Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puma × Dym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puma × Dym. Pokaż wszystkie posty

11 września 2021

Od Dymu CD Pumy

 Moje serce zaczęło bić szybciej. Nie wiedziałem, czy to sen, czy jawa? Nie przecież nie śpię, to naprawdę się wydarzyło. Byliśmy parą, czułem się nieswojo przez chwilę. Wewnątrz aż skakałem z radości, jednak stać mnie było na merdanie ogonem jak jakiś mały szczeniak. Nie potrafiłem opisać tego co czuje, ale jeśli to są motyle w brzuchu, to mogę mieć ich tysiące. Musieliśmy jakoś uczcić naszą wspólną decyzję. Myślałem dość intensywnie, co mógłbym zaproponować. Nagle mnie olśniło, nie mogłem zapomnieć o swoich obowiązkach.
— Co powiesz, abyśmy spędzili dzisiejszą noc pod gwiazdami. Jest okres spadających gwiazd, to może być fajny widok — zaproponowałem. Bacznie przyglądałem się reakcji Pumy. Chyba była w podobnym rozanielonym nastroju. Jej ogon również kołysał się na boki.
— Z tobą zawsze.
— W takim razie widzimy się gdy niebo będzie usłane tysiącami gwiazd, znajdę cię.
— Uciekasz już ?
— Przepraszam, odprowadzę cię, na pewno ci to wynagrodzę — lekko polizałem ją w pyszczek.
Ruszyliśmy żwawo na blokowiska. Rozejrzałem się dookoła. Pobiegłem zmienić jednego z patrolujących wojowników. Pierwszy raz tak bardzo mi się dłużyło. Jednak gdy w końcu moja zmiana dobiegła końca, a niebo usłane było gwiazdami, ruszyłem w poszukiwaniu Pumy.
— Tutaj cię mam! - krzyknąłem, radośnie podbiegając.
— To gdzie idziemy na te gwiazdy ?
— Zobaczysz! — powiedziałem pełen entuzjazmu i energii. Sam jej widok już naładował moje akumulatory na maksa. Zabrałem Pumę na Płyciznę znajdująca się pod stromą wydmą. Nie musieliśmy wcale stać w wodzie, aby było widać w niej odbijające się niebo.
— Czyżbyś wybrał płyciznę, w obawie o to bym znowu się nie podtopiła?
— Czytasz mi w myślach.
Na chwilę weszliśmy do wody, patrząc raz w niebo, raz w jego lustrzane odbicie w wodzie. Potem zaś ułożyliśmy się na pasku.
— Zobacz Dym, spadająca gwiazda!
— Pomyśl życzenie, tylko nie mów na głos, bo wtedy się nie spełni.
— Mówisz poważnie ?
— Tak — zaśmiałem się, patrząc w jej piękne oczy.
— Naprawdę wierzysz w takie przesądy ?
— Wole zachować ostrożność — zaśmiałem się

<Puma?>
 [331 słów: Dym otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

11 lipca 2021

Od Pumy CD Dymu

Dym złapał gołębia między przednie łapy, po czym zaczął go oskubywać z mięsa. Zostawił same kosteczki, następnie rzucił się biegiem w poszukiwaniu Jazgotu. Wróciłam samotnie do obozu i położyłam się do swojego legowiska. Przyznam, że przykro mi się zrobiło, gdy pies odbiegł bez pożegnania, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie miał innego wyjścia. Strasznie mi się nudziło, tylko leżałam i gapiłam się w przestrzeń. Chciałam wrócić na swój patrol, ale niestety nie mogłam, ponieważ obiecałam Dymowi, że tego nie zrobię, zasnąć też nie mogłam, ponieważ setki myśli kłębiło mi się w głowie.
— Czy ja naprawdę tak wiele wymagam? Chcę tylko pójść spać i przestać rozmyślać — zaczęłam gadać sama do siebie. Nie lubię marudzić, ale to już przesada, naprawdę muszę tyle rozmyślać o jednym psie? Przecież nie zostawił mnie tam specjalnie, był umówiony z Jazgotem i przeze mnie się spóźnił. Muszę zacząć myśleć o czymś, co jest bezsensowne, wtedy powinnam się znudzić i zasnąć, tylko o czym mam pomyśleć? Nawet nie mogłam się skupić, aby wymyślić coś całkowicie bez sensu, ponieważ kłóciłam się sama ze sobą, ze swoimi myślami.
— Dymie! Dlaczego cały czas chodzisz mi po głowie!? — zaczęłam dosyć głośno burczeć pod nosem. Zasłoniłam łapami swój pysk, abym już nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Może gdybym pozwoliła swojemu mózgowi o nim myśleć, to szybciej by się to skończyło? Czy to tak działa? Dlaczego nie mogę po prostu wyrzucić go ze swojej głowy? Nigdy wcześniej tak się nie zachowywałam, dziwnie mi z tym, a co jeśli on mi się podoba? Niemożliwe, muszę być naprawdę nie w formie po tym podtopieniu, bo wygaduję same głupoty. Im więcej o tym wszystkim rozmyślałam, tym bardziej jestem przekonana, że Dym skradł mi serce. Nagle młody wróbelek podleciał bardzo blisko mnie i wtopił swoje małe czarne oczka prosto w moją osobę. Mogłabym go zjeść i dobrze o tym wiedział, ale nawet nie zamierzałam, wreszcie znalazłam kogoś, komu mogę się wyżalić i nie będzie mnie naciskał, ani szantażował, ani nic podobnego.
— Miło spędza mi się z nim czas, gdy go widzę, serce wyrywa mi się z klatki, a łapy robią się jak z waty, czuję się wtedy jakbym była w innej rzeczywistości. Mogłabym zrobić dosłownie wszystko, aby poświęcił mi swoją uwagę i cenny czas. Wcześniej tego wcale nie zauważałam, ale teraz gdy mam wolne od swoich obowiązków i mogę sobie wszystko przeanalizować, to właśnie tak ta sprawa wygląda. Jestem pewna tego, że czuję do niego coś innego niż przyjaźń, coś silniejszego. On mi się naprawdę podoba, to pewne. Tylko jak mu ja o tym powiem? Mam dwa wyjścia albo mu o tym powiedzieć, albo mu o tym nie mówić, ale to chyba logiczne. Mogę mu nie wyznać moich uczuć, ale wtedy sam to zauważy, przecież nie jest głupi, wręcz przeciwnie a do tego spostrzegawczy, ale jeżeli mu o tym powiem, to mogę się spodziewać tego, że mnie odrzuci, ponieważ mu się nie podobam, a poza tym zawsze znajdzie się jakaś wymówka, brak czasu lub cokolwiek innego, wątpię, żebyśmy czuli do siebie to samo. Dym mi odmówi, a ja będę chodzić ze złamanym sercem i nie wiadomo jak to się odbije na moich obowiązkach, z drugiej strony, jeżeli mu o tym nie powiem, to będę przez długi czas chodzić z głową w chmurach, więc to też nie będzie dobre rozwiązanie — żaliłam się ptaszkowi, który nadal nie spuszczał ze mnie wzroku, to wyglądało, tak jakby ten malutki stworek chciał mnie zahipnotyzować. Nie miałam pewności czy rozumiał to, co do niego mówię, czy wręcz przeciwnie, ale w sumie nie powinno mnie to interesować. Miałam się komu wygadać i to było najważniejsze.
— A ty jak myślisz ptaszku? — Przysunęłam się do niego, a on odskoczył dwa kroki w tył. — Więc się mnie boisz? — Wstałam i podeszłam do niego jeszcze trochę bliżej, ale on znów zaczął przede mną uciekać. — Nie znajdziesz tutaj jedzenia młody wróbelku, jeśli właśnie tego tutaj szukasz. — Odsunęłam się od niego i wróciłam na miejsce, wtedy on znów do mnie podszedł. — A więc lubisz mnie słuchać, czy wypatrzyłeś na mnie jakąś pchłę lub inne robactwo? — Zaśmiałam się głośno, pokazując białe zęby i w tym samym momencie wystraszyłam go, a on pozostawił mnie, odlatując nie wiadomo gdzie. Wcale nie chciałam go wystraszyć tylko go do mnie przyzwyczaić, ale jak widać, on nie szukał nowych znajomości. Postanowiłam kontynuować mój nieinteresujący nikogo dylemat, w sumie to ja nie miałam ochoty się z nikim tym dzielić, przynajmniej żadnym psem, bo wróbelek był całkiem dobrym słuchaczem do czasu, aż go przypadkiem nie odstraszyłam. Postanowiłam, że wyznam, mu co czuję w odpowiednim momencie, ale musi to być dziś bo nie wytrzymam, liczę się z tym, że może mnie wyśmiać, albo przestać utrzymywać ze mną kontakt, chociaż nie może go zerwać, bo jest zastępcą i jak będę chciała, to mogę mu truć dupę, a on będzie zmuszony słuchać moich zażaleń na byle gówno, może go ewentualnie ograniczyć. Najbardziej się boję tego, że go znienawidzę, gdy zareaguje niedojrzałe, ale to bardzo mało prawdopodobne, chociaż nic nigdy nie wiadomo, przecież ja też nie miałam pojęcia, że dzisiejszy dzień będzie taki pełen emocji i przemyśleń, a w dodatku muszę się liczyć, z tym że on może zmienić zdanie na mój temat a ja się będę palić ze wstydu za każdym razem, gdy go zobaczę, bo jeśli dałby mi potocznie tak zwanego „kosza” to ja się przecież załamię. To już się robi nudne, wciąż gadam o tym samym, po prostu go znajdę i mu o tym powiem, będę mieć głowy. Miałam się już zbierać, lecz niespodziewanie pojawił się Dym.
— Cześć, jak się czujesz? — spytał naprawdę zestresowany. Wyglądało to tak, jakby wiedział o wszystkim i nie miał pojęcia jak mi tu teraz powiedzieć, że ja nie jestem w jego typie, ale z tego, co wiem, to my nie rozumiemy ćwierkania wróbelków, chyba że tylko ja jestem niededukowana lub ptaszek umie po naszemu i ja nie miałam o tym zielonego pojęcia. Ja również byłam zestresowana i miałam wrażenie, że język mi się poplącze, gdy będę mu odpowiadać.
— Wszystko dobrze, jak było na patrolu? — udało mi się powiedzieć zdanie i nie jąkałam się przy tym, czyli nie jest tak źle, jak myślałam. Starałam się na niego za bardzo nie patrzeć, aby się nie rozpraszać, musiałam zachować jakikolwiek spokój i rozsądek, nawet najmniejszy, żeby nie palnąć czegoś głupiego.
— Jakiś włóczęga wdarł się na wysypisko, najgorzej, że gdy poszedłem za jego tropem, nagle wyparował, obszedłem jeszcze spory teren, ale już nie odzyskałem go. Dziwne, czyżby miały jakieś metody na kamuflowanie swojego zapachu.
— Słyszałam, że podobno są rośliny, które jak się w nich wytarzasz, neutralizują twój zapach. — Udało mi się powiedzieć coś mądrego, zachowując przy tym wewnętrzny spokój. Nie mam pojęcia, jak w tym momencie wyglądała moja mina, ale wiem, że na pewno było z nią coś nie tak, bo Dym dziwacznie mi się przyglądał. Nie chcę sobie nawet tego wyobrażać.
— Wiesz może, jak się nazywają? — Spojrzał na mnie pytająco.
— Nie, słyszałam tylko, że takie są — odpowiedziałam, spoglądając na niego ukradkiem oka.
— Chciałbym z tobą porozmawiać, ale na osobności.
— Jasne coś się stało? — Zaskoczył mnie. Pełno myśli przeleciało po mojej głowie, strasznie się bałam, że ptaszek jednak mógł coś wyćwierkać, ale to było jednak mało prawdopodobne, pewnie chcę omówić jakieś sprawy „zawodowe” zmianę patrolowanych terenów albo coś, może chcę przedyskutować to tylko ze mną? Włączy mnie do zarządu? Raczej mało prawdopodobne, ale szansa zawsze jest. W ogóle nie mogę się na niczym skupić, tylko gadam od rzeczy. Muszę się skontaktować! Kłóciłam się sama ze sobą myślami w sumie jak przez cały dzień, to ja chyba w życiu nie myślałam tyle, co dzisiaj w dodatku gadam tylko o jednym. Zakochani tak już chyba mają, nie chcę być taką nudziarą do końca życia.
— Nie spokojnie, ale dasz się zabrać na spacer?
— Tak. Dokąd idziemy? — powiedziałam, promieniejąc z radości. Naprawdę byłam bardzo szczęśliwa, wręcz nie wyobrażalnie, dobrze, że umiem zapanować nad swoim ogonem, bo naprawdę nie chciałam, aby Dym widział, jak bardzo się ucieszyłam na tę wyjście, muszę zachowywać się normalnie.
— Może na opuszczony dworzec kolejowy?
— No okey. — Lekko się skrzywiłam, nie było to jakieś cudowne miejsce na wyznawanie sobie uczuć, ale stwierdziłam, że skoro mam już mieć to za sobą to zrobię to jak najszybciej, właśnie na osobności. Wolałabym mu to powiedzieć na plaży przy zachodzie słońca czy coś takiego, aby serce mu trochę zmiękło, ale cóż tak też można. Ruszyliśmy spokojnym krokiem, Dym, się czymś stresował, nie rozumiałam tego, czy stało się coś aż tak poważnego? Zaczął nerwowo oblizywać wargi.
— Coś się stało Dymie? — Spojrzałam na niego lekko.
— Nie spoko nic mi nie jest — zapewniał mnie, ale i tak wiedziałam, że coś jest nie tak. Teraz to, zamiast się stresować tym, że zaraz życie może mi się zawalić, to stresuję się tym, że z nim coś jest nie tak. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Usiadłam naprzeciwko psa i zaciekawiona wlepiłam w niego swoje spojrzenie.
— To, co chciałeś mi powiedzieć? — zapytałam. Chciałam, aby najpierw powiedział, mi to o czym tak strasznie chciał mnie poinformować, a potem ja powiem to, co ja miałam mu do powiedzenia.
— Nie wyśmiejesz mnie?
— No nie, dlaczego miałabym to zrobić? — zapytałam zdziwiona. O co mogło chodzić? Wątpię w to, że zaraz mi powie coś w stylu „Puma nie mogę tego w sobie dłużej dusić, podobasz mi się". Pewnie chcę mi opowiedzieć jakiś swój sekret lub coś w tym stylu. A co jeśli podoba mu się Mięta? Albo ktoś inny? Chętnie się dowiem kto to, jego ukochana skończy... w sumie wykończę ją na początku psychicznie, a potem fizycznie aż sama się zabije. O czym ja gadam? Puma ogarnij się i nawet tak nie żartuj! Znów się zaczęłam kłócić z moimi myślami. To już poszło za daleko czy ja się staje psychopatką? Pewnie to przejściowe albo od tego cholernego stresu wygaduje głupoty. Dym wziął głęboki oddech, wiedziałam już, że to będzie coś poważnego.
— Chciałem, abyś wiedziała, to dziwne dla mnie, ale jak jesteś przy mnie, to czuję się szczęśliwy. Tylko nie przerywaj mi, proszę. Czuję, że żyję, lubię z tobą rozmawiać, i spędzać czas, jak Cię nie ma obok, to zaczynam tęsknić. Potrzebuję spędzać z tobą czas, bo to daje mi siłę. Nie wiem jak to nazwać, ale podobasz mi się, ja chyba się zakochałem w Tobie. Nie musisz odwzajemniać tego, nie chcę Cię zmuszać do niczego, chciałbym, abyś to wiedziała. — Odetchnął z ulgą, gdy w końcu to z siebie wyrzucił. Widać było po nim, że od razu stał się jakiś spokojniejszy, jakby kamień spadł mu z serca. W tym momencie zaniemówiłam, a gdyby nie to, że umiem panować nad swoim ciałem, to moja szczęka leżałaby na podłodze z wrażenia. Czułam się jakbym była we śnie, a może właśnie w nim jestem?
— Nic nie powiesz? Zrozumiem, jeśli ty nie czujesz tego samego co ja — zapewniał mnie, oczekując odpowiedzi.
— To jest żart? — zapytałam z niedowierzaniem.
— Nie po prostu wyznałem Ci moje uczucia, bo nie chciałem dusić tego w sobie, już mówiłem, że nie musisz tego odwzajemniać, tylko nie wyśmiej mnie. — Jego oczy nagle posmutniały. — Kazałeś mi dzisiaj odpoczywać co nie? — Przedłużałam rozmowę, aby poukładać na szybko swoją wypowiedź w głowie.
— Dokładnie.
— Odbiegłeś do Jazgotu bez pożegnania, musiałam wracać sama do obozu.
— Przepraszam, byłem z nim umówiony wcześniej, musiałem to zrobić, przecież wiesz, że bym Cię tam nie zostawił bez ważnego powodu — zapewniał mnie.
— Posłuchaj mnie do końca okej? Gdy wróciłam sama do obozu i położyłam się w swoim legowisku, próbując zasnąć, zaczęłam rozmyślać o naszych relacjach, o moich uczuciach do Ciebie, cały dzień kłóciłam się sama ze sobą czy mam Ci wyznać to, co czuję, czy raczej siedzieć cicho i dusić to w sobie. Chciałam Cię znaleźć i powiedzieć Ci o tym jak najszybciej, ale ty zjawiłeś się i chciałeś mi powiedzieć coś ważnego, więc postanowiłam Cię wysłuchać, a potem powiedzieć Ci o tym, jednak mnie wyprzedziłeś, kompletnie się tego nie spodziewałam, byłam przygotowana na odrzucenie czy coś podobnego — wyznałam, mając nadzieję, że ta wypowiedź miała ręce i nogi, a do tego pies zrozumiał, co miałam na myśli.
— Czyli ja się tobie też podobam? Podobamy się sobie nawzajem i chcieliśmy sobie o tym powiedzieć w tym samym czasie? — zapytał, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
— Dokładnie — przytaknęłam.
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, gapiąc się jeden na drugiego, chyba obydwoje byliśmy w takim samym szoku. Mam nadzieję, że to nie jest sen i że zaraz nie obudzę się u medyka, który mnie jakoś uśpił, zahipnotyzował czy cokolwiek innego przecież mają pewnie jakieś tam ziółka na uspokojenie.
— Co tak siedzisz? — postanowiłam, że przerwę tę trochę długą chwilę ciszy.
— Mam zmieszane uczucia, cieszę się i nie dowierzam w to, że jesteśmy razem, przynajmniej tak mi się wydaje, bo czujemy do siebie w końcu to samo, więc wychodzi na to, że powinniśmy być parą — mówił niepewnie. Pierwszy raz widziałam go takiego niepewnego, jakby język miał mu się zaraz poplątać. Ten dzień jest taki dziwny, więc co mu się dziwić ja też nadal w to nie wierzę.
— Tak Dymie, jesteśmy parą. — Liznęłam go w nos cała podekscytowana tą sytuacją.
— To jest naprawdę najlepszy dzień w moim życiu. Musimy to jakoś uczcić — zadecydował, merdając ogonem.
<Dymie?>
[2149 słów: Puma otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

18 czerwca 2021

Od Dymu CD Pumy

Możliwość spędzania czasu z Pumą sprawiała mi ogromną radość. To było dziwne uczucie, dlaczego tak bardzo chciałem, aby była blisko mnie. Lubiłem ją obserwować, rozmawiać z nią, wymieniać się doświadczeniami życiowymi. Im bardziej poznawałem jej świat, tym bardziej byłem spragniony jej towarzystwa. Po zakończonym patrolu udaliśmy się na plażę. Postanowiłem jednak zostać na brzegu. Przez dłuższą chwilę patrzyłem się na nią jak głupek, po prostu się zagapiłem. Dostrzegłem jej atuty fizyczne, to jak pięknie się porusza. Jak słodko wyglądała gdy woda zmoczyła jej sierść, była naprawdę urocza. Jednak w ułamku sekundy woda zakryła ją całą. Podniosłem się i wpatrywałem w wodę. Serce skoczyło mi do gardła. Ruszyłem biegiem i wskoczyłem do wody. Nerwowo rozglądałem się, wziąłem głęboki wdech, wstrzymałem oddech i zanurkowałem. Otworzyłem oczy pod wodą, jednak na nic mi się to nie zdało. Widoczność była zerowa, do tego słona woda od razu podrażniła moje oczy. Nerwowo machałem łapami, schodząc coraz niżej, wyczułem ją pod moimi przednimi łapami. Na oślep, otworzyłem pysk, łapiąc ją za skórę. Mocno odepchnąłem się od dna tylnymi łapami. Wynurzając się na powierzchnię, otworzyłem oczy. Ile sił w łapach wiosłowałem w stronę brzegu, gdy poczułem grunt wraz z nieprzytomną Pumą, wyszedłem na brzeg.
— Nie zasypiaj, nie możesz zasnąć, słyszysz mnie!?
Bylem zdenerwowany, martwiłem się o nią naprawdę.
— Puma! Żyjesz? — Uniosłem się poddenerwowany, zobaczyłem, że jej powieki zaczynały się otwierać, a klatka się unosiła.
Gdy jej oczy się otworzyły, poczułem ulgę, w przypływie emocji nachyliłem się lekko i otarłem swoim pyszczkiem o jej pyszczek.
— Nie strasz mnie tak. Błagam Cię! — westchnąłem.
Puma lekko zamerdała ogonem, wzięła kilka głębokich oddechów.
— Nic mi nie jest. — Powoli zaczęła się podnosić.
— Musi Cię zobaczyć Leonis.
— Naprawdę, już jest dobrze, nic mi nie jest — uparła się.
Pokiwałem przecząco głową. Nie podobało mi się to. Naprawdę ta sytuacja wyglądała bardzo niebezpiecznie, tym bardziej nie zmierzałem jej odpuścić. Nie zgodzę się na to, aby ot, tak sobie po prostu olała sprawę i wróciła do normalnego funkcjonowania. Powoli ruszyłem w stronę obozu, cały czas bacznie obserwując Pumę, szedłem powoli, nie chciałem narzucać szybkiego tempa. Martwiłem się, aby nie okazało się, że woda dostała się do płuc. Po powrocie do obozu złapałem lekko Pumę za ucho i zacząłem iść w stronę medyka.
— Ałaaaa! Dym co ty robisz? — warknęła.
— Idziemy — powiedziałem przez zęby.
Gdy Leonis nas zobaczył, przewrócił oczami. Nie był zachwycony. Puma zaś stawiała opory, ale przejąłem inicjatywę.
— Proszę, zbadaj ją, podtopiła się lekko — wyjaśniłem.
Leonis niechętnie obejrzał moją towarzyszkę. Zadał jej kilka pytań, po czym na chwilę zniknął. Gdy wrócił, przyniósł jakiś dziwny proszek.
— Dodawaj to przez trzy dni do jedzenia. Będzie dobrze.
Zadowolony z siebie wyszedłem wraz z Pumą od medyka, suczka wydawała się być na mnie obrażona, ale co ja poradzę, że się o nią martwię to silniejsze ode mnie.
— Nie musiałeś, mnie tak ciągać.
— Przepraszam Cię, ale martwiłem się o Ciebie.
— Jasne, ale dzięki za ratunek. — Uśmiechnęła się lekko.
— Nie masz, za co to mój obowiązek. — Zamerdałem ogonem.
— Tak jasne rozumiem.
Odprowadziłem Pumę do jej legowiska.
— Odpocznij, masz trzy dni wolne od patrolu i treningu.
— Nie, przyjdę na trening, nie chcę mieć zaległości — zaprotestowała.
— Proszę Cię, odpuść sobie jutrzejszy trening. Chociaż zrób sobie wolne.
— Kto za mnie pójdzie na patrole przez ten czas?
— Spokojnie znajdę zastępstwo, albo sam pójdę, a ty się oszczędzaj.
Poszedłem na miejsce posiłku, wyrwałem spory kawałek mięsa z dzika i zabrałem do Pumy.
Położyłem przed jej legowiskiem, tak aby nie zauważyła mnie i wróciłem do swoich zajęć.
Następnego dnia było dziwnie bez Pumy na treningu, czułem tęsknotę, czegoś mi brakowało. Szczerze nie mogłem się doczekać do czasu wolnego. Po obowiązkach, spotkaniu z Jazgotem i Miętą udałem się sprawdzić, jak się miewa Puma.
— Cześć, jak się dzisiaj czujesz?
— O wiele lepiej! — Zamerdała ogonem.
— Jadłaś coś dzisiaj?
— Jeszcze nie.
— To może skoczymy razem, dzisiaj mamy jakieś ptaszydło, ale starczy dla każdego po jednym.
— Jasne, chętnie w sumie to umieram z głodu.
Ruszyliśmy więc na nasz pierwszy posiłek tego dnia. Znowu czułem, że ten dzień ma sens. Po dotarciu na miejsce sięgnąłem po jednego gołębia, zacząłem starannie oskubywać go z piór. Zerkałem co jakiś czas, jak radzi sobie moja towarzyszka. Ptasie pióra łaskotały mój nos, to sprawiało, że niemal co chwilę wydawałem z siebie prześmieszne dźwięki. Puma nie mogła się powstrzymać i zaczęła się śmiać ze mnie. Był to dość uroczy dźwięk dla moich uszu.
— To nie jest zabawne — mruknąłem lekko poirytowany.
— Oj daj spokój — zaśmiała się.
Złapałem piórko w pysk i skoczyłem na nią. Suczka wylądowała na grzbiecie, a ja dość skutecznie zacząłem łaskotać ją po nosie. To wywołało bardzo podobną reakcję do mojej. Teraz to ja miałem się z czego śmiać. Nagle poczułem czyjś wzrok na sobie. Od razu się opamiętałem, wypuszczając Pumę z uścisku i nerwowo obejrzałem się za siebie. Moim oczom ukazała się niezadowolona, zażenowana, obrażona, Mięta. Czym prędzej odwróciła głowę, aby na nas nie patrzeć, udając, że jej to nie interesuje.
— Coś się stało — w głosie Pumy usłyszałem troskę i lekki smutek.
— Nie nic, nie wiem czemu? Mięta się ostatnio na mnie obraża, kłócimy się o wszystko, mam wrażenie, że zaczęła mnie niemal unikać celowo.
— Może powinieneś z nią szczerze porozmawiać? — zaproponowała.
— Próbowałem, ale jedyne co słyszę to, że nie podoba jej się, moja relacja z tobą.
— Może jest zazdrosna, do tej pory byliście nierozłączni, spędzaliście ze sobą wolny czas, teraz dzielisz go też ze mną. Przyzwyczaiła się do Ciebie, może to ją irytuje? — zasugerowała.
— Możesz mieć rację, ale co mam zrobić? Zrezygnować z naszej relacji tylko dlatego, że Mięcie się ona nie podoba, przecież to by było całkiem bez sensu.
— Nie wiem, chciałabym Ci pomóc, ale ciężko jest mi tobie doradzić. Przecież, jej nie olewasz, widzę, że się dwoisz i troisz, aby dla każdego znaleźć czas. Masz też masę obowiązków. Wojna wisi w powietrzu, trenujesz wojowników, patrolujesz z Miętą i ze mną. Wraz z Jazgotem szukasz zabójcy Szyszki i tak jestem pełna podziwu, że znajdujesz czas na to wszytko.
— Jazgot! — niemal krzyknąłem.
Puma spojrzała na mnie zaskoczona.
— Przepraszam Puma, zapomniałem, muszę jak najszybciej go znaleźć. — Złapałem gołębia między przednie łapy, po czym zacząłem go oskubywać z mięsa. Zostawiłem same kosteczki, następnie rzuciłem się biegiem w poszukiwaniu Jazgotu.
Gdy go znalazłem, odetchnąłem z ulgą. Musieliśmy przeprowadzić długą poważną rozmowę, sam na sam. Gdy wszytko było już jasne, wróciłem na teren obozu. Udałem się na patrol w zastępstwie za Pumę. Chodząc samotnie, miałem czas na własne przemyślenia.
Od dawna gryzło mnie, to dziwne uczucie, którym darzyłem Pumę, nie była to zwykła sympatia. Czułem, że to coś więcej, dlaczego tak bardzo chce spędzać z nią czas? Czemu sprawia mi to tyle radości? Dlaczego zaczynam się czasami przy niej denerwować? Nad wyraz martwiłem się o jej zdrowie gdy się podtopiła. Dlaczego tak bardzo serce waliło mi jak ją przytuliłem? Gdy jej nie widziałem dłużej niż kilka godzin, czułem tęsknotę. Jednak czy Ona czuła to samo do mnie? Chciałem się tego dowiedzieć. Jednak co jeśli nie? I mnie wyśmieje, albo odrzuci?
Czy to przekreśli wtedy nasza całą przyjaźń i długo budowaną relację? Co jeżeli jednak czuje to samo co ja? Ale jeśli zaniedbam ją przez nadmiar obowiązków? Lub zbyt emocjonalnie podejdę do niej, przez co spapram wojnę? Jak będę umieć rozdzielić uczucie od obowiązków, aby traktować ją na równi z resztą? Przecież nie mógłbym dawać jej fory lub faworyzować tylko dlatego, że bylibyśmy razem. To było tak bardzo skomplikowane.
Musiałem się ogarnąć, teraz był czas na patrolowanie okolic wysypiska, a nie rozwiązywanie swoich emocjonalno-uczuciowych problemów i życiowych rozterek. Przyłożyłem nos do ziemi, łapiąc wszystkie zapachy. Jeden z nich nie zgadzał się, nie kojarzyłem go z nikim znajomym. Udało mi się odseparować tę woń od reszty i ruszyłem jego tropem. Trop zaprowadził mnie do jednej z dziur w ogrodzeniu wysypiska, przecisnąłem się przez nią. Gdy trop się urwał nerwowo rozejrzałem się.
W pierwszej chwili przyszło mi na myśl. Jakiś pies z innego klanu wdarł się na nasze terytorium. Druga opcja, jaka przyszła mi do głowy to, że włóczędzy musieli wedrzeć się na wysypisko w poszukiwaniu jedzenia albo materiałów, tylko po co? Zastanawiało mnie tylko dlaczego jego zapach rozmył się i zniknął. Dla bezpieczeństwa obszedłem jeszcze wielki obszar, być może uda mi się jeszcze złapać trop. Niestety, tak jak się obawiałem, wyparował. Byłem lekko sfrustrowany. Krążenie bez sensu, było strata czasu. Wróciłem więc na wysypisko i dokończyłem patrol. Po powrocie udałem się do Pumy. Przemyślałem sprawę, chciałem jej wyznać to co czuję. Gdy tylko ją ujrzałem, znowu ogarnęła mnie radość. Nie byłem jednak pewny jak mam zacząć tę rozmowę.
— Cześć, jak się czujesz? — spytałem, naprawdę zainteresowany.
— Wszystko dobrze. Jak było na patrolu?
— Jakiś włóczęga wdarł się na wysypisko, najgorzej, że gdy poszedłem za jego tropem, nagle wyparował, obszedłem jeszcze spory teren, ale już nie odzyskałem go. Dziwne, czyżby miały jakieś metody na kamuflowanie swojego zapachu.
— Słyszałam, że podobno są rośliny, które jak się w nich wytarzasz, neutralizują twój zapach.
— Znasz może, jak się nazywają? — Spojrzałem na nią pytająco.
— Nie, słyszałam tylko, że takie są.
— Chciałbym z tobą porozmawiać, ale na osobności.
— Jasne coś się stało?
— Nie spokojnie, ale dasz się zabrać na spacer?
— Tak. Dokąd idziemy?
— Może na opuszczony dworzec kolejowy?
— No okey. — Lekko się skrzywiła.
Ruszyliśmy spokojnym krokiem, zależało mi, aby mieć pewność, że będziemy sami. Nikt nie będzie, słyszał mojego żałosnego wyznania. Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej się stresowałem, serce biło mi jak dzwon. Totalny mętlik w głowie, niemal zapomniałem wszystkiego co miałem jej powiedzieć. Nerwowo zacząłem oblizywać wargi.
— Coś się stało Dymie? — Puma spojrzała na mnie lekko.
— Nie spoko nic mi nie jest.
Gdy dotrawiliśmy na miejsce, nie było już odwrotu. Usiadłem, a Puma zajęła miejsce naprzeciwko mnie. Zaciekawiona wlepiła we mnie swoje spojrzenie.
— To, co chciałeś mi powiedzieć?
— Nie wyśmiejesz mnie?
— No nie, dlaczego miałabym to zrobić?
Zebrałem się w sobie, kumulując całą swoją odwagę. Wziąłem głęboki oddech.
— Chciałem, abyś wiedziała, to dziwne dla mnie, ale jak jesteś przy mnie, to czuję się szczęśliwy. Tylko nie przerywaj mi, proszę. Czuję, że żyję, lubię z tobą rozmawiać, i spędzać czas, jak Cię nie ma obok, to zaczynam tęsknić. Potrzebuje spędzać z tobą czas, bo to daje mi siłę. Nie wiem jak to nazwać albo podobasz mi się, ja chyba się zakochałem w Tobie. Nie musisz odwzajemniać tego, nie chcę Cię zmuszać do niczego, chciałbym, abyś to wiedziała. — Odetchnąłem z ulgą gdy w końcu to z siebie wyrzuciłem. Nie spodziewałem się żadnej odpowiedzi, nie wiedziałem, jak Puma zareaguje. Jednak naprawdę kamień spadł mi z serca. 
<Puma?>
[1717 słów: Dym otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

10 czerwca 2021

Od Pumy CD Dymu

Byłam bardzo zmęczona po wczorajszym treningu, Dym dał nam wycisk, najchętniej położyłabym się na swoim legowisku i już z niego nie wstawała. Musiałam się ogarnąć, nie mogłam przecież zawieść swojego klanu i Dymu, wiedziałam, że jednak na mnie liczył. Postanowiłam czym prędzej podnieść się z posłania i tak też zrobiłam. Udałam się na wyznaczone miejsce, trening wyglądał prawie identycznie jak wczoraj, tylko tym razem zaraz czterech kółek trzeba było wykonać ich pięć. Po zakończonym treningu wszyscy udali się na przerwę, aby trochę odpocząć i się posilić, przecież nie możemy pracować bez energii na wykonywanie zadań. Po ukończeniu drugiego treningu rozeszliśmy się patrolować wyznaczone przez zastępcę strefy. Na moje nieszczęście wypadł mi najgorszy z możliwych terenów, czyli cmentarz, co prawda była tam cisza i spokój, ale uciążliwy zapach śmierci i dym wypalonych świec psuł całokształt tego miejsca. Miałam zamiar już niechętnie ruszać na moją cmentarną strefę i niespodziewanie ktoś mnie zatrzymał.
— Cześć, mogę Ci potowarzyszyć? — Pies uśmiechnął się w moją stronę.
— Cześć, pewnie, że możesz. — Oczywiście się zgodziłam. Nawet nikt nie ma pojęcia, jak się w tym momencie ucieszyłam. Po prostu wszystkie moje zmartwienia zniknęły. Nie przejmowałam się już tym, że idę w najgorsze dla mnie przynajmniej, możliwe miejsce do patrolowania, nawet odpychające zapachy nie będą już mi przeszkadzać. Czułam, że ten dzień będzie jednym z najgorszych, a w tej właśnie chwili okazuję się, że może być jednym z najlepszych.
Ruszyliśmy spokojnym krokiem w stronę cmentarza. Panowała niezręczna cisza, jednak czuję, że on tak samo jak ja chciał mi powiedzieć o wielu rzeczach, tylko nie wiedział jak się do tego zabrać. Nagle poczułam niemiły zapach, jednak to nie był zapach cmentarny, ponieważ byliśmy zbyt daleko, aby poczuć tamtą niemiłą woń. Schyliłam pysk ku ziemi, zaczęłam węszyć.
— Czego szukasz? — zapytał zaniepokojony Dym.
Szukałam dalej, nie odpowiadając mu na wcześniej zadane pytanie. Nie chciałam się rozproszyć i stracić tropu. W wysokiej trawie leżało zakrwawione ciało bez głowy, była odgryziona, więc ciężko było stwierdzić co to za zwierzę. Odwróciłam się w stronę mojego towarzysza, który od razu podbiegł do mnie, jakby wiedział, że go wołałam. Gdy ujrzał martwą istotę, zamarł na chwilę.
— Myślisz, że czyje to ciało? — Spojrzałam się na psa z nadzieją, że mi odpowie. Musiałam jednak sobie chwilkę poczekać, aż ochłonie.
— Miejmy nadzieję, że to nie jest żadne ze szczeniąt. Śmierć Szyszki nie daje mi spokoju, ten widok niewinnego rozszarpanego szczeniaka, był naprawdę przerażający — odpowiedział z załamaniem w oczach. Widać było, że nie jest mu łatwo zaakceptować zaistniałej sytuacji. Wiedziałam, że jest dobrym psem jak i zastępcą.
Podeszłam, aby obwąchać dokładnie ciało. Zapach był słaby, nie mogłam rozpoznać zabójcy, jednak wiedziałam, że jest to pies z naszego klanu. Wiedziałam, już do kogo należą te szczątki.
— Dym, uspokój się to tylko królik. — Spojrzałam się na niego. Widać było ulgę w jego oczach. Jednak nie zamierzał się do mnie odezwać, podszedł do ciała, ale nie z tego powodu, że mi nie ufał, tylko chciał sam to poczuć.
— To nie jest królik, tylko zając. Mają bardzo podobny zapach, ale jednak się czymś różni. Widać, że dałem wam za mały wycisk na treningu — zażartował w dosyć chamski sposób. Nie wiedział, jak to odbiorę, jednak myślał, że mam dystans do siebie i będę się z tego śmiać i tak też było. Dym postanowił, że musimy iść patrolować teren, a nie się obijać. Udaliśmy się we wcześniej wspomniane miejsce.
— Czujesz to? — zapytałam, próbując wstrzymać oddech, co nie zbyt mi wychodziło. W sumie wolałam już wdychać ten odór niż co jakiś czas łapać oddech, przecież głowa by mnie rozbolała i co wtedy? Może i ta woń jest nieprzyjemna, ale nie wywołuje czegoś typu migreny i osłabienia.
— Czy da się tego nie poczuć? — odpowiedział zniesmaczony. Odczuwał dokładnie to samo co ja, obydwoje byliśmy zdania, że nie warto narzekać, tylko trzeba to zaakceptować i wypełnić swoje obowiązki. Przyzwyczailiśmy się do zapachu po krótkim czasie i nie przeszkadzał nam tak bardzo jak na początku.
— Może się rozdzielimy? — zaproponowałam. Nie chciałam się wcale z nim rozstawać, jednak uznałam, że tak będzie rozsądniej i bezpieczniej. W końcu sama miałam patrolować, ale skoro Dym się przyłączy, to moglibyśmy to dobrze wykorzystać.
— Dobry pomysł, ale wolałbym, abyśmy się nie rozchodzili. W końcu zabrałem się z tobą, więc chcę, abyśmy spędzili razem ten czas. — Odrzucił moją propozycję. W sumie bardzo się cieszę, że właśnie tak postanowił. Dzięki temu lepiej się poznamy.
Stawialiśmy równe uważne kroki, bardzo dobrze spędzało się nam wspólnie czas. Chociaż tak naprawdę nie znamy się za dobrze, to czuję, jakbym znała go całe życie i myślę, że on odczuwał dokładnie to samo co ja, przynajmniej tak mi się zdaje.
Podczas patrolowania terenu nie wydarzyło się nic ciekawego. Prowadziliśmy rozmowy, mogliśmy porozmawiać praktycznie na każdy możliwy temat, jaki nam przyszedł do głowy.
Po skończonym patrolowaniu terenu planowaliśmy udać się w stronę obozu, aby odpocząć od obowiązków, chociaż na chwilę. Uważam i tak, że ten patrol był najlepszy w moim życiu, nie nudziłam się, a czas mi zleciał tak szybko.
Postanowiliśmy jednak przedłużyć sobie drogę powrotną i zahaczyć o plażę. Po pewnym czasie czuliśmy już piasek pod łapami i było czuć świeże powietrze. Miałam ochotę wskoczyć do wody i już z niej nie wychodzić i tak też zrobiłam.
Dym został na lądzie, tylko obserwując, co robię. Nagle coś dziwnego przyczepiło się do mojej tylnej łapy, zgaduje, że była to jakaś reklamówka, albo coś w tym stylu. Początkowo próbowałam to po prostu zignorować i wypłynąć na brzeg, ale nie mogłam. Łapa była nie sprawna, a przynajmniej nie tak jak powinna. Zaczęłam lecieć na dno, byłam wściekła, że nie mogę po prostu podpłynąć do góry, stanąć na własne łapy i poczuć pod nimi jakikolwiek grunt.
Czułam, że to będzie mój koniec, nawet nie mogłam wydać żadnego dźwięku, nawet najmniejszego pisku, aby zawołać o pomoc. Nagle poczułam czyiś dotyk, jednak nie miałam siły, sprawdzić nawet kto to był, usłyszałam tylko to zdanie.
— Nie zasypiaj, nie możesz zasnąć, słyszysz mnie!?
Po trochę długiej chwili przebudziłam się i ujrzałam Dyma. Stał i czuwał nade mną i to pewnie też on mnie uratował. Naprawdę cieszyłam się, że żyję i że mogę odetchnąć świeżym powietrzem.
— Puma! Żyjesz? — Uniósł się poddenerwowany, widział, że moje powieki się zaczynały otwierać i klatka się unosiła, więc logiczne, że żyję. Nie miałam siły się jednak odezwać.
<Dymie?>
[1028 słów: Puma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczona]

24 maja 2021

Od Dymu CD Pumy

Po powrocie do obozu dotarła do mnie tragiczna wiadomość. Czułem od razu wyrzuty sumienia. Dlaczego pozwoliłem sobie na chwilę nieuwagi? To całe zamieszanie sprawiło, że musiałem zostawić Pumę bez najmniejszego słowa wyjaśnienia. Zacząć działać bez zbędnej zwłoki. Moim zadaniem było odnalezienie zaginionych szczeniąt. Nie czekając od razu, ruszyłem za słabym zapachem maluchów. Niestety gdy dotarłem na miejsce tragedii, potwierdziły się moje najgorsze obawy. Ciało małej Szyszki, a raczej pozostałości walały się wszędzie. Szczenię, które przeżyło, bezpiecznie sprowadziłem do domu. Sam czułem, złość, żal oraz ból. Nie mogłem wyobrazić sobie cierpienia matki, która za chwilę dowie się o śmierci swojego dziecka. Przecież to złamie jej serce, pozostawi bliznę na całe życie. Musieliśmy podjąć działania, szybko zorganizowałem zgromadzenie, objaśniłem nowe zasady patrolowania oraz poinformowałem, że musimy przygotować się na wojnę. Wraz z pomocą klanu udało się nam pozbierać szczątki młodej suczki i godnie pochować. Po tym całym zamieszaniu potrzebowałem chwili spokoju. Widziałem, jak Puma chce ze mną porozmawiać. Jednak to nie był czas i miejsce. Targały mną tak silne emocje, jedyne co mogło mi pomóc w danej chwili to odrobina samotności. Zostanie samym ze sobą z własnymi, kłębiącymi się myślami. Klamka zapadła, jutro zostanie wypowiedziana wojna. Nie mogę pozwolić, aby nas lekceważono, bezkarnie zabijano niewinne szczenięta. Od teraz jeśli jakiś szczeniak opuści obóz czeka go surowa kara, oraz wyciągnięte konsekwencje. Nie zamierzam pomijać tych, co patrolują, jeśli pod czyimś okiem jakiś szczyl się wymknie, patrolujący też dostaną po głowie. Kłębek myśli nie pozwalał mi spokojnie zasnąć, cały nadal drżałem ze złości. Jednak od jutra nastanie również ciężki czas, sam przygotuję klan do walki. Musiałem mieć zapas siły. W końcu po kilku godzinach udało mi się zasnąć. Obudziłem się o świcie. Na pierwszym treningu zjawili się znaczna większość. Nie stawiła się tylko Puma, Mlecz oraz Pył, obecnie patrolujący wyznaczone strefy. Wieczorem długo myślałem, nad czym się skupić.
— Szeregu stań! — rozkazałem.
Wszyscy ustawili się w jednej linii.
— Zaczynamy od szybkości wszyscy macie za zadanie biec wzdłuż granicy w jednym szyku, robimy sześć cztery okrążenia. Równe tempo nie zwalniamy. Za mną! — krzyknąłem, ruszając biegiem.
Kondycja jest bardzo ważna w tym przypadku, musimy mieć wydolny organizm, aby mieć siłę wtapiać kły we wroga, jeśli ich zmęczymy, z pewnością łatwiej nam będzie ich pokonać. Na całe szczęście, choć po kilku osobnikach widziałem, że już po trzecim okrążeniu mają dość, wszyscy stanęli na wysokości zadania. Nikt nie odpadł, co szczerze mnie bardzo ucieszyło. Po przebiegnięciu pełnych czterech kółek zrobiliśmy chwilę przerwy, aby napić się wody i złapać oddech. W tym czasie udałem się na chwilę po ogromny materiał, który znalazłem na wysypisku jakiś czas temu.
— Szeregu stań! — rozkazałem.
Ponownie wszyscy ustawili się w szeregu, większość odzyskała już oddech, była zwarta i gotowa do kolejnego zadania.
— Pora teraz na pokazanie siły, musimy rozszarpać ten materiał, dobierzemy się w pary, każdy z was dostanie fragment, waszym zadaniem będzie wyszarpanie go przeciwnikowi, na sygnał zmiana, jeden pies z pary przesuwa się o jedno w prawo tak, aby każdy trenował z każdym czy wszystko jasne?
— Tak!
— Na początku Laurency i Cierń, Kasztan i Jazgot, Szałwia i Miedź, Szmaragd i Wianek, Ikra i Szrama, Ostrokrzew i Cykuta, Bóbr i Mięta.
Wszyscy zaczęli rwać materiał gdy każda para miała już swój fragment, ustawili się naprzeciwko siebie. Jeden z pary trzymał w zębach jeden koniec.
— Start! — Na ten sygnał drugi z pary podbiegał, łapał za końcówkę i zaczynała się szarpanina. Dawałem im kilka minut, po czym donośnie krzyczałem.
— Zmiana! — Psy przesuwały się o jeden, zmieniając swojego przeciwnika.
— Start!
I tak aż każdy nie szarpał się z każdym. Gdy ćwiczenie dobiegło końca, ponownie pozwoliłem wszystkim na chwilę oddechu i odpoczynku oraz ugaszenie pragnienia. Czas nas gonił, gdyż za chwilę nadejdzie pora posiłku, a po niej kolejne trzy psy będą musiały iść na patrol.
— Na dzisiaj ostatnie zadanie. Ponownie dobierzcie się w pary te same jak na początku poprzedniego zadania. Parami stań!
Psy szybko zrobiły to czego od nich oczekiwałem.
— Teraz uwaga jedna osoba z pary trzyma fragment materiału, zaczyna z nim uciekać druga osoba na mój znak rusza i jej zadaniem uciekającego jest nie pozwolić odebrać sobie materiału a goniącego zrobić wszystko by go odebrać jasne!
— Tak!
— Laurency, Jazgot, Miedź, Wianek, Ikra, Cykuta i Mięta wy bierzcie materiał. — Po tych słowach wszyscy niemal po chwili trzymali swoje zdobycze. — Ruszać!
Każdy ruszył ile sił w łapach, to ćwiczenie ma za zadanie sprawdzić i poprawić ich zręczność. Po ponad minucie krzyknąłem:
— Ruszać!
Pozostałe psy ruszyły, aby dorwać swoich przeciwników i odebrać im trofeum. To zadanie nie było proste, musieli używać swoich zmysłów do wytropienia przeciwnika, dogonić go pomimo tego, że uciekający mieli przewagę czasową. To ćwiczenie zajęło najwięcej czasu gdy ostatnia para wróciła. Wszyscy odłożyli zabrane przeciwnikom materiały.
— Szeregu stań! Spisaliście się znakomicie jutro ponownie trening jasne, idźcie coś zjeść, a potem ci, co mają patrol, niech idą do swoich stref. Rozejść się!
Sam wraz z całą resztą udałem się na przerwę oraz na posiłek, aby następnie przeprowadzić trening trójki, która była na patrolu. Spotkaliśmy się w tym samym miejscu.
— Szeregu stań! Cztery okrążenia wokół granic ruszmy!
Równym tempem ruszyłem, biegłem obok Pumy co prawda, żadne z nas się nie odezwało. Byłoby to bardzo nieprofesjonalne gdybym z nią rozmawiał podczas treningów. Musiałem traktować ją tak samo jak resztę. Po bieganiu i chwili przerwy musiałem podobierać na s z pary
— Szeregu stań, waszym zadaniem będzie wyszarpanie fragmentu materiału przeciwnikowi, na sygnał zmiana, jeden pies z pary przesuwa się o jedno w prawo tak, aby każdy trenował z każdym czy wszystko jasne jeśli tak to Mlecz jest w parze z Pyłem a Puma, ćwiczysz ze mną.
Czemu tak dobrałem, no cóż, jakoś podświadomie, chciałem spędzać z nią czas, chociaż byłem na posterunku, tylko w taki sposób mogłem to zrobić. Złapałem za końcówkę materiału.
— Start! — krzyknąłem, Puma od razu złapała za końcówkę, mocniej zacisnąłem szczęki. Szarpała, usiłując przeciągnąć mnie na swoją stronę, miotała głową na lewo i prawo, zapierając się przednimi łapami, mocno pracując również tylnymi, aby osiągnąć swój cel. Nie ukrywam, musiałem również mocno. Akurat w tym starciu nie miała ze mną szans. Po kilku minutach z dumą trzymałem materiał w pysku.
— Zmiana — wycedziłem przez zęby, po chwili przy mnie zjawił się Mlecz
Przyznam szczerze, Puma sprawiała mi większy problem niż on, jednak mimo wszystko nie lekceważyłem swojego przeciwnika jednak gdy jego szczeki się różniły, wyszarpałem materiał. Z zadowoleniem spojrzałem na Pumę, która również wygrała swoje starcie z psem.
— Zmiana! — Naprzeciwko mnie pojawił się Pył, chwycił materiał i ponownie zaczęła się, szarpanina po kilku minutach znowu triumfowałem, ku mojemu zadowoleniu Puma również wyszarpała Mleczowi materiał.
Po kolejnej chwili przerwy zabrałem się za objaśnienie kolejnego zadania.
— Jedna osoba z pary trzyma fragment materiału, zaczyna z nim uciekać druga osoba na mój znak rusza i jej zadaniem uciekającego jest nie pozwolić odebrać sobie materiału a goniącego zrobić wszystko by go odebrać jasne!
Ponownie dobraliśmy się w te same pary. Puma i Mlecz trzymali materiał.
— Start!
Oboje ruszyli początkowo biegli razem, potem rozdzielili się, tak aby trudniej było ich złapać. Znikając nam z oczu, po ponad minucie spojrzałem na Pył.
— Ruszamy!
Puściłem się biegiem, łapiąc nosem powietrze, aby wyczuć Pumę. Po chwili udało mi się ją dogonić, jednak to nie było najważniejsze, musiałem jej zabrać zdobycz. Zostałem pozytywnie zaskoczony, Puma była zwinniejsza ode mnie. Może i byłem szybki, to chociaż momentami już prawie miałem swój cel, ona robiła albo jakiś odskok w bok, albo zwrotkę. Zacisnąłem kły, lekko poirytowany, że nie mogę jej dorwać, szybkość to nie wszystko. Ten pościg trwał naprawdę długo. Koniec końców odebrałem jej materiał, ale tylko dzięki temu, że byłem bardziej wytrzymały od niej gdy czułem, że powoli brakuje jej sił, wykorzystałem moment.
Po zakończeniu zadania zebraliśmy się w miejscu, gdzie rozpoczęliśmy.
— Widzimy się jutro, rozejść się!
Mlecz i Pył zadowolenie pobiegli do obozu, jednak Puma stanęła naprzeciwko mnie.
— Wszystko w porządku? — w moim głosie dało się wyczuć lekkie zmartwienie.
— Czy ta wojna z Tenebris jest konieczna?
— Tak, nie możemy pozwolić, by zabijano nasze szczeniaki, musimy pomścić Szyszkę, zrobić to dla Szałwii jesteśmy rodziną jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
— Ja to rozumiem, ale co z włóczęgami?
— Nie przejmuj się, będziemy na wszystko gotowi.
— Uważam, że ta wojna to nie najlepszy pomysł — kontynuowała.
— Puma, posłuchaj mnie, to jedyne wyjście, postaw się na miejscu Szałwii, gdyby to przydarzyło się twojemu dziecku? Musimy Pumo to zrobić, a teraz przepraszam Cię, idę na patrol z Miętą. Obiecałem jej, że dotrzymam towarzystwa.
— Jasne — westchnęła.
Ruszyłem biegiem do Mięty, po czym poszliśmy razem na patrol, jak zawsze zdążyliśmy się posprzeczać o wszystko. Po sprawdzeniu naszej strefy udałem się do Białej Gwiazdy. Zajęło mi tam dość sporo czasu. Postanowiłem, na razie nikomu nie mówić co zostało ustalone.
Po powrocie nie miałem siły na nic, musiałem odpocząć, dać sobie, chociaż kilka minut. Gdy słońce całkiem zaszło, udałem się na posiłek. Następnie szybko przemknąłem do swojego legowiska, tej nocy na szczęście nie miałem koszmarów.
Wstałem wraz ze wschodem słońca, ponownie zacząłem dzień od treningów. Mieliśmy dokładnie ten sam plan ćwiczeń, poza tym, że zamiast czterech kółek było pięć. Po skończonej jednej grupie ponownie miałem chwilę przerwy, aby napełnić brzuch i zająć się mniejszą grupką. Po zakończeniu drugiego treningu. Postanowiłem na doczepkę udać się z kimś na patrol. Dobra może nie z kimś wiedziałem, że teraz jest Pumy kolej. Więc podszedłem do niej, zanim ruszyła na swoją cmentarną strefę.
— Cześć, mogę Ci potowarzyszyć? — Uśmiechnąłem się w jej stronę.
<Pumo?>
[1540 słów: Dym otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

23 maja 2021

Od Pumy CD Dymu

 W dniu dzisiejszym pogoda była prawie idealna. Powietrze było takie świeże, a zarazem trochę wilgotne co było bardzo dobrym połączeniem. Co jakiś czas czułam lekki dreszczyk przez wiejący wiatr, jednak nie przeszkadzało mi to tak bardzo, jak mogło się wydawać. Widać było, że Dym był zadowolony z odpoczynku. Mieliśmy pełno tematów do rozmów, czas bardzo szybko nam leciał, ponieważ dobrze nam się go spędzało. Zadawaliśmy sobie różne pytania na nasz temat, aby się lepiej poznać. Dym zadał mi pytanie o moich marzeniach, czy jakieś posiadam. Przyznam, że nie posiadam ich zbyt wielu, ale jest jedno, które jako pierwsze wpadło mi do głowy.
— Chciałabym mieć dzieci i zależy mi na tym, aby były jak najbardziej wizualnie do mnie podobne — odpowiedziałam na wcześniej zadane pytanie, nie odrywając od niego wzroku nawet na sekundę, chciałam widzieć dokładnie jego zachowanie, nawet każdą najmniejszą reakcję, nie mogłam niczego przeoczyć. Chciałam być w stu procentach pewna, że Dym lubi spędzać ze mną czas.
— Myślisz, że nasz klan pomieści więcej takich ślicznotek? — zaśmiał się, spoglądając na mnie ukradkiem oka.
— Jesteś zabawny — odpowiedziałam śmiechem. Przyznam, że było to miłe z jego strony, ponieważ nazwał mnie ślicznotką, może nie dosłownie, ale wydaje mi się, że o to mu właśnie chodziło.
Zapadła cisza. Dym wtapiał wzrok w morze, nawet ani razu nie mrugnął, to wyglądało tak, jakby ktoś go hipnotyzował. Przyznam, że było to trochę dziwne.
— Dlaczego patrzysz cały czas w jeden punkt? — postanowiłam się zapytać. W końcu nie mogłam czekać do jutra, aż sam mi postanowi powiedzieć, albo — co gorsza — nic nie powie.
— Przypominam sobie swoje szczenięce lata, beztroskie życie, kiedy nie musiałem się niczym martwić, nie miałem tyku obowiązków, to jednak były najlepsze czasy. Teraz gdy patrze na te fale i czuję to powietrze, odczuwam spokój i harmonię, a zarazem gdzieś tam chęć zrobienie czegoś głupiego co bee mógł wspominać na stare lata. Teraz, nawet gdybym chciał, muszę zachować powagę i dawać jak najlepszy przykład innym. W końcu jestem zastępcą i nie mogę sobie pozwalać do drobne odstępstwa od obowiązków. — Zamknął oczy, biorąc głęboki oddech. Wiatr lekko przewiewał przez jego błyszczące futro, co go trochę relaksowało. Widać było, że odpoczynek trochę mu pomógł.
— Zawsze można powtórzyć zabawy z młodości i zrobić coś, z czego będziemy się później śmiać — zaproponowałam z pewnością, że się zgodzi. W końcu mało kto mi odmawia i zdarza się to naprawdę rzadko a Dym, był zawsze uległy na moje propozycje.
— Puma, przecież jestem zastępcą i mam swoje obowiązki. Dzisiaj odpoczywam, aby mieć siłę na następny dzień, a nie wykorzystywać ją na głupoty. Nie czuj się teraz źle, ale po prostu podświadomość mi na to nie pozwala.
— Czyli do końca życia chcesz być nudziarzem? Już nigdy nie zaznać smaku wolności? Mógłbyś chociaż raz odpuścić. — Chciałam go podpuścić, więc zaczęłam drążyć temat i nie miałam zamiaru odpuścić, dopóki się nie zgodzi.
— Nudziarzem? Wypełnianie swoich obowiązków to nudziarstwo? Byłaś może kiedyś na moim miejscu? Może wydawać się fascynujące i tak każdy Ci zazdrości do czasu aż nie poczuje tego na własnej skórze. Naprawdę, to nie jest takie proste, jak większości się wydaje. — Pies się zdenerwował. Chciał mi uświadomić, jak ważne jest to, aby nie popełniać głupstw w dodatku na jego bardzo ważnej pozycji w klanie.
— Czy ja powiedziałam, że jest proste? Uświadamiam Ci tylko, że przez to swoje męczące stanowisko tracisz radość z życia. — Ja też byłam już nerwowa. W końcu dzisiaj ma dzień wolny i może przestać już traktować to wszystko w ten sposób.
— Co jest według ciebie tą radością z życia? Szczeniackie łamanie zasad? — zaczął mówić coraz mniej przyjemnie. Jego głos zmieniał się, miał w nim coraz więcej nienawiści, ale nie do mnie tylko do mojej postawy.
— Powiedzmy, że wejście na teren innego klanu nie jest rzeczą niedozwoloną i będzie z tego niezły ubaw. — Cały czas nie dawałam za wygraną.
— Przepraszam Puma, ale ja tego nie zrobię. — Zaczął drżeć. Widać było, że nie ma zamiaru tam iść. Ciężko było wychwytać jego emocje, ale wydawało mi się, że to nie do końca jest strach, tylko bardziej coś w stylu martwienia się o innych, bał się po prostu tego, że inne psy mogłyby na tym ucierpieć.
— Jeśli chcesz marnować sobie całe życie, to ja nie nalegam w takim wypadku. — Zaczęłam iść w kierunku jednego z sąsiednich klanów z nadzieją, że Dym pobiegnie za mną.
— Ty też nigdzie nie idziesz. Dość się już dzisiaj nachodziliśmy. Wracamy — nakazał mi natychmiast zawracać. Mówił to bardzo poważnie i nie zbierało mu się na żarty.
— Ja nie zamierzam nigdzie wracać. — Dalej szłam w wymierzonym wcześniej kierunku, nie słuchając jego poleceń.
— To jest rozkaz i musisz go wykonać. Idziesz ze mną, bez dyskusji! — krzyknął tonem rozkazującym i przyznam, że przeszedł mnie lekki dreszczyk.
Byłam bardzo zdenerwowana, naprawdę bardzo go lubiłam, ale nie chciałam tolerować rozkazywania mi, jednak z drugiej strony miał rację, przecież on nie może sobie odpuszczać i się tak narażać dla moich zachcianek. Nie chciałam go dłużej dręczyć, więc zawróciłam i szliśmy do obozu.
— Trochę zimno się zrobiło i ciemno — postanowiłam przerwać nieustanną ciszę.
— Tak. Masz rację, gdybyśmy nie tracili czasu na kłótnie, to wracalibyśmy jeszcze, gdyby było cieplej i jaśniej. —Przewrócił oczami. Widocznie mu jeszcze nie przeszło.
— Czy musimy się nadal kłócić? Przecież jesteś zastępcą, musisz żyć ze mną w zgodzie czy chcesz, czy nie — zaśmiałam się i w sumie miałam trochę w tym racji.
— Trochę przesadziłem, nie powinienem się na ciebie tak złościć, ale ta nasza bezsensowna kłótnia była wykańczająca — ziewnął szeroko, otrzepując się z piasku, który leciał razem z wiatrem, zostając mu na sierści, o moim futrze, które wyglądało, jakbym tarzała się w mokrym piasku przez minimum kwadrans, już nawet nie wspomnę.
— Jesteś śpiący? — zapytałam.
— Bardziej trochę zmęczony, jest już późno. Ale muszę przyznać, że wyglądasz komicznie w swoim nowym wydaniu. Naprawdę, gdybym nie wiedział, że to ty pomyślałbym, że jakiś młody niedźwiedź po paru nieprzyjemnych przejściach się zabłąkał i chcę mnie nastraszyć — zażartował, powstrzymując się od śmiechu.
— Naprawdę jest aż tak źle? — Wiedziałam, że wyglądałam źle, ale porównując mnie do misia „po paru nieprzyjemnych przejściach” potwierdził moje zdanie. Chociaż nie wiedziałam, jak dokładnie wyglądam, miałam nadzieję, że jest trochę lepiej, niż sobie to wyobrażam.
— Otrzep się, powinno być trochę lepiej — poradził.
Postanowiłam go posłuchać, w końcu był ode mnie trochę mądrzejszy, ale nie mówię, że jakoś znacznie, ponieważ ja nie uważam się za głupią i jestem na pewno od niego sprytniejsza. Otrzepałam się i naprawdę poczułam się lżejsza, a ten piasek trochę ważył, nie zaprzeczam.
— Wyglądasz znacznie lepiej — stwierdził. Przez chwilę zastanawiałam się, czy mówi prawdę, ale w jego oczach pomimo ciemności było widać szczerość, więc nie miałam wątpliwości.
— Zaraz nie będziemy widzieć, w którą stronę iść, coraz mniej widać — próbowałam przekazać mu, że musimy szybko wracać do obozu.
— Spokojnie Puma, znam te tereny lepiej niż cokolwiek innego i ty też, ale masz rację, musimy już wracać, nie możemy tracić czasu. — Pies czym prędzej ruszył w stronę naszego obozowiska.
Po drodze rozmawialiśmy o różnych rzeczach, tematy się nam nie kończyły. Zapomnieliśmy już o wcześniejszej kłótni, ale w każdej znajomości są jakieś sprzeczki i to całkiem normalne. Dym był zmęczony, ale zadowolony co było widać. Miałam na początku sprzeczne myśli co do tego, czy on na pewno mnie lubi, ale teraz w stu procentach jestem przekonana, że jednak nasza relacja jest prawdziwa, a nie udawana. Czas nam bardzo szybko mijał. To spotkanie się jeszcze nie zakończyło, a ja nie mogłam się już doczekać następnego.
Weszliśmy na teren obozu i od razu zrobiło się nieciekawie. Cały nasz klan był w nerwach, a to wszystko przez dwójkę szczeniąt, z czego jedno zostało zamordowane. Było wielkie zamieszanie, gdy Dym o wszystkim się dowiedział, zorganizował zebranie Bezwzględnych. Teraz dokładnie rozumiem, o czym pies wtedy mówił. Czuję, że to nie koniec naszych problemów i będzie coraz gorzej.
<Dymie?>
[1274 słowa: Puma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

9 maja 2021

Od Dymu CD Pumy

Odpoczywałem, po zgromadzeniu klanów. Sam na własnej skórze przekonałem się, dlaczego Bezgwiezdni nie uczestniczą w tym wydarzeniu. Psy z innych klanów wydawały mi się takie nierozgarnięte. Ile można zbierać się na jedno spotkanie, spokojnie mogło trwać ono zaledwie kilka chwil, a ciągnęło się wieki. Do tej pory nie miałem tak silnej świadomości jak bardzo klany są do nas uprzedzone. Do tej pory w uszach wybrzmiewał mi głos Malwowego Ogona, jak zaczyna nas obrażać przy wszystkich. Może niepotrzebny był tej mój wybuch złości. Położyłem głowę na łapach i zamknąłem oczy. Odgoniłem wszystkie negatywne myśli, poczułem, jak powoli tracę kontakt z rzeczywistością wszystkim, co mnie otacza. Sen jest jak przygotowanie do śmierci, każdego wieczoru umieramy a rankiem, budzimy się na nowo. Tym razem nie obudził mnie promień słońca, ani śpiew ptaków tych, które nie odleciały na ziemię gdzieś do ciepłych krajów. Moja pobudka była o wiele mniej przyjemna. Poczułem, jak ktoś szturcha mnie łapą po głowie. Ledwo przytomny, zaspany leniwie otworzyłem jedno oko. Obraz był nieco zamglony, ale była to sylwetka jakiegoś małego szkraba. Nie przypominam sobie, abym miał dzieci, więc nieco poddenerwowany podniosłem głowę. Ta puszysta brązowa kulka. W sumie już nie taka mała brązowa kulka. Zaciągnąłem kilkukrotnie nosem. Dopiero po zapachu, gdzieś w czeluściach umysłu przypomniałem sobie imię szczeniaka, który skutecznie mnie obudził. W sumie nic mnie nie ominie.
— Bóbr co się stało, czemu nie jesteś z Ikrą, tylko mnie budzisz?
— Bo mama poszła do Miękkiej i słyszałem, jak mówiły, że masz przyjść tam, ale nie wiem po co. Tego już nie usłyszałem.
— Bóbr! Miałeś zostać z resztą rodzeństwa, a nie się za mną wymykasz — to był głos poirytowanej Ikry. Dobiegał z zaledwie kilku metrów. Mały szczeniak od razu puścił się biegiem do ucieczki przed rozzłoszczoną mamuśką.
Dobra to już był ten moment. Podniosłem się, przeciągnąłem i otrzepałem. Udałem się prosto do liderki, ciekawe co tym razem dla mnie przygotowała. Przecież ostatnio już zebrałem wszystkie informacje od medyka. Przedstawiłem jej nowy plan patrolów. Czyżbym o czymś zapomniał coś mi, umknęło. Faktycznie nie przekazałem jej, co się działo na zgromadzeniu. Czy naprawdę Miękką by interesowało, co tam się działo skoro do tej pory i tak bezgwiezdni nie zjawiali się tam?
— Podobno mnie wzywasz — westchnąłem, przekraczając nieśmiało próg jej legowiska.
— Jak wrażenia po zgromadzeniu? — Lekko przekrzywiła głowę, wyglądała na naprawdę szczerze zainteresowaną, czego się przecież po niej nie spodziewałem kompletnie, myślałem, że akurat ten temat zostanie olany, a tutaj proszę.
— Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się takiego chaosu, nie było głównego prowadzącego. Wszyscy powtarzali tylko, że jest dobrze, radzą sobie, że jakieś straty ponieśli podczas epidemii, ale dadzą radę. Oczywiście co do włóczęgów każdy chwalili się, jak to bez problemu ich zabijają. To jest granie i udawanie, że jest dobrze. Nikt nie ma jaj tam się przyznać, ma problem. Jedna wielka przepychanka komu wiedzie się lepiej bez sensu strata czasu.
— Cieszę się, że sam się o tym przekonałeś, wiem, że jesteś młody pełen zapału, ale jak widzisz mamy powody, by się tam nie zjawiać.
— Jedyne co to omal nie złapałem się z kilkoma psami, gdy zaczęli nas lekceważyć.
— Co się stało Dymie, zawsze byłeś taki opanowany, od jakiegoś czasu jesteś wiecznie spięty.
— Ta epidemia mnie wykończyła.
— Dymie, ona się skończyła, ubył ci jeden wielki ciężar. Nie rozpamiętuj tego, zajmij się tym, co tu i teraz a tamto już nie istnieje. Wiem, że to był trudny okres dla Ciebie i nie miałeś czasu na odpoczynek. Ale teraz można powiedzieć, masz troszkę więcej luzu.
— Czy to znaczy, że dzisiaj mam nie robić nic? — Spojrzałem, przekrzywiając lekko głowę z nadzieją.
To rozbawiło Miękką, aż zasłoniła łapą pyszczek, niestety zaprzeczyła, machając głową. Mój entuzjazm w sekundzie zgasł. Myślałem, że wrócę do swojego legowiska i odeśpię, ale niestety nie, bo Miękka miała inny plan i zadanie dla mnie, już się bałem, gdy zaczęła mówić.
— Jeden z patrolujących, przy cmentarzu wyczuł coś niepokojącego, sprawdźcie to proszę z Miętą.
— Dobrze, w takim razie od razu ruszam.
— Nie! Zaczekaj, idź najpierw coś zjeść, bo schudłeś.
— Ale — chciałem od razu zabrać się za wykonanie powiężonego mi zadania.
— Bez dyskusji Dymie to rozkaz! — mruknęła.
Przytaknąłem i opuściłem jej legowisko, udałem się na posiłek. Łowcy się postarali i dzisiaj mogliśmy skosztować całkiem dorodnego dzika. Biedaczek musiał się zgubić, skoro dotarł aż tutaj. Być może szukał jakichś resztek jedzenia na wysypisku. Wraz z napełnieniem żołądka dopadła mnie senność. Jednak szybko przegnałem to uczucie, udając się po Miętę. Na szczęście nie musiałem jej długo szukać.
— Cześć Mięta!
— O to znowu ty, jak miło Cię widzieć — westchnęła ironicznie.
— Mnie Ciebie również, Miękka prosi, abyśmy sprawdzili jakieś dziwne zapachy, unoszą się przy cmentarzu.
— Może zapach śmierci? Przecież ostatnio jacyś dwunodzy tam się kręcili.
— Wolałbym to jednak sprawdzić.
— Oj, niech Ci będzie, chodźmy i miejmy to już za sobą.
Wraz z Miętą żwawym krokiem wybraliśmy się na cmentarz, obeszliśmy go wzdłuż i wszerz kilkakrotnie dookoła.
— Poza nowymi kamieniami i większą ilością światełek nic tutaj nie ma. — Mięta spojrzała na mnie, czy abym ja niczego innego nie zauważył. Chciałem powiedzieć to samo.
— Zróbmy jeszcze jedną rundkę, tak dla pewności.
Niechętnie, z zerowym entuzjazmem Mięta przystała na ten pomysł. Na szczęście Mięta miała rację, dwunogi pożegnali po prostu tam swoich bliskich, stąd te nowe kamienie się pojawiły. Ten dziwny zapach okazał się być zapachem dużej ilości kwiatów, które powoli zaczynały więdnąć.
— Misja zakończona, zagadka rozwiązana. — Zamerdałem ogonem.
Wraz z Miętą uzgodniliśmy, że to ona przekaże wieści Miękkiej, zaś ja udam się na odpoczynek. Gdy kierowałem swoje kroki w stronę blokowiska, natknąłem się na Pumę. Suczka zaproponowała wspólny spacer. W sumie czemu nie, co prawda miałem w planie odpoczynek, jednak wizja wspólnego spędzenia czasu podobała mi się o wiele bardziej, niż samotne wylegiwanie w legowisku.
— Jasne, z przyjemnością, masz jakiś pomysł?
— No nie wiem... myślałam, aby udać się na jakieś neutralne grunty. Nudzą mnie tereny bezgwiezdnych, ile można chodzić w koło po tych samych wydeptanych ścieżkach? — Lekko zmrużyła oczy, czekając na moją reakcję.
— W porządku, to co byś powiedziała na spacer po plaży? Moglibyśmy potem udać się na gwiezdny szczyt? Chyba że wolisz jakieś inne miejsce?
Puma spojrzała na mnie, lekko zamerdała ogonem. Chyba ten pomysł przepadł jej do gustu. Jednak czekałem na odpowiedź.
— Wiesz, czytasz mi w myślach Dymie — jej głos był pełen entuzjazmu i radości. Co sprawiło, że sam zacząłem merdać ogonem.
— Nie ma czasu w takim razie do stracenia. — Ruszyłem spokojnym krokiem, przecież miał być to rodzaj odpoczynku, a nie wyścigi. Nigdzie nam się z resztą nie śpieszyło. Z tego co się orientowałem, Pumy zmiana była dopiero o świcie, więc nie gonił nas czas.
Kierowałem się dobrze znanymi mi już wydeptanymi ścieżkami. Nie chciałem przekraczać granic innych klanów, zwłaszcza po wczorajszym spotkaniu. Droga minie nam o wiele szybciej jeśli zostanie podtrzymana, jakaś rozmowa — pomyślałem. W sumie to świetna okazja, abyśmy lepiej się poznali. Zastanawiałem się, o co mogę ją zapytać, jednak suczka wyprzedziła mnie.
— Jak było na zgromadzeniu?
— Przyjemne doświadczenie to raczej nie było. Moja i Jazgotu obecność, wywołała spore poruszenie. Nikt nie był zadowolony. To spotkanie przypominało wyścig szczurów, kto lepiej sobie radził w trudnych czasach. Inne klany bardzo bagatelizują problem włóczęgów. Dla mnie to poważny problem, a po nich to spływa. Nie udało mi się zbyt wiele wyciągnąć od reszty. Muszę skupić się na naszym klanie, aby jak najlepiej przygotować się na atak.
— Jesteś pewny tego, że on na pewno nastąpi?
— Tak, bardzo się uparli na nasz teren. Zamiast coraz mniej napotykam ich coraz więcej. Nawet ostatnio z Miętą spotkaliśmy dójkę. Są różnej wielkości, nie można ich lekceważyć.
— Rozumiem.
— Damy radę, a jak tobie podoba się bycie wojowniczką?
— W porządku, mam spory obszar do patrolowania, ale też dużo czasu wolnego. Nie narzekam.
— Ja też, jak sama wiesz, byłem szarym wojownikiem, niewyróżniającym się za bardzo od reszty gdy się poznaliśmy.
— Racja, ale spadła na ciebie ogromna odpowiedzialność. Jeśli kiedyś zostaniesz liderem, będzie ona jeszcze większa.
— Spokojnie, jeszcze dużo czasu, Miękka nie jest taka stara z resztą, nie zależy mi jakoś bardzo na tym, ledwo radzę sobie z presją bycia zastępcą a mowa o zostaniu liderem.
— Myślę, że dałbyś radę. Widać jak bardzo się starasz.
Powoli pod naszymi łapami dało się wyczuć piasek, a szum fal stawał się coraz bardziej słyszalny. Wiatr coraz mocniej wiał od strony morza.
— Koniec tematu pracy, zaraz będziemy na miejscu. Zmieńmy temat.
— Jasne, masz rację praca to zły kierunek, jeśli ma się chwilę, wolnego, nie można nią cały czas żyć. W takim razie może opowiesz mi swoją historię?
— Pewnie, dawno temu nosiłem nazwę Pachnący Wrzos. Moi rodzice byli starszymi psami, można powiedzieć, że byłem dla nich cudem, nie nacieszyłem się nimi długo, po ich śmierci coś we mnie pękło, stwierdziłem, że nie wierzę w gwiezdnych, że są niesprawiedliwi, o ile istnieją. Wszystko, co o nich głoszą to bujda. Nie mogłem znieść towarzystwa tych wszystkich, którzy do nich wzdychali. Dołączyłem do Bezgwiezdnych, zmieniając imię na Dym.
— Czemu akurat Dym?
— Dym to symbol połączenia ziemi i nieba. Jest bezkształtny dlatego określa to co trudne do uchwycenia, opisania i określenia. Od wieków jest kojarzony z odchodzeniem i przemijaniem, dym potrafi otumanić, odebrać rozum, również to zwiastun nieszczęść podkreślający grozę wojny. To imię po prostu do mnie pasuje. Jestem, gdzieś pomiędzy nie jestem wierzący, więc wiszę między niebem a ziemią. Sam z resztą wiem jak, że dziś jesteśmy, jutro nas nie ma.
— Nie spodziewałam się, że to imię ma dla Ciebie tak głębokie znaczenie.
Szliśmy po plaży, fale rozbijały się o brzeg, podmywając piasek. Wiatr nadal hulał, ale przyjemnie spędzało mi się czas. Nie spodziewałem się, aż tak bardzo rozgadam.
— Czemu nosisz imię Puma?
— Na jej pysku, dostrzegłem grymas.
— Rodzice mnie nazwali Skoczna Puma, a po odejściu i przystąpieniu do bezgwiezdnych zostało mi tylko Puma.
— Musieli mieć powód, widzisz, puma kojarzy mi się z niezwykle inteligentnym, samotnym doskonałym łowcą trudnym do wytropienia, siłą i władzą. Z tego co pamiętam już, na pierwszym spotkaniu naszym wtedy za wszelką cenę chciałaś mi udowodnić swoją odwagę.
— No tak idąc na wysypisko — zaśmiała się.
— Dokładnie.
Łapy poniosły nas na wzgórze, gdzie oboje pod pięknym drzewem na chwilę się położyliśmy.
— Masz jakieś marzenia? — Spojrzała na mnie.
— Chciałbym, aby Bezgwiezdnym wiodło się jak najlepiej.
— A jakieś własne marzenia? — Skrzywiła się.
— Nie mam pojęcia, może gdybym był wojownikiem nadal, to chciałbym się kiedyś zakochać, ale teraz wiem, że nie mogę. A ty masz jakieś marzenia? — Zerknąłem na nią, zaś potem ponownie wlepiłem wzrok w morze.
<Pumo?>
[1700 słów: Dym otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

4 maja 2021

Od Pumy do Dymu

 Pierwszy Dzień
Weszłam na teren starego blokowiska, przynajmniej tak mi się zdaje. Przyznam, że przeszedł mnie lekki dreszczyk, nie wiedziałam, czy to strach, czy stres. Rozglądałam się uważnie po okolicy, przyznam szczerze, że teren nie wyglądał zbyt estetycznie, jednak to nie wyklucza tego, że był na swój sposób piękny. Stawiałam niepewne kroki, starałam się znaleźć lidera Bezwzględnych. Nie miałam nawet pojęcia, gdzie mogę zacząć szukać. Usiadłam na chwilę, by się zastanowić, co mam ze sobą w tym momencie zrobić. Wszystkie zapachy tutaj były mi obce. Czułam różne psy, lecz żaden nie był mi znajomy, co jest raczej logiczne, ale mniejsza z tym. Siedzenie i użalanie się jest raczej nie w moim stylu, więc postanowiłam szukać, dopóki nie znajdę. Wstałam i pomaszerowałam przed siebie, tym razem moje kroki były dużo pewniejsze niż na samym początku. Z każdą chwilą stawałam się coraz bardziej zdecydowana. Chciałam już wszystkich poznać, zobaczyć z kim będę mieć do czynienia. Wiedziałam, że na pewno idę w dobrą stronę, ponieważ zapachy były coraz intensywniejsze, zwłaszcza jeden i postanowiłam się kierować głównie do niego. W pewnym momencie trop się skończył, miałam przeczucie, że ktoś tu jest, ale nadal nikogo nie mogłam dostrzec.
— Czy jest tu jakaś żywa dusza? — zapytałam z nadzieją, że ktoś mi odpowie. Zaczynałam już powoli wierzyć, że duchy istnieją i byłam trochę przerażona tym faktem.
— Oczywiście, że tak. — Ku moim oczom ukazał wysoki pies mierzący około 65 cm wzrostu o mocnej, muskularnej budowie ciała, ale harmonijnej sylwetce. Wyglądał na rasowego psa, można było stwierdzić to po sylwetce i charakterystycznym umaszczeniu. Jego sierść wyglądała na twardą, była przylegająca i zadbana. Uzębienie było mocne i pełne.
Szczerze nie spodziewałam się tak zadbanych psów w tym zakątku, liczyłam bardziej na zwykłe przybłędy, jak widać, się myliłam.
— Wreszcie kogoś znalazłam — odetchnęłam z ulgą, merdając lekko ogonem ze szczęścia. Naprawdę się cieszyłam, miałam nadzieję, a raczej przeczucie, że jest to ktoś, kto mi pomoże.
— Przepraszam, że się nie przedstawiłem. Mów mi Dym — powiedział pies, spoglądając na mnie swoimi brązowymi oczami.
Wyglądał na takiego opanowanego i poważnego, więc również postanowiłam opanować emocje i zachować się „profesjonalnie”, aby zrobić dobre pierwsze wrażenie, o ile już nie wyszłam na idiotkę, chociaż nie schrzaniłam jeszcze tej rozmowy, więc jeśli będę się zachowywać normalnie, bez ekscytacji i wybuchów pytań, może będę uznawana za kogoś, kto jest wart uwagi.
— Nazywam się Puma — odpowiedziałam, cały czas nie spuszczając wzroku z psa. Bardzo się cieszyłam, że kogoś poznałam i chciałam, aby ta znajomość nie urywała się po paru sekundach.
— Wydaje mi się, że to właśnie ciebie miałem szukać z rozkazu Klematisa, lidera Bezwzględnych. — Widać było na jego pysku spokój, jakby spadł mu kamień z serca. Chyba się martwił, że nie mógł mnie znaleźć, co oznacza, że moje pierwsze wrażenie przegoniło nawet mnie.
— Czuję, że właśnie u niego miałam się zjawić, lecz zabłądziłam, nie wiedziałam, że ktoś po mnie przyjdzie i postanowiłam go szukać na własną łapę — próbowałam się usprawiedliwić, ale tak, żeby nie skłamać, chciałam być szczera od samego początku, ponieważ kłamstwo ma krótkie łapy, a nie chcę wyjść na kłamczuchę.
— Masz bardzo dobre przeczucie, już się martwiłem, że cię nie znajdę. Jeśli chcesz, mogę cię wdrożyć trochę w to i owo... — powiedział z dumą.
— Oczywiście, nie odmówię. — Uśmiechnęłam się szeroko, merdając ogonem. Miałam trzymać emocje na wodzy, ale po prostu nie mogę powstrzymać mojego szczęścia.
— Pewnie nie znasz terenów Bezwzględnych. Nie będę Cię oprowadzać, bo to strata czasu, więc streszczę to w paru zdaniach. Aktualnie znajdujemy się na Starym blokowisku, to jest nasz dom, następnie jest cmentarz, tam raczej nie lubi nikt przebywać z powodu uciążliwego zapachu śmierci i dymu wypalonych świec, następnie zaraz obok cmentarza znajduje się kościół i ostatnie jest wysypisko śmieci, można się domyślić, że odór jest tam do zenitu i część odważniejszych psów się tam zapuszcza — starał się to powiedzieć krótko i zrozumiale dla mnie. Nadal nie miałam pojęcia, gdzie to się znajduję, ale przynajmniej wiedziałam, gdzie legalnie mogę się poruszać.
— Ja jestem bardzo odważna! Żaden odór nie jest w stanie mi w niczym przeszkodzić. Może się wybierzemy na wysypisko, to Ci to udowodnię? — zaproponowałam. Uważam, że wyzwań się nie odrzuca, więc mam nadzieję, że Dym da się podpuścić.
— Dobra i tutaj mnie masz, skoro jesteś taka pewna siebie, nie ma czasu do stracenia — zaakceptował moje wyzwanie, chociaż przyznam, że w mojej nadziei była garstka niepokoju.
— No to prowadź — powiedziałam z ekscytacją w głosie. Chciałam już pędzić przed siebie, ale przecież miałam panować nad emocjami. Muszę się po prostu wyluzować.
Żwawym krokiem Dym przeprowadził mnie przez blokowiska. Te budynki od wielu lat były opuszczone przez ludzi. Po chwili można było już wyczuć wstrętny zapach.
— Trafiłabyś tutaj bez problemu, wystarczy iść za tym smrodem — oznajmił z pewnością w głosie. Mówił, to tak jakby był tego pewny i założę się, że był.
Gdy na przeszkodzie stanęła nam siatka, zatrzymałam się i pytająco spojrzałam w stronę Dymu.
— Kopiemy? — spytałam niepewnie, patrząc mu w oczy. Podobno gdy patrzysz komuś w oczy, łatwiej jest go przekonać i nie oszukujmy się, ta sztuczka wychodziła mi bardzo dobrze.
— Możemy zrobić podkop, a możemy iść kawałek dalej, bo brama i tak jest rozwalona, poza tym mamy sporo dziur w siatkach, gdyż wielu z nas chodzi na skróty. Więc wybieraj.
Rozejrzałam się w koło, ale już po sekundzie energicznie zaczęłam robić podkop. Dym szybko zaczął mi pomagać. Gdy dziura była idealnej wielkości kulturalnie pies przepuścił mnie przodem. Sam już po chwili był, po tej właściwej stronie ogrodzenia, stając obok mnie.
— Co o tym sądzisz? — Spojrzał w moją stronę, oczekując szybkiej i racjonalnej odpowiedzi.
— Super, na pewno znajdujecie tutaj sporo skarbów. — Uśmiechnęłam się niepewnie.
— Poza resztkami ludzkiego jedzenia, jakimiś starymi szmatami, które szczególnie przydają się w zimowym okresie. Nie ma tutaj nic specjalnego — oznajmił.
— Musi coś tutaj być, jestem tego pewna — powiedziałam z nadzieją w głosie.
— Możemy poszukać, tylko uważaj — ostrzegł mnie.
— Dobrze — przytaknęłam.
Na chwilę się rozdzieliliśmy. Każde z nas szukało skarbów w innym obszarze. Co prawda pies miał rację, nie trafiliśmy na nic ciekawego. Gdy powoli zaczęło się ściemniać, Dym zaprowadził mnie do lidera. Stresowałam się nieco, jednak okazał się nie być tak bardzo straszny, jak mi się wydawało.
I właśnie tak oto zaczęła się moja przygoda w klanie Bezgwiezdnych.
Czasy Teraźniejsze
Czas mijał nieubłaganie szybko. Wiele się zdążyło wydarzyć i pozmieniać. Klematis opuścił Bezgwiezdnych. Jego miejsce zajęła Miękka, a zastępcą został Dym. Bezgwiezdni przetrwali epidemię, choć nadal borykaliśmy się z włóczęgami. Poruszałam się już swobodnie po terenach klanu. Choć nadal nie miałam, wielu przyjaciół. Spacerując po obozie, zobaczyłam jak Dym, rozmawia z Miętą. Nie miałam pojęcia, jak to działa, cały czas łaził z nią albo z Jazgotem, ale bywały też dni gdy w ogóle się nie pojawiał. Zgromadzenie klanów wydawało się idealnym tematem, by odświeżyć naszą znajomość. Gdy Mięta się oddaliła nieśmiało, podeszłam do psa.
— O cześć Puma, dawno się nie widzieliśmy. — Dym zareagował dość entuzjastycznie na mój widok, co mnie zaskoczyło.
— Miałeś sporo na głowie, nie chciałam Ci zabierać czasu — powiedziałam. Nie ukrywam, że chciałam wzbudzić w nim poczucie winy.
— Spokojnie, teraz w końcu będę miał więcej czasu — uspokajał mnie.
— Jak wrażenia po zgromadzeniu? — zapytałam.
— Wiesz... nic ciekawego, ale jedno jest pewne, epidemia się skończyła. — Zamerdał ogonem, musiał być zadowolony z tego faktu, na pewno odeszło mu wraz z tym wiele obowiązków.
— Bardzo mnie to cieszy, to może wyskoczymy gdzieś razem? Skoro mówisz, że masz czas — zaproponowałam spotkanie. Byłam prawie pewna, że zgodzi się na tę propozycję.
<Dymie?>
[1213 słów: Puma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]