Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mleczne Oko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mleczne Oko. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2022

Od Mlecznego Oka CD Nocnej Furii

Drodzy Gwiezdni. Dziękuje za wszystko, co mi daliście. Proszę, o jeszcze jeden dobry dzień i prowadźcie mnie w nocy przez sny.

Czekała aż się odsunie. Aż warknie na nią, chociaż wiedziała gdzieś podświadomie, że tego nie zrobi. Zamknęła oczy, nie potrafiąc patrzeć na niego w tym stanie. To bolało. Nie powinien tak wyglądać. Przyzwyczaiła się do swojej sarkastycznej i wrednej Nocnej Furii, nie do złamanego psa, który nie wie co ze sobą zrobić.
To było dobre słowo, bo Mleczna mogła go używać bez wyrzutów sumienia. Przyzwyczaiła się. Wiedziała, że będzie na nią czekać na patrolach, a Jasny bez mrugnięcia przydzielał ich do siebie. Powstrzymywał głupie komentarze, zapewne po to, by nie słyszeć niewygodnych pytań o niego i jego psychopatę.
A potem Nocny zniknął i miała wrażenie, że wszystko posypało się przed jej oczami.
— Jesteś mi to winien. — odsunęła się, by swobodnie spojrzeć mu w oczy. — Życie. Bycie szczęśliwym. Jeśli nie chcesz robić tego dla siebie, to potraktuj to jako spłatę długu. Nie pokiwał głową, nie odpowiedział, jednak zdawało jej się, że widzi w jego oczach zrozumienie. Wtedy ona sama skinęła łbem i wróciła do poprzedniej pozycji, przytulając go do siebie.
— Ty…
— Dla swojego dobra, zamknij się — powiedziała i w odpowiedzi usłyszała prychnięcie. Nie był to śmiech, ale musiało jej na razie wystarczyć. Posłuchał jej tylko przez moment. Cieszyła się tym milczeniem, póki mogła. Zaraz jednak poczuła, jak bierze wdech.
— Chcesz o to zapytać, prawda?
— Mhm. — Nie chciała mu kłamać. — Ale ty nie chcesz mi o tym mówić. Dlatego nie musimy rozmawiać.
— To co, będziemy tak siedzieć przytuleni?
— Nocny — warknęła. Samiec położył łeb na jej głowie i przez sekundę zesztywniała. To był sygnał, że trzeba iść. — Chodź, czas do domu. Dam ci się wykąpać w wodzie, jeśli ładnie poprosisz. Śmierdzisz.
— Dzięki — odpowiedział, samemu wstając. Nie wyglądał dużo lepiej. Wciąż miała wrażenie, jakby miał rzucić się na pierwszego, lepszego psa. Ale nie na nią. To sprawiało, że było jej trochę lżej na sercu.

Drodzy Gwiezdni, miejsce w opiece mojego ojca, babkę, siostrę i kuzynki, gdziekolwiek się nie podziały. Spójrzcie na nich łaskawym okiem.

— To boli — powiedziała, nie patrząc na niego. Mieli wspólne polowanie. Zrobiło się na nowo ciepło, każda zwierzyna opuściła już nory, a dwunogi zaczęli chętniej opuszczać swoje domostwa. Gdzieś na drugim krańcu ruin kręciła się Stokrotkowy Płatek, Sikorkowe Szczęście i Turkuciowy Trucht. Odłączyli się od nich na początku, uznając, że tak duża grupa jest niepotrzebnie głośna i lepiej się podzielić. Wpadli na trop jakiejś zbłąkanej owieczki, która uciekła z terenów Ventusu. Był jednak na tyle słaby i wątły, że nawet ona nie miała pewności, czy ją znajdą.
Było między nimi lepiej. Nie tak jak wcześniej, ale lepiej niż na początku pory nowych liści.
Wtedy czuła się niezręcznie w jego towarzystwie. Poznała sekret, którego nie powinna znać. On też uspokajał się powoli, jakby z każdym dniem coraz bardziej upewniał się, sama nie wiedziała w czym. Nie pytała się o nic. On też nie pytał, ale czasem zaczynała sama mówić. Nie przerwał jej. Nie wtedy, jeśli wspominała o bliźnie albo Jasnym. Ten drugi temat pojawiał się rzadko. Bardzo rzadko, bo wiedziała, że największych ciężarów z serca zrzucić nie może. Poznała jego tajemnice i nie miała prawa ich dzielić z kimkolwiek. Nawet jeśli coś kłuło ją, gdy patrzyła na swojego ukochanego mentora i wiedziała, że ma krew niewinnego psa na łapach i dziecko, które woli o nim nie wspominać.
— Hm? — mruknął, ale widziała, jak zastrzygł uszami.
— Rana. Ona stała się jedną wielką blizną, skóra jest tam twarda. Nic się nie stanie, jeśli mnie tam dotkniesz. Niemal tego nie poczuje. Ale wystarczy, że pogoda jest gorsza. Albo nadchodzić burza. Wtedy piecze. Boli. To trochę oszukane. Myślałam, że z czasem się poprawi.
— Da się coś z tym zrobić? — Prawie uznała go za zainteresowanego.
— Nie. Rozmawiałam o tym i z Pajączkiem i z Lisim. Taki jest po prostu mój los.
Zamilkli. Czekała aż Nocny rozejrzy się po okolicy, powierzając wypatrywanie ofiary jego sprawnemu oku. Pokręcił łbem. Przyłożyła nos do ziemi i wciągnęła powietrze. Czuła tu coś innego, ale uparła się już na tę owcę. Chciała przynieść do domu coś porządnego.
Przez chwile kręcili się w ciszy, próbując znaleźć ofiarę, nawet jeśli ta mogła już dawno zniknąć z zasięgu ich kłów i pazurów. Może nawet wróciła do Ventusu.
— Lubię to imię.
— Kłamiesz.
— Tylko trochę — przyznała. — Ale dziwnie czułabym się z innym. Mleczna Oko może brzmieć chujowo, ale przynajmniej to coś mojego. Wyjątkowego.
— Mogli ci dać lepsze — mruknął, odrywając na chwile nos od ziemi.
— Mogli. Jakie ty byś mi dał?
— Wkurwiająca… — Mleczna jęknęła.
— A no tak. Zapomniałam, że rozmawiam z debilem. — Uderzyła go ogonem w pysk i przyspieszyła.
Na pysk wkradł jej się uśmiech, którego nie chciała mu pokazać. Za tym też trochę tęskniła, ale przecież nie musiał wiedzieć. Jeszcze głupek zacznie sobie coś wyobrażać. Na to nie mogła pozwolić, bo jeszcze mózg mu się przegrzeje.

Drodzy Gwiezdni, dajcie nam obfite łowy i ciepłą pogodę. Nasz klan miał trudny czas, pozwólcie mu odpocząć przed mrozami.

— Klan plotkuje.
— Spotykasz się z psychopatą, Jasny.
— Tylko tak ci mówię.

Gwiezdni, obdarzacie nas dobrym zdrowiem w tym ciężkim czasie. Psy znowu zaczynają chorować, a za granicami dzieją się złe rzeczy.

Zawsze była pewna, że śnieg zabierze Złoty Kwiat. Mrozy zniszczą doszczętnie jej stare kości i pogrzebią posiwiałą sierść pod warstwą szronu. To jednak nie one, a popołudniowe deszcze były ostatnim, co mogła usłyszeć. Mleczne Oko miała odwiedzić ją w leżu po zachodzie słońca. Siedziała wraz z Jasną Gwiazdą w legowisku medyka, podśmiechując się cicho, że został tu zamknięty przez pchły. To był zwykły dzień. Nudny. Nieodpowiedni. Jej blizna zaczynała boleć, ale to nie był jeszcze ten ból, którego nie mogła znieść. Nieprzyjemne szczypanie, które zwiastowało nadchodzącą burzę. Pożegnała się z psami, nim nie ruszyła w stronę znajomego zapachu. Złota lubiła spacery, nawet jeśli jej łapy były już schorowane i ledwo ciągnęły ją do przodu. Mleczna kierowała się w jej stronę, lekko zaskoczona, że samica dała radę odejść tak daleko od ruin.
Mżawka zdążyła zmoczyć jej futro. Ono zakryło zamknięte oczy. Mleczna poczuła, jak dech zamiera jej w piersi, gdy zobaczyła leżącą samice.
— Babciu, co ci jest?
Zabiła wystarczająco dużo zwierzyny, by wiedzieć, jak wygląda śmierć.
Pochowali jej ciało wśród piorunów i grzmotów. Nie słyszała słów Jasnego, wypowiedzianych przy wschodzie słońca. Nic nie słyszała. Próbowała wymodlić dla niej zbawienie w myślach. Nie umiała nawet złożyć zdania. Nie dostała patrolu przez następne dwa dni. Wiedziała, że Jasny chciał dać jej szanse na przeżycie żałoby. To tylko wszystko pogorszyło.
Spędziła cały czas z Potokową Łapą. Pokazywała uczniowi zakątki klanu, do których zwykle go nie zabierała. Niechętnie znów oddawała go Jasnemu. Chciała towarzystwa, które nie wymagało od niej żadnych odpowiedzi.
— Mleczna — usłyszała jego głos, jeszcze zanim wyczuła obecność. Oczywiście, że podszedł z jej uszkodzonej strony. No po prostu oczywiście.
— Czego chcesz? — warknęła. Nawet jeśli nie chciała, to i tak nie powstrzymała dźwięku, który wydobył się z jej gardła.
— Zostaliśmy wspólnie wyznaczeni.
— Na co?
— Zgadnij — prychnął. — Na polowanie.
— Dzisiaj kolej Srebrnego Pyłu, Żółtego Śniegu i chyba… — odwróciła się, akurat by zobaczyć, jak przewraca oczami.
— Dobra, nie zsikaj się ze szczęścia. Nie będę cię namawiać, sam pójdę.
— Dobra, nie jęcz. Idziemy.
Nic do niej nie mówił. Doceniała to. Prowadził. Ona nie musiała myśleć. Tylko robić, tylko działać.
Nie pamiętała nawet, co upolowali. Liczyła się tylko krew w pysku i ból mięśni. Polując, nie trzeba było nad niczym się zastanawiać. Nie trzeba było pamiętać.
Wróciła zadowolona i dysząc ciężko.
— Nie byliśmy dziś wyznaczeni, prawda? — zapytała, gdy zbliżali się do ruin. Samiec nie zaprzeczył, tylko dalej patrzył przed siebie. Mleczna uśmiechnęła się lekko.
— Dzięki dupku.
Gdyby go lepiej nie znała, powiedziałaby, że on też się uśmiechnął.

Gwiezdni, nie zsyłajcie nam już żadnych wydarzeń. Dajcie żyć w spokoju.

Śnieg pokrył ich tereny. Krzywiła się, gdy nikt nie patrzył, jak tylko pierwsze mrozy nadeszły. Czekała na dzień, gdy wróci ciepło i słońce. Ono jednak postanowiło kazać jej czekać.
Wrócił zwyczaj ich wspólnych patroli. Odwiedzała miejsce spoczynku babci parę razy na księżyc. Było dobrze.
— Potrzebuje twojej pomocy. 
— A co, sama sobie nie poradzisz? — zapytał Nocny, ale i tak wstał z miejsca. Mleczna odwróciła się i walnęła go ogonem w bok, by się pośpieszył.
— Chcę to załatwić szybko — odpowiedziała. — Jasny kazał mi sprawdzić, skąd przyjeżdżają hycle.
— Myślisz, że go nie zauważysz? — zapytał. Odwarknęła tylko na niego w odpowiedzi.
Hycle rzeczywiście kręcili się bardziej po ich ziemiach. Niektórzy powtarzali, że będą musieli się z tym mierzyć przez całą wiosnę.
Nie znaleźli źródła problemu. Pokręcili się chwile po ich terenach. Zjedli gołębia, który leżał martwy na ziemi. Czas minął za szybko.
— Nocny, rusz tyłek.
— Hm?
— Idziesz ze mną, będę pokazywać szczeniakom dworzec. Sama ich nie upilnuje.
Ćmia Łapa wpadła w kałużę. Szczeniaki pierwszy raz widziały wielkiego potwora, Mleczna sama zadrżała, widząc go tak blisko siebie. Pozbierali zioła, które Lisek uznał za nieprzydatne. Nocny wyglądał na cierpiącego, ale się nie zostawił jej.
— Chodź na patrol.
— Byliśmy wczoraj.
— No i będziemy też dziś.
Nie widzieli nic ciekawego. Opowiedziała mu, jak jej siostra kiedyś przestraszyła się myszy i utknęła w krzakach. Znaleźli ładną puszkę, którą postanowiła przynieść szczeniakom Jasnego. Pierwszy raz od dawna blizna nawet jej nie szczypała, nie zanosiło się na deszcz.
— Pomożesz mi w treningu Potoczka.
Nie był przydatny, ale wrócił wraz z nią okrężną drogą do obozu.
— Trzeba sprawdzić sytuację w mieście.
Panował spokój.
— Chodź, są plotki o włóczęgach i trzeba je sprawdzić.
Kończyły jej się wymówki.
— Pójdziesz ze mną na spacer?
— Co?
Brzmiał na zaskoczonego. Ona nie mogła patrzeć mu w pysk.
— Czy pójdziesz ze mną na spacer? Tak po prostu?

Gwiezdni, nie zabierajcie mi go. Tyle już pozmienialiście, więc proszę, proszę, zostawcie mi chociaż jego.
<Nocna Furio?>
[1581 słowa, Mleczne Oko otrzymuje 15 punktów doświadczenia]

30 września 2021

Od Mlecznego Oka — drabble ,,Siódme niebo"

Biegła, chociaż jej łapy nie zaczęły potykać się o twarde podłoże. Poczuła jak gałęzie smagają ją po pysku, gdzie nie mogła ich nawet zobaczyć. Zmrużyła powiekę nad nieprzydatnym okiem i przyśpieszyła jeszcze bardziej. 
Jej oddech świszczał. Słyszała w głowie głos medyka, który kazał jej się oszczędzać. Nie teraz. 
Skoczyła przed siebie i nie była nawet pewna, czy trafi. Zwierzę zapiszczało pod jej łapami i niewiele myśląc zanurzyła kły w jego skórze. 
Zając wydarł się tym znajomym piskiem, który wyrywa się z gardła w ostatnich chwilach życia. Mleczna ścisnęła jeszcze mocniej. Zamarł. 
 Jeszcze nigdy nie zapłakała, czując smak śmierci na języku.
[5PD]

Od Mlecznego Oka — drabble ,,Straszny makaron"

Paliło ją żywym ogniem. Zaczęła błagać, kogokolwiek, kto słuchał, by ją stąd wyciągnęli. By zgasili płomienie, które próbowały ją pożreć. 
Nikt jednak jej nie uratował, ani Jasny, ani siostra, ani Nocny. Ktoś przycisnął ją mocniej do ziemi. Próbowała się wyrwać, ale kolejna para łap znalazła się na jej ciele. 
Dała radę coś ugryźć. Poczuła sierść w pysku, usłyszała syk bólu. Pomyślała, że to jest jej szansa. 
Spróbowała się podnieść, ale jej łapy nie chciały biec. Ktoś dał jej łaskę i spróbował załagodzić ból, ale zimno tylko wszystko pogorszyło. Przeszywało jej skórę. 
W ułamku trzeźwości spróbowała otworzyć oko. Zobaczyła tylko ciemność.
[5PD]

Od Mlecznego Oka — drabble ,,Utracenie"

— Jasny, czemu jesteś smutny cały dzień? — zapytała. 
Spojrzał na nią i wiedziała, że skłamie, zanim jeszcze wypowiedział słowo. 
— Nie jestem. 
— Jesteś, przecież widzę. — Przewróciła oczami i wyskoczyła mu przed łapy. 
Czekała aż się uśmiechnie, zaśmieje, nawet odepchnie. Nie zrobił nic. Patrzył. 
— Jasny? 
— Kochaniutka… — westchnął i pokręcił łbem, a ona nie potrafiła zrozumieć już niczego. 
 — Czy coś się stało? Czy chorujesz? Umierasz! Jasny! 
— Twoja mama… — zaczął i gdzieś w głębi wiedziała, co powie dalej. Chyba spodziewała się tego, od kiedy po obudzeniu poczuła obok siebie pustkę i jeszcze ciepłe legowisko. — Twoja mama i tata odeszli. 
 To nie sprawiło, że bolało mniej.
[5PD]

29 września 2021

Od Mlecznego Oka do Potokowej Łapy

— … i dopiero wtedy Mięta przyszła do Medyka. Wiesz, jak bardzo on się wkurzył? Zaczął mówić, jak głupia jest, że nie przyszła do niego ze skróceniem od razu i…
— Cichociemny.
— A żebyś widziała jego minę.
— Nie obchodzi mnie absolutnie nic co powiedziałeś, w ciągu tej drogi. Wracam do legowiska.
— Hej, nie skończyłaś jeszcze patrolu! — zawołał, ale nie ruszył się z miejsca. Na pewno głupio się uśmiechał.
— Jeżeli największym zagrożeniem, ze strony Bezgwiezdnych, jesteś ty, to nie mamy się o co martwić — prychnęła.
Gwiezdni jej nie lubili, bo dostała dosłownie minutę spokoju, zanim nie pojawił się kolejny głos.
— Dlaaaczeeeeego gadałaś z tym psem na granicy?
Nawet nie powinna się dziwić, że Potokowa Łapa tu za nią przyszedł. Westchnęła i kontynuowała powrót do klanu.
— Bo go znam.
— A to ja mogę z nim pogadać?
— Nie.
— Ale dlaczego? — jęknął Potoczek — wtedy ja też będę go znać! I nie będę nudził się na patrolach!
— Bo nie masz rozmawiać z obcymi.
Potoczek jęknął jeszcze głośniej. Mleczna przewróciła oczami. Ale dramat, czy wszystkie szczeniaki takie są? A może to rodzinne.
Nie planowała w ogóle zgadzać się na zostanie mentorem. Jasny jednak zaczął ją prosić i robić minę, oznaczającą „Jestem stary i zmęczony, sam nie dam rady”, a ona nie mogła się nie poddać.
Niechętnie musiała przyznać, że ten dzieciak nie był taki zły. Polecenia wykonywał sprawnie, umiał jakieś podstawowe rzeczy i był pełen zapału. Zdawał się ignorować jej złe humory i, tak jak teraz, po prostu przyklejać się jak rzep. Pomyślała, że musi obgadać z Jasnym jego rodzicielskie obowiązki, bo Potoczek znowu zwiał jej szukać. Nie, żeby się przejmowała.
— Co dziś będziemy robili? — zapytał, niemal wpadając jej pod łapy.
— Nic — odpowiedziała — Nie mamy dziś treningu.
— Ale ja tu jestem i ty tu jesteś! I nie robisz nic ważnego. — Czyli nie miał zamiaru tak szybko odpuścić, tak?
— Nie. Idziemy do domu — warknęła. 
Szczeniak nareszcie zamknął pysk. Zrobiło jej się go trochę żal, ale co miała zrobić? Nie będzie przecież na każde jego zawołanie. Widziała go kątem oka, jak smętnie szedł po jej lewej stronie. Jego humor jednak zdawał się szybko polepszyć. Kiedy weszli na chodnik, zaczął iść dziwnie. Stawiał długie kroki, kilka razy niemal wywalając się na pysk. Oglądał się za siebie tak często, że w końcu i Mleczna spojrzała, spodziewając się zobaczyć tam cokolwiek. Ulica była jednak pusta.
— Co ty wyprawiasz? — zapytała.
— Ćwiczę zwinność — powiedział, jakby był niezmiernie dumny ze swojego pomysłu. — Idę tak, żeby nie nadepnąć na kreski na kamieniach.
Mleczna przewróciła oczami. Nie nadepnąć na kreski. Pff, przecież to proste. Trzeba było tylko umieć patrzeć i nie było problemu. To żadne wyzwanie…
— Też tak robisz! — Cholera, zgubiła rytm.
— Nie, wcale nie — odpowiedziała. — Zresztą to głupie. Nic nie ćwiczysz.
— To może pokażesz mi, jak być zwinniejszym?
Cholerny dzieciak i jego niewinne oczka. Powinna widzieć, w co się pakuje. Westchnęła ciężko.
— Dobra chodź, robimy jednak ten trening.
— Juhu! — Aż podskoczył.
— Ale, ale. W trakcie drogi masz mi wymieniać wszystkie zasady udanego polowania, jasne?
— Zawsze sprawdź, czy jesteś bezpieczny. Jeżeli będziesz ranny, nic nie upolujesz. Rozejrzyj się. Poczekaj. Nie atakuj od razu, tylko upewnij się, że rozumiesz sytuację. Bądź spokojny, bo niespokojny pies nic nie upoluje. Przemyśl, na kogo chcesz polować. Najlepiej atakuj słabe osobniki, bo one ci nie uciekną. Jeśli możesz, postaraj się skrada… czemu idziemy do ogrodów?
< Potokowa Łapo? > 
[541 słów, Mleczne Oko otrzymuje 5 punktów doświadczenia, Potokowa Łapa otrzymuje 2 punkty treningu, Mięta została wyleczona przez Leonisa]

20 września 2021

Od Mlecznego Oka CD Nocnej Furii

Byłoby o tyle łatwiej, gdyby umiał czytać w jej myślach. Ona sama się gubiła, może chociaż on by pomógł.
— Nie, to nie przez zgromadzenie — powiedziała po dłuższej chwili milczenia. Nie mogła nawet powiedzieć, czy go zaskoczyła. Skupiła się na drodze przed sobą. — Podjęłam decyzje wcześniej. Dużo wcześniej. Biała Gwiazda już o tym wiedziała. Zgodziła się na moje odejście, musieliśmy tylko znaleźć zastępcę na moje miejsce. Zaproponowałam Jasne Serce. Zgodził się.
— To dobrze… — Brzmiał, jakby chciał powiedzieć coś innego.
— Poradzi sobie.
— Wierzę, nie znam go za dobrze.
— Ja tak. Nada się świetnie — odpowiedziała. Nie wiedziała właściwie czemu. Przecież nie oczekiwał tego od niej. Nie oskarżał Jasnego o nic. Czemu od razu czuła, jakby musiała go bronić?
— Też byś się nadała — powiedział cicho, prawie go nie usłyszała. Parsknęła śmiechem.
— Nieprawda, ale dzięki — Odwróciła się i obdarzyła go delikatnym uśmiechem. — Nie jesteś taki zły. Zwłaszcza jak milczysz.
— Oho. Wiesz dobrze, że byś tęskniła, jakbym się nie odzywał.
— Wmawiaj sobie.
~**~
Po mianowaniu Jasnego była w nienajlepszym humorze. Starała się tego nie okazywać. Nie chciała, żeby przypadkiem nowy lider pomyślał, że to jego wina. Nie tym razem to wszystko po prostu siedziało w jej głowie i nie umiała tego wyrzucić.
Postanowiła skupić się na swoich obowiązkach, bo to była jedna rzecz, która wychodziła. I tak jak jej przybrany ojciec upodobał sobie wycieczki z tym brzydkim wariatem, to ona również była masochistką. Dlatego sama z siebie postanowiła patrolować z Nocnym, a przynajmniej jeśli uda jej się wreszcie go złapać.
— Naprawdę? — warknęła, nareszcie go znajdując. Nocny wylegiwał się pod drzewem, oczy zamknięte, oddech równy. Uderzyła go łapą w kark, ale nawet się nie poruszył.
Nie miała zamiaru się wygłupiać i go dobudzać, skoro ten najwyraźniej postanowił przespać cały dzień. Prychnęła. Chciała ruszyć na patrol sama, ale… eh, za duże niebezpieczeństwo. Nie z tymi pułapkami rozstawionymi wszędzie.
Ostatnio sama musiała prowadzić Borsuczy Upadek do Lisiego Wrzasku, bo ten był nieuważny i wpadł w jedną jak debil. Lisi Skurwysynek nawet nie potrafił się zamknąć, gdy opatrywał Borsuczego i rzucił głupi komentarz, że powinna uważać szczególnie. Nie była całkiem ślepa, wbrew temu, co o niej mówili.
Nie miała siły na pierdolenie się teraz z Nocnym, więc usiadła tylko obok. Na momencik. Pogoda przynajmniej była dobra, odpowiednio chłodna, ale nie padało.
— Jasny zaproponował mi zmianę imienia, wiedziałeś? — powiedziała. Sama nie wiedziała dlaczego. Może przez to, że nie mógł jej odpowiedzieć. — Nie, pewnie nie. Ciemna Gwiazda naprawdę nie wiedział, co robi. Myślał, że to mnie ucieszy. Może powinnam się nawet zmusić, by je polubić. Może nawet by mi się udało, ale tak długo czekałam, by zostać Iskrzącą Duszą, a potem to straciłam.
Usiadła na ziemi. Wypuściła powietrze, odwracając pysk w stronę słońca. Kiedy go nie widziała, było łatwiej. Psy kręciły się przy starym domu. Nie umiała ich rozpoznać z tej odległości. Zastanawiała się, co mówią.
— Dostałam ucznia. Nazywa się Potokowa Łapa, to syn mojego ojca. Wszędzie jest go pełno. Wnerwia mnie, ale go lubię. Na treningu zapytał mnie, jak zdobyłam bliznę. Nie odpowiedziałam mu. Zmusiłam go do biegania okrążeń wokół ruin, mówiąc, że to dla ćwiczenia wytrzymałości. Tak naprawdę nie chciałam, żeby kontynuował temat. Nadal go nie lubię, wiesz? Imienia Mleczne Oko. Jest brzydkie. Wieczne przypomnienie o wypadku. Nawet jeśli ktoś mnie nie zna, będzie o nim wiedział. Co innego może oznaczać Mleczne Oko? Ale nie chce go zmieniać.
Odmówiłam mu. Właściwie nie wiem dlaczego. Chyba czułabym, że to oznaka porażki. Jakbym mówiła wszystkim, że jednak nie wytrzymałam. Wiem, że on chciał dobrze, ale musiałam odmówić.
Tak mi dziwnie mówić do niego Gwiazdo. Nie jestem zazdrosna. Sama go wskazałam, wiem, że będzie lepszym liderem niż ja bym była. Naprawdę, wiem to, ale… ta myśl boli. Że nigdy nie udało mi się być lepszą. Miałem szansę być pierwszym psem z tej rodziny, który coś osiągnął. A zamiast tego jestem tylko kolejną szarą osobą, o której zapomną za dwa pokolenia.
Wypuściła powietrze i pochyliła łeb. Była tym wszystkim już taka zmęczona, nie miała na to wszystko sił.
— Powiedziałabyś mi to, gdybyś wiedziała, że jestem obudzony? — zapytał. Odwróciła się i zobaczyła jego błękitne oko wpatrujące się w nią.
— Nie, pewnie nie — odpowiedziała, kręcąc łbem.

<Nocna Furio?>
[679 słów: Mleczne Oko otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia, Potokowa Łapa 1 Punkt Treingu, Borsuczy Upadek zostaje wyleczony przez Lisi Wrzask]

26 sierpnia 2021

Od Mlecznego Oka CD Nocnej Furii


 Zrobiła to, bo była głupia. Nie istniało inne wytłumaczenie. Była głupia, bo myślała, że w tej pustej czaszce Nocnego coś się zmieniło, gdy tak długo nie rozmawiali. Może dorósł, może zmężniał, ale nie. Gdy tylko zaczęli patrol, zrozumiała, że ciągle ma do czynienia z tym samym durnym chujem.
Jego wieczne docinki za to się zmieniły. Nie pytał. Nie dogryzał. Milczał. To było jeszcze gorsze. Nie wiedziała wtedy, co dzieje się w jego durnym łbie. Jakie myśli, jakie obrazy. Nienawidziła nie wiedzieć. Chociaż od niego mogła liczyć na szczerość, może i bardzo nieprzyjemną, ale szczerość. A teraz? Teraz postanowił raz trzymać swe myśli dla siebie i nie mogła się nawet domyślić, jak okrutne rzeczy musi sobie o niej teraz wyobrażać.
Nie skomentowała jego głupiej odpowiedzi. Zależało jej na każdym członku tego klanu, ponieważ byli jej odpowiedzialnością. To przecież oczywiste. Odsunęła się kawałek, wciąż trzymając go na oku. Milczała. Postanowiła, że tym razem to nie ona przerwie ciszę. Jeśli chce się tak bawić, to proszę. Mogli się tak bawić.
Udało jej się to nawet, chociaż niekoniecznie liczyła to jako zwycięstwo. Przechodzili przy granicy z Ventusem.
— W dół! — krzyknął Nocny, a ona bezmyślnie zareagowała. Huk, a zaraz potem opadło na nią jeszcze jego ciężkie cielsko. Nie widziała nic.
— Co jest? — zapytała, wykręcając się spod niego. Krew bardziej wyczuła, niż zauważyła. Cholera.
— Dwunóg z bronią! — odpowiedział, chociaż jego łapy się zachwiały, zaraz stanął obok i popchnął ją w odpowiednim kierunku. Zaczęli biec.
Drugi wystrzał nadszedł, ale ten nie zrobił im już żadnej krzywdy. Biegła tak, z Nocnym na krawędzi wzroku, póki nie znaleźli się w bezpiecznych terenach, blisko legowiska.
— Kurwa mać — powiedziała, odgarniając jego ciemne futro i ignorując wszystko, co tam mamrotał pod nosem. — Trafił cię.
— Nie mów — odpowiedział, otrząsając się i odsuwając. — Nic mi nie będzie.
— Idziemy do medyka.
— O, naprawdę się martwisz — zakpił. Miała wielką ochotę go walnąć.
— Przestań być durny.
— Jestem wyjątkiem, czy tak jest u ciebie, od kiedy zostałaś zastępczynią.
Na to tylko warknęła.
— O wielka zastępczyni, czy mogłabyś…
W końcu nie wytrzymała.
— Przestań tak do mnie mówić! Zaraz nie będę zastępczynią!
— Co? — Miała jakąś głupią satysfakcję, że go zaskoczyła, ale jeszcze więcej żalu, że ze wszystkich psów, akurat przy nim nie wytrzymała.
Otworzyła pysk i zamknęła. Nie teraz, nie przy nim, nie w tym momencie.
— Co tam siostra? — usłyszała radosny głosik Pajęczej Łapy. Pierwszy raz tak się cieszyła na jego widok. — Zbieram tu kwiatki z mentorem, a ty?
— Nocna Furia musi pójść do Lisiego Wrzasku, został trafiony. — Popchnęła samca i odbiegła, słysząc jeszcze za sobą zirytowany głos Medyka.
Wiedziała, że to zły pomysł rozmawiać z Nocnym. Tylko wyprowadzał ją z równowagi. Liczyła, że nie zacznie nikomu rozpowiadać o tym, jak stchórzyła i odeszła ze stanowiska. Już czuła oceniające spojrzenia na każdym kroku, nie potrzebowała, by było ich jeszcze więcej.

 
<Nocna Furio?>
[460 słów: Mleczne Oko otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia, Nocna Furia został wyleczony]

6 sierpnia 2021

Od Mlecznego Oka cd Białej Gwiazdy

Wiedziała, że padnie to przeklęte pytanie o jej zdanie. Wiedziała, ale i tak czuła się nieprzygotowana.
— Musimy znaleźć kogoś odpowiednio młodego, by mógł rządzić przez długi czas, a jednocześnie doświadczonego — zaczęła. To były oczywistości, ale musiała je wypowiedzieć. Chciała, żeby Biała wiedziała, że bierze to na poważnie. To nie były tylko puste słowa. Naprawdę chciała ułatwić samicy zadanie i pomagać, jak tylko mogła.
Mieli w klanie ponad czterdzieści psów. Nawet jeśli ktoś był samotnikiem, musiał porozmawiać z każdym, chociaż raz w życiu. Wojna jednak zostawiła w nich sporą wyrwę. Nikt o tym nie mówił, ale na wojnie ginęli młodzi. Ginęły psy niewiele starszy od Mlecznej, które nigdy nie miały szansy dorosnąć. Dlatego teraz zostały im prawie same psy starsze i dzieciaki, które narodziły się w nowym świecie. Zastępca Białej musiał być młodszy od niej, ale też doświadczony, stabilny. Pies, który zna już życie, ale on jeszcze go nie wykończyło. To nie było proste zadanie.
— Widzę, że chcesz coś powiedzieć, nie musisz się powstrzymywać — powiedziała liderka. Mleczne Oko wzięła wdech i spróbowała uporządkować myśli.
— Uważam, że nieodpowiednim byłoby dawać zastępcę komukolwiek, poniżej trzydziestu księżyców. Co najmniej. — Biała pokiwała łbem. — Nawet jeśli nie zamierzasz odchodzić od razu, to wciąż te psy pozostają dzieciakami narodzonymi w mieście. Lepiej, by przynajmniej na razie, był zastępcą ktoś, kto pamięta jeszcze las. I trochę młodszy od ciebie.
— To nie zostawia za wiele opcji — stwierdziła samica. Oczywiście, że nie. 
— Wybrałabym Jasne Serce — powiedziała w końcu. — Nie tylko dlatego, że jest moją rodziną — dodała szybko. — Znam go, też go znasz. Jest spokojny, odpowiedzialny, honorowy. Rozumiem jednak, że możesz mieć inne opinie. Mogę myśleć, że wypowiadam się obiektywnie, ale uczucia na pewno na mnie wpływają. Są też oczywiście inni, jak Drewniany Pazur na przykład. Ma podobne zalety. Jest bardzo dobrym wojownikiem, spokojnym, przywiązanym do klanu. Ewentualnie jest jeszcze Żółty Pomruk. Wiem, że jego siostra odeszła do Bezgwiezdnych, ale to nic nie znaczy o jego wartości. Może Jaszczurzczy Ogon, on też zachowuje zimna krew, ale…
— Czy to jest dla ciebie najważniejsze? — zapytała Biała, przerywając jej paplanie, zanim na dobre się rozkręciła.
— Hm? 
— Spokój. Wymieniłeś tę cechę parę razy. 
— Po prostu… wydaje mi się niezbędny na tym stanowisku — odpowiedziała. — W końcu nasz klan jest dość skomplikowany. Mamy dużo psów o nie ciekawym charakterze, które trzeba pilnować.
A oprócz tego jeszcze utrzymywać równowagę i poprawne stosunki ze wszystkimi. Nie dać się sprowokować. To jest też jeden z tych powodów, dla których ja nie mogę być liderem — dodała ciszej. Biała była dla niej zdecydowanie za dobra, uśmiechnęła się i pokiwała głową. Musiała mieć ten uśmiech już wyćwiczony po tak długiej służbie klanowi. 
— Zastanowię się nad twoimi sugestiami. Dziękuję ci za nie.
— Nie ma za co — odpowiedziała. Kiedy wreszcie mogła opuścić pomieszczenie, wcale nie czuła się lepiej. Ciężar, zamiast spaść jej z serca, jeszcze bardziej się powiększył. Teraz odejście ze stanowiska przestało być tylko jej problemem, przekazała odpowiedzialność Białej Gwieździe.
Nie mogła spać, jej pysk nieustannie sprawiał ból. Rano usłyszała od jednego z dzieciaków Jasnego, że wygląda na bardziej czerwoną niż zwykle. Widziała, że mówi to w trosce, ale i tak miała ochotę go uderzyć. Ostatnie, czego w tej chwili pragnęła, to udawać się do Liska z podkulonym ogonem. Niestety, zdawała sobie sprawę, że jej skóra jest bardzo delikatna. Nie chciała znowu skończyć z podrażnieniem lub otwierającymi się strupami.
Medyk fuknął na nią, ale przygotował odpowiednią maź. Nie obchodziło ją, z czego ona jest, tylko żeby działała. Kiedy ona siedziała, czekając, aż Lisek skończy działać, przyszła Biała. Jej syn poskarżył się, że niepotrzebnie zabiera jej czas, ale i tak opatrzył zadrapania.
Samica siedziała po jej prawej. Ten jeden raz czuła, jakby ślepota była błogosławieństwem, bo nie musiała patrzeć na jej minę. Medyk zniknął na chwile, każąc jej siedzieć na tyłku, póki nie wrócę. Gdy zostały same, usłyszała cichy głos przywódczyni. 
— Podjęłam decyzje.

<Biała Gwiazdo?>
[628 słów, Mleczne Oko otrzymuje 6 punktów doświadczenia]

Od Mlecznego Oka cd Wilczego Cienia

Mleczna czuła się głupio i źle, a to uczucie tylko wzmogło się, gdy wpadła na samca. 
— Chciałam przyjść z przeprosinami — wyrzuciła z siebie w końcu. Pies spojrzał na nią zaskoczony. Mleczna musiała schować swoją dumę i zacząć się tłumaczyć. — Wasz medyk został zaatakowany przez patrol, prawda? Ten patrol był prowadzony przeze mnie. Nastąpiła… pomyłka.
Pomyłka, mało powiedziane. Nie wiedziała, kto postanowił, że sparowanie jej z Aronią i Konwalią, które nawet nie skończyły treningu, było dobrym pomysłem. Na pewno był to debil, bo samice były dla niej za wolne i tylko we wszystkim przeszkadzały. W pewnym momencie, któraś, teraz nawet nie potrafiła powiedzieć która, krzyknęła coś o niedźwiedziu.
Mleczna musi przyznać, że postąpiła bezmyślnie. Przecież obie suki niedźwiedzia na oczy nie widziały, a on nie miałby co robić tu, tak blisko dwunogów. Instynkt zadziałał, a ona zaatakowała. Nie niedźwiedzia, psa. Bardzo przyjemnego, jak się okazało. Nawet nie przejął się tym, że ktoś rzucił się na niego z pazurami.
A potem dowiedziała się, że ten pies był medykiem. Rzuciła się na cholernego medyka, bo ktoś krzyknął niedźwiedź. Czuła się jak skończona idiotka. Nie dziwne, że nie nadawała się na zastępcę.
Samiec patrzył na nią dziwnie. Czekała na jakąś reakcje. Nawet na atak. Obróciła lekko łeb, żeby lepiej na niego patrzeć. Nawet nie skomentował jej oczywistych deformacji, więc zaplusował u niej.
— Z naszym medykiem wszystko w porządku. Nie powiedział, kto zrobił mu te rany, ale uczennica pomogła mu się opatrzeć.
— To dobrze — odpowiedziała. Czy mogła uznać, że nie ma jednak za co przepraszać? Zapewne powinna, ale skoro medyk nikomu o sprawie nie powiedział, to raczej nie chował urazy. 
— Jestem Wilczy Cień — powiedział samiec, przerywając niezręczną ciszę. 
— Mleczne Oko — odpowiedziała. Zrozumienie błysnęło w jego oczach.
— Jesteś zastępcą Tenebrisu. — Już niedługo, przeszło jej przez myśl, ale nic nie powiedziała. — Byłaś z Brązową Blizna na wyprawie.
— Znasz Brązowego? — To nie powinno być takie zaskakujące, w końcu klany nie są aż tak liczne, by móc pozostać anonimowym. 
— Oczywiście, to mój przyjaciel — odpowiedział, a jego pysk rozjaśnił się w uśmiechu. Mleczna opuściła trochę łeb i rozluźniła mięśnie. Znajomy znajomego to prawie przyjaciel, prawda? 

<Wilczy Cieniu?>
[435 słów: Mleczne Oko otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

4 sierpnia 2021

Od Mlecznego Oka CD Karmazynka

Mleczne Oko warknęła na wiewiórkę, gdy ta podeszła za blisko. Aby ująć to delikatnie, nie miała zbyt dobrego humoru w ostatnich dniach. Szczeniaki Jasnego Serca irytowały ją, były głośne, piszczące i nieustannie się ruszały. Musiała ich pilnować, gdy ostatnio Jasny udał się do medyka z jakimiś problemami. To był jakiś nieśmieszny żart. Najpierw obiecuje jej, że nie będzie kłamać, by potem i tak to robić. Miała ochotę na niego warknąć, ale dźwięk zamierał w jej gardle, gdy na niego patrzyła. 
Jeszcze na dodatek Potoczek skończył z podrażnionymi oczami. Nie wiedziała, czy to jej wina, czy nie, ale miała się nim opiekować, a zawiodła. To nie było nic poważnego podobno. Nie jej obowiązek, nie jej zmartwienie, ale i tak obserwowała malucha uważniej, czy zaczerwienienie zniknie. 
Nie powiedziała nikomu o odejściu ze stanowiska. Nie siostrze, nie babce i zdecydowanie nie Jasnemu. Musiała poczekać na odpowiedni moment, gdy jej następca będzie już oficjalnie wybrany. Wtedy będzie musiała się mierzyć z tymi oceniającymi spojrzeniami i cichymi szeptami. I tak je słyszała, nawet jeśli wiedziała, że to nieprawda. Nie mogli wiedzieć, ale jak wytłumaczyć to głupiemu umysłowi, który nie chce słuchać. 
Jej pysk palił bardziej niż zwykle. Minęła zima, więc tym razem zamiast zimnych wiatrów, przeszkadzały jej ciągłe mżawki. Miała wrażenie, że jej skóra gnije, ale prędzej odcięłaby sobie łeb, niż poszła do Liska. Potrzebowała znaleźć sobie zajęcie. Chciała udać się na spacer, nawet jeśli wiedziała, że to nic nie da. Niektórych uspokajała obecność natury, ale nie ją. 
Jeszcze na dodatek musiała wpaść na szczeniaka Fiołka. Odrobinę zabolała ją jego reakcja, ale przecież powinna się przyzwyczaić. Wyglądał, jakby zobaczył potwora. Mleczna zagryzła swój język, żeby nic nie powiedzieć. Cholera, to tylko przestraszone dziecko, sama byłaby przestraszona w jego wieku. 
— Nie powinieneś być z mamą? — zapytała. 
— Co ci się stało w oko? — Mleczna zamarła, nie mogąc znaleźć odpowiedzi, która nie wywoła większej ilości pytań. 
— Miałam wypadek. 
— Jaki wypadek? 
— Bolesny? 
— A co się stało? 
— Matka nie nauczyła cię, żeby nie zadawać bzdurnych pytań — syknęła. 
Zaraz jednak poczuła się źle, widząc jak dzieciaczek się skulił. Nie bądź chujem, Mleczna, powiedziała samej sobie. Nie bądź chujem. Policzyła do dziesięciu, by trochę się uspokoić. 
— Widziałeś kiedyś potwora dwunożnych? — Szczeniaczek pokręcił łbem. — Kiedyś zobaczysz. Musiałam pomóc jednemu psu i potwór wyrzucił na mnie… płynny ogień. On popatrzył mi pysk i zniszczył oko. 
— Czyli nic nie widzisz? — samczyk spróbował podejść do niej z prawej strony. Mleczne odwróciła się automatycznie. O nie, nie byli jeszcze na tym etapie. 
— Tak. Przestań… przestań, kurde skakać. — Złapała go za ogon i przycisnęła do ziemi. 
— Dość tego dobrego. Jak ty się w ogóle nazywasz? 
— Karmazynek. A ty? — zapytał, nadal pozostawał radosny, jak na dzieciaka bez żadnych problemów przystało. 
— Mleczne Oko. Jesteś za młody na chodzenie samemu. Chodź, wracamy do… — przerwała w połowie zdania. Wiedziała, że o czymś zapomniała. — Masz jeszcze siostrę, prawda? 
Cholera, ona też tu gdzieś się kręci? Czy wy nie możecie siedzieć na zadach i się nie ruszać? 
Karmazynek, idziesz jej szukać ze mną. Szczeniak nie próbował się kłócić. Wydawał się być bardzo zadowolony, że Mleczna każe mu ze sobą iść. Przypilnowała, żeby trzymał się jej lewej strony, tylko w taki sposób mogła mieć go na oku. 
Cholerne dzieci i ich szalona dawka energii.
<Karmazynku?>
[529 słów, Mleczne Oko otrzymuje 5 punktów doświadczenia]

20 lipca 2021

Od Mlecznego Oka do Białej Gwiazdy

Krążyła wokół ruin od wschodu słońca. Nie była gotowa. Nie mogła tego zrobić. Wszyscy na nią patrzyli. Miała wrażenie, że nawet psy odwrócone tyłem ją oceniały. Jakby wszyscy wiedzieli, co siedziało jej w głowie. Miała ochotę warknąć na nich, syknąć, kazać się odwalić. A oni nic nawet nie robili, tylko zajmowali się swoim dniem, jakby nic złego się nie działo. Westchnęła i podrapała się po uchu.
Podjęła decyzje tygodnie temu, a wiedziała o tym jeszcze wcześniej, gdzieś w głębi siebie. A mimo to, nawet jeśli była pewna, to i tak nie potrafiła wypowiedzieć tych słów nawet przed samą sobą. Nie rozumiała, dlaczego tak czuła. Robiła dobrze. Doskonale wiedziała, że jest to odpowiednia decyzja, nawet jeśli żałosna.
Przysiadła na moment na ziemi, pyskiem tuż przy ścianie. Dziś czuła, że jej zniszczona połowa jest jeszcze bardziej krwaworózowa niż zwykle. Jakby wszystkie strupy się na nowo rozerwały, a mleczna powłoka jej oka jest jeszcze jaśniejsza. To była bzdura. Nie powinna się tym przejmować, wiedziała, że nie. Nie mogła jednak przestać myśleć, wyczuwać każdy fragment skóry.
W końcu nie mogła dłużej siedzieć. Ktoś w końcu zapytałby ją, co się dzieje. Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze dopiero przy wejściu do pomieszczenia.
— Mleczne Oko, co cię tu sprowadza? — zapytała przywódczyni. Mleczne Oko czuła swędzenie po prawej stronie pyska. Z trudem powstrzymała się przed podrapaniem się.
— Chciałam z tobą porozmawiać, poważnie — odpowiedziała. Zastanawiała się, czy samica już coś podejrzewa. Czy już szykuje odpowiedź?
— Co się stało? 
Mleczne Oko miała już wymyśloną całą wypowiedź, ale wszystko nagle uciekło z jej głowy.
— Ja… Biała Gwiazdo, posłuchaj, jestem ci bardzo wdzięczna, że postanowiłaś mi zaufać. Nigdy nie sądziłam, że będę mogła zostać zastępcą. To… dziękuje. Naprawdę. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mogła dostatecznie mocno ci przekazać, jak wiele to dla mnie znaczyło.
— Nie ma za co? — powiedziała Biała, brzmiąc niepewnie. Nie mogła jej się dziwić. Czemu nie mogła wytłumaczyć tego poprawnie? Cholera.
— Chodzi mi o to… nie chcę zrzucać na ciebie odpowiedzialności. I żebyś wiedziała, że nie chodzi o przygniecenie obowiązkami, po prostu nie jestem odpowiednia. Będę pomagać do momentu, gdy będę musiała. Znaczy, gdy mi powiesz…
— Mleczne Oko, nie mam pojęcia, o co ci chodzi.
— Chcę zrezygnować z bycia zastępcą.
Widziała, jak oczy Białej rozszerzają się i już chciała ją przepraszać. Zagryzła język i wyprostowała się, unosząc łeb jeszcze wyżej. Nie zauważyła nawet, gdy go pochyliła.
— Zostanę nim do momentu, aż nie znajdziesz kogoś odpowiedniego. Nie nadaje się do ewentualnego przekazania mi władzy, dlatego chce uniknąć takiej sytuacji. Rozumiesz mnie, Biała Gwiazdo? Będziesz musiała znaleźć kogoś na moje miejsce. Przepraszam.

 <Biała Gwiazdo?>
[punkty niewpisane]

22 czerwca 2021

Od Mlecznego Oka - Spotkanie

Sama nie wiedziała, czemu to robiła. Czuła, jakby ktoś wziął jej wizje świata i przewrócił na drugą stronę. Jasne Serce. Ten Jasne Serce, na którego zawsze patrzyła, gdy potrzebowała zapewnienia. Był dla niej wzorem psa. Tym nieidealnym, ale jednak perfekcyjnym, przykładem jak walczyć nie tracąc przy tym siebie. Chłonęła jego słowa jak gąbka.
Dał jej dom i stał się rodzicem, chociaż wcale nie musiał. Wierzyła w niego bardziej niż w Gwiezdnych. I oczywiście, czasem zdarzało jej się wątpić, czasem się irytowała, ale on ciągle był tym jasnym punktem w ciemnościach. Dobrym psem, w to nigdy nie wątpiła.
Jednak kłamał. Wpychał jej do głowy, jak istotny jest honor rodziny. Jak dużo zależy od ich dwójki. Powinni pilnować siebie nawzajem, by przynieśli chwałę Tenebrisowi. Kiedy on powtarzał jej regułki o szanowaniu swojego klanu, o niezabijaniu i wiązaniu się wśród swoich, płodził szczeniaki i mordował błagające psy…
Nie chciała nawet o tym myśleć, więc dlaczego go śledziła. Może po prostu pragnęła zobaczyć, jak wygląda ten syn Jasnego, o którym nagle się dowiedzieli. Czy będzie podobny? Czy zobaczy małego klona Jasnego? A może po prostu wiodła nią ciekawość i chciała zobaczyć, jak ich interakcja będzie wyglądać. Jak bardzo będzie ją woleć.
Skryła się w krzakach, ale Jasny był zbyt przejęty, by ją wyczuć. Krążył, a jego oczy skakały po wzgórzach za drogą. Nawet by jej nie zauważył, gdyby stanęła za nim. W końcu jednak samiec wyłonił się zza granicy i już wiedziała, że coś jest nie tak.
W przeciwieństwie do podekscytowanego Jasnego ten wydawał się… zdenerwowany? Zdeterminowany? Nie umiała określić. Sama spięła się i wychyliła jeszcze trochę do przodu, by lepiej podsłuchiwać.
Pies przekroczył szybko drogę, unikając spotkania z potworem dwunogów i stanęli przed sobą. Żaden się nie odezwał, żaden nie spuścił wzroku. Stali i patrzyli na siebie w bezruchu. W końcu to Jasny postanowił być tym, który zrobi pierwszy krok.
— Jazgot… — powiedział delikatnie i tak cicho, że niemal go nie usłyszała. Samiec zadrżał i coś było w jego oczach, ale zaraz potrząsnął łbem i wrócił ten sam błysk, który niepokoił ją wcześniej.
— Czy zraniłeś Mlecza? — zapytał. Widziała, jak bardzo to pytanie zaskoczyło Jasne Serce.
— O czym ty...
— Czy zabiłeś Szyszkę?
— Nie, Jazgot, posłuchaj mnie... 
— Czy zabiłeś partnera Słonecznego Świtu?
Jasne Serce zatrzymał się. Otworzył i zamknął pysk kilkakrotnie, ale nie wydał żadnego dźwięku.
— Skąd o nim wiesz? — zapytał zdławionym głosem. — Kto ci o tym powiedział?
— Zabiłeś go z zimną krwią nad rzeką, tak czy nie?
Liczyła, że skłamie, ale zobaczyła, jak zmienia mu się ekspresja pyska. Pewnie nawet nie był świadom tego, jak wyprostował grzbiet i uniósł łeb wyżej.
— Synu posłuchaj…
Jasny nie, pomyślała.
Zaczęła biec, jeszcze zanim samiec zdążył zrobić pierwszy ruch. Jasne Serce nawet nie zareagował, zbyt zaskoczony, może zbyt zszokowany, że Jazgot go zaatakował. Dopiero gdy upadł na ziemię, a pazury wbiły się w jego ciało, zaczął wybudzać się z transu.
Była za wolna. Była za wolna, a Jasny ledwo się bronił. Jego ruchy zbyt wolne, za mało agresywne. Bardziej starał się odepchnąć samca, niż zranić. Ale ona była bliżej, widziała krew, czuła ją w nozdrzach. Nie starała się ukrywać. Skoczyła na samca, ściągając go z Jasnego i powalając na ziemię.
Nie spodziewał się jej, ale szybko spróbował obrócić sytuację na swoją korzyść. Poczuła pazury na ślepej stronie pyska, zanim zdążyła pomyśleć. Syknęła z bólu i odsunęła się. Wtedy tylna łapa kopnęła ją w brzuch. Spadła z niego. Samiec odwrócił się. Chciał znowu ruszyć na Jasnego. Chwyciła go zębami za łapę i przyciągnęła do siebie. Samiec wyszczerzył zęby. Był szybszy. Złapał ją za kark. Drasnęła go w bok.
Spróbowała wyciągnąć się, by zobaczyć, co się dzieje. Pies syknął i odrzucił ją, coś gruchnęło w jej kościach, ale nie miała czasu się tym przejmować. Krew zasłoniła jej zdrowe oko, otarła je szybko, by znów zobaczyć, jak Jazgot przygniata Jasnego do ziemi. 
Zawsze słyszała, że czas w trakcie walki zwalnia. To nie była dla niej prawda. Miała wrażenie, że za każdym uderzeniem kryły się trzy kolejne, pojawiające się znikąd. Jasny był bezużyteczny ze swoimi słabymi łapami i brakiem motywacji. Nie chciał go skrzywdzić. Nie chciał też dać skrzywdzić jej.
Powietrze pachniało krwią, a samiec upodobał sobie atakowanie jej prawej strony. Przeskakiwał tak, by nie mogła go widzieć i czuła tylko, jak próbuje ją unieruchomić. Raz udało jej się dorwać do jego karku, ale wyrwała tylko sierść.
Była słaba. Uderzało ją to bardziej i bardziej. Jasny miał prawo. Wojna zostawiła go z połamanymi łapami, które nigdy nie zrosły się odpowiednio. Ona miała być tą silną. Tą, która pociągnie rodzinę w stronę nowej przyszłości. A przegrywała z młodzikiem. 
Jeszcze jedna próba. Ostatnia. Zastrzygła uszami. Zebrała całą swoją siłę i pomimo drżących łap, rzuciła się na niego. Uderzenie było na tyle silne, że pies upadł i sturlał się z pagórka na drogę. 
Ogień jeszcze płonął w jego oczach. Zdążył podnieść się z łap, gdy do jego uszu też dotarł pisk opon. Zobaczyła, jak przez moment strach pojawił się na jego pysku. Zdążył tylko się skulić.
Nie odwróciła wzroku. To wydawałoby jej się to pozbawione szacunku. Ciało wyleciało w powietrze i uderzył z gruchotem o ziemię. Miała wrażenie, że na jeden krótki moment czas się zatrzymał. Zaraz jednak mrugnęła, potwór dwunogów ruszył dalej, a ona spojrzała na Jasnego.
— Jasny idziemy — poleciła, ciągnąć samca za sobą. Szedł z trudem, widziała, że nogi mu dokuczały.
Sama nie mogła przestać się odwracać. Zobaczyła jeszcze jak pies podnosi łeb. Błądził rozmytym wzrokiem po otoczeniu, zanim nie opadł na ziemię. Przestał się ruszać.
Wypuściła powietrze, które nie wiedziała, że wstrzymywała. 
Zemdlała po czterech krokach. Jasne Serce musiał ją zanieść do klanu, bo obudziła się u medyka. On sam leżał obok. Obudzony, milczący, wpatrzony w nią pustymi oczami. Nie miała siły na nic, więc kiwnęła mu tylko łbem.
Nie była gotowa zastanawiać się nad tym wszystkim. Nie w tym momencie. 
— Jestem pewna, że przeżył — mruknęła do samca, układając łeb na łapach. Nie odpowiedział, ale poczuła, jak dotyka ją w grzbiet.
— Odpoczywaj skarbie — powiedział smutno i pogłaskał ją po grzbiecie. Zamiast znajomego komfortu, przeszedł ją dreszcz. Mimo to zamknęła oczy i starała się udawać, że wszystko było w porządku.
 
[1006 słów: Mleczne Oko otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia - traci 75 pz, Jasny 65 pz a Jazgot 80 pz.]

19 maja 2021

Od Mlecznego Oka

— Czy myślisz czasem o swoich rodzicach? — zapytała, gdy słońce zachodziło nad ruinami. 
Wiedziała, że Jasne Serce patrzył na nią tym swoim smutnym wzrokiem, który dodawał mu kolejnych księżyców. To był ten wzrok, który mówił “Oh dziecko...”. Zazwyczaj jej nie przeszkadzał, bo kojarzył jej się z czasami, gdy Jasny opowiadał o jej piękne kłamstwa o świecie. Wtedy chciała mu wierzyć, bo nie była gotowa na przyznanie samej sobie, co oznaczają czerwone plamy na sierści powracających psów. 
Teraz chciała go uderzyć, a to była obrzydliwa myśl. Prędzej obcięłaby sobie łapę, niż w jakikolwiek sposób zraniła Jasnego. Potrząsnęła łbem, próbując odsunąć od siebie wszystkie niepotrzebne myśli. 
— Raz na jakiś czas — odpowiedział. — Jeżeli coś mi o nich przypomni. Ptak zaśpiewa w odpowiedni sposób albo powietrze zapachnie tak jak tego dnia, gdy byliśmy pierwszy raz na polowaniu. 
Kłamał. Nie, nie mówił prawdy. Nie była tylko pewna, w którą stronę przesadzał. Czy myślał o nich częściej, czy rzadziej, niż chciał wspomnieć. Nie umiała tego określić. 
Jasny myślał, że ona nic nie wie. Jasny myślał, że ona nie rozpoznaje, gdy naciągał prawdę. Nie chciała go z tego wyprowadzać. Nauczyła się po wojnie. Na niej nieustannie kłamał, zmyślał, przemieniał, a ona we wszystko wierzyła. Była dzieckiem, a on był jej mentorem. Nawet światło w jej wspomnieniach padało tak na niego, że wydawał się potężniejszy. Najlepszy i najodważniejszy pies, jaki chodził po ziemi. Dopiero potem, gdy wrócił do nich z powykręcanymi łapami i bólem w każdym kroku, zaczęła rozumieć. 
Była mu wdzięczna za te opowieści. Nie była gotowa na prawdę, nie w tym wieku. Z czasem dorosła i zaczęła rozumieć. Zaczęła łapać, jak jego głos się zmieniał w tych momentach. Nie miał nad tym kontroli, a nie była pewna, czy ktokolwiek słuchał Jasnego tak jak ona. 
Najgorszy był moment, gdy zorientowała się, jaki nieważny jest. Że inni członkowie sfory nie widzieli w nim dzielnego, wspaniałego Jasnego Serca. Jej ukochanego opiekuna. Jej bohatera, który pokona wszystkie potwory i powstrzyma całe zło. Nie był nikim istotnym. Szary pies wśród innych szarych psów. Pamiętano go, bo nie zamykał pyska i wszystkim oferował szeroki uśmiech. A potem ktoś musiał zadać to pytanie "Jasne Serce? A ten ostatni z dzieci Tchórzliwego Ogona". 
Miała wrażenie, że wszyscy lubili o tym przypominać. Że Ogon był tchórzliwy,tak jak jej rodzice i jego bracia. A wszyscy starsi zginęli bądź zaginęli, zostawiając za sobą tylko resztki pokolenia, do którego należała. Sama starała się odganiać od siebie myśli o nich. Miała w swoim życiu całą rodzinę, jakiej potrzebowała. Ale musiał przyjść Gniewny Niedźwiedź i jego pytania. Teraz nie mogła powstrzymać swojej głowy od wędrowania. 
— Czy jesteś na nich zły? 
— Nie, nie na matkę. Nie mogła powstrzymać śmierci, która nie była jej wyborem. A ojciec... sprawa z ojcem zdarzyła się tak dawno temu. Ciężko jest się gniewać po tych wszystkich księżycach. 
Sprawa. Lubił to słowo. Było bardzo ogólne, nie zdradzało żadnych emocji. To były dokładnie te same powody, dla których ona go nie znosiła. 
— Naprawdę? Nawet jeśli na każde wspomnienie o nim inni reagują pogardą? 
— Mój tata i twoi rodzice to dwie różne sytuacje. — Skrzywiła się.
— Zrobili to samo. Uciekli. Tylko twój ojciec przy okazji dostał nowe miano. 
— Nie byłem dzieckiem, kiedy nas zostawił. 
Nie była dzieckiem. Była uczniem. Dzieci były bezbronne, słabe i zależne. Uczniowie nie. Uczniowie byli silniejsi, sprawniejsi i nauczeni podstaw życia. Rodzice nie zostawili dzieciaka, zostawili ucznia. To była istotna różnica. Nie wiedziała dlaczego, tak bardzo chciała ich bronić, gdy na myśl na nich ogień płonął w jej oczach. 
Ich mogłaby uderzyć. 
— Jak dobrze ich pamiętasz? — zapytała. — Wychowaliście się razem — dodała niepotrzebnie. 
Tak bardzo chciała teraz widzieć jego wyraz pyska. Nie obróciła się jednak. Siedziała dumnie, wpatrując się w punkt przed sobą. Jakby coś tak normalnego, jak chęć zobaczenia rozmówcy miało okazać jej słabość. 
— Poranny Świergot był zawsze miły. Trochę leniwy, ale miły. Dogadywał się dobrze z moją siostrą. Dla mnie zawsze za dużo się śmiał. Zabawne, prawda? Ja narzekam na czyjeś poczucie humoru. — Czekał na jej reakcje, a ona nie miała zamiaru mu jej dać. Czekała na dalsze słowa. 
Miły, zabawny, leniwy. Ciemne oczy, białe zęby, krótkie łapy. Kiedy się śmiał, brzmiało to jak śpiew. 
— A Blada Maska? 
— Pasowała do niego. Potrzebowała chwili, żeby wyjść ze swojej skorupki, ale gdy już to zrobiła, była równie głośna i radosna co on. Oboje nie przykładali specjalnie uwagi do treningu. — To zdanie nie miało w sobie takiej irytacji, jakiej oczekiwała. Jasne Serce nigdy nie był okrutnym mentorem, nie nazwałaby go nawet surowym. Wpoił jej za to odpowiednie wartości i pilnował, by były one przestrzegane. — Lubiła leżeć na łące i czasami oboje wpadali w taki uroczy nastrój, że aż wstyd było im przeszkadzać. Czasami zrywała liście z drzew, tylko po to, by pokazać, że może do nich doskoczyć. 
Była wysoka. Pachniała kwiatami. 
— Pasowali do siebie? 
— Iskro... 
— Wiesz, że to nie moje imię. 
Przez chwile nie odpowiadał. Czekała, czy usłyszy jego westchnięcie. Też nie nastąpiło. Potrafiła sobie wyobrazić, jak wpatruje się w jej brzydki pysk. Szuka w nim odpowiedzi. Zniszczona skóra i białe oko pozostawały nieruchome. To było jakieś błogosławieństwo w tym piekielnym bólu. Chociaż trochę lepiej mogła się ukrywać, wystarczyło pokazać spaloną skórę po swojej prawej. 
— Tak, pasowali. Nie widziałem nigdy dwóch psów, które były bardziej idealne dla siebie. 
— To dobrze — powiedziała, bo taka była prawda. Zawsze myślała o nich, jako o duecie. Trudno było jej sobie wyobrazić wizje świata, gdzie się rozstali. Nawet jeśli gdzieś w głębi serca życzyła im, by cały ten związek zakończył się katastrofą. Wtedy może zaczęliby rozumieć, jak złą decyzję podjęli. 
— Moi rodzice tak nie mieli — powiedział i nie rozumiała dlaczego. — Byli w porządku parą, ale nie kochali się szczególnie. Po prostu im nie wyszło. 
— I co z tego? — zapytała. Zbyt ostro, zbyt agresywnie. Prawie się skrzywiła. 
— Nic. Po prostu chciałem ci o tym powiedzieć. 
Opuściła łeb i poczuła, jakby przegrała. 
— Myślę, że Biała Wierzba odejdzie — powiedziała w końcu, to, co siedziało jej od dawna na głowie. 
— Wiem.
 Pokiwała łbem. Wszyscy się domyślali, ale nikt nie powie tego na głos. 
— Czy znalazła sobie jakiegoś psa w mieście? 
— Tak sądzę. Nie pytałem. 
Miało sens. Jasny i Biała nigdy nie byli ze sobą tak blisko. Trochę ją to bolało, ale milczała. Rozumiała. Nawet trochę się cieszyła, że Biała Wierzba znalazła oparcie w Złotym Kwiecie. Tak było łatwiej. 
— Co z Żmijową? 
— Trzyma się. Nie rozmawiała z Mysią przez bardzo długo. Pogodziły się. 
— Myślisz, że też zniknie? 
— Może. Zamknęła oczy. Wypuściła powoli powietrze. Wdech za wydechem. 
— Rozumiem, jak się czułeś — powiedziała, ale to nieprawda. Nie wiedziała, jak to jest stracić kogoś na wojnie. 
Słyszała, jak bierze głęboki wdech, jakby próbował złapać uciekający mu zapach. Zrobiła to samo. Smród dwunogów, gnijące mięso, mokra trawa. Jeśli by się postarała, poczułaby lasu, ale wiedziała, że to tylko jej wyobraźnia. Las nie był już ich, zostali pozbawieni nawet drobnego komfortu, czucia jego zapachu. 
— Czego chcesz w życiu? — zapytała, chociaż znała odpowiedź.
Jasny chciał szczeniąt, które byłyby dziećmi z jego krwi. Jasny chciał kogoś, komu mógłby dawać kwiaty, jak mentorka go uczył. Chciałby, żeby Biała Gwiazda go doceniła, Płomienny Krzew polubił, a Mroźna Burza i Złoty Kwiat żyli wiecznie. Chciał, żeby jego rodzeństwo wróciło do niego, nawet zza grobu. Chciał, żeby zapamiętano go jako wielkiego wojownika, a nie połamanego kundla, który stracił wszelkie znaczenie po wojnie. 
— Nie wiem — odpowiedział i brzmiał przy tym tak młodo i smutno. Jakby na moment pozwolił swojemu głosowi się złamać. Rzadko go takim słyszała. W takich momentach pamiętała, że nie miał tak wiele księżyców więcej niż ona. — A ty? 
— Też nie.
To chyba nawet nie było kłamstwo. Nie mogła być pewna. 
— Chyba... — zaczęła i nie kontynuowała. Nie poganiał jej. — Chciałabym, żeby inaczej na mnie patrzono. 
— Jak? 
— Z szacunkiem? Z nadzieją. Mam wrażenie, że wszyscy tylko czekają, aż upadnę. Bo jestem młoda, głupia i niedoświadczona. 
— Biała Gwiazda wybrała cię na zastępcę — powiedział, jakby to naprawdę miało wtedy znaczenie.
— A jaki miała wybór? Musiała przecież działać szybko. — Usłyszała westchnięcie, którego nie był w stanie powstrzymać. Wiedział, że miała racje. 
— Wszyscy wiemy, że nie będę przywódcą Jasny. Jak tylko Biała Gwiazda znajdzie kogoś lepszego na tę rolę, to się odsunę. 
— Czy tego chcesz? 
Chciała, żeby nie zadawał jej pytań. 
— Nie. Ale mi to też nie przeszkadza. 
To było kłamstwo. Nie mówiłaby mu o tym, gdyby jej to nie przeszkadzało, ale nie była aż tak głupia, by myśleć, że to może się sprawdzić. Nie byłaby samej siebie w stanie zaakceptować w roli przywódcy, a co dopiero inni. Była w stanie przyznać to samej sobie, nawet jeśli pociągało to za sobą ucisk w gardle i ból w sercu. 
— Nie obchodziłoby ich to, prawda? — zapytała. Nie chciała pytać, ale nie mogła się powstrzymać. Słowa wypadły, zanim zdążyła zacisnąć zęby.
Jasny milczał. To było gorsze niż wszystkie jego "Oh dziecko" i wszystkie "Przecież to nic ważnego, kochaniutka", które ukrywały niewypowiedziane rozczarowanie. 
— Nie — powiedział w końcu i jakimś sposobem, to było jednocześnie bolesne i uwalniające. — Nie, nie sądzę, by oni dbali o takie rzeczy. To były wolne duchy. Hierarchia była dla nich niepotrzebnym utrudnieniem. Reliktem przeszłości.
Pokiwała łbem. Wolno, bo nie ufała swojemu ciało. Musiała odczekać, aż gula zniknie z jej gardła. 
— Wiem to, tak tylko pytam.
Wiatr zawiał mocniej i musiała się skrzywić. Syknęła cicho, czując go na swojej odsłoniętej skórze. Należało się zbierać. 
— Chodź do reszty. Niedługo posiłek — powiedziała i wstała. 
— Czujesz się lepiej? — zapytał, nareszcie pojawiając się w jej wizji. Czerwone oczy wpatrywały się w nią z ojcowską czułością i niepokojem. Nie chciała tego od niego. Nie w tym momencie.
Nie lubiła mu kłamać, więc tylko pokręciła łbem. Nie dopytywał się. Tym razem przeniósł się na jej lewą stronę i mogła dostrzegać, jak co chwila patrzy na nią zmartwiony.
Chciała się zaśmiać, ale nie miała z czego. Wiatr wiał jej w pysk i kazał mrużyć oczy. Miała poczucie, jakby się topiła i nie potrafiła nawet podać jednego powodu. Zagryzła język i uparła się na patrzeniu przed siebie. Jasny milczał i nie wiedziała, czy było to lepsze, czy gorsze niż słowa. 
Gwiezdni nie chcieli słuchać jej próśb o znak, zsyłając tylko koszmary o ludzkich potworach, słońcu w oczy i bólu. 
[1656 słów: Mleczne Oko otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

22 kwietnia 2021

Od Mlecznego Oka CD Gniewnego Niedźwiedzia

Ostatnia prosta była najgorsza. Czuła każdy krok w swoich łapach, ale nie chciała przestać. Byli tak blisko. Miała wrażenie, że jak tylko się zatrzymają, nigdy nie dotrą do domu.
Zastanawiała się, czy powinna odprowadzić Konara do Industrii. Chłopaki zapewnili ją jednak, że sami dadzą radę.
Przez chwile patrzyła za nimi i pomyślała, że trochę będzie tęsknić. Otrząsnęła się, gdy zimne powietrze uderzyło ją w łysą stronę pyska. Niemal widziała już ruiny. Zaciskała szczękę jeszcze mocniej, jakby rośliny miały uciec.
Jej ogon zaczął machać się na wszystkie strony, gdy zobaczyła Jeziorny Kwiat ze Stokrotką na horyzoncie. Uśmiechnęła się, widząc ich zaskoczony wyraz pyska.
— Mleczne Oko? — zapytała samica.
— Cześć? — powiedziała, śmiejąc się lekko.
— Stokrotko, leć po mamę — poleciła samica, a szczeniak od razu posłuchał. Ale ona urosła przez te… ile właściwie czasu minęło? Nie umiała powiedzieć. Z jednej strony miała wrażenie, że wyszła wczoraj, a z drugiej, że nie było jej tu lata.
— Przyniosłam je — powiedziała. — Mam zioła, które wyleczą chorobę na stałe.
— Gdzie ty byłaś? Biała Gwiazda nic nam nie powiedziała.
Mleczna nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. W górach miała ochotę odpowiedzieć, ale to nie zadowoliłoby samicy. Pokręciła więc tylko łbem. Jeziorny Kwiat szła wolno obok niej, nie poganiając i nie narzekając na ślimacze tempo. Mleczna miała ochotę pobiec na miejsce jak najszybciej, ale wiedziała, że łapy by się pod nią ugięły, jeśli tylko spróbowałaby przyśpieszyć.
Starała się ignorować pytanie, które dzwoniło w jej głowie. Czy ktoś zdążył umrzeć? Czy się spóźniłam? Nie chciała usłyszeć odpowiedzi od samicy. Za bardzo się jej bała.
W końcu zobaczyła ruiny i psy, kręcące się wokół budynku. Kamień spadł jej z serca, gdy uderzyły w nią te wszystkie znajome zapachy. Gdzie był Jasny? Jej babcia? Siostra? Kuzynki? Czy wszystko z nimi w porządku? Jedna figura zbliżała się do nich szybko. Niski pies. Mnóstwo futra, krótkie łapki, jej zdaniem najlepszy opiekun i mentor, jakiego może wyobrazić sobie szczeniak.
— Dziecko?
— Cześć Jasne Serce. Jestem w domu.
Starała się zachować spokój i powagę. Była zastępcą, wojownikiem i członkiem Tenebrisu. Musiała się dobrze prezentować. Tylko jakoś o tym zapomniała, wypuściła zioła z pyska i wtuliła się w jego sierść.
Nareszcie. Nareszcie była w domu. Cała ta epidemia się skończy, uratuje wszystkich. Zamknęła oczy i jeszcze mocniej wtuliła się w niego. Mogła sobie jeszcze przez chwile na to pozwolić.
— Kochaniutka, oni wszyscy byli pewni, że…
— Nic mi nie jest — zapewniła. Nie chciała, żeby kończył to zdanie. — Czy ktoś umarł? — zapytała, mocniej wciskając łeb mocniej w jego sierść. Czy się spóźniła?
— Nikt z rodziny — odpowiedział Jasny. Na razie to jej wystarczyło. Wzięła głęboki wdech. Czuła zapach mokrej ziemi, prochu i tę nutę, którą miały tylko psy z Tenebrisu. Futro łaskotało jej skórę, gdy się odsunęła.
— Musimy pójść do Ciemnego Kła — powiedziała. Złapała zioła w pysk i wyprostowała się. Czy Jasny zmalał przez ten czas?
To nie było istotne. Na razie uśmiechał się dumny z niej, więc to wystarczało. Udało im się. Wykonali zadanie. Uratują klany. 
~***~
Wszystko było jednym, wielkim chaosem. Najpierw spotkanie z Ciemną, potem z Białą, a na koniec dopadły ją jeszcze kuzynki z siostrą. Czuła się przygnieciona tym wszystkim. Chciała tylko spełnić swój obowiązek, poklepanie po plecach i trochę pochwał by jej wystarczyło.
Najwyraźniej, jeśli znikniesz z klanu, a połowa członków właściwie nie wie dlaczego, wszyscy będą chcieli z tobą rozmawiać. Przynajmniej większość psów rozumiała słowo nie. Problemem było, żeby ona je wypowiedziała.
Jeszcze wszystkie te cholerne psy nie rozumiały pojęcia ślepoty. Dopiero zaczynała się orientować, jak bardzo irytują ją większe zbiorowiska. Zawsze ktoś stawał blisko niej i nawet nie pomyślał, że ona go nie zauważy. A może inaczej, pomyślał, ale nie przejął. Przynajmniej na swoich współwybrańców mogła warknąć, syknąć, kazać się ruszyć. Tu musiała się powstrzymywać i zagryzać język.
Jasne Serce w końcu powiedział jej, które psy umarły z powodu epidemii. Mleczna miała ich imiona wbite w pamięć. Zmyślny Pysk, Jeżynowe Futro, Dzika Otchłań, Czerwony Liść, Żółty Śnieg, Srebrna Pręga, Brązowy Pazur, Czarny Nos, Wilcza Chwała i Szary Grzyb. Nikt z rodziny, miał rację, ale nadal cholernie ją to bolało. Jeszcze na dodatek Mysia Paproć postanowiła odejść. Miała ochotę uderzyć ją w pysk i krzyknąć. Dlaczego nam to robisz? Dlaczego i ty musisz okazać brak lojalności? Nie wystarczy ci, że już wszyscy uważają naszą rodzinę za tchórzy i niehonorowych?
Słyszała Gniewnego Misia, po prostu go zignorowała. Jej planem było iść na tyle szybko, by dziad nie nadążył. A potem powiedział to przeklęte słowo. Rodzina.
— O czym chcesz gadać? — zapytała. Potrząsnęła łbem, żeby chociaż trochę zasłonić swoją brzydotę. Tak, było to bezsensowne, bo sierść nie mogła zwyciężyć z grawitacją. Nie, wciąż nie przestała tego robić.
— No powiedziałem przecież — mruknął samiec.
— A co w związku z nimi?
— Co o nich pamiętasz? — Skrzywiła się. Skąd nagle te pytania? Co za przesłuchanie? I po cholerę Misiowi ta wiedza?
— Co pamiętam? O dziadkach? — Pies pokiwał łbem. Zagryzła język przed odpowiedzią. Nadal nie zdecydowała, czy postanowiła wierzyć, że Zjeżony Kark przyszedł do niej we śnie. Nie, żeby wspomniała o tym Misiowi. — Złota Kwiat żyje i ma się dobrze, Zjeżony Kark został złapany i zamordowany przez Quintusa. Nie mam z nim tak wielu wspomnień, ale był w porządku.
— Nie o tę stronę rodziny mi chodziło. O tę, od Bladej Maski. Naszą.
I w tym momencie gniew, który zawsze buzował w sercu Mlecznej, wybuchł.
— Nie będę rozmawiać ani o tej suce, ani o jej przeklętych rodzicach — syknęła. Ominęła samca i przyśpieszyła kroku. Aby ten cholerny dziad się potknął i rozwalił pysk na korzeniu.
Trujący Obłok dbała o swoje wnuki na tyle, by nauczyć się ich imion. Leśny Powiew zainteresowany był samicą tylko do momentu, gdy miała chcicę. Zdradził własną partnerkę z kimś tak paskudnym, jak Trujący Obłok. A Blada Maska i Poranny Świergot, ta dwójka miłośników wolności. Fani niezależności i braku ograniczeń. Ich cholerni rodzice… wspomnienie o nich nie powinno ją boleć, ale i tak kłuło w serce.
— Zaczekaj.
— Daj mi spokój.
— Mleczne Oko!
— Weź mnie zostaw. — Odwróciła się w końcu. Jej przeklęty brak cierpliwości. — Blada Maska i Poranny Świergot są siebie wartymi tchórzami, którzy nie umieli zająć się poprawnie swoim potomstwem. Trujący Obłok napłodziła sobie nowego potomstwa i modlę się do gwiezdnych, by zajmowała się nimi lepiej niż poprzednimi. A Leśny Powiew to cholerny lowelas od siedmiu boleści i dobrze, że gryzie ziemię. Nie obchodzi mnie, że był dla ciebie wujkiem czy tam kuzynem.
<Gniewny?>
[1040 słów: Mleczne Oko otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

16 lutego 2021

Od Mlecznego Oka

Widziała chmury. Próbowała przewidzieć z nich pogodę. Czy były odpowiednio ciemne, by spadł z nich deszcz? Czy może odpowiednio jasne, by ich jedynym celem było zakrywanie słońca? Leżała na plecach na miękkiej trawie, a jej ogon poruszał się to na lewo, to na prawo.
— Co tam widzisz, dzieciaczku?— zapytał głos za nią. Wyciągnęła łeb, ale była w stanie zobaczyć tylko dwie, masywne łapy. Nie przestraszyła się. Wróciła do starej pozycji i pomachała ogonem.
— Obłoki — powiedziała, jej głos wyższy niż zwykle.
Ten ktoś położył się obok niej. Odwróciła łeb w prawo. Leżał obok niej wielki pies, który przypominał wilka, ze swoim ciemnym, nastroszonym futrem i czerwonymi oczami. One jednak patrzyły na nią ciepło.
— Cześć dziadku — powiedziała, uśmiechając się.
— Cześć Iskierko — odpowiedział i coś w niej drgnęło. Pies patrzył na nią cierpliwie i czekał. Przyjrzała mu się uważnie.
— Ty nie żyjesz dziadku. — Samiec uśmiechnął się do niej smutno. — Co tu robisz?
— Chodź. Przejdziemy się.
Zawsze była mu posłuszna, więc i tym razem ruszyła za nim. Patrzyła na niego z dołu, ledwo sięgając do brzucha. Jej łapy był krótsze i zrozumiała to dopiero, gdy spojrzała na ziemię.
— Czemu do mnie przyszedłeś? — zapytała. Nie odpowiedział. Nie szli przez ziemię, które znała. Był to las, który niemal przypominał jej dawny dom, ale coś było nie tak. Drzewa zbyt wysokie, igły zbyt ostre, a mech zbyt miękki. Słyszała ptaki, ale nie umiała ich dostrzec. Zatrzymali się przy wielkiej lipie. Zjeżony Kark usiadł w jej cieniu, więc ona przystanęła obok.
— Starałem się z wami wszystkimi skontaktować — powiedział. — Bardzo ciężko się do ciebie dobić — zabrzmiał na niezadowolonego, a Mleczna położyła swoje małe uszka po sobie.
— Przepraszam. Nie wiedziałam.
— Musiałem wywalczyć swoje spotkanie z tobą — powiedział. — Odeszłaś daleko od domu.
— Zostałam wy…
— Tak wiem. — Położył swoją wielką łapę na jej grzbiecie. — Musisz się śpieszyć, Iskierko. Oni tam zaczną umierać.
— Nie musisz mi przypominać. — Spróbowała się odsunąć spod jego pazurów, ale przycisnął ją delikatnie do ziemi.
— Nie o tym chciałem porozmawiać. Mój syn cię skrzywdził, prawda? — zapytał z troską w głosie.
— Ojciec… ojciec. Oni po prostu odeszli. Staram się o tym nie myśleć.
— A powinnaś. Mój syn odszedł. Moja córka i drugi syn zostali straceni. Obie twe kuzynki nie interesują się naszym dziedzictwem. Jedna spędza dnie na bezsensownym paplaniu, a druga oddaje swoje ciało psu z miasta.
— Co?
— A nie będę nawet wspominać o twojej siostrze.
— Co jest nie tak z moją siostrą? — spytała ostro, głosem niepasującym do szczeniaka, którym się tu czuła. Zjeżony Kark pochylił się, by spojrzeć jej prosto w oczy.
— Biała Wierzba ma większe szanse zostać pieszczochem niż szanowanym wojownikiem — powiedział zimno. — Jeszcze na dodatek jesteś łączona z potomkami nieudolnego brata twojej babci — zdrajcą, dwoma tchórzami, trupem i cudzołożnikiem. Jesteś naszą szansą, Iskierko. — Ciężar jego łapy zaczął ją przygniatać.
— Dziadku…
— Zachowaj, to co masz. Walcz, o więcej. Jesteś jedyną szansą, jaką ma jeszcze ta rodzina, by zapisać się w pamięci Tenebrisu złotymi zgłoskami. Nie zaprzepaść jej.
Kiedy otworzyła oczy, nie mogła złapać oddechu.
— Mleczne Oko? Wszystko w porządku? — usłyszała obok siebie zaspany głos Brązowej Blizny.
— Tak, tak — odpowiedziała, kręcąc łbem. — Tylko dziwny sen.
Położyła głowę na ziemi i spróbowała się odprężyć. Zimny głos Zjeżonego Karku brzmiał w jej głowie. Próbowała wmówić sobie, że to tylko wytwór jej zmęczonego umysłu. To było bardzo trudne zadanie.
Zdrajcy, tchórz i cudzołożnik?
[541 słów: Mleczne Oko otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

31 stycznia 2021

Od Mlecznego Oka

 Mleczne Oko przyzwyczaiła się do niespokojnych nocy. Nie umiała sobie z nimi radzić, ale wierzyła, że kiedyś nauczy się z tym radzić. Tego wieczora była przemęczona.
Nie rozumiała, czemu Biała Gwiazda postanowiła obdarzyć ją zaufaniem i nadać rolę przywódcy, ale nie kłóciła się z nią. Wieczorem pytała o to jednak babkę i Jasne Serce. Były inne psy, cała masa psów, które musiały się nadawać lepiej niż ona. Jednak teraz słowa Białej Gwiazdy były prawem. Jeżeli przywódczyni chciała od niej pomocy, będzie jej udzielać. Jeszcze uderzyła w nich epidemia, której ofiarą był zapewne Ciemna Gwiazda. Mogła życzyć sobie o trochę lepsze początki.
Zasypiała zmęczona i budziła się zestresowana, ale dzięki temu dawała radę przesypiać noc. Chyba jej głowa była zbyt zmęczona, by wytwarzać tak wiele koszmarów. A jednak coś tej nocy sprawiło, że jej wyobraźnia zaczęła działać.
Tym razem nie była w mieście. Znowu znajdowała się w lesie. Było to tak wyraźne, że niemal czuła trawę pod łapami i zapach liści w nozdrzach. Drzewa szumiały wokół niej swoją pieśń. Tak za tym tęskniła. Widziała wszystko, a przeglądając się w strumieniu, widziała własne odbicie. Dokładnie takie samo, jak sprzed wypadku. Zaraz obok niej pojawił się drugi pysk. Uniosła szybko łeb.
— Ciemna Gwiazdo? Co ty tutaj robisz, ty…
— Nie żyjesz? — dokończył za nią. Nie wiedziała, skąd to wiedziała, ale ten fakt był równie pewny jak ziemia pod jej łapami.
— Tak. Poszedłeś do Gwiezdnych.
— Chcę, żebyś to zapamiętała bardzo uważnie. — Jego wzrok był poważny i jeszcze starszy, niż gdy go ostatnio widziała. — Aby znaleźć uzdrowienie, musisz iść w miejsce bliskie gwiazdom.
— Co?
— Biała Gwiazda w ciebie wierzy, tak samo my. Pamiętaj moje słowa. — Połowa jej wizji zaczynała ciemnieć. Przywódca rozmazywał się przed nią. Czuła, jak jej pysk zaczynał piec.
— Ciemny… — Spróbowała do niego podejść.
— Iskrząca Duszo. — Zatrzymała się z łapą nad strumieniem. — Mleczne Oko. Wojowniczko. Ruszaj.
— Ciemny!
Wtedy ogarnęła ją czerń. Obudziła się ze zduszonym krzykiem. Rozejrzała się po pomieszczeniu i jej oddech zwolnił, gdy widziała znajome psy. Wiedziała, że nie zaśnie po obudzeniu się, to równie dobrze mogła się podnieść.
Psy jeszcze nie przyzwyczaiły się do zmiany, a oni wszyscy mieli ważniejsze rzeczy na głowie, niż jej awans. Pasowało jej to, mogła skupić się na szukaniu ziół i tylko czasem uśmiechała się, gdy nikt nie kłócił się z jej prośbami.
Ten sen, który miała, był dziwny. Znała swój mózg, wiedziała, co potrafiłby wytworzyć. To nie było to. Nie chciała z nikim o tym rozmawiać, ale gdy kolejnemu z nich nie udało się znaleźć odpowiedniej ilości. Jeszcze nie było źle, ale bardzo szybko mogło zacząć. Chciała udać się do Jasnego Serca, ale wysłali go na granice domostw ludzkich. Poza tym była dorosła, była zastępcą. Nie mogła biec z każdym problemem do niego.
Chyba za bardzo uwierzyła w swoje zdolności, bo w jednej chwili czuła się w porządku, a w następnej usłyszała od Mroźnej Burzy, że jest ranna. Po dotknięciu pyska zobaczyła krew. Coś musiało pęknąć na jej skórze. Oznaczało to, że powinna udać się do Ciemnego Kła. To była ostatnia rzecz, jakiej teraz chciała. Musiała jednak być dorosła i zebrać w sobie całą swoją siłę woli, by powstrzymać się przed zamordowaniem medyczki.
— Witaj — powiedziała, wymuszając z siebie odrobinę przyzwoitości, bo Borsucza Łapa tam siedział. Co temu dzieciakowi znowu się stało? Może wbił sobie igłę w łapę. — Coś podobno mi się stało.
— Wpadłaś na drzewo? — zapytał się Lisia Łapa, ten mały gnojek.
— Tak. Ciemny Kle?
— Już szukam twojej mazi — mruknęła samica, gdzieś z jej prawej strony. Przysiadła z boku i szukała wzrokiem jakiegoś kubła wody, żeby się obmyć. — Nie przemęczaj się — powiedziała medyczka i zaraz Mleczne Oko poczuła coś zimnego na swoim pysku. Miała nadzieje, że chociaż szmata była czysta. Siedziała bez słowa, pozwalając nałożyć sobie ziołową mieszankę. Lisia Łapa dręczył czymś brata, ale nie chciała nawet się tym przejmować.
— Mogę iść?
— Tak.
Mleczna zatrzymała się jednak w progu i zaklęła w duchu. Jeśli sen ją dręczy, to kto jest lepszy do porozmawiania o nim od medyka. Nawet jeśli ich medyk był tak beznadziejną suką jak Ciemny Kieł.
— Miałaś ostatnio prorocze sny? - zapytała.
— A co? — Ciemny Kieł przechyliła łeb.
— Przyszedł do mnie… dawny przywódca. — Jej zawahanie się było niemal niedostrzegalne. — Aby znaleźć uzdrowienie, musisz iść w miejsce bliskie gwiazdom. Dokładnie tak powiedział. Zastanawiałam się, czy to coś znaczy, czy po prostu twoje leczenie ma kolejny skutek uboczny — powinna się powstrzymać przed małą uszczypliwością, ale nie mogła.
— Wszyscy medycy mieli sny. Jest was pięcioro i macie iść na górę. Ciesz się. Gwiezdni najwyraźniej dali ci zadanie.
— Świetnie, dzięki — powiedziała, przewracając oczami. Zadanie od Gwiezdnych. Tego jeszcze jej brakuje.
Musiała porozmawiać o tym z Białą Gwiazdą. Nie powinna tracić zastępczyni w takim momencie. Z drugiej strony, słowa Gwiezdnych były nawet większym prawem niż słowa lidera. Czemu w ogóle ona? Czy Przodkowie się na nią uwzięli? Naprawdę potrzebowała spokoju, żeby nad tym wszystkim pomyśleć. Miała nawet lekką nadzieję, że Biała Gwiazda zakaże jej iść.
— Powinniśmy kierować się wolą Gwiezdnych. Wyznaczyli cię do specjalnego zadania, Mleczne Oko. Musisz je wykonać.
No kurwa mać. Czyli jednak czeka ją przygoda. 
[829 słów: Mleczne Oko otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia +20 za opowiadanie o śnie]

29 stycznia 2021

Od Mlecznego Oka — zgromadzenie klanów

Siedziała i patrzyła się na lodowisko. Drżała i bardzo starała się to ukryć? Przed kim? Przecież nikogo tu nie było. Wiedziała, przeszła ten teren trzy razy. Jak już zaczęła iść, nie mogła się zatrzymać.
Położyli Ciemną Gwiazdę w domu. Musieli zająć się ciałem, ale już nie dziś. Teraz wszyscy powinni spać, by potem móc lamentować nad liderem. Ale ona nie mogła. Próbowała, ale łapy ją świerzbiły, więc wyszła z ruin. Musiała go ominąć i starała się nie patrzeć. Nie mogła.
Przystanęła przy jego ciele i patrzyła w puste oczy. Ktoś powinien spróbować zamknąć jego powieki, ale nie była tym kimś. Znała go całe swoje życie. Kiedy była szczeniakiem, zdarzało jej się spoglądać na niego i myśleć: „Chciałabym być takim psem”. A teraz leżał martwy pod jej łapami i nie mogła nic z tym zrobić.
Była już na kilku zgromadzeniach, za każdym razem szła z Jasnym Sercem. Najpierw jako jej mentorem, potem jeden z wojowników. Nie chciała tak o sobie myśleć, ale wiedziała, że Jasne Serce był jej ostoją. Nie stresowała się samym zgromadzeniem, nie za entym razem, ale lubiła nie czuć się sama. Nie odzywała się nieproszona, siedziała grzecznie i słuchała — zarówno tych interesujących jak i bardzo durnych konwersacji. Od czasu wypadku jeszcze na nim nie była. Poczuła się bardzo zaskoczona, gdy Ciemna Gwiazda poinformował ją, że idzie na zgromadzenie.
Ona. Mleczne Oko. Ta bezużyteczna suka znowu dostaje szansę. Spodziewała się, że nigdy więcej to się nie zdarzy. Nie było się czym chwalić, jedynie wojowniczka, która nie potrafiła sobie poradzić z samą sobą. Podziękowała mu serdecznie. Dawał jej szansę. To wszystko, czego potrzebowała.
A potem dowiedziała się, że Jasne Serce nie idzie. To wydawało się bezsensowne. Wiedziała, że ma problemy z dłuższymi podróżami, ale przecież był w stanie wspiąć się na górę. Ale on powiedział, że dostał propozycję, ale poprosił, by nie iść. Nie rozumiała go, ale nie naciskała, to była w końcu jego decyzja. Domyśliła się, że jeśli Gwiezdni chcą rzucić jej przeszkody pod łapy, to nie tylko zabrali Jasne Serce, ale jeszcze postawią przed nią Nocnego. Oczywiście, że miała rację. Była tam ze swoimi głupimi żartami i trzymaniem się prawej strony. Czasami bała się, że zaczną lecieć łzy z jej ślepego oka i tego nie zauważy. Ale to było tylko w gorsze dni, ten nie był zły. Wstała wcześnie i wydawało jej się, że pysk boi odrobinę mniej. Nie musiała iść do Ciemnego Kła na badanie. Na patrol poszła z siostrą i udało im się upolować sporego zająca. Czuła się przygotowana, pewna, gotowa. Zagryzała język, żeby nie odpowiedzieć czegoś głupiego. W końcu dał jej spokój, zajmując się rozmową z Jeziornym Kwiatem. Mleczne Oko oddaliła się na tyły, pilnując, by żaden szczeniak nie został z tyłu.
Wiedziała, że mieli wiele do zaprezentowania. Słyszała plotki o włóczęgach, którzy coraz bardziej pałętali się po ich mieście, a sprawa pożaru lasu wciąż nie została rozwiązania. Wiedziała, że nieważne co zrobi, Nocna Furia będzie przy niej. Czuła go w koszmarze tej nocy, a on za każdym razem jakby wyczuwał, że bardzo nie chce jego towarzystwa. Wtedy właśnie trzymał się bliżej. Ale nawet on nie był w stanie tego dla niej zepsuć.
Dopiero gdy wspinali się na górę, zobaczyła, jak zmęczony wydaje się Ciemna Gwiazda. Dyszał, włócząc za sobą łapami. Widziała, że Biała Tęcza starała się z nim rozmawiać, ale przywódca zdawał się odpowiadać tylko ruchami łba. Ostatnio zdawał się wyglądać nie najlepiej, ale w Porze Nagich Drzew wszyscy zdawali się osłabieni. Dowodzenie klanem, zwłaszcza w tych czasach, było męczące. To zapewne to. Wtedy jeszcze tak myślała.
Na początku wszystko było w chaosie. Uśmiechnęła się wewnętrznie. Tęskniła to nieodpowiednie słowo, ale w jakimś stopniu brakowało jej energii zgromadzenia. Stosunki pomiędzy klanami były dziwne, niewielu się nienawidziło, a niektórzy mieli nawet przyjazne stosunki. Wiedziała, że Jasne Serce wciąż starał się utrzymywać kontakty ze swoim bratem i jego rodziną w Flumine, a niektórzy mieli nawet międzyklanowe przyjaźnie. A mimo to, wszyscy musieli pamiętać, gdzie leży ich lojalność. Starała się tym cieszyć, małym powrotem do normalności w tym dziwnym świecie.
A mimo to jej wzrok wędrował ku Ciemnej Gwieździe. Patrzył przed siebie i z początku myślała, że czeka, aż pozostali przywódcy się odezwą. Ale potem Oszroniona Gwiazda zaczął temat, a ich lider milczał. Przyjrzała mu się uważniej. Spoglądał przed siebie, ale oczy miał puste. Znała się na tym. Wydawał się być zamrożony w czasie, spokojnie wpatrujący się w pustkę przed sobą. Nie mrugał. To ją przestraszyło, nie mrugał.
Zaczęła się stresować i wiedziała dobrze, że to nieodpowiednie, ale i tak złamała zasadę. Wyszła z kręgu. Jak mogła tego nie zauważyć? Jak oni wszyscy mogli tego nie zauważyć? Ciemna Gwiazda wyglądał, jakby płonął od środka. Jego oczy lśniły, nos suchy, a oddech ciężki.
Ciemny Kieł udawała, że nic się nie dzieje. Jak tchórz. Może nie chciała, by inne klany zobaczyły, jak beznadziejnego medyka ma Tenebris, skoro pozwoliła komuś w takim stanie wyjść z ruin. Czy może całkowicie ją winić? W końcu każdy wojownik powinien bronić i chronić swojego lidera.
W Płomiennym nie miała sprzymierzeńca, tak samo w Ciemnym Kle. Biała starała się utrzymać fason, ale Mleczna widziała jej zmartwienie. Znalazła sprzymierzeńca w Nocnej Furii. Warknęła na tę zgraję kundli, czy ktoś mógłby mu pomóc. Nie zainteresowali się. Oczywiście, że nie. Czemu by mieli? Co ich obchodzi życie drugiego psa? Zamiast tego zajmowali się swoimi gównianymi żartami i małymi rozmówkami. Widziała ten brak zainteresowania. Myśleli, że panikuje. Myśleli, że Tenebris wymyśla, tworzy niepotrzebne zamieszanie.
Miała ochotę ich zaatakować. Już niezależne kogo, niezależnie jak. Rzucić się i zmusić ich chociaż do chwili ciszy. Cieszyła się ten jeden raz, że ich nie widziała. Ale potem przerażenie zajęło miejsce gniewu. On ich nie słyszał. On się nie ruszał. Zaciął się, ale widziała, jak sztywne były jego łapy. Te głupie mordy nie potrafiły nawet na chwilę odłożyć własnych spraw. Ciągle to jazgotanie i jazgotanie. Nawet nie przejęli się jego upadkiem.
W końcu mogli go odprowadzić. Biała Tęcza dała im pozwolenie, więc Mleczna zajęła miejsce z jego lewej strony, gdy Nocny zajął drugą. Teraz trochę tego żałowała. Chciałaby go widzieć w ostatnich momentach. A tak poczuła tylko, jak jeszcze więcej ciężaru jest na niej oparte, a potem nic. Odwróciła się, by zobaczyć, jak leżał już na ziemi.
Te wszystkie głupie chuje zebrały się, żeby oglądać. Jakby Ciemna Gwiazda był jakimś zwykłym kundlem, którego zgon nic nie znaczył. Zrobili z niego zabawkę, którą chcieli oglądać z daleka, ale kiedy było trzeba, nikt go nie dotknął. Po czasie była w stanie docenić medyków i ich uczniów, którzy rzucili się do pomocy. Gdyby może zebrali się wcześniej. Może wtedy Ciemna Gwiazda nie leżałby na ich stole z otwartymi oczami.
Znowu, chciała się rzucić. Chciała skoczyć do gardła każdej głupiej suce i każdemu durnemu psu, którzy nie potrafili zachować się jak porządne stworzenia. Ciemna Gwiazda nie był idealnym psem i nigdy by tak nie powiedziała. Ale był żywym stworzeniem, które wpłynęło na tyle żyć. A teraz odszedł do Gwiezdnych. Tak nagle. Tak szybko. Bez ostatnich słów. Zastanawiała się, jakie one by były. Czy mówił coś, jak wychodzili? Czy to była ostatnia rzecz, jaka wyszła z jego pyska? Czy może coś szeptał i nie usłyszała?
Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Zapewne nie, ale nie mogła przestać się nad tym zastanawiać, gdy schodziła, pomagając nieść jego ciało. Widziała jego łapę zwisającą przy jej pysku, ale nie była w stanie zmusić się do zatrzymania i przesunięcia jej. Słyszała szepty Ciemnego Kła i tak bardzo chciała kazać jej się zamknąć. Biała Gwiazda nie potrzebowała teraz myślenia o epidemii. To też weszło jej do głowy. Epidemia.
Co takiego uczynili Gwiezdnym, by tak się na nich mścić? Kto popełnił grzech tak okrutny, że trzeba było wszystkich ukarać? Czemu tak bardzo nienawidzicie Białej Tęczy, że zrzucacie jej tyle trudności na raz?
Otrzepała się ze śniegu. Niedługo zacznie wschodzić słońce. Sen i tak nie był już możliwy. Zamiast tego poszła na polowanie. Chciała, żeby to jakoś pomogło. Wiedziała, że zamordowanie gołębi w żaden sposób jej nie pomoże. Przyniosła ich za mało, ale starczyło do wykarmienia uczniów. Nadchodził następny dzień, a ona nie czuła, żeby to było odpowiednie. Świat szedł dalej, jakby nic się nie stało.
Po pożegnaniu została chwilę dłużej na zewnątrz. Przeprosiła Czarną Gwiazdę. Nawet nie wiedziała za co. Chyba za wszystko.
Zemsta nigdy nie była odpowiedzią, ale tamtego poranka modliła się nie o coś więcej, niż przyjęcie Ciemnej Gwiazdy do Coelum. A żeby te wszystkie psy, które nie okazały szacunku umierającemu, spotkała kara. I żeby Biała Tęcza miała siłę walczyć ze światem, który ich zaatakował.
[1401 słów: Mleczne Oko otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia +5PD za opowiadanie o zgromadzeniu]