Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szara Skała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szara Skała. Pokaż wszystkie posty

19 maja 2022

Od Szarej Skały CD Kłaczastej Łapy

TW: rozcinanie ciał, krew


Sowi był chujem. Rozumiałem go, ale nadal był chujem. Całe szczęście, że on jeszcze nie miał władzy w łapach. Gdyby nie Rzepa, Sowi pewnie dawno by już zrobił ze mnie dywanik.
Całkiem przyjemnie żyło mi się w klanie. Na pewno przyjemniej, od kiedy posiadałem ucznia. Chociaż posada medyka była bardzo przydatna, to zapewniała pewien dystans między mną a innymi psami. Brakowało mi naturalnych interakcji.
A potem przyszły szczenięta, które już wychowały się ze mną i mogłem namawiać je, by nazywały mnie Peterową Skałą. Działało średnio, ale uważałem to za świetny kompromis. Najlepszy był oczywiście Kłak. Mój młody, niekoniecznie normalny, dzieciak. Mogłem przekazać mu wszystko, co medyk powinien wiedzieć i dodać trochę wiedzy dodatkowej, przydatnej życiowej. Takiej jak zastosowania ostróżki.
— Może ja go adoptuje — zażartowałem, patrząc jak Sowi rozmawia ze swoim synem.
Przestań myśleć, nie wychodzi ci to — odpowiedział głos w mojej głowie. Przewróciłem oczami. Wstałem ze swojego miejsca, na przyjemnie wygrzanym kamieniu i ruszyłem w stronę psów. — Co zrobisz, gdy zostanie medykiem?
— Hm?
Jest dobry, nie brakuje mu wiele do akceptowalnego poziomu.
— Wiem. Ale to wciąż jest dzieciak, który wie jak używać medycyny, ale nie wie jak to jest być medykiem.
Dotarłem do psów, przerywając tym samym, jak oni by to określili, dyskusje z samym sobą. Wiedziałem, że moja relacja z Sowim i tak była gówniana, to nie było co się nawet starać. Można było mu za to bardziej dogryzać.
Kiedy byliśmy już w bezpiecznej odległości, gdzie ojciec malucha już nie mógł nas usłyszeć, powiedziałem.
— Znalazłem coś dla ciebie.
— Co? — Widziałem, jak aż ogon mu delikatnie zamerdał. 
— Zobaczysz. Najpierw nazbierajmy ten jaskier, żeby nie wyszło, że jesteśmy zupełnie bezużyteczni.
Kłak mógł iść szybciej niż ja, ale grzecznie trzymał się mojego boku. Sam zerwałem jaskier i włożyłem go na szmatę, skradzioną dwunogom. Zostawiali te śmieci wszędzie, a ja niespecjalnie chciałem skończyć z pęcherzami. Potem skręciłem w stronę morza. Niedaleko granicy z Flumine miałem swoją niespodziankę.
— Czy to…
— Martwa lisica. Możesz ją otworzyć.
 Ostatni raz martwego psowatego widział, gdy zmarło jedno ze szczeniąt Iskrzącej. Trudno było znaleźć odpowiedni materiał do ćwiczeń, a jednak młodzik musiał znać anatomie od środka. Zbyt wielu medyków myślało, że wystarczy znajomość paru roślinek i wprawne łapy. Wziąłem ostry kamień i podałem młodemu. Zostawiłem go tu ostatnim razem, gdy znalazłem samice. Leżała tu już pół dnia. Zaczęło śmierdzieć, ale nie było jeszcze tak źle. Nie rozłożyła się jeszcze.
— Dobrze Kłaczuś, pokaż mi nerki — poprosiłem.
Naukę poprzez grzebanie w ciele, chyba mogę ominąć. Dzieciak radził sobie nieźle. Trochę się gubił, ale to było zrozumiałe. Pokazywałem mu budowe wewnętrzna na podstawie innych zwierząt, ale to nie było to samo. Jednak każde zwierzę ma pewne różnice między sobą.
— A ciebie kto tego uczył? — zapytał.
— Doświadczenie — odpowiedziałem. — Jeśli jesteś psem mojej wielkości i mojego dawnego… powołania, musisz wiedzieć, gdzie uderzać. Nie możesz liczyć na siłę.
— Tak, mali wojownicy mają utrudnione zadanie. 
— O nie, ja nie byłem wojownikiem. Byłem mordercą.
— Słucham.
Kłaczek przechylił łeb. Widziałem w jego spojrzeniu zainteresowanie, może zaskoczenie, ale brakowało obrzydzenia. Jednak znałem swojego dzieciaka, chociaż trochę. Mimo to reakcje bywały różne, nawet od bardziej… szarych moralnie psów. Nie ukrywałem przeszłości, jeśli ktoś pytał. Ale też nie musiałem mówić o niej zawsze głośno.
— Byłem wtedy sprawniejszy, ale popełniałem morderstwa za, powiedzmy, przysługi. Mały, słabowity, brzydki pies nie ma łatwo. Dlatego trzeba było samemu coś z tym poradzić.
— Co to za przysługi?
— Trochę jedzenia, czasem miejsce do spania na dłużej. Zwykle po prostu zostawiałem to niedopowiedziane. Miałem haka na drugiego psa, to znacznie ułatwiało mi relacje. Tobie tego nie polecam, zła okolica. Za dużo psów jest połączonych rodzinnie. 
Kłaczek pokiwał łbem, ale zainteresował się bardziej znalezieniem trzustki. Popatrzyłem na niego.
To dobre dziecko. Niekoniecznie przystosowane, ale dobre.
Nie wątpię — odpowiedział mi głos.
Boje się, że nie poradzi sobie, jeśli zmieni się władza.
To go naucz.
Pokręciłem łbem. 
— Dziecko — powiedziałem, patrząc na młodzika poważniej. — jeśli miałbyś zapomnieć wszystko, czego cię nauczyłem, to chcę, byś zapamiętał jedną rzecz. Masz być bezpieczny. Nieważne, co zrobić masz, by to bezpieczeństwo utrzymać. Dlatego ja żyje już jakiś czas, mimo dość… nieciekawych zdarzeń. Ja na przykład mam z tym problem.
— Jaki? — zapytał Kłak, odsuwając płat skóry, by uzyskać dostęp do gnijących mięśni.
— Twój ojciec chce mnie wywalić na zbity pysk od momentu, gdy tu przyszedłem. — Kłaczek nie zaprzeczył, bo to była sprawa tak oczywista, że nawet szczeniaki o tym pewnie wiedziały.
— Przecież jest Rzepa. 
— A jak ona umrze? 
— To jestem ja — powiedział, jakby to była rzecz jasna jak słońce. Uśmiechnąłem się i uniosłem ogon zwierzęcia.
— Martwica. Była powodem zgonu?
— Oczywiście, że nie — odpowiedział Kłak, jakby to pytanie go uraziło. — Za mało się rozwinęła, by infekcja mogła zabić. Czemu mówisz mi o bezpieczeństwie w tym momencie? — uniósł łeb.
— Bo Rzepa jest już stara. Sowi podobnie. Przeżyjesz na pewno i jedno i drugie. A może i kolejnego lidera. Ale nie wiemy kto nim będzie. Nie chce by następca stwierdził, że medyk jest dziwny albo nieprzewidywalny, więc lepiej się go pozbyć. Bo ma tendencje, które im nie pasują. 
— Przecież wiem, jak się zachowywać — zmrużył oczy. — Nie jestem bezmyślnym szczeniakiem.
— Ja też wiedziałem. Nawet bardzo dobrze wiedziałem, jak się ukrywać, jak omijać… kodeks, a i tak skończyłem we własnych wymiotach, dręczony za zbrodnie, które wierzono, że popełniłem.
Krzak przechylił łeb. Westchnąłem.
— Nie puszczę cię na medyka, póki się nie upewnię, że nikt nie będzie miał wobec ciebie nawet grama wątpliwości, a ty nauczysz się być najbardziej odpowiednim i odpowiedzialnym medykiem, jaki istnieje. A potem mogę iść na emeryturę albo zostać wyjebanym na zbity pysk, zobaczymy czy twoje prośby poruszą zimne serce naszej sówki.
<Kłaczku?>
[912 słów: Szara Skała otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia, a Kłaczasta Łapa 2 Punkty Treningu]

19 października 2021

Od Szarej Skały — zgromadzenie medyków

Rzepakowa Gwiazda była bardziej podekscytowana zgromadzeniem medyków ode mnie. Nie widziałem w nim nic szczerze interesującego. Gwiezdni odmawiali wysyłania mi znaków. Rozumiałem, że byli tylko martwymi psami, ale mogli wznieść się ponad swoje uprzedzenia. Jeśli tak bardzo nie chcieli mnie jako medyka, powinni znaleźć Industrii innego, zanim przybyłem.
Opuściłem tereny zaraz po zachodzie słońca. Nakazałem Stopowej Ścieżce pilnować moich zapasów. To nie tak, że nie ufałem innym psom, ale im nie ufałem. Jeszcze wszystko mi pomieszają albo zjedzą coś, czego jeść nie powinni.
Reszty jeszcze nie było na płyciźnie. Pobrudziłem trochę w wodzie, obmyłem się z brudu, spróbowałem złapać rybę. Nie wyszło mi. W końcu jednak reszta postanowiła też nawiedzić święte miejsce.
Kiedy oni mieli swoje wizje, ja leżałem w wodzie i czekałem, by móc z niej wyjść.
— I co o tym sądzisz? — zapytała mnie Cynamonowa Pestka, gdy zaczęliśmy już wracać. Aż mnie zaczęło zastanawiać, czy rozmawiałaby ze mną, gdyby wiedziała, że ani w Gwiezdnych nie wierzyłem, ani oni we mnie. Postanowiłem jeszcze nie testować wód.
— Nie wiem. — pokręciłem łbem. — Wizja wydawała się niejasna.
— Niejasna? — prychnął Lisi Wrzask. Na szczęście nie potrafił się powstrzymać. — Dla mnie dość jasna. Jakiś medyk jest mordercą.
Niemal się zaśmiałem, ale zamaskowałem to kaszlnięciem.
— Nie sądzę — powiedziało Rumianek. — To nie był dorosły pies, tylko szczeniak.
— To mógł być bardzo mały piesek — wtrącił się Manat.
— Przynajmniej znamy jego kolor — powiedział Podgrzybek. Znamy? — Brązowy pies z ziołami w jednej i krwią na drugiej łapie. Żadne z nas nie pasuje do opisu — zaśmiał się.
Ciekawe, czy gdyby ktoś naprawdę pasował, to zachowanie byłoby inne.
— Dobra, nie ma co się martwić zawczasu — powiedziałem. Dość już tej dyskusji, chciałem dojść do schronienia, póki nie jest jeszcze zimno. Przeziębiony medyk to nie najlepsza opcja dla klanu.
Rozstaliśmy się przy wyjściu z płycizny, każdy ruszając w swoją stronę. Medyk Flumine zaproponował, że może przeprowadzić mnie przez ich tereny. To rzeczywiście byłoby szybsze, ale stosunki między klanami dopiero co stały się poprawne. Lepiej tego nie nadużywać.
Niedługo powinno wstać słońce. Raczej nie sądziłem, że złapię jeszcze jakiś sen tej nocy. Nie było problemu, odeśpię kiedy indziej. Przy wejściu do magazynu zauważyłem kształt, czający się tuż przy wejściu. Podszedłem bliżej.
Kłaczek podniósł łeb, gdy byłem obok. Jedną łapą starał się zakryć truchło myszy. Nie, nie truchło. Zwierzę jeszcze oddychało, chociaż patrząc po jego stanie, nie będzie to trwało długo. Szczeniak nic nie mówił, patrzył tylko na mnie.
— Dobij ją — poleciłem, wchodząc do środka. — Nie bawimy się ze śmiercią.
Nie podejrzewałem, że posłucha. 
 
[430 słów: Szara Skała otrzymuje 4PD]

30 września 2021

Od Szarej Skały — drabble ,,Nowy dzień, nowy ja"

Jego imię nie było ważne, ale i tak chciałem je poznać. Powiedzieli mi po fakcie. Wiedziałem, że nie był złą osobą. Źli trzymali z nami, nie przeciwko nam. Mimo to nie protestowałem. To nie było miejsce, gdzie słucha się protestów. 
Spróbował ode mnie odskoczyć, ale byłem szybszy. Nie zdążył uciec, gdy moje kły zacisnęły się na jego tętnicy. Udało mu się mnie zrzucić, ale krew i tak zaczęła płynąć po jego rudej sierści. 
Patrzyłem mu w oczy, gdy życie z nich uciekało. A gdy w końcu padł na ziemię poczułem coś, co nigdy nie miało być dla mnie przeznaczone. Potęgę.
[5PD]

Od Szarej Skały — drabble ,,Straszny makaron"

Nie rozumiem zapachu, który czuję. A może nie chce rozumieć, bo gdy docieram na miejsce, dom płonie.
 Płomienie przynoszą zniszczenie i ból i śmierć. Przez moment myślę, że może uciekli. Woń palonych ciał unosi się w powietrzu. Słyszę krzyk i on sprawia, że zaczynam biec. 
Chce mi się wymiotować, gdy rozumiem, że to był ostatni raz, gdy ich czuję. 
Uciekam przed siebie. I tak wszystko jest mi już obce. Uciekam do momentu, gdy przestaje widzieć na horyzoncie płomienie i nie mam już tchu. Potem zastanawiam się, czemu drzwi były zablokowane. 
Zaczynam płakać, ale nawet wtedy wiem, że nic nie zmienię.

[5PD]

Od Szarej Skały — drabble ,,Nauczka"

Ktoś do mnie mówi. Kiwam głową, uśmiecham się, może nawet przytakuje. Moje myśli są gdzie indziej. Przyszła do mnie informacja. Oni jeszcze nie wiedzą, nie byłem pewien, czy nawet im powiem. 
Nie znali Pepper. A jeśli znali, to ich nie obchodziła. Tylko kolejna z córek Petera. Nie potrzebowałem, żeby udawali, że jest inaczej. 
Zastanawiam się nad rzeczami niemożliwymi. I nawet jeśli wiem, że żadnego z planów nie wykonam, nie potrafię powstrzymać gniewu. To nie tak miało być. Nie taką wizje sobie wyśniłem. 
 Spóźniłem się. Zawiodłem. Przegrałem. 
 — Nawet ty nie możesz zawsze wygrywać ze śmiercią — mówi Vergil. Staram się go nie słuchać.
[5PD]

Od Szarej Skały — drabble ,,Siódme niebo"

Śpię. Rzadko mi się to zdarza w ciągu dnia, ale zrzucam winę na starość. Gdy się budzę, najpierw rejestruje hałas w drugim pokoju. Moje ciało się spina, powieki otwierają natychmiastowo. Jestem na równych łapach jeszcze zanim dochodzi do mnie, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. 
Wypuściłem powietrze. Moje dzieci. 
 Już niedługo staną się dorosłe. Kolejni moi potomkowie, którzy odejdą, by żyć własnym życiem To bolało tylko trochę. Nigdy nie oczekiwałem, że zostaną. Nie miałem zamiaru dyktować im drogi, którą będą podążać. 
Ułożyłem się na nowo. Tym razem, by słuchać ich cichych głosów za ścianą. Zamknąłem oczy i uśmiechnąłem się delikatnie.
[5PD]

26 sierpnia 2021

Od Szarej Skały CD Kolorowego Wiatru — „To też moja bawialnia!" [przygoda#29]


Wiedziałem, że przeszłość kiedyś mnie dogoni, ale nie sadziłem, że będzie to tak miła niespodzianka. Z Autumn nie widziałem się szmat czasu. Cholera, wtedy nawet prawie głosu nie słyszałem.
— O jesteś! — zawołałem radośnie. — Gdzie ty się zgubiłaś?
— Miałeś na mnie poczekać — skarciła mnie, ale uśmiech trochę psuł przekaz.
— Czekałem! A teraz zobacz, nagrzaniem ci miejsce.
Samica zaśmiala się. Ta, dobrze było mieć znajomy pysk przy sobie. Wyprowadziłem ją w okolice kempingu, bo tam zawsze było trochę mniej psów i więcej ludzi, którzy mogli zrzucić trochę mięsa. Vergil był zadowolony, czułem to w kościach.
— Jesteś tu popularny? — zapytała, wskazując łbem na Wilczego, który obserwował mnie z pewnej odległości.
— Tak i nie. Czasem ciężko powiedzieć. Część mnie lubi, a część rzuca kurwami na mój widok. Ale póki Rzepakowa jest u władzy, nie mam o co się martwić. Nie mogą się mnie pozbyć.
— A czym tak sobie nagrabiłeś?
— Odmawiam reagowania na Szarą Skałę.
— Peter… — westchnienie usłyszałem podwójnie, naprawdę i we własnej głowie.
— Zamknij się Verg i przywitaj ładnie.
— Jak mam zrobić oba na raz…
— Vergil mówi ładne cześć. Wracając. Zacznę reagować na Szarą Skałę, jak Sowi powie do mnie Peter. To uparty dziad, prawie tak uparty, jak ja. Jeśli podda się pierwszy, to mogę reagować nawet na Błękitną Skałkę.
— Tworzysz niepotrzebne problemy.
— Inaczej byłoby nudno, stara.
Dałem jej kilka dni na przyzwyczajenie się. Nie miałem zresztą zbyt wiele czasu. Maczek przyszedł do mnie z kolejnym ze swoich problemów. Czasami wydawało mi się, że robi to, ponieważ jest mu mnie żal. Rzeczywiście sala medyczna bywała nudna, ale zawsze coś sobie znajdowałem do roboty. Teraz na przykład smarowałam Fenkułową jakimiś maziami na zadrapania. Miła samica, mówi do mnie medyku. Sporo psów zaczęło to robić, wtedy nie muszą czuć się specjalnie niekomfortowo.
W końcu jednak miałem wolne i mogłem na spokojnie pokazać przyjaciółce jakieś ciekawsze miejsca. Miałem parę takich. Sypiałem mało, to łaziłem, mówiąc do siebie. Kolorowy Wiatr znalazła sobie dziecko do opieki.
Lubiłem szczeniaki, nawet te, które nie lubiły mnie (jak Mech), ale na odległość. Nawet jeśli ciągnęło mnie do tego, by otoczyć kolejnego malucha opieką i znów być nazywanym ojcem, powstrzymywałem się. Czy też Vergil mnie powstrzymywał. Nie wiedziałem, jak długo tu zostanę, a nie ma co krzywdzić kogoś odejściem ojca. Wujkowanie mi starczyło.
— Z kim jest kurdupelek? — zapytałem, widząc, że samica jest sama.
— Z Iskrzącą. — Pokiwałem łbem. Iskrząca lubiła Maka, Mak lubił ją, ja lubiłem Maka, więc spróbowałem wybór opiekunki.
— Chodź babuleńko, pokaże ci kryjówkę.
Kryjówka to było trochę zbyt łaskawe określenie. Niedaleko płazy znalazłem nieużywany skrawek kempingu. Ławka była połamana, ale nikt jej nie zmienił. Użyłem kilku starych kartonów i kreatywności, by zasłonić przestrzeń pod stołem od widoku. Mogłem się tam wylegiwać i obserwować jak ludzie marnują jedzenie albo bawią się na plaży. Moja mała samotnia, ale nie jedyna, więc mogłem się nią podzielić.
— Czemu czuje Flumine? — zapytałem, zatrzymując się w pół kroku. Samica spojrzała na mnie zaskoczona, ale przystanęła obok.
Nie brałem udziału w tej, jak oni to nazwali, wojnie, ale musiałem leczyć mojego Maka i resztę. To nie był dobry znak. Podszedłem bliżej na ugiętych łapach, gotowy skoczyć lub odskoczyć. Odsłoniłem kartony i…
— Dzieciaki? Co wy tu wyprawiacie? — zapytałem. Czwórka maluchów kręciła się po mojej kryjówce, nawet przyniosły kasztany. Kolorowy Wiatr podeszła bliżej.
— Bawimy się — odpowiedziało jedno z nich.
— To nie są wasze tereny — powiedziała spokojnie samica. — Niebezpiecznie jest przekraczać granice.
— Chmurka! Mówiłam, że to już nie nasze ziemie — powiedziało jedno od drugiego.
— Dobra, Słoneczka. Wio. — Pomachałem łapą. Niechętnie, bo niechętnie, ale wyszły stamtąd. Stanęły w ładnym rządku nawet.
— Dobra Skarby, Czy wiecie, jak dojść do domu? — odpowiedzią było to, na co nie liczyłem, czyli że nie. Westchnąłem i pokręciłem łbem. — I co my mamy z wami zrobić. Jak wejdziemy, to jeszcze wasz klan nas spróbuje zatłuc. Znowu. Nie wiem, czy mój magiczny status medyka mi pomoże.

<Kolorowy Wiatr?>
[627 słów: Szara Skała otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia + 10 za przygodę, Fenkułowa Plamka zostaje wyleczona]

4 sierpnia 2021

Od Szarej Skały (Petera) CD Omszonej Łapy

Mogłem nie mieszkać tu długo, ale szybko nauczyłem się dwóch rzeczy. Ciepły był miłym dzieciakiem. Mech nie był miłym dzieciakiem, był za to dość sprytnym dzieciakiem. To sprawiało, że jego sztuczne uśmiechy był jeszcze zabawniejsze. W większości sytuacji mi nie przeszkadzał. Kręcił się gdzieś po krawędzi mojego wzroku, czasami widywałem go na posiłkach i tyle. Zapewne by tak zostało, ale maluch postanowił wyjść za linie. 
Nie miałem zbyt wiele własnych rzeczy, więc byłem do nich bardzo przywiązany. Zioła były moje. Znałem ich ułożenie, znałem ich działanie i nie chciałem, by ktoś wkładał mi między nie łapy i grzebał. To dzięki medycynie byłem bezpieczny. Inne psy mogły być silniejsze albo sprawniejsze, ale ja trzymałem klucz do życia i śmierci w kilku ziarenkach cykuty. Mech i tak miał szczęście, że nie wziął do pyska niczego bardziej śmiertelnego. Zwymiotował, to już dobry znak, przynajmniej pozbył się części toksyn. Westchnąłem i odwróciłem się do niego tyłem. 
— Lepiej mi powiedz. I tak się dowiem, a tak tylko marnujemy czas. A ty i tak nie masz go zbyt dużo — powiedziałem. 
— Uśmiechasz się — mruknął Vergil. 
— Nie powiesz mi, że to nie jest zabawne — odpowiedziałem mu w myślach, przeglądając w międzyczasie zawartość na moich półkach. 
— Dzieciak w cierpieniu? 
— Jakim cierpieniu? Nażarł się pewnie marihuany i teraz mu odbija. Przynajmniej się nauczy, by nie dotykać nie swoich rzeczy. 
— Trochę ziół z trzeciej półki. Te najbardziej po lewo — usłyszałem za sobą cichy głos Mcha. 
— No proszę! Czyli on jednak umie mówić! Jak dobrze — zawołałem. To jednak nie była marihuana. — Po cholerę jadłeś cyklamene? To nawet nie wygląda dobrze — zapytałem. Dzieciak nie miał na to dobrej odpowiedzi, tylko coś tam mamrotał. — Słuchaj, mogło być gorzej. Wymioty łatwiej sprzątnąć niż odchody! — zawołałem. 
— Co? 
— Nie couj mi tu, tylko zjedz to — podsunąłem mu zioła pod nos. — I przepłukaj sobie potem pysk wodą. Wypluj na zewnątrz, a nie mi do pomieszczenia. Potem i tak będziesz musiał sprzątać swoje wymiociny, ale z tym nie musisz się śpieszyć. Posiedź sobie, ja zaraz wrócę. 
Słyszałem krzyki bólu na zewnątrz i jestem na 90% pewien, że to Ognisty Mak. To nie był Ognisty Mak, to był Płonący Konar. Całkiem blisko. Złamał sobie łapę, nawet nie wiedziałem jak i niezbyt mnie to obchodziło. Samiec miał jakiegoś pecha do tych urazów, był jednym z moich najczęstszych gości. Na razie jednak pomieszczenie medyka było wciąż okupowane przez Mcha, więc musiałem zająć się nim w naturze. 
Ustabilizowałem mu łapę jakimś patykiem, który przywiązałem szmatami z magazynu, a potem kazałem leżeć i się nie ruszać. Słońce miało mu dobrze zrobić, poza tym miał towarzystwo ładnych samic, a wiedziałem, że to mu nie przeszkadzało. Jeszcze sypnąłem mu do pyska trochę ziół przeciwbólowych, bo to nigdy nie zaszkodzi. I tak przed wieczorem miał do mnie trafić i zapewne zostać na dłużej, ale na razie niech się cieszył, że nie musi ze mną siedzieć. Po drodze zgarnąłem trochę wody i wróciłem do pomieszczenia. Mech nawet się posłuchał, ale może po prostu nie chciał siedzieć w smrodzie i podłoga była w miarę czyta. On wciąż wygląda źle, ale przynajmniej wcelował do wiadra. Magazyn i wszystkie dziwne przedmioty, które się w nim znajdowały, były moim błogosławieństwem. 
— Lepiej ci? — zapytałem, przyglądając mu się uważniej. 
— Tak — odpowiedział cicho, ale wciąż wyglądał, jakby coś paliło go od środka. 
— To dobrze. Nie wiem czego tam szukałeś, ale naprawdę, nie mogłeś zapytać? Jeśli chciałeś się czymś odurzyć, to naprawdę, są lepsze sposoby niż zjadanie pierwszej różowej rośliny, jaką zobaczysz. 
— Nie chciałem się odurzyć. 
— Pewnie, jeszcze próbujesz mi tu kłamać w żywe oczy. Vergil, powiedz mi, kto wychował to dziecko. 
— Czy ty wrzucasz moje imię w konwersacje tylko po to, by jeszcze mocniej zniszczyć twoją i tak już wątpliwą reputację? — zapytał mój głos w głowie. 
— Jaką reputację? — zapytałem, tym razem nie siląc się na szeptanie. — Jestem sznaucerem znikąd, który nie sięga nawet do środkowej półki i każe mówić do siebie Peter. I tak mnie ten szczen i połowa Industrii szanować nie będzie, to nie ma co się kryć z moimi dziwnymi nawykami. Prawda Mech? — zwróciłem się do dzieciaka. — Już nie musisz przy mnie udawać, że mnie lubisz albo tolerujesz, to na pewno męczące. Ale musisz wytrzymywać w moim towarzystwie, bo tylko ja mogę was leczyć. Szczerze, to masz naprawdę słabą sytuację. Ja sam ze sobą bym pewnie nie wytrzymał.
<Mech?>
[705 słów, Szara Skała otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

19 lipca 2021

Od Szary Skałej CD Rzepakowej Gwiazdy

Wieść o śmierci dziecka Rzepy doszły do mnie szybko. Nie podchodziłem, ale obserwowałem, jak samica powoli się zatraca. Nie czułem, by było to na miejscu, by porozmawiać. Mogło to być uznane za próby podlizania się liderce. Nie potrzebowałem, by takie opinii o mnie krążyły. Już przyzwyczaili się do mnie, większość przestała już nawet warczeć na widok mojej obroży. Nie chciałem załamywać tego delikatnego spokoju. Ciekawość wciąż kierowała moje oczy w stronę liderki, ale się nie ruszyłem. Na szczęście ona przyszła do niego sama. 
— Mógłbyś nie dręczyć jej w takim momencie? — zapytał Vergil.
— Pierdol się — odpowiedziałem. Ucho Rzepakowej poruszyło się, ale nie podniosła nawet na mnie wzroku. Ciągle zdarzało mi się zapominać, że nie mogę prowadzić dyskusji na głos, ale coraz mniej.
Podszedłem do swoich szafek i zaczął szukać odpowiednich ziół. Nie lubiłem posiadać od razu zrobionych lekarstw. To było zwykle marnowanie ziół, bo jeszcze nie wiadomo, czy będą komukolwiek potrzebne. Znałem przepisy, więc to i tak nie był problem.
Zdjąłem wszystko, czego potrzebowałem i zacząłem mieszać. Spoglądałem jednym okiem na samice. Nie odezwałem się. Czekała cierpliwie. To do niej nie pasowało.
— Słyszałem o Żabce — powiedziałem znad miski. Rzepakowa spojrzała na mnie. — Bardzo mi przykro z jej powodu. 
— Dziękuje — odpowiedziała, gdy zdawało mi się już, że będę musiał pogodzić się z milczeniem. 
— Też miałem dzieci — mruknąłem. To zwróciło jej uwagę.
— Co się z nimi stało?
— Część dorosła — odpowiedziałem, machając łapą. — Mają dobre życia. Spełnione. Osiągnęli tyle, ile mogli, mają dzieci. Inni nie wiem, gdzie są, zniknęli z horyzontu, ale chce wierzyć, że wszystko z nimi w porządku. A część nie żyje.
— Czemu nie jesteś teraz z nimi? — zapytała. Jej głos ciut głośniejszy, ciut bardziej żywy.
— Nie czułem już, że to moje miejsce. Mam… — zawahałem się. — odpowiednie towarzystwo w mojej głowie. Kocham ich, bardziej niż kogokolwiek, ale nie potrzebowałem ich już. Co ważniejsze, oni nie potrzebowali mnie. Mieli własne życia, własne historie. Wychowałem ich tak, by umieli sobie poradzić bez ojca u boku.
Milczała. Nie wymagałem od niej odpowiedzi. Nie byłem pewny, czy istniała jakaś dobra. Dołożyłem jeszcze odrobinę ziół, by substancja była trochę mocniejsza. Nie spieszyłem się, bo ona mnie nie popędziła. Chyba nie chciało jej się aż tak odejść do krainy snu.
— Nigdy nie miałam wcześniej dzieci — powiedziała. Jedną łapą przetrwała sobie pysk. Udawałem, że wcale nie ma tam łez.
— Moje pierwsze były adoptowane, niebiologiczne. Kiedy miałem potomstwo z krwi, jedna z naszych córek umarła. Nie upilnowaliśmy jej. Powinniśmy być może bardziej uważni, ale przecież nie przewidzieliśmy tego, nie mieliśmy możliwości przewidzieć. Była maluszkiem, uroczym naprawdę. Minęły już lata, a ja ciągle pamiętam jej pyszczek. Ty też nie zapomnisz Żabki. — Sunia patrzyła na mnie, oczy szeroko otwarte, a księżyc w nich błyszczał. — Może trochę ci się zamaże. Może w niektóre dni będziesz budzić się przerażona, bo rozmaże się trochę bardziej. Ale będziesz o niej pamiętać, każdego dnia aż do końca twoich dni.
Milczała. Vergil cicho mruczał z tyłu mojej głowy. Odłożyłem na bok miksturę i czekałem. 
— Jak mam bez niej żyć? — zapytała, jej głos zduszony. Chciałem móc tak łatwo jej odpowiedzieć, ale wiedziałem, że nie ma tak łatwo. 
— Dzień po dniu. Krok za krokiem. Na początku każdy twój oddech będzie bolał. Wszystko będzie ci o niej przypominać. Każdy promień słońca, każdy kwiat i każde szczenię. Potem się to zmieni. Nie na raz. Powoli. Będziesz uśmiechać się trochę więcej i śnić trochę lżej. Poradzisz sobie. — Dotknąłem ją w łapę. — Uwierzysz mi, Słońce? Poradzisz sobie. Będzie to trudne i męczące, ale przetrwasz.
Miałem wrażenie, że widzę łzy w jej oczach. Uśmiechnąłem się lekko i odsunąłem. Sięgnąłem po miksturę.
— To jest na ból głowy, weź od razu. A to na sen, jeżeli będziesz potrzebować więcej, przyjdź do mnie. 
— Dziękuje ci Peter — powiedziała i wiedziałem, że nie chodziło tylko o mikstury.
— Do usług. Jeśli będziesz mnie potrzebować, to wiesz gdzie szukać.

<Rzepakowa Gwiazdo?>
[627 słów, 6 PD]

28 czerwca 2021

Od Szarej Skały CD Miodowej Łapy

— Wiesz, dlaczego się przegrzałem?
— Jeśli powiesz, że to dlatego, że jesteś gorący, zostawię cię.
— ...wcale nie chciałem tak powiedzieć — prychnąłem, przewracając się na grzbiet. Niestety, nawet ja nie byłem silniejszy od temperatur. W końcu musiałem się poddać i powiedzieć moim pieskom, że robię sobie urlop. Nie miałem ucznia, któremu mógłbym powierzyć zadania, więc złapałem dwóch wojowników i dałem im listę obowiązków. Planowałem tylko, że zniknę na dwie lub trzy godzinki, ale nie ufałem moim pacjentom za gorsz. Jedna osoba miała pilnować Plamki, jej bandy dzieci i patrzeć co jakiś czas na Konara. Druga siedzieć z Kropelkową Bryzą i to było zadanie znacznie gorsze.
Bardzo kochane szczenię, przypominało mi moją dawną znajomą, kompletna idiotka. Mówiłem to z sympatii. Według Vergila byłem tym samym poziomem idioty. Więcej szczęścia niż rozumu, a najwięcej to ciekawości. Tylko tym razem suka była w naprawdę okropnym stanie. Paskudnym wręcz, więc miała się nie ruszać o krok z mojego legowiska. To drugie zadanie dałem Iskrzącej Łapie po namowach Stopowej Ścieżki, najlepszego dziecka, jakie tu było. Iskra chciała się wykazać, bo podobno już powinna być wojownikiem, ale cośtam cośtam. Nie było to interesujące. Potrzebowałem po prostu kogoś, kto upewni się, że moja pacjentka nie zrobi nic głupiego.
Moja pacjentka zrobiła coś głupiego. Moja pacjentka została kurde zamordowana. Kiedy usłyszałem te słowa, znajomy dreszcz przebiegł mi po karku, zanim nie przypomniałem sobie, że tu miałem świeży stary. Oczywiście, to idzie bez pytania, nie zrobiłem nic maluchowi. Mieli tutaj własnych morderców, tego najgorszego sortu — pozbawionych honoru i szacunku do życia.
Nie wtrącałem się w tę całą sprawę — to nie było ani moje miejsce, ani nie miałem odpowiedniej pozycji do tego. Jeszcze ciut za krótko tu byłem, ciut za mało wiedziałem i ciut za mało mi ufali, by móc się wychylać. Jednak cała sprawa zirytowała mnie lekko, bo cała praca z leczeniem Kropelki poszła na marne. Potrzebowałem zająć się czymś innym.
Powiedziałem Rzepakowej, że wychodzę poza tereny, a wszystkie sprawy do mnie należy mówić Stopowej Ścieżce. Ona potem przekaże mi niezbędne informacje.
Zdecydowanie to było zbyt kochane dziecko, by być tak samotnym. Już za stara, bym mógł adoptować, ale to nieistotne. Chętnie siedziała ze mną w medycznym i słucha o ziołach. Pewnie częściowo z grzeczności, ale trudno. Miałem do kogo pysk otworzyć, więc byłem zadowolony. Oczywiście poza Vergilem, ale Verg był zupełnie inną sprawą.
Aktualnie tylko narzekałem mu na głupotę członków mojego klanu. Naprawdę lubiłem swoje imię. Było moje. Uparcie dążyłem do tego, by się go nauczyli. Naprawdę rozumiałem, dlaczego kwestia nazewnictwa była taka ważna. Naprawdę. Niby dlaczego tak się upierałem, by zostać Peterem w każdym nowym miejscu? Wiedziałem, że jeszcze ich wytrenuje, ale na razie się wnerwiałem. Nie spodziewałem się, że będę mieć widownię.
— Błagam cię, przestań męczyć dzieci — powiedział głos w mojej głowie.
— Pierdol się — odpowiedziałem w myślach.
Młodzik zachowywał się, jakby co najmniej ducha zobaczył. Musiałem wytężyć swój słaby słuch, żeby w ogóle zrozumieć, co on tam mówi. Jeszcze głosik mu drżał, jakby się mnie bał. Jeżeli ktoś mnie nie znał, spojrzał i stwierdził, że jestem straszny, to ta osoba zdecydowanie ma jakiś problem.
— Rozmawiam — odpowiedziałem mu na pytanie — i trochę szukam medykamentów. Zapewne nie widziałeś. Złote kwiaty, malutkie, ale rosną przy drzewach. — Dzieciak pokręcił głową. — No trudno. Pomocny nie byłeś.
— D-do jakiego klanu p-pan należy? — zapytał. Ach tak, oczywiście, najważniejsze pytanie dnia.
— Industrii — odpowiedziałem. — Jestem medykiem — dodałem i nie było co ukrywać dumy w moim głosie. To poważna robota, istotna i niełatwa. Miło było czuć ciężar obowiązków na swoim grzbiecie.
Rudy szczeniak patrzył na mnie, patrzył i się nie odzywał.
— Podsłuchiwałeś, to wiesz, jak się nazywam — powiedziałem, a szczeniak przynajmniej wyglądał na lekko zażenowanego byciem przywołanym, jeśli można to tak nazwać. — Mi też przydałyby się jakieś informacje.
— N-nie powinienem z tobą... z panem rozmawiać. — Przewróciłem na to oczami.
— Ale już to i tak robisz. No więc?
— Jestem Mio-miodowa Łapa. Z Flumine — powiedział. Czyli miałem rację, że jeszcze dzieciak. Biedaczyna, wydawał się taki niepewny, jakbym miał mu do gardła skoczyć.
— A co do mojej jednoosobowej, z twojej perspektywy, rozmowy — przypomniało mi się, że właściwie wcześniej o to pytał. — Dyskusja przejdzie w następujący sposób: powiem, że rozmawiam z istotą, która częściowo opętała moje ciało. Ty się przestraszysz lub powiesz, że to niemożliwe. Zmartwisz się moim zdrowiem psychicznym. Ja powiem, że nie ma po co, bo on naprawdę istnieje. Ty powiesz, znowu, że jestem szalony. Tak to się skończy, więc przyspieszyłem proces. A teraz Vergil powiedz cześć! Vergil mówi, że miło cię poznać.
— Nieprawda, wcale się nie odezwałem — odpowiedział mój towarzysz niedoli. Był wyjątkowo cichy przez całą rozmowę, to dobry znak. Nie widział w nim dostatecznego zagrożenia, by mnie o tym informować i był na tyle zainteresowany, by słuchać.
Dzieciak stał i patrzył. Musiał lubić to robić, jednak miałem nadzieję, że mógłby znaleźć sobie też inne zajęcia. To musiało być nieco nużące.
— Chodź, poszukasz ze mną roślinki, będziesz wiedział czego nie jeść — powiedziałem i ruszyłem, nie czekając na niego.
— Mógłbyś nie zdradzać swoich morderczych tendencji wszystkim wokoło? — zapytał Vergil.
— Oj daj mi spokój — odpowiedziałem, ale tak miał racje, szukałem rośliny trującej.
Nigdy nie byłem fanem trucizn. Ciągle nie jestem. Uważałem, że to była tchórzliwa droga zabijania, ale czasem trzeba zrobić coś sprzecznego z zasadami. Małe zabezpieczenie nikomu nie zaszkodzi. Nikt w klanie nie znał się na nich za dobrze, upewniłem się, więc mogłem być spokojnym.
— Hm? Szczeniaku, idziesz ze mną czy będziesz tak stał? — zapytałem, odwracając się.
— M-mentor k-kazał mi tu zostać — powiedział i chyba pierwszy raz podczas tej rozmowy zabrzmiał niemal pewnie. Tylko niemal.
— Co oznacza tu? — Młody spojrzał na niego zaskoczony. — Tu, siedząc na tyłku w jednym punkcie? Czy może tu, pomiędzy drzewkami? Jeśli to drugie, to nie ma problemu. Nie mam zamiaru wyprowadzać cię nigdzie daleko. Ale, jakby nie patrzeć, jesteś wyższy. Przydasz mi się. Też nie mam wiele czasu, zanim nie będę wracać do klanu.
Młodzik patrzył na mnie niepewnie. Vergil obstawiał, że nie pójdzie, ale Vergil gówno wiedział. Widziałem w oczach Miodka moment, jak się łamie. Czekałem cierpliwie, aż w końcu się odezwie.
— M-mogę pomóc, a-ale tylko trochę — powiedział w końcu, na co ja uśmiechnąłem się szeroko.
— I to chciałem usłyszeć. To chodź, idziemy Miodek. — I tym razem przynajmniej dzieciak dotrzymał mi tempa. — Lubisz Gwiezdnych? — zapytałem. On spojrzał na mnie jak na wariata, którym i tak uważał, że jestem.
— C-co t-to za pytanie?! — zawołał.
— A bo jestem niewierzący — powiedziałem. — Nie zrozum mnie źle. Myślę, że istnieją, ale nie rozumiem, czemu akurat wasze duchy miałyby mieć specjalną moc, a nie czyjeś inne.
Miodek wyglądał, jakby miał dostać zawału. 
<Miodek?>
[1082 słowa: Szara Skała otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczony]

8 czerwca 2021

Od Szarej Skały

 — Co sądzisz?
— Jesteś debilem.
— Czyli kontynuujemy.
Ruszyłem dalej przez tory kolejowe, radośnie przechodząc na ich drugą stronę. Mój demon wewnętrzny, zwany Vergilem, nie kłócił się ze mną dalej. Taki był dryl, chociaż raz musiał wyrazić swoją, błędną, opinie o mojej inteligencji, zanim będziemy kontynuować podróż. Tym razem odnosiła się do tego, że na miejscu czuć było psy. Nie domowe, one były wszędzie, a dzikie. Dzikie psy są niebezpieczne, każdy to wiedział. Starałem się ich unikać, chociaż musiałem przyznać, że czasem brakowało mi towarzystwa. Vergil był dobrym towarzyszem do rozmów, ale on słyszał już wszystkie moje historie. Potrzebowałem kolejnej gromady, do której mógłbym pysk otworzyć. Verg prychał tylko na to, ale nie kłócił się ze mną. Wiedział, że byłem towarzyską bestią.
Nigdzie nie zostawałem szczególnie długo. Po prostu nie czułem tego ucisku w żołądku, który mówiłby mi „Tak Peter, zostań tu Peter”, a ja zawsze słuchałem się swojego ciała. Nie słuchałem się za to Vergila, który uznawany był przez wszystkie psy, spotkane po drodze, za wytwór mojej wyobraźni albo chorego umysłu. Nie kłóciłem się już o to, nie było zabawy.
Wspomniany Vergil przypomniał mi, żeby wrócić uwagą do świata zewnętrznego, bo zbliżałem się do ulicy. Przemknąłem między samochodami i zacząłem kręcić się między tłumem ludzkich nóg. Jeśli zajęczę w odpowiedni sposób ktoś zrzuci mi hamburgera.
Ktoś inny postanowił wydawać z siebie upokarzające dźwięki. Poszedłem w ich stronę.
— Oho, wyglądasz, jakby mogła ci się przydać pomoc — powiedziałem, patrząc na psa, który zwijał się z bólu.
— Nasz medyk jest chwilowo niedysponowany.
— O, a co się stało?
— Nie żyje.
— … ups?
Pies zacisnął zęby i spróbował wstać. To był zły plan, ale pozwoliłem mu walczyć z grawitacją.
— Poczekaj chwile, co? Przyniosę ci coś do pożucia. Będzie ci zaraz lepiej.
— Skąd mam mieć pewność, że mnie nie otrujesz?
— Nie znam cię szczeniaku, czemu miałbym cię truć?
— A czemu miałbyś mnie leczyć?
— Bo nie mam nic lepszego do roboty, jak również liczę, że w podzięce dasz mi coś do jedzenia. Leż.
Pies posłuchał mnie, bo niezbyt miał inną możliwość. Nuciłem sobie po drodze, z nosem blisko ziemi. Ludzie i ich zanieczyszczenia utrudniali mi poszukiwania. Nie znalazłem tego, czego słuchałem, ale niech będzie. Nie byłem pewien, czy odpowiednie roślinki nawet tu rosną, a nie chciałem kazać szczeniakowi czekać zbyt długo.
— Masz. — Podsunąłem mu kępkę ziół pod pysk. — Przeciwbólowe. Pomoże ci chociaż na tyle, że będziesz mógł wrócić do swoich. Pies wyglądał na niepewnego, ale ostatecznie wziął rośliny do pyska. — Żuj jak najdłużej, żeby wyszły z tego wszystkie soki. Potem właściwie możesz wypluć — powiedziałem, siadając obok. Czułem, że Vergil chce coś powiedzieć, ale powstrzymał się na razie od komentarzy. Po chwili substancja zaczęła działać, bo samiec rozluźnił się i wypuścił oddech. Uśmiechnąłem się na to.
— Dziękuję.
— Nie ma za co. Długo cię tak trzyma?
— Jakiś czas — odpowiedział, ostrożnie zmieniając pozycje. — Nazywam się Ognisty Mak.
Brzydko, pomyślałem.
— Miło cię poznać. Jestem Peter. — Jego spojrzenie od razu stało się ostrożniejsze.
— Należysz do Bezgwiezdnych?
Mój uśmiech pozostał niezmienny, ale zmrużyłem nieco oczy. Bezgwiezdni. Najwyraźniej nie lubicie się z nimi szczególnie, co? Już czułem, że Vergil chce powiedzieć A nie mówiłem, że to głupi pomysł”, ale kazałem w myślach mu się zamknąć.
— Nie. Jestem samotnikiem — powiedziałem radośnie. — Żadnych powiązań z żadnymi Bezgwiezdnymi.
— Słyszałeś chociaż o klanach?
— Nie, ale możesz opowiedzieć mi po drodze. — Pies zaczął wstawać, ale zatrzymał się, by na mnie popatrzeć. — Odprowadzę cię do domu, a ty powiesz mi o tych waszych klanach. Ale najpierw ważniejsze rzeczy. Gdzie dokładnie cię boli?
Medycyna od zawsze mnie ciekawiła, nawet jeśli przez większość życia interesowała mnie tylko anatomia i sztuka opatrywania ran. Po nieprzyjemnych przygodach, które zmniejszyły moją sprawność fizyczną, nie widziałem dla siebie za bardzo innej drogi. To nie tak, że zaczynałem od zera. Każdy idiota powinien umieć rozróżnić konwalie od konwalijki i wiedzieć, że obie są bezużyteczne. Trochę wiedzy przyszło samo, trochę nauczyłem się od jednego ze swoich dzieciaków. Teraz uważałem się za nie takiego najgorszego medyka. Łapy miałem sprawne, chociaż już nie tak silne i tak, nadal mnie to irytowało, ale umiałem sobie poradzić. Potrzeba było tylko odrobiny sprytu.
Ognisty Mak coś zaczęło pobolewać parę tygodni temu. Na początku nie było to nic strasznego. Czasami tylko, jak postawił łapę nieodpowiednio, coś mocniej strzelało. Nie przejmował się tym, bo po co. A potem Srocza Łapa — ich medyczka jak się dowiedziałem — umarła, a jemu się pogorszyło. Uderzenia bólu były częstsze i przychodziły znienacka. Trochę się zdziwił, na moje pytanie o jego kał, ale grzecznie odpowiedział. Wypróżniał się normalnie, czyli nic z żołądkiem. Możliwe, że problem był natury bardziej anatomicznej. Jelita ułożyły się w nieodpowiedni sposób, czy coś podobnego. Przypominałem sobie taki przypadek. Nic, czego nie dało się rozwiązać odpowiednimi roślinami i paroma uderzeniami w brzuch.
Nie powiedziałem mu oczywiście, że będę musiał trochę ponaciskać, jeszcze by się przeraził. Musieliśmy przedostać się przez park. W parku byli ludzi i mieli swoje jedzenie. Psy nie powinny jeść kiszonki, ale to były specjalne okoliczności. Zawinąłem trochę z ludzkiej łapy i ukryłem się z młodym koleżką w krzakach. Kazałem mu się położyć i zjeść. Teraz jakoś bardziej się słuchał. Zjadł wszystko, chociaż to nie mogło być dobre. Potem wyjaśniłem, że chce sprawdzić jedną rzecz.
Kiedy pierwszy raz nacisnąłem mu brzuch między żebrami, podskoczył i wyszczerzył zęby. Dlatego właśnie nacisnąłem mocniej i nieco bardziej w lewo. To dopiero zabolało, bo pies zapiszczał. Aha, czyli rzeczywiście coś anatomicznego może tu się dziać. Miałem nadzieje, że nie wyrzyga ogórka. Nie lubiłem marnotrastwa jedzenia.
Manewrowałem na ślepo, Ognisty Mak cierpiał, ale w końcu miałem wrażenie, że coś dobrego się zadziało. Masa mięśniowo-flakowa wydawała się mniej spięta pod moją łapą.
— Przepraszam cię szczeniaku…
— Co to miało być?
— Rozwiązywanie twoich jelit. Spróbuj utrzymać kiszonkę w żołądku, co? Pomoże na pracę organów wewnętrznych.
— Nie mogłeś mi jej wcisnąć po tym, jak zacząłeś mnie maltretować.
— Nie. Chodź, powinieneś czuć różnice w chodzeniu. Idziemy do twojego domu. A poza tym ciesz się, że dałem ci zioła przeciwbólowe wcześniej. Mogło być gorzej.
Psy mieszkały w magazynie. A przynajmniej te psy. Dowiedziałem się, że są tu cztery klany i piąty, złożony z uciekinierów po wojnie. Zignorowałem część religijną, o Gwiezdnych i ichniejszych zaświatach, skupiając się na bardziej realnej części. Pięć, całkiem sporych, psich grup na niewielkiej przestrzeni. Nie przyjmują za bardzo obcych, czyli ich pula genetyczna musi być paskudna. To brzmiało…
— Peter nie. Wiem co myślisz.
— Oczywiście, że tak.
— Chcesz się wepchać do nowej sfory?
— Klanu — poprawiłem go. — A czemu nie? Chociaż na parę dni. Odpocznę sobie, najem się i będziemy mogli iść dalej.
— Peter…
Vergil posiadał niesamowity dar mówienia mojego imienia na dwieście różnych sposobów i co najmniej sto z nich wyrażały dezaprobatę.
Ognisty Mak wrócił do mnie z innym samcem. Całkiem spory, o ciemnej śmierci i zimnym spojrzeniu. Spodobała mi się jego nieufność. Gorzej by było, jeśli przywódca był otwarty i uprzejmy dla wszystkich.
— Nazywam się Sowi Pazur — przedstawił się. — I chciałem podziękować ci za pomoc naszemu wojownikowi.
— Ależ nie ma za co. To mój obowiązek jako medyka — posłałem mu swój najlepszy uśmiech, Vergil prychnął.
— Jesteś medykiem? — spojrzał na mnie, mrużąc nieco oczy.
— Byłem w dawnym domu. Nie słyszałeś o miejscu, to nie ma co nawet mówić.
— Dlaczego odszedłeś? — zapytał.
— Epidemia wybiła prawie wszystkich. Nie miałem dla kogo zostawać — skłamałem gładko.
— Peter, pierwszą rzeczą, jaką mówisz w nowym miejscu nie powinno być kłamstwo — mruknął Vergil, a ja go zignorowałem, bo miałem w tym wprawę. Odpowiedź „Po prostu tak czułem” nikogo nie zadowoli. Każdy powinien mieć tragiczny powód, najlepiej związany ze stratą kogoś bliskiego. Inaczej już spojrzenia są nieprzychylne.
— Tak, my też ostatnio musieliśmy się z nią mierzyć — mruknął samiec. Czyli strzał w dziesiątkę.
— Jest mi też przykro z powodu waszej straty. Słyszałem, że pożegnaliście niedawno medyczkę.
— Tak, niestety mamy ich dużą śmiertelność w tym miejscu.
Oho, to brzmiało niedobrze. Coś czułem, że subtelnością tu niewiele zdziałam. Poza tym byłem głodny.
— Nie chcę być nachalny — zacząłem. — Ale wy potrzebujecie medyka, a ja jestem gotowy do pracy. Mówcie mi Peter, a ja wyleczę wam chorych.
Sowi Pazur patrzył na mnie bez słowa. Mogłem niemal zobaczyć, jak kalkuluje to w głowie. Musiałem przyznać, że byłaby to niebezpieczna zagrywka: przyjąć obcego nieznajomego na tak ważną pozycję? Z drugiej strony, to nie tak, że mieli za duży wybór.
— Zastanowimy się — powiedział w końcu.
— Tylko tego oczekiwałem. — Uśmiechnąłem się i zapadła między nami lekko niezręczna cisza. Mimo wszystko liczyłem na kawałek mięsa. Nie jadłem od dwóch dni. Nie był to zwykle jakiś duży problem, dało radę się przyzwyczaić, ale czułem zapach żarcia.
— Jeżeli cię przyjmiemy, potrzebujesz innego imienia — powiedział w końcu.
— Co jest nie tak z moim imieniem? — zapytałem, przechylając łeb. — Jestem do niego bardzo przywiązany. Miałem je całe życie.
— Nie jest wojownicze. — I to brzmiało ciekawie.
— Wyjaśnij — poprosiłem.
— Właściwie to powinniśmy najpierw zrobić z ciebie ucznia, ale skoro miałbyś być medykiem, to nie mamy mentora, eh… — Samiec pokręcił łbem. — Ktoś nauczy cię kodeksu, tylko nie przyznawaj się, że go nie znasz. Imię ma być dwuczłonowe, gdy jesteś wojownikiem. Jako szczeniak masz tylko jedno, jak Zając albo Stokrotka. Jako uczeń stajesz się na przykład Zajęczą Łapą. Kiedy stajesz się wojownikiem, zostajesz Zajęczym… czymś.
— Stopą? — zasugerowałem.
— Możesz być i Stopą.
— To świetnie, słuchaj, mam imię. Mówcie mi Szara Skalo.
— Co?
— Cicho Verg.
— Co?
— Cicho Sowi Pazurze. Nieistotne. Czy to jest odpowiednie imię?
— Tak. — Samiec uśmiechnął się. — Miło się rozmawiało, Szara Skało. — Uśmiechnąłem się.
— Dzięki, ale mów mi Peter, co? Dla formalności mogę mieć wasze imię, ale będę reagował na swoje, dobra?
Nie powiedział technicznie nie. Przydzielono mi psiaka, który teoretycznie miał mnie oprowadzać, praktycznie pilnować. Miałem nadzieje, że Sowi nie cenił mojej inteligencji tak nisko, podejrzewając, że się nie domyślę. Ah, jak też się okazało, Sowi Pazur nie był liderem, tego spotkałem niedługo później.
Wilczy Blask wydawał się charyzmatycznym, małym gnojem, ale dał mi zająca po poleceniu Sowiego Pazura. Nie mówił dużo, ale nie było problemu, ja mówiłem za niego. O wszystkim i o niczym, ale głównie o niczym. Czułem na sobie ciekawskie spojrzenia, ale nikt nie był na tyle zainteresowany by podejść bliżej. Szkoda. Krążyłem z moim niańką głównie w okolicy magazynu, by zostać łatwo znalezionym. W końcu Rzepakowa Gwiazda (co to za imiona?) zgodziła się mnie przyjąć. Niezupełnie była tym, czego się spodziewałem.
— O Gwiezdni! Ty chcesz być naszym medykiem! Ale zarąbiście! — Suka wydawała się tą perspektywą znacznie bardziej podekscytowana, niż jej zastępca. Rozumiał już, czemu to on poszedł na pierwszy ogień.
— Też się cieszę! — powiedział, uśmiechając się szeroko.
— Będziesz mógł zobaczyć moje bąbelki! One są już takie duże! Sowi, czy to nie jest super, że chce nas leczyć!
— Świetnie — powiedział Sowi bez entuzjazmu.
— Masz dzieci? Opowiedz mi o nich!
Po krótkiej rozmowie stwierdziłem, że lubię Rzepakową. Była radosna. Była podekscytowana. Była, niemal na pewno, nieodpowiednia na rolę przywódczą, ale od czego był Sowi? Przypominała mi jedną osobę z przeszłości i nawet nie protestowała, gdy prosiłem, żeby nazywać mnie Peterem.
Czułem się pozytywnie nastawiony. Vergil smętał z tyłu mojej głowy. Jeżeli ja byłem Rzepakową, to Verg był moim Sowim — głosem rozsądku i nudy, którego czasem trzeba posłuchać, ale na szczęście nie zawsze.
Widziałem, że zastępca nie był mnie jeszcze takim pewnym. Postanowiono poczekać z oficjalnym ogłoszeniem mojego przyjścia do rana. Nie spałem w magazynie, bo nie byłem debilem. Ułożyłem się bezpiecznie, niedaleko jeziora. Wciąż na ich terenach, ale odpowiednio daleko, by nie czuli zagrożenia. Widząc, że Rzepakowa ze mną rozmawiała, jeszcze parę osób postanowiło zamienić zdanie. Poznałem Stopową Łapę (cudowne dziecko, moja ulubiona osoba, chciałem ją adoptować, ale Vergil powiedział nie), Jagodową Mgłę (patrzyła na mnie nieufnie, całkowicie zrozumiałe, biła od niej arogancja), Orli Klif (od razu powiedział, że nie ufa mi, też go polubiłem) oraz Malwowy Ogon (patrzyła na mnie jak mrówkę, zdecydowałem, że będzie dostawać najgorsze zioła, jakie mi zostaną).
Wstałem jeszcze zanim słońce wzeszło, strzepując rosę z futra. Przeszedłem parę kroków, by sprawdzić, jak sprawuje się moja noga. Dziś nie bolała, to dobry start. Postanowiłem się przydać i zebrać parę roślinek. Nie wiedziałem, czy Srocza zostawiła po sobie duży zapas. Pokręciłem się, porozmawiałem z Vergilem i prawie wpadłem do jeziora.
Orli Klif znalazł mnie i kazał przyjść do magazynu. Stałem po lewej stronie Rzepakowej, gdy Sowi znajdował się po prawej. Jej wypowiedź była mało oficjalna, ale chyba każdy zrozumiał najważniejszą część. Zostałem nowym medykiem Industrii. Przedstawiła mnie jako Petera, Sowi poprawił ją na Szarą Skałę, a ja poprawiłem jego, że Peter jak najbardziej pasuje.
Potem udało mi się złapać Ognisty Mak i zapytać jak się czuje. Powiedział, że dobrze, ale i tak kazałem mu mnie odwiedzić jeszcze parę razy, żeby się upewnić.
Na razie postanowiłem nic nie przestawiać w legowisku medyka, żeby nikt nie myślał, że za bardzo się panoszę. Spędziłem dzień na zjadaniu ich jedzenia, sprawdzania zaopatrzenia klanu w zioła i powtarzaniu wszystkim „Proszę, nie mów mi Szara Skało, mów mi Peter”.
Słońce zaczęło zachodzić zdecydowanie za szybko.
— Peter? — odezwał się mój głos wewnętrzny, gdy leżałem już między pudłami.
— Hmm? Mów mi Szara Skało.
— Nie.
— Powiedz, czy to nie brzmi wspaniale? — zapytałem ironicznie.
— Mogłeś wybrać sobie nową tożsamość i padło na Szarą Skałę.
— Halo halo, nie wybieram żadnej nowej tożsamości.
Vergil uniósłby brew, gdyby je miał, czułem to.
— Nie po to męczyłem się tyle lat będąc Peterem, tylko po to, by teraz wyrzucić to do błota. Ale zasady to zasady. Mogą mnie zapisać w swojej pamięci nawet jako świętego Patryka.
Vergil prychnął śmiechem. To był nieprzyjemny dźwięk, tak jak jego głos, ale lubiłem go. Nie mogłem się doczekać, żeby komuś opowiedzieć o nim. Reakcje były zawsze zabawne. Nie potrzebowałem cudzej wiary, niech uznają go za wymysł mojego umysłu.
— To miejsce jest dziwne, prawda? Przyjemne, chociaż trochę prymitywne — powiedziałem, przerywając komfortową ciszę.
— Wolisz iść dalej?
— Nie, raczej zostanę tu przez jakiś czas. Nie jestem wymagający. Dostanę mięso, posłanie, robotę. A poza tym mam ciebie, to mi wystarczy. — Uśmiechnąłem się lekko.
Wiedziałem, że Verg przewraca oczami w ten sposób, który oznacza „Jesteś durny, ale masz szczęście, że cię lubię”
— Ostatnio częściej cię bierze na takie… dziwne szczerości — zauważył.
— Stary jestem.
— To słaby powód.
— Oj nie narzekaj, mój najlepszy przyjacielu.
— Jestem twoim jedynym przyjacielem. Jedynym znajomym, żeby być dokładnym.
— Teraz już nie. I co ty taki ponury Verg, hm?
— Nauczony doświadczeniem, żeby bać się twoich decyzji — prychnął.
— Oj Verg. Uśmiechnij się w duchu. Kolejna przygoda przed nami. Wiesz jak to mówią ludzie, powodzenia na nowej drodze życia i tak dalej — zaśmiałem się cicho. Vergil westchnął.
— Błagam cię, idź spać.
Tym razem nawet go posłuchałem.
[2365 słów: Szara Skała i Vergilek otrzymują 23 Punkty Doświadczenia]

„Ain’t no grave can hold my body down”.

[kliknięcie przeniesie do karty postaci]