Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorkowe Szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorkowe Szczęście. Pokaż wszystkie posty

19 lipca 2022

Od Sikorkowego Szczęścia CD Miodowej Szarańczy

 No więc, młoda panno, jak znalazłaś się na terenie Industrii?
Zadałam to pytanie sama sobie, na szybko chwytając do pyska jakieś nieokreślone zwierzę (czy nazywanie siebie młoda jest już moim nawykiem z przeszłości, czy prawdziwą teraźniejszością? Co jeśli psy nazywają mnie za moimi plecami starą?). Leżało ono na stosie zwierzyny od wczorajszego wieczora. W sumie nic dziwnego, że trochę sobie tam pobyło, ponieważ nie wyglądało na czyjekolwiek wymarzone śniadanie. Przyniósł tu je jakiś uczeń, który zdołał zebrać coś niecoś spod kół potwora. To „coś” widocznie apetycznie wyglądało jedynie dla mnie i dla ów młodzika  Lawendka. 
Myśląc nad odpowiedzią na zadane pytanie, nawet nie zauważyłam, że odruchowo zjadam swój obiad na wynos, którym zamierzałam posilić się mniej więcej w połowie drogi.
  Cóż, drogi liderze, słyszałam, że Twoje psy wołają na siebie Płomienni. Uznałam, iż to niezwykle atrakcyjne, i postanowiłam wyrwać z twojego klanu jakąś suczkę. W ostateczności psa. Wiesz, muszą być ładni, wysocy i gorący. O, powiedz mi, Wielki Przywódco, czy znasz kogoś takiego?
W tym momencie lider ma się wzruszyć i przedstawić mi dziewięć  nie mniej, nie więcej  kandydatów, ja zmierzę ich parametry (BOŻE, TO NIE MIAŁO TAK ZABRZMIEĆ!!! Chodziło mi o WZROST!) i ustalę, który będzie najlepszym partnerem. Potem, na koniec, opowiem wszystkim zgromadzonym moją okropną historię miłosną: zaczęłam podejrzewać, że zakochałam się w Konwaliowym Szronie, i szybko uciekłam z rodzinnego klanu, bo ona uważa mnie tylko za przyjaciółkę (wzięte z najlepszych źródeł   z tego, co mówi mi serce, bo mamusia zawsze kazała go słuchać). Trochę to krótkie jak na dramatyczną historię, no ale trudno. Ważne, że teraz, kiedy odnalazłam miłość mojego życia, już nie muszę się martwić o moją relację z Konwalią. Zrobię sobie z moją nową partnerką dzieci i-
A zaraz, dwie suczki nie mogą mieć dzieci. A ja przecież na samice patrzę w pierwszej kolejności.
Kurczę blade, natura jest okrutna. Co ja teraz zrobię? Poprawa: co my teraz zrobimy? Może ukradniemy? Albo jedna z nas poszuka samca, który ją zapłodni, i wychowamy razem? Życie jest pełne trudnych wyborów.
Zrozumiałam, że idę zbyt na lewo, i w takim tempie to dotrę do Bezgwiezdnych. A ateistę raczej na partnera nie chcę. Skręciłam delikatnie w prawo, aby przejść przez wąziutki pasek terytorium neutralnego (po lewej minąć schronisko), a potem już najprostszym kursem do Industrii.
Doszłam do wniosku, iż oczywiste jest, że to moja miłość życia poświęci się dla mnie i urodzi parę bachorów. Potem dotarło do mnie (z parudniowym opóźnieniem [bo planowałam te wypad od paru dni], co poradzę, że mój umysł działa wolno), iż ja i ona będziemy z dwóch różnych klanów, więc jeżeli padnie na rodzącą Sikorkę, to będę musiała spiknąć się z jakimś psem z Industrii (najlepiej z kimś z rodziny tamtej, aby byli podobni), a jeżeli na nią, to będzie musiała zrobić to samo, tylko że z Tenebris.
Co się stanie ze szczeniętami?
Podzielimy się nimi? Jedna część do Ognia, druga do Cienia?
Lepiej, żeby któraś z nas się przeprowadziła. Tak będzie prościej.
ALE JA NIE MOGĘ ZOSTAWIĆ MOICH PRZYJACIÓŁ!
Dobra, w takim razie powiem liderowi, aby wybrał na kandydatów najmniej lojalnych członków klanu, którzy mogą go zostawić dla miłości. Zresztą, takich z łatwością pożegna i nie powinien ich żałować.
A co jeśli się nie zgodzi i po prostu mnie rozszarpie? Że też mi to do głowy nie przyszło!
ZAMKNIJ SIĘ, MÓZGU, NIE BĘDĘ ROZTRZĄSAŁA JUŻ WIĘCEJ TWOICH IDIOTYCZNYCH PROBLEMÓW. AKCJA JEST PROSTA!
Westchnęłam i zrozumiałam, że nigdzie nie widać schroniska. Może minęłam je i nawet nie zauważyłam? Kurczę, jak tak, to trochę słabo. I czy ten tupot łap, który słyszę to patrol?
Schowałam się, aby mnie nie zauważyli. Faktycznie wyglądali na patrol. Przeszli tuż obok mnie, jakby odnawiali granicę (ale to nie ma sensu, bo pachnęli Płomiennymi, a ja w końcu również byłam na ich terytorium. Opcje były dwie. Albo ich teren jest po lewej stronie, oni idą po prawej, więc po prawej mam granicę, albo oni są po prawej, na terytorium, ja po lewej na sąsiadującym. Wolę wierzyć w pierwszą teorię).
Śmignęłam w głąb miejsca, w którym się znajdowałam, próbując przypomnieć sobie, na którego terenie klanu się znajduję. Oni chyba też z Bezgwiezdnymi sąsiadowali? Co jeśli jestem u ateistów? Wolę myśleć o pozytywnej stronie ich charakterów, czyli gejostwie, jednak przecież nie mogę posiadać niewierzącego partnera. Po prostu to nie będzie moja bratnia dusza.
Byłam na jakiejś polance. A do mnie zbliżał się pies z „kryzysem tożsamości”. O co mu chodziło? Czy on też ma czasami takie dni, że zastanawia się, czy jest samcem, czy suczką?
(Nie mówcie nikomu, ale powiem wam w tajemnicy, że czasem myślę o sobie „on”. To normalne, nie? Taka zabawa, hi, hi).
— Witaj, Płomienny Psie! Niemal widzę twój ogień rozpalający się wewną-, a nie, czekaj, jakoś dziwnie pachniesz. Też przybyłeś tu z terytorium innego klanu? Flumine, jak myślę. To znaczy, że oboje jesteśmy tutaj niele-!, a, zaraz, przepraszam. Skoro jesteś wodny, nie możesz być gorący. Jesteś zimny. Nie-hot. Rozumiesz? Woda wszystko chłodzi. O, MAM POMYSŁ, SŁUCHAJ TEGO. Twoje zimno ochłodziło moje serce, które wcześniej zawrzało, kiedy tutaj przybyłeś! Co sądzisz? Ćwiczyłam to dość długo, ale ostatnia część jest improwizacją, więc nie będę zła za trochę adoracji.

<Miodowa Szarańczo?>
[848 słów: Sikorkowe Szczęście otrzymuje 8 PD a Miodowa Szarańcza może nazywać siebie pechowcem]

6 lutego 2022

Od Sikorkowego Szczęścia

Życie. Pełen nudy sznurek, po którym jadą przedmioty zabrane dwunożnym. Sikorka westchnęła, patrząc na swoje dzieło, mające za zadanie przedstawić jej proste i smutne istnienie. Patrząc na teorię, widelce powinny poruszać się po linii, praktyka jednak znacznie od niej odbiegała, sprawiając, iż samotny widelec raz za razem zsuwał się ze sznurówki, mimo dużej ilości zamocowań i jeszcze większej ilości ochów i achów wynalazcy. Być może gdyby Sikorkowe Szczęście wiedziałaby o sztućcach więcej, wolałaby przerzucić się na coś bardziej sprzyjającego eksperymentom. Chociażby karton bądź czapkę z daszkiem. Z racji jednak, że te rzeczy trudno było znaleźć, wojowniczka wybrała widelec. A czy widelec łatwo znaleźć? Czy rosną na drzewach? Cóż, być może nie, chociaż co do drugiego „nie” nie byłabym taka pewna. W końcu to, że nikt nigdy nie widział na roślinie wyrastającego noża czy łyżki, nie znaczy, że widelec tam rosnąć nie może.
A co, jeżeli widelca także nikt nie widział?
Wychodzimy tutaj poza strefę komfortu, stawiając sobie tę tezę, ponieważ myśleć należy abstrakcyjnie. Lepiej więc odwołajmy ją, ponieważ Sikorkowe Szczęście miała zbyt wiele zmartwień, by dokładać do nich głupiutkie pytania z serii „Jak działa świat”. Miejmy nadzieję, że nauczy się angielskiego i jakimś trafem trafi na piosenkę Burnhama, po inaczej nigdy się nie dowie, że życie nie jest perfekcyjne, a świat to jedno wielkie gówno.
Dobra, cofnijmy to. Sikorka według siebie już wiedziała wszystko o świecie, łącznie z gównem. Za wszystko i gówno rozumiała tutaj samotność (czyli brak rozmawiania z kimkolwiek przez dwie i pół minuty), stratę (kiedy była szczeniakiem i walnęła Cytrynka kamieniem, to myślała, że umrze. Co prawda nie martwiła się zbytnio, a jej brat bez problemu przeżył, niemniej jednak starty na szczęściu doznała) oraz wojnę (ta, co przed jej urodzeniem dotknęła wszystkie klany, czyli z Quintusem. Jej skutki wciąż odczuwała). Dopiero dzisiaj uświadomiła sobie, jak została straumatyzowana przez Gwiezdnych i jak jej los został zmarnowany. Zaprzepaściła swój wielki potencjał.  
— Hej, Sikorkowa, co z tobą?
Aroniowa Gałąź patrzyła się raz na swoją przyjaciółkę, raz na sprzęt, który leżał bezwładnie przed nią. Szczęście powinna być obecnie Sikorkowym Smutkiem, pusto wodzącym swoim spojrzeniem po sznurku z widelcem. Po chwili chwyciła go w pysk, unosząc w górę, i prezentując ów wynalazek w pełnej okazałości. Metalowy sztuciec wciąż nieruchomo stał (chociaż w zasadzie wisiał), emanując podobnymi emocjami co jego właścicielka.
— Wiesz, Aroniowa — westchnęła Sikorka. — Myślę, że jestem stworzona do lepszych rzeczy niż sznurek z metalowymi przyrządami. Chciałabym zbudować coś ogromnego, ale obawiam się, że sama nie dam rady. Smutno mi.
Brązowo-biała suka widocznie nie załapała aluzji, ze zdziwieniem patrząc się na Sikorkę. Delikatnie uniosła brwi, dając do zrozumienia, że nie do końca wie, o co tej chodzi. O ile wie w chociażby minimalnym stopniu.
— Ty jesteś s m u t n a? Sikorka, spokojnie, dasz sobie radę — Aronia roześmiała się dość pobłażliwie, wesoło mierzwiąc swoją koleżankę wzrokiem.
Szczęście mruknęła coś pod nosem, nie mogąc uwierzyć, że od swojej najlepszej przyjaciółki otrzymuje tak mało empatii. Być może gdyby znała wojowniczkę lepiej, mogłaby domyślić się, że Aroniowa Gałąź po prostu nie wie, jak zareagować, ponieważ ona sama nie czuje się wystarczająco dobrze, by swoim „wesołym” nastrojem zarażać innych.
Sikorkowe Szczęście widziała jednak tylko uśmiechniętą sukę, nieumiejącą się w nią wczuć, albo chociażby przejrzeć aluzję, iż z chęcią przyjęłaby jej pomoc. Czyjąkolwiek pomoc.
— Możesz zająć się czymś innym — zabrzmiało to zdecydowanie zbyt oschle, niżby właścicielka tych słów chciała, niemniej jednak przyniosły one pożądany efekt: Aroniowa znikła, tak szybko, jak się pojawiła.
Wojowniczka zaśmiała się cicho, acz gorzko, patrząc na sznurowadło wraz z widelcem. Żałosne. Tworzy coś takiego, ponieważ nie potrafi zrobić czegoś dobrego.
I nawet takie badziewie nie działa — dodała w myślach, ze znużeniem odrzucając dzieło poświęcenia wielu godzin daleko za siebie. Upadło ono w jakieś trawy, gdzie spokojnie dożyć miało swych marnych, ostatnich dni.
Usiadła, patrząc się niespokojnie w niebo. Z jednej strony jej wszelkie emocje były żałosne i nieuzasadnione. Z drugiej to one były powodem jej najmniejszych poczynań, które czyniła całe swe dotychczasowe życie. Czy może to zmienić? Czy może działać logiczniej?
Nie odrywając wzroku od nieba, zdała sobie sprawę, że nie umie przekonać samą siebie, iż waga tego pytania jest naprawdę ważna. Myśli to ot tak, nawet nie próbując zastanowić się nad rozważaniem i przekonać siebie samą, iż jest ono naprawdę godne poświęcenia paru minut.
— Chyba jeszcze nie dorosłam do logiki — mruknęła sama do siebie, kierując swój wzrok na najbliższe otoczenie. Szukała inspiracji i czegoś, co pobudziłoby jej kreatywność.
Takowej rzeczy jednak nie znalazła. Zrezygnowana powróciła do serca obozu, by zwinąć się w swoim legowisku i spokojnie zasnąć, nie niepokojona przez nikogo. Aroniowa Gałąź obserwowała ją przez ten czas niespokojnie, stojąc zaledwie parę kroków dalej.
— Tak wiele odpowiedzi, tak mało pytań — powiedziała cicho, wciąż patrząc na swoją przyjaciółkę. Widziała wszystko, co się działo, ale było zbyt mało możliwości, mogącymi być powodami działań Sikorkowego Szczęścia.
Aroniowa Gałąź nie zastanawiała się nigdy, dlaczego już od szczeniaka Sikorka zachowywała się tak, jak się zachowywała. Wesoło i radośnie budowała swoje wynalazki, raczej nie patrząc na wydarzenia dziejące się wokół niej. Ale co przez to chciała osiągnąć? Cóż, wszyscy sądzili, że tak po prostu miała. Tak samo, jak psy są miłe, bądź wrednie; chyba nie chcą nic przez to osiągnąć, prawda? Chociaż nie jest to prawdą. Zawsze mają jakiś cel w swoich działaniach. Mogą chcieć zostać pozostawieni w spokoju, albo też szukają przyjaźni, której nie było dane im zaznać. Bądź też ją poznali i chcą zgłębić jej tajemnice. Na zachowanie Sikorki jednak nie potrafiła znaleźć żadnego sensownego wytłumaczenia, oprócz tego, że taka po prostu jest. Zresztą, takiego wytłumaczenia czasem może nie być. Być może logika zawodzi, i warto kierować się emocjami i intuicją. Być może.  
Aronia zwinęła się obok Sikorki, wchłaniając jej zapach. Słońce na polu świeciło jasno, przebijając się przez łyse korony drzew. Gałąź mogła obserwować je przez niewielką dziurę, pozostawioną wystarczająco wysoko, by dać jej wygląd na pogodę na zewnątrz. Pomyślała o tym, jaka piękna pogoda jest na zewnątrz. Czyż nie powinny nacieszyć się nią? Jeżeli nie z tego powodu, mogłyby wyjść, chociażby po to, by inni nie uważali je za chore. Mało kto ucina sobie drzemki tuż przed patrolem.
— Chyba za dużo myślę — pomyślała Aroniowa, opuszczając swój pysk.

[1015 słów: Sikorkowe Szczęście otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

1 stycznia 2022

Od Sikorkowego Szczęścia CD Konwaliowego Szronu

Pora zielonych liści
Konwalia była całkiem urocza. To plus. I wierzy w Gwiezdnych. To też jest duży plus. I całkiem ładna. A to jest już naprawdę ogromny plus. Taki gigantyczny, złoty, z podświetlanym napisem „Jestem dużym, (nie, raczej: gigantycznym) plusem”. I jadalny. Taki ładny ten napis, jaki powstał w mojej głowie, że aż bym chciała go schrupać.
Znaczy… Czy to normalne, że zastanawiam się nad plusami i minusami innych? I czy to normalne, że tworzę w swojej głowie jadalne napisy?
Dobra, w zasadzie to rozmyślałam tylko nad plusami. O minusach Konwalii wolę nie myśleć, bo jeszcze odkryję coś strasznego. Pewnie ma ich sporo. Dużo przeżyła, więc jej się nazbierały (…ona jest młodsza ode mnie? Nie. Chyba nie).
Wojowniczka zaczęła opowiadać mi o swoich wszystkich nieszczęściach, zaczynając od młodu dochodząc niemal w przyszłość, do swej starszyzny i samotnej śmierci, której wcale, ale to wcale się nie boi, a ja słuchałam jej jednym uchem, zajęta wylizywaniem popiołu z jej sierści. Wiecie, to nie tak, że miałam ją gdzieś. Po prostu, naprawdę, nie mogła zostać czarna! Już wystarczająco ciemna jest naturalnie, a zdecydowanie nie chcę, by ten brud przeszedł na mnie. Dlatego go zlizuje. I nie jestem rasistką.
To chyba nie ma sensu, okej, wiem, właśnie zjadam jej kurz i spaleniznę, którą chciałam w ten sposób trzymać na odległość. Ale nie wszystko, co robimy, musi mieć sens, co nie? Na przykład mogę wziąć to, że tańczę. A to nie ma sensu. Znaczy ma, ale wiecie, taki ukryty, dostępny tylko dla mnie. Więc do zły przykład? Szczerze wam powiem, że się pogubiłam w tym wszystkim.
W głowie powstał mi taki zajebisty pomysł, że aż szkoda go nie wykonać.
— Kurde, Konwalia, skończyłaś? — spytałam się jej nieobecnym, acz napalonym tonem.
Mruknęła coś na potwierdzenie.
— Chodź za mną! Wiem, co poprawi ci humor!
I tak zostawiłam całą swoją rodzinę, nawet nie wiedząc, w jakim jest stanie. Zostawiłam też Aroniową Gałąź, i byłam pewna, że suka nigdy mi tego nie wybaczy. Ale chyba mogę przyjaźnić się też z jej siostrą, nie? Ona przynajmniej nie ma innych przyjaciół! Aronia lgnie do każdego i ciągle mnie zdradza!
— Serio, to, co wymyśliłam, jest super. — Zaczęłam paplać, targając za sobą niezbyt zadowoloną i zdrową przyjaciółkę. Chyba powinnam opatrzyć jej rany? — Bo wiesz, ja jestem dość utalentowana, i umiem robić dużo rzeczy. I bardzo je lubię! Także teraz, żebyś już nie musiała się martwić, nauczę cię jednej z tych rzeczy! To odciągnie od ciebie uwagę i da ci szansę na wyładowanie negatywnych emocji. Pewnie domyślasz się, co to takiego, i myślisz „Ja nie umiem tańczyć!”, ale zapewniam cię, że tańczyć każdy mo-
Przerwałam, uświadamiając sobie, że powiadomiłam ją. O tym. Delikatnie za daleko poszłam z tym tematem. 
— Nie słyszałaś, tego, co powiedziałam, prawda? — zestresowana spytałam.
— Czego? Tego fragmentu o tańcu?
Westchnęłam.
— No dobrze, niespodzianka się nie udała. Jesteś zbyt spostrzegawcza — oznajmiłam, skrzywiając wyraz swojego pyska. — Ale tak czy siak, potańczymy.
Obiegłyśmy dookoła pewnie całe tereny klanu, zanim znalazłyśmy jakąś muzykę. Pochodziła ona z wnętrza potwora, w którego środku siedział dwunożny. Wyglądał, jakby na kogoś czekał, gdyż zostawił otwarte drzwi. Ale tym razem nie będę wchodzić do środka, o nie! Mój ogon mimowolnie zaczął kręcić się jak szalony, gdy do moich uszu dotarły pierwsze dźwięki.
Zaczęłam wywijać to prawo to lewo, a Konwaliowy Szron patrzyła się na mnie otwartymi oczami. Zero emocji. Zero czegokolwiek. Jak ktokolwiek może być tak obojętny w obliczu muzyki?! Jak może nieruchomo stać, i patrzeć-
Zrobiła to.
Pierwszy krok.
— Super! — zachęciłam ją z entuzjazmem. — Dalej! Spróbuj! Teraz druga łapa! Obróć się wokół własnej osi! Teraz do tyłu, do przodu, do tyłu, w prawo… W to drugie prawo znaczy się! Nie zasady, tylko kierunek, ha, ha!
Ale jestem dowcipna!
Szron próbowała nadążyć za moimi poleceniami, ale nie wiem dlaczego, nie wychodziło jej to. Kiedy ja mówiłam dwa, ona wykonywała jedno, także szybko się pogubiła.
— To nie ma sensu — westchnęła zrezygnowana. — Możesz albo mówić wolniej, albo przestać?
— Przecież mówiłam, że musisz wyładować złe emocj-
Znowu przerwałam. Ale tym razem przez pomysł, który przyszedł mi do głowy.
Z dziwnym uśmieszkiem podeszłam do niej.
— Zawsze możemy poprawić sobie humor w inny sposób — zniżyłam głos, szepcząc, przykładając pysk do jej ucha. Znieruchomiała. Mam nadzieję, że nie dostała zawału czy czegoś podobnego, bo to zdecydowanie zepsułoby mi zabawę.
— Bitwa na ziemię! — wrzasnęłam, rzucając w grudką ziemi. 
He, he. 
He.

<Konwaliowy Szronie?>
[710 słów: Sikorkowe Szczęście otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

7 grudnia 2021

Od Sikorkowego Szczęścia CD Konwaliowego Szronu

Z rosnącą adrenaliną przemierzałam nasz obóz, mając ochotę wyć z podekscytowania i tańczyć w miejscu. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że w każdej chwili mogę umrzeć, bo w zasadzie… I tak mogę umrzeć w każdej chwili, nie? Jakaś nienazwana choroba, rozjechanie przed dwunożnych, czy ze starości. Niemal instynktownie poszłam szukać w tym dymie Aroniowej, Słodkiej oraz zastępcy naszego przywódcy, Cytrynowego Liścia (kolejność przypadkowa). Jeżeli już ktoś ma przeżyć, to najlepiej, aby był to ktoś z nich!
Sorry, Stokrotka, że o tobie nie pomyślałam, mam nadzieję, że nie czytasz mi w myślach, ale ty musisz być odporna na ogień, skoro nie zginęłaś od swojego własnego gorąca.
O moi Gwiezdni, muszę jej to powiedzieć! Ten pożar daje mi tak wiele inspiracji do tworzenia podrywów roku!
— Hej, Konwalia! — rzuciłam do suki, którą właśnie zobaczyłam. Jak miło, że zechciała dołączyć do zabawy! — Weźmiesz sprawdzisz, czy starszyzna jakoś zipie? Ja pójdę po rodzinę, zobaczyć, jak sobie radzą! Trzymam za ciebie palce u łap!
Nie jestem pewna, czy mnie usłyszała, ale bardzo prawdopodobne, gdyż zniknęła w płomieniach. Ja sama, nie zrażając się niezbyt przyjemną dusznością w płucach, wyruszyłam na poszukiwania tych psów, o których wspomniałam.
— Nie jest tak źle, kurwa? — spytała się mnie Aroniowa na moje gadanie. Wybaczam jej ten brak miłości w tonie! Pewnie lewą łapą wstała! — Zdajesz sobie sprawę, ile psów teraz zginie?
Zapytałam się jej o Stokrotkową i resztę.
— Stokrotkę widziałam, jak wychodzi. Szukała Cytrynowego, ale go nie znalazła — ponuro odwarknęła Gałąź. — A teraz, wybacz, ale zaraz się spalę, jeżeli tutaj zostanę na pogaduszki!
Także zostawiła mnie, niewdzięczna! I tak mi się odpłaca za przyjaźń?!
Wzięłam Słodką za kark złapałam, bo coś jej się chyba stało, i wyciągnęłam ją na zewnątrz, przy okazji opowiadając jej o systemie przeciwpożarowym, w który postanowiłam wyposażyć obóz. Jeżeli coś z niego zostanie, oczywiście! Wiecie, potrzebuję mieć na co zamocować kubki dwunożnych, i jakieś miejsce, z którego będzie zwisała lina, odpowiedzialna za-
— Dwunożni! — parę psów krzyknęło, a ja pierwszy raz w życiu cieszyłam się z obecności tych gadów w naszym obozie.
— Czekaj, Słodka, ktoś się tobą zaraz zajmie! Muszę zobaczyć, jak działa to coś! — krzyknęłam pośpiesznie do siostry, i nie czekając dłużej, podbiegłam do dużych butli, z których sączyła się woda.
Nie mogłam wyjść z podziwu! Ci to dopiero agenci! Faktycznie, przez pył niewiele widziałam, ale to, co zobaczyłam, było wspaniałe! Woda nie była chyba taką wodą-wodą, ale chyba z wodą-wodą powinno też działać, nie? Mam nadzieję, bo nie wiem, skąd bym wytrzasnęła tą nie wodę-wodę!
Dwunożni jeszcze chwilę pobyli, ale wszystko się pięknie wypaliło, więc po jakiś paru godzinach odjechali. Nie była to taka profesjonalna drużyna dwunożnych, która gasiła pożary, bo tą widziałam nie raz! To byli chyba zwykli, najzwyczajniejsi, z jakimiś butlami pełnymi wody-niewody. Ważne, że nam pomogli, i byłam im za to wdzięczna! Jakby szukali kogoś, kto załatwi im coś do latania, to służę pomocą!
Gdzieś tam w tle latali nasi medycy, Aroniowa Gałąź chodziła w kółko, Słodki Pysk dostawała zawału, a Konwaliowy Szron siedziała obok Cytrynowego Liścia. Widocznie uratowała go. Jak romantycznie!
O ja cię, kiedy Stokrotkowa wreszcie wyzna mi tę miłość? Też tworzyłybyśmy taką fajną parę!

<Konwaliowy Szronie?> 
[530 słów: Sikorkowe Szczęście otrzymuje 5PD]

25 listopada 2021

Od Sikorkowego Szczęścia do Konwaliowego Szronu

 Ostatnio w obozie było cieplutko! Nie, żeby przeszkadzało mi to w czymś; tak czy siak dokończyłam swój projekt skrzydeł, chociaż nie wyszedł on tak, jak zamierzałam. Oryginał powinien mieć dwie części z ptasich piór, a to coś bardziej przypomina reklamówkę dwunożnych porwaną przez wiatr. Ale i tak jestem z siebie dumna! Najważniejsze, że powinno działać!
Początkowo zamierzałam sprawdzić, dlaczego dwadzieścia księżycy temu katapulta od Cytrynka nie zadziałała, ale kiedy wybrałam się tam z Konwaliową owe narzędzie już nie istniało. Marne szczątki, porozrzucane dookoła — tym musiałam się zadowolić.
— Trudno — westchnęłam wtedy do Konwaliowej. — Zbuduje ją od nowa. Ale najpierw mój projekt Latająca Sikorka!
— Co, przepraszam? — spytała powoli wojowniczka, chociaż bez irytacji, jakby wskazywała treść jej wypowiedzi.
— Dzięki, że mi pomożesz! — z uśmiechem odparłam. — Aroniowa Gałąź ma już dosyć moich wynalazków — wyjaśniłam.
— Aha — niezbyt inteligentnie powiedziała.
— Nabierasz patyków, szmatek i liści? 
Pokiwała spokojnie głową w zgodnym geście. Jak dobrze jest mieć  taką przyjaciółkę! Może nawet zaproszę Stokrotkowy Płatek? Ja nie mogę, byłoby super, gdyby przyszła! Wyobraźcie sobie, że zobaczyłaby, jak Konwalia dzięki mnie unosi się w powietrzu, a ja, jako specjalista, wyznaczam jej trajektorię lotu i krzyczę: ,,Leć, leć pod niebiosa, czarna ptaszyno!" 
Zapowiada się zarąbiście! Nie mogę się doczekać!
Pełna zapału przekąsiłam coś, zupełnie nie zwracając uwagi, co właściwie jem. Potem natomiast poszłam na poszukiwania Stokrotkowego Płatka, jednak, o dziwo, jej nie znalazłam — wyszła na patrol. Byłam co najmniej zawiedziona. Eh... Czemu moje życie jest takie smutne? Chyba dostaje depresji.
Postanowiłam razem z moją testerką, że pójdziemy na Gwiezdny Szczyt. Oczywiście nie powiedziałam jej, po co tam idziemy, bo przecież niespodzianki są takie zabawne! Cóż, ona chyba tak nie uważała, bo kiedy wyjaśniłam jej, że obwiążę ją sznurkami i zepchnę z klifu nie wyglądała na zadowoloną. Dziwne! Ja bym się na jej miejscu cieszyła.
— Nie zamierzam popełniać samobójstwa. Gdyby Gwiezdni chcieli mnie przywołać do siebie, zesłali by na mnie chorobę.
— Więc ochronią cię, żebyś się nie zabiła! — ze zdziwieniem nie umiałam przyjąć jej odmowy. — No weź! Proooszę!
Nie chciała się zgodzić, a ja nie chciałam zrezygnować. Zdenerwowałam się, ładnie mówiąc. Sama założyłam mój sprzęt i przygotowałam się do rozbiegu, z wesoło skaczącym sercem. Trudno stwierdzić, czy waliło ono z ekscytacji czy z nerwów.
— Co ty robi...
Skoczyłam.
— WOW! WIDZISZ MNIE?!
Mój wynalazek dziwnie trzeszczał, ale leciał — powiedzmy. Ledwo unosił się w powietrzu, wciąż spadając w dół, ale robił to powoli i równomiernie, przez co mogłam oglądać okolicę z góry; a było na co patrzeć. 
— WOAHAHA! 
Spróbowałam skręcić, ale nie doceniłam zwinności Latającej Sikorki. Błyskawiczne odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni w pionie, żeby po chwili z łopotem walnąć w Gwiezdny Szczyt.
— Ooch... — westchnęłam, powoli się osuwając. Konwalia zasłoniła pysk swoją łapą, nie wierząc, co właśnie widziała. 
— Gwiezdni, trzymajcie mnie  cicho mruknęła, bynajmniej nie zadowolona.
— Leciałam! — wrzasnęłam, podbiegając do niej. — Jestem pierwszym, latającym psem! Czy to nie super? Wiesz co, myślę, że możemy udoskonalić nasz pojazd i sprawić, żeby tak nie spadał ciągle! Mogłybyśmy latać nim księżycami... Lepiej nad księżycem! Albo to i to! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Wątpliwe, że moja partnerka biznesowa śledziła z uwagą to, co mówię.
— Masz mnie w dupie — powiedziałam zasmuconym tonem. — A ja mówię naprawdę ważne rzeczy. Opowiadam ci o naszych planach. 
— Słucham cię z uwagą — z wrodzonym spokojem oznajmiła. — Mogę ci pomóc, jeżeli mej pomocy potrzebujesz, ale nie oczekuj, że będę latać. Nie zamierzam testować twoich... wyrobów.
— Nie ma sprawy! — mój ogon zaczął merdać. — Dobra, to co robimy? Proponuje relaks przy koktajlach, a w międzyczasie obmyślimy plan Latającej Sikorki 2. Albo katapulty. Po co się ograniczać! Zrobimy obie rzeczy!
— Skoro chcesz — odparła bez przekonania.
Poszłyśmy więc obie za mną w stronę śmietnika, a w trakcie naszej drogi gadałyśmy obie wesoło (chociaż, o dziwo, Konwalia praktycznie tylko słuchała). Słońce nadal świeciło, a mi nadal to nie przeszkadzało! Najważniejsze, że nie przeszkodzi to nam w naszych pla—
Obóz w płomieniach? Co do kurwy nędzy?

<Konwaliowy Szronie?>
[638 słów: Sikorkowe Szczęście otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]