Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śnieżynka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śnieżynka. Pokaż wszystkie posty

23 czerwca 2022

Od Śnieżynki CD Wymyślnika

tw. gwałt, przemoc na dziecku
Akcja dzieje się za czasów panowania Piaskowej "Gwiazdy", kiedy Wymyślnik i Śnieżynka byli jeszcze szczeniakami, kończy się natomiast w teraźniejszości.
W tamtej chwili Śnieżynka chciała po prostu umrzeć. Najzwyczajniej w świecie, chciała zniknąć. Przestać istnieć. Nie egzystować. Mdliło ją ze stresu i najchętniej poszłaby spać, żeby się więcej nie obudzić. Ale przerabiała już to i doskonale wiedziała, że to tak niestety nie działa, chociaż mogłoby. Śnieżynka bardzo liczyła na to, żeby tak się zadziało.
Liczyła na to, że wszystko okaże się tylko złym snem i obudzi się razem z trójką swojego rodzeństwa w potwornie nudnym żłobku, obok Jazgotu, który spojrzy pytająco na zapłakane, wybudzone z koszmaru dziecko, po czym utuli, ucałuje i znów ułoży do snu, by z energią mogła powitać następny dzień. Ale ilekroć gryzła się po łapach, żeby się z niego obudzić, czuła tylko ból i poczucie bezsilności.
Gang oddalił się, aby udać się do snu. Zostawili tylko jednego psa, którego Śnieżynka nie kojarzyła, aby pilnował uwięzione szczeniaki.
— Śnieżynko, jak się czujesz? — zapytał Wymyślnik.
Nie odpowiadała. Odwróciła głowę i ponownie zaczęła cicho szlochać.
— Śnieżynko… — brat przybliżył się.
— To wszystko twoja wina! — syknęła, rzucając mu wściekłe spojrzenie.
Nie brała pod uwagę tego, że tak naprawdę jej nieodpowiedzialność wplątała ich w dziwną, uwikłaną relację z całym gangiem.
— Ja…
— Byliśmy już bezpieczni w klanie! — przerwała mu. — Dym wiedział o sytuacji, Jazgot wiedział o sytuacji, ale nie! Musiałeś sam poleźć, żeby sprawdzić dziwny zapach! Nie mogłeś zaangażować w to dorosłych! — nakręcała się.
— Nie chciałem nikogo budzić, bo…
— Bo co? No właśnie, bo gówno! Bo lepiej zostać porwanym i nigdy już nie zobaczyć domu, zamiast schować swoją dumę i dać załatwić sprawę innym!
— Nie musiałaś iść za mną — próbował się bronić, co tylko bardziej ją rozjuszyło.
— Nie musiałeś w ogóle leźć! Nie jesteś wojownikiem i nigdy nie będziesz, bo oboje tutaj zdechniemy, wiesz?! Co, chciałeś być bohaterski, chciałeś być waleczny… I kurwa nie będziesz, bo zostanie z ciebie mokra plama zbezczeszczonych zwłok! Masz, czego chciałeś! A teraz spierdalaj, nie chcę, żebyś się do mnie odzywał! — wykrzyczała.
— Zamknąć mordy! — usłyszała od strażnika, który najwyraźniej miał dosyć jej wycia.
— Spierdalaj! — wykrzyknęła w odpowiedzi, przekierowując całą swoją złość na niego.
— Śnieżynko, przestań! — Wymyślnik przestraszył się nie na żarty.
Ale było już za późno.
— Coś ty powiedziała, mała kurwo? — strażnik podniósł się.
To była ostatnia szansa, żeby nie droczyć się z terrorystą, ale ona miała to w głębokim poważaniu. Była wściekła, miała przyspieszony, przerywany histerycznym płaczem oddech i ani myślała wycofać się ze swoich słów.
— Żebyś spierdalał, ogłuchłeś?!
— Ona nie ma tego na myśli, ona tylko…
Łup. Śnieżynce zadzwoniło w głowie, kiedy przeleciała przez całą klatkę. Ciężka łapa trzepnęła ją z taką mocą, że zrobiło jej się ciemno przed oczami. Czuła obrzydliwą woń krwi, która nagromadziła się w jej pysku. Zakasłała. Ale oprawcy to nie wystarczyło. Podniósł ją za skórę i kopnął Wymyślnika, który chciał ją obronić.
— Spaghetti, pilnuj gnojka — mruknął niewyraźnie, budząc przy tym innego psa.
Śnieżynka próbowała mu się wyrwać, na co zaciskał szczęki mocniej, aż nie poranił jej. Zastygła w bezruchu, na ile to było możliwe w jej sytuacji. Niósł ją daleko poza obóz, rozdzielając tym samym od brata. Śnieżynka bała się jak nigdy dotąd. Była zbyt zestresowana, żeby próbować zapamiętywać trasę. Bała się krzyczeć. Zresztą nawet, gdyby chciała, wielka gula w gardle skutecznie jej to uniemożliwiała. To był ostatni raz, kiedy widziała Wymyślnika podczas tego porwania.
Kundel znacznie oddalił się od miejsca, do którego rodzeństwo zostało zaniesione. Oglądał się za siebie, jakby upewniając, że nikt ich nie śledzi i dopiero, kiedy znaleźli się w ciemnym, bardzo źle pachnącym zaułku, wypuścił ją z paszczy. 
"Śnieżynko, krzycz. Krzycz ile sił, na ile pozwoli ci powietrze w płucach. To twoja ostatnia szansa na wolność."
Nie znała głosu, który usłyszała w głowie. Nie zastanawiała się również, dlaczego go słyszy. Było w nim coś takiego, dzięki czemu zaufała mu i ślepo podążyła za wydanym poleceniem. Czas zwolnił, kiedy nabrała powietrza i zaczęła rozpaczliwe błaganie o pomoc. Jej oprawca szybko zorientował się, co robi. Uderzył ją i roześmiał się obrzydliwie.
— Myślisz, że ktokolwiek cię tu usłyszy? — zapytał, ale nie czekał na jej odpowiedź. — Teraz jesteś zdana na mnie. — Mówiąc to przybliżył się niepokojąco.
Chciała się cofnąć, ale nie miała gdzie. Za nią była zimna ściana, niezdolna pomóc małej ofierze. On tymczasem bez najmniejszych oporów zaczął sunąć pyskiem po jej ciele, nic sobie nie robiąc z jej nieudolnych prób odsunięcia go.
— P-przestań! Zostaw mnie! Nie dotykaj mnie! — krzyczała.
Była dzieckiem. Nie miała szans wyrwać się ze szponów dorosłego samca.
— Najpierw cię wykorzystam... — wyszeptał, z chorą satysfakcją podziwiając jej przerażenie — ...a potem się ciebie pozbędę.
Siłą obrócił ją na brzuch i przyszpilił łapą do ziemi. Śnieżynka wyła histerycznie, usiłowała się wyrwać i krzyczała przy tym wniebogłosy.
Wtem uścisk zniknął, a z jej oprawcy wydobył się okrzyk bólu. Chciała uciec, ale była sparaliżowana. Słyszała dźwięki walki i dużo wulgarnych słów. Zwinęła się w kulkę i zaciskała oczy. Drżąc starała się wymazać z pamięci obrzydliwy dotyk. Miała wrażenie, że cały czas go czuje i była bliska zwymiotowania z tego powodu.
— Nic ci nie jest? O Gwiezdni, przybiegłem najszybciej, jak mogłem. — Usłyszała.
Nie chciała otwierać oczu.
— Hej? Mała? Zrobił ci krzywdę? Boli cię coś? — obcy wojownik nie ustępował.
Dalej nie odpowiadała. Trącił ją delikatnie, a wtedy krzyknęła i zaczęła wierzgać łapami na wszystkie strony.
— Hej! Hej posłuchaj! Nie zrobię ci krzywdy. Cholera, nie zostawię cię tu, to niebezpieczne…
"Zaufaj mu, Śnieżynko."
— Zabierz mnie stąd — zaszlochała.
Miejsce, do którego trafiła, miało bardzo charakterystyczny, silny zapach mieszanki ziół, od którego kręciło jej się w nosie. Dostała jakieś roślinki, po których udało jej się uspokoić oddech. Wpatrywała się pustym wzrokiem w krążące wokół niej Rumiankowe Ziele, które wstępnie oceniało jej stan. Nie dotykało jej jednak, usłyszawszy od jej wybawcy o wszystkim, co widział.
— Mogę? — zapytało wreszcie, kiedy Śnieżynka przestała szlochać.
"Pozwól jejmu, nie skrzywdzi cię."
— Co to znaczy jejmu? — zapytała na głos, wprowadzając medyka flumine w zaskoczenie.
— To takie… Określenie, którego używa się, kiedy mówi się o osobach niebinarnych. — Odpowiedziało nie pytając, skąd właściwie szczenię nagle wystrzeliło z takim pytaniem.
— Niepolarnych? — Śnieżynka przymrużyła oczy.
Rumianek roześmiało się pogodnie.
— Niebinarnych. To takie osoby, które nie uznają się ani za suczki, ani za samce. Na przykład ja.
— Bezsens. — Prychnęła. — Przecież wyglądasz jak samiec.
Gdyby Śnieżynka miała w sobie trochę więcej empatii czy taktu, powiedziałaby, że wydawało jej się, że Rumianek jest samcem. Ale nie miała ani empatii, ani taktu. No, może troszkę, ale niewystarczająco, aby dopuścić do siebie myśl, że ona mogła się pomylić i ktoś jeszcze śmie jej to wypominać.
— Widzisz, czasem jest tak, że to, jakimi się rodzimy, na jakich wyglądamy, nie mówi o tym, kim jesteśmy naprawdę. — Tłumaczyło spokojnie.
Ziele miało w sobie coś takiego, co wzbudzało w Śnieżyce dużo sympatii. Musiało mieć niesamowite pokłady cierpliwości i zdawało się chętnie dzielić swoją wiedzą rozumiejąc, że dziecko niekoniecznie miało skąd o wszystkim wiedzieć.
Gdzieś z tyłu głowy albinoski pojawiła się cicha, nieśmiała myśl. Myśl, która cichutko rozjaśniła jej, dlaczego tak źle czuje się ze sobą.
— Czy… czy to znaczy, że ktoś, kto urodził się suczką, może nie być suczką? — zapytała bardzo ostrożnie, jakby bała się odpowiedzi.
— Oczywiście. Może być kimś nie binarnym, może też być po prostu psem w ciele suczki.
Serce Śnieżynki zabiło mocniej.
— I skąd ma o tym wiedzieć? — zapytała.
Rumianek zamyśliło się.
— Może to czuć od zawsze, być tego świadomym, ale może też dowiedzieć się z czasem i…
— To głupie — syknęła. — Strasznie głupie. Nie zgadzam się z tym i już. — Tupnęła nogą i odwróciła głowę. — A w ogóle, to ja chcę do taty… — jej oczy zaszkliły się.
— To co powiesz na to: Zrobię ci bardzo szybkie badanie, zobaczę, czy nie masz nigdzie ran, które trzeba opatrzyć i kiedy tylko skończę, pójdziemy razem do twojego taty. Dobra?
"Nie bój się. Ono ci pomoże."
— Dobra — odpowiedziała cicho, zaciskając zęby za każdym razem, kiedy Rumianek musiało jej dotknąć.

✿•.¸,¤°`°¤,¸.•✿

Mlecz nie był złym mentorem. To Śnieżynka była złą uczennicą. No, może nie złą. Bardzo kapryśną, płaczliwą. Małą histeryczką i prowodyrką kłótni. Po pamiętnej sytuacji w której prawie została zgwałcona, bardzo wiele się zmieniło. Jazgot zadbał o to, żeby sytuacja z włóczęgami nigdy się już nie powtórzyła. Szczenięta przestały być małymi bąbelkami i awansowały na uczniów, co dosyć niekorzystnie wpływało na naszą bohaterkę. Nie chciała być wojownikiem. Bała się, kurewsko się bała. Ale nie powiedziała o tym ani słowa. Siedziała tylko z tym poczuciem niesprawiedliwości i kiedy mogła, unikała treningów. Czuła się bardzo samotna, bo paliła wszystkie mosty. Przestała rozmawiać z rodzeństwem, mimo dużego poczucia odpowiedzialności za innych. Raz trafiła na zgromadzenie, gdzie musiała pilnować smroda, który próbował kłócić się z jakąś pierdolniętą fanatyczką o szacunek do ich klanu. Nieudolnie.
Rozwijało się w niej też poczucie niesprawiedliwości i nienawiść do rodziców, którzy ich porzucili. Jazgot naprawdę się starał, wychodził z siebie, żeby było dobrze. Ale nie było. Nękała ją też sytuacja z medykiem Flumine. Od ich spotkania minęło sporo czasu. Rumianek natchnęło suczkę do głębszych refleksji, które usiłowała wyrzucić z głowy. Tak, jak pamięć o tym, że w ogóle się poznali. Śnieżynka nie mogła pogodzić się z wiedzą, którą wtedy obdarzyło ją Ziele. Głosy wokół niej nabierały na sile i przekonywały ją, aby spróbowała znów udać się w kierunku, jak to określały, swojej bratniej duszy. Ale ona była uparta. I zbyt przerażona, aby samodzielnie opuszczać tereny Bezgwiezdnych.
— Wymyślniku — odchrząknęła, stając przed bratem.
— Śnieżynko? — jej brat wyglądał na zdziwionego. W końcu nie odzywała się do niego od ich kłótni przy gangu, która mogła skończyć się dla niej tragicznie. Gwiezdni jednak czuwali nad jej duszą i podesłali tego wodnego wojownika…
— Ja… Nie. Nieważne — speszyła się, odwracając wzrok.
— Ważne — uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
— Jak mówię, że nieważne, to znaczy, że nieważne! — warknęła i odwróciła się na pięcie.
Oczy jej się zaszkliły. Gnębiły ją jej własne myśli, ale nie dała rady się nimi podzielić mimo tego, że nie dawała już rady zostawać z nimi sam na sam.

<Wymyślniku? Chętnie przeczytam Twoją perspektywę starcia z gangiem>
[1606 słów; punkty niewpisane]

1 marca 2022

Od Śnieżynki do Jazgotu — Event Walentynkowy

 Całe dnie chodziła naburmuszona. Mówiło się, że nienawidzi siebie i całego świata razem z nim, a ona podkreślała to jeszcze bardziej. Powtarzała, że owszem. Ale prawda była taka, że nie czuła się dobrze sama ze sobą. Pomijając fakt, że była podrzutkiem i czuła się z tego powodu gorsza, coś jeszcze było nie tak. Nie potrafiła powiedzieć, co. Nienawidziła siebie. Swojego imienia. Swojej rzeczywistości. Swojego albinizmu. Swojego istnienia. Ale w tym wszystkim pojawiał się promyk nadziei.
Śnieżynka, wbrew pozorom, potrafiła kochać. Nie potrafiła (a może nie chciała?) tego okazywać w żaden sposób, ale jak najbardziej potrafiła kochać. I nie chodziło tu tylko o Wymyślnika, który był po prostu jej ulubionym bratem i wbrew kompletnie różnorodnym charakterom, czuła z nim dziwną więź. To, że czuła cokolwiek do swojego rodzeństwa było zrozumiałe. Wszyscy byli w tym samym bagnie. Jakkolwiek było to niesprawiedliwe, z tego bałaganu idealizowała Wymyślnika. No bo taka Orchidea to ją po prostu drażniła. A za Szakłakiem nie przepadała i już. Chyba zazdrościła mu beztroski i swobody. Ale skoro nie mowa tu o rodzeństwie, to o kim właściwie? To całkiem zabawne, bo…
— Śnieżynko, dlaczego nie jesz? — zapytał Jazgot.
— Bo nie mam na to ochoty — prychnęła, odwracając wzrok.
Kiedy ich przygarnął, nie czuła wdzięczności. No, może nie róbmy z niej potwora. Nawet, jeśli czuła, to skutecznie wyparła ją tak, aby tylko jej nie okazywać.
— Możesz wybrać coś innego ze stosu — próbował dalej opiekun.
— Jeśli to sprawi, że się odczepisz wreszcie, to zjem — fuknęła, nawet na niego nie patrząc.
Podrzucił więc jej szczura czy innego królika, którego z wielką łaską i starając się wyglądać na niesamowicie zniesmaczoną, postanowiła wreszcie skonsumować, aby następnie gnoić go obrażonym wzrokiem młodej królewny.
Śnieżynka bardzo przeżywała utratę mamy. No, może utrata to złe słowo. W końcu pobyła z nimi, a potem się ulotniła. Ktoś by stwierdził, że lepiej tak, niż jakby miała zostawić je na pewną śmierć. Ale Śnieżynka by się z tym kłóciła, wykrzykując, że woli umrzeć niż być niechcianym dzieckiem. Co także nie do końca tak wyglądało, bo Jazgot dokonywał wszelkich starań, żeby czuła się chciana.
— Gdzie idziesz?! — warknęła i doskoczyła do niego, kiedy tylko zaczął się oddalać.
— Chciałaś, żebym się odczepił — droczył się z nią, oczywiście. Uśmiechał się.
— No ale nie tak! — tupnęła nóżką naburmuszona.
— To jak? — nie dawał za wygraną.
— …nijak — wymamrotała, przytulając się do jego łapy.
Śnieżynka sama nie do końca wiedziała, o co właściwie jej chodzi. Ale jedno było pewne nawet mimo tego, że na głos nie przyznałaby się za żadne skarby. Śnieżynka nie tylko była bardzo wdzięczna Jazgotowi za to, że zajął się nią. Śnieżynka bardzo kochała Jazgota.

<Jazgot? Zobacz, dziecko cię nie nienawidzi ♥>
[427 słów: Śnieżynka otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia + 4 Punkty Doświadczenia za event]

4 lutego 2022

Od Śnieżynki CD Wymyślnika

Plan był prosty. Zniknąć niepostrzeżenie ze żłobka. Odszukać zapach mamy. Przypomnieć jej, że nastąpiła pewna pomyłka i miała wziąć mnie ze sobą. Bo ja rozumiem wszystko, też nie chciałoby mi się użerać z moim rodzeństwem. Ale zapomnieć o mnie?! Skandal! Ewentualnie wzięłabym tylko Wymyślnika ze sobą. W sumie to sam się przypałętał, więc wyszło dobrze. Tylko że potem wszystko się schrzaniło. Zniknęłam spostrzeżona przez brata. No, to pół biedy, jak już wspomniałam. Zapachów było strasznie dużo i koszmarnie się mieszały, a co gorsza żaden z nich nie był w ogóle zapachem mamy. Jednak wierzyłam, że jakimś cudem zaraz znajdę ten odpowiedni i uparcie brnęłam w swoje. No i się zgubiłam, a jej ani śladu. Jak ja miałam przypomnieć jej cokolwiek, jeśli nie mogłam jej nawet znaleźć? Byliśmy głodni, zmęczeni, a ja wściekła i rozgoryczona. Ale to nic. Znalazły się psy, które zdecydowały się nam pomóc. Po czym jednak wcale nie chciały pomóc. Szkoda tylko, że było już za późno. Ale nigdy nie przyznałabym, że się pomyliłam. To by mnie zrujnowało. Zresztą to wszystko wina Wymyślnika. Mógł mnie uprzedzać głośniej i bardziej uparcie.
Teraz wszystko się posypało. Usłyszałam tylko bardzo głośny huk. A potem wszędzie zrobiło się gorąco, kiedy płomienie zaczęły pochłaniać śmieci wokół. Zamurowało mnie. Byłam przerażona i nie dałam rady poruszyć łapami. Kłęby gęstego, czarnego dymu poszybowały ku górze, odstraszając tym samym zarówno dwunogów, jak i gang, który postanowił się zmyć. No tak, nie opłacało im się ryzykować dla jakichś szczeniaków, które i tak zdechną w pożarze, który same wywołały. Zakaszlałam.
— Śnieżynko?! — Wymyślnik zaczął mnie nawoływać, ale nie dałam rady mu odpowiedzieć.
Oprzytomniałam, dopiero kiedy znalazł się tuż przede mną i zaczął mnie ciągnąć w jakąś stronę. Wszystko to pamiętam jak przez mgłę. Było bardzo gorąco, zaczynałam się dusić i kompletnie wyłączyłam myślenie. Podążałam tępo za bratem, któremu udało się wyprowadzić nas z tego piekła. I chociaż byliśmy już poza zasięgiem płomieni, długo jeszcze biegliśmy, aż zabrakło nam tchu w piersi. Skręciliśmy wówczas w pierwszy, lepszy zaułek i schowaliśmy się w dziurawym kontenerze na śmieci. Otwór był na tyle niewielki, że poza nami zmieściłyby się tam co najwyżej myszy bądź szczury. Kiedy adrenalina opadła i byliśmy już całkiem bezpieczni, rozpłakałam się.
— Spokojnie, już dobrze. Już nic nam nie grozi — mówił Wymyślnik.
Położył się tuż przy mnie.
— Chcę do domu — zaszlochałam.
— Na razie poczekajmy. Myślę, że powinniśmy się przespać. Jutro na pewno znajdziemy dom. — Powtarzał.
— Pewnie nikt nas nawet nie szuka. Po co mieliby szukać podrzutków — podzieliłam się z nim moimi obawami i rozpłakałam się na dobre.
— Jazgot na pewno nas znajdzie. Dla niego jesteśmy ważni. Sam nam to mówił.
Pociągnęłam nosem. Zaczynało do mnie docierać, że wcale już nie znajdę nigdy mamy. Nie chciała ich. Nie chciała mojego rodzeństwa. Ale prawda była taka, że mnie też wcale nie chciała. Gdyby chciała, przecież wzięłaby mnie ze sobą. Nie zostawiłaby mnie. Byłam podrzutkiem tak samo, jak pozostała trójka. Byłam tak samo niepotrzebna i niechciana, jak oni. Zacisnęłam gniewnie zęby. Nie chciałam dzielić się z bratem tymi spostrzeżeniami.
Moment zaśnięcia pozostał dla mnie nieznany. W którymś momencie po prostu padłam, wycieńczona wydarzeniami tego okropnego dnia, który najchętniej wymazałabym po prostu z pamięci. Jak zresztą całe moje istnienie.
Wybudzenie natomiast było bardziej drastyczne. Usłyszałam warkot Wymyślnika i otworzyłam powoli oczy, gotowa nakrzyczeć na niego za zakłócanie mojego odpoczynku. Zamiast tego zaczęłam krzyczeć z przerażenia, które zawładnęło mną, gdy ujrzałam krwiożerczą, skradającą się w naszą stronę bestię. Wielkie, obrzydliwe szczurzysko.
— Wymyślniku, zrób coś! — pisnęłam błagalnie, odsuwając się w najdalszy kąt.
Brat zawarczał znów, ale potwór nie przestraszył się ani trochę. Rozpłakałam się więc na dobre, oczami wyobraźni widząc już swój koniec. Zbliżał się do nas niechybnie. Przymknęłam oczy. I wtedy usłyszałam huk. Przysięgam, myślałam, że w ten sposób wygląda śmierć. A to jakiś pies wskoczył do nas od góry i pozbawił szczura życia, o czym przekonały mnie jego paskudne piski. Czułam, że się zapowietrzam. Gang nas odnalazł. To na pewno oni. Wymyślnik zaczął warczeć na nieznajomego. O dziwo ten nie wyśmiał go, tylko odsunął się i położył, spoglądając na nas teraz z równego poziomu.
— Nie jesteście za młodzi, na samotne podróże? — zapytał.
Miał bardzo spokojny, melodyjny głos.
— Nie jesteś za stary na zaczepianie nas? — odpyskowałam natychmiast.
Wymyślnik szturchnął mnie, żebym przestała.
— Może i jestem. — Beżowowłosy nie dał się wyprowadzić z równowagi. — Wydawało mi się, że potrzebujecie pomocy.
Zanim zdążyłam kazać mu spadać na drzewo, odezwał się Wymyślnik.
— Potrzebujemy. Zgubiliśmy się i jakiś gang chce nas dopaść.
Chciałam ochrzanić brata za hipokryzję i obdarzenie zaufaniem jakiegoś obcego po tym, jak inni obcy doprowadzili do tej sytuacji, ale jakoś nie mogłam. Pies wzbudzał dziwne zaufanie i już po chwili patrzyłam na niego trochę mniej wrogo.
— Dokąd chcecie trafić? — zadał następne pytanie.
— Do Bezgwiezdnych. Jazgot na pewno się martwi…
— Daleko zaszliście, aż z Bezgwiezdnych — przyznał. — Na szczęście wiem, którędy powinniśmy przejść. W drogę. Wasz tato musi odchodzić od zmysłów — podniósł się, szykując do skoku.
— To nie jest nasz tato — syknęłam automatycznie, a w moich oczach ukazały się łzy.
Pies co prawda zdążył już wyskoczyć z kontenera, ale i tak piorunowałam go wzrokiem, kiedy znów znalazł się w moim zasięgu.
— Przygarnął nas — pospieszył z wyjaśnieniami Wymyślnik.
Przez pysk nieznajomego przeszło współczucie. Ohyda. Jeszcze tego nam było trzeba.
— Musi być bardzo dobrą osobą. Nie każdego stać na taki gest.
— Wielkie mi halo. Zlitować się nad bandą podrzutków — przewróciłam oczami.
Tak naprawdę nie wiem, co by się z nami stało, gdyby nas nie chciał. Ale długowłosy nie musiał o tym wcale wiedzieć.
— Może i nie jest waszym tatą, ale skoro troszczy się o was i dba, ma z tym słowem znacznie więcej wspólnego, niż mogłoby wam się wydawać.
Odwróciłam głowę. Byłam znużona słuchaniem tego typu tekstów.
— Skoro już spędzimy razem tę drogę, może moglibyśmy nie być sobie nieznajomymi. Nazywam się Niesforny Kosmyk, jestem z klanu Wodnych — przedstawił się.
— Miło nam pana poznać, jestem Wymyślnik, a to moja siostra Śnieżynka.
— Bardzo ładne imiona dla młodych, przyszłych wojowników — uśmiechnął się.
— Jest okropne — rzuciłam tylko, dalej na niego nie patrząc.
— A jakie byś chciała? — zapytał.
Zaskoczył mnie. Nikt nigdy nie pytał o takie rzeczy. Byłam po prostu Śnieżynką i już. Orchidea to w ogóle nazywała mnie Śnieżką i miała w głębokim poważaniu to, czy mi się to podoba, czy nie.
— Nie wiem — odburknęłam pod nosem i nie wdawałam się dłużej w dyskusję.
Większość drogi Niesforny rozmawiał z Wymyślnikiem, co jakiś czas starając się podjąć jakiś temat również ze mną, ale nie dawałam się mu. Niech sobie gada z moim bratem, ja nie jestem od zabawiania towarzystwa.
— Dalej już wiemy, jak iść — ucieszył się brat.
Mnie także poprawił się humor. Byliśmy na granicy klanu. Pamiętałam to miejsce.
— Nie wątpię, ale na wszelki wypadek przejdę z wami — oznajmił beżowy.
Chciałam zaprotestować, ale uprzedził mnie nadchodzący patrol.
— Stój! Odsuń się od szczeniąt natychmiast!
O dziwo to zrobił, nawet się nie kłócił, że jest niewinny.
— Znalazłem je w mieście, nie mogły trafić do domu, więc je odprowadziłem — odparł spokojnie.
— Powtórzysz to zastępcy. Nie stawiaj się, mamy przewagę liczebną.
Kiedy całą gromadą znaleźliśmy się na blokowisku, jako pierwsza wyskoczyłam z szeregu i pognałam do Jazgota. Rozpłakałam się mu w futerko, a on przytulił mnie do siebie. Jak wtedy, kiedy mama zniknęła.
— Chcę usłyszeć wersję szczeniąt, potem twoją. — Oznajmił Jazgot.
— W porządku. — Rzekł spokojnie Kosmyk.
Cichociemny doznał “zaszczytu” pilnowania wojownika wodnych, natomiast ja i Wymyślnik przeszliśmy z zastępcą do innego pomieszczenia. Spojrzałam na brata. Byłam zbyt emocjonalnie wymięta, żeby jeszcze mówić o tym, co się stało. 

<Wymyślniku?>
[1227: Śnieżynka otrzymuje 12PD]