Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wymyślnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wymyślnik. Pokaż wszystkie posty

16 maja 2022

Od Wymyślnika do Poziomka

Świt została wezwana w nieznanej mi sprawie do legowiska Jazgota, więc sam, miałem wolne przedpołudnie. Normalnie wykorzystałbym ten czas, aby jeszcze trochę się przespać, ale dziś czułem się pełen energii i chciałem ją jakoś wykorzystać. 
Spacerując po obozie, natknąłem się akurat na Poziomkę, odbywającego swój trening ze Szpakiem. Przysiadłem na brzegu polany i przekrzywiłem głowę, obserwując innych Bezgwiezdnych. Młody pies skoczył na Szpaka i ugryzł go w kark. Mentor zatoczył się i upadł na trawę, po czym pochwalił ucznia liżąc go za uchem.
Szpak zobaczył mnie, skinął głową, po czym zwrócił się do swojego ucznia.
— Dobra robota, młody — szczeknął. — Będzie z ciebie jeszcze wojownik. Ale na razie, dość się napracowałeś. Idź się pobawić z kolegą.
Poziomka odpowiedział coś, czego nie dosłyszałem, po czym odwrócił się od swojego mentora i podbiegł do mnie.
— Cześć — zawołał. - Widziałeś ten ruch? Jak powaliłem Szpaka?
— Tak, będzie z ciebie wspaniały wojownik — popchnąłem go przyjaźnie. — Co chcesz porobić?
Poziomka zawahał się. Czułem, że chciał mnie o coś zapytać, i może to być dość drażliwy temat. Biały pies może nie mieć odwagi, by je zadać. Położyłem mu pokrzepiająco ogon na grzbiecie.
— Mów — powiedziałem cicho.
— Słuchaj — zaczął Poziomka. — Kto jest twoją matką? Inne psy mówią, że twoim ojcem jest Jazgot, ale ty nie wyglądasz jak on. 
Zgrzytnąłem zębami, odkrywszy, że się nie myliłem. Poziomka zahaczył o bardzo drażliwy temat, ale ja, skoro już namówiłem go, do wyznania do go dręczy, nie mogłem wymigiwać się od odpowiedzi.
— Nie wiem — mruknąłem niechętnie. — Jazgot znalazł mnie z moim rodzeństwem i sprowadził do Bezgwiezdnych. Nie pamiętam moich rodziców.
— Ja wciąż  pamiętam moją mamę — powiedział Poziomka, z pewną urazę w głosie. — Porzuciła mnie. Ale… to chyba nie była moja wina, a jej — zawahał się. — Jakkolwiek bym jej nienawidził, cieszę się, że ją znałem. To niesprawiedliwe, aby jakikolwiek szczeniak wychowywał się bez wiedzy, skąd się wziął. — Skierował się w stronę siedliska Dwunożnych.
— Dokąd idziesz? — Zawołałem się.
— Czy to nie oczywiste? — Odwrócił się do mnie ze zdziwieniem w oczach. - Chcę odszukać twoją matkę. Niech się wytłumaczy.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. To naprawdę miło z jego strony, ale…
— Czy na pewno powinniśmy iść na tak niebezpieczną misję? - Spytałem?
— Jesteśmy już uczniami — Poziomka trzepnął mnie w ucho. - Umiemy się obronić. Zresztą… pokręcimy się tu tylko po okolicy. Nic nam się nie stanie, obiecuję.
Zawahałem się, po czym skinąłem głową. Sam chciałem uzyskać kilka odpowiedzi od mojej mamy. A nuż jeszcze się tu gdzieś kręci? Może warto się rozejrzeć?

<Poziomku?>
[402 słów: Wymyślnik otrzymuje 4 PD I 1 PT]

2 marca 2022

Od Wymyślnika CD Śnieżynki

— No, co się stało? — spytał Dym. Przywódca mówił spokojnie, choć błysk w jego oku wyraźnie sugerował, że jest dość zdenerwowany paniką w obozie, jaką wywołaliśmy naszym zniknięciem.
Opuściłem ze skruchą głowę. Poczułem wyrzuty sumienia, że wystraszyliśmy te psy  naszym zniknięciem. Powinienem był być bardziej stanowczy i nie pozwolić Śnieżynce wyjść z obozu. To wszystko moja wina.
— Przepraszam, Dymie — wymruczałem cicho. — Musieliście się o nas martwić. Nie mamy nic na naszą obronę, ale chcielibyśmy opowiedzieć, co nas spotkało.
Spojrzałem na Śnieżynkę, która spojrzeniem prosiła mnie, abym nie kazał jej o tym opowiadać. Skinąłem głową na zgodę.
Opowiedziałem o wszystkich przygodach Dymowi. Gdy skończyłem, przywódca skinął ze zrozumieniem głową i odwrócił się do Jazgotu.
— Odeślij Kosmyka do jego klanu — szczeknął. — I podziękuj mu w imieniu Bezgwiezdnych za sprowadzenie szczeniąt. Ponadto zwiększ patrole  na granicach. Musimy uważać na ten gang. Co się zaś tyczy was — odwrócił się do nas. — Idźcie się wyspać. Wiecie, że źle postąpiliście, ale nikt was nie wini. Jesteście tylko szczeniakami. 
Spojrzałam ostrożnie na Śnieżynkę, z nadzieją, że nie powie niczego głupiego. Z pewnością nie spodobało się jej, że przywódca nazwał nas szczeniakami, ale ku mojej uldze, trzymała język za zębami.
— Dziękujemy, szefie — powiedziałem, odwracając się. — Naprawdę, jesteśmy wdzięczni, że rozumiesz. Chodź już Śnieżynko.
Nie patrząc się za siebie, by przywódca nie zdążył zmienić zdania, pobiegłem do żłobka. Ale dopiero tuż przy wejściu, zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem.
— Czy ja nazwałem Dyma szefem? — Zastanowiłem się na głos.
— Zgadza się — pech chciał, że Śnieżynka mnie usłyszała. — Wiedziałam, że to ja powinnam była mówić.

***

Obudził mnie nieznany zapach, od którego dostałem gęsiej skórki. Był znajomy, ale nie mogłem sobie przypomnieć, skąd go znam.
Ostrożnie podniosłem się na łapy. Muszę to sprawdzić, ale chyba nie powinienem nikogo budzić. Zapewne to nic takiego i pies, którego obudzę, przeze mnie się nie wyśpi. A jeśli to jednak rzeczywiście coś groźnego, spróbuję przynajmniej odciągnąć to od obozu.
Wysunąłem się ostrożnie z legowiska, idąc w kierunku Siedliska Dwunożnych. To na pewno nic takiego. Co nie zmienia faktu, że powinienem się upewnić.
Słysząc za sobą kroki, podskoczyłem zaskoczony. Już myślałem, że to wróg mnie schwytał, ale to była tylko Śnieżynka. Jakkolwiek odważnego bym nie udawał, w głębi ducha byłem skończonym tchórzem.
— Też to czujesz? — Wyszeptałam, a gdy skinęła głową, nakazałem jej iść za mną. Znałem ją dość dobrze z by wiedzieć, że teraz się nie wycofać. Co znaczy, że teraz mam dla zadania. Odciągnąć wroga od obozu i ochronić Śnieżynkę.
Nie mniej, dobrze było mieć ją znów obok siebie. Czułem się nieco bezpiecznej.
Nie minęło kilka sekund, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że trochę za szybko się rozluźniłem. Silne szczęki złapały mnie za kark i uniosły. Zapiszczałem z zaskoczenia i spróbowałem się uwolnić, ale nic z tego. Szczeniak się ma się co równać z dorosłym psem. 
Spróbowałem się przynajmniej odwrócić, by zobaczyć, co się dzieje ze Śnieżką. Nie zobaczyłem jej, ale jej zaskoczony skowyt uświadomił mnie, że też została schwytana przez innego psa.
Poczułem, że mój oprawca biegnie. Kołysałem się na boki, zwisając mu z pyska. Było mi nie dobrze. Dziwiło mnie, że jeszcze nie zwymiotowałem.
 Jednak, w czasie biegu, mogłem lepiej przywąchać się zapachowi napastnika.
Wziąłem głęboki oddech i struchlałem. Tak, to oczywiste. Przecież to Szaszłyk. Jeden z psów gangu. Znaleźli nas i zamierzali ukarać nas za ucieczkę.
A ja nie miałem złudzeń, jaką karę dla nas przygotowali.
Szaszłyk zatrzymał się, ale wciąż mnie nie puszczał. Za to przed nami, stanął szczupły, czarny basior, którego okrucieństwo zdążyłem już poznać. Ketchup.
— Myśleliście, że zdołacie uciec z gangu? Ha, niedoczekanie. Ten was odór było czuć już z daleka. Z kolei ci wasi opiekunowie… Jacy oni nieświadomi, zagrożenia, jakie na nich czeka. Wkrótce, zapolujemy na nie jak na króliki. Lecz wpierw zajmiemy się wam — odsłonił zęby.
 Poczułem się jeszcze mniejszy, niż byłem. Skuliłem się w pysku Szaszłyka. Przez moją ignorancję zginiemy teraz nie tylko my, ale cały klan.
— Jesteście tylko szczeniakami — ciągnął Ketchup. — A ja mam słabość do młodych. Dam wam jeszcze jedną szansę. Pozostańcie wiernymi członkami gangu, a przeżyjecie.
Rozejrzałem się za Śnieżką, ale nie mogłem jej nigdzie dostrzec. Pies, który ją więził, musiał być za mną.
Musiałem coś zrobić. Po prostu musiałem. Te psy dowiedziały się o Bezgwiezdnych ode mnie i dlatego to ja muszę ich teraz ocalić.
— Mam kontrpropozycję — szczeknąłem.
— Nie masz tu nic do gadania! — warknął Ketchup.
Słyszałem, że macie kodeks honorowy — zauważyłem. — A ty, jak sam twierdzisz, wciąż należę do gangu. Nie udało mi się z niego odejść, prawda?
— Prawda — zgodził się pies.
— Więc wyzywam cię na pojedynek! — warknąłem. — Jeśli wygram, pozwolisz nam odejść i nie zbliżysz się już do obozu Bezgwiezdnych. Jeśli przegram… to już od ciebie będzie zależało, co ze mną zrobisz. Ale jeśli pozwolisz mi żyć, przez cały księżyc będę dla was polował, po jednej zwierzynie na waszą piątkę każdego dnia. A sam, jeść będę tylko co drugi dzień, by nie umrzeć z głodu.
Ketchup przyglądał mi się z zaciekawieniem.
— Ciekawa oferta — przyznał. — Zgadzam się. Ty rzuciłeś wyzwanie, to ja wybieram miejsce i czas. W tym miejscu, że dziewięć dni.
Poczułem opadające na mnie rozczarowanie. Liczyłem, że będziemy walczyć teraz. Co prawda, nie wiem, jak miałbym go pokonać, ale przynajmniej odwróciłbym uwagę tych psów, dając Śnieżynce czas na ucieczkę. Jak wyjaśni klanowi, czemu nie było jej dziewięć dni?
Oprawcy zaprowadzili mnie do swojego obozu. Muszę przyznać, że szczęka mi opadła. Myślałem, że gang stanowi tylko ich niewielka grupka, ale psów było o wiele więcej. Liczebnie przypominali raczej cały klan.
— Szaszłyk, pilnuj ich — zamruczał Ketchup, pokazując nam nasze legowiska w tym obozie.
Były okropne. Śmierdziały psimi odchodami, były zimne i wilgotne. Gdy Szaszłyk mnie opuścił, mogłem wreszcie spojrzeć na Śnieżynkę. Jej ból w oczach rozrywał mi serce.
— Reszta gangu idzie jutro na małą wycieczkę — uśmiechnął się Ketchup. — Zaatakujemy tych idiotów, u których mieszkały te szczeniaki.
Spojrzałem zszokowany na Ketchup. Gniew, mieszał się we mnie z przerażeniem. Mimo moich najszczerszych chęci nie udało mi się zatrzymać Ketchupu i jego psów.
— Mieliśmy umowę! — warknąłem.
— Przepraszam, czyżbyś już wygrał? — zadrwił Ketchup. — Jeśli zaciągniesz mi zęby ma szyi, przysięgnę nie zbliżać się więcej do grobu twoich przyjaciół.
Odsłoniłem zęby. Już miałem się na niego rzucić, ale wokół niego stanął cały jego gang. Z kolei Szaszłyk położył swoją masywną łapę na głowie Śnieżynki.
— Jesteś pewien? — spytał złośliwie Ketchup.
Zasłoniłem zęby i wycofałem się do kopca, którego miałem odtąd nazywać moim legowiskiem. Obok posłania położył się Szaszłyk.
— Dobry chłopiec — powiedział Ketchup i odszedł.

<Śnieżynko?>
[1057 słów: Wymyślnik otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

22 stycznia 2022

Od Wymyślnika do Śnieżynki

Obudził mnie cichutki szelest przed legowiskiem. Otwierając oczy, ujrzałem mały, biały kształt, wysuwający się z legowiska. Westchnąłem niechętnie, rozpoznając, że to musi być Śnieżynka. Już od jakiegoś czasu dręczy mnie, że powinniśmy wyjść na zewnątrz zwiedzać świat, choć nie mamy jeszcze nawet dwóch księżyców. Najwyraźniej właśnie zdecydowała się podróżować na własną łapę.
Nie mniej, to ja zauważyłem jej ucieczkę i powinienem za nią pójść. Nie mógłbym nikogo obudzić. Każdy zasługuje na sen. A jeśli pozwolę Śnieżynce oddalić się samowolnie, kto wie, co może się jej stać.
Stąpając ostrożnie, by nikt mnie nie usłyszał, wyszedłem z legowiska i zawołałem cicho do Śnieżynki.
— Hej, co robisz?
Moja siostra stanęła zaskoczona, nastroszyła sierść na karku i odwróciła się niepewnie.
— Och, to ty — uspokoiła się, gdy tylko zauważyła, kto ją nakrył. — Cześć, Wymyśliku. Nie przejmuj się mną. Ja chcę tylko... Muszę...
— Chcesz się rozejrzeć po okolicy — nie pozwoliłem jej dalej szukać odpowiedniej wymówki.
— Może i tak — zmieszanie Śnieżynki zmieniło się w gniew. — Ale co z tego? Jeśli sama nie zainterweniuje, będą mnie tu trzymać tak długo, aż umrę z nudów, a wtedy żegnaj przygodo.
— Każdy pies przed nami musiał przesiedzieć swoje w żłobku, nim wyruszył badać teren — mruknąłem. — I nie słyszałem, aby ktoś od tego umarł. Proszę Śnieżynko, zachowuj się rozsądnie. Wróć do żłobka.
— Nie — siostra pokręciła kategorycznie głową. — Nie zaciągniesz mnie tam z powrotem. Możesz iść ze mną, albo udawaj, że mnie nie widziałeś, ale nie zmusisz mnie, abym zmieniła decyzję.
Westchnąłem i spuściłem głowę. Miała rację. Nie mogę jej do niczego zmusić. To jej decyzja. Co znaczy, że wbrew sobie, muszę iść razem z nią. Gdyby coś jej się stało podczas jej nocnej eskapady, nigdy bym sobie tego nie wybaczył.
— Prowadź — Skinąłem głową.
— Naprawdę? — Ucieszyła się siostra.
— Naprawdę — potwierdziłem. — Jestem twoim bratem i muszę o ciebie dbać.
—Ale i tak to ja zawsze dbam o ciebie — zaśmiała się suczka, popychając mnie przyjaźnie łapką. — No to chodź, bohaterze, skoro tak bardzo chcesz mi towarzyszyć.

* * *

Przebiegliśmy już niemałą drogę i zaczęły mnie już boleć łapy. Ponadto miałem wrażenie, że niedługo zacznie świtać. Spojrzałem na Śnieżynkę. Jej wycieczka była niestety mało pasjonująca. Widzieliśmy tylko kilka gniazd Dwunożnych i popatrzyliśmy chwilę na terytoria innych klanów z daleka, ale nie było to nic nowego. To samo widzieliśmy, gdy matka prowadziła nas do Bezgwiezdnych.
— Możemy już zawracać? — Spytałem ostrożnie. — Padam z łap.
— No... jasne, tylko... widzisz... — wahała się Śnieżynka. — Chyba się... rozumiesz, zgubiłam — przyznała w końcu.
— Zgubiłaś się?! — Nastroszyłem sierść. — No to jak my znajdziemy drogę do domu?
Nim siostra odpowiedziała, poczułem nowy zapach. Spojrzałem w kierunku, z którego dochodził, a zaraz potem zza krzaków wyszedł wielki, złocisty pies.
— Szczeniaki — warknął pies. — Co tu robicie? Gdzie są wasi rodzice?
— My... zgubiliśmy się — odparła Śnieżynka. — Mieszkamy na terenach Bezgwiezdnych. Wiesz może, gdzie to jest?
— Słyszałem, o dzikich klanach psów — potwierdził pies. — Ale nigdy żadnego nie spotkałem i jeśli mam być szczery, nie za bardzo wiem, gdzie one mieszkają. Przy okazji, nazywam się Szaszłyk.
— Ja jestem Wymyślik — przedstawiłem się. — A to moja siostra Śnieżynka.
— Nie pomogę wam wrócić do domu, dzieci — powiedział Szaszłyk. — Ale znam grupę psów, która ma dość jedzenia, by wykarmić dwa dodatkowe brzuchy. Nie jesteście może głodne?
— Tak, bardzo! — Podskoczyła Śnieżynka. — Ta wyprawa mnie wykończyła!
— Śnieżynko — zabrałem siostrę na bok. — Jesteś pewna, że możemy mu zaufać? Jest jakiś dziwny. Poza tym, dlaczego miałby nam pomagać?
— Nie wiem, bo jest miły, idioto — warknęła siostra. — Przestań doszukiwać się wszędzie podstępu, Wymyśliku. Nie każdy pies to podstępny lis.
Nim zdążyłem powiedzieć coś więcej, podreptała do Szaszłyka, dając mu głową sygnał, że możemy ruszać. Niechętnie ruszyłem za nimi. Dogoniłem nieznajomego psa i stanąłem na tylnych łapach, by szepnąć mu do ucha.
— Jeśli ją tkniesz, będziesz mieć do czynienia ze mną — warknąłem, odsłaniając zęby.
— No oczywiście — parsknął kpiarsko Szaszłyk. — Już się boję. Jaki z ciebie groźny pies.
Szedłem dalej obok niego, mierząc go wzrokiem. Ma rację. Nie powinien się mnie bać. Jestem nikim. Ale kiedy ktoś krzywdzi moją rodzinę, pożałuje.

* * *

Nie minęło wiele czasu, gdy dotarliśmy do grupy czterech psów o zróżnicowanej wielkości. Jeden był szczupły, czarny i wysoki, drugi mały, biały i puchaty, a trzeci postawny i brązowo – biały. Grupa ta stała pod gniazdem Dwunożnych, z którego dochodziły dziwne zapachy z dźwięki.
— Witaj, Szaszłyku — przywitał się szczupły. — Kogo sprowadziłeś?
— Jacyś włóczędzy — powiedział Szaszłyk. — Mówią, że nazywają się Wymyślik i Śnieżynka i pochodzą z klanów. Uznałem, że powinniśmy je wykarmić. Zgadzasz się ze mną, Ketchup?
— W porządku — zgodził się pies, zwany Ketchupem, po czym odwrócił się do nas. — Uczcie się młodzi. Zapamiętajcie, że Dwunożni często urządzają sobie jakieś nocne spotkania ze smakowitym mięsem. Zwykle w czasie owych spotkań piją Wodę Otępiającą. Czyni ich ona brutalniejszymi, ale również głupszymi i łatwiej ich wtedy oszukać. I tu wkraczamy my, kradnąc im jadło. Hot-Dog, Bakłażan, pokażcie im.
Puchaty i postawny pies wybiegli na podwórko Dwunożnych. Biały zaczął wyzywać Dwunożnych, którzy zaczęli go ścigać, a masywny oparł się o wielką skałę i zabrał z niej podłużne obiekty. Następnie wrócił i upuścił je pod łapami Ketchupu.
— Częstujcie się — Ketchup przysunął po jednym prostokąciku mnie i Śnieżynce.
Spróbowałem prostokącika i się skrzywiłem. Nie da się ukryć, nie była to świeżo upolowana zdobycz. Sądząc po minie Śnieżynki, zgadzała się.
— I jak? — Spytał Szaszłyk Ketchupa. — Nadają się?
— Są młodzi — przyznał Ketchup. — Ale to najlepsza pora na szkolenie. Poza tym może uda nam się sprawić, aby zapomnieli o swoim poprzednim życiu. Psy bez przeszłości są bardziej podatne na sugestię. Dobrze się spisałeś, Szaszłyk. Musimy szerzyć gang. Wkrótce odejdę w niebyt, a wtedy ty przejmiesz moje obowiązki.
— Oj, wcale nie tak wkrótce — zaprzeczył Szaszłyk.
— Szaszłyku — powiedział spokojnie Ketchup, przydeptując Szaszłykowi łapę. — Wiesz co myślę, o niepotrzebnym podlizywaniu się?
— Że to głupota, której żaden szanujący się pies nie powinien popełniać — syknął z bólu Szaszłyk.
— Dokładnie — uśmiechnął się Ketchup, puszczając złocistego psa.
Zastrzygłem uchem, słysząc tę wymianę zdań.
— Przepraszam — powiedziałem. — Chyba się nie zrozumieliśmy. My nie chcemy tu zostać. Chcieliśmy tylko spróbować waszego jedzenia. Szaszłyk nas zaprosił i... 
— Nie zrozumieliśmy się — przytaknął Ketchup. — Kto je nasze jedzenie, jest albo jednym z nas, albo wrogiem. Co za tym idzie, albo z nami zostaje, albo ginie, zrozumiane?!
Śnieżynka skamieniała bez ruchu. Miałem nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy pyskować Ketchupowi, ale na szczęście, suczka była zbyt przerażona, by odpowiedzieć.
Patrząc w bezlitosne ślepia Ketchupu, zrozumiałem, że muszę szybko coś wymyślić. Spojrzałem na pole Dwunożnych. Mieli tam jeszcze trochę tych podłużnych przedmiotów. Część z nich leżała na skale Dwunożnych, a część w dziwnej dziurze, przy której zauważyłem iskierki ognia.
Możemy nie mieć innej szansy.
— Jak mamy z wami zostać, pozwólcie nam udowodnić naszą wartość — szczeknąłem. — Powtórzymy manewr Hot-Doga i Bakłażanu. Przyniesiemy więcej jedzenia.
Psy spojrzały po sobie porozumiewawczo, po czym skinęły głowami, pozwalając nam działać.
— Mam plan — szepnąłem do Śnieżynki. — Odciągnij Dwunożnych, ja zajmę się resztą.
Śnieżynka bez słowa skinęła głową i pobiegła szczekać na Dwunożnych. Ja tymczasem ominąłem stolik z przysmakami tego dziwnego gangu, kierując się do dziwnej dziury. Oparłem się o nie łapami, próbując je przewrócić. Tylko ogień odizoluje nas od zagrożenia w postaci tych psów i Dwunożnych.
W tle dochodziły mnie głosy rozmów gangu.
— Co on robi? — Spytał Szaszłyk.
— Próbuje nas zdradzić — rzekł spokojnie Ketchup.
— Mam go zdjąć? — Spytał Hot-Dog.
— To szczeniak — mruknął ze spokojem Ketchup. — Nie zepchnie tego. Jak się zmęczy, będziesz mógł go rozerwać na strzępy Hot-Dog.
Postawny skinął z zadowoleniem głową, a ja coraz mocniej napierałem na dziurę.
— A co z suczką? — Spytał Szaszłyk.
— Dołączy do gangu — zaśmiał się Ketchup. — Nie mniej, ona jest słaba. Nie daję jej więcej niż dwa księżyce.
O nie. Ze mną mogą, sobie robić co chcą, ale od mojej siostry niech trzymają się z daleka. Musiałem to zepchnąć.
Po chwili zauważyłem, że moja siostra stoi obok mnie i również napiera na dziurę.
— Co z Dwunożnymi? — Spytałem, po czym zobaczyłem dwie wielki istoty, biegnące w naszym kierunku. Istoty skoczyły i spadły na dziurę, która upadła na ziemię, wywołując pożar.
Rozejrzałem się, patrząc z przerażeniem w pożogę i wsłuchując się w skowyt przerażonych psów i Dwunożnych. W głowie krążyła mi tylko jedna myśl. Czy Śnieżynka zdołała uciec? 
 
<Śnieżynko?> 
[1441 słów: Wymyślnik otrzymuje 14PD]