Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leonis × Onyksowa Gwiazda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leonis × Onyksowa Gwiazda. Pokaż wszystkie posty

21 marca 2020

Od Onyksa CD Leonisa

Dlaczego nie powiedziałem, że mam uczulenie? Mam lepsze pytanie. Dlaczego o tym zapomniałem? Może rzeczywiście nie miałem pamięci jak słoń, ale takich rzeczy się nie zapomina. Nie wolno zapominać. Więc jakim cudem mi się to przytrafiło? Nie odpowiedziałem mu, bo nie wiedziałem co, chociaż wolałem to zrzucić na stan mojego pyska. Leonis długo nie czekał i od razu przeszedł do działania, a mi tylko zostało oglądać, jak zajmował się moją kolejną raną. Czułem się taki poniżony… po co ja go łapałem? Sam go nie zjadłem po drodze, w jaskini też go nie planowałem jeść. Więc czemu go skubnąłem?! „Chyba po to, by pokazać, że nie jest trujący”, pomyślałem z ironią. Złapałem tego stwora dla samca, by się jakoś odwdzięczyć, a ten nie ruszył, jakbym posypał go skunksowym odchodem. Rany… chyba rzeczywiście było lepiej się w ogóle nie wtrącać, nie próbować dziękować, a nawet nie próbować zabierać mu powietrza do oddychania. Świetny ze mnie lider… jak nie zima, to moja głupota mnie zabije.
- Nieźle się urządziłeś – skomentował, kiedy zaczął przeglądać swój magazyn z ziołami. Ja tylko siedziałem i starałem się nie zwracać uwagę na pieczenie. Przy okazji dalej się zastanawiałem, czemu musiałem być takim idiotą. Co sprawiło, że to zrobiłem. - Nawłoć ci powinna pomóc – powiedział, wyciągając żółty kwiat, który bardziej przypominał cienkie łodyżki oblepione jakimś żółtym mchem. Leonis zaczął ją żuć, a następnie wtarł ją w mój pysk. Dziwnie pachniała, ale nie miałem zamiaru narzekać. W dalszym ciągu byłem okropnie zażenowany cała tą sytuacją, więc kiedy skończył nakładać okład, położyłem się. - Właśnie, lepiej się prześpij. Za kilka dni wszystko ci zejdzie – powiedział odsuwając się ode mnie. Mruknąłem coś niezrozumiałego, po czym wstałem i podszedłem pod ścianę. Tam się położyłem i zamknąłem oczy.

Obudziło mnie dziwny hałas, który na początku chciałem zignorować, ale stawał się coraz bardziej denerwujący, a do tego doszedł dziwny zapach. W końcu zmusiłem się do otworzenia oczu. Przejechałem językiem po pysku, spałem na tyle długo, że wysypka mi zeszła, za co byłem wdzięczny Leonisowi. Gdy usłyszałem czyjeś kroki, nastroszyłem uszy. Powoli się podniosłem i rozejrzałem po jaskini. Było ciemno, ale dostrzegłem błyszczące się ślepia drugiego psa, leżące przy drugiej ścianie. Medyk także słyszał dziwny hałas, podniósł się i spojrzał w stronę wyjścia. Odgłos kroków był coraz bliżej, do tego doszedł czyjś oddech. Ktoś się zbliżał, czyżby drugi pies? Jeśli to ktoś z klanu Qiuntus? Nastawiłem się do ataku, ale kompletnie nie spodziewałem się tego, co mnie zaatakuje. Chociaż było ciemno, rozpoznałem kocie oczy i te spiczaste uszy. To był ryś, który właśnie wpadł do jaskini i zaatakował pierwszego z brzegu, czyli mnie. Zaczęliśmy się gryźć i taczać po ziemi. Wróg zaczął mnie gryźć po szyi, zacząłem go kopać i drapać w brzuch, gryząc w pysk. Na pomoc przyszedł drugi mieszkaniec tej jaskini. Leonis dziabnął jego krótki ogon, na co ten mnie puścił i skoczył na niego. Nasza dwójka walczyła z rysiem, który był bardziej przygotowany do walki. Gryzł nas głównie po szyjach, czasem próbował łapać za łapy, by za to atakowaliśmy go we wszystko, co się dało. Nie chciał odpuścić. Rzucał się na mnie, na medyka i na odwrót. W końcu rzucił Leonisem w stronę wyjścia. Stanąłem między nim, a rysiem. Zacząłem na niego warczeć. Wróg był mojej wielkości, ale wydawał się, jakby czekał na tę walkę kilkanaście tygodni i nie marnował tego czasu na siedzenie. Zacząłem się cofać, ponieważ poprzednia zaczęła mi okropnie doskwierać, nie chciałem nawet przechylać głowy i sprawdzić, czy na nowo nie jest otwarta. Lekko kulejąc odsuwałem się do tyłu, aż nie natrafiłem na podnoszącego się medyka. Samiec nie chciał się poddać i oddać swojej jaskini, a widocznie na tym zależało na rysiu, ponieważ zaczął nas z niej wyganiać. Leonis ponownie skoczył na wroga, udając mu się przedostać na jego grzbiet i wgryzając się w jego kark. Podbiegłem do nich i przewaliłem wroga na ziemie, gryząc mu łapy.
W końcu ranny i poniżony ryś wybiegł z jaskini, zostawiając nas rannych. Dyszeliśmy zmęczeni. Usiadłem na drugim boku, aby nie ruszać nogi. Spojrzałem na towarzysza, który wyglądał nie lepiej niż ja.
<Leonis?>
[665 słów: Onyks otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

17 marca 2020

Od Leonisa CD Onyksa

Wlepiam wzrok w rzuconego przede mnie zająca, lustrując go wzrokiem spode łba, jakby Onyks miał przynieść mi pułapkę. Przez chwilę mam ochotę otruć się jednym z głęboko ukrytych ziół w mojej kryjówce za samą swoją dziwną podejrzliwość. Wydaje mi się, że nawet samobójstwo byłoby w tym przypadku większą uglą niż stres spowodowany własnymi widzimisię. W końcu — Onyks mi zaufał, a przynajmniej wydawał się ufać, więc dlaczego ja miałbym nie ufać jemu?
Przełykam ślinę, pochylając łeb nad zdobyczą. Sam nie wiem czy próbuję udawać przed Onyksem z czystej grzeczności że chcę spróbować jego podarunku, czy jednak chcę wywąchać potencjalną truciznę. Jak na ironię, szarak pachnie podobnie do mojej wcześniejszej niedoszłej ofiary.
Przewracam oczami, odrzucając resztki zwierzaka w stronę Onyksa.
— Mówiłem ci, żebyś się nie przemęczał. Polowanie z twoją łapą było raczej głupim posunięciem jak na lidera — syczę, szczególnie naciskając na hierarchiczne umiejscowienie psa.
Onyks nie wydaje się tym przejmować. Nadgryza pozostawione przeze mnie mięso, i choć obserwuję go z boku, nie wydaje się szczególnie obżerać. Zamiast tego szybko kończy swoją porcję i odsuwa resztki z mojego pola widzenia, zupełnie jakby chciał je schować przed moim wzrokiem. W mojej norze. Prycham. Pies szybko przyłapuje mnie na tym, jak uważnie śledzę jego poczynania i wydaje się być przez chwilę zawstydzony swoim ukrywaniem zapasów. Odsuwa się nieco na bok jakby chcąc mi pokazać, że mogę jednak skusić się na swoją część zająca, jednak jest przy tym raczej oszczędny w słowach.
— Nie przejmuj się tym zającem, Onyks. Żeby szybciej wyzdrowieć, potrzebujesz energii, która nie bierze się znikąd — mamroczę, jakby chcąc dodać mu otuchy. Albo odchylić przed nim skrawek tego, że może wcale nie jestem takim gburem.
Kogo ja oszukuję, jestem największym gburem w mieście.
Przestaję zwracać uwagę na Onyksa. Do moich uszu dochodzi pisk ptactwa mieszkającego nieopodal, poprzedzony cichym uderzaniem kropel o ziemię. Kąciki mojego pyska unoszą się nieznacznie, a ja wciągam w nozdrza zapach świeżości. Wiosna jest dopiero w powijakach, zauważam, ale łatwo dostrzec nagłe zmiany, jakie zderzają się z wcześniejszą porą roku. Śnieg powoli topnieje, a w trawie gdzieniegdzie można dojrzeć budzące się do życia kwiaty. Porę Zielonych Liści zawsze uważałem za tą najbardziej przyjazną klanom — w przeciwieństwie do zimy, psy nie padały z zimna i nie głodowały w takim natężeniu, z drugiej strony wiosna była także różna od lata, kiedy słońce przypiekało nam skórę a brak wody suszył języki. Wiosna sprzyjała nowonarodzonym członkom w klanie, potencjalnym ofiarom wybudzającym się ze snu i okolicznej roślinności, która zasilała zapasy medyków.
Skupiam się na moim otoczeniu, napawając chwilą wytchnienia. Kryjówka to dawna lisia nora, którą w niewyjaśnionych okolicznościach opuścił poprzedni lokator. Choć długo zajęło mi wietrzenie miejsca z obcych zapachów, zauważam, że tak naprawdę wszystkie moje starania wobec tego miejsca były warte — zapasów nie brakowało, a sama nora była całkiem ciepła i przytulna na tyle, że nawet Onyks był w stanie wepchnąć w nią swój gruby zad.
Krople roztopionego śniegu rytmicznie uderzają o ziemię, tworząc miejscowo powiększającą się kałużę błota. Wsłuchuję się w rytmiczne uderzenia jak w transie, chwilowo nie skupiając się na moim towarzyszu, który równolegle ma raczej ciekawsze problemy niż rozwodzenie się nad następstwami wiosny.
Kątem oka wyłapuję, jak Onyks zaczyna potrząsać łbem. Kiedy okazuje się to nieskuteczne, pies próbuje niezgrabnie drapać się po pysku tylną, zranioną łapą. Odwracam się w jego stronę, zbyt późno reagując — ból piorunuje ciało Onyksa, który traci równowagę i z nieprzyjemnym chlustem wpada w kałużę błota. Przez chwilę mam ochotę parsknąć śmiechem na jego niezdarność, szybko jednak zdaję sobie sprawę, że w zasadzie to bardziej się przydam, jeśli spróbuję mu pomóc.
— Onyks? Nic ci nie– — urywam, kiedy pies kieruje na mnie swój wzrok. Znowu ledwie powstrzymuję się od śmiechu, widząc, że pysk Onyksa wygląda jakby obżerał się nie zającem, a malinami.
Zaróżowione plamy przebijają się przez jego śnieżnobiałą sierść, a sam lider wydaje się mieć problemy z wypowiedzeniem składnego zdania. Obserwuję go podejrzliwie, zbliżając się o krok. Może miałem rację z hipotetyczną trucizną? Pewnie otruł sam siebie tym cholernym zającem.
Onyks otwiera pysk, jednak zamiast odpowiedzi na moje niedokończone pytanie mogę usłyszeć jedynie chrapliwy warkot, a zaraz po tym z jego płuc wydobywa się seria kaszlnięć, jakby próbował złapać oddech.
Mrugam kilkukrotnie. Świetnie, nasz doskonały lider sam się wykończył. Nie potrzebował do tego nawet pomocy swoich wrogów. Szczyt nieodpowiedzialności. I pomyśleć, że na początku miałem się go bać.
A potem zdaję sobie sprawę, że może to nie on tutaj jest idiotą, tylko ja. Zresztą, jakbym był zdziwiony, że moja niezwykle skomplikowana umiejętność dedukcji czasem prowadzi mnie na niewłaściwe ścieżki. Zbyt skomplikowane ścieżki jak na mój prosty, psi mózg.
— Do stu Dwunożnych, Onyks! Dlaczego nie powiedziałeś mi, że masz alergię na zajęcze mięso?! — prycham, istotnie zażenowany swoim opóźnieniem i jego głupotą.
<Onyks?>
[772 słowa: Leonis otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

22 stycznia 2020

Od Onyksa CD Leonisa

W pewnym sensie go rozumiałem, pies nie chciał sobie narobić problemów, nie chciał ryzykować, że komuś pomoże, na chwilę straci czujność i zostanie zaatakowany. W takich czasach można się spodziewać wszystkiego, po ludziach i innych psach, bez różnicy. A w zimę jest jeszcze gorzej; mniej jedzenia skłania do robienia złych czynów, byleby przeżyć. Z takimi myślami wyszedłem z jaskini medyka i podążyłem przed siebie. Chciałem wrócić do miasta i znaleźć coś do jedzenia, nim całkowicie się ściemni. Rana już nie bolała, przynajmniej nie tak, jak wcześniej. Kilka dni i będzie po wszystkim. Wystarczy poczekać i się nie nadwyrężać.
Mocno się zdziwiłem, kiedy medyk nagle pojawił się przede mną, jakby wyrósł spod ziemi. Byłem tak zamyślony, że prawie go nie zobaczyłem. To było podejrzane, najpierw mnie wygania, a potem chce, abym wrócił? Może i miał rację, co do rany, jednak taka szybka zmiana decyzji była podejrzana. Nawet jego wyjaśnienia brzmiały jakoś sztucznie. Jednak czy miałem wybór? Rana rzeczywiście nie była do końca opatrzona, a ta butelka nie wiadomo gdzie była. Chociaż to mało prawdopodobne, zakażenie może się wdać, nawet poważne. Dlatego ruszyłem za nim, ale dopiero wtedy, gdy poznałem jego imię. Może to było dość głupie, ale skoro miałem z nim spędzić więcej czasu, wypadałoby znać jego imię, by w nagłym przypadku nie wołać „Ej ty”.
Czekałem w ciszy, aż samiec skończy. Potem miałem zamiar zrobić to, co wcześniej, czyli iść poszukać czegoś na ząb i znaleźć ciepłe miejsce do snu. Szkoda, że takowego musiałem szukać w mieście, jednak w lesie ciężej coś znaleźć i trudniej, aby było ono ciepłe. Mimo wszystko miasto ma swoje zalety, a tym bardziej, gdy Dwunożni się nie wtrącają.
Słysząc Leonisa, który poradził, abym był pod okiem medyka, spojrzałem na niego dość zdziwiony. Nie dawno mnie wyganiał, a teraz chce mi dać do zrozumienia, żebym nie odchodził za daleko, a najlepiej, to żebym nie opuszczał jaskini. To było dziwne, nawet podejrzane, ale jaki mógł być w tym ukryty przekaz? Musiałem zignorować wszystkie swoje złe myśli i pozostać przy fakcie, że po prostu coś mu się odmieniło. Coś w nim „pękło” gdy zapytałem go o imię i nie chciał kłopotów, przez co pochopnie wybrał opcję, aby się mnie po prostu pozbyć, co się potem okazało trudne do zniesienia, ze względu na ranę. Cóż, bywają i takie przypadki. Nie chciałem mu utrudniać pracy, jednak z drugiej strony musiałem znaleźć coś do zjedzenia, a jemu nie chciałem zjadać zapasów.
- Rozumiem. Jednak na razie chciałbym coś znaleźć do zjedzenia, więc jeśli to nie problem, wróciłbym tu wieczorem – pies milczał, wyraźnie się nad tym zastanawiając. Czekałem cierpliwie, w głowie układając plan, jak przeszukać miasto, aby coś szybko znaleźć. Najlepszym początkiem byłby sklep mięsny tuż na rogu, tam często wyrzucają jakieś mięso na śmietnik i jeśli zdążę, może ubiegnę te wredne koty, które także tam żerują.
- Niech ci będzie – odpowiedział w końcu, jakoś nie przekonany. - Dobrze by było, żebyś zdążył przed północą – dodał bardziej do siebie, na co skinąłem głową.
- Oczywiście. A więc do później – wyszedłem z jaskini. Rana bolała mniej, ale dalej ją czułem. Poruszałem się spokojnie, aby nie zepsuć pracy Leonisa, ale też wystarczająco szybko, bym zdążył do miasta przed wschodem słońca. Jak planowałem, najpierw poszedłem do mięsnego sklepu. Już z odległości czułem surowe mięso, jednak gdy się zbliżyłem, poczułem też te śmierdzące sierściuchy. Były pierwsze i kiedy mnie zobaczyły, uciekły ze swoją zdobyczą. Ruszyłem dalej, tym razem kierując się do jakiejś restauracji. Tam także ludzie wyrzucali na śmietnik niedojedzone żarcie i miałem nadzieję, coś tam znaleźć. Tym razem los się do mnie uśmiechnął, bo trafiłem na kilka kawałków smażonego schabowego. Zapchałem jeszcze żołądek jakimiś kośćmi i uciekłem stamtąd, kiedy drzwi się otworzyły, a w progu stanął jakiś mężczyzna.
Wróciłem do lasu, gdy robiło się już ciemno. Wtedy usłyszałem w krzakach jakiś ruch. Stanąłem i długo się nie ruszałem, czułem w powietrzu ciekawy zapach. Położyłem się, a kiedy moje futro wtopiło się w kolor śniegu, z krzaków wyskoczyło małe zwierzątko. Szary zając kicał przed siebie, poruszając nerwowo noskiem i kręcąc uszkami w każdą stronę. Leżałem bez ruchu, czekając. Kiedy był wystarczająco blisko, skoczyłem. Chociaż zima to okropna poru roku, zmuszająca nas do życia w cięższych warunkach, to jednak dla mnie miała swoje zalety. Capnąłem królika, tylko dzięki kamuflażowi i leżeniu przez jakieś pół godziny, aż do zmarznięcia brzucha i pyska. Jednak ciepłe zwierzę odpracowywało te szkody. Trzymając go w zębach, wróciłem do jaskini Leonisa.
Gdy wszedłem, od razu się podniósł. Spojrzał na mnie i na to, co miałem w pysku.
- Chyba wypadałoby podziękować za pomoc – chciałem mu zaoferować połowę zająca i nawet gdyby jej nie tknął, to i tak ją zostawię. W końcu ja już wcześniej jadłem.
<Leonis? Kolacja!>
[767 słów: Onyks otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

17 stycznia 2020

Od Leonisa CD Onyksa

Rozkładając rumiankową papkę na ranie nieznajomego, uważnie oceniam wyrządzone szkody. Nie wygląda to szczególnie poważnie, a przynajmniej w swoim życiu widziałem o wiele gorsze zranienia niż białego psa — co nie zmienia faktu, że nawet najmniejszego draśnięcia nie powinno się ignorować. Tak na wszelki wypadek. Ale tylko w przypadku, kiedy ranny to twój sprzymierzeniec, a nie kompletnie przypadkowo spotkany kundel, w dodatku prawdopodobnie wróg.
Zauważam, że to rana cięta. Podejrzewam, że to szkło, prawdopodobnie z potłuczonych butelek, więc pies zapewne jest przyzwyczajony do życia w mieście, choć nie wykluczam opcji, że w lesie również zdarza się widzieć kawałki szkła…
Z własnych myśli wyrywa mnie pytanie kundla. Imię? Moje imię? To kolejny możliwy podstęp? Co, jeśli najpierw mu pomogę, a później on wróci ze swoją sforą? Wzdycham. To tylko głupie imię, Leonis. Umowny zlepek słów. Równie dobrze psy mogłyby zwracać się do mnie per “Ej, ty!” i dalej rozumiałbym przekaz. Mimo to, dalej waham się nad kłamstwem. Albo nad ominięciem drażliwego tematu.
Kładę uszy po sobie, odsuwając się o krok w tył od wojownika. Pomogłem mu. Chcę tylko, żeby dał mi należny spokój, nie muszę mu mówić nic więcej.
— Posłuchaj, pomogłem ci — warczę w jego stronę. — Możemy się już rozejść. Naprawdę nie potrzebuję zawierać nowych przyjaźni.
W nagłym przypływie odwagi wobec nieznajomego, podnoszę łeb w górę, wyraźnie wskazując mu wyjście z mojej nory. Pies szybko zaczyna rozumieć, że nie jest tu mile widzianym gościem i zawraca, opuszczając moją kryjówkę.
Wciągam ze świstem powietrze, chcąc wyrównać oddech i przymykam na chwilę oczy, żeby skupiać myśli. Już po wszystkim, Leonis. Teraz możesz zapomnieć o całej tej żenującej akcji i wrócić do swojego dawnego życia.
Do stu Dwunożnych. Nie, do trzystu!
Niemal wyskakuję z nory. Z tego wszystkiego zapomniałem o głównym problemie tej sytuacji — samej ranie. Nie obłożyłem jej pajęczynami, aby spowolnić krwawienie i uchronić ranę przed infekcją. Spoglądam na śnieg i od razu zauważam drobne ślady krwi pozostawione na białym puchu. Najwyraźniej rana zaczęła przeciekać przez nałożoną na nią warstwę zmielonego rumianku, co przy okazji także będę musiał poprawić.
Znalezienie psa nie jest trudne dzięki pozostawionym przez niego śladom. Zresztą, ten i tak nie powinien iść zbyt szybko — to może niepotrzebnie przyspieszyć krwawienie i narobić dodatkowych problemów. Wymijam nieznajomego, zastawiając mu drogę ucieczki. Przez chwilę wydaje się zaskoczony, ale nie traci czujności moim gwałtownym zachowaniem. Pewnie myśli, że chcę wykorzystać jego chwilową słabość i go zaatakować, ja jednak nie mam takiego zamiaru.
— Twoja rana przecieka, nie skończyłem cię opatrywać — mówię na jednym wdechu.
Przysuwam się o krok, jakby chcąc, żeby zawrócił z powrotem do mojej nory. Ten jednak twardo stoi w miejscu, lustrując mnie wzrokiem od łap po uszy, patrząc zupełnie jak na przekąskę. Wzdycham cicho z irytacją.
— Jestem Leonis. A teraz dasz mi skończyć swoją robotę? Nawet drobna rana może skończyć się stratą kończyny albo życia, a chyba jesteś ważny dla swojego klanu — tłumaczę, najmilej jak potrafię.
Nie zależy mi na tym, czy skończy żywy, myślę. To tylko przekleństwo perfekcjonisty. Nie chcę, żeby ktokolwiek z jego klanu, nieistotne skąd pochodzi, usłyszał o mnie okrutne plotki, że jestem złym medykiem.
— Onyks.
Ku mojemu zdziwieniu, pies zawraca, dając mi się poprowadzić z powrotem do kryjówki. Nie mogę jednak do końca odetchnąć z ulgą, zważając na to, że Onyks jest teraz wobec mnie bardziej nieufny. Dokończyć robotę, Leonis. To twoje jedyne zadanie.
Rozprowadzam resztki wcześniej przeżutego rumianku kolejną warstwą po ranie psa. Wszystkie zapasy marnowane na wroga. Czy ja kompletnie postradałem zmysły? Chwilę odczekuję, zatracając się w niezręcznej ciszy pomiędzy mną a Onyksem, w myślach odliczając sekundy, aż rumianek wystarczająco zaschnie, abym mógł obłożyć go opatrunkiem. Owijam go grubą warstwą pajęczyn i przez chwilę przypatruję się wykonanej pracy. Nie do końca wiem czy to akt samouwielbienia nad własnymi umiejętnościami medycznymi, czy w rzeczywistości sprawdzam stan mojego pacjenta. Nie wygląda, jakby umierał.
Pies wstaje, najpewniej myśląc, że to już koniec. W końcu skończyłem się nim zajmować, prawda? Ja też powinienem dać sobie spokój.
Powinienem.
— Onyks? — zaczynam — nie, żebym się wtrącał, ale… Powinieneś być pod okiem medyka przez jakiś czas. Przez zimę jesteś osłabiony, łatwo więc o infekcję, to… rozumiesz o co mi chodzi, prawda? — Mam nadzieję, że tak, bo nie chcę mu po raz kolejny powtarzać, że nie wypuszczę go z nory, dopóki rana się względnie nie zagoi.
<Onyks?>
[701 słów: Leonis otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

5 stycznia 2020

Od Onyksa CD Leonisa

Głód w zimę jest najgorszy. Ciężej znaleźć jakikolwiek posiłek, gdy postanowisz zapolować na coś w lesie, przypadkiem możesz natknąć się na kogoś agresywnego albo trafić na czyjeś tereny i zostać wziętym za wroga. W mieście nie jest bezpieczniej, bezpańskie psy jak ja często trafiają do ciasnych klatek, za samo istnienie, a szukamy tylko jedzenia, czy coś w tym złego?
Poszedłem do miasta, gdy tylko wstałem. Wałęsałem się po ulicach zaśnieżonego miasta, jak zawsze ci Duzi nie zwracali na mnie uwagi, a ci Mali uważnie mi się przyglądali. Kiedyś któryś chciał mnie pogłaskać, odsuwałem się na bok, a jego ręka szybko zostaje zabrana przez Dużego. Starałem się wyczuć coś do jedzenia, jednak w takich chłodnych dniach nikt nie je na zewnątrz i wszyscy chowają się w budynkach, gdzie zima ich nie sięga, a ja niestety nie potrafię przechodzić przez ściany. Szedłem przed siebie bardzo długo, w nadziei, że zaraz coś wyczuje i stało się to, gdy słońce było świeciło wysoko na niebie. Wyczułem mięso, ruszyłem w stronę ciemnej uliczki, w której śmierdziało szczurami, ale nie na tyle mocno, by zatuszować zapach jedzenia. Starając się nie zgubić woni, wszedłem do jakiegoś starego budynku bez drzwi. W środku śmierdziało odchodami i stęchlizną, ale dalej wyczuwałem jedzenie. Kiedy wszedłem do pomieszczenia, w którym zapach unosił się najmocniej, zobaczyłem pod ścianą leżącego człowieka. Wokół niego leżała masa butelek, papierków i innych śmieci, a przed sobą miał talerz z niedojedzonym jedzeniem. Mężczyzna spał, dlatego bardzo powoli kroczyłem w jego stronę. Nie chciałem go obudzić, dlatego wydawało mi się, że idę do jedzenia przez wieczność. Kiedy wreszcie przyczołgałem się na tyle blisko, że mogłem chapnąć mięso, człowiek się obudził. W ostatniej chwili złapałem całą zawartość miski i się wycofałem. Usłyszałem z tyłu krzyk, potem hałas rozbijanej butelki i po chwili coś mnie ukuło w bok. Tylko na moment odwróciłem łeb, aby zobaczyć, że Dwunożny nie wstał, tylko rzucił butelką, która rozbiła się o ścianę, a jej kawałek mnie drasnął.
Wybiegłem z budynku i zatrzymałem się na ulicy. Rozejrzałem się, nikt mnie nie gonił, jednak wolałem pójść gdzieś dalej. W końcu zatrzymałem się przy moście, gdzie spożyłem mięso. Był to kawałek wieprzowiny, prawie surowej, ale nie zepsutej. Nie chciałem wiedzieć skąd ten człowiek to miał, przez chwilę nawet myślałem, by tego nie jeść, z tego względu, gdzie to znalazłem, ale głód był silniejszy.
Po posileniu się, przeszedłem się wzdłuż miasta, by wrócić na most i przejść do lasu. Miałem zamiar się tylko przejść, aby mój nos odpoczął od tego ohydnego zapachu miasta, nie sądziłem, że na zwykłym spacerze ktoś postanowi na mnie wpaść.
Zmierzyłem obcego, kolorowego psa od łap do łeb i uważnie mu się przyjrzałem. Nie wyglądał na takiego, który cię w każdej chwili może zaatakować, chociaż pozory mogą mylić. Na wspomnienie o ranie, poczułem lekkie pieczenie na boku. Mógłbym to zignorować, ale czy powinienem? Wątpiłem, by butelka, którą dostałem, była czysta, tym bardziej, że śmierdziało w tym pomieszczeniu dość intensywnie. W sumie to nawet byłem zmuszony skorzystać z jego usługi, ponieważ w moim klanie chwilowo nie było żadnego medyka, a chodzenie po innych terenach w poszukiwaniu takowego, nie wydaje się dobrym pomysłem, a do Dwunożnych nawet nie pomyślę zajść.
- Zgoda – powiedziałem po krótkiej chwili.
- Potrzebuje rumianku, jest w mojej norze, chodź – pies się odwrócił i zaczął się kierować do swojego lokum. Po chwili ruszyłem zanim, ciągle się zastanawiając, czy nie lepiej ranę obłożyć śniegiem i poczekać, aż sama się zagoi. Miałem ochotę zapytać się, z jakiego jest klanu, ale zrezygnowałem. Lepiej myśleć, że ktoś obcy ci pomógł, niż wiedzieć, że pomógł ci twój wróg.
Drogę przeszliśmy w ciszy. Oboje nie spuszczaliśmy z siebie wzroku. Jego nora nie była daleko, zaprosił mnie do środka i zaraz zaczął szukać potrzebnej mu rośliny. Ja zostałem bardziej przy wejście, tak na wypadek. W końcu samiec wrócił, trzymając w pyskach rumianek. Zaczął go mielić w pysku, siedziałem i cierpliwie czekałem, aż w końcu przygotowaną "maść" rozłożył na mojej ranie. Trochę piekło, ale nic po sobie nie dałem znać.
- Tak właściwie, jak się nazywasz? - zapytałem z ciekawości.
<Leonis?>
[665 słów: Onyks otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

2 stycznia 2020

Od Leonisa do Onyksa

Nostalgia to najgorsza słabość dla zranionego przez przeszłość psa. Nostalgia prowadzi do buntu, do zemsty, do kolejnych zranień. Nostalgia to głupota psich uczuć, przez które cierpi nie tylko sentymentalny osobnik, ale także i wszyscy dookoła, na których odbija się to rykoszetem.
Przekonanie, że także nostalgia doprowadzi kiedyś do tego, że wszystkie klany pewnego dnia sprzeciwią się Quintus tylko po to, aby wrócić do swojego dawnego domu pali mnie od środka. To głupota, powtarzam. Psy są słabe. Daliśmy się wybić przez garstkę idiotów, którzy pragnęli jedynie władzy. Ale przecież bezgwiezdnego gbura to nie dotyczy, prawda? Przecież bezgwiezdny gbur nie ma nic wspólnego z tymi nostalgicznymi (idiotycznymi?) bestiami, które uciekają z własnego domu i liczą na cud, że pewnego dnia wszystko się zmieni, prawda?
Zaiste, myślę, kierując się w stronę lasu. Zaiste, mnie to nie dotyczy. Nie jestem skończonym kretynem.
Na las najbardziej lubię patrzeć z ukrycia — w ten sposób istnieje nikła szansa, że ktoś mnie zaatakuje, a jeszcze mniejsza, że będzie to ktoś z Quintus. Przy tym mogę skupić myśli, wsłuchując się w melodyjny śpiew ptaków o poranku i w szum drzew podczas łagodnego wiatru poruszającego gałęziami. No dobra, koniec romantyzmu. Ptaki pozdychały z głodu i zimna, a szum przemienił się w irytujący gwizd. Śnieg skrzypi pod łapami paląc skórę, a na białym puchu osadza się krwistoczerwona ciecz po ataku na ofiarę.
Czy już mówiłem, że nienawidzę zimy?
Choć w szeregach Bezgwiezdnych panują braki, to i tak pierwszy lepszy medyk drastycznie odczuje zmianę pory roku. Chorzy? Są. Chłód? Jest. Głód? A jakże. Smutek, jakże estetycznie ozdobiony nostalgią? No ba. A wraz z tym wszystkim Leonis tracący rozum.
Ale zima to też dobry pretekst, aby chwilowo wczuć się w rolę wojownika i zrobić zapasy w nieco konserwatywny sposób. Jaki chory, wychłodzony, głodny i smutny pies nie zadowoliłby się tradycyjnym smakiem surowego zająca zamiast wyciągniętego ze śmietnika, lekko nadgryzionego hot doga? Dlatego też nie waham się, mając okazję choć na chwilę znaleźć się na obrzeżach lasu, aby zapolować.
Stary, tępy gbur, który kompletnie nie zna się na polowaniach. Czaję się na dostrzeżonego zająca, który prawdopodobnie już i tak doskonale sobie zdaje sprawę z mojej obecności, tylko czeka na odpowiedni moment, aby mi zwiać. W myślach próbuję ułożyć pełną strategię mojego polowania, włącznie z planem A, planem B i niedopracowanym planem C. Prawdopodobnie jestem zbyt wolny na zwierzątko — rozglądam się wokół, sprawdzając, czy mogę je w jakimś sposób ogłuszyć lub zapędzić w ślepy zaułek. W zasadzie, to tylko tyle wystarczy, aby plan się powiódł. Nie muszę zbędnie marnować energii na bezowocną gonitwę za czymś, co i tak mi ucieknie, a nawet nie jest warte całego zachodu… i zapuszczania się w głębsze tereny lasu.
Gdybym tylko miał tak zręczne łapy jak Dwunożni, myślę. Przecież wystarczyłoby tylko rzucić czymś w głupiego zwierzaka i padłby z miejsca. Dwunożni zawsze mają lepiej, wzdrygam się z irytacją.
Napinam mięśnie, jeszcze przez chwilę obserwując ofiarę. Wystarczy odpowiednio skoczyć, Leonis. Jeśli pacniesz go łapą w łeb, ogłuszysz go na taką chwilę, aby móc go bezproblemowo zabić.
Wyskakuję do przodu, ale jestem wolniejszy niż reakcja zająca. Długouchy skurczybyk wyrywa się spod moich łap, rzucając przed siebie w biegu o własne życie. Nawet go, do stu Dwunożnych, nie drasnąłem.
Zirytowany swoimi zerowymi umiejętnościami łowieckimi, 0druchowo puszczam się za ofiarą, choć doskonale wiem, że nie mam z nim szans. Zresztą, nie tylko z nim — moment, w którym wyskakuję zza wysokich krzewów, jest też momentem, w którym tuż przede mną wyrasta duża zaspa, w którą wpadam.
Duża, puchata zaspa. Z szarymi śladami od brudu i łapami w błocie. I chłodnym spojrzeniem, które idealnie komponuje się z jego personą.
Z wrażenia podskakuję, wywracając się do tyłu i koziołkując po śniegu. Mój towarzysz lustruje mnie wzrokiem, zupełnie jakby już sam doszedł do wniosku, że ma do czynienia ze skończonym kretynem.
Podnoszę się, otrzepując futro ze śniegu i stając w odległości kilku metrów od mojego towarzysza, na wszelki wypadek tak, żeby być bezpiecznym, ale przy tym zachować klasę. Atakować? Uciekać? Udawać niewinnego? Czy może jednak zostać zaatakowanym? Żadna odpowiedź nie jest poprawna. Prawidłowe jest:
— Czy mógłby szanowny pan nie pojawiać się przede mną jak, do stu Dwunożnych, duch? Cóż za młodzież, w tych czasach starzec nawet spokojnie nie może zapolować na zwierzynę — fukam, robiąc z siebie debila.
— Jesteś w pobliżu klanu Quintus — odzywa się.
— Stwierdzasz fakty, czy zadajesz mi pytanie? — mamroczę. — Słuchaj, jeśli bardzo miałeś ochotę na tego zająca, to bierz go sobie, niech ci będzie. Jeśli go znajdziesz. Tej zimy są jakieś dziwnie… szybkie. I niegłupie.
Mam wrażenie, że na wspomnienie o zającu pies lekko wzdryga się. Serce przyspiesza w mojej piersi, bijąc tak głośno, że nieznajomy zapewne jest w stanie usłyszeć je z odległości trzech metrów. Co, jeśli wcale nie chciał tego zająca? Co, jeśli to ja jestem jego ofiarą?
Cofam się o kolejny krok. Błąd. Mój towarzysz staje się jakby niespokojny i spięty. Przypatruję mu się uważnie, śledząc każdy jego ruch, jakby czekając na jego atak i przygotowując się do możliwej ucieczki. Czy powinienem zagłębić się w las tak, żeby go zgubić? Nie, to głupi pomysł. Być może jest z Quintus i zna las jak własną kieszeń. Muszę wrócić do miasta wszystkimi bocznymi ścieżkami, jeśli chcę się go pozbyć.
Moje plany pękają jak zamarznięta tafla wody, na której wejście co odważniejsi próbują swoich sił. Na tylnej łapie psa zauważam ranę, a śnieg wokół niej powoli zaczyna barwić się na rubinowo. Pora obrać inną strategię.
— Słuchaj, jestem medykiem, nie wojownikiem. Mogę odjąć ci trochę bólu, jeśli potem puścisz mnie wolno — mówię, zgrywając ofiarę. Przynajmniej w jednej rzeczy jestem dobry, choć nawet ja nie jestem pewien czy mam tu na myśli bycie medykiem, zgrywanie ofiary czy po prostu zachowywanie się jak idiota.
<Onyks?>
[935 słów: Leonis otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]