie z ich woli, a skoro oni byli dobrzy, wszystko, co się wydarzyło, także musiało być dobre.
To natomiast nie mogła być dobra wiadomość, a Aroniowa Gałąź była pewna, że wolałaby jej nie usłyszeć.
— Daj mi jeszcze pospać — powiedziała, kładąc się powrotnie. W sercu zlękła się wieści, jaka miała ją zaraz dojść, i postanowiła zamierzyć się swojemu niedojrzałemu przekonaniu, że może pocieszyć się jeszcze przez chwilę swoją słodką niewiedzą.
Woń śmierci była jednak zbyt wyraźna, by i ją okrył brak świadomości. Aronia z każdą chwilą utwierdzała się w przekonaniu, że nie może zignorować tego, co mówi jej nos. Czuła na sobie kamienne spojrzenie swojej siostry, oczekujące, kiedy jej krewna będzie gotowa usłyszeć prawdę.
Aroniowa Gałąź podniosła się gwałtownie.
— Co się stało? — powiedziała łamiącym się głosem. Musiała to usłyszeć, chociaż słyszeć tego nie chciała.
— Fiołkowa Skałka umarła.
Nastąpiła chwila ciszy. Oblicze Aroniowej Gałęzi nie wyglądało, jakby jego właścicielka zrozumiała znaczenie słów, które padły przed chwilą. Jej pysk nie był wzruszony, a z oczu nie kapały jej łzy. Aroniowa Gałąź czekała na coś, co potwierdzi tę informację. Nic takiego jednak nie nadeszło, więc zadała kolejne pytanie.
— Umarła w nocy?
— Tak.
W sercu wojowniczki naprzemiennie pojawiała się litość, bezsilność i złość. Z każdą chwilą ostatnia wartość rosła, zaćmiewając wszystko inne. Aroniowa jednak nie chciała oddać się bezsilnej furii. Przegryzła wargę, by nie rzucić się na nikogo, a z kącika jej ust popłynęła strużka krwi.
— Czyli umarła spokojne. I jest teraz w Coelum.
— Tak. Gwiezdni najprawdopodobniej ją przyjęli.
— Najprawdopodobniej? — ledwo zatrzymała swoją złość w swoim wnętrzu. — Fiołkowa Skałka nie miała momentu w życiu, w którym uraziłaby ich zdanie. Żyła jak święta. To, że się tam znajduje, jest pewnym faktem, a nie jakimś cholernym przypuszczeniem.
Konwaliowy Szron nie chciała kłócić się z siostrą, wiedząc, że nawet one nie mogą wiedzieć, gdzie jest teraz ich siostra, dopóki nie dostaną znaku bądź też ta nie powie im tego w śnie. Odeszła więc powoli, wiedząc, że Aroniowa Gałąź musi sama zmierzyć się z bolesną rzeczywistością.
W końcu to było wiadome i oczywiste. Fiołek musiała odejść w nagły i niespodziewany sposób.
W oczach Aroniowej powoli pojawiało się coraz więcej wściekłej energii. Nie miała nikogo, na kogo zwalić mogłaby winę za śmierć siostry. Dlaczego więc chciała się na nich wszystkich rzucić i wbić im zęby w skórę? Zaślepionym wzrokiem rozglądnęła się po otoczeniu, czując na sobie zlęknione spojrzenia klanowiczów. Nie miała nikogo, kto sprawiłby, że życie Fiołek było niegodne jej świętej duszy.
A jednak była pewna, że musi wyładować na czymś swoją furię.
Wybiegła jak brązowa błyskawica z obozu, przecinając powietrze. Musiała zrobić cokolwiek, by poczucie winy w jej duszy przestało ją uciskać. „To ty uprzykrzałaś jej życie” — mówiło, gdy wojowniczka przypomniała sobie, jak nawrzeszczała na swoją krewną, gdy ta oczekiwała szczeniąt. Fiołek powiedziała jej wtedy, że nie wie, kiedy umrze. A ona robiła jej wyrzuty, że wobec tego w tak młodym wieku postanowiła mieć młode.
Była wobec niej niesprawiedliwa. I dopiero teraz, gdy patrzyła na te wszystkie sytuacje, gdy niemal śmiała się z jej choroby, widziała swoją arogancję i chamskość. Widziała, że była naprawdę godna swoich rodziców, a oni byli godni córki takiej jak ona. Aronia nie miała wątpliwości, że trafi do Infernum. I że jest to jedyne miejsce, w którym mogłaby spędzić swoją wieczność.
Musiała siebie jakoś ukarać.
W jej sercu pojawiła się jakaś czarna maź, gdy powoli opuszczały ją smutek i żal. Zawyła. Teraz pozostała tylko wściekłość i chęć autodestrukcji. Nie mogła oddać swojego życia siostrze, ale już go nie chciała. Teraz było straszne. To, co zrobiła, i to, co robiła teraz, było najokropniejszym koszmarem, jaki kiedykolwiek jej się przyśnił. Bo to nie mogło być rzeczywistością.
Wbiła zęby w bark, rozszarpując go. Na jej zębach pojawiła się krew. Spływała ona nie tylko z jej pyska, a również z głębokiej szramy na jej łapie. Aroniowa Gałąź wydała kolejny wrzask furii, natychmiastowo myśląc o chęci samobójstwa.
Już po chwili uświadomiła sobie, że nie da rady dojść do żadnego miejsca, które da jej natychmiastową śmierć. Zresztą, czy powinna otrzymać krótką i bezbolesną? Nie. Powinna cierpieć powoli, tak jak nieraz cierpiała przez nią Fiołek.
Wojowniczka waliła swoim ciałem o kamienie, sprawiając sobie samej ból. Nie próbowała go hamować. Rozkoszowała się nim, wiedząc, że jest karą za jej postępowanie.
Jej wyobraźnia podsunęła jej obraz siostry, która zapewne nie pochwaliłaby takiego zachowania.
— Nie możesz tak myśleć — warknęła do siebie samej, już całkowicie odchodząc od zdrowych zmysłów. — Dobrze, że cierpisz, a Fiołkowa jest z ciebie dumna, że przyjmujesz część jej bólu na siebie.
— O czym ty pierdolisz… — powiedziała sama sobie, wydając kolejny, cichszy krzyk.
Za nią zaś stała Sikorkowe Szczęście, z troską w oczach i niemal strachem obserwując jej poczynania. W ciszy, ukryta, bała się przerwać samookaleczania się wojowniczki. Gdy ta jednak zemdlała, Sikorkowe Szczęścia podniosła ją i zabrała w drogę powrotną do domu, tuż do legowiska medyka, który w ciszy przyjął krótkie wyjaśnienia rudej wojowniczki i bez zwłoki zajął się opatrywaniem jej ran.
Sikorkowe Szczęście zdała sobie sprawę, że dopiero teraz poznała tę stronę swojej przyjaciółki. Gdy wpatrywała się w obłoki, powoli płynące po popołudniowym niebie część jej duszy była w jakiś sposób dumna z Aroniowej Gałęzi. Wiedziała, że gdyby ta wyładowała swoją złość na klanowiczach, Fiołkowa Skałka nie byłaby jedynym psem, którego Ciemni odprowadzaliby dzisiejszego wieczoru do Gwiezdnych. Sikorka poczuła też litość dla wojowniczki, która w tak okropny i nieporadny sposób radziła sobie z emocjami.
Prędko też wstała i po raz kolejny podeszła do swojej śpiącej towarzyszki, w zamyśleniu patrząc na jej zakrwawione ciało. Sikorka uśmiechnęła się smutno i zaczęła powoli wylizywać jej rany, mówiąc do śpiącej Aroniowej jak do szczeniaka, oraz opowiadając jej o tym, co powinna zrobić po obudzeniu. To znaczy: przeprosić swoją siostrę za swe zachowanie i poszukać należących do niej rzeczy, aby członkowie Tenebris mogli pochować je razem z nieżywą. Potem zaś, pod gwiazdami, odprowadzą ją do przodków, by mogła tam bez strachu żyć przez całe wieki.
— Nie martw się  — powiedziała swoim, jak zawsze, energicznym i pełnym optymizmu tonem. — Kiedyś my do niej też dojdziemy, a wtedy już nie będziemy musiały się we trójkę zastanawiać, kto z naszej rodziny umrze najpierw.
Aroniowa uśmiechnęła się niewyraźnie przez sen, jakby dosłyszała słowa Sikorkowego Szczęścia.

[1450 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 14 punktów doświadczenia, Fiołkowa Skałka umiera]

14 kwietnia 2022

Od Aroniowej Gałęzi CD Smużnej Łapy

Pierwsza część dzieje się podczas Pory Nagich Drzew, gdy Smużna Łapa była Smużką
— Co ty robisz, dziecko? — z przesadną teatralnością odrzuciłam patyk dalej i chwyciłam szczeniaka za kark, potrząsając nim na wszystkie strony świata, by spadł z niego śnieg. — Nie wiedziałam, że dzieci zachowują się tak w naszych czasach. Kiedy ja byłam w twoim wieku, cały czas grzecznie siedziałam w żłobku! — oznajmiłam z pasją, przemilczając fakt, że siedziałam w nim właśnie dlatego, bo ciągle robiłam jakieś głupoty. — Mogłaś spalić siebie! Albo, co gorsza, mnie. Nawet nie wiesz, jaką wielką stratą jest dla klanu utracenie członka. Przecież ty zaraz będziesz uczniem! Patrz, jak się zachowujesz!
Z niedowierzaniem pokręciłam głową. Ach te bachory.
— Teraz Gwiezdni nas znienawidzą — westchnęła gówniara, chociaż wyglądała, jakby trochę się bała mojego wybuchu. — Przeszkodziłaś mi w…
— Widziałam przecież, co robisz. Jak myślisz, czy Gwiezdni byliby zadowoleni, że spaliłaś obóz? Albo że wkurzasz wojowniczkę? — podniosłam głowę, mierząc ją dumnym spojrzeniem. — Nie, nie byliby. Zresztą robisz to źle. Tak się nie składa żadnych darów.
Trochę mnie bawiło to przedstawienie, które odwalałam, ale było ono w końcu dla dobra tego szczeniaka. Musi się dowiedzieć trochę o życiu i o Gwiezdnych. Jako członek klanu mam obowiązek dbać o najmłodszych.
— Chodź, pokażę ci, jak to się robi — oznajmiłam, zagarniając ją ogonem, by przybliżyła się bliżej do mnie. Niemal wrosła we mnie, zdziwiona moim gwałtownym ruchem (wyglądała, jako coś ją zgniotło).
— Weź trochę patyków i jakiś ładnych przedmiotów — poinstruowałam ją, zbierając na kamiennej podłodze górkę piasku i kurzu, a następnie tworząc z tej mieszanki ładne kółko. Głową dałam jej przyzwolenie na oddalenie się. — Pamiętaj, nigdy nie możesz bawić się ogniem samotnie. Jak zrobią się z ciebie grzanki, to-
— Co to są grzanki?
— Nieważne. Masz te przedmioty?
— Mam — pokazała mi z nieskrywaną dumą jakieś śmieci. Uśmiechnęłam się z litością. Biedne dziecko, nie ma gustu estetycznego. Widać, że nie mamy ze sobą nic wspólnego.
— Ułóż je ładnie na piasku, a ja pójdę po ogień — powiedziałam, oddalając się kawałek.
Co parę sekund patrzyłam za siebie, upewniając się, że szczeniak nie robi żadnych głupot. Jednak nie robiło: było zafascynowane zadaniem, którym zostało obarczone.
Podeszłam do niej i poprawiłam łapą przedmioty, dorzucając coś od siebie i wszystko otaczając solidną porcją resztek mięsa.
— Modlitwa — zarządziłam. — Powtarzaj za mną.
Smużka kiwnęła głową, ochoczo powtarzając kolejne słowa. Ja, skupiona, cieszyłam się skrycie, że prowadzę takie nabożeństwo. W moich łapach po raz pierwszy czułam ciężar rodzicielstwa. Czy to właśnie czuje ta głupia i zboczona Fiołkowa Skałka, kiedy zajmuje się swoimi młodymi?
Chociaż dobra, chyba nie pali z nimi jakichś papierków dwunożnych.
Zakończyłam modlitwę. Wymieniłam z młodą spojrzenia, po czym rzuciłam płonący patyk na stos.
Westchnęłyśmy niemal w tym samym czasie, patrząc na pnący się w górę ogień i powoli pokrywający wszystkie bezwartościowe śmiecie, które mimo swojego gównianego wyglądu i zapachu miały przynieść na nas błogosławieństwo Gwiezdnych.
— Tak to się właśnie robi — odparłam usatysfakcjonowana. — I nigdy samemu.
Kiedy Smużka patrzyła się w ogień, ja ukradkiem obarczyłam ją zamyślonym spojrzeniem.
Jeżeli takie są wszystkie dzieci, to chyba jestem w stanie je zaakceptować.
 
⨯ ⨯ ⨯
 
Byłam lekko zawiedziona, kiedy gratulowałam Smużnej Łapie posiadania za mentora Konwaliowy Szron, a Konwaliowemu Szronowi posiadania za ucznia Smużną Łapę. Ja dostałam jakiegoś energicznego kurdupla z wiecznym załamaniem nerwowym, którego trening będzie zapewne istnym wyzwaniem. Cóż, nie wyglądał na szczególnie uzdolnionego ani na wybitnie inteligentnego.
— Całkiem… przeciętny… — powiedziałam sama do siebie, z obrzydzeniem obserwując, jak mój uczeń wpierdala ślimaka.
Tyle, ile razy próbował mnie na nie namówić, tyle razy szybciej kończyliśmy trening. Dla niego korzystnie i dla mnie też. Same plusy!
Konwaliowy Szron była farciarą. Nie wyglądało na to, by miała ze Smużną jakiekolwiek problemy na treningach, a po zajęciach dorywczo paliły żarcie dla Gwiezdnych i odwalały jakieś dziwne rytuały, przy okazji ucząc się kodeksu wojownika. 
Nie, żebym była zazdrosna. Po prostu za każdym razem, gdy Smużna pierdoliła do Konwalii tak samo, jak wcześniej pierdoliła do mnie, miałam ochotę rozszarpać moją siostrę i zająć jej miejsce. 
Nie powiem, były plusy. Przynajmniej Cytrynowy Liść też dostał ucznia i mogliśmy organizować potrójne treningi. Wiecie, my sobie gadaliśmy, uczniowie się bili, my znowu gadaliśmy, ci się zabijali... no serio, nie jest tak źle…
No kurwa, przysięgam, zakończę ten trening tak szybko, jak będę mogła. Ten płaczliwy szczyl doprowadza mnie do szewskiej pasji! A to jego jedzenie ślimaków jest jeszcze gorsze niż jego powolne myślenie! Kiedy patrzę, jak wciąga te gluty, to myślę, że zaraz zwymiotuję. 

<Smużna Łapo?>
[719 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 7 PD]

3 lutego 2022

Od Aroniowej Gałęzi CD Płomiennego Krzewu

W niedawnej przeszłości, czyli jakiś księżyc temu
— Oczywiście — zgodziłam się. Z chęcią spędzę z Płomiennym trochę więcej czasu! Stał się teraz znacznie milszy, cieszyłam się więc, że chociaż jeden emos odwrócił się na swoją pozytywną stronę. Na Krwawego będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. — Co proponujesz? Moglibyśmy zagrać w taką grę, brzmi dziecinne, ale jest super! Widziałam, jak grali w nią dwunożni, i mówię ci, serio bardzo rozrywkowa!
— Możemy — przystał na to mój rozmówca.
— W takim razie chodź, musimy poszukać jakiegoś kawałka ziemi, na którym będzie można rysować! — energicznie wykrzyknęłam, zaraz też zmieniając koncepcję — dobra, albo wiesz co? Znajdźmy jakieś przedmioty. Jeden z nas weźmie… — szybko wykonałam obliczenia w swojej głowie —… trzy? Nie, pięć. Pięć liści. A drugi pięć kamieni. Ale i liście, i kamyczki muszą być malutkie.
— Mogę poszukać kamieni — zaoferował się Płomienny Krzew. Ja natomiast kiwnęłam głową na zgodę. Nie umiałam odczytać zbyt dobrze jego emocji, ale miałam nadzieję, że cieszy się tak samo jak ja.
— No to poszukam liści. Spotkajmy się w tym miejscu, jak już znajdziemy! — oznajmiłam, po czym w podskokach poszłam szukać interesujących mnie znalezisk. Wojownik również odszedł z miejsca zdarzenia, bacznie obserwując ściółkę.
Kiedy znalazłam już drugiego (nawet ładnego!) liścia, zaczęłam trochę obawiać się, że poprosiłam go akurat o kamienie. Moglibyśmy podzielić się kolorami liści, przecież. Je łatwiej znaleźć, niż kamienie w całkowicie przypadkowym miejscu.
Wbrew moim obawom, nie musiałam czekać długo na Płomiennego, który wrócić z pięcioma kamyczkami. Uśmiechnęłam się bezradnie, ponieważ były one naprawdę maciupeńkie. Powiedziałam malutkie, prawda? Cóż…
— Dobra robota! Poszło ci nawet za dobrze, w istocie, są malutkie — uśmiechnęłam się. — W takim razie wyjaśnię ci zasady gry.
Odchrząknęłam, wzorem dwunożnych dzieląc ziemię na dziewięć pól. Ówcześnie musiałam oczywiście zgarnął liście na boki, oraz wygładzić trochę powierzchnie, ale tak czy siak, udało się. Przed naszymi głowami rysowało się dziewięć równych kwadratów, każdy  o pojemności naszych trzech łap. Z satysfakcją spojrzałam na swoje dzieło.
— I co teraz? — spokojne i dość cierpliwie spytał, moim śladem spoglądając na rysunek.
— No, więc grę tą możemy nazwać liść i kamień. Będziemy na zmianę układać na tej planszy swoje przedmioty. Ty oczywiście jesteś kamieniem, a ja jestem liściem.
Płomienny Krzew pokiwał głową, słuchając moich słów i prawdopodobnie wyobrażając sobie to, o czym mówię.
— No i dążymy do tego, żeby mieć w jednej linii ustawione kamienie bądź liście. Ja chcę ustawić tak kamienie, a ty swoje… Znaczy… Ty kamienie, a ja liście. He, he — zaśmiałam się nerwowo. — Mogą być też chyba po skosie, ale mogą być normalne. Zrobimy próbną grę?
— Dobrze. Kto zaczyna?
— Zawsze widziałam, że robili to wyżsi dwunożni — westchnęłam. — Nie wiem, czy to reguła, ale proszę bardzo.
— Możemy się zamieniać — trzeźwo zaproponował kompromis. 
— Dobrze! — za uśmiechem odpowiedziałam, patrząc, jak położył swój kamyczek w dość nieoczywistym miejscu. W lewym dolnym rogu. Zdziwiona przekręciłam głowę, próbując popatrzeć z innej perspektywy.
Ustawiłam liścia tuż nad kamieniem, stwierdzając, że chociaż to dość oczywista pozycja, to może przeszkodzi Płomiennemu w dalszych ruchach.
On natomiast ustawił swój pionek nade mną. Potem zdecydowałam się na ruch liściem w innym kierunku, przez co on postawił kamyk na samym środku. Teraz mógł uderzyć w obie strony, a jakkolwiek nie zablokowałabym go, i tak wygrałby grę.
— Gratulację! — powiedziałam zdziwiona, kiedy wygrał ze mną. Spodziewałam się, że to ja zostanę zwycięzcą gry, ponieważ w końcu to ja znałam ją dłużej.
No nic — pomyślałam, oddając każdemu z nas swoje przedmioty.
— Spróbujmy znowu. Powodzenia — powiedziałam, skupiając się już tylko i wyłącznie na grze.  

<Płomienny Krzewie?>
[556 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

4 stycznia 2022

Od Aroniowej Gałęzi CD Krwawego Zewu

Zabawne wydawało mi się, że Krwawy Zew to mnie nazwał naiwną. Naiwna. Cóż, kto z naszej dwójki jest bardziej naiwny? Ja, która poznała zarówno złe, jak i dobre strony życia i potrafię je wykorzystać, czy on, który widocznie spostrzegał tylko te złe, więc to one ukształtowały jego historię?
Byłam zła. Wiedziałam, że przeżyłam zbyt wiele, by oceniał mnie w taki sposób. Traktował mnie nadal jak durnego ucznia, któremu należy wytykać jego wszystkie błędy. Ja przynajmniej starałam się ich nie popełniać! Nie biłam się dla przyjemności z innymi, a potem odmawiałam pomocy medyka! Nie cieszyłam się z wyrządzanych szkód! Dbałam o osoby wokół mnie i im pomagałam, do jasnej cholery! Przynajmniej pokazywałam, że gdzieś w środku nadal jestem sobą, a te wszystkie negatywne zdarzenia w moim życiu tylko uczyniły mnie silniejszą. W przeciwieństwie do niego.
Niby taki silny. Niby taki mądry, doświadczony, umiejętnie się bijący. Ale gdzieś w środku pusty, bezduszny, bez przyjaciół i jakichkolwiek bliskich mu osób. Wszystkich odtrącał. Miałam do niego sentyment. I mogłabym mu pomóc, gdyby nie to, że widocznie on sam tego nie pragnął. Sam się ode mnie odsuwał, zamiast przyjąć pomocną łapę. I teraz też, gdy przed nim stałam, usłyszałam jedynie, że mam mu zniknąć z oczu.
Obrazy przewijały się w mojej głowie, gdy próbowałam podjąć racjonalną decyzję. Mogłabym zaciągnąć go do medyka wbrew jego woli. Dla normalnego psa byłaby to nagroda, lecz dla niego — kara i porażka. 
Albo zostawić do tutaj. Odejść. Ja rozumiałabym to jako olanie go, jednak Krwawy Zew… Pewnie byłby zadowolony, prawda? Wygrałby ze mną. A ja, chociaż byłam wściekła i pełna emocji, nie zamierzałam celowo utrudniać mu życia. W przeciwieństwie do niego. On nie umie patrzeć na świat moimi oczami.
Przynajmniej na razie. Mam nadzieję, że kiedyś się tego nauczy. Albo ja go tego nauczę.
Z cichym szelestem oddaliłam się od niego, wracając do obozu. To nie było w moim stylu, jednak z powodzeniem odgoniłam wyrzuty sumienia. Dobre psy zasługiwały na pomoc. A mimo wszystko, Krwawego Zewu nie uważałam za potwora.
Akceptowałam go takim, jakim jest. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że go lubiłam. I chociaż czułam również urazę, iż sam powiedział mi prosto w twarz, że nie jest ze mnie dumny, to byłam mu wdzięczna. Prawdą jest, że mój trening przedłużył się, ale dzięki temu zostałam lepszą wojowniczką, niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać.
Nie powiem, że nauka była idealna. Zew nie szlifował kodeksu wojownika ani mojej moralności. Chociaż, powinnam powiedzieć inaczej: robił to na swój dziwny sposób. Moralność, bym stała się twarda i bez emocji, a kodeks wojownika… Cóż, zdecydowanie mogłabym korzystać z tego, iż większość psów się nim posługuje. Z racji jednak, że sama do ów większości należałam, nie brałam sobie dosłownie nauk Krwawego, dzięki czemu teraz idę przez życie zgodnie z wolą Gwiezdnych. 
Czasem czułam też rozczarowanie. Wiedziałam, iż wojownik wolałby, żebym była do niego bardziej podobna. Nieczuła, zgorzkniała, bez współczucia i wstydu. Tak, muszę przyznać mu rację. Wtedy byłabym pewnie najlepszym wojownikiem, jaki kroczył po ziemi. Czyż nie tego chciałam? Władzy, jak mój ojciec, zemsty, jak matka, oraz umiejętności, jak Krwawy Zew. Każdy z nich dołożył coś do mnie, by mnie wykreować. I chociaż nie zostanę liderką, nie odgryzę się światu za to, jak mnie potraktował, oraz nie zostanę najlepszym wojownikiem, to chociaż zostanę sobą. Osiągnę jakiś cel, który żaden z wymienionej trójki nie obrał na swój. I być może pozostałe przyjdą w gratisie. Nie wiem. A jak nie one, to chociaż banan. Lubię banany. 

<Krwawy Zewie?>
[565 słów, Aroniowa Gałąź otrzymuje 5 punktów doświadczenia]

3 stycznia 2022

Od Aroniowej Gałęzi CD Płomiennego Krzewu

To wszystko troszkę wykradło się spod kontroli. Troszkę. Wiem, że Płomienny Krzew do młodych psów nie należy, a następujące po sobie zdarzenia do pozytywnie wpływających na zdrowie nie można było sklasyfikować. Ile kości ma połamanych? Cóż, najlepiej — ani jedną. Świat jednak nie jest taki kolorowy, i jeżeli nie kości, to przecież nawet żołądek mógłby mu się przemieścić (chyba. Nie znam się na anatomii). Mózg wyparować, miednica zniknąć… Albo nawet oko wypłynąć, ot co.
Z niepokojem spoglądałam na mojego towarzysza przygód, obserwując, jak ten dochodzi do siebie. Chyba nie szło mu dobrze. Czy to oznacza, że jednak nie wepcha mnie do tego śmietnika? Cóż, jeżeli zabiorę go do medyka, z pewnością to mu się nie uda.
— Chodź. Chyba wystarczy przygód. — oznajmiłam, ruszając w stronę obozu. Po przejściu paru kroków oglądnęłam się pośpiesznie za siebie, widząc kuśtykającego Krzewa. Mruczał coś pod nosem, pewnie przeklinając głupie panienki w kryzysie wieku średniego.
Nie jestem w wieku średnim, staruchu.
Wysunęłam przypuszczenie, iż znajdujemy się blisko Gwiezdnego Szczytu. Gdy zobaczyłam go, wynurzającego się po naszej lewej stronie, utwierdziło mnie to w przekonaniu, że idziemy w dobrą stronę. Mimowolnie przyśpieszyłam na myśl o świeżej zwierzynie, która czeka na nas na miejscu. Płomiennemu Krzewu widocznie nadal kręciło się w głowie, ale dawał radę; raźno szedł za mną, nie skarżąc się na nic. Cieszyłam się, że nie stawiał oporu przed pójściem do medyka. Chociaż… W zasadzie nawet mu nie powiedziałam, że zamierzam go w tamto miejsce zaprowadzić. Raczej nie był typem osoby, która cieszyłaby się z mojej pomocy. Poprawa: cieszyłaby się z czyjejkolwiek pomocy.
Ponownie oglądając się za siebie, wzruszyłam ramionami. Chyba da sobie radę. To twardy osobnik. Może sam wróci do pełni sprawności, bez pomocy medyka. To lepsze niż ryzykowanie, że urwie mi głowę. Albo, co gorsze, na serio wsadzi mnie do tego śmietnika. Fuj. Nienawidzę, jak cuchnę, i jak cuchnie wszystko obok mnie.
  
***
 
Minęło trochę czasu.
Ale serio? Płomienny Krzew w starszyźnie?
Nawet jeżeli minęłoby dwanaście księżyców, ja i tak nadal będę widzieć go jako wojownika. Był nim, kiedy się urodziłam, także sensowne, iż będzie nim, kiedy ja będę samotnie zdychać w jakiejś dziurze na Podkarpaciu. W mojej wyobraźni był nieśmiertelną, nietykalną istotą, jednocześnie uprzykrzającą mi życie i sprawiającą, iż widzę jakiś sens w wymienianiu tej wyściółki starszyźnie. Mimo że jestem wojowniczką.
Jest naprawdę… Starym członkiem klanu. Chociaż „stary” nie jest odpowiednim słowem. Wszyscy się najzwyczajniej przyzwyczailiśmy do jego obecności. Czy to dobrze, czy źle, był tutaj zawsze. Nie zdziwiłabym się, gdyby to on jako pierwszy wkroczył do miasta, ogłaszając, że teraz to my zajmujemy te tereny.
Niemal ze współczuciem patrzyłam na niego, kiedy zdawałam sobie sprawę, że jego życie dobiega końca. A jeszcze smutniejsze było to, iż on zapewne doskonale zdawał sobie z tego sprawę. I tylko powoli liczył dni, kiedy-
Nie rozklejaj się, Aronia. Każdy kiedyś umiera. A on nawet nie był jakimś twoim superprzyjacielem.
— Skoro nie ma mi być smutno, gdy ktoś z mojego klanu umiera, to kiedy indziej mam beczeć? — warknęłam sama do siebie, cicho przebierając w wyściółce. Trzeba było pomóc obecnym uczniom. Sama pamiętałam, kiedy byłam nim jako jedyna. Gdyby nie wojownicy, prędzej wykręciłabym się, niż je wszystkie wyczyściła.
Dobra, ale co mówił Krwawy-
— Daj mi spokój z moim mentorem. — Znudzona wybrałam mokrą szmatę i rzuciłam ją za siebie. — On-
— Hej! — Płomienny Krzew warknął, gdy szara plama z impetem walnęła w jego nos. Leżała teraz na nim, zwisając z obu stron.
Poskoczyłam przestraszona, gwałtownie się odwracając. Przez to rozwaliłam dorodną kupkę brudnej wyściółki, która się na mnie zwaliła.
Wypluwając te ohydne, zamoczone w sikach szmaty, podeszłam do Płomiennego. Spojrzałam na niego ponuro.
— Wiesz, mogło być gorzej. To tylko jedna szmatka. — Zdjęłam mu ją z nosa, zaraz też zanosząc się kaszlem.

<Płomienny Krzewie?>
[608 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

17 grudnia 2021

Od Aroniowej Gałęzi CD Płomiennego Krzewu

Nie no, spoko, kolejna okazja do nauczenia się czegoś. Nie narzekam. Od kogoś słyszałam, że Płomienny Krzew stosował parę swoich własnych technik, a były one (jak mówili inni) bardzo skuteczne. Raczej nie zauważyłby, gdybym sobie parę przywłaszczyła? Znaczy, ten, nie przywłaszczyła, tylko również zaczęła używać. Dobro klanu jest w końcu najważniejsze, a jeżeli ktoś inny również będzie znał sztuki tej ninja walki, to Tenebris będzie silniejsze.
Niby tam Płomienny raczej nie należy do psów, które jakoś strasznie o to dbają, ale nie zaszkodzi dbać samemu. Nie? Ktoś o to dbać musi.
— Hej, no to co-
— Wyczułem coś
Westchnęłam zrezygnowana. Czy nie mogę już mówić? Będzie mi przerywał?
— Też coś czuję. Żabę. Proponuje-
— Cisza.
Trudno stwierdzić, czy to było warknięcie, ale możliwe, iż wojownik żałował, że wziął mnie na to polowanie. Nie no, spoko, pójdę polować na żaby. A on niech sobie poluje na coś innego.
Przystąpiłam z łapy na łapę, niezdecydowana wpatrując się w partnera z polowania. On chyba nie miał żadnych oporów, i najzwyczajniej poszedł tropić swoją zwierzynę. Prychnęłam. Skoro tak, to doskonale; pójdę złowić żabę, ale potem ja wybiorę, gdzie pójdziemy.
— Hej, żabko — podeszłam do jednej. — Chyba trochę ci gorąco, co?
Zrobiło mi się jej szkoda. Raz, że nie może prowadzić ze mną tej uroczej rozmowy (wielka szkoda. Pewnie sama żałuje, że się urodziła). Dwa, że pewnie teraz gotuje się jak na grillu. I gotowała się już wcześniej. Serio, biedna żabka.
— Pomogę ci, okej? Wiem, gdzie jest woda — zapewniłam. Rozwarłam pysk: — o, tutaj. Ślina.
Haps.
I nie ma żabki.
— Fe — wyjąkałam, wypluwając zwierzę. — Lepiej? Nie, chyba gorzej… Ups, zahaczyłam o twoje oko, przepraszam. Nie chciałam! I chyba kręgosłup wykręciłam… Serio, sorry. Ale wiesz, posłużyłaś nauce. Teraz już Aroniowa Gałąź nigdy nie spróbuje… pomóc… żabie.
I co teraz? Płomienny Krzew przecież jeszcze nie wrócił.
Zataczałam pełno kółek, wciąż je powiększając. Potem stanęłam, bo łapy zaczęły mnie boleć. I potem znowu ruszyłam. A potem wysikałam się. A potem…
Wrócił Płomienny!
— O, cześć, super, że jesteś! — nawet nie spojrzałam, co takiego złowił. Mało interesujące. — To teraz chodź, mam taki pomysł, możemy skoczyć…
Ee… Rozglądnęłam się, gdzie moglibyśmy skoczyć.
— O, tam! Widzisz? Jakiś potwór się wyjebał. Idealna okazja, by się zrelaksować. Chodźmy.
Coś tam odpowiedział. Nie pałał optymizmem, więc musiałam go zarazić.
— No chodź, będzie fajnie! A jak nie pójdziesz, to raz, że dostaniesz depresji, a dwa, powiem, iż potrzebowałam pomocy, a ty zostawiłeś mnie.
Zamrugał oczami dwa razy.
— No wiesz, ja potrzebuję pomocy w eksploracji! — zająknęłam się. Czy to była groźba? — Wiesz co, po prostu chodź. Jak nie będzie fajnie, to dostaniesz zwrot energii.
Jakieś grzybki mu zapodam czy jak.
Pobiegłam w stronę wypadku. Wyglądało zajefajnie! Auto, wywalone na plecy, jacyś dwunożni krzyczący, jacyś inni w skafandrach, jeszcze bardziej krzyczący, jakieś dziecko zabite. Ekstra! Jakim cudem Płomienny nie chciał tu przyjść?
— Wracam — oznajmił. Jakim cudem mu się nie podobało?! Fajnie było!
— Nie, jeszcze sekundka — sprzeciwiłam się. — Widzisz to koło? Podejdziemy tam, a potem wracamy.
Koło było ładne. Calutkie czarne, chropowate. Widziałam, że potwory miału takie u nóg. Chyba były dzięki temu szybsze.
Może ja bym sobie takie załatwiła, co? Zapytam się potem medyka, czy to możliwe.
Co do koła to wpadłam na taki superowy pomysł, który jednak nie okazał się taki superowy, jak sądziłam. Niniejszym kiedy podeszliśmy do przedmiotu, zepchnęłam Płomiennego do środka. Niech stary dziad ma trochę zabawy. Sęk w tym, że zrobiłam to trochę… Hm… Krzywo, w związku z czym koło zaczęło się toczyć. Bo może tego nie opisałam, ale droga tutaj spadała w dół — a kiedy na nią patrzyłam, spostrzegłam, iż w najbliższym czasie nie pójdzie ona w górę. Szamotający się, drący Płomienny, z brzuchem utkwionym w oponie. Staczał się właśnie z górki, a ja nic nie mogłam zrobić.
— Gwiezdni! Płomienny! Kurde, przepraszam! — wykrzyczałam, rzucając się do biegu za psem.
 
<Płomienny Krzewie?>
[651 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 6PD]

12 grudnia 2021

Od Aroniowej Gałęzi CD Krwawego Zewu

Nie tchórzyć?
Nie byłam pewna, czy tak bym to nazwała, jednak w jednym miał rację — mogłabym zachować się odważniej. Patrzeć na tę całą sytuację, jakbym już wygrała, a teraz jedynie cieszyłam się zwycięstwem. Myślę, że to była naprawdę dobra rada od mojego mentora: może mi wiele pomóc. W końcu kiedy okazywałam odwagę? Kiedy uderzyłam kamieniem Cytrynka? Jak oszalała biegałam dookoła, wrzeszcząc, że się zabiję!
Zawsze wierzyć w siebie?
Ciężko się nie zgodzić, ale mimowolnie zaciskałam szczękę, gdy o tym myślałam. Uważałam, że czasem brak pewności siebie może wyjść na dobre. Dzięki temu przecież możesz nie popełnić wielu błędów i nie wypowiedzieć wielu głupstw. Skoro jednak Krwawy Zew radzi…
Mierzyć wysoko?
Z tym się zgodzę. To sensowne; wyznaczać sobie wysokie cele, gdyż lepsze przecież to, niż niskie. Chociaż czasami…
Upadam.
Nie jestem pewna, czy chcę pielęgnować ambicje, skoro mogą się one nie spełnić. Walne wtedy z głośnym łomotem w ziemię, a moje marzenia się skruszą. Czy jednak już nie stało się to wiele razy? Moi rodzice, zamiast dojść do porozumienia, trafili do Infernum. Chociaż pomagałam Konwaliowej znaleźć partnera, to sama nawet tego nie próbowałam. Wciąż okazywałam słabości — to są moje upadki. Teraz pozostaje zdecydować, czy zamierzam się z nich podnieść.
Nigdy nie możesz wątpić w siebie.
To zdanie było motywujące, ale jednocześnie dało mi porządnego doła. Głupio strasznie, że ktoś musi mi uświadamiać, że chociaż sama sobie wydaję się taka „pewna siebie”, to tak naprawdę jestem cholernie nieudolna.
Egoizm.
Aż mnie zamurowało.
Nic nie jest ważniejsze od twoich potrzeb.
Co proszę? A co z klan-
Zawsze myśl o sobie.
Jakim cudem mój własny mentor każe mi przekładać swoje dobro nad dobro klanu? Dlaczego to w ogóle miało miejsce?
Spojrzałam na niego zdziwiona, a moje oczy zaokrągliły się. Jego pysk jednak był nieugięty, poważny, trochę uroczysty; w końcu próbował przekazać mi te wartości, które dla niego nie miały ceny.
A ja powinnam je przyjąć, choćby dlatego, żeby mój mentor się nie zawiódł.
Tylko na trening. Przecież jak zostanę wojownikiem, będę mogła powrócić do moich własnych zwyczajów, prawda?
— Rozumiem — odpowiedziałam cicho. W głębi serca pragnęłam, żeby mój rozmówca opowiedział mi o historii swoich blizn. Być może wtedy zdołałabym go zrozumieć.
Jednak gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że to niemożliwe. Ja i Krwawy Zew różniliśmy się jak ogień i woda. Taką przynajmniej miałam nadzieję.
Ale cokolwiek nie pomyślałam, gdzieś głęboko czułam obawę, że jestem do niego bardziej podobna, niż sądzę.

***

Minęło wiele księżyców. Naprawdę wiele; zmieniał się zarówno mój wygląd, jak i wnętrze, a ja wobec obu tych przemian nie mogłam wiele zrobić. Tak naprawdę z pierwszej się cieszyłam —zyskałam wygląd wojownika, gdy zdałam sobie sprawę, iż jest to znak, że mój trening się przedłużał. Inni uczniowie, często na poziomie bardzo zbliżonym do mojego (niektórzy też gorsi, ale cii…) dostali już swoje wojownicze imiona. Ja natomiast nie miałam pojęcia, jak długo będę musiała na to czekać.
To nie jest do końca prawda. A powód, dla którego być może (powtarzam: być może) musiałam tyle czekać, był mocno powiązany ze zmianą numer dwa. Przypuszczałam, iż prawdopodobnie nie nabyłam cech, które według mojego mentora charakteryzują doskonałego wojownika. Z większością się zgadzałam, także pracowałam nad ich włączeniem w mój charakter; z innymi było trudniej, gdyż nie przypadły mi do gustu, jednak i nad nimi pracowałam. Ważniejsze dla mnie było zostanie wojownikiem, niż piękne, bez skazy wnętrze. Zresztą, czy ktokolwiek takie posiada?
Nie możesz bać się samotności.
To było pierwsze z dwóch wypowiedzi Krwawego Zewu, które mocno zapadły mi w pamięci. Oczywiście, zaraz obok tej o egoizmie. Gdy jej usłyszałam, nie było niczym niezwykłym — proste słowa w formie przyuczenia do zasad mentora. Tym bardziej jednak próbowałam je zrozumieć, tym bardziej wiedziałam, iż są one dla mnie naprawdę ważne.
To by strasznie głupio brzmiało, gdybym zaczęła mówić, jak bardzo samotna jestem i doskonale o tym wiem. Więc nie będę tego robić. Mam przecież Cytrynowego Liścia, Konwaliowy Szron i Sikorkowe Szczęście. Tak czy siak, zamierzałam się słuchać tej rady w pierwszej kolejności.
Być może właśnie to, i pozostałe słowa Krwawego Zewu doprowadziły, iż skończyłam swój trening i zostałam wojownikiem.
Jedyne, o czym teraz myślałam, to była reakcja mojego mentora; kiedy otrzymałam imię Aroniowej Gałęzi, nie czułam praktycznie stresu, ale teraz mój żołądek robił sobie gimnastykę i wykręcał się na wszystkie możliwe sposoby.
Nie tchórzyć, tak? Czy stres podchodzi pod tchórzostwo?
<Krwawy Zewie?>
[ 709 słów, Aroniowa Gałąź otrzymuje 7 punktów doświadczenia ]

28 listopada 2021

Od Aroniowej Gałęzi CD Konwaliowego Szronu — ,,Polowanie na cytrynę" cz. 4

Podczas zimy, niedługo po śmierci skalnego: Aronia i Konwa są uczennicami.

Wpadłam na całkiem fajny pomysł. Cytrynek lubi kwaśne, nie? To może dałabym mu spróbować lemoniady, i powiedzieć, że przesyła ją Konwalia?
Właśnie to było powodem mojego odejścia i porzucenia mej siostry; nie miałam bladego pojęcia, gdzie mogę znaleźć lemoniadę. Kiedy wróciłam z bezowocnych poszukiwań, i tak soczek nie był potrzebny, bo Konwaliowa Łapa zdążyła już wszystko zniszczyć, znów próbując powiedzieć Cytrynowemu Liściu, jak bardzo jej na nim zależy.
— Zwariowałaś? — poirytowana wywróciłam oczami. — Ustaliłyśmy, że…
— Nic nie ustalałyśmy! — warknęła spokojnie uczennica, i chyba tylko ona umie się spokojnie wkurwić. — Sama wszystko ustaliłaś i dałaś mi gotowca.
Byłam zdenerwowana. I to jak. Ale co mogłam zrobić? Niech odpierdala jakie tylko chce cyrki, i tak to ona straci miłość! A w zasadzie ją straciła. O ile kiedykolwiek ją miała.
Chyba każdy z nas posiadał takie szczenięce zauroczenia…

— Co ty tutaj robisz? — zdziwiona i zmieszana spytałam się Fiołkowej, nie wiedząc, czy mam patrzeć razem z nią na wejście, czy ze zdziwieniem obserwować jej zafascynowany wyraz twarzy.
— Czekam na Cytrynka! On jest taki słodki i przystojny, że nie mogę! Zagadam go, jak tylko tu przyjdzie. Wiesz, chcę, aby był moim partnerem! To takie ekscytujące! — Jej ogon merdał jak szalony, a jęzor, wywieszony, latał w tę i we w tę. — Dobrze wyglądam? Specjalnie wskoczyłam do kałuży, chociaż nie lubię wody, no ale trzeba być czystym i schludnym.
Odebrało mi mowę. Spoglądałam na nią jak na śmiertelnie chorą, co w sumie było prawdą. Mruknęłam coś, na potwierdzenie jej słów. Zastanawiałam się, czy jej rak nie ma przerzutów i czy właśnie nie żeruje na fiołkowym mózgu. Wtedy odezwała się, jak zawsze pojawiająca się znikąd, Konwaliowa Łapa. Moja druga siostra, trochę normalniejsza. Tak mi się przynajmniej wydawało, zanim przeprowadziłam z nią rozmowę. Kiedy usłyszałam jej głos, podskoczyłam przerażona, przestraszona jej nagłym pojawieniem się.
— Wiecie, że kochacie go tylko dlatego, że jest najbliżej wam wiekiem? — ze spokojem powiedziała, jednak również szukała czegoś wzrokiem. Lub kogoś. Czy one obie się zakochały? Serio? Mają dopiero sześć księżyców. Wtem zorientowałam się, że ona też mówi o mnie! Też mi coś! Ja?! Zakochana?!
— Ale ja go nie…?!
— Jak śmiesz! — Sikorkowa Łapa, która właśnie podeszła wprost zagotowała się ze złości. Skąd ona się pojawiła? Ta rozmowa robiła się coraz dziwniejsza. Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. — Dyskryminujesz płeć piękną? Ja wolę suczki, bo ładnieeejszee ... sąą... — zamilkła, widząc przerażony wzrok Fiołkowej. — Hm... Ale obecnie rozglądam się za starszymi, wiecie, tak z 30 księżyców… One chyba doświadczone bardziej są… I nie będzie wypadków…
— Co ty… — próbowałam coś powiedzieć, ale słowa zamarły mi w gardle. Wycofałam się parę kroków. Fiołkowa Łapa mnie ubiegła, sama wyrażając swoją opinię na temat przemówienia naszej… przyjaciółki.
— To trochę dziwne… Wiecie co, ja suczki może zostawię ci… — powiedziała powoli, jakby ważąc każde słowo. Nadal nie czuła się pewnie po jej wyznaniu.
— Dzięki, ale już mam na oku…
— Wiecie, ja nie wiem co mam o tym sądzić — powiedziałam, ale nie dokończyłam. Konwaliowa obserwowała nas wszystkie, nie dając znaku życia. Być może Fiołkowa zaraziła Sikorkową rakiem miłości, który z kolei przesiadł się na Konwalię. Tak czy siak, kolejna uczennica przerwała nam.
— Cześć, dziewczyny, co robicie? — Słodka Łapa, siostra Sikorczej podeszła do nas, wesoła jak zawsze.
— Rozmawiamy o Cytrynku i starszych suczkach. — Jej siostra bez skrupułów podzieliła się tematem naszej rozmowy. — Nie uważasz, że Stokrotkowy Płatek jest se…?
— Chyba wy rozmawiacie, bo ja nie biorę w tym…!
— Dobra, weźcie sobie Stokrotkową, ale zostawcie mi Cytrynowego!
— Co? Biedna Konwa! Nie ekscytuj się nawet na jego widok, bo on jak chooooleeeraa kocha Konwaliową! Całowali się, namiętnie na całego i mielibyśmy w klanie miot, gdyby nie moja akcja ratunkowa. — Wszystkie suczki przerwały przekrzykiwanie się i gapiły się na nią, łącznie ze mną. — Serio, szkoda, że tego nie widziałyście! Chociaż może lepiej dla was, bo niektóre z was są trochę młode. Moja interwencja oszczędziła jej rodzenia, którego Konwa by nie przeżyła, no, chyba że jej wybranek romantycznie by ją uratował. Ale nie wiem jak, bo chyba musiałby włożyć pysk do jej organizmu. Wątpliwie przyjemne. Wracając do tematu, bo trochę odbiegłam… — Chyba nikt nie przejawiał zainteresowania (czyt. Wszyscy oprócz mnie) dalszym ciągiem wypowiedzi. — Lizali się jak najęci po pyskach, i widziałam, jak na siebie zerkali. Chociaż w sumie gdzie sobie zerkali. Myślałam, że on na nią lada chwila wskoczy!

Pokręciłam głową.
— Rób, co chcesz.
Nie minęło wiele czasu, kiedy rozmawiałyśmy znów; śnieg wydawał się powoli rzednąć, odsłaniając nagie konary drzew. W obozie wciąż panował głód, chociaż z racji lokalizacji w mieście nie było nowych zgonów. Ja sama zdążyłam przyłączyć się do paru patroli, na których odbierałam wciąż to nowe wskazówki od Krwawego Zewu i broniłam naszego jakże wspaniałego obozu.
Trochę nie rozumiałam, po co w ogóle patrolujemy te granice, skoro w taką pogodę nikt nas nie zaatakuje, ale okej, może chociaż zapach odświeżymy.
Tak, jak już oznajmiłam, z moją siostrą rozmawiałam ponownie. A nie była to najmilsza rozmowa.
— Aroniowa Łapo — donośnym tonem oznajmiła Konwalia, chociaż z sporą dawką smutku. — Musimy porozmawiać.
W ciszy więc usiadłyśmy w legowisku, zakopane pod warstwami grubej ściółki.
— Słucham?
— Daje sobie spokój.
Zlustrowałam ją zdziwionym spojrzeniem. Czemu? — spytałam.
— Mam dosyć. On sobie nic ze mnie nie robi, wszystko, co wyprawiam, jest na nic! — gdyby nie jej konwaliowość, mogłabym uznać jej ton za zdenerwowany.
— Czemu? — ponowiłam pytanie.
— Co czemu? Jego się spytaj Czemu?.
— No ale czemu do jasnej cholery?!
— Co czemu?
— No czemu nic ci nie idzie?
— No a skąd ja mam wiedzieć czemu, na Gwiezdnych?
— A czemu już od razu na Gwiezdnych? Czemu sama nie znajdziesz powodu?
Zamyśliła się na chwilę. Odparła ze zrezygnowaniem:
— No nie wiem czemu.
— A może on cię nie kocha? Tylko czemu…? Ach, dobra, wiem, też bym cię nie kochała na jego miejscu.
— …Co? — niezbyt inteligentnie poprosiła o powtórzenie.
— No co? Powiedziałam tylko, że na jego miejscu bym zabiła skurwysynów co próbują ciebie podrywać.
— Aronia, wyrażaj się… — westchnęła.
— A może on cię nie kocha?
Zapanowała cisza.
— Teraz to zauważyłaś?! — z nieskrywaną irytacją, obcą dla niej samej zapytała.
— Znaczy…
— Wypierdalaj.
— Konwa, wyrażaj się…
I tak oto, moi mili, zakończyło się Polowanie na Cytrynę. Jedno z najpiękniejszych zdarzeń w historii klanu. I mam nadzieję, że doczeka się ono własnej przepowiedni; te oto zdarzenie to był czyn legendarny, wynik wielu poświęceń, wspaniała historia miłosna i efekt idiotyzmu wszystkich uczestniczących.
Także dziękują za udział.
<Konwaliowy Szronie?>
[1040 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

26 listopada 2021

Od Aroniowej Gałęzi do Płomiennego Krzewu — „pytanie na śniadanie” [przygoda #30]

Ziewnęłam przeciągle, wstając z posłania. Lato. Upały. Pożary. Ale życie toczy się dalej, i nadal ktoś musi chodzić na polowania, czyż nie?
Tego gorącego ranka padło na mnie, i w towarzystwie Fiołkowej Skałki oraz Płomiennego Krzewu miałam ogromną przyjemność pójść złowić coś niecoś dla klanu. Jak można się domyślić, nie śpieszyło się mi jakoś specjalnie (ale i tak czekaliśmy z Płomiennym na trzeciego uczestnika, bo jego szczeniak koniecznie musiał mu coś powiedzieć. Akurat teraz. Moja kochana siostra, jak ja ją uwielbiam!).
— Proponuje pójść na targ — zaproponowałam raźno. — Słońce wstało dosyć wysoko, więc powinien być wystarczający tłum, by zgarnąć jakieś pożywienie.
Oba psy skinęły głową, zgadzając się. Płomienny, jako najbardziej doświadczony, poprowadził. Wysoka temperatura wydawała się nie robić mu różnicy, w przeciwieństwie do mojej siostry — Fiołek — strasznie męczyła się ze swoim grubym futrem, i szczerze jej współczułam, mimo że mi również nie było łatwo. W końcu moja sierść też pozostawała całkiem gruba, chociaż zima dawno się skończyła. Jaka szkoda! Chętnie powitałabym ten lodowaty śnieg znowu. Jak mogłam na niego narzekać?!
Nasza trójka rozdzieliła się, po dotarciu na miejsce, a mi mimowolnie przypomniał się trening z moim mentorem. Dawno temu (chociaż znowu nie tak znowu dawno. Powtarzam: szczęśliwi czasu nie liczą), on sam przeprowadził mi trening w tym miejscu. Nie miałam bladego pojęcia, jak mam się zabrać za kradzież. Obawiałam się, że przez mój brak dostatecznych umiejętności ściągnę na siebie nieszczęście.
— Ale Krwawy Zewie… — zamierzałam zadać pytanie, jednak przerwałam, gdy nie ujrzałam obok siebie jedynie pustkę. Swój wzrok przeniosłam kawałek dalej, w miejsce, w którym Dym przygniatał mojego mentora do ziemi. Zacisnęłam zęby i skupiłam się na swoim zdaniu. Zew sobie poradzi. Zresztą, w jaki sposób miałabym mu pomóc? To dorosły i doskonały wojownik, a ja jestem zwykłym uczniem.
Ostrożnie obeszłam stół i obserwowałam dwunożnego. Stworzenie nie było świadome mojej obecności, mimo iż bardzo bliskiej. Niemal ocierałam mu się o nogi. Wyglądał zabawnie, kiedy kwiczał coś do stojącego obok partnera, ale nie zbierało mi się na śmiech. Kiedy za którymś okrążeniem zdecydowałam się celowo musnąć zębami jego łydkę, stwór podskoczył, wykrzykując przekleństwa w swoim dziwnym języku. Chociaż spojrzał w dół, mnie już tam nie było.
Mianowicie zawisłam po przeciwnej stronie stołu. Niestety, mój skok nie należał do udanych i teraz walczyłam, aby nie spaść na podłoże.
Ooch, bycie uczniem było fajne. Naprawdę fajne. Ale w końcu jako członek starszyzny będę tęskniła za byciem wojownikiem... O ile kurwa dożyje. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek w naszym klanie za mojego życia zmarł ze starości. Ciekawe, jaki będzie powód mojej śmierci? Rozjechanie przez potwora? Zatrucie pokarmowe? Morderstwo?
Przez moją nieuwagę prawie odpowiedziałam na swoje pytanie; jednoślad był bliski rozjechania mnie.
— Cholerne jednoślady! — krzyknęłam, dorzucając kilka przekleństw, które zagłuszył klakson potwora. 
Od zawsze bałam się jednośladów. Ty przechodzisz na jedną stronę, one też. Ty próbujesz wyminąć je po lewej, a one próbują tego samego! Jakby czytały ci w myślach!
Znalazłam po niedługiej chwili stoisko, podobne do tego, na którym księżyce temu spróbowałam kradzieży; tym razem jednak dwunożny nawet nie zauważył mojej obecności, kiedy zwinnie zwinęłam z jego stołu spory kawałek mięsa.
Po chwili zastanowienia „pożyczyłam” jeszcze jabłko z innego stoiska. Raczej nie okaże się trujące, zresztą, najwyżej to je wypróbuję.
Położyłam je na chwilę na uboczu drogi, by wrócić do pierwszego targanu. Gdy powróciłam z czymś na rodzaj przypieczonego steku, moje oczy niemal rozszerzyły się ze zdumienia – pieszczoszek, dokładniej szczeniak, jadł mój owoc z apetytem.
— Hej! — warknęłam zdziwiona. Ten podskoczył przestraszony, chcąc uciec. Nie miałam problemu ze złapaniem go. Sorry.
— Prze…praszam? — wyglądał na przerażonego spotkaniem z wojownikiem. Pewnie ktoś mu opowiadał o strasznych kreaturach włóczących się po okolicach; tak przynajmniej podejrzewałam.
Zlustrowałam wzrokiem jego wystające żebra.
— Wyrzucili cię dwunożni? — spytałam.
Brak odpowiedzi.
— I dlatego nie powinno się im ufać — mruknęłam, a młody nie miał tupetu, by wyrazić głośno swoje (sądząc po jego minie również odmienne) zdanie.
Walczyłam z myślami. Klan powinien być na pierwszym miejscu, jednak…
— A weź sobie to jabłko — podniosłam wyżej głowę. Zaraz też dodałam miękko: — następnym razem spróbuj upolować coś sam, kiedy dwunożni to upuszczą.
Podziękował mi lekkim skinieniem głowy. Niemal przegryzłam sobie język, gdy zdałam sobie sprawę, że stoi za mną Płomienny Krzew.
— Ee… Cześć. — Z zakłopotaniem rzuciłam do psa, który stanął obok mnie. — Ten, my gardzimy życiem pieszczoszka, jak Gwiezdni przykazali i ten…
— Zresztą ja to sam upolowałem? — z brakiem pewności siebie próbował usprawiedliwić siebie wyrzutek, kłamiąc. Zagryzłam zęby ze złością, iż członek mojego klanu zobaczył, jak popełniam ustępstwo od kodeksu wojownika.
<Płomienny Krzewie? Już nie będę dokarmiać pieszczoszków> 
[731 słów, Aroniowa Gałąź otrzymuje 7 punktów doświadczenia]

21 listopada 2021

Od Aroniowej Gałęzi do Fiołkowej Skałki — „Trofea” [przygoda #33]

 Opowiadanie dzieje się tuż po zalaniu ruin w których Tenebris ma obóz, ponieważ zaczęłam pisać je dawno temu i nie chce mi się tego robić od nowa. 

Życie jest takie nudne. 
Być może nie odkryłam tego jako pierwsza, ale naprawdę, nie mam co robić ze swoim żywotem. 
Jakieś dwa wschody słońca temu (szczęśliwi czasu nie liczą) powódź zalała nasz obóz, dostarczając zastrzyku adrenaliny.  Ruiny nie były zbyt stabilne, przez co woda spowodowała ogromne zniszczenia. Do dnia dzisiejszego sprzątamy odłamki cegieł i próbujemy pozbyć się wody, co jednak nie jest takie łatwe, jakby mogło się wydawać. Uwierzcie mi, próbowałam sama. A jeżeli ja będąca wojowniczką nie potrafię tego zrobić, wątpliwe, że potrafi to jakiś inny wojownik.
To źle zabrzmiało. Udajmy, że tego nie było, okej?
Na czym skończyłam?
A, tak. Życie jest nudne, chociaż wtedy było trochę zbyt ciekawie. To był trzeci nieprzyjemny incydent z wodą, podczas którego miałam okazję się podtopić, i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nienawidzę płynów i członków Flumine. Są obleśni. Jak ktoś może chcieć nauczyć się pływać? I jak śmie n i e  b o i ć się tego?
Uważam się za odważnego psa, ale tego nie spróbuję nigdy. Nigdy. 
Znowu odchodzę od tematu.
Podczas powodzi psy ogarnęła panika. Największe emosy z klanu okazały się małymi szczeniaczkami, kiedy przerażeni krzyczeli o pomoc. Natomiast, o ironio, młodzi z żłobka nie pojmowały tragiczności sytuacji, i śmiali się wesoło, kiedy woda ich unosiła. Mniej zadowolone były karmicielki, muszące uganiać się za swoimi pociechami i wrzeszczące wniebogłosy. 
Wojownicy próbowali ratować swoich mentorów, co było trochę zabawne, zważywszy na to, że ci mentorzy próbowali ratować swoich (o ile ci mentorzy mentorów jeszcze żyli) a ci z kolei rzucali się na swoje dzieci, próbując ich uratować. Każdy chciał kogoś ratować, ale tego każdego ratować chciał ktoś inny. Wszyscy chcieli się ratować nawzajem ale nie ratowali siebie, i pewnie wszyscy pomarlibyśmy, gdyby nie parę trzeźwych psów w sytuacji (a w ich składzie znalazłam się ja).
Na zawsze zapamiętam Konwaliowy Szron modlącą się do Gwiezdnych, kiedy woda sięgała jej pyska. 
Przez dwa dni dzielnie pomagałam odbudować obóz; rozwalałam niektóre ściany, żeby woda mogła się wydostać, a potem wszyscy byli źli, że zawaliłam legowiska. Przynosiłam materiały, aby wsiąknęły wilgoć i dwa razy dziennie, razem z innymi uczniami, wymieniałam wszystkie posłania, co przyprawiło mnie o wyłączenie mózgu. Dzisiaj rano jednak miałam wrażenie, jakbym żyłam w wariatkowie, a świadomość, że to wielce prawdopodobne, nie pomogła mi pogodzić się ze swoim losem.
— Daj mi spokój — powiedziałam poirytowana, kiedy Fiołkowa poprosiła mnie o pomoc w pocieszeniu maluchów (dostały traumy, kiedy dowiedziały się, że mogły faktycznie zginąć).
Coś tam wszyscy mamrotali, że mogłam pomagać, ale wyszłam z obozu. Bo mi się nudziło, nie? Kto zabroni? 
Po krótkiej chwili postanowiłam, że udam się do parku. W Porze Nowych Liści powinno być w nim ładnie; paru dwunożnych w końcu da się ominąć, nie zwracając na siebie większej uwagi. Bez przedłużania wyruszyłam w wyznaczonym kierunku, ale nie musiałam wiele czekać, by spotkać coś, co skutecznie przerwie mój uroczy spacerek; jakiś dziwny samotnik, cuchnący krwią i z szaleństwem w oczach zbliżył się do mnie. Stanęłam więc, nie wiedząc, co robić.
— Jak cię zwą? — spytałam spokojnie.
— Chcesz zobaczyć moje trofeum? – zignorował mnie, mówiąc swoje. Może inny pies na tym miejscu wygonił by nieznajomego z terytorium swojego klanu, ale że nie jestem innym psem, to mruknęłam tylko:
— Prowadź.
Ten z kolei czuł się zobowiązany do podtrzymania rozmowy (albo najzwyczajniej w świecie do pochwalenia się) i kontynuował nasz cudowny dialog.
— Właśnie zabiłem swoją matkę. — Wyznał. — Strasznie mnie wkurwiała. Kiedy byłem mały, znalazłem lizaka, ale ona mi go zabrała, tłumacząc, że to jest dla dwunożnych, a ja się otruję. 
Kiwnęłam głową. Doskonale go rozumiałam.
— Więc zabiłeś ją za to, że zabrała ci lizaka? — dopytałam się. 
— Nie tylko za to. Też dlatego, że mówiła, że wojownicy są straszni i mnie zabiją, a ty przecież jesteś równa gościówa. 
Ponownie przytaknęłam. Jak my się doskonale rozumieliśmy!
Cieszyłam się również, że oddaliliśmy się od terenu ciemnych, bo, brońcie Gwiezdni, złamałabym jeszcze kodeks wojownika. 
— I co? Teraz pokażesz mi jej trupa?
— Tak. Poza tym, potrzebuję kogoś, kto pomoże mi rozgryźć jej ciało. Łatwiej będzie pochować ją w małych kawałkach, bo był z niej grubas, a mi się nie chce dużej dziury kopać.
— Nie ma sprawy.
Tak oto zaczęliśmy naszą wspaniała przyjaźń, która skończyła się kiedy tylko podeszła do nas Fiołkowa. Moja siostra nie umiała wybrać dobrego momentu na odwiedziny.
— Aroniowa! Co ty robisz? — spytała z trwogą. —Zabiłaś psa? Kto to jest?!
— Hej, młoda, nie panikuj. Wszystko pod kontrolą — odpowiedziałam z uśmiechem, odgryzając nogę martwej suce.
— Dobrze mówi — przyznał mi rację mój kolega, wkładając głowę nieżywej do otworu w ziemi.
— Co ty…
— Pomagam temu oto przedstawicielowi naszego gatunku — wyjaśniłam, a nasz przyjaciel podniósł głowę, na znak, że o nim mowa. – Musi pochować swoją matkę.
— Ale co jej się stało? I czemu wyszłaś z obozu? I czemu—
Włożyłam jej swój własny ogon do pyska (co było poświęceniem), aby ją przymknąć. 
— Po kolei — odparowałam. — Nie nadążam. 
<To jak? Przyłączysz się do zabawy, Fiołkowa Skałko?>
[795 słów: Aroniowa Gałąź otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

24 października 2021

Od Aroniowej Łapy (Aroniowej Gałęzi)

— Widzisz, Skalny Potoku? — Moje ciche pytanie zawisło w lodowatym powietrzu. — Zostałam wreszcie wojownikiem, po tylu księżycach żmudnych ćwiczeń. Teraz nie jestem od ciebie gorsza — dodałam głośniej.
Wokoło była cisza. Wiatr delikatnie szeleścił między nagimi gałęziami drzew, poruszając nimi, a było to jedynym widzialnym zwiastunem przyjścia Pory Nagich Drzew. Były jednak też niedostrzegalne znaki: zimny wiatr przeczesywał mi sierść i syczał. Aroniowa Gałąź, Aroniowa Gałąź, zdawał się mówić szeptem. Wiedziałam jednak, że to tylko niedawne wspomnienie wołających psów roznosi się echem w mojej głowie; moje mianowanie wydawało się mieć miejsce wieki temu, kiedy minęło zaledwie parę dni od tego momentu.
Widzisz, Skalny Potoku? Dlaczego wciąż oczekiwałam odpowiedzi na swoje pytanie, skoro mój ojciec nie żył? Czy spodziewałam się, że odezwie się z Infernum? Nie wiem.
— Co odpowiesz? — powiedziałam wyzywająco, ponawiając pytanie i czując rosnącą irytację oraz złość. Denerwowała mnie własna bezsilność w sprawie wybierania swojego rodowodu. A przecież mogło być tak pięknie…
Większość psów cieszy się swoimi nowymi imionami wraz z rodzicami, którzy czekają na tą chwilę od narodzin szczeniąt. Z niecierpliwością wyglądają całego życia potomków, widząc, jak te dorastają i kształtują się. Pojawia się u nich wola: chcą zostać medykiem, wojownikiem, liderem lub mówią o odejściu z klanu. Ja natomiast pozostałam sama sobie, wraz z moimi dwiema siostrami, a wątpliwe, żeby moi rodziciele kiedykolwiek myśleli o mnie ciepło, starając się przewidzieć moje kroki.
Musieliście nas zostawić, prawda? Czy egoistycznie wybraliście ścieżkę jedynie dobrą dla was?
Być może Malwowy Ogon była kiedyś dobrym psem. Być może i Skalny Potok również kiedyś nim był — dlaczego więc tak trudno mi ich sobie wyobrazić, jak się o nas martwią? Widocznie podświadomie nie mogłam pojąć, że byłoby to możliwe. Od zawsze znałam ich jako surowych i wyrodnych rodziców, chociaż nie wiem, czy mogę mówić, że znałam swoją matkę. Na oczy widziałam ją raz, a to, czego dokonała, wielce odbiega od moich wyobrażeń o idealnej rodzinie.
Były takie chwile, kiedy zastanawiałam się, co ja w zasadzie tutaj robię. Wydawało mi się, że pozostał mi jeden szlak, a cokolwiek nie zrobię, skończę tak, jak moi rodzice. W Infernum. Bez wyjścia. Czy już nie lepiej odejść go Bezgwiezdnych, do cholery?
Starałam się ukryć sama przed sobą, że moja wybuchowość wynika z przepełnienia złymi emocjami, od których niemal zawsze roiło się w moim wnętrzu. Nagromadziły się one przez moje doświadczenia, moje otoczenie oraz przeze mnie samą. Przed oczami stanęły mi dwa wydarzenia o niesamowitym podobieństwie. Najpierw Skalny Potok, podtapiający mnie za karę za włóczenie się po terytorium klanu, a następnie Krwawy Zew — mój mentor, testujący wytrzymałość szczeniaka, którego dostał pod opiekę. W obu czułam okropną, dławiącą samotność. To samo przerażenie i instynktowną chęć wydostania się z pułapki. Uczucie, że nie daję rady — że przegrałam. Że to koniec.
Kolejne wspomnienia? Spędzenie mojej pierwszej Pory Nowych Liści zamknięta w żłobku. Strach, że zabiłam Cytrynowego Liścia, będącego wtedy Cytrynkiem. Kiedy widziałam, jak mój ojciec jest bliski pobicia mojego przyjaciela. Gdy dowiedziałam się, że moim mentorem będzie Krwawy Zew.
Sama zdziwiłam się sobie, że się tak rozczulam. Prychnęłam i oburzona odeszłam z miejsca zdarzenia, nie oglądając się za siebie. Każdego czasem łapią mentale, co nie? Ja nie chciałam sobie na nie pozwolić. Musiałam skupić się na przyszłości.
[524 słowa: Aroniowa Gałąź otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

21 października 2021

Od Aroniowej Łapy

Był wtedy pewny słoneczny, oszroniony poranek. W obozie Tenebrisu panowała cisza; większość klanowych psów spała, zakopana w podwójne warstwy ściółki, poprzedniego dnia wymienionej przez uczniów. Mimo tego pozornego spoczynku poranny patrol oraz polujący zdążyli już wyruszyć, zabierając ze sobą część wciąż uczących się członków klanu. Druga część młodzików, ćwiczyła pod okiem swoich mentorów strategię, próbując nadrobić swoje zaległości, które praktycznie wszyscy mieli. Pora nagich drzew nie oszczędzała nikogo.
Ja to dobrze potrafię być narratorem, co nie? Zresztą ja dobrze umiem robić wszystko. No dobra, tylko z młodymi nie umiem się obchodzić. Ale tak to wszystko.
Sprawa jest prosta – jestem ciocią Karmazynka i tych innych bachorów, których imienia zapomniałam, a teraz mam z nimi treningi. Dobra, generalnie może nie należę do najbardziej bystrych osób, skoro zwróciłam na to uwagę po jakiś czterech księżycach (ile oni w ogóle mają księżyców?), ale myśl, że Śnieżka skończy trening przede mną była przybijająca. Tym bardziej że to głupi kurdupel od mojej siostry, a nasza relacja raczej pełna sympatii nie jest.
Wnioski? Wbiję ten durny trening szybciej, muahaha! Pocałujcie mnie w tyłek, u c z n i o w i e.
Ziomki, cały ranek harowałam razem z innymi ćwiczącymi na patrolu łowieckim, objaśniając im, jakie robią błędy i wkurwiając tym ich mentorów, aż w końcu powstrzymał mnie Krwawy Zew. To było poświęcenie się w celu edukowania. Dbam o to społeczeństwo. Z pyskiem wypełnionym dumą (albo raczej pogardą dla szczenów) przyniosłam na stos zwierzyny wiewiórkę i szczura. Ha! I kto jest najlepszy? Brawa jakieś czy oklaski?
Tamci też coś przynieśli, ale o to mniejsza. Ważne, że po porannym łowieniu Krwawy Zew zabrał mnie na ćwiczenie strategii i rozwijanie inteligencji. Zadał mi parę durnych zagadek, a ja z niecierpliwością odpowiadałam jakieś głupoty (które okazały się poprawnym rozwiązaniem, bo moje IQ wychodzi poza skalę), co przybliżyło mnie do...
...zostania wojownikiem? Nie... Mój trening tu się skończył. Co to nie, po co niby, pierdolę! Krwawy nie powiedział „Oh, Aronia, ale ty jesteś zajebista! Chyba aż powiem liderce, żeby cię na wojownika walnęła”. Nie, skąd! Nie przejmował się moimi wrażeniami i poszedł sobie ćpać z kolegami. Miałam ochotę powiesić go na drzewie, ale że nie umiem się wspinać, a dodatkowo my (Ciemni mam na myśli) niby okazujemy mentorom szacunek, więc tego nie zrobiłam. Zamiast tego zasuwałam cały tydzień, calutki tydzień, w śniegu i błocie, aż moje oczy się przekrwiły ze zmęczenia, a łapy niemal odpadły, ale za to mój zapał wstał z umarłych. W sensie ta część o tym, że zostanę liderką, a nie ta, że trafię do Coleum, bo to raczej wątpliwe. Jeżeli cokolwiek dziedziczy się po swoich rodzicach, to najwidoczniej musiało to trafić do mnie, skoro moje siostry są bez skazy. A z jakiegokolwiek rodzica swoich cech nie wzięłam, wykręcę się późno i trafię do Infernum.
Nie ważne, przejdźmy do treningu. ALBO RACZEJ DO JEGO ZAKOŃCZENIA.
Oh, Gwiezdni, wy to macie psychikę tak nękać psa. Cieszę się, że przynajmniej zakończyliście moją traumę treningową jakimś miłym wydarzeniem.
 — Aroniowa Łapo — powiedział mój mentor pewnego słonecznego, oszronionego poranka. W obozie... zaraz, co? Dobra, przejdźmy do tego, co powiedział.
 — Myślę, że jesteś gotowa zostać wojownikiem.
Skoczyłam na niego, szczekając i merdając ogonem. Potem zaraz się wyprostowałam, zostawiając go w agonii po zdeptaniu przez mamuta, i zawitałam w legowisku wojowników. Obudziłam moją śpiącą siostrę i kręciłam się, jakbym dostała ADHD.
 — KONWALIA, NIE UWIERZYSZ! — szczeknęłam.
 — Cytrynek się we mnie zakochał? — jej oczy zaszły łzami wzruszenia, kiedy ocierała swoje oczka mchem.
 — BĘDĘ WOJOWNIKIEM!
Moja siostra westchnęła. Coś w stylu: Gwiezdni, weźcie ją zabierzcie. Co jej odwala znowu?
 — Skąd wiesz, że zaliczysz ocenę? — spytała jak zawsze zapobiegliwie i trzeźwo.
W tym momencie zrobimy skip do właściwej oceny. Widzieliście pewnie lepsze.

***

 — Dobra, Aronia, skup się. — Mruknęłam sama do siebie.
Postanowiłam polować na sarny. Czemu nie? Wiadomo, gdzie są: dwunożni dają im żarcie na obrzeżach miasta, żeby z głodu nie zdechły. W sumie to dobrze. Padliny nikt by nie chciał jeść.
Stuknęłam się łapą w czoło. Ale jestem idiotką. Przecież na naszym terenie nie ma saren, tylko były gdzieś blisko Industrii. Nie wiem. Ale skądś o nich słyszałam.
Zmieniłam więc kierunek i stwierdziłam, że wezmę się za królika.
Nie no, tak na serio to wzięłam się za wiewiórkę. Z racji, że Tenebrisy nie wspinają się, to w tym zadaniu musiałam wykazać się jakże wielką umiejętnością strategii. Siedem księżyców temu upolowałam wprawdzie jedną, ale kogo to obchodzi.
Potem zastanawiałam się nad myszą, ale w końcu to była znowu wiewiórka. Bo jakoś tak dziwnie ciągle poluję na te wiewiórki...
Trochę chaosu było w tym polowaniu, a na myśl, że obserwował to coś Krwawy Zew, robi mi się niedobrze. Wiecie, patrzył, jak jego własna uczennica kręci się bez sensu w kółko, próbując złapać jakiś trop. Wizerunku inteligencji nie dodał mi fakt, że w powietrzu unosiły się zapachy zwierząt, a ja jak głupia szukałam wiewiórki. Szczęście, że swoją wiewiórkę dostałam, bo patologiczne byłoby wrócenie z pustym pyskiem, kiedy na szali jest moja wojownicza przyszłość.
Ruda, w pełnej okazałości, siedziała pod drzewem. Wygrzebywała z jakiegoś dziwnego pudełka dwunożnych orzechy, które rozgryzała dużymi zębami. Wydawała się czekać na kogoś, kto przyjdzie i ją zabije. W obawie, że ucieknie, powoli skradałam się do niej według wszelkich zasad, które znałam. Gdybym więcej słuchała objaśnień Zewu, to pewnie nie uciekłaby mi.
 — Cholera! — krzyknęłam poirytowana sama do siebie. — Ty kurwo!
Jednocześnie przeklęłam i siebie, i wiewiórkę, i mojego mentora zaczajonego pewnie w krzakach. Szkoda, że Skalny nauczył mnie takich brzydkich słów. Nic dobrego ze mnie nie wyrośnie, skoro tak okazuje szacunek światu.
Zgapiłam nadświetlną szybkość od Żałobnej Pieśni (współczuje, swoją drogą, chujowa liderka, że cię tak nazwała) i dogoniłam zwierzę. O mało nie spaliłam się ze wstydu, kiedy wiewiórka szybko mi się wyrwała i wbiegła na najbliższe drzewo. A kolejną sekundę potem zastygłam, gdy gałąź urwała się i spadła, miażdżąc rudą.
 — Sama ją upolowałaś? — ze zdziwieniem spytał Krwawy Zew godzinę potem, ponieważ przestał mnie obserwować w momencie, gdy uciekłam za werwą. Dziwił się stopniu zmiażdżenia zwierzęcia i pewnie wątpił, że tak wyglądałoby upolowane zwierzę.
 — Sama — potaknęłam zadowolona. Po chwili ciszy przyjął moją odpowiedź. Chyba się ulitował.
Dzięki, Gwiezdni. Odwdzięczę się wam kiedyś. 
 
[1022 słowa: Aroniowa Łapa otrzymuje 10PD oraz 4PT]

14 września 2021

Od Aroniowej Łapy — ,,Polowanie na cytrynę" cz. 3

— Dobra — powiedziałam do Konwy. — Będziesz go stalkować. 
— Stalkować? — z powątpiewaniem spytała moja siostra. Pokręciła głową ze spokojem. — To się nie uda. 
— Jak to się nie uda, to nie uda się nic — warknęłam poirytowana. — Rozumiesz, że to koniec? Nie kocha cię, tylko inną. Musisz mu pokazać, że ci zależy i że jesteś od niej bardziej zaangażowana. A Stokrotkowa to poważny przeciwnik, mówię ci. 
Jej podejście mnie irytowało prawie tak bardzo, jak fakt, że wszystkie moje pomysły spełzły na niczym. Gdyby moja siostra mnie słuchała, już dawno miałaby partnera i garstkę bachorów. Problem tylko, że ma mnie w głębokim poważaniu i robi to, co jej się żywnie podoba. 
— Zostawisz to Gwiezdnym? — warknęłam, ciągnąc. — Jakoś ci nie pomagają ostatnio, nie sądzisz?
Dlaczego mieliby się tobą opiekować? Twoi rodzice poszli o Infernum, a to trochę o nich mówi. I o tobie. 
Konwaliowa Łapa spojrzała na mnie z niedowierzaniem zmieszanym ze złością. 
— Wątpisz w Gwiezdnych? To dzięki nim żyjesz. To oni się tobą opiekują — w jej oczach błyskały gniewne błyski. — Gdyby nie oni… 
— Konwa, daj spokój — westchnęłam, przerywając jej. Spojrzałam jej w oczy i powiedziałam łagodnie: — próbuję ci pomóc. Zaufaj mi. Jeżeli go kochasz, to powinnaś zrobić wszystko, aby to odwzajemnił, prawda? 
Moja siostra wyglądała na niepewną. 
— Może powinnam dać za wygraną. Aroniowa Łapo, on jasno powiedział, że nic do mnie nie czuje… oprócz przyjaźni. — Powiedziała, a w jej oczach widać było zrezygnowanie. 
— No nie! — teatralnie krzyknęłam. — Zamierzasz się poddać po całej swojej pracy? Wyrzucić te księżyce w błoto?! Spójrz na mnie, no spójrz. Połaź za nim przez chwilę i spraw, abym nie miałam wyrzutów sumienia, że nie zrobiłam wszystkiego, co mogłam. 
Zawahała się, ale pokiwała głową. To chyba była manipulacja. Ach, walić to. 
— I jeszcze jedno — powiedziała ciszej. — Nie wątp w Gwiezdnych. Jeżeli to się nie uda, to widocznie tak sobie zażyczyli. 
„Dobra” — mruknęłam pod nosem, machając jej ogonem na pożegnanie. 
— Zaczynamy od wschodu słońca — powiedziałam, odchodząc. — Włóż w to cały swój wysiłek. I całe swoje serce. 
Mimo wszystko czułam, jakby traktat rozbiorowy był już podpisany. Przegrałam. Konwaliowej Łapie na pewno się uda. Rozwali tylko tę marną przyjaźń z Cytrynowym Liściem. 
Ciekawe, czy on serio kocha Stokrotkową. Gdyby tak, to trochę byłoby mi szkoda. Cóż, trudno mi powiedzieć, c o  d o k ł a d n i e mnie z nim łączyło. Nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że się w nim zakochałam (i nie dopuściłabym do tego, bo on jest tylko moim przyjacielem), ale jednocześnie zżerała mnie złość, na myśl, że mógłby związać się z tą nudną, zasraną, śnieżnobiałą księżniczką. 
Hej, to uważa Aronia, nie ja, oki? Stokrotka jest spoko. 
Skorzystałam z chwili wolnego i poszłam obrobić legowisko uczniów. Co prawda, dołączyła do mnie garstka nowych uczniów, dzięki czemu nie byłam z tym całkiem sama, ale wciąż wydawało mi się, że naumyślnie dowalają mi obowiązków. Cztery posłania dziennie to nie jest trochę za dużo, jak na kogoś tak filigranowej budowy jak ja? Hę? 
— Zrobić jeszcze te dwa? — skinęłam na Karmazynka i nawet nie czekałam na jego odpowiedź, gdy dodałam: — Dzięki. 
Tak oto zyskałam trochę wolnego czasu, który spędziłam, gapiąc się w niebo.
Gdy wróciłam, to zobaczyłam, że Karmazynek nie wymienił mchu z posłań, które zgodził się obrobić.

***

— Rusz się, Konwalia — poirytowana szturchnęłam moją siostrę. — Nie stój tak. Cytrynek to nie drzewo, nie będzie łaskawie czekał, aż zaczniesz go śledzić. 
Moja siostra z wrodzonym spokojem kiwnęła głową, myśląc o niebieskich migdałach. Szturchnęłam ją mocniej, niemal zwalając na ziemię, co wreszcie sprowadziło ją do rzeczywistości.
 — Uważaj, bo Gwiezdni zaraz cię zabiorą do siebie — mruknęłam. — Wpadniesz w taki trans, że już z niego nie wyjdziesz. Co to jest? 
Spytałam się, patrząc na dziwny karton, i wystający z niego patyk. 
— To pili dwunożni — odpowiedziała wojowniczka. — Chciałam się napić, ale… 
— Idź, idź — oznajmiłam, przysuwając do siebie napój. Pociągnęłam z rurki parę łyków. — Zaopiekuj się Cytrynkiem, a ja się zaopiekują tą lemoniadą. 
Wreszcie przestała stać jak kołek, i odeszła (chociaż odwracała co jakiś czas na mnie wzrok, a ja przerywałam picie, udając, że wcale nie jestem w połowie opakowania). 
— Na co czekasz? — krzyknęłam, przez co parę wojowników odwróciło się w moją stronę. — Robota się sama nie zrobi. 
Konwaliowy Szron zniknęła, idąc tropem Cytrynowego Liścia. Ja natomiast, popijając soczek, rozmawiałam z Sikorką na temat babskich spraw. Nasza rozmowa obrała kierunek Stokrotkowy, a gdy obdarzyłam tę sukę paroma przymiotnikami, Sikorkowe Szczęście się na mnie obraziło. Ale chyba się odobraziła, gdy przyznałam, że dziewczyna Cytrynka nadal jej seksi. 
Doceńcie to, bo naprawdę mnie to zdanie sporo kosztowało. Trudno stwierdzić, czy przyjaźń z wojowniczką była tego warta, ale dobra, lać to. Już mi to zwisa. Stało się. 
Miejmy nadzieję, że nigdzie tego nie rozpowie, bo chyba posiekam się na kawałki i zakopie gdzieś. 
Lepiej nie, bo jeszcze jako samobójca trafię do Infernum. O ile Milfowa nie zabiła jeszcze Skalnego, to ja mogę posłużyć jej za dynamit. 
Ciekawe, jak dają sobie radę? Chyba poproszę ją o email, bo jestem ciekawa, co tam razem porabiają. (Czy umarli mogą mieć szczeniaki?) 
— Aroniowa Łapo! 
Trochę wkurwiało mnie, jak Konwalia mówiła na mnie niemal zawsze pełnym imieniem, ale tym razem puściłam to płazem. Następnym razem nie będę taka miła. 
— Czego? — ziewnęłam. 
— Gdzie jest moja lemoniada? — podejrzliwa, jak zawsze, zadała pytanie. 
— Hm… Chyba w moim nieczystościach. 
— Wiedziałam, że nie mogę ci ufać. 
— Dobra, gadaj, jak tam z Cytrynkiem — zmieniłam temat, obiecując sobie, że jeszcze kiedyś porozmawiam o tej lemoniadzie z siostrą. — Co tutaj robisz? 
— Przyszłam zjeść — odpowiedziała, pokazując mysz, którą dla siebie wybrała. — Zgodnie z twoją wolą śledziłam go, jednak ja również potrzebuję odpoczynku. 
— „Również?” To znaczy, że on tu gdzieś jest? 
— Ciągle go obserwuję — odparła, siadając na uboczu. Podążając za jej wzrokiem, istotnie natrafiłam na Cytrynowego Liścia. 
Zostawię ją samą. Przecież nic się nie stanie. 
Myliłam się. 
 
[1003 słów: Aroniowa Łapa otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia oraz 2 Punkty Treningu]