Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciepła Pleśń × Sowi Pazur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciepła Pleśń × Sowi Pazur. Pokaż wszystkie posty

7 sierpnia 2021

Od Ciepłej Łapy CD Sowiego Pazura — Bitwa z Flumine

Śnieg skrzypiał pod łapami, lekko prószył z nieba. Powrót z patrolu mógłby nawet okazać się przyjemny, gdyby nie wszechobecny chłód. Jagodowa Mgła szła z przodu, a tuż za nią podążał Ciepły. Próbował uciec od naprzykrzającego mu się Omszonej Łapy, który uznał go za idealny, tymczasowy obiekt rozrywki. Sowi szedł nieco z tyłu, by mieć na nich dobry widok, a milczącego towarzystwa dotrzymywał mu Ognisty Mak. 
Suczka głośniej pociągnęła nosem, unosząc lekko głowę. 
— Czuję tu kogoś — rzuciła, narzucając uczniom obok niej szybsze tempo. 
Wyszła spomiędzy kilku rzadkich drzew, które wcześniej bez problemu zasłaniały widok na intruzów. Teraz znajdowali się na otwartej przestrzeni, w połowie drogi między granicą a magazynem. Nie było szans, by psy z Flumine znalazły się tu przypadkiem. Była ich aż piątka. Żadnych szczeniaków, których ewentualnie mogliby szukać. 
— Co, do cholery? — powiedziała Mgła może trochę zbyt głośno. 
Nie tracąc czasu, rzuciła się na najbliższego rudego psa, którego miała pod łapą. Wodny uniknął jej pazurów, w ostatnim momencie lekko się uchylając. Jagodowa nastroszyła się, obnażając zęby i głośno warcząc. Prawdopodobnie chciała zyskać tym nieco czasu, aż pozostałe dwa psy do nich dołączą. Ciepły szybko stanął koło niej. 
— Jagodowa Mgło, powinniśmy załatwić to subtelniej... — próbował wytłumaczyć. 
Jak się jednak okazało, nie ona tej interwencji potrzebowała. Omszona Łapa zauważył brata Rumianku, który podpadł mu na zgromadzeniu. Zadziałało to na niego niczym płachta na byka, bo zanim wystartował do niego, warknął jedynie: 
— Też mi subtelniej, Ciepły. Na pohybel skurwysynom! 
Nic nie było w stanie go powstrzymać przed atakiem. Doskoczył do oponenta, przejeżdżając głęboko pazurami po jego barku. Młodszy syn Rzepakowej nie miał pojęcia, co zrobić. Wmurowało go w ziemię. Widział jak zastępczyni Flumine próbuje odpędzić Mcha od swojego dziecka, ale nie szło jej to za dobrze. Z letargu wyrwał młodego psa dopiero znajomy głos z pięknymi słowami: „Co, do chuja?”. Był to oczywiście partner jego matki. Przybył razem z Ognistym Makiem w idealnym momencie. Przez dosłownie sekundę uczeń Lekkiego Serca liczył na to, że wielki wojownik ich klanu zakończy ten konflikt bez rozlewu krwi. Wiedział dobrze, że to nie w jego stylu, ale nie mógł powstrzymać tego optymistycznego podejścia. Młody bardzo nie chciał, żeby z ich sąsiadami rozwinął się jakiś konflikt. 
Ciepły zagapiwszy się na Pazura, nawet nie zauważył, kiedy uprzedni cel Omszonego doskoczył do niego i dziabnął go w bok. Miał wrażenie, że jest to tylko uszczypnięcie, ale gdy ból nie ustał, uświadomił sobie, że musi być to jakaś drobna rana. 
— Ja… Naprawdę nie chce z wami wal… — spróbował znowu. 
Zupełnie inne podejście do tego miał jego brat. Dosłownie skoczył na rudego, wgryzając się zębami silnie w jego kark. Ich szamotanina nakręciła dalszą walkę. Sowi oraz Mak śmignęli Łapie gdzieś w tle, ale wydali mu się mniej ważni. Wodny, próbujący zrzucić z siebie Mcha zdecydowanie zasługiwał na więcej uwagi. Udało się to starszemu uczniowi dość sprawnie. Bury pies został posłany na ziemię, a upadek lekko go otumanił. Młodszy z braci rozejrzał się po polu. Wszyscy walczyli, na porozumienie nie było już mowy. W końcu zdecydował się na pomoc swojej rodzinie. Adrenalina oraz rzeczywistość wzięły górę, a czarno-biały pies ugryzł najeźdźcę w bok, zostawiając krwawy ślad. Najwyraźniej Omszony całkiem nie spodziewał się tej pomocy, patrzył chwilę na scenę rozgrywającą się przed jego oczyma. Na pysku wymalowane miał „WoW! Ta pizda jednak coś zrobiła!”. Dopiero po kilku uderzeniach serca pozbierał się i także zaatakował. Jego cios okazał się na tyle lekki, że wodny całkiem go zignorował. Skupił swoją uwagę na Ciepłym. Zamachnął się na niego, ale syn Rzepakowej był na to gotowy. Prześlizgnął się pod jego atakiem. 
— Słuchaj… zakończmy to, możecie się stąd po prostu wycofać — rzucił ugodowo. 
Była to jego trzecia i ostatnia próba dotarcia do członka Flumine. Jego brat, zamiast wykonać swój kolejny cios, spojrzał na niego jak na kretyna. Młodszy wiedział, że wystawia jego cierpliwość na sporą próbę, aczkolwiek czuł się źle. Ta cała walka nie powinna mieć miejsca. A zaczęcie jej przez durny konflikt ze zgromadzenia, nie pomogło. 
— Czyś ty, kurwa, totalnie zgłupiał! — zawołał do niego Omszony. 
Ciepły bardzo chciał mu odpowiedzieć, wyjaśnić dlatego ta walka nie ma sensu. Aczkolwiek dalszą wymianę zdań przerwał im dziwny charkot. Gdy uczeń Lekkiego Serca odwrócił się, by namierzyć jego źródło, przez co zobaczył zastępcę ich klanu, wgryzającego się w gardło jakiegoś czarnego psa. Scena ta całkiem go sparaliżowała. Takiej ilości krwi by się nie spodziewał, a był już na kilku polowaniach. Ta czerwona substancja nigdy mu nie przeszkadzała. Może problem leżał w całej otoczce tej śmierci? To nie było zabijanie z głodu, a przez czysty szał. Dopiero teraz młody zrozumiał powagę sytuacji. Tak, długo mu to zajęło. Tutaj nie było miejsca na słowa. Flumine nie powinno tu być, wparowali w kilkoro, bez zapowiedzi, w środek terenów Industrii. Nie zaczęli uciekać, gdy zobaczyli za sobą wojowników, a podjęli walkę. Był to gest niczym rzucenie rękawicy. 
W tym momencie kolejny rudy pies, skorzystał z zamieszania wywołanego wygraną Sowiego i złapał zębami łapę Jagodowej, która zatrzymała się na chwilę oddechu. Była łatwym celem. Mgła zapiszczała z bólu. W młodszym synu Rzepakowej aż się zagotowało. Całą jego empatię zastąpił chłód. Walka Omszonej Łapy była inna. Podszyta zwadą. Tutaj nie było o niej mowy. Wystarczyło, by rozdzielono tych kretynów, a Flumine usunęło się w kierunku granicy i wszystko byłoby zażegnane. Nie mogło tak się jednak stać między innymi przez tego wodnego, który cały czas rzucał się jak pchła na ogonie. Czarno-biały spoważniał i rozciął napastnikowi skórę wzdłuż szyi, by puścił suczkę. Na szczęście pomogło. Jagodowa odskoczyła, chociaż nieco niepewnie stała na okaleczonej nodze. 
— Dzięki, dam już sobie radę, szczeniaku — zapewniła go. 
Młody chciał zaprotestować, żeby nie mówiła tak na niego, ale nie miał czasu. Szara rzuciła się już z powrotem w wir bitwy. Ciepłemu pozostał powrót do Mcha i jego przeciwnika o dziwnych oczach. Nie rozgryzł jeszcze, co z nimi jest nie tak. 
Gdy dotarł tam dosłownie w kilku susach, obaj miotali się niczym w tańcu. Z odległości ciężko było powiedzieć, czy któryś z nich trafiał. Na przekonanie się jednak nie przyszedł czas. 
— Wycofajcie się…! — usłyszał fragment krzyku Sowiego. 
Nie był to faktyczny sygnał, a jedynie groźba, dlatego nie wytrąciła ucznia Lekkiego Serca z rytmu. Podbiegł do rudego, po czym drasnął go pazurami w bok. I był to jego błąd. Na pysku Ciepłego rozciągnął się szok, gdy wodny po prostu osunął się na ziemię. Nie miał pojęcia, co powinien teraz zrobić. Gorzej skończyć się to nie mogło. Czarno-biały szturchnął lekko rannego nosem. Bardzo chciał sprawdzić, jak duże obrażenia otrzymał. Zabrać go do medyka. Upewnić się, że wszystko będzie dobrze. Nie potrafił jak Sowi w walce rozszarpywać swoich oponentów. 
Dotarł do jego uszu głos Omszonego, ale nie był w stanie rozpoznać żadnego słowa. 
Odsunął się gwałtownym ruchem od ciała, dopiero gdy zauważył szarżującą na niego kolorową suczkę. Nie chciała go zaatakować, a jedynie odgrodzić od swojego pobratymca. Popatrzył na nią pustym wzrokiem. A więc tak wyglądała prawdziwa walka? Takie musiało być jej zakończenie? Z daleka rozległ się rozkazujący okrzyk, w którym Ciepły rozpoznał zastępczynię Flumine. Cofnął się jeszcze kilka kroków, widząc kolejne psy ruszające w ich kierunku. Był jak w transie, a jego ruchy w pełni się zautomatyzowały. Zrozumiał, że ruda musiała krzyczeć coś o odwrocie, bo przeciwnicy jak szybko się pojawili, tak zniknęli. Uczeń odprowadził ich wzrokiem, a gdy całkiem wyszli z jego zasięgu, poczuł, jak drżą mu łapy. Podniósł wzrok na swojego brata, stojącego nieopodal. 
— Mech nic ci nie jest? — zapytał, ale odpowiedzi nie zarejestrował. 
Wydawała się twierdząca, gdyż Mech stał bardzo pewnie i nie miał widocznych ran. Ciepły otrząsnął się, chcąc tym nieco przywrócić się do rzeczywistości, a następnie podniósł wzrok na dorosłych. Od razu zauważył, że Pazur ledwo trzyma się na nogach, a Mak stara się go podpierać. Żaden z wojowników nie był w dobrym stanie. 
— Chodź, pomożesz mi — zwrócił się do drugiego ucznia. 
— W czym niby? — odpowiedziało mu niezbyt miłe pytanie. 
— W odstawieniu Sowiego do Petera, cała trójka wygląda, jakby miała się zaraz przewrócić — wyjaśnił mu spokojnie. 
Omszony spojrzał najpierw na swojego mentora, potem na czarno-białego psa, aż w końcu prychnął. 
— A niby taki wielki wojownik… — rzucił, wywracając przy tym oczami. 
Nie kłócił się jednak dalej. Obaj zbliżyli się do członków swojego klanu. 
— My go odprowadzimy. Sami jesteście ranni — zwrócił się Ciepły do Ognistego Maku. 
Zgodę poprzedziło chwilowe wahanie. Żadne z nich nie chciało przyznać się tutaj do słabości. Ego każdego ciężko byłoby pomieścić w trzech oddzielnych basenach olimpijskich. Na szczęście obolałe kości oraz skaleczenia odejmują kilka punktów dumy, dlatego do uszu Łapy nie dotarły żadne protesty. Podparli partnera swojej matki, a później ruszyli w kierunku ostoi medyka. W czasie tej długiej jak na te warunki trasy młody zauważył także, że Jagodowa Mgła poza normalnymi obrażeniami miała dziwnie zaczerwienione oczy. Nie chciał o to pytać, Peter obejrzy pewnie od razu i to. 
— Szara Skało? — zawołał Ciepły nieco drżącym głosem już od wejścia. 
Stresował się nieco, ponieważ Sowi od jakiegoś czasu zaczął mu już nieco ciążyć, mimo że nadal zagryzał zęby i starał się tego po sobie nie pokazać. 
— Już, już, o co takie zamiesza… — urwał medyk, widząc krew na ich futrach. Od razu przeszedł do wydawania poleceń. — Wejdźcie. 
Nikt nie zamierzał się ociągać, słysząc jego poważny ton. Synowie Rzepakowej usadowili zastępcę na jednym z legowisk. Jagodowa i Mak poradzili sobie sami. Szara Skała na razie jeszcze nic nie mówiąc, od razu zabrał się za oględziny ran Sowiego. Prawdopodobnie dlatego, że wyglądały najgorzej. 
— Pomóc ci w czymś? — zaoferował od razu Ciepły. — Nie, na razie usiądźcie i mówcie, co się stało — odarł chłodno Peter. 
Młody jak na komendę usiadł. Mech był przy tym nieco bardziej oporny, dlatego pozostał przy staniu. Nie wadził jednak tym nikomu, dlatego medyk go zignorował. 
— Wracając z patrolu, wpadliśmy na psy z Flumine. Chyba chcieli zaatakować nas z zaskoczenia. Omszona Łapa zaczął z nimi walkę, zanim dowiedzieliśmy się, czego tak naprawdę chcą – streścił milszy z uczniów, po czym spojrzał wymownie na swojego brata. 
Wyżej wspomniany zawarczał cicho. Szary natomiast skinął głową i po sekundzie zastanowienia zarządził: 
— Ty nawet nie próbuj stąd uciekać, będziesz mi podawać zioła — zwrócił się najpierw do burego psa, po czym dodał — A ty powinieneś zawiadomić waszą matkę. 
Ciepły dopiero teraz połączył kropki, wcześniej całkowicie nie myśląc o liderce. Teraz skinął głową i wybiegł z prędkością światła na poszukiwania. O dziwo nie zajęły mu długo. Gwiazda rozmawiała z mamą małych uczniów. Zaczęli trening mniej niż księżyc temu. 
— Mamo! — zawołał, nieco zdyszany. 
Oderwało ją to od rozmowy z Fenkułową Plamką. 
— Tak…? — jej głos nieco się załamał, gdy zobaczyła ślady krwi na swoim synu, doskoczyła do niego w sekundę, oglądając ze wszystkich stron — Co ci się stało?! 
— Mi nic, to nie moja krew — odparł szybko, chociaż za bardzo nie uspokoiło to Rzepakowej, streścił jej podobnie jak Skale, co ich spotkało, zakończył swój wywód słowami — Ranni są już u Petera, wszyscy żywi, ale Sowi Pazur nie wygląda dobrze. 
To ożywiło suczkę. Jeśli poprzedni stan nazwać można dzwonieniem instynktu opiekuńczego, to teraz odpaliła się na pełnych obrotach syrena alarmowa. Liderka od razu ruszyła do medyka z młodym trzymającym się jej boku. Wpadli tam idealnie, by usłyszeć głośniejszy jęk bólu zastępcy. Prawdopodobnie przy odkażaniu jakiejś większej rany. 
— Sowi Pazurze! — krzyknęła, od razu stając przy jego boku, uważała jednak, by nie przeszkadzać w leczeniu. 
— Spokojnie, nic mi nie jest. Poradziliśmy sobie z sukinsynami — odparł z dumą. 
Chociaż dopiero po dłuższym odpoczynku zaczął być w pełni przytomny, ona nie musiała tego wiedzieć. 
— Kurwa! — zaklął nagle, kiedy Peter zaczął majstrować przy kolejnym zadrapaniu. 
Rzepa polizała go po pysku, chcąc dodać otuchy, po czym zwróciła się do medyka. 
— Na pewno się z tego wyliże? — wierzyła partnerowi, ale nie szkodziło się upewnić. 
— Raczej — odparł dyplomatycznie Peter, nie mogąc dać pełnej gwarancji. 
— Ra…? — chciała poddać to w wątpliwość Gwiazda, ale nagle przypomniała sobie o jeszcze jednym członku rodziny — Mech? Też tu jesteś? Wszystko gra? 
Syn podszedł bliżej, nie do końca wierząc, że nie zauważyła wcześniej jego obecności. 
— Tak, nie jestem aż tak niedołężny jak nasi wojownicy — mruknął z przekąsem. 
Nie powstrzymało to jednak Rzepy przez dokładnym obejrzeniem go. 
Humory w Industrii ciężko nazwać by dobrymi, ale nie zmieniało to faktu, że wszyscy byli cali. To było najważniejsze. Zwiększenie liczby patroli przy granicy z Flumine, ewentualne konsekwencje odniesionych ran i w końcu wypowiedziany głośno konflikt, mogły poczekać. 


Prawie nad ranem, gdy wszyscy ranni byli już opatrzeni, Peter odesłał Ciepłego. Wolałby zrobić to wcześniej, ale uczeń nie wyglądał, jakby miał zgodzić się na jego rozkaz. Kiedy tylko przestawał być mu potrzebny, siadał w kącie, obserwując matkę z zamyśloną miną. Prawda była jednak taka, że przez jego głowę nie przelatywała żadna myśl. Był wykończony. Na tyle, że na słowa medyka w żaden sposób nie zaprotestował. Mruknął jedynie cicho, potwierdzająco i powlókł się do swojego legowiska. Zasnął w nim jak kamień, przesypiając praktycznie cały dzień. Może to i lepiej. 
Wieczorem poszedł jedynie na posiłek i wrócił do spania. Dzięki temu wyrzuty sumienia oraz nadmierne roztrząsanie sytuacji w głowie uderzyło go dopiero drugiego dnia. Powinien zareagować wcześniej, nie dopuścić do bitwy. Nie powinien atakować ciężko rannego psa. Co jeśli przez niego umrze? Nie mógłby się pogodzić z zabiciem kogoś w tak bezmyślny sposób. Szybko przyszły też rozmyślania w całkiem drugim kierunku. Czy Sowi mniej by ucierpiał, gdyby Ciepły lepiej walczył? Czy mógł za to także się obwiniać? Co jeśli będą mieć do niego pretensję, że zrobił za mało, że chciał zdradzić Industrię? Mech na pewno o tym pomyśli. 
Młody przez następny tydzień chodził jak struty tymi pytaniami, a później miał je bez przerwy gdzieś z tyłu głowy niczym nieleczony uraz.
< Sowi Pazurze? Aye aye captain, a teraz się kuruj! >
[2219 słów: Ciepła Łapa otrzymuje 22 punkty doświadczenia i 6 punktów treningu]

Od Sowiego Pazura CD Ciepłej Łapy

Czasami można się zastanawiać, jakim cudem nasz wojownik jeszcze wytrzymuje z tymi szczeniakami. Szczerze mówiąc, nikt nie wiedział. Odkąd zostali uczniami, miał wrażenie, że z jednej strony Ciepła Łapa i Omszona Łapa powinni być bardziej odpowiedzialni. Jednak prawda była taka, iż dostał za ucznia Omszoną Łapę. Nie był załamany, gdyż wierzył, że uda mu się nawet z takiego matoła zrobić wielkiego wojownika, ale Ciepła Łapa do Lekkiego Serca? Tego się nie spodziewał. Nie wiedział też zawsze jak Ciepłek sobie radzi. W końcu widział w nim ten potencjał. To samo w Omszonej Łapie, ale to nie czas na mówienie o tym. Tego dnia musiał również się spotkać ze swoją partnerką, która jest za równo liderką klanu. Nie tylko w sprawach klanu, jednak również sprawdzić jak się czuje. Cały klan co prawda już widział, że liderka staje znowu na nogi. Niektórzy pewnie z nadzieją, jedni z przekonaniem. A niektórzy jeszcze pewnie nie wierzą. Sowi Pazur był tym drugi typem osób. Był przekonany, że Słoneczko podniesie się i będzie dobrą liderką. Przynajmniej taką miał nadzieję. Przywiązał się i teraz ma jakieś problemy ze sobą. Czy to na pewno Sowi Pazur? 
W półmroku zobaczył czarno-białą, puchatą sierść suczki leżącej na swoim posłaniu. Mianowanie nowych uczniów też przydało się dla suczki, która w porównaniu do czasów, gdzie psy dopiero uczyły się przemieszczać po legowisku, teraz chodzą po terenie Industrii (lub nawet poza?). Matka mogła się wyspać i nie musiała słuchać tych piszczących pysków. Sowi Pazur postanowił się wycofać, aby suczka mogła dalej spać, jednak jak widać, już ją obudził. 
— Sowi? — zapytała Rzepakowa Gwiazda, podnosząc głowę ze swoich przednich łap. 
Przywódczyni został jeszcze chyba ten ich lekki sen, dzięki czemu mogła usłyszeć, kiedy jej maleństwo czegoś potrzebuje. Chociaż czy to istnieje naprawdę? W końcu psy mają już dobry słuch. Potrzebują czegoś jeszcze? Psia kość. 
— Jak się czujesz? — zapytał w końcu, odwracając się do niej pyskiem. 
Po chwili podszedł do niej cicho. W tym czasie suczka zdążyła się już wyprostować. 
Wracała powoli do siebie. Na zgromadzeniu też to było widać, gdyż słyszał szepty między Peterem, Ciepłkiem i właśnie samą liderką. Niestety był zbyt zajęty zajmowaniem się obowiązkami lidera na zgromadzeniu, że nie słyszał ich słów. 
Rozmowa z liderką przeszła łatwo i przyjemnie. Miło było widzieć, jak suczka po prostu wstaje po takim załamaniu. Normalnie można powiedzieć, że Sowi Pazur był zadowolony, dopóki nie opuścił legowiska. Wrócił mu wtedy ponury humor. Czego można było się spodziewać? Pierwszym psem, jakiego zobaczył, za to był Ciepła Łapa. Jeden z dwóch synów naszej liderki. Uczeń Lekkiego Serca i dalej nie trzeba mówić. Większość wie pewnie już, o kogo chodzi. W ten dzień miał zorganizowany patrol. A w nim Jagodowa Mgła, Ognisty Mak i Omszona Łapa. Postanowił jednak zabrać również Ciepłą Łapę na ten patrol. Kiedy oni już czekali przy wyjściu z obozu, ciężkim krokiem podszedł do uczonego, oczywiście już po chwili szczeniak (szczeniak dla niego, normalnie to stary dziad już z niego) z dwukolorowymi oczami usłyszał zastępcę. O to też wojownikowi chodziło. 
— Witaj Ciepła Łapo — zwrócił się do niego. 
— Witaj Sowi Pazurze — odpowiedział równie grzecznie. 
Nie trzeba przypominać, że zawsze oni się do siebie tak zwracali. Może i siebie nawzajem lubili. Sowi nie wiedział przecież, co siedzi w głowie Ciepłej Łapy, jednak jako narrator wiem, że się lubili. Inni nie muszą nic wiedzieć. Oficjalny ton u nich to nie jest coś dziwnego, prędzej wojownicy słyszący ich rozmowę się zdziwią, niż oni sami. Zastępca nie widział w tym też nic dziwnego. 
— Zabieram cię na patrol — oznajmił. 
W heterochromatycznych oczach pojawił się mały błysk. Jednak niedostrzegalny dla Sowiego Pazura, który prawie od razu się odwrócił i już wychodził z obozu. Ciepła Łapa łatwo go dogonił i tak opuścili obóz. 
Ruszyli przez chwilę w ciszy, a przynajmniej do momentu, kiedy nie byli w pobliżu magazynu. Jagodowa Mgła wyrwała do przodu. Za to właśnie Sowi Pazur zwolnił, trzymając krok z ciepłym szczeniakiem, kiedy inni byli z przodu. Zastępca chciał się dowiedzieć oczywiście, co już przerabiali na treningu z Lekkim Sercem. W końcu dla niego Ciepła Łapa zawsze będzie dzieckiem, a dzieci nie kłamią. Nie oszukujmy się, Sowi Pazur jest tym typem psa, który nie ma poczucia czasu. Jakby żył w dzisiejszych czasach najpewniej powiedziałby „Czekaj… to rocznik 2003 to już nie dzieci?”, chociaż Sowi Pazur to pewnie byłby rocznik 1970-1985 r., to dla niego wszyscy z młodszego rocznika to dzieci. Nie znają życia skurwysyny. 
— Co już przerabialiście na treningu z Lekkim Sercem? —  spytał wprost wojownik — Oprócz polowania. – Wtedy to już pamiętał, że sam z nimi polował. 
Dla niego Ciepła Łapa wciąż miał z 7 księżyców. Kiedy w rzeczywistości miał ponad 12. Jak ten czas szybko leci. 
— Nauczył mnie kodeksu, przetrwania w mieście, polowania. Dosyć dużo jak na razie —  stwierdził uczeń. 
Sowi Pazur analizował przez chwilę fakty. Patrol zalicza się jako trening. Kiwnął w końcu głową. 
—  Dobrze —  chrząknął — A więc dzisiaj zaliczysz patrol, zaliczy ci się tam do treningu. 
Wojownicy, a raczej wojownicy wraz z uczniami przeszli przez większość terenów granicą z Tenebris. Był to zwyczajny patrol. Nic ciekawego się nie wydarzyło. A przynajmniej wtedy jeszcze się nie wydarzyło. Sowi Pazur wycofał się, obok niego był Ognisty Mak. Jagodowa Mgła ciągle narwana była z przodu. Omszona Łapa wraz z Ciepłą Łapą maszerowali obok siebie. Nic przecież nie mogło się złego stać, gdy wracali do obozu. Jednak w końcu, gdy doszły do uszu po bratańców słowa Jagodowej Mgły, sam Sowi Pazur był zdziwiony.
< Ciepła Łapo, wiesz co robić. >
[ 888 słów, Sowi Pazur otrzymuje 8 punktów doświadczenia]

7 lipca 2021

Od Ciepłej Łapy CD Sowiego Pazura

 Akcja się dzieje, przed: zostaniem uczniem przez Ciepłą Łapę, zabraniem przez dwunożnych Żabki, dojściem Szarej Skały do klanu (oraz śmiercią Sroczej Łapy) oraz partnerstwem Rzepakowej Gwiazdy i Sowiego Pazura.
W mieście każda rzecz wydawała mu się bardzo krzykliwa. Ciepłek nie był przyzwyczajony do tego typu rozgardiaszu. Początkowo nie poczuł przez to głodu, czy większego uszczerbku, na częściowo zregenerowanych snem, siłach. Nie ukrywał, że nie było to miejsce, które był w stanie polubić.
Szczeniak był święcie przekonany, że rynek sam w sobie już jest miejscem nieprzyjemnym i ciężkim do życia, jednak prawdziwy szok przeżył dopiero na targu. Brudna, wyjeżdżona, lekko zabłocona ziemia. Stragany pełnie różności, od jedzenia po wątpliwej jakości majtki. Najgorszy jednak wydał mu się tłum ludzi, który się po nim przewijał. Może ktoś częściej odwiedzający targi stwierdziłby, że była ich raczej ilość standardowa, jednak dla szkraba pierwszy raz widzącego dwunożnych, ilość ta była zatrważająca. Nie pomagał temu fakt, że prawie bez przerwy jakaś stara baba zaczynała się wydzierać, jakie to zajebiste nie są jej jajka, kapusta czy inne legginsy w panterkę.
Gdyby nie trzymał się ogona Sowiego Pazura, możliwe, że bardzo szybko by się zgubił. Tyle nowych dźwięków, tyle nowych obrazów, a przede wszystkim tyle nowych zapachów. Przeszli tyłem straganów obok jedzenia. Gdyby Ciepły nie był sobą, już dawno zapomniałby o swojej misji, po czym rzuciłby się w wir zwiedzania tego strasznego, ale także fascynującego miejsce.
— Nie ociągaj się — ponaglał opiekun co kilka metrów, zerkając przy tym za siebie.
Tą metodą dotarli do części z bardziej ogólnym asortymentem. Prawdopodobnie, gdyby dobrze poszukać, można by znaleźć tutaj cokolwiek dusza zapragnie. Od proszków z Niemiec do slimów dla kaszojadów z przeciwstawnymi kciukami. Doszli w końcu do stoiska z pluszakami, gdzie też zatrzymał się starszy pies. Nawet nie rzuciwszy okiem na stragan, odwrócił się przodem do szczeniaka i zaczął cichym tonem, by odwrócony tyłem, dość szeroki sprzedawca ich nie usłyszał:
— Widzisz… nie zawsze znajduje się to, co…
— Zobacz, ten będzie idealny — przerwał mu Ciepły, który w tym czasie zdążył już omieść wszystko wzrokiem.
Prawdopodobnie był to cud, że udało im się w ogóle znaleźć coś, co zbliżone było wyglądem do Meszka. Zdecydowanie jednak dla Sowiego był to bardziej ból w niższej partii pleców niż dar od Gwiezdnych, ponieważ wskazana przez syna Rzepakowej maskotka była zdecydowanie za wysoko by tak po prostu zerwać ją ze sznurka.
— Przecież jej nie dosięgniemy — zauważył już z lekkim zmęczeniem w głosie, bo właśnie oto dotarło do niego, że ten durny plan ma szansę się udać i dzieli ich od tego jedyne półtora metra ponad głową Pazura.
— A gdybyś tak spróbował odbić się od tego niedźwiedzia i dosięgnąć tej statuetki?
— Co? Jaki niedź… — zdziwił się zastępca, ale w mig pojął, co malec ma na myśli.
Przyjrzał się uważnie mężczyźnie, siedzącemu na chwiejnym taborecie. Teoretycznie jego plecy były na tyle szerokie i pod odpowiednim kątem. Ale nie! To przecież czysta głupota, żeby się w coś takiego władować! Poza tym musiałby najpierw pozbyć się… Ciepłka? Sowi rozejrzał się wokół, po czym jego wzrok spoczął na szczeniaku oddalonym od niego już o dobre kilka metrów. Wspiął się do donicy jakiejś rośliny, w której nijak nie było go widać. Odwrócił się i po chwili wystawił tylko głowę i przednie łapy. Z tego ukrycia obserwował z wyczekiwaniem swojego opiekuna, który w tym momencie, w myślach lub pod nosem, rzucał wiązankami, których pijany szewc w barze by się nie powstydził. Wziął lekki rozbieg i wykonał z pewnego rodzaju gracją plan, który szybko mógł okazać się katastrofą. Złapał w zęby wypchanego psiaka, a kiedy tylko wylądował, zaczął uciekać. Z trudem dogoniły go nawet wyzwiska rzucane przez zaatakowanego człowieka. Teraz jedyne, co było ważne to dać nogę z obszaru zagrożenia. Co, tak notabene, nie było trudne. Wystarczyło, że Pazur zrobił małe koło wokół targu, a wkurzony, acz leniwy, facet dał sobie spokój z gonieniem go, po czym zajął na powrót swoje miejsce.
Ciepłek czekał na jego powrót chwilę, następnie drugą oraz trzecią, aż w końcu jakiś pies przysłonił mu światło słońca. Nie był to jednak, jak się spodziewał pysk Sowiego, a jakaś czarna suczka. Szczeniak nie do końca wiedział jak reagować, ale na szczęście członkini Flumine zaczęła mówić:
— Hej — powiedziała łagodnie — czemu siedzisz w doniczce?
— Nie mogę rozmawiać z obcymi — fuknął tylko w odpowiedzi maluch.
— Jestem Mała Kropla i należę do Flumine, a ty jesteś na naszym terenie, dlatego powinieneś przedstawić się i odpowiadać na moje pytania — odparła tym razem nieco chłodniej.
W pierwszym momencie syn Rzepakowej chciał odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Później przypomniał sobie słowa zastępcy i szybko zmienił zdanie. Nie mógł powiedzieć nikomu o ich tajnej misji! Wtedy na pewno chcieliby wykorzystać słabość jego matki w tej trudnej chwili. Nie mógł na to pozwolić.
— Więc… nazywam się Ciepłek, schowałem się tutaj przed takim dużym, groźnym psem i jak mnie znajdzie, to pewnie zabierze daleko stąd — wyjaśnił z pełną powagą, nie do końca zauważając swój niefortunny dobór słów.
Jak na komendę zjawił się przy nich Sowi z pluszakiem w zębach. Odłożył go chwilowo na ziemię, widząc, w jakiej znaleźli się sytuacji.
— A więc tu jesteś! — zaczął od razu grać, kto by się spodziewał, że jest także świetnym aktorem?
Ciepłek pisnął i znów schował się w doniczce, chcąc pokazać, jak to wcale nie ma ochoty nigdzie z nim iść. Wyszło mu to nad wyraz przekonująco. Mała kropla wyglądała na zaskoczoną. Nic nie rozumiejąc, przybrała postawę obronną. W pierwszej kolejności zamierzała jednak bronić malucha, a dopiero później terenów swojego klanu.
— Hej! Ja znalazłam go pierwsza — powiedziała, nie zważając na swoją niewielką posturę.
Tym razem to Pazur nic nie rozumiał, ale zdecydował się grać dalej.
— Ach tak? — zapytał, chciał wybadać nieco teren.
— Tak! Znajdź sobie własnego szczeniaka z doniczki. Chyba że chcesz mieć całe Flumine na ogonie! — zagroziła.
— Ale TO właśnie, kurwa, jest MÓJ szczeniak z doniczki! — odparł zastępca, jakby stwierdzając, że poprzez przekleństwo ta mała suczka zrozumie, o co mu chodzi.
O dziwo podziało to. Znaczy się, nie przekleństwo, a podkreślenie, że szczeniak jest konkretnie jego. Drugim już dzisiejszego dnia cudem do Kropli dotarło. Oczywiście nie była to prawda, ale sugestia, że Ciepły jest synem Sowiego, najwidoczniej wystarczyła, by nikt nie chciał ryzykować porywania go. Mógł w końcu skończyć z podobnym charakterem, a to byłoby straszne.
— W takim razie powinniście się stąd jak najszybciej zabrać — rzuciła z lekką wyższością w głosie, jakby chciała ukryć swoją porażkę.
Malec zaczął wolno wygrzebywać się na ziemię, ale widząc jego problemy, Pazur po prostu sam go wyciągnął. Skinął lekko Małej kropli, wziął pluszaka, po którego przyszli w zęby i ruszył w drogę powrotną.
— Moment, ale po co wam ten… — zawołała za nimi Mała, ale oba psy z Industrii oddaliły się wystarczająco szybko, żeby nie musieć tłumaczyć tej niedorzecznej misji.
Tym razem droga była równie męcząca, chociaż żaden z nich aż tak tego nie odczuwał. W końcu wracali do domu po tym całym absurdalnym dniu! Może to i dobrze, bo ciężko byłoby Sowiemu nieść coś więcej niż Ciepłka, a na pozostawienie podobizny na pewno spotkałoby się z protestami.
Ich nastroje popsuły się, dopiero gdy dotarli prawie do celu. Wtedy w ich głowach zaczął znów odżywać obraz z plaży i zbliżające się konsekwencje.
— Mamo… — zaczął młody, łamiącym się głosem, wchodząc do magazynu, gdyż zastępca nadal trzymał w pysku zabawkę.
Nie dokończył jednak, bo oto wypadł na niego Meszek. Cały, zdrowy, żywy. Ten wielki szok całkiem go zamurował. Po raz kolejny tego dnia całkiem nie wiedział, co ze sobą zrobić. Zdążył już pogodzić się w pewien sposób z jego stratą, a teraz nagle okazało się, że jest cały i zdrowy. W dodatku na tyle, by unieść kpiąco brew i zapytać:
— Co? Sowi Pazur w końcu znalazł ci przyjaciela?
Dla Ciepłego ta zgryźliwość nie była jednak ważna. O nie, kochał swojego brata, niezależnie od tego, jak cynicznym bucem był i nigdy nie zamieniłby go na innego. A już na pewno nie chciał, by stała mu się jakakolwiek krzywda.
— Nic ci nie jest! — wykrzyknął z pełną radością w głosie.
Z Sowiego także zeszedł już cały szok, dlatego jakby nigdy nic puścił pluszaka, po czym klnąc cicho, przeszedł obok nich do środka, żeby chwilę później walnąć się wygodnie na posłaniu.
— A co mi niby miało być? — zdezorientowany Mech przekręcił łeb na bok, śmiejąc się cicho. — Aww, martwiłeś się o mnie? — Wyszczerzył zęby w typowo szyderczy dla siebie sposób.
Jak zwykle brak mu było litości dla szczerej, bezinteresownej dobroci, ale w tym momencie nic nie było w stanie zdenerwować Ciepłego. Jego brat żył. Żył. Koniec i kropka. Niezależnie w jak dupkowatym stanie się w tym momencie znajdował.
— Tak. Kiedy szukałem cię z Sowim Pazurem, trafiliśmy na zmarłego, przypominającego ciebie, to było straszne! — wyjaśnił mu nadal tym zaaferowany.
— Nie mów, że boisz się zwłok — prychnął z lekką pogardą starszy szczeniak. — A po co wam to coś?
Przy tych słowach skinął na najlepszą podobiznę samego siebie, jaką udało znaleźć się na targu.
— Wiesz… Myśleliśmy, że nie żyjesz i mama źle to zniesie, więc chcieliśmy przynieść jej coś, co będzie jej o tobie przypominać — wytłumaczył spokojnie jak dziecku.
— I wybraliście to? — parsknął. — Taka marna imitacja miała jej mnie zastąpić? Mogliście sobie darować.
W tym momencie, widząc, że jego brat nie jest w stanie tego zrozumieć, po prostu zaczął ciągnąć zabawkę do środka. Nie chciał mówić mu żadnych niemiłych słów, wiedział, że i tak nie pomogą, a tylko będą się przez nie kłócić. Tego dnia nie miał na to najmniejszej ochoty.
— Mamo! — powiedział do Rzepakowej Gwiazdy, chcąc zwrócić jej uwagę, po czym kontynuował. — Zobacz, jaki zdobyliśmy dla ciebie prezent, to statuetka przypominająca Meszka.
Gwiazda podniosła wzrok z Żabki, a gdy zobaczyła maskotkę, podeszła bliżej, obejrzała ją i wydała werdykt:
— O rany, jaka ona śliczna! Skąd ją wytrzasnęliście? Wygląda dokładnie jak Meszek!
— Byliśmy… — zaczął szczeniak, ale napotkawszy ostrzegawcze spojrzenie Pazura, szybko zmienił myśl — na plaży. Dużo tam różnych znalezisk. 
<Sowi?>
[1577 słów: Ciepła Łapa otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

18 czerwca 2021

Od Sowiego Pazura CD Ciepłka (Ciepłej Łapy)

 Akcja się dzieje, przed: zostaniem uczniem przez Ciepłka, zabraniem przez dwunożnych Żabki, dojściem Szarej Skały do klanu (oraz śmiercią Sroczej Łapy) i partnerstwem Rzepakowej Gwiazdy i Sowiego Pazura.
To komplikuje sprawę… a nawet bardzo. Dla Rzepakowej Gwiazdy przecież szczeniaki to są jej ukochane skarby, a tym bardziej że są one jedyną pamiątką po już nieżyjącym partnerze, Oszronionej Gwieździe. Co daje problem, na pewno nie chciałaby, aby okazało się, że jej syn Meszek nie żyje. Kocha ich wszystkich. Nawet jak to tylko liderka klanu, nie przeżyłaby tego. Co prawda, ma jeszcze ma tę Żabkę i tego Ciepłka, jednak no kurde, sam by nie chciał, aby jego dziecko uciekło i zginęło po drodze. No, chyba że byłoby tak denerwujące, jak Meszek, wtedy to inna rozmowa. Tak czy siak, na pewno suczka musi kochać swoje szczeniaki, zdziwiłby się, gdyby nie przejmowała się nimi. Byłby to wielki szok. Nawet bardzo wielki, przecież to matka. Gorzej teraz będzie z wytłumaczeniem jej, jak do tego doszło. Nie powie jej przecież, że nie dopilnował jej dziecka, bo to nawet nieprawda. Wszyscy pamiętają, jak to się zaczęło, a przynajmniej powinni. Kurwa! Sowi Pazurze myśl, co mógłby zrobić taki wspaniały, mądry i szanowany zastępca zrobić… myślał i myślał. Jest! Ha! Może przecież udawać, że nic się nie stało, może nie zauważy, że zniknął, a wtedy nie będzie na niego. Nie no, idealny plan Sowi Pazurze.
— Znajdziemy zastępcę dla Meszka — powiedział poważnym tonem Ciepłek.
Sowi Pazur spojrzał na niego zdziwiony. Zaraz co? Jednak nie to go bardziej zastanawiało. Ciepłek starał się być silny, z tego, co widział. Jednak przecież przed chwilą był załamany. A teraz próbował wziąć się w garść. Nie trudno było stwierdzić, że taka poważna mina szczeniaka była bezcenna. Jednak… co prawda, nie z jego przyczyny, jednak szczeniak próbował być twardy. Ach! To przecież z niego bierze przykład. Nie można zaprzeczyć, że lekka duma go wtedy wzięła. Jednak nie pokazywał tego po swoim pysku.
— Jak? — zapytał w końcu równie poważnym tonem Sowi Pazur.
Ciepłek w tej chwili trochę zwątpił? Tak pokazywała jego mimika pyska, jednak wziął parę wdechów i zaczął mówić. Prawdziwy wojownik z niego się robi!
— Pójdziemy na tereny Flumine i weźmiemy podobiznę Meszka — powiedział już pewniej szczeniak.
Sowi Pazur kilka razy zamrugał oczami. Słucham? Na tereny Flumine? Czy on nie zna się na kodeksie?! A no tak, to szczeniak. Ale oni tak po prostu nie mogą iść na tereny obcego klanu i bum, sobie wrócić. To nierealne. Naprawdę, dobry pomysł, ale Sowiego Pazura jest lepszy, czemu? Bo jego. Chyba logiczne, no w końcu, Sowiego Pazura pomysły są najlepsze.
Zanim zdążył się obejrzeć, już zobaczył, jak szczeniak zaczął człapać do opuszczonego domku. Wojownik ruszył za szczeniakiem. Cieszył się, że potrafi podjąć decyzję, gorszą czy lepszą, jednak… no taką? Musiał?
— Jesteś pewny mały? — powiedział, a raczej burknął cicho pod nosem Sowi Pazur.
Szczeniak, który prawdopodobnie nie zrozumiał, jego burknięcia szedł dalej. Dorosły kompletnie już zirytowany tym, że teraz będzie wrobiony w szukanie zabawki podobnej do Meszka, przewrócił oczami. Na Gwiezdnych… teoretycznie, mógł zaprzeczyć, Ciepłek nie byłby chyba na niego „zły” prawda? Racja, on z niego bierze przykład. Jednak uczenie się na błędach jest bardzo dobrym sposobem. W takim razie zadanie jest proste, potakiwać i danie mu samemu decydować o podróży. Najwyżej zginą. Będzie miał wyrzuty sumienia ten zafajdany szczeniak do usranej śmierci, jak nagle Sowi Pazur zginie bohatersko, broniąc go przed dwunożnymi lub wojownikami z Flumine.
Droga może i wydawała się krótka, jednak z krótkimi jeszcze łapami Ciepłka była cięższa. W tym pojawiał się problem. Musiał co chwilę zwalniać, a ten piesek robił się coraz bardziej zmęczony, ale człapał dzielnie tymi łapkami.
— Chcesz dalej iść? — zapytał w końcu Sowi Pazur, dając mu jeszcze drogę odwrotu.
— To jest wyjątkowa sytuacja, Sowi Pazurze — zaczął szczeniak. — Wiem, że to nie według kodeksu, jednak musimy tam iść. Rzepakowa Gwiazda się załamie… a oboje tego nie chcemy. Nie powinniśmy, jednak dla mamy, warto.
Jednak Ciepłek nie skorzystał z tej sytuacji, jak widać. Tak nie powinno być… tak nie powinno być. Już miał ochotę się na niego wydrzeć, że tak nie powinno się robić. Jednak nie… musiał się powstrzymać. Zasada, jaką sobie postawił, musi być spełniona, tak czy siak, przemyślał lekko słowa szczeniaka. Wygląda na to, że czasami też nawet taki wspaniały wojownik jak Sowi Pazur się uczy czegoś. Rzepakowa Gwiazda też nie byłaby zadowolona, prawda. Schylił pysk do karku szczeniaka i podnosi go. Na Gwiezdnych! Co on przytył?! Kiedy się urodził, jeszcze nie był taki ciężki. A no tak, dorasta. Jak to szczeniaki. Sam już co prawda nie pamięta tych księżyców, jednak… on też wtedy był taki brzydki? Nie no, to niemożliwe. On zawsze był przystojny… o ile można szczeniaka nazwać przystojnym. Nie no, raczej… chyba? Według niego tak i koniec kropka. Niemożliwe, aby on też kiedyś był taką grubą kupką sierści.
Idzie, idzie i idzie z tym Ciepłkiem w pysku, a coraz bardziej ma wrażenie, że ten mały już śpi. Taki rozluźniony jest… dziwne. Ty! A może on też już nie żyje? Nie! Przecież on nie może zostać tylko z tą Żabką! Przecież on z nią nie wytrzyma. Ona jest taka wredna! A za to on jest taki milutki, no i oczywiście idealny! Przecież to logiczne, ona mu zazdrości jego perfekcyjności pod każdym względem. Nawet w takim młodym wieku to już zauważyła. Dosyć bystra jest w takim razie. Jego myśli, na temat jego idealności przerwało ziewnięcie Ciepłka. On zaraz naprawdę mu tu uśnie! Czego mógł się spodziewać po szczeniaku? No ale dobrze, niech zaśnie. Dojdzie z nim do tego miasta i wstanie tak? Miał przynajmniej taką nadzieję.
Sowi Pazur nie jest aż taki głupi, aby przejść konkretnie obok opuszczonego domku, czyli obozu Flumine, a przynajmniej tam na logikę mają obóz. Przynajmniej nie są chyba aż tacy głupi, aby wybrać sobie miejsce w gnieździe dwunożnych. A przynajmniej miał taką nadzieję, dlatego truchtem, oczywiście trucht z gracją a co, ominął prawdopodobny obóz Flumine. Chociaż i tak najprawdopodobniej wyczują jego zapach na patrolu, to i tak tylko po to, aby pokazać szczeniakowi, że nie ma racji, idzie dalej. Ruszał się między różnymi gniazdami. Jednak to była bardziej okolica, gdzie większość z nich była brązowa, czy też po prostu szara. Również większość z nich nie wyróżniała się spośród innych. Każdy miał taki sam kształt, a na samym dole tych „obozowisk” wejścia do nich. Gdy dwunożny wchodził do nich jakiś wysoki oraz denerwujący dźwięk się wytwarzał ze złotego kwadratu. Niestety, Sowi Pazur nie wiedział co to i za bardzo nie chciał wiedzieć co to. Bardziej go interesowało, czemu dwunożni nie zwracają na niego uwagi. Po długich przemyśleniach doszedł do wniosku, że to chodzi o to, że wojownicy z Flumine już ich nauczyli, że oni tu przebywają. Gratulację dla tych wojowników. Jednak gdyby nagle tak dużo z nich szło grupą… na pewno ich by to zaniepokoiło. Na szczęście, gdy jest tylko on i śpiący szczeniak nie jest to chyba aż takim zagrożeniem… Hycel. Tak, trzeba uważać. Widział też jakieś dziecko, pokazujące czymś różowym na syna Rzepakowej Gwiazdy, odruchowo Sowi Pazur zmarszczył nos i przyspieszył trochę kroku. Jednak racja, już go też zaczęły boleć łapy.
Po dosyć długiej drodze, w końcu dochodzą na rynek, a gdy już Sowi Pazur położył szczeniaka, obok fontanny usłyszał jego ziewnięcie. Oho! Obudził się królewicz. Spojrzał na niego. Tylko proszę, aby nie wpadł do wody, będzie jeszcze gorzej.
— Wypocząłeś? — powiedział, jednak niechcący wyszło to tak, jakby Sowi Pazur miał mu to za złe.
Ciepłek powoli otworzył oczy, oczywiście, jeszcze musiał się rozbudzić mały.
— Mhmm… — szczeknął cicho.
Zastępca już myślał, że zaraz powie, że jest głodny. No pewnie, że będzie. Psy są prawie zawsze głodne. Jednak gdy już miał myśleć o tym, jaki to on wspaniały, że nie jest głodny, aż mu skręciło żołądek. Tak, też był głodny. Kto by się spodziewał… w takim razie, wypadałoby coś upolować. A no tak, nie są przy magazynie lub w nim. Nie znajdzie myszy przynajmniej. Rozejrzał się po rynku, na Gwiezdnych czy on będzie musiał żebrać od dwunożnych? Cóż za upokorzenie… Spojrzał jeszcze raz na Ciepłka… nie będzie mógł wykorzystać jego zmęczonej mordy. Wziął głęboki wdech. Najwyżej zginie lub zostanie złapany, a Ciepłek zostanie pieszczochem, idealny plan, czyż nie?
A więc ruszył ojc- zastępca na polowanie na pizzę dwunożnych. Oczywiście sam nie wiedział, co to jest, jednak pachnie… dosyć smacznie? Trudno, najwyżej odwiedzi umierającego medyka, czyli Sroczą Łapę. Spojrzał na jakąś… chyba rodzinę dwunożnych i cicho jak mysz pod miotłą podchodzi do najmłodszego ich członka, który jeszcze z pieluch korzysta. Usiadł przed nim. Uhhh… cóż za upokorzenie — pomyślał tylko jeszcze, przewracając oczami. Spojrzał po chwili swoimi brązowymi oczami na młodego, skomląc cicho, aby dorośli nie usłyszeli. Dziecko tylko się zaśmiało i uderzyło czymś małym i metalowym w łeb Sowiego Pazura… coś na wzór wideł, ale małych. Ałł! O nie! Wiedział, że tak się skończy, podniósł się i zabrał coś szybko ze stołu i spieprzył. Zatrzymał się jeszcze w połowie drogi. Położył na chwilę na ziemi pizzę, po czym spojrzał jeszcze na rodzinę.
— Pierdol się! — warknął na tego dzieciaka, który pewnie nawet zapomniał już o zastępcy, a ten odwrócił się na pizzę, którą już próbowały jeść gołębie. — Hej! Wy ku... — nie dokończył i już chciał przygnieść do ziemi jednego z gołębi, jednak nie zdążył. Wziął znowu pizzę w pysk i wrócił do szczeniaka.
Spojrzał na niego, który już chyba gotowy do drogi był. Położył przed nim jedzenie, a ten spojrzał na zastępcę zdziwiony.
— Dla mnie? — powiedział, mrugając kilka razy oczami. — Co to?
Sowi Pazur nie za bardzo też wiedział co to, jednak… mięsko jest? Jest. Tylko te żółte… nie wiedział co to. Jednak wyglądało i pachniało… jak jedzenie, więc czemu nie? I tak już są na terenie wroga.
— Jedzenie dwunożnych — odpowiedział po zastanowieniu Sowi Pazur. — Czasami trzeba im je ukraść, jeśli nie ma nic innego do jedzenia.
Mądry szczeniak kiwnął raz głową, schylił głowę do owego jedzenia i wziął kęs, Sowi Pazur też wziął, jednak oczywiście nie chciał zabrać wszystkiego, to wziął może z trzy małe.
Zjedli… odpoczęli parę chwil, więc mogli ruszać dalej. W końcu postanowili, że to pora ruszyć dalej. Sowi Pazur wstał leniwie i rozejrzał się po rynku. Myślał, że jak będzie już słońce się chowało, będzie mniej dwunożnych. Mylił się, było ich coraz więcej. Spojrzał w końcu na szczeniaka.
— Idziemy? — zapytał.
Chociaż i tak nie czekał na odpowiedź, tylko ruszył już w stronę targu. Przynajmniej teraz byli najedzeni, jednak dalej ta podróż się ciągnęła… No przynajmniej teraz Ciepłek nie będzie narzekał, że jest zmęczony. Chyba… miał taką nadzieję. Chociaż ten dzieciak nigdy nie narzeka, są plusy, jakieś. Będą też, jeśli się Ciepłek nauczy na swoim błędzie, że to był zły pomysł, że tutaj przyszli.
W końcu zastępca wraz ze szczeniakiem chyba dochodzą na targ, był tu mniejszy tłok, o dziwo, jednak spojrzał na szczeniaka. Droga też już go nawet męczyła, nawet po odpoczynku krótkim. Jego małym marzeniem teraz było po prostu położenie się na legowisku. Jednak nie, musiał tutaj być ze szczeniakiem, bo ten sobie podjął misję… co prawda, misje są dobre, to prawda… jednak aż taka odważna? Rozejrzał się, czy znajdzie tutaj jakiegoś psa, zobaczył. Co prawda, był to pieszczoch podpięty jakimś sznurkiem do łapy dwunożnego, do tego strasznie mały był ten pies. Jednak we wzroście Ciepłka był… walki! Tak, idealna walka. Ciepłek VS Pieszczoch. Będą mieli może szanse między sobą. Jednak nie teraz, może potem. Odwrócił wzrok na szczeniaka.
— Jak nas ktoś złapie, to pamiętaj — mówimy, że mi uciekłeś, jasne? — warknął cicho na szczeniaka, dając do zrozumienia, że nie chce, jego odmowy.
<Ciepła Łapo?>
[1861 słów: Sowi Pazur otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia]

25 maja 2021

Od Ciepłka CD Sowiego Pazura

TW: krwawe sceny, opisy zwłok

 Jak na złość, ten jeden raz, kiedy Ciepłek miał jakiekolwiek pole do popisu, jego brat musiał robić mu na przekór. W dodatku całkiem nieświadomie! Szczeniak już od pewnego czasu liczył na jakąś poszlakę, ale nic takiego się nie pojawiło. Śladów — brak, zapachu — brak, choćby sierści na ziemi — brak. Młody nie śmiałby przyznać, by technika ich poszukiwań była nieskuteczna. W końcu zastosował ją sam Sowi Pazur. Niestety, chcąc nie chcąc, efekty były marne. Właściwie to wcale ich nie było.
Na wspomnienie o prawdopodobnym powrocie Meszka do obozu, Ciepłek nieco się zawahał. Nie było to całkiem oderwane od rzeczywistości, ale z drugiej strony do tej pory jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by wrócił tak szybko. A jak wiadomo, najlepiej zakładać najgorsze.
Równie mocno zmieszała go niewiedza starszego psa odnośnie do tych eskapad. Tyle razy już się odbyły i nadal ta informacja nie dotarła do zastępcy? To graniczyło z cudem.
Dalsza droga, zbytnio się od poprzedniego jej fragmentu nie różniła. Docierali do jakiegoś teoretycznie strategicznego miejsca, gdzie młody próbował złapać trop, którego nigdzie nie było. Naprawdę mało brakowało, żeby Ciepłek zgodził się na powrót do obozu. Wszystko było na nic, nieważne jak się nie starał. Powoli zaczynały boleć go łapy i, zrządzeniem losu, znowu jakby zbierało się na deszcz. Gdyby choć jedna rzecz była po jego myśli, na pewno tak szybko by się nie zdemotywował. Zanim jednak zdążył oświadczyć wszem wobec swoją kapitulację, przez głowę przeszła mu myśl o czymś tak gorszącym, że aż zastanawiał się, jak przekazać ją zastępcy.
— A co jeśli… Meszek przekroczył granicę? — zapytał w końcu powoli i dość niepewnie, zrównawszy krok z Sowim.
Zastępca przystanął w zastanowieniu. Po czym jego pysk przybrał zirytowany wyraz. Nie denerwował go sam szczeniak, a to jak realne mogły się okazać jego słowa, a tym samym zagrożenie czyhające na drugiego syna Rzepakowej.
— Jeśli to prawda to dopilnuję, aby za to zapłacił — rzucił powoli, po czym dodał bardziej do samego siebie — Jeszcze tego brakowało, aby ten szczur tak bezkranie wychodził...
Ciepłek zmieszał się, słysząc jego ton. Poczuł też na sobie presję, aby poprzeć czymś swoje słowa. Nie chciał, żeby brzmiały jak zwykłe oskarżenia bez najmniejszego poparcia.
— Wyjaśniałoby to brak śladów — skomentował.
— Gówno nie lata, nie mógł nigdzie polecieć czy zniknąć. — Napięcie zastępcy coraz łatwiej można było odczytać w jego słowach i ruchach. — Nie ma chyba tyle odwagi oraz siły.
— A co, jeśli poszedł w jakieś ciekawsze miejsce? — zapytał Ciepłek, dopiero łącząc ze sobą kropki.
— Ciekawy w waszym wieku powinien być żłobek... — mruknął cierpko jego tymczasowy opiekun, ale po paru sekundach nieco się zreflektował. — Meszek mógłby pójść... um... niedaleko? Nie wiem, kurwa. Plaża jest blisko, ale ten ciapciak nie mógł przecież AŻ tak daleko pójść.
— Właściwie to był już tam kiedyś — doprecyzował młody.
Miał wrażenie, że Sowi nie dostrzega wszystkich poszlak. W końcu na pewno się nie mylił prawda? Nie mógł tego robić, w końcu był wzorem.
— Czyli to nie pierwszy raz? — odparł mu zdenerwowany syk, po którym nastąpiło kilka niewyraźnych i prawdopodobnie niecenzuralnych słów, dopiero wtedy Pazur bardzo niechętnie przyznał: — Dobra... eh! Skoro był tam już raz, to może i drugi.
Szczeniak odczekał kilka, jego zdaniem zdecydowanie zbyt długich, uderzeń serca, licząc, że Sowi podejmie jakąś konkretną decyzję. Możliwe, że jeszcze myślał, ale w tamtym momencie Ciepłek był zbyt zaaferowany, by dać mu na to więcej czasu.
— Spróbujemy tam poszukać? — zaproponował.
Pytanie to wyrwało nieco starszego psa z odrętwienia. Skinął lekko głową.
— Tak, tak... idź przodem — rzucił i zatrzymał się, by obejrzeć za siebie.
Nie znalazł się jednak żaden śmiałek, który odważyłby się ruszyć za nimi, dlatego prawie od razu zaczął sunąć dalej.
Szli w kierunku plaży, a chłodny wiatr, wiejący od morza, targał ich futra. Mógł być to kolejny zwiastun pogarszającej się pogody. Chociaż żaden z nich nie zwrócił na to większej uwagi.
Trawa pod ich łapami zmieniła się w piasek, ale nadal młodego włóczykija nigdzie nie było widać ani czuć. Po raz kolejny ich chęci zostały wystawione na próbę. Sowi miał na końcu języka nakaz powrotu, gdy dotarli do bardziej dzikiego rejonu. Wzburzone fale wyrzuciły tam nie tylko śmieci, ale i wiele ciekawych przedmiotów. Były sporej wielkości muszle, tona patyków oraz kamieni. Ciepłek z zainteresowaniem ruszył przez stertę gratów, na chwilę zapominając o swojej ultraważnej misji.
Pazur nie zdążył nawet przywołać go do porządku, a już do jego uszu doleciał wysoki krzyk malucha. Doskoczył do niego w kilku susach i pożałował tego w praktycznie tej samej chwili, gdyż ujrzał powód przerażenia szczeniaka. Tuż przed jego łapami w swoich ostatnich, agonalnych ruchach podskakiwała średniej wielkości ryba. Ciepłek niesmakiem i przerażeniem schował się za opiekunem, nie czując się komfortowo nawet w pewnej odległości od paskudnej kreatury. Jakież było jego zdziwienie, kiedy żywa tarcza sama zaczęła, co by nie mówić, uciekać. A przynajmniej taktycznie się wycofywać. Młody, niewiele myśląc, ruszył w ślady Sowiego, prawie bliski płaczu. Dopiero gdy od wodnego zwierzęcia dzieliło ich kilkanaście długości ogona, oboje się zatrzymali. Czy raczej zastępca wyhamował, opanowawszy obrzydzenie i uznawszy, że odległość jest wystarczająca, a szczeniak wpadł w jego tylną nogę z impetem, także mimowolnie się zatrzymując.
— Co… Co to było? — zapytał wciąż przerażony, przez co po raz pierwszy w życiu się zająknął.
Starszy pies popatrzył na niego poważnie.
— Co to było? Śliskie, obleśne i dziwne stworzenie. Wielkie oczy, zawsze pływa w wodzie, ma dziwną skórę na sobie... W skrócie ryba.
Ryba, młody wiedział, że znienawidzi tę nazwę. Jedyne, co dał radę z siebie wydukać w odpowiedzi to ciche „Fuj”.
— Zajebiście, jednak lepiej jej nie dotykać, jeszcze się czymś zarazimy. To obrzydlistwo na pewno chciało Cię zjeść — spróbował nastraszyć go Pazur.
Szczeniak zrobił minę, jakby zaraz miał zwrócić śniadanie, ale na szczęście na wykrzywieniu się skończyło.
— Nie zbliżę się do tego, możesz być spokojny — powiedział, wciąż z niepohamowanym wstrętem.
Dopiero po tej krótkiej wymianie zdań odsunął się kilka kroków, bo w końcu przez głowę przemknęło mu, że naruszanie czyjejś przestrzeni osobistej w tak nachalny sposób, nie jest zbyt uprzejme. Czyn ten jakże wspaniałomyślny, nie był zgoła jednak fortunny. Tylna łapa Ciepłka spotkała się z dziwnym podłożem, całkiem różniącym się od piasku. Wcześniejsze przeżycie, które nadszarpnęło nerwy szczeniaka w połączeniu z tą niespodzianką, wyrwało z niego spanikowany pisk. Gdy tylko odwrócił się i zamiast ryby zobaczył jasny, gładki przedmiot wystający z piasku, odetchnął z ulgą.
— To jakiś biały kamień? — zapytał, uspokajając rozbiegane myśli.
Sowi zbliżył się, by zbadać przedmiot. Obwąchał go, schyliwszy głowę.
— Kamień? Nie. Nawet go nie przypomina. To kości... po czymś. Jakimś zwierzęciu. Nie żyje. Kto umrze, ten umrze i trudno. A ten, kto umarł, ten nie żyje — powiedział tonem wielkiego filozofa.
Młody nie był pewny, czy dobrze zrozumiał te słowa, chociaż zetknął się kilka razy z pojęciem umierania oraz nieżycia. Wiedział, że objawia się to brakiem reakcji, oddechu, a także odejściem do Gwiezdnych, ale jego umysł nie potrafił pojąć, czym to tak właściwie jest. Nie dorósł jeszcze do tego. Dużo większe wrażenie wywarły na nim same szczątki. Wiedział, gdzie powinny się one znajdować. Mianowicie wewnątrz ciała. Prawdopodobnie jedynie opanowanie jego opiekuna sprawiło, że nie zaczął panikować. W końcu, skoro to takie naturalne, dlaczego powinien się tym przejmować? Niezależnie od tego nie zmalała bynajmniej jego chęć powrotu do domu. Miał powyżej uszu tego śmierdzącego zgnilizną, ohydnie brudnego miejsca.
— Ja... chyba wolę wracać. Wszędzie tu jakieś paskudy, a nigdzie nie ma... — urwał, zauważając kilka długości od nich coś łudząco podobnego do futra jego brata.
Pobudzona do pracy wyobraźnia i niezbyt wyraźny obraz szybko pozwoliły mu połączyć kropki w dość tragiczny obraz. Mógł to być w rzeczywistości Meszek, któremu ta parszywa plaża zrobiła krzywdę? Skończyć jak ryba i „jakieś zwierze”? To nie mogła być prawda! Ciepłek przysiadł na piasku, czując, jak drżą mu łapy.
— Już? — zapytał Pazur, po czym dodał z lekką pogardą: — Jeśli jesteś zmęczony to mów, a nie używaj wymówek.
Odczekał sekundę, dwie, a gdy szczeniak nadal nie zareagował, podążył za jego wzrokiem. Możliwe, że przez jego głowę przeleciało coś w stylu „Co znowu?”. Nie wykluczone, że było to także okraszone jakimś siarczystym przekleństwem.
Podszedł do zwłok, po czym oznajmił na tyle głośno, by wystraszony młodzik mógł to usłyszeć z dystansu, w którym wciąż siedział:
— Cóż, przynajmniej już więcej nie zwieje.
Te na pozór, zwyczajnie wypowiedziane słowa miały moc uderzenia gigantycznego młota. Otrzeźwiły, a dosłownie sekundę później zmroziły syna Rzepakowej. Czyżby jego przypuszczenia były prawdziwe? To nie miało tak być! Sowi miał podejść i powiedzieć, że to na pewno nie jego brat. Wtedy wróciliby do domu, sprawdzić, czy go tam nie ma. Wszystko byłoby tak, jak powinno.
— Nie, nie, nie — wymruczał panicznie pod nosem.
— Wygląda na to, że nie żyje. Musisz się z tym pogodzić — dodał dorosły, samemu brzmiąc, jakby próbował odsunąć swoje emocje jak najdalej od tego wydarzenia.
Tak. Być. Nie. Mogło. Rodzina nie „nie żyła”. Zawsze były to psy z opowieści albo jakieś zwierzęta. Szczeniak nigdy nie słyszał tego określenia w stosunku do swoich bliskich. Może poza ojcem, ale jego nie poznał, dlatego nad tą stratą dawno przeszedł do porządku dziennego. Teraz czuł się okropnie. Zupełnie inaczej niż, kiedy o Oszronionym ktoś mimowolnie wspomniał „nie żyje”.
Z prędkością światła znalazł się przy zwłokach i równie szybko odskoczył. Głowa zmarłego znajdowała się pod wielkim kamieniem, spod którego wystawał krwistoczerwony piasek oraz kawałki różowawej brei. Młody nie wytrzymał. Odwrócił się, a później bezceremonialnie zaprezentował światu swoje śniadanie. Kilka chwil tkwił w szoku.
— To nie może być prawda — wyszeptał. — To… to na pewno nie mój brat! On nie mógł… – Z każdym słowem, zaczynał coraz bardziej w to wątpić.
Zaniósł się cichym płaczem, kiedy nadzieja całkiem go opuściła.
— To, że był — odparł starszy pies, subtelnie przechodząc na czas przeszły — twoim bratem nic nie zmienia.
Z jakiegoś powodu Ciepłkowi wydało się to strasznie absurdalne. Śmierć kojarzyła mu się z patosem, bitwą lub sławą. Pierwszy raz spotkał się z drugą twarzą wiecznego spoczynku. Byli na zdechłej plaży, gdzie wszędzie wokół znajdowały się śmieci i cuchnęło trupem, a zastępca lidera jego klanu mówił całkowicie bezbarwnie o jego zmarłym bracie. Potrzebował coś odpowiedzieć, cokolwiek, by nieco zająć poplątane myśli i gotowy do dalszego zawodzenia pysk.
— Jak… jak „jakieś zwierzę”? — rzucił pierwsze, co wpadło mu do głowy.
— W stopniu rozkładu sporo mu brakuje — odparł Pazur, jakby na pocieszenie — ale jeśli chodzi o brak życia to tak.
Wywołał tym kolejny napad histerii u swojego podopiecznego. Kompletnie nie wiedział co zrobić, a może po prostu nie chciał na to reagować, dlatego poczekał, aż szczeniak nieco się uspokoił.
— Co powiemy mamie? — zapytał młody, kiedy w końcu zdołał się jakkolwiek opanować.
— A co chcesz jej powiedzieć?
Sowi nie miał ochoty o tym problemie nawet myśleć, a co dopiero go rozwiązywać. Co takiego mogłoby paść? „Twój gówniak wyszedł poza nasze tereny i teraz nie żyje”? To tylko pogorszyłoby sytuację.
— Przecież na pewno zacznie okropnie płakać, jak się dowie… Co jak też umrze?!
Mało realny wydawał się zgon od samego lamentu, ale nie sposób było zaprzeczyć, że czas na ogłoszenie złych wieści nie był najlepszy. Można nawet powiedzieć, że nigdy nie ma na takie rzeczy dobrego momentu.
— Dobra, faktycznie, lepiej jej nie mówić — zgodził się starszy pies, bardziej myśląc o tym, że sam nie ma zamiaru przekazywać tej informacji Gwieździe.
Nie sposób było odkładać tego w nieskończoność, można było natomiast kupić sobie kilka dni na ułożenie odpowiedniego toku tej rozmowy.
— Chyba nie chcesz jej okłamać? Przecież zauważy, że go nie ma!
Ciepłek nie potrafił pojąć, jak inaczej mogą to załatwić. Rzeczywiście opcji pozostało mało, a sytuacja go przytłaczała, co łatwo dało się zauważyć. Nie mogli jednak tak po prostu wrócić i udawać, że nic się nie stało.
<Sowi Pazurze?>
[1886 słów: Ciepłek otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia]

16 maja 2021

Od Sowiego Pazura CD Ciepłka

Przez chwilę szli w ciszy szlakiem patrolu Sowiego Pazura. Z tego co sam zastępca widział, nudziło się temu szczurowi, znaczy szczeniakowi. Nic dziwnego, w końcu musiał znaleźć swojego brata, który wyszedł tak po prostu z obozu, głupie posunięcie. Do takich szczeniaków trzeba twardej łapy. Nie można być zbyt wyrozumiałym, jak Ojejciu! Wyszedłeś z obozu? Ale żyjesz? Ojejciu! Tyle dobrze! Następnym razem tak nie rób głuptasie. Oto błąd, szczeniak nie będzie zmieniać swojego zachowania, bo wie, że nic mu się nie stanie. Rodzic mu nic nie zrobi za karę? Szczeniak uzna, że takie wycieczki to nic strasznego. A potem skończy to się nawet śmiercią dla niego… Tego nikt nie chce. To oczywiste, jakoś nawet takie upierdliwe szczury się przydają. Według samej opinii Sowiego Pazura bardzo rzadko, a tym bardziej kiedy są tak wychowywane, jednak czasami się tak dzieje. Grzeczne szczeniaki słuchają, co mówią dorośli. Jedyny problem pojawia się kiedy próbują za wszelką cenę wziąć z nich przykład. Wtedy wychodzi to jeszcze gorzej, jak z opowieści starszych pewnie, próbują siebie nawzajem ratować. Tak samo jak Ciepłek. Szczeniak pewnie nasłuchał się opowieści o tym jak to psy siebie nawzajem ratują i wyszło, że jeden szczeniak próbuje uratować drugiego. Żyć nie umierać prawda? Jeszcze oboje zginą. Uch! A wy się jeszcze zastanawiacie, czemu Sowi Pazur nie przepada za szczeniakami i uważa, że są tylko obowiązkiem? Nie ukrywa tej opinii, gdyż to prawda.
W końcu kiedy doszli do jeziora, spojrzał na szczeniaka. Jak widział, ten szczeniak już czekał chyba na pozwolenie, aby móc szukać swojego brata, który wyszedł… nawet sam Sowi Pazur nie wiedział po co, jednak uciekł mu brat. Szczerze mówiąc, zdziwiło go, że to właśnie ten Meszek uciekł, prędzej się spodziewał, że Żabka wyjdzie sobie… czy coś. A tu się okazuje inaczej. Biorąc pod uwagę, że Ciepłek wydaje się dobrym dzieckiem… no cóż. Dzieci to dzieci, oby jako już dorosłe osobniki byli lepsi. Gdyż na chwilę obecną jego opinia się zgadza. Szkoda tylko, że za bardzo się zgadza. Ach! Ten Sowi Pazur, zawsze ma rację. No cóż. Wspaniałe i inteligentne psy zawsze mają rację. Cóż poradzić? Taka rola psa idealnego. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Achh… Sowi Pazur musi grać tę rolę, jak na razie podoba mu się. Gra tę rolę od swoich pierwszych dni… ach. Jakby tu się nie zakochać w swoim życiu? A bardziej w sobie samym.
— Tak, możesz — powiedział swoim poważnym głosem.
Ciepłek już chciał coś powiedzieć, jednak kiwnął głową. Zaczął, człapać poszukując zapachu.
Sowi Pazur nie był oczywiście aż tak zainteresowany szukaniem Meszka, skoro ucieka, to niech sobie pójdzie. Myślał, że ten pies ma trochę godności. Jednak jak widać, się mylił… eh te szczeniaki. Sprawiają wrażenie takie niewinne, a potem drugi pies musi ich szukać… No po prostu wstyd. Widać jak Rzepakowa Gwiazda pilnuje swoje śmierdziele. Szczeniaki to obowiązek, szkoda, że niektórzy tego nie rozumieją, mówiąc, że starają się być najlepszymi rodzicami. Zastępca położył się na pomoście.
Sowi Pazur za to umie się zająć takim szczeniakiem. Nawet jak nie chce. No i jaki dobry, że postanowił mu pomóc. Ach! Jaki Sowi Pazur jest wspaniały, mądry pomocny. Przecież Ciepłek na pewno gdyby Sowi Pazur się nie zgodził, błagałby o pomoc w szukaniu brata od takiego mądrego i wspaniałego wojownika jak on! To oczywiste. Widać, jaki jest mądry, przecież to oczywiste! Jednak nie. On nie chce szczeniaków. Już ma dość Ciepłka i jego gromady. Chociaż jest mała. Te psy są małe, a sprawiają więcej kłopotów. Obowiązek obowiązkiem… jednak widać, na jakim poziomie jest Sowi Pazur, a na jakim szczeniaki. Wygrywa inteligencją, wyglądem i wszystkim, czym można. Sowi Pazur wygrywa tak z każdym. Ach! I co on się dziwi, że ktoś chciałby być nim? Tylko głupek by nie chciał. Dlatego, po co to mówić? A no właśnie. Przynajmniej ma nadzieję, że te psy mają jakiś rozum i rozumieją, że to on jest tym wspaniałym.
Wojownik tak rozmyślając o sobie nawet się nie zorientował kiedy szczeniak już stał obok niego. Spojrzał na niego.
— Czego?
— Nie ma tutaj Meszka, Sowi Pazurze — odparł grzecznie.
— A pomyślałeś o tym, że może już być w obozie?
— Raczej nie wrócił… Meszek lubi wychodzić z obozu, chyba.
— To nie pierwszy raz? — podniósł głos.
Czy on sobie z niego żartuje? Przecież… jak tam można umyślnie wychodzić z obozu? Bez konsekwencji? Dobrze, wojownika to jeszcze zrozumie. Ucznia gorzej. Ale na Gwiezdnych! Szczeniaka? Ten szczur chyba nie wie w takim, razie co się dzieje w na zewnątrz. Jeszcze pójdzie na to, że przyprowadzi kłopoty klanu. Nie no wtedy już mu na pewno nerwy opadły i by go rozszarpał. A nie. To szczeniak Rzepakowej Gwiazdy. To nie może. Wspaniale.
— Um… Zn…
Sowi Pazur nie dał dokończyć szczeniakowi, próbował się trochę uspokoić, jednak to aż tak nie pomagało.
— Dobra, mniejsza — prawie to syknął. — Nie ma go tu? To wracamy.
— Ale może być jeszcze w innych miejscach, których tutaj nie przeszukałem.
Zastępca chwilę się zastanowił. Ehhh… przecież on z nim nie wytrzyma, znaczy z Meszkiem. Z Ciepłkiem jeszcze przeżyje. Ale z Meszkiem?
— Jest tu jego zapach?
— Nie.
— No to go tu nie ma — po chwili dodał, jakby robił uczniowi trening. — Tak samo jak ze zwierzyną, nie czuć jej, to jej nie ma.
— No dobrze…
W końcu Sowi Pazur mógł ruszyć w ciąg dalszy poszukiwania Meszka. Chociaż… musi? No dobrze, zgodził się. Niech już będzie… przynajmniej miałby pewność, że go znajdą. A przynajmniej taką miał nadzieję, jak przeszukają… jak miał nadzieję cały teren. Chociaż z łapami Ciepłka, może być gorzej… może połowę w jeden dzień wtedy? Trudno stwierdzić, nie jest matematykiem. Psy nie są matematykami.
<Ciepłku?>
[910 słów: Sowi Pazur otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

4 maja 2021

Od Ciepłka do Sowiego Pazura

Ekscytacja Ciepłka nie zmalała, nawet pomimo upływu kolejnych minut. Znał to na pamięć, ale i tak prosił Rzepakową co jakiś czas, by powtórzyła swoje słowa. Można by przypuszczać, że tym, czego szczeniak słucha z taką pieczołowitością, jest jakaś mrożąca krew w żyłach historia. Nic bardziej mylnego. Tym, co tak chętnie spijał z ust matki, był kodeks wojownika. Nie wydawał się on może długi, ale młody lubił raz po raz powtarzać wiedzę, którą miał już głęboko utrwaloną. Skoro jego planem było należenie do najbardziej elitarnych wojowników Indutrii, nie widział sensu czekać z nauką do wieku uczniowskiego. A nawet jeśli, mógł dzięki temu poświęcać czas swojego szkolenia na szlifowanie swoich niedoskonałości w innych dziedzinach. Oscylowali gdzieś przy punkcie siódmym, kiedy podeszła do nich młoda suczka w sprawie związanej z patrolem. Ciepłek już jakiś czas temu dowiedział się, że podsłuchiwanie nie należy do dobrych nawyków, dlatego całkiem od tej rozmowy się odciął.
Mimowolnie jego nieco znudzony wzrok zjechał bardziej w lewo, a ślepy traf chciał, że spostrzegł dzięki temu znikający za rogiem magazynu ogon Meszka. W tym momencie zapaliła mu się w głowie czerwona lampka. Niby nie chciał panikować. Mogło być tak, że jego brat zauważył coś ciekawego kilka kroków dalej i chciał lepiej się przyjrzeć. Niestety aż za często widział, że kończyło się to inaczej.
W pierwszej chwili Ciepłek chciał o tym poinformować Gwiazdę, jednak wydawała się zbyt zajęta rozmową. Uznał więc, że przerywanie jej z tak błahego, na razie, powodu, byłoby bardzo niegrzeczne. Wahał się kilka sekund nad rozwiązaniem tego problemu. Ciągle w pamięci miał ostatnią eskapadę, przez co przed samotnym pościgiem miał lekkie opory. Minęło kilkanaście uderzeń serca, Rzepakowa nadal rozmawiała, Meszek nadal nie wrócił. Ciepłek doszedł do wniosku, że tym razem postara się szybciej przemówić włóczykijowi do rozsądku. Podniósł się z trawy i ruszył w jego ślady.
Początkowo podążał za zapachem. Trudności zaczęły się dopiero wraz z kałużami. Szczeniak mimowolnie miał do nich swego rodzaju uraz, dlatego całą uwagę skupił właśnie na nich. Śliska ścieżka ani trochę nie pomagała. Kroczył ostrożnie, kompletnie straciwszy poczucie zarówno czasu, jak i przestrzeni. Pamiętał niby, jaki był jego cel, ale zatarł się między myślami pełnymi obrzydzenia. To znaczy jak mantrą powtarzanym w głowie „Fuj, fuj, fuj!”. Oczywiście jego brat zawsze, kiedy Ciepłek go zauważył, wybierał najohydniejszą, możliwą trasę.
Zanim się zorientował, był już na granicy. Nigdzie już nawet nie było czuć uciekiniera. Szczeniak nie miał pojęcia, w której części terenów Industrii aktualnie się znajduje. Aczkolwiek zbytnio by się nad tym nie zastanawiał.
Dość nagle, przynajmniej dla jego percepcji, przemknął tuż koło niego wielki cień, a chwilę później coś dużego i twardego stanęło przed nim. Oczywiście młody miał to szczęście, by wpaść prosto w przeszkodę, która wydała się zadziwiająco włochata.
— Co ty tu robisz? — Usłyszał groźne warknięcie.
Zdziwiło to nieco szczeniaka, w końcu kto słyszał o gadających drzewach na drodze, w dodatku posiadających sierść?! Kiedy jednak podniósł wzrok, poznał o wiele bardziej racjonalne wyjaśnienie tej sytuacji. Wpakował się prosto na zastępcę lidera swojego klanu, chociaż nie wydawał się tym nadto przejęty.
— Mój brat znowu uciekł z magazynu, a mama była zajęta, więc postanowiłem sam go przyprowadzić z powrotem — wyjaśnił dość pewnie Ciepłek, oczekując zrozumienia, a może nawet pochwały.
Prawdopodobnie, gdyby miał jakiekolwiek pojęcie, gdzie obecnie są, nie tłumaczyłby się z takim przekonaniem i swobodą.
— No i co? Dumny z siebie jesteś? Latasz za nim jak za patykiem — odparł na to wrednie starszy pies.
Było to w pewien sposób jak kubeł zimnej wody, który z impetem wylał się na głowę szczeniaka. Wywołało to u niego chwilę refleksji nad swoim zachowaniem. Czy był dumny? Trochę. Czy powinien tak się zachować? Z tonu Sowiego wywnioskował, że absolutnie nie. Czy faktycznie za często biegał za Meszkiem? Cóż… raczej tak. Ale czy uważał to za coś złego? Niekoniecznie, czuł, że to jego powinność. Nie chciał, by ktoś z jego rodziny łamał ustalone reguły, czy wręcz kodeks, kiedy mowa o przekraczaniu granic.
— Nie. Uważam to za mój obowiązek. Nie pozwolę mu na łamanie zasad — dał odpowiedź w końcu, gdy Pazur mógł się powoli zastanawiać, czy aby całkiem młodego nie zagiął tylko trzema zdaniami.
Szczeniak cały czas patrzył na niego uważnym wzrokiem, nie postrzegając tego za coś niegrzecznego, a raczej poświęcenie uwagi rozmówcy. Tym razem to on zmusił zastępcę do przemyślenia swoich słów.
— Tak, ale również, przy okazji sam masz ich nie łamać — zganił go Sowi, po czym zilustrował to przykładem. — Martwy medyk nie uratuje pacjenta, więc sam też musisz uważać na swoje bezpieczeństwo. Teraz to tylko pokazujesz, jak ty łamiesz zasady — pokreślił jeszcze raz na koniec.
Początkowo oczy Ciepłka aż zaświeciły się od tak cennej wiedzy i to ubranej w tak piękne, jak dla niego, słowa. Wraz z naganą pojawił się w nich jednak aż nadto oczywisty strach. To on nie przestrzegał reguł? W którym momencie? Mimowolnie zakręcił się nerwowo w miejscu, próbując dojść do tego, ale nie mając najmniejszego pomysłu, co mógłby zrobić źle, zapytał z pokorą:
— Złamałem je?
— Oczywiście. Nie powinno Cię tu być do czasu, kiedy nie zostaniesz uczniem, czyli w wieku sześciu księżyców.
—Tu, czyli gdzie? — Dopiero teraz szczeniakowi zaczęło coś świtać.
—- Na granicy z Tenebris? — podsunął starszy.
Był to swojego rodzaju moment realizacji. No tak, nie oddalił się o rzut kamieniem od domu, a jakimś cudem doczłapał aż do obcych terenów. Kiedy tylko połączył kropki, poczuł wielki napływ złości na swoją głupotę. Jak mógł tak łatwo sam siebie wrobić? Schylił lekko głowę, całkowicie gotowy na przyznanie się do błędu.
— Przepraszam, Sowi Pazurze, nie myślałem, że dotarłem tak daleko, ale zanim mnie ukarzesz, chciałbym się upewnić, że mój brat jest bezpieczny — powiedział ze skruchą w głosie.
Niezależnie od sytuacji w jego głosie brzmiała nuta przypominająca jednym pychę, innym dumę. Wiedział, że powinien dostać karę za swój występek. Słyszał wystarczająco dużo historii wielkich wojowników, o które sam się bezustannie dopraszał, żeby znać termin „konsekwencje”. Mimowolnie, gdzieś głęboko, tlił się w nim płomyk radości, że też będzie mógł ich doświadczyć, jak okropne by one nie były. Nie zamierzał jednak porzucić całkowicie swojego zadania. Znalezienie Meszka zaliczało się jednak do kategorii „czynów wartych poświęcenia” oraz tych „o wysokim priorytecie”.
Zastępca patrzył na niego chwilę, mrużąc oczy. Prawdopodobnie myślał o wszystkich za i przeciw. Niechęć do ewentualnej kłótni z liderką ostatecznie wygrała z niesmakiem zgodzenia się na pomoc szczeniakowi.
— Niech będzie... — zaczął opornie. — Ale pójdę z tobą, bo mnie Rzepakowa Gwiazda skróci o głowę, jeśli coś wam się stanie, jasne? — zapytał, po czym sam sobie odpowiedział. — Cieszę się.
Odparło mu szybkie przytaknięcie. W końcu była to dosłownie oferta nie do odrzucenia.
— To dla mnie zaszczyt — odparł młody, wyuczoną na pamięć formułką, której do końca nie rozumiał, ale był pewny, że używa jej się w takich momentach.
Naprawdę był zadowolony, że będzie miał kogoś do towarzystwa, tym bardziej że był to znakomity wojownik, od którego wiele mógł się nauczyć. Czuł przez to, że jego misja ma dużo większe znaczenie. Żadne więcej słowo nie padło. Sowi ruszył dalej szlakiem swojego patrolu, a dosłownie krok za nim szedł Ciepły.
<Sowi Pazurze? Jezu, w końcu się udało to dokończyć xD>
[1146 słów: Ciepłek otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]