Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malwowy Ogon × Jasna Gwiazda × Fenkułowa Plamka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malwowy Ogon × Jasna Gwiazda × Fenkułowa Plamka. Pokaż wszystkie posty

16 lipca 2021

Od Jasnego Serca CD Fenkułowej Plamki i Malwowego Ogona

Miał nadzieję, że to koniec. Może była ona głupia. Może on sam był głupi, sądząc, że zgłoszenie sprawy starczy. Liczył na przywódcę Industrii, że ich wyrok będzie odpowiedni i szybko wykonany. Naprawdę, to niemal szczenięce myślenie.
Wyczuł jej zapach na patrolu. Miał dobrą pamięć, wiedział, że się nie myśli. Unosił się w okolicy, jak ponure przypomnienie, że nic nie jest, jak powinno. Jasne Serce ruszył za nim, stawiając delikatnie kroki.
Skupił się na swoich łapach, na tym, jaką siłę miał w mięśniach. Czy czuł dziś ból przy chodzeniu? Czy wszystko było w porządku? Łapa za łapą, łapa za łapą. Poruszył szczęką, upewniając się, że w kluczowym momencie będzie mieć odpowiednią moc. Oddychał płytko, cicho, w wyliczonym tempie.
Usłyszał ją, jeszcze zanim zobaczył. Miał wrażenie, że każdy jej krok był wyjątkowo głośny. Pazury odbijały się o drogę, futro ocierało o krzaki, oddech syczący. Nie miał gdzie się przed nią ukryć, to czekał. Widział zaskoczenie w jej oczach, zanim spróbowała je ukryć.
— To ty.
— Co robisz na naszych ziemiach? — zapytał.
— Nie twoja sprawa, idę do córek — powiedziała i spróbowała go ominąć. Widział napięcie jej mięśni i jak ucho zadrgało, gdy zrobił pierwszy krok.
— Zabiłaś tę suczkę, prawda? — Zatrzymała się.
— Słucham?
— Czyli mam rację. Zabiłaś ją, a teraz przyszłaś na nasze tereny.
To było jedyne logiczne działanie. Suka była niebezpieczna, zabiła jednego ze swoich. Nie mógł pozwolić, by ktoś taki kręcił się po jego ziemiach. Nie czekał na odpowiedź.
Jeśli ktoś zapytałby go, co się stało, nie umiałby odpowiedzieć. Działał automatycznie. Jak na wojnie. Unik, jeśli nieudany, zaciśnij zęby. Wyrwij się z uchwytu. Uderz w czule miejsce: nos, brzuch, oczy, stawy. Nie myśl o bólu, myśl, żeby trafić. Przerwij skórę, zignoruj krew. Była silniejsza, ale on zwinniejszy. Szybciej się męczyła.
Kiedy wreszcie udało mu się zacisnąć zęby na jej miękkiej szyi, nie powstrzymywał się. Opierając jedną łapę na jej ciele, rozerwał jej tchawicę.
Gdy bezwładne ciało upadło na ziemię, położył się obok niego, dysząc ciężko. Przeklął krew i wypluł futro.
Zastanawiał się, co ją do tego doprowadziło. Co sprawiło, że pierwszy raz postanowiła zabić. Jemu też się zdarzyło. Wciąż miewał sny o tym, jak pies błagał go o dar życia. Nie był niewinny, ale nie był niebezpieczny dla Tebebrisu. Niewiele rzeczy było ważniejsze niż bezpieczeństwo klanu.
Podniósł się z ziemi i ruszył powoli. Zwłoki znajdowały się blisko domostw, któryś z dwunogów się nim zajmie.
Na horyzoncie widział psią sylwetkę. Opuścił łeb. Spróbował wyminąć go bez słowa.
— To psia krew — powiedział Płomienny Krzew.
— Tak — odpowiedział. Nie było co ukrywać. Spojrzał na samca. — To nikt z naszych — powiedział, chociaż dla Krzewu to i tak nie miało pewnie znaczenia.
Jasny czuł jego spojrzenie na sobie. Oblizał pysk, czując pod językiem wciąż ciepłą krew.
Umył się powoli, dokładnie, aż jego sierść na powrót stała się biała. Nie mógł pozwolić, by Mleczna widziała go w takim stanie.
Opowiedział przywódczyni, co się stało. Mówił spokojnie, wolno, przedstawiając suche fakty. Ominął to, w jakim stanie znajdowało się ciało. Powiedział, że samica pierwsza go zaatakowała, a on tylko się bronił. Ktoś przekazał informacje Fiołkowi i jej siostrom.
Gdy zapytały, powiedział, że mu przykro. Nawet gdy nie mógł wydusić z siebie nawet odrobiny żalu. Ktoś musi robić czarną robotę.
I tak umarła morderczyni. 
Koniec wątku Malwowego Ogona, Fenkułowej Plamki i Jasnego Serca.
Malwowy Ogon umiera.
[531 słów: Jasne Serce otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

1 lipca 2021

Od Fenkułowej Plamki CD Malwowego Ogona i Jasnego Serca

— Malwowy Ogonie! — Fenkułowa Plamka krzyknęła, wbijając w morderczynie błagalne spojrzenie. — Nie ruszę się nigdzie bez ciebie. Wróć! Wszyscy ci wybaczymy! Naprawisz…
— NIE! — wrzasnęła na to matka suki, odsłaniając garnitur zębów. Jej córka zadrżała, kiedy dostrzegła na nich jeszcze świeżą krew. Malwowy Ogon ledwo panowała nad sobą i nie chcąc zaatakować matki Jazgotka, odsunęła się. Z jej pyska było jeszcze czuć śmierć i woń Kropelkowej Bryzy. Ogon powtarzała sobie w myślach: „Nie zagryź tej bezczelnej suki, bo Jazgotek nie będzie miał matki. No dobra, jeszcze dla Piasek ewentualnie”.
— Proszę! — cicho powiedziała Fenkułowa i postąpiła krok w jej kierunku. — Szczeniaki przecież chciałyby mieć babcię. Jazgotek bardzo by chciał. Zrób to dla Jazgotka, on będzie strasznie tęsknił…
W oczach starszej było widać wahanie, zaraz jednak wybuchła w niej fala goryczy i gniewu. Doskoczyła do córki z zębami, wrzeszcząc „Nigdzie z tobą nie pójdę! Wracaj do szczeniaków, póki możesz!”. Zęby zacisnęła na jej nodze, co nowo ranna powitała okrzykiem niedowierzania. Plama szybko odsunęła się od zbrodniarki, przez co się przewróciła. Ostrożnie wstała i zaraz syknęła z bólu, dając część ciężaru ciała na skaleczoną kończynę.
— Nie idź tam, matko — powiedziała. — Gdziekolwiek idziesz. Nie powitają cię tam, oni cię nawet nie znają.
— Mylisz się. — Wyszczerzyła zęby w paskudnym uśmiechu. — Znają mnie i dadzą mi schronienie. Nie martw się, nie obwiniam cię na swoje zwątpienie. Głupcem trzeba się urodzić. Na szczęście, ja urodziłam się geniuszem.
Słychać było szczekanie z oddali. Malwowa rzuciła jedno spojrzenie w stronę hałasu, a następnie zaczęła biec, nie chcąc zostać złapana. Fenkułowa odprowadzała ją bezsilnym wzrokiem.
— Malwowa! Malwowy Ogonie! — spróbowała ostatni raz. — Możesz naprawić swoje błędy!
Cisza. Malwowa rzuciła jej spojrzenie przez bark, chcąc zapamiętać sylwetkę swojej potomkini.
— NIECH GWIEZDNI MAJĄ CIĘ W OPIECE! — krzyknęła raz jeszcze Fenkułowa. Jej matka zniknęła z pola widzenia karmicielki.
Pozostała wspomnieniem. Już nigdy nie miały się spotkać.
— Fenkułowa Plamko! — dobiegł do suni jej partner, Pustynny Wiatr. — Gdzie jest Malwowa? Czuję jej zapach!… Zraniła cię?! — zaraz dodał, widząc okropną szramę idącą od nadgarstka do łokcia psa. Matka ich wspólnych szczeniąt zaczęła płakać.
— Malwowy Ogon… Malwowa… — przerwał jej szloch. — Odeszła… Ona boi się, że jej nie wybaczymy.
Pustynny zainteresował się swoimi poduszkami. Jego partnerka jęknęła.
— Myślisz, że by jej nie wybaczyli? Oczywiście, że wybaczyliby! Musieliby! Albo i ja bym odeszła! — krzyknęła w histerii, uświadamiając sobie, że jej matkę nie spotka dobry koniec. Przez swoją ucieczkę całkowicie zatarła dobre wrażenie. Fenkułowa Plamka miała nadzieję, że na horyzoncie pojawi się jej sylwetka. Było jednak pusto.
<Jasne Serce?>
[404 słowa: Fenkułowa Plamka otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

26 czerwca 2021

Od Malwowego Ogona CD Jasnego Serca (do Fenkułowej Plamki)

TW: opisy morderstwa

 — Malwowy Ogonie? Gdzie udamy się na polowanie?
Wyciągnęłam Kropelkową Bryzę z obozowiska pod pretekstem upolowania zwierzyny dla klanu. Suka oczywiście się zgodziła, z zapałem kiwając głową.
— Hmm… Może nad Płyciznę? — zaproponowałam, zastanawiając się, jak bardzo Gwiezdni by się wkurwili, że zabijam kogoś w tej ich świętej wodzie.
— Nad Płyciznę? — Ruda suka wybałuszyła oczy. — Przecież to miejsce spotkań medyków. A poza tym, co byś niby chciała tam upolować?
Cholera. Po co ona tak wszystko komplikuje.
— Przecież medyków tam teraz nie ma — wytłumaczyłam jej, sztucznie się uśmiechając. — Zawsze jakieś ryby można by było złowić.
— Ryby? — parsknęła Kropelkowa. — Nie jesteśmy psami z Flumine.
— A co, jesteśmy od nich gorsze? — warknęłam, tracąc cierpliwość. Zaraz potem, nie czekając na odpowiedź młodej wojowniczki, potruchtałam w stronę miejsca zgromadzeń medyków.
Korciło mnie, by zatrzymać się na chwilę i upewnić, że suka podąża za mną. Jednak jedyne co zrobiłam, to nadstawiłam uszu, nasłuchując kroków Kropelkowej Bryzy za mną. Zadowolona dosłyszałam jej ciche tuptanie i dyszenie. Mimo że panowała już pora opadających liści, nadal było cholernie duszno, chociaż wiatr mierzwiący sierść był przyjemnie chłodny.
Minęłyśmy opustoszały kemping i zwiększyłyśmy prędkość, przechodząc do biegu. Po jakimś czasie zbliżyłyśmy się do celu; zaczęłyśmy schodzić po stromej wydmie, a piasek osuwał się spod naszych łap. Zacisnęłam zęby, czując, że drobinki piachu dostały mi się na język oraz wpadły do uszu i oczu. Niezadowolona otrzepałam się, klnąc pod nosem.
Zatrzymałam się przed Płycizną, w milczeniu obserwując taflę wody. Wieczór zapadał coraz wcześniej, tak więc na niebie migotały pierwsze gwiazdki, błyszczał blady księżyc, co chwila zasłaniany przez chmury. W wodzie odbijały się te nocne świecidełka, lekko zniekształcone przez chłodny wiatr, który dmuchał w taflę oraz wzbijał w górę tumany piasku z wydmy. Kropelkową Bryzę czeka bardzo ładna śmierć wśród świętej wody przodków, bez niepotrzebnych świadków, w rzadko uczęszczanym miejscu. Kto będzie tutaj szukał jej ciała? Niejeden pies chciałby umrzeć w tak pięknym miejscu. Milfowa spełnia marzenia. No, ale czas zabrać się do dzieła.
— Pięknie tutaj, prawda? — zapytała się półgłosem ruda, wpatrując się w wody Płycizny, spokojnie bijąc ogonem o podłoże. Zanim zdążyłam ją upomnieć, Kropelkowa otrząsnęła się, wracając do rzeczywistości. — No dobrze, to ja rozglądnę się za szczurami i myszami. Zrobimy coś dobrego, oczyszczając to miejsce ze szkodników.
Tak, jasne, zrobimy coś dobrego, yhmm, tylko poczekaj. Kto by nie chciał odejść do Gwiezdnych w tę piękną noc? Wspaniały, dobry uczynek. Jednak nic takiego nie powiedziałam, uśmiechnęłam się tylko, świdrując młodą wojowniczkę morderczym spojrzeniem.
— Dobrze. — Potwierdzająco kiwnęłam głową, odwracając się od niej. Usłyszałam, jak suka odbiega w poszukiwaniu pożywienia. — Ja złapię parę ryb.
Usiadłam przy tafli wody, sprawiając mylne wrażenie, że czekam, aż stworzonka podpłyną do brzegu. W rzeczywistości w Płyciźnie nie zobaczyłam żadnych morskich stworzeń — może jakieś tam żyły, tyle tylko, że z dala od brzegu. Ale szczerze w to wątpiłam. To święte miejsce pewnie nie było domem dla morskiej zwierzyny.
Minęło kilkanaście minut, a ja ze spokojem czekałam, aż Kropelkowa wróci do mnie i oznajmi, że coś upolowała. Dla zabicia czasu czyściłam sobie zęby i pazury, aż nie byłam zadowolona z ich czystości i ostrości. Skubana suka jednak nie okazała się taką złą łowczynią — nie musiałam zbyt długo siedzieć bezczynnie, gdyż do moich uszu dobiegł odgłos jej kroków.
— Malwowy Ogonie! — szczeknęła pogodnie, dumna z siebie. — Znalazłam wspaniałego szczura! Jak myślisz, czy będzie wystarczająco dobry, by oddać go karmicielce?
Pozwoliłam sobie zignorować jej gadanie, wlepiając wzrok w taflę wody, w której odbijały się gwiazdy.
— Co tam masz? — Kropelkowa Bryza podeszła do mnie, zostawiając na brzegu swoją zdobycz. — Ty także coś upolowałaś? Pewnie nie możesz się doczekać aż…
— Sza! — warknęłam, a po moim ciele rozszedł się dreszczyk ekscytacji. — Zobacz, jaka wspaniała ryba do nas płynie. — wyszeptałam cichutko, zafascynowana wpatrując się w niewidzialną zdobycz.
— Gdzie? — Suka dała się nabrać. Zaglądnęła mi przez ramię, uważnie śledząc ruch w wodzie. — Nic nie widzę, ale…
Nie czekając, aż dokończy zdanie, rzuciłam się na nią, łapiąc ją za skórę na karku. Przerzuciłam ją przez siebie, wrzucając do wody z głośnym pluskiem. Suka leżała przez chwilę sparaliżowana, a gdy podniosła się z Płycizny, jej futro ociekało wodą, ciało drżało z zimna, a oczy były pełne strachu i paniki. Wspaniały widok.
— Malwowy O-ogonie…
Z mojego pyska wydobył się gardłowy warkot. Z furią w oczach doskoczyłam do niej, wzbijając w powietrze fontannę kropelek. Wylądowałam na grzbiecie suczki i poczułam, jak jej łapy się uginają pod wpływem mojego ciężaru, a ona upada na pysk, zanurzając całą swoją głowę w świętej sadzawce medyków. Próbowała wstać z wody, by nabrać powietrza, jednak ja docisnęłam ją do piachu na dnie i zacisnęłam zęby, gdy suczka, wijąc się jak wąż, próbowała wydostać się na powierzchnię i zadać mi parę ran. Chyba zbyt często nie nurkowała, bo jej płuca nie były wyćwiczone — widać było, że brak powietrza dokucza jej coraz bardziej, w jej ruchach czuć było desperację, jedyne czego pragnęła to wydostać się na ląd. Nie, że zrobiło mi się jej szkoda, po prostu liczyłam na dłuższą zabawę, tak więc mocno złapałam ją za kark i wyciągnęłam z wody, cały czas ją trzymając.
Suka zachłannie nabrała powietrza i zaraz potem zaniosła się ostrym kaszlem, plując wodą. Próbowała mi się wyrwać, jednak za każdym jej susem zaciskałam szczęki coraz mocniej, na co uspokoiła się na chwilę, jęcząc cicho.
— I co mi teraz zrobisz? — wyjąkała drżącym głosem.
Zaśmiałam się w duchu. Aż szkoda zabijać taką żałosną żabcię.
— Nadal nic nie widzisz, skarbie? — wycedziłam powoli, nawiązując do tego, że nie mogła zauważyć nieistniejącej ryby. — Dziś jest dzień spełnienia twoich marzeń, rudzielcu.
Do oczu suki napłynęły łzy, a powietrze przeszył jej krzyk, gdy całą swoją siłą odskoczyła na bok. Ja jednak byłam od niej starsza i silniejsza, a jej bunt skończył się ponownym wsadzeniem w wodę. Przytrzymywałam ją łapami za szyję, czułam pod pazurami jej tętno, jej rozpacz i żałosną siłę przetrwania. Parsknęłam cicho, pochylając pysk nad taflą wody, wpatrując się w przerażone oczy ofiary, która znajdowała się pod płytką wodą, mając nadzieję, że uda jej się wydostać, przeżyć.
— Kochaniutka, pożegnaj się z oczkami — szepnęłam.
Jedną łapą przestałam przytrzymywać ją w wodzie, na co Kropelkowa Bryza zaczęła się wyrywać, jednak jedno mocne ugryzienie w przednią łapę powstrzymało — jak na razie — jej próby ucieczki. Kości trzasnęły, a jej brązowe oczy zaszły mgłą przeraźliwego bólu.
Wolną łapę położyłam jej na pysku i pazurami wydłubałam oczy. Woda Płycizny zaczęła mienić się ciemnym szkarłatem, księżyc nad nami został zasłonięty nocnymi chmurami, a ruda suka stała się niewidoczna; zasłona krwi otuliła ślepą, a jej niemalże czerwona sierść była tego samego koloru co zabarwiona woda.
Teraz obudził się w niej demon. Szarpała się, próbowała krzyczeć, waliła mnie na ślepo, aż w końcu udało jej się wyrwać.
Wyłoniła się z wody, cała oblepiona krwią; w szczególności widoczne było to na pysku. Do moich nozdrzy doleciał metaliczny, złowrogi zapach krwi. Suka zaczęła uciekać, jednak pod wpływem ran i braku oczu szybko się wywróciła, a ja powolutku podeszłam do niej, woda chlupała pod moimi łapami, a z pyska dolatywały uspokajające, przesiąknięte kłamstwem słowa.
Nie czekałam na jej reakcję. Ponownie na nią skoczyłam, tym razem zadając ostateczny cios. Zgniotłam jej głowę, zamachnęłam się łapą i starannie zagłębiłam pazur w gardło suczki. Rozcięłam je w dół aż po brzuch, po chwili obnażyłam kły i zatopiłam z chrzęstem w rozwalonej szyi. Naokoło prysnęła jasna krew. Kropelkowej Bryzie krzyk zamarł na pysku. Bezgłośnie zsunęła się z moich szczęk, z pluskiem opadając w krwistoczerwoną wodę.
Wypuściłam jej ciało i zaniosłam się histerycznym śmiechem.
— Hasta la vista, Kropelkowa Bryzo.
Wyplułam z pyska kropelki czerwonej krwi, wzięłam szczura, ukryłam ciało ofiary i potruchtałam w stronę obozu.
***
Przed obozem nie kręcił się żaden pies, co lekko mnie zaniepokoiło. Byłam jednak zbyt zadowolona z siebie, żeby dłużej się nad tym zastanawiać. Weszłam do magazynu i moim oczom ukazały się wszystkie psy z klanu; kilkadziesiąt wpatrzonych we mnie par oczu. Powoli położyłam szczura przed sobą, pokazując, że byłam na polowaniu. Miałam nadzieję, że nikt nie zacznie mnie podejrzewać. Chociaż było jasne, że nie bez powodu wszyscy na mnie czekali.
— Malwowy Ogonie?
Podniosłam głowę.
— Słucham — początkowo warknęłam, jednak w porę się opanowałam, mówiąc spokojnym, lekko zdziwionym głosem.
— Gdzie jest Kropelkowa Bryza?
Parsknęłam, wlepiając wzrok w zastępcę przywódcy.
— Skąd mam wiedzieć? Byłam na polowaniu. Nie było jej ze mną.
— Z wiarygodnych źródeł wiemy, że była z tobą. — Sowi zlustrował mnie wzrokiem, a w jego tonie było czuć lekki warkot. — Nie kłam.
Wściekłość zaczęła we mnie buzować, a mój mózg rozpaczliwie szukał wymówki. Gdy jednak na myśl nie przyszedł mi żaden konkretny argument, wyprostowałam się i zmierzyłam zastępcę lekceważącym wzrokiem. Co mi niby zrobi? Na dłuższą chwilę zapanował spokój i cisza. Nikt nic nie mówił, wojownicy spoglądali tylko z niedowierzaniem na mnie, a kilka z nich zaczęło nerwowo szeptać.
Zaraz potem wybuchła wrzawa, a ja nie byłam na tyle głupia, by nie zareagować. Skądś się dowiedzieli o śmierci rudej. Kto mógł im to powiedzieć? Przecież dopiero co wróciłam z Płycizny.
Przebiegłam wzrokiem po zgromadzonych psach, dostrzegając Owcze Serce w tłumie i wlepiłam w nią rozwścieczone spojrzenie. Łapy mnie świerzbiłyby na nią skoczyć, jednak się powstrzymałam. Nie chciałam popełniać samobójstwa. Otoczona przez tyle psów nie miałam szans.
Szybko odwróciłam się, wybiegając z obozu. Chwilę potem usłyszałam kroki pozostałych wojowników; wszyscy pędzili za mną. Zgrzytnęłam zdenerwowana zębami, postanawiając, że zgubię ich na terenach Tenebris. Nie będą na tyle głupi, by całym klanem wchodzić w pogoń za mną na teren obcego klanu.
Psy zaczęły mnie jednak doganiać, kilka z nich wyciągało pyski, by złapać mnie za ogon. Wysiliłam się i w pocie czoła przyspieszyłam. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam z taką prędkością, lecz chciałam ich jak najbardziej zostawić w tyle.
Zaczęłam rozumieć, że prędzej padnę, niż dobiegnę na tereny Ciemnych. Musiałam się zatrzymać i złapać oddech. Próbowałam zgubić ścigające mnie psy — przyśpieszałam i zmieniałam tor biegu. Po jakimś czasie na horyzoncie ukazała się kryjówka z krzaków, kilku drzew i innych zarośli — jakiś czas temu kazałam ukryć się tam Skalnemu Potokowi i moim córkom. Jakimś cudem udało mi się do niej dostać, gubiąc — przynajmniej na chwilę — pościg. Postanowiłam, że zatrzymam się na sekundkę.
Wywiesiłam język, wchodząc pomiędzy krzaki, które dawały mi dobrą osłonę. Po mojej głowie chodziło tylko jedno pytanie:
Czy to Owcze Serce mnie zdradziła? Czy może… Ale, ale… Skąd ten gówniarz miałby się dowiedzieć o śmierci Kropelkowej?
Parsknęłam. Nie, to raczej była Owcza. Na co to jej było? Straciła siostrę, która niemiłosiernie cierpiała w ostatnich chwilach życia, a ja przeżyję, no bo zabić się przecież nie dam. Pójdę do Tenebris, a moje córki udzielą mi schronienia i przekonają przywódczynię, by u nich zamieszkałam. Z pewnością tak właśnie będzie. Bo jakże inaczej? Pokręciłam głową, odganiając od siebie niejasne przeczucie, że jeśli rzeczywiście wojownik Ciemnych na mnie doniósł, w Tenebris nie zaznam spokoju. Pod jednym z krzewów znalazłam kałużę — natychmiast ugasiłam pragnienie. Niestety, usłyszałam także szczekanie wojowników i odgłos ich kroków. Musiałam biec dalej.
Nagle wyprostowałam się, naprężając ogon jak strunę. Wciągnęłam powietrze, wyczuwając świeży zapach innego psa. Przesiąknięty żłobkiem, o miłej woni mleka karmicielki i małych kurdupli. Oczywiście, była to Fenkułowa Plamka.
— Malwowy Ogonie…? — W głosie matki najnowszych członków klanu słychać było niepewność i niedowierzanie.
Powoli odwróciłam się w stronę mojej córki, odsłaniając zęby we wściekłym grymasie. Plamka jednak nie poruszyła się ani o milimetr, wwiercając się we mnie pytającym spojrzeniem bladoniebieskich oczu.
— Wracaj do Jazgotka i innych szczeniaków, Fenkule — odpowiedziałam niskim warkotem.

<Fenkułowa Plamko, córko morderczyni?>
[1856 słów: Malwowy Ogon otrzymuje 18 Punktów Doświadczeia, Kropelkowa Bryza umiera]

12 czerwca 2021

Od Jasnego Serca CD Fenkułowej Plamki (do Malwowego Ogona)

Zanim zobaczył samca, poczuł jego zapach. Zatrzymał się w połowie kroku i rozejrzał uważnie. Dopiero po chwili zauważył błyszczące oczy w trawie.
— Hej kochaniutki? Trochę niebezpiecznie jest tu się kręcić — powiedział, schodząc z dzieciaczka i klepiąc go dwa razy w łapkę.
— Nie przeszedłem przez granicę — odpowiedział. Jasny wziął głęboki wdech. Wonie się tu mieszały, trudno mu było powiedzieć, czy dzieciak miał rację. — Ale dlaczego zbliżyłeś się tak bardzo? — zapytał. Nie musiał raczej mówić, co chodziło mu po głowie.
Często patrolował okolice Bezgwiezdnych, wiedząc, że są to ziemie niebezpieczne. Nie wysyłano tu już Krwawego Zewu albo Skalnego Potoku bez powodu. A Płomienny Krzew to zdecydowanie nie mógł mieć tu samodzielnych patroli.
Jasne Serce nie dzielił się z nikim swoimi przypuszczeniami, ale jeśli miałby wybrać jedną osobę, odpowiedzialną za morderstwo, jego wzrok kierował się w stronę przystojnej mordki Krzewika. Nie chciał o tym myśleć. Wywoływało to u niego zbyt wiele sprzecznych uczuć, by chcieć się nimi zajmować. Podobno rozmowa jest zawsze rozwiązaniem, ale jakoś nie był w stanie wyobrazić sobie pogadanki z Płomiennym, która nie skończyłaby się kłami na gardle. A tak dobrze im szło.
Wiedział, że to było złe podejście. Chciał służyć przykładem, a w tak okropnej sytuacji nawet nie próbował interweniować. Jak na prawdziwego syna Tchórzliwego Ogona przystało. Dobrze, że Mleczna nie próbowała go jeszcze pytać o opinię na temat całej tej sprawy.
— Zbierałem zioła, by przekazać je naszemu medykowi — powiedział w końcu. Jasne Serce nie dziwił się, że zachowywał taką ostrożność nawet w słowach. Nie próbował zbliżyć się, bo to tylko zainteresowałoby bardziej samczyka. Usiadł na ziemi, aby wydawać się mniej niebezpiecznym.
— Brakuje wam jakiś, na pewno nasz medyk nie miałby nic przeciwko. W końcu wasz… Leonis był kiedyś jednym z Ciemnych. — Niemal powiedział złe imię, ale ugryzł się na szczęście w język. Wiedział, że niektóre psy nadal używały dawnych imion, mówiąc o bezgwiezdnych. Z jednej strony rozumiał sentyment, z drugiej strony wydawało mu się to niepotrzebnie nieuprzejme. To tak jakby przezywać wojownika dalej szczenięcym imieniem, bez jego zgody.
— Nie trzeba. To jedynie na drapanie. Sam postanowiłem przynieść, bo zużył sporo na mnie — pies mówił wolno, a Jasny uśmiechnął się w odpowiedzi. Zastanawiał się, czy pies wierzył w jego uśmiech.
— Cieszę się, że wszystko u was w porządku.
— Tak, z pewnością — odpowiedział psiak, a jego ton zabrzmiał nieco ostrzej. Jasne Serce przypatrzył mu się lepiej. Ile mógł mieć księżyców? Na pewno był młodziutki. Musiał znać zabitą suczkę. Czy była jego przyjaciółką? Siostrą? Dreszcz przeszedł po jego kręgosłupie.
— Ja cię tu pouczam, a sam przecież też głupio robię, kręcąc się tu samemu — zaśmiał się.
— Nie zrobimy wam nic bez powodu — odpowiedział dzieciak.
Oj kochaniutki, pomyślał, powód już jest, teraz pytanie, kto coś dalej z tym zrobi.
— Miło się z tobą rozmawiało, a jeszcze milej było cię poznać — powiedział Jasny radośnie. Nie usłyszał nic konkretnego w odpowiedzi, tylko jakieś ciche mamrotanie. Jakaś cząstka jego czekała, aby poczuć pazury na swoim grzbiecie. Oczywiście, to nie nastąpiło.
Jasny nie łudził się, że mała rozmowa cokolwiek zmieni. Pies pewnie wspomni o tym w jednym zdaniu, może w dwóch. Nawet jeśli wszyscy członkowie Tenebrisu uśmiechnęliby się radośnie i przeprowadzili najprzyjemniejsze rozmowy, nic by to nie zmieniło. Westchnął cicho.
Narobili sobie wrogów. Nie chciał z nimi walczyć. Wiedział, że byłby w stanie to zrobić, ale nie chciał. Znał te psy. Mógł już minąć szmat czasu, ale Jasny nie zapominał. Pamiętał mianowanie Ciernia na ucznia, gdzie udało mu się przepchnąć do pierwszego rzędu. Pamiętał Ikrę, która syczała na nich za każdym razem, gdy próbowali zakłócić jej święty spokój. Te psy były częścią jego przeszłości, ich przeszłości. Jeśli obowiązek go wezwie, to go wykona, ale gdyby tylko mógł…
Pokręcił łbem. Niepotrzebne myślenie. Powinien martwić się o klan, a nie o własne sumienie. Nie wiedzieli dużo o stanie bezgwiezdnych. Z tego, co mówił ten młodzik, nie ucierpieli prawie podczas epidemii. Mieli na pewno mniej członków, ale duża część populacji Tenebrisu była stara. Nie wierzył w przegraną swojego klanu, ale na pewno ponieśliby straty.
Ich reputacja już ucierpiała. Nikt nie chciałby wspomagać klanu, który ma wśród swoich mordercę dzieci.
Jego myśli od razu poszły w stronę Industrii. Miał szczególną sympatię do tego klanu. Nie, sympatia to złe słowo. Raczej szczególne, nieokreślone uczucia. Kiedyś znał stamtąd samicę. Nazywała się Wieczorna Burza. Pamiętał, że miała złote oczy i futro, które wyglądało pięknie w słońcu. Przypominała mu iskrę, która jeszcze przez moment unosiła się w powietrzu, zanim miała zniknąć.
Nie znał stamtąd nikogo innego, a mimo to Industria wywoływała u niego… uczucia. Dowiedział się więcej o szalonej samicy, Malwowym Ogonie, tak się nazywała, dowiedział się o tym na zgromadzeniu. Od razu poczuł, jak jego żołądek się zaciska. Ta suka miała dzieciaki wśród nich. Miała dzieci w Tenebrisie, myliła bezgwiezdnych z quintusem i planowała morderstwa. Nie wiedział co z tym zrobić.
Nie powinien wtrącać się. To nie była przecież jego sprawa. To nie był nawet jego klan. I pewnie zignorowałby to wszystko, gdyby znowu nie wpadł na Malwowy Ogon. Tym razem szła z inną suczką. Młodziutka, urocza, pewnie nie miała nawet skończonych trzydziestu księżyców. Jasny obserwował to z krzaków i zapewne powinien pójść za samicami, ale tego nie zrobił. Wracając z patrolu, nie mógł wyczuć ich zapachu.
Byli na krawędzi wojny. Lepiej było od razu zacząć naprawiać relacje z innymi klanami, zanim jeszcze ta się rozpęta. Tak przynajmniej to sobie tłumaczył. W głębi serca wiedział, że prawda była ciut bardziej egoistyczna. Nie chciał, by ta samica zbliżała się do jego terenów. Wydawała się być niebezpieczna, na dodatek powiązana z ich szczeniakami. Nie potrzebowali więcej kłopotów. Przynajmniej nie tego typu.
Na granicy Industrii spotkał go jakiś pies. Nie rozpoznawał go ze zgromadzeń, ale to nie było problemem. Chciał tylko, by przekazana została wiadomość.
— Nazywam się Jasne Serce, wojownik Tenebrisu. Chciałbym porozmawiać z waszym przywódcą. Mam podejrzenia co do jednej z waszych wojowniczek, Malwowego Ogona.

<Malwowy Ogon?>
[959 słów: Jasne Serce otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia, Dmuchawiec zostaje wyleczony]

26 maja 2021

Od Fenkułowej Plamki CD Malwowego Ogona i Jasnego Serca

Fenkułowa radośnie chodziła, niemal kicała. „Jaki ten kwiatek jest wspaniały!”, „Jaka ta gałąź cudowna!!”… „Jaki ten Pustynny p r z y s t o j n y!!!”. Nagle stanęła, widząc mrocznie uśmiechniętą Malwową. Nie, ona nie jest wspaniała, cudowna, a już na pewno nie przystojna. Przynajmniej nie tak, jak Wiatr! Do niego nie można porównać żadnego żyjącego dzisiaj psa.
— Cześć, mamo, co ci się dzieje? Dobrze się czujesz? — ponieważ jednak była jej matką, postanowiła spróbować pomóc przyszłemu członkowi starszyzny. Fenkułowa Plamka obawiała się, że coś się stało z matczynymi stawami. W końcu zdrowemu i (w miarę) przystojnemu psu nie przystoi mieć takiej miny!
— Z e m n ą jak najbardziej — Wojowniczka była pewna, że z jej rodzicielką jest coś nie w porządku. Obeszła ją dookoła, a potem powiodła za jej spojrzeniem. Skupione było w Pustynnym.
„Ach tak, o to zazdrośnica! Kochaniutki jest tylko mój!” — miała ochotę wrzasnąć, ale się powstrzymała. Zamiast tego spytała kąśliwie:
— Coś nie tak z moim partnerem? — tak mocno zaakcentowała słowo „moim”, iż można by pomyśleć, że to ona, a nie jej matka jest walnięta. Prawdę powiedziawszy, powalone były obie, tylko na różne sposoby. Fenkułowa wykrzywiła pysk w grymasie, a swoje piękne, lodowe oczy wbiła w matkę, jakby chciała ją zamrozić. Gdyby psy miałyby ramiona, Malwowa wzruszyłaby nimi.
— Może teraz i nie. Życzę wam dużo szczęśliwych chwil, z których jednak miejsce będzie miała tylko wasza ostatnia — nie mogła się powstrzymać od tryumfalnego spojrzenia. Zaraz potem, jakby uświadomiła sobie, że prawie się zdradziła, pomknęła szybko. Fenkułowa zaś nie zamierzała jej gonić, a jedynie przyglądała się niespokojnie Pustynnemu. Przecież nie była głupia, albo nie aż tak. Wojownik wyglądał normalnie, tylko chodził jakoś tak wolno i ciężko…
Szybko podbiegła do niego, prosząc go, by powiedział, jak się czuje.
— Chyybaa nie… taak... dobrze — powiedział, po czym upadł na ziemię. Fenkułowa przerażona zawołała medyka, i ze spazmami próbowała podnieś swojego nowego, umierającego partnera. Niemal nieswoją siłą podniosła dwa razy cięższy od niej ładunek i z nim na grzbiecie biegła do medyka, potykając się i zataczając co chwilę.
Jak przez mgłę słyszała pocieszające ją głosy innych psów, i poczuła, jak jej plecy zostały uwolnione od ciężaru.
— Pustynny! Pustynny! Pustynny!!! — darła się w panice, do momentu, aż łzy uniemożliwiły jej wydawanie odgłosów, a jakiś pies brutalnie zamknął jej pysk, wrzeszcząc, że zaraz ogłuchnie. Została sama, a Pustynny zapewne już nie żył.
— ŚMIERĆ MALWOWEMU OGONOWI! — wrzasnęła, co wprawiło w osłupienie psy dookoła. „Malwowy Ogon?”, „To ona go zabiła?”, „Niemożliwe! W końcu kto zabija partnera swojej córki!”, „Całkiem możliwe” — głosy psów niosły się w górę. Wybuchł harmider, aż sam zastępca musiał je uciszyć. 
<Jasne Serce?>
[427 słów: Fenkułowa Plamka otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

24 maja 2021

Od Malwowego Ogona CD Jasnego Serca (do Fenkułowej Plamki)

Uśmiechnęłam się słodko do wojownika Tenebris, mrugając oczami. Chciałam wyciągnąć z niego wszystko, co usłyszał z mojej rozmowy z Owczym Sercem. Powoli zaczęłam sobie układać moją wypowiedź w głowie, jednak Owcze Serce okazała się być szybsza.
— Dobrze… Nie będziemy wchodzić na terytorium twojego klanu — odparła uprzejmie suczka, nieśmiało merdając ogonem. — Po prostu wybrałyśmy się na spacer.
Przez przerażająco długą chwilę obawiałam się, że wojownik wyskoczy do nas z jakimiś pretensjami, jednak ten po prostu mierzył nas wzrokiem. Odetchnęłam z ulgą.
— Tak, chciałyśmy tylko się przejść i pooglądać wasze tereny — powiedziałam lekko, jednak zaraz potem przygryzłam wargę, zastanawiając się, czy przypadkiem niepotrzebnie czegoś nie dodałam. Samiec jednak nie sprawiał wrażenia, jakby cokolwiek usłyszał z naszej wcześniejszej rozmowy. Może był częściowo głuchy. A może po prostu nie był podejrzliwy. Albo był sprytny — poudaje, że nic nie słyszał, po czym na nas doniesie. Na samą myśl, że kolejne morderstwo może mi się nie udać, poczułam zimny dreszcz. Trzeba się pośpieszyć, zanim ten gnojek komuś rozpowie.
— Udanych łowów i miłego dnia! — szczeknęła pogodnie Owcze Serce do wojownika, gdy postanowiłyśmy wrócić do obozu.
— Nawzajem — odpowiedział wojownik, uważnie obserwując, czy aby na pewno nie wejdziemy na terytoria Tenebris. My jednak — rzecz jasna — pożegnałyśmy się z nim grzecznie i czmychnęłyśmy ze stamtąd jak najszybciej.
W drodze powrotnej Owcze Serce oznajmiła mi, że nie ma zamiaru maczać w tym łap po raz drugi. Oczywiście, byłam poirytowana jej ciągłym niezdecydowaniem, ale stwierdziłam, że poradzę sobie sama. Z nią bym tylko marnowała cenny czas. Muszę się pośpieszyć. Nigdy nie wiadomo, co temu wojownikowi przyjdzie do głowy… 
***
— Stopowa Łapo? — zagaiłam rozmowę. — Może przyniósłbyś mi świeżą mysz? O tę, którą tak ładnie upolowałeś?
Zapadła niezręczna cisza, a ja poczułam na sobie wzrok znajdujących się niedaleko trzech uczniów: Bolesnej, Iskrzącej i Stopowej Łapy. Zanim zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zrujnowałam sobie planów, mówiąc coś głupiego, odezwał się Bolesna Łapa:
— Opiniowana, szlachetna wojowniczko z zapierającym dech w piersiach wspaniałym stażem, śmiem sądzić, że uczeń, do którego zwracała się pani o pomoc, jest w rzeczywistości suczką.
— Że co? — wydukałam powoli, wlepiając zaskoczony wzrok w puchatą, białą kulkę.
— Suczka to s a m i c a. A poza tym, przecież to czuć n o s e m. Co prawda zapach różni się nieznacznie, ale jeśli się postarać, to z łatwością można to rozróżnić — przeliterowała powoli Stopowa Łapa, patrząc się na mnie wyraźnie zbita z tropu.
— No właśnie tak mówiłam! — krzyknęłam, próbując ukryć szok. — Wstyd mieć w tak młodym wieku jak wy problem ze słuchem. Przyniesiecie mi tę durną mysz, czy nie?
Gdy uczniowie odeszli, czym prędzej oddaliłam się od miejsca zdarzenia, rozglądając się, czy aby przypadkiem żaden wojownik nie zauważył mojej pomyłki. Przez chwilę popadłam w wir wspomnień. Co takiego się zdarzyło, że pomyliłam się w płci ucznia? Może to nasza medyczka nie dopatrzyła i ogłosiła wszystkim, że Stópek jest samcem? W końcu Sroczej przecież umarł mentor. Popadłam w zadumę. Och, może mi się wszystko pomieszało? Może w takim razie Fenkułowa jest w rzeczywistości Fenkułem? Och, jak zawsze chciałam mieć syna! Takiego, który poszedłby w moje ślady, mordując wszystkich, podrywając i wyglądając przy tym sexy. Nie, że sama nie jestem atrakcyjna — tylko po prostu samiec byłby czymś nowym, czymś ciekawym. Posiadam przecież cztery — a nie, przepraszam — pięć córek. Tak? No tak, chyba. Szybko policzyłam wszystkie moje pociechy w myślach. Tak, pięć. Dwie w Industrii, trzy w Tenebris. Wybornie.
A miałabyś tego durnego syna, gdyby Pokrzywek przeżył.
Ale nie przeżył.
Szkoda.
Bum.
— Przepraszam.
Uniosłam głowę, spoglądając ze złością na złoto-czarnego wojownika, z którym się zderzyłam. Był to Pustynny Wiatr — we własnej osobie! Cóż za miła niespodzianka. Może on chciałby być mordercą? Stworzylibyśmy niezły duet. Fajnie by było. Gdzieś w mojej głowie zakiełkowało pewne przypuszczenie, lecz zdusiłam je błyskawicznie, nie pozwalając dłużej się nad nim zastanawiać. Czy ja jestem samotna? Może. A może nie. Nieważne.
— Co „przepraszam”? Czy mi się coś stało? Nie jestem słaba, gnojowy pysku. Za co mnie niby przepraszasz? Sam siebie przeproś, przecież to twoja wina, że masz tak słabe nogi, że na mnie wpadasz — niemal wyplułam te słowa z pogardą, kpiąco się uśmiechając.
— Och… — Pustynny był wyraźnie zaskoczony. Pokręciłam głową z litością. Mam tylko nadzieję, że jeśli Fenkuła zdecyduje się mieć z nim dzieci, wychowa je należycie. Może nawet nazwą córkę po mnie: Malwka. Albo nie, Malwa. Brzmi poważniej. A jeśli byłby syn… Hmm… Przypomniała mi się rozmowa z pewnym bezgwiezdnym na zgromadzeniu. Jak mu było? Jazgot? Miał wojowniczego ducha. Szanuję. Może Jazgotek? Ciekawe, czy miałby coś przeciwko. Zaraz jednak przywołałam się do porządku. To nie będą moje bachory — niech nazwą te szczeniaki jak chcą, byleby oryginalnie i drapieżnie. Żadnych Miodków, Słodziaczków i Kropeczek. Tfu.
— Co, co „och”? — syknęłam, mrużąc oczy. Nie miałam ochoty na jakąś kolejną głupią rozmowę. Wyminęłam psa, wychodząc z Magazynu. Czas przygotować myszkę. 
***
Znalazłam jeden krzak jagód śmierci. Jednak same jagody były dość w słabym stanie i było ich mało. Te, które jeszcze nie spadły na ziemię i nie zostały rozwalone, rosły wysoko, przez co mogłam je zdjąć jedynie za pomocą pyska. Oczywiście — nie byłam tak głupia. Zezłoszczona minęłam krzak i zaczęłam szukać czegoś innego. Każde bicie serca ciągnęło się w nieskończoność i obawiałam się, że wojownik Tenebris właśnie na mnie donosi.
Już się niemal poddałam i stwierdziłam, że Owcze Serce jednak będzie musiała go zabić, co wcale mi się nie spodobało, bo oznaczało, że będę musiała przekonać tę durną suczkę do pomocy. Szczęście się do mnie jednak uśmiechnęło i znalazłam roślinę, która łudząco przypominała kwitnącą pietruszkę. Posiadała mnóstwo białych kwiatków znajdujących się blisko siebie. Wciągnęłam zapach rośliny — z początku nie byłam pewna czy to jest to, czego szukam, jednak po jakimś czasie poznałam tę roślinę. Wydzielał się z niej nieprzyjemny, złowrogi zapach, świadczący o trującej działalności. Nie byłam jedynie pewna, czy będzie wystarczająco zabójcze… Była to cykuta, albo — jak wolicie — szalej. Nie do końca wiedziałam, skąd to wiem, ale możliwe, że kiedyś była jakaś awantura z tą rośliną. Wolałam jednak wierzyć, że to Trzmieli Lot znajdujący się w Infernum, czuwa nade mną. Wiedziałam jednak, że to nie prawda. Zamyślona nastąpiłam łapą na cienką łodyżkę, która zaraz się ułamała. Potoczyłam roślinę do znajdującej się niedaleko świeżej myszy, którą przedtem specjalnie upolowałam. Teraz będzie zabawa. Pomyślałam, uświadamiając sobie, że będę musiała wepchać roślinę do środka myszy za pomocą łap. Będzie ciężko. Cały czas mozolnie wpychałam coraz to nowe kwiaty i liście cykuty. Zastanawiałam się, co zrobię, gdy Pustynny już umrze. Łodyżka kwiatka złamała mi się, na co zgrzytnęłam zdenerwowana zębami. No, właźże do tej myszy. Zaczęłam się denerwować, gdy kwiatki zaczęły się sypać na wszystkie strony, a ja odniosłam wrażenie, że kilka z nich wpadło mi do pyska. Nieźle się zdenerwowałam i byłam bliska porzucenia mojego planu. Owcze Serce, to twoja wina. Powinnaś mi była pomóc, a nie, że się boisz. Głupia cykuta. Głupie Owcze Serce. Warknęłam. W tej chwili wszystkie moje porażki wiązałam z nakrapianą suczką. To jej wina. Zepsuła mi plan ze Skalnym, teraz pewnie razem z samcem z Tenebris na mnie donosi. Zgrzytnęłam zębami, widząc, że z roślinki praktycznie nic nie zostało. Czy Owieczka ma jakąś rodzinę? Och… Chyba już wiem, kto będzie następną ofiarą. Kropelkowa Bryza.
Kropelkowa Bryza zabiła Pustynnego, po czym, chcąc uniknąć kary, popełniła samobójstwo.
Tylko dlaczego miałaby to robić?
A co, ja jestem nią, że znam jej myśli? Nie wiem! Zabiła, bo chciała. Właśnie. 
***
Gdy słońce już zachodziło, weszłam z powrotem do magazynu. Na moim pysku malowała się skwaszona mina, która wyraźnie mówiła, że jestem w nastroju do morderstw. Nie wiedziałam, że z tym całym truciem tyle zejdzie. Żałowałam, że po prostu nie zaciągnęłam Pustynnego i przy okazji Kropelkową Bryzę gdzieś w krzaki, rozwalając im łepetyny. Na szczęście — oprócz okropnego nastroju — czułam się wyśmienicie, co oznaczało, że wpadające kwiaty cykuty do mojego pyska były tylko wyobrażeniem.
— Pustynny Wietrze? — zawołałam wojownika, natychmiast rozpogadzając swe oblicze. — Przepraszam za tamto… Może chciałbyś myszkę? Specjalnie ją upolowałam dla ciebie.
Z nadzieją spoglądnęłam na wojownika, który wlepił wzrok w leżącą przede mną zdobycz. Weź to, weź to, grzecznie proszę. Niemal widziałam wszystkie możliwości, jakie rozważał w tej chwili Pustynny. Ostatecznie jednak — dzięki Gwiezdnym, albo raczej Zgaszonym — wojownik grzecznie podziękował i wziął mysz, nie zauważając w niej dziury, przez którą został wepchnięty szalej.
— Naprawdę Malwowy Ogonie, nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. — Uśmiechnął się samiec. — Dziękuję. Jeśli zdecydujemy się z Fenkułową Plamką na szczeniaki, to będziesz wspaniałą babcią.
W osłupieniu patrzyłam, jak Pustynny się oddalał, z trutką w pysku. Co on powiedział?
<Fenkułowa Plamko?>
[1385 słów: Malwowy Ogon otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

19 maja 2021

Od Jasnego Serca CD Malwowego Ogonu

Jasne Serce nie miał w zwyczaju wtrącać się w cudze sprawy. Nauczył się tego, żyjąc wśród nieprzyjemnych psów z Tenebrisu. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że jego rodzimy klan miał zadziwiająco dużo nieprzyjemnych osobników. Taka była ich natura, nic nie dało się z tym zrobić. Dzięki temu nauczył się jednak doskonale, by trzymać język za zębami, a oczy przy ziemi. Wiedział, na co może sobie pozwolić, tak samo wiedział, że nie należało oceniać. W końcu psem, z którym spędza prawdopodobnie najwięcej czasu, po członkach rodziny, był Płomienny Krzew, a on niemal na pewno był kanibalem. 
Jego tradycyjny patrol przeszedł trochę dalej, niż powinien. Nie miał tego dnia żadnego towarzysza podróży, więc mógł sobie pozwolić na trochę dalsze wycieczki. Nie oddalał się oczywiście za bardzo od granicy, ale znał je na tyle dobrze, że robienie okrążeń już księżyce temu stało się nudne. 
Pozwolił swoim myślom wędrować. To był dobry dzień. Ciepły. Mleczne Oko miała średni humor, ale to lepsze niż zły. Rozmawiał nieco z Mroźną Burzą, a ten wydawał się być zadziwiająco zadowolony. Jego świeża uczennica była gotowa na trening. 
Było to dla niego niemal zabawne, jak nad tym pomyślał. Trujący Obłok uczyła jego brata, teraz on uczy jej dziecko. Podobno sama o to poprosiła Białą Gwiazdę, ale coś nie wierzył. Dogadywali się dobrze, ale raczej nie na tyle dobrze. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że dzieci wyszły jej naprawdę urocze. 
Słodka Łapa była radosna i pełna energii. Nigdy nie narzekała, gdy wyciągał ją na treningi. Czasem zastanawiał się, jak ma za nią nadążyć. Mała sunia nigdy na to nie narzekała. Patrzyła na niego, jakby zawiesił gwiazdy na niebie i musiał przyznać, że było to całkiem przyjemnie. Ta absolutna wiara, którą pokładano akurat w niego. Aż uśmiechał się z dumą. 
Tak powinna wyglądać jego relacja z Mlecznym Okiem, gdyby miała porządnych rodziców. W jakiś sposób go to smuciło. To dziecko (już nie dziecko, przypomniał sam sobie) pomogło mu. Dało siłę, gdy brakowało jej na wojnie, bo ktoś musiał się nią zaopiekować. Ciągle pamiętał rozmowę ze Złotym Kwiatem, którą odbył po odejściu jego kuzyna. 
— Staniesz się kimś więcej niż tylko mentorem, wiesz o tym, prawda? 
Jakby jeszcze musiała pytać. Przecież już wcześniej przejmował obowiązki Porannego Świergotu, pilnując, by dziecko dobrze się odżywiało i opowiadał historie, by lepiej zasnęło. Został ojcem i nawet nie zauważył kiedy. 
Teraz, patrząc na Słodką Łapę, nie mógł powstrzymać gorzkich myśli. Chciałby mieć malucha. Swojego, z krwi i kości. Takiego, w którego życiu byłby od początku i którego mógłby nazywać własnym potomkiem. Nigdy do tego nie doszedł z Mlecznym Okiem. Słowo ojciec nie potrafiło przejść jej przez gardło. Trochę go to bolało, ale to był głupi ból, więc nie wspominał o nim. Nie sądził jednak, że się doczeka. 
To nie tak, że nie był optymistą, ale nie żył w złudzeniach. Nie przykuł oka żadnej suki, a żadna suka nie przykuła jego. Czasem trzeba było zrozumieć, że nie spełni się swoich marzeń. Zostało mu tylko patrzenie, jak Mleczne Oko zakłada rodzinę, jeśli postanowi to zrobić i mentorowanie kolejnym pokoleniom. Nie miał zamiaru zaprzestać po Słodkiej Łapie, trenowanie dzieciaków dawało mu za dużo radości.
Zapach wyrwał go z rozmyśleń. Zdecydowanie nie Tenebris. Zmrużył oczy i wciągnął głębiej powietrze. Nieznane psy. Dwa. 
Zagryzanie, jagody śmierci, same nieprzyjemne rzeczy. Wsłuchał się bardziej w dyskusje samic, ale zaraz zamilkły. Czuły go? Miały szanse, wiatr się zmienił. Uznał, że nie ma co się ukrywać. 
Nałożył na pysk fałszywy uśmiech numer pięć i podszedł do nich. 
— Chyba się nie znamy — powiedział, mierząc suki wzrokiem. Ah, to była ta, która wrzeszczała na samca z Bezgwiezdnych. Ona raczej nie powinna go pamiętać, nie wychylał się zbytnio z tłumu. 
— Kim jesteś? — zapytała. Nie spodobał mu się ten ton, ale ukrył to. Druga z suk wyglądała na zestresowaną, przynajmniej tyle. Jedna niewinna. 
— Członkiem Tenebrisu — odpowiedział. — Nie wiem, czy wiecie, ale kręcicie się bardzo blisko naszych granic. Gdybym nie znał się lepiej, powiedziałbym, że chcecie wpaść na spotkanie. 
Mierzył samice wzrokiem. Nie obchodziło jej, co planowała tu robić, byle daleko od jego ziem. Dla niego mogły nawet podpalić własne ogony, byle tylko nie wciągały w to wszystko jego klanu.
 
 <Malwowy Ogonie?> 
[679 słów: Jasne Serce otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

16 maja 2021

Od Malwowego Ogona do Jasnego Serca

Usiadłam, wgapiając się w Fenkułową Plamkę i Pustynnego siedzących razem. Słodko sobie chichotali, nieświadomi moich morderczych pomysłów. Próbowałam wmawiać sobie, że nienawidzę Pustynnego, jednak tak naprawdę dobrze wiedziałam, że myśląc o odebraniu mu życia, nie kierowałam się nienawiścią do niego, a raczej chęcią zepsucia życia mojej córce. Nie mogłam znieść myśli, że Fenkuła będzie sobie szczęśliwie żyła, zapominając o mnie, podczas gdy ja najpewniej umrę ze starości w samotności. Och, a tak w ogóle, to wspaniale rymuję.
Do obozu weszły psy wracające z porannego patrolu. Dostrzegłam wśród nich Owcze Serce, która uparcie unikała mojego wzroku. Widząc brak reakcji z jej strony na moje ponaglające spojrzenie, spokojnie do niej podeszłam.
— Przepraszam… — Owcze Serce zaczęła się przepychać przez inne psy, próbując ode mnie uciec. Najwyraźniej nie miała ochoty na rozmowę ze mną, ale ja o to nie dbałam. Tym razem chciałam mieć stuprocentową pewność, że mi pomoże.
— Owcze Serceeee? — krzyknęłam w jej stronę słodkim głosikiem, jednak moje oczy pozostały zimne. — Chciałam z tobą porozmawiać, poczekaj! — Widząc jednak, że suczka totalnie mnie ignoruje, zmieniłam taktykę. — Litości, młoda panienko! Zapomniałaś, że już jestem coraz starsza?! Moje nogi! Ej, zatrzymaj się!
Suczka w końcu zwolniła, jednak widać było, że robi to niechętnie. Totalnie zapominając o moich coraz starszych nogach, podbiegłam do niej, gwałtownie hamując tuż przed jej pyskiem.
— Słuchaj! — szeptałam, patrząc się prosto w jej oczy — Wiesz… Jeśli chciałabyś się wycofać, to możesz mi powiedzieć. Mam nadzieję tylko, że twoje obietnice coś znaczą. Pokładam w tobie wielkie nadzieje, rozumiesz? Rozumiem, że dziadki takie jak Skalny wzbudzają twoją litość, ale Pustynny… — zacięłam się, szukając słów, które mogłyby usprawiedliwić moje plany. — Nie wycofujesz się, prawda? Zrozum, to naprawdę dla mnie ważne. Jestem już coraz starsza i samotna, Fenkułowa Plamka spędza ze mną coraz mniej czasu. Poza tym Pustynny… — szepnęłam jej na ucho, decydując się na kłamstwo — widziałam, jak łamie kodeks wojownika.
— I tak nie powinnaś go zabijać — powiedziała uparcie Owcze Serce, jak na mój gust trochę za głośno. Syknęłam z dezaprobatą.
— To nie jest odpowiednie miejsce na takie rozmowy — mruknęłam, zauważając, że kilka psów zaczęło się nam ciekawsko przyglądać, jednak potem tylko się rozchichotali, wracając do swych obowiązków.
Odczekałam chwilę, stwierdzając, że gdybyśmy od razu wyszły z obozu, czepialskie psy mogłyby zacząć coś podejrzewać. Gdy minęło kilkanaście długich minut, szturchnęłam nakrapianą suczkę i mruknęłam coś do niej, starając się dać jasno do zrozumienia, że idziemy. Owcze Serce podreptała za mną, poruszając się jak mucha w smole. Gdy magazyn zniknął za nami, zwolniłam kroku, stwierdzając, że możemy spokojnie zacząć rozmawiać. Owcze Serce jednak uparcie milczała, wyprzedzając mnie i mozolnie idąc przed siebie.
— Ej, Owcza… — zaczęłam, zdziwiona jej zachowaniem.
— Co znowu chcesz? — wyjąkała suczka z wyraźnymi pretensjami.
— Słuchajże! — krzyknęłam na nią, widząc, że wcale się nie zatrzymuje. — Żałuję, że cię w to wciągnęłam, ale potrzebowałam pomocy, a ty się zgodziłaś — warknęłam na nią, tracąc cierpliwość. — Potem się wycofałaś, nie uprzedzając mnie o tym. Jakbyś się czuła na moim miejscu? Skoro tak się przejmujesz jakimś nieznajomym starcem, którego miałaś zabić, dlaczego jesteś obojętna na moje uczucia? Uczucia wojowniczki z twojego klanu? Wystawiłaś mnie do wiatru, ot co!
Owcze Serce nie odpowiedziała. Szłyśmy jeszcze trochę w ciszy, gdy zaniepokojona zobaczyłam, że niemal weszłyśmy na tereny Tenebris. Stanęłam, a po chwili zatrzymała się także młodsza ode mnie suczka.
— Dobrze… — powiedziała niewyraźnie Owcze Serce — ale nie chcę zagryzać Pustynnego… On jest całkiem miłym psem.
— Chyba nie znasz go zbyt dobrze — prychnęłam — Skoro tak bardzo nie chcesz go zagryzać, to w porządku. Możesz podrzucić mu zatrutą mysz. Weźmiesz jakieś szkodliwe zioła od medyka i napchasz mu do tej zwierzyny. Albo jagody śmierci, szybciej umrze.
— No nie wiem… — Wyjąkała Owcze Serce, wlepiając we mnie przestraszony wzrok. — Pamiętasz, jak mówiłaś, że żałujesz, że mnie w to wciągnęłaś?
Kiwnęłam głową, no bo przecież mówiłam to parę chwil temu.
— Ja też żałuję. Chciałaś mnie wykorzystać, ale ja się głupio zgodziłam. Teraz też chcesz. Nie chcę ci sprawić przykrości, ale chyba odmówię... Chcę być dobrą wojowniczką.
Właśnie zastanawiałam się, czy ją zagryźć, gdy wciągnęłam w nozdrza zapach innego psa. Zaraz… Czy to możliwe, że ktoś tutaj był? Bądź… Nadal jest?
<Jasne Serce? Czekam aż wrócisz, odpisz kiedy chcesz, luz>
[671 słów: Malwowy Ogon otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]