Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurency †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurency †. Pokaż wszystkie posty
11 listopada 2021
Laurency umiera
Wszystkie piękne przygody dobiegają w końcu końca. Nic nie może przecież wiecznie trwać. Dzisiaj przygodę swoją kończy Laurency, wojownik Bezgwiezdnych, ukochany Ciernia, mentor Chwasta. Okrutna choroba męczyła go od dłuższego czasu, wycieńczając jego ciało i zabierając wszystkie siły z jego ciała. O jego ostatnich chwilach można przeczytać w tym opowiadaniu.
Spędzając swoje ostatnie dni u ludzi, w końcu odszedł do Vanity. Miejmy nadzieje, że gdziekolwiek będzie, puści czasem oczkiem do Pana Chmurki, czy pośle uśmiech Chwastowi.
Od Laurencego
tw: śmierć
Głowę wypełniało mu YMCA, a trzy ostatnie komórki tańczyły w jej rytm kankana, gdy Laurency długimi susami pokonywał połacie wysokich traw i ze wszystkich sił starał się co rusz nie zatrzymywać tylko i wyłącznie po to, żeby komplementować pozbawione duszy i wyrazu, porastające pobliskie łąki kwiaty. Patrzyły na niego, w jego mniemaniu, zaskakująco zbyt martwo, a atmosfera była równie grobowa, co na Wszystkich Świętych, kiedy babcia wyznająca Prawo i Sprawiedliwość trąca cię opancerzonym w gruby płaszcz (kupiony specjalnie na cmentarną imprezę swoją drogą) łokciem i karci za śmianie się z cenzo papieża, bo sami wiecie, dlaczego Jan Paweł II nie może zjeść hamburgera. W ciągu mijających lat — na swoją i całego społeczeństwa szkodę — Laurencego omijała ewolucja, a symboliczne trzy komórki jego mózgu okazały się antynatalistami. Zdawało się jednak, jakby udało mu się to zaakceptować — pogodził się ze wszystkimi krzywiznami jego psychiki, nakleił plasterki w słodkie zwierzątka na każdą możliwą rysę i przeżył nawet duchowe kathrasis, zmieniając się w buddyjskiego mnicha (co okazało się nieporozumieniem, ponieważ prędko uświadomił sobie, że jako buddysta może przeżyć reinkarnację w muchę albo, co gorsza, kogoś takiego jak Leonis). Przecinał więc łąkę, zmierzając ku wzgórzom, dźwigając się na dziesięcioletnich łapach, żeby po raz pierwszy od ostatnich dni spotkać się ze swoim niegdysiejszym wychowankiem.
Laurencego coraz częściej dopadała nostalgia. Przychodziła na palcach, kładła dłoń na jego ramieniu i wtulała twarz w jego szyję, zamykając go w ciasnym uścisku. Odchodziła wraz z nadejściem świtu, pozostawiając go w chłodnych objęciach poranka.
Widok Chwasta odganiał na bok wszelkie zmartwienia, które powracały wraz z momentem powrotu do własnych rzeczywistości. Uśmiechali się do siebie najszczerzej, jak potrafili, przypominając sobie bezgłośnie o tym, że łączy ich coś więcej niż relacja ucznia i nauczyciela. Laurency był dla Chwasta ojcem tak, jak on mu synem. I żaden z nich nie narzekał zanadto głośno. W obu budziło to poczucie bezpieczeństwa, być może przynależności, sprawiało, że czuli się znacznie istotniejsi przynajmniej dla siebie wzajemnie. I właśnie dlatego wszystko było w porządku. Świat wydawał się ułożony. Tymi popołudniami, gdy spotykali się na wzgórzach, rozmawiali długo i o każdej rzeczy, która przychodziła im na myśl. Mówili o tym, jak minęły im zeszłe wieczory, kto w jakikolwiek sposób wpływał na ich emocje i samopoczucie, dzielili się wątpliwościami i pozornie bezwartościowymi informacjami takimi jak te, jakie były ich ulubione gatunki ptaków czy rodzaje mięs rzucanych im przez ludzi, i było to istotą Laurencego. Chwast miał świadomość tego, że Laurency lubi go słuchać i lubi wiedzieć rzeczy, które innym wydają się bezużyteczne. Lubił go zaskakiwać, przynosząc mu ulubione kwiaty lub robiąc rzeczy, które Chwast doceniał w innych. Laurency na ogół lubił sprawiać przyjemność wszystkim dookoła. Lubił też sójki, mniszki lekarskie i wiosnę, ale nigdy o tym nie mówił. Lubił oddech wiatru na swoim karku i szum rzeki, kłaniające się źdźbła traw i buszujące w zbożach myszy. Laurency lubił wiele rzeczy. To całkiem dobre słowa. Wiele rzeczy.
Trącił Chwasta, gdy zaczęli się sprzeczać na temat tego, jaki kształt chmur jest najlepszy. Laurency nie miał w sobie nic z geografa, ale polubił stratocumulusy, kiedy jego niepokorny wychowanek wyraźnie postulował za cumulonimbusami. Pełen zawiedzenia i goryczy Laurency popchnął go więc łapą, ale zanim Chwastowi udało się odzyskać równowagę, zgrabnie wymierzył cios prosto w bark byłego mentora.
— Puchate są lepsze — rzucił przy tym, mierzony krytycznym spojrzeniem Laurencego.
Rozgoryczony ojciec Chwasta i swoich trzech komórek uniósł łapę i wskazał na miejsce na piersi młodszego psa.
— Jesteś brudny. Tutaj. — Przycisnął ją do Chwastowej klatki i gdy Chwast opuścił łeb, żeby zerknąć na domniemane zabrudzenie, Laurency klepnął go w pysk.
— Faktycznie, bardzo śmieszne. — Chwast zmarszczył czoło, a jego tylna łapa ponownie uderzyła w bok Laurencego.
Dwoje w pełni dojrzałych psów miotało się po łące, ganiając w tę i we wtę, niby szczenięta. Kiedy Chwast się potykał, Laurency chichotał, a gdy muchy wlatywały Laurencemu pod język, Chwast straszył go tym, czym sam był za dziecka straszony — rozwijającą się w żołądku muszą kolonią. Ale nie przejmowali się zanadto, dopóki przeszywający ból nie rozlał się po Laurencowym lewym boku, zwalając go z nóg i pozbawiając resztek sił. Skulił się więc, stęknął i ostatkiem uniknął zatoczenia. Poczuł na sobie pełne konsternacji spojrzenie wychowanka, więc pokręcił niemrawo łbem.
— W porządku? — Głos Chwasta przebił się przez szum wypełniający łaciate uszy.
Laurency postąpił kilka kroków naprzód i usiadł bliżej zbocza, zaciskając mocno powieki.
— W porządku — rzucił, tłumiąc stęknięcia. — Dlaczego miałoby być inaczej?
Nie minęło dziesięć uderzeń serca, aż Chwast za upartą namową Laurencego wrócił do swojej rzeczywistości.
— Krzaczasty Cierń nie może czekać, nie? — mówił starszy z pozorną dlań obojętnością. — Idź już, idź, zanim zrobi się ciemno. Mówię poważnie, smrodzie. Wystarczająco się nagadaliśmy, następnym razem będziemy milczeć i patrzeć się na siebie jak dwóch głupich, bo każdy temat został już przegadany. No, o tym mówiłem, już gapisz się na mnie jak obłąkany. Idź do Krzaka albo… — Jego głos wybrzmiał piskliwie, a sam Laurency wzdrygnął się od kolejnej fali bólu. — Idź, po prostu idź.
Chwast więc poszedł. Laurency nie miał mu tego za złe. Sam o to prosił.
Sam o to prosił. Dlaczego więc poczuł ukłucie w sercu, ledwo młody pies obrócił się i ze słowami pożegnania na pysku odszedł ku borowi? Zmrużył wówczas oczy, wbił spojrzenie w zasypiające słońce i zacisnął szczękę, jakby odsuwając od siebie ból fizyczny i ten, który odnajdywał swoje źródło w warstwie jego emocjonalności. Chwast zrobił w końcu wszystko, co od niego wymagane — z troską upewnił się, czy niegdysiejszy mentor trzyma się o własnych łapach i, proszony z odpowiednią dozą nieznoszącej sprzeciwu uprzejmości, odszedł, by na powrót zająć się sprawami przyziemnymi — na tyle, żeby nie zajmować myśli łaciatym posiadaczem trzech komórek i wielkich marzeń nadpsutego starością umysłu. I Laurency nie miał do niego żalu. Laurency nie miał prawa mieć żalu do kogokolwiek oprócz samego siebie.
Przychodzili i odchodzili, jak zwierzęta budziły się na zimę i zasypiały lub jak słońce, które wschodzi o poranku i na powrót zachodzi, gdy przychodzi stosowny czas. Te kwieciste metafory stanowiły niejakie eufemizmy cyklu ciągnącego się od przeszło dziesięciu lat, ponieważ o ile niedźwiedzie czy susły wracały, ledwo topniał śnieg, większość utraconych przez Laurencego bliskich nie decydowała się na powroty i on sam nie wiedział, czy czuć do nich żal, czy im za to dziękować. Wiedział w końcu, że za każdym razem, kiedy odzywałyby się w nim wspomnienia, ogarniałaby go melancholia. Laurency nie lubił melancholii równie mocno, co nadmiernego myślenia, a do obu tych zachowań miał — chcąc nie chcąc — tendencję.
Tęsknił za matką i za ojcem i za sprawą tej tęsknoty ze wszystkich sił starał się wyprzeć ze świadomości fakt, że truchła obojga najpewniej leżą gdzieś w lesie, porzucone i zbezczeszczone przez czas. Laurency nigdy nie dorósł. Zawsze miał w sobie cząstkę zagubionego, odseparowanego od rodziny szczenięcia, które ze wszystkich sił starało się ustosunkować do tych, którzy w jego mniemaniu zdawali się ważniejsi. Mimo strzępek rozsądku gdzieś z tyłu jego głowy całe życie żył w przeświadczeniu, że istnieje hierarchia wynikająca z czegoś innego, niż funkcji sprawowanej w społeczeństwie. Bycie przywódcą grupy było tylko miłym dodatkiem — w rzeczywistości wystarczyło mieć więcej, niż parę komórek, których deficyt Laurencemu zdarzało się przypisywać. Bo w istocie — przyzwyczaił się do bycia niczym innym, jak durnym przyjacielem o nieszczególnie błyskotliwych żartach, który słynie z równie durnych pytań i równie durnych odpowiedzi. Jaki ty jesteś głupi przywarło do niego tak, jak łopian do sierści albo lizak wplątujący się we włosy. Nie było mu już przykro, gdy raz za razem słyszał te same słowa od tych samych psów, a wówczas, kiedy padały one z ust kogoś mu obcego, kogoś nowego, kto pojawiał się w jego życiu. Wtedy liczył, że okaże się jak przypływ i w pewnym momencie po prostu odpłynie.
Gdy słyszysz, że jesteś zbyt głupi, żeby się czymkolwiek przejmować, powoli zaczynasz brać to sobie do serca. Laurency nie mógł mieć wątpliwości ani zmartwień. Uśmiechał się i cieszył, wskazując na różnokolorowe motyle i niebo zabarwione na czerwono i pomarańczowo. Rwał dla ciebie kwiaty i nie przejmował się wcale, jeśli je krytykowałeś — w końcu jak mógłby cię zranić? W jaki sposób mógłby przepuścić przez usta najdrobniejszą obelgę? Laurency nie mógł cię skrzywdzić. Nigdy na to nie zasługiwałeś i do pewnego momentu wydawało mu się, że i on na to nie zasługiwał.
Chwast kochał Laurencego i Laurency kochał Chwasta, chociaż wiedział, że i on kiedyś odejdzie, dorośnie, być może ruszy w swoją stronę, szukając spełnienia, kuszony baśniowością nieznanego świata. Laurency kochałby go mimo to. Laurency przysiągł, że będzie kochać go mimo to.
Kiedy ból przeminął, podniósł się z ziemi z zamiarem powrotu do domu. Cierń, według jego założenia, powinien był na niego czekać, wrócić z polowania wystarczająco zmęczony, żeby tylko położyć się obok i opowiedzieć o wszystkim, co minął w drodze powrotnej, ponieważ do tego ograniczały się jego wspomnienia. Jego roztrzepanie przywodziło uśmiech na pysk Laurencego.
— To ty? — Cierniowe nawoływanie rozległo się już w przedsionku. Łaciaty pies pokuśtykał do głównej komory całej nory i z łoskotem opadł na ziemię, oddychając ciężko.
Nie musiała minąć chwila, a Cierń znalazł się tuż obok, z nosem przytkniętym blisko do szyi partnera. Laurie wymamrotał niezrozumiałe słowa pokrzepienia, gdzieś między jednym a drugim wtrącając zapytanie o dzień.
— Poszedłem nad rzekę. I do lasu. I pod miasto. I widziałem zające, wiesz, Laurie? Jest tak wcześnie, dopiero stopniał śnieg, a ja już widziałem zające. To fajnie, serio, bardzo się ucieszyłem. I w ogóle fajna ta Pora Nowych Liści. Zapomniałem, jak tęskniłem za uciekaniem za dzikami. Wiesz, za czym jeszcze tęskniłem? Za tobą, Laurie! — Cierń ułożył się u boku Laurencego i wtulił swój pysk w sierść na jego karku. — Fajnie, że jesteś.
Laurency uśmiechnął się półgębkiem.
— Cieszę się, że tak myślisz.
Obudził się o zmroku. Od tygodni nie miewał snów, więc odniósł wrażenie, jakoby oczy przymknęły mu się uderzenie serca temu. Klatka Ciernia unosiła się i opadała periodycznie, toteż Laurency, wstając, starał się nie poruszać zanadto gwałtownie. Wyczołgał się z nory i rozejrzał smętnie po okolicy. Nie zniósłby ani chwili bezczynności, a krótka drzemka na dobre spędziła sen z jego powiek — nęcony światłami skierował się ku miastu.
Senne miasto majaczyło w świetle ulicznych lamp. Nieliczne samochody wprawiały asfalt w drganie, a przechodnie przecinali chodniki, spiesząc do domów, sklepów i prac — ponieważ Laurency zdążył się nauczyć, iż tryb poniektórych wymaga od nich nieprzespanych nocy. Nie dziwiły go już ludzkie zwyczaje i przywary, nie lgnął już do każdego, kto kucał i przywoływał go przesłodzonym głosem, cmokając i gwiżdżąc, ani nie rzucał się bezmyślnie pod pojazdy, wymuszając na nich pierwszeństwo. Wybierał mniej zaludnione zaułki, w obawie przed hyclem, i często zmieniał swoje ulubione miejsce, minimalizując ryzyko przywiązania się do któregokolwiek z właścicieli pobliskich budynków. Mimo Ciernia, Chwasta i poczucia przynależności, dla miasta był tylko jednym z wielu bezpańskich kundli.
Usiadł na wzniesieniu, obserwując wszystko z góry — dokładnie tak, jak lubił. Sygnalizacja stopniowo zmieniała się z czerwonej na zieloną a później z zielonej na czerwoną, światła samochodów oświetlały powyginane drogowskazy, a klaksony rozbrzmiewały za każdym razem, gdy ludzie wchodzili na pasy w nieodpowiednich momentach. Laurency słyszał syreny i, choć nie wiedział do końca, co oznaczają, czuł, że są ważne. Im głośniej rozbrzmiewały, tym bliżej znajdował się pojazd i niedługo później ulicą przejechał biały samochód sporo krótszy od swoich czerwonych odpowiedników i zdecydowanie zbyt sterylny, jak na policyjny czy ten hycla. Zresztą, hycel nie miał syreny ani koguta. Jak szybko pojawiła się karetka, tak szybko zniknęła i świat na powrót ucichł.
— Rzadko widzę cię tu o tej porze.
Obrócił łeb nazbyt prędko, ponieważ wzmożyło to jedynie ból. Skąpany w ciemności nieznajomy znalazł się tuż obok i tylko blask bijący od miasta sprawił, że Laurency go rozpoznał. Skinął więc łbem na powitanie i potwierdzenie jednocześnie. Nie byli dla siebie nikim ważnym i obaj mieli tego pełną świadomość. Na domiar złego, jeden z nich był jeszcze kotem. Laurency nie wiedział, skąd go znał i obawiał się, że kot podzielał jego niewiedzę. Był rudo-biały, zbyt puszysty, jak na ulicznego, i wszędzie gubił sierść. Mówił dziwne rzeczy, ale nie zadawał zbyt wielu pytań — stanowił więc zupełną opozycję do Laurencego, ale gdy Bezgwiezdny potrzebował spokoju, kot okazywał się nie najgorszym towarzyszem.
— Jestem po prostu zmęczony — odparł, wracając spojrzeniem do panoramy miasta. — I trochę stary.
Kot przebierał łapami ze znudzeniem.
— Nie wydawało mi się, żebyś był stary.
Laurency przełknął ślinę.
— Wszystko zależy od punktu widzenia. Nie jestem stary, możesz mieć rację. Stare psy nie robią głupich rzeczy, tylko chodzą smutni i przygnębieni. — Pysk Laurencego opuściło niemrawe parsknięcie. — Po prostu dużo już przeżyłem. Wiesz, o co mi chodzi?
Kot pokiwał głową.
— Pewnie, dalej jestem przystojny, żwawy i tak dalej, ale mam wrażenie, jakbym… jakbym powoli się, no wiesz, to wcale nie jest takie trudne słowo, ale jakoś tak… nie potrafię go… to takie, że ja…
— Twój czas się kończy.
To zdanie wybrzmiało jeszcze kilkukrotnie w Laurencowych uszach, zanim je przetrawił.
— Tak, jakbym ja cały się kończył.
Kot odsłonił zęby.
— Czyli przemyślałeś to, co ci proponowałem? — odezwał się po dłuższej chwili milczenia.
— Słuchaj, ja naprawdę nie wiem, czy to dobry pomysł. Nie chcę ich zostawiać.
Milczeli więc dalej, dopóki Laurency ponownie nie zabrał głosu.
— Z drugiej strony — wypuścił powietrze — coś jest nie tak. Wiem o tym i boję się, że oni też się dowiedzą.
— Rozumiem, że to zgoda.
— Nie. Nie wiem.
Cisza i zaduma zawisły między nimi, oczekującymi na rozstrzygnięcie rozmowy. Miasto nawet nocą wydawało się żywe, mimo zgnuśniałej aury obecnej zarówno, jak i za dnia, i po zmroku. Światła sprawiały jednak, że zdawało się nieznacznie mniej opieszałe. Laurency nie wiedział, czy to życie dla niego.
— Jesteś pewny, że mi pomogą?
— Niczego nie możemy być pewni — rzucił w odpowiedzi kot. — To ludzie. Pomogą ci albo tego nie zrobią. Wezmą do domu albo wyrzucą na próg. Nie zaszkodzi ci spróbować.
Laurency przeniósł wzrok na towarzysza.
— Boję się.
— Odrzucenia?
— Nie. — Ostatni raz zerknął ku miastu. — Śmierci. Boję się śmierci.
Dwoje ludzi patrzyło na niego oczami wielkimi od zadziwienia — nie było to jednak w żaden sposób zadziwiające, ponieważ niecodziennym widokiem był ten, który sprezentował im kot. Laurency poszedł z nim pod drzwi domu, w którym kot zwykł pomieszkiwać, i usiadł na progu, wciąż niepewny i zmartwiony. Weszli ogrodem, otwieraną klapką przeznaczoną specjalnie dla zwierzęcych lokatorów.
— Jesteś pewien, że mogę tak po prostu… — Gestem sprezentował czynność przeciskania się przez otwór.
Kot przewrócił oczami i, ignorując wątpliwości Laurencego, wszedł do środka, pozostawiając go samego na zewnątrz. Zmotywowany hałasem, który rozległ się w szopie — czyli przewróconymi grabiami — wystrzelił do przodu, czując każdą część swojego ciała w trakcie pokonywania rozmiarowo nieprzystosowanej do jego gabarytów dziury. Znajomy ból znów dawał się we znaki, ale Laurency nie miał już odwrotu — wpadł, w całym znaczeniu tego słowa, do domu zamieszkującej obrzeża miasta rodziny. Kot czekał na niego przy drzwiach kuchni, do której weszli już wspólnie. Przesiadujący w niej ludzie zmierzyli obu spojrzeniami, osłupiali, i zaczęli mówić coś, to do siebie, to do kota. Kot pomiaukiwał w odpowiedzi.
— Rozumiesz ich? — zwrócił się doń Laurency.
— Nie. — Wyprężył się kot. — Ale bawi mnie, że tak myślą.
Kobieta odbiła się od blatu i przykucnęła przy Laurencym, który posłusznie usiadł i położył po sobie uszy, głaskany po łbie. Ludzki dotyk wprawił w ruch jego ogon. Nic nie mówiła, w przeciwieństwie do nieustannie tłumaczącego coś mężczyzny. Wodziła dłonią po długości psiego ciała i gdy w pewnym momencie natrafiła na miejsce, które sprawiło, że Laurency niemal ugiął się przez ból, zmarszczyła brwi i obróciła się do drugiego człowieka.
Tym razem to mężczyzna podszedł i ponownie dotknął czułego miejsca. Laurency nie mógł powstrzymać sapnięcia, w wyniku którego ludzie niemal odskoczyli.
— Przepraszam — wypalił. — Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Kot obserwował go z kuchennej szafki i kręcił łbem z dezaprobatą. Laurie pochylił pokornie łeb i zbliżył do kobiety, która ponownie przygładziła jego pierś i, zdawałoby się, uśmiechnęła pocieszająco. Obok stanęła metalowa miseczka z jedzeniem.
— Kocie — poinformował go rudzielec. — Ale nie narzekaj. Nie mają psa.
Zjadł więc to, co podsunięto mu pod pysk i nie wahał się ani chwili.
— Gratulacje, pozwolili ci tu zostać. — Kot stanął nieopodal, gdy przenieśli się do salonu. Posłanie Laurencego ograniczało się do trzech grubych kocy ułożonych jeden na drugim gdzieś w kącie, ale było wystarczająco miękkie, żeby to w norze nie dorastało mu nawet do pięt. — Rano prawdopodobnie zabiorą cię do białego człowieka. Śpij dobrze.
— A ty? Gdzie idziesz?
Pieszczoch zatrzymał się i spojrzał na niego, jakby z kpiną.
— Śpię z nimi.
Laurency pokiwał łbem ze zrozumieniem, kręcąc się po legowisku jeszcze chwilę.
— Jasne. Tak. — Odchrząknął. — Dobranoc.
Ledwo wzeszło słońce, Laurency przeciskał się przez otwór w drzwiach, z gracją wypadając na chłód poranka. Truchtem wracał miastowymi ulicami, przez panikę niejednokrotnie prosząc się o potrącenie.
Im więcej dni mijało, tym coraz bardziej obezwładniający ból czuł przy okazji każdego ruchu. Wycieczki krajoznawcze ograniczał do najbliższych, świetnie zresztą znanych okolic, wzbudzając tym samym u Ciernia niezliczone wątpliwości na temat sprawności i samopoczucia jego partnera. Laurency jednak, wystraszony wizją zmartwionego Ciernia, odnajdywał wymówki w anomaliach pogodowych. Chmura nie drążyła, szczególnie pod groźnymi spojrzeniami wycieńczonego Lauriego. Nie widywał się z Chwastem tak często, jak zwykł robić to wcześniej — robił to jednak możliwie jak najczęściej i przyłapywał na tym, jak liczył na jak najkrótsze widzenia, znikając po wymienieniu raptem dziesięciu zdań o dniu Chwasta, o którego dbał najbardziej i dla którego każdego poranka dźwigał się na drżące nogi. Poruszał się opieszale, z niejakim ciężarem i oddychał ciężko zawsze, kiedy zmuszał się do pokonywania dłuższych dystansów.
Po dłuższym czasie udało mu się przekonać do powracania do zaprzyjaźnionych ludzi. Chadzał do miasta z nadzieją na spotkanie kota, który odnajdywał go zawsze, gdy Laurency tego potrzebował. Wspólnie wracali do domu, gdzie Lauriego karmiono i pieszczono, a porankami znów czmychał do obozu, żeby kłaść się na zimnej ziemi i po powrocie Ciernia udawać, że przypodobał sobie poranne spacery.
— To świetnie — powiedział Chmura, jak to miał w zwyczaju. — Poranne spacery są fajne, możesz się rozbudzić i w ogóle. Szkoda, że czasami nie ma cię, kiedy się budzę, ale tak w sumie to jestem w stanie to wytrzymać.
Laurency zacisnął pysk i się uśmiechnął.
— Czasami dobrze mi robią — odpowiedział. — I tak jestem z tobą bardzo często, Panie Chmurko, nie wyobrażaj sobie, że rzucę cię dla spacerów! — Zmusił się do nieznacznego podniesienia głosu. Nikły entuzjazm nie umknął Cierniowi, który przytaknął, jakby słowa Laurencego zdusiły w zarodku całą jego radość.
Laurencego bolała każda taka rozmowa. Bolało go kłamstwo wydostające się spomiędzy jego pyska, każde, którym karmił Ciernia, jak gdyby oczekiwał, że pozostawi go w niewiedzy do końca życia. Wiedział jednak, że moment szczerej rozmowy zbliżał się nieuchronnie, a odwlekaniem jej ryzykował więcej, niż przeprowadzeniem jej możliwie jak najprędzej.
Nie czuł, żeby sytuacja wymagała martwienia Ciernia.
To w końcu minie.
Wszystko mija.
— Byłem dzisiaj w tylu miejscach, wiesz? Wziąłem Chwasta i poszliśmy na rzekę, łowiliśmy ryby i, pochwalę ci się, złowiliśmy tyle, że, ja cię sunę, ledwo wróciliśmy! Poszliśmy jeszcze do obozu Dwunożnych pod lasem i znaleźliśmy parę gorących psów. Chwast ostatnio zadawał się z tym, jak mu tam było, Krzakiem z Flumine, a ja mu powiedziałem, że to bardzo niefajne, bo Krzak może zostać ubiczowany przez Miodka za niewierność względem klanu, ale wiem, że Chwast wie, że żartowałem, niech robi, co chce. Jest taki młody, Laurie! — wyrzucił z siebie, wydawało się, jednym tchem. — A jak minął twój dzień?
Laurency nawet nie uniósł łba.
— Dobrze — wymamrotał.
Cierń na powrót spochmurniał.
— Co robiłeś? Byłeś na swoim południowym spacerku?
— Nie. Nie byłem.
Chmurka nie mówił już nic więcej — kręcił się chwilę po norze, odpoczął i wyszedł, naglony rzekomym niezałatwionym w drodze powrotnej interesem do Leonisa.
Nic nie mijało. Z każdym dniem ból stawał się coraz to bardziej nieznośny, uniemożliwiając Laurencemu wszystkie wędrówki na dystanse dalsze niż najbliższe długości drzew od nory. Słabość, którą wówczas czuł, była nieznośna — Laurency gasnął w oczach i w miarę mijających dni stawał się coraz bardziej odbiegającą od swojego usposobienia własną wersją.
— Boli, co? — Kot zmierzył go beznamiętnym spojrzeniem, kiedy Laurency pojawił się u progu dobrze znanego mu domu. Z zaciśniętymi powiekami bezgłośnie przyznał mu rację. — Chodź.
Kobieta gładziła go po głowie, gdy mężczyzna wykonywał serię telefonów.
— Dzwonią do białego człowieka i więzienia — mówił kot.
— Czy-... kogo?
— Pierwszy cię leczy, w drugim mieszkają wszyscy, którzy nie mają domu. Nazywam to więzieniem, bo są tam kraty. W rzeczywistości nie wiem, jak mówią na to ludzie.
Laurency nie wiedział wiele na temat więzienia, ale z całą pewnością nie chciał tam trafiać.
Dni upływały w spokoju, o ile „spokój” jakkolwiek może oddawać istotę sytuacji, w jakiej postawiono Laurencego. Spędzał dni na bierności, wylegując się na kanapie, poruszając wyłącznie do kuchni, w obliczu konieczności, żeby raz dziennie zjeść karmę i zwymiotować ją później na dywan, ponieważ, o ile w ogóle był w stanie przeżuwać, wymęczony organizm najczęściej nie pozwalał mu na trawienie i zwracał wszystko, co doń wprowadzano. Ludzie dbali o Laurencego, tak jak i kot, który zwykł spędzać z nim wszystkie wieczory i opuszczać dom tylko w południe, żeby wracać porą obiadową. Doceniał wszystko, co dla niego robili. Laurency naprawdę ich doceniał.
Nie chciał wchodzić do samochodu i zapierał się ostatkami sił, a mimo to nie potrafił oponować, gdy go do niego wniesiono. Ułożył się na tylnym siedzeniu i obserwował, jak kobieta siada za kierownicą, a mężczyzna tuż obok niego, żeby resztę drogi spędzić na gładzeniu jego łba. Samochód podskakiwał przy okazji każdej wyrwy w ulicy i Laurency robił wszystko w swojej mocy, byle nie zwymiotować, ponieważ ze wszystkich tych symptomów właśnie wymiotowanie było najgorsze — i odniósł, coby nie brzmieć patetycznie, mały sukces, ponieważ wytrzymał aż do momentu wysiadania, kiedy pochylił się i zwrócił wszystko, co miał w żołądku na weterynaryjny parking.
Człowiek w bieli dotykał każdej części jego ciała i używał dziwacznych, często dosyć zimnych przedmiotów, które Laurency widział po raz pierwszy w swoim życiu. Stał posłusznie na podwyższeniu, zmęczone spojrzenie wbijając w przypatrującą mu się ze zmieszaniem kobietę. Mówiła coś — to do niego, to człowieka w bieli, czasem do mężczyzny. Wizyta ciągnęła się w nieskończoność, a gdy wrócili do domu, Laurency został przymuszony do wzięcia lekarstw poukrywanych w mięsie, które, rzecz jasna, uparcie zwracał.
Leki jednak pomagały, dopóki regularnie je brał i nie buntował się zanadto. Chodzenie okazało się wcale nie tak skomplikowane, jak dotąd mu się wydawało, wystarczało zatrzymywać się co trochę i nie oddychać zbyt szybko, coby nie dostawać zadyszki. Kot, ironicznie, wyprowadzał go na spacery, kiedy tylko ludzie opuszczali dom, ale zdarzało się to od wielkiego dzwona — przez większość dnia przynajmniej jedno było obecne i pilnowało wypoczywającego Laurencego. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł, że jest coraz lepiej.
Spotkał się więc z Chwastem. Sprowadzony przez kota Bezgwiezdny czekał na Laurencego na parkingu pobliskiego sklepu w dniu, w którym z reguły i kobieta, i mężczyzna byli nieobecni. Mimo wyniszczonego organizmu, w tamtym momencie Laurie wydawał się w naprawdę dobrej formie, to i zdobył się na uśmiech, który, odwzajemniony, sprawił, że Chwast poczuł się stokroć pewniej, niż dotychczas. Ledwo skończyli się witać, kot zniknął gdzieś za murem. Rozmawiali więc — w dużej mierze to Laurency wypytywał podopiecznego, co się u niego dzieje, ponieważ sam stracił rachubę, ile nocy spędził u ludzi. Cieszył się jak szczenię, że na ten krótki czas może odsunąć myśli od tego, co dzieje się w jego własnym życiu i, oczarowany, wysłuchiwał wszystkiego, co miał mu do powiedzenia Chwast, choć ten dobierał słowa z dozą ostrożności i nieustannie upewniał się, czy aby na pewno Laurency nie chce porozmawiać o sobie i o powodach, dla których znalazł się w mieście. Laurency jednak nie chciał. Nie, póki co.
Poszli wspólnie na miastowe wzgórze, bo Laurency nie był na nim od dnia, w którym po raz pierwszy od dłuższego czasu spotkał kota. Miasto za dnia nie było tak wspaniałe, jak nocą, ale pokrzepiała go obecność Chwasta. Młody Bezgwiezdny dziarsko pognał ku szczytowi i gdy zorientował się, że krzepa Lauriego nie dorównuje tej, którą wykazuje on sam, spojrzał na niego z zapytaniem malującym się na pysku i wrócił na sam dół, żeby odbyć drogę na górę jeszcze raz, ale w wyznaczanym przez byłego mentora tempie.
— Laurency, czy…
— Zaczekaj. Dojdźmy… dojdźmy na górę. Proszę.
Usiedli na szczycie ze spojrzeniami skierowanymi ku panoramie. Wiatr rozwiewał ich sierść i kłuł nieprzyjemnie w wilgotne oczy. Laurency wziął głęboki oddech.
— Coś jest nie tak — zaczął zachrypniętym głosem. — Nie wiem, co takiego. Pomieszkuję u Dwunożnych i spędzam z nimi większość mojego czasu, ale, Chwast, gdybym mógł, byłbym z wami. Z tobą i z Cierniem. Nie zostawiłem was, proszę, nie myśl tak, nie w tym tkwi rzecz.
— Laure-...
— Chwast. Pozwól… pozwól mi mówić — przerwał mu Laurency. — Jeżdżę z nimi… gdzieś. Nie wiem, kto to jest i co robi, ale czasami zabierają mnie do białego Dwunożnego. I dzięki niemu czuję się lepiej. Nie wymiotuję, nie męczę się tak szybko, jak… — Przeniósł wzrok na Chwasta i prędko pożałował wymieniania objawów rozwijającej się choroby. — Nieważne. To nieważne. Jest coraz lepiej, masz moje słowo. Nigdy cię nie okłamałem, być może poza tym dniem, gdy powiedziałem ci, że zmieścisz w odbycie dwa szopy. To nieprawda. W żadnej innej sytuacji nie odważyłem się na powiedzenie nieprawdy. — Przysunął się bliżej, barkiem dotykając jego barku. — Będzie jeszcze lepiej. Pomagają mi i o mnie dbają. Powiedz Cierniowi, że mnie widziałeś, ale nie mów, że to z tobą wolałem się spotkać, bo będzie mu przykro. Wolałem… wolałem, żebyś to ty mnie zobaczył w tym stanie. Nie chcę go martwić, wiesz, jaki jest. Tak czy inaczej, przekaż mu… możliwie jak najmniej, ale wystarczająco dużo, żeby mnie nie znienawidził. Nie okłamuj go, przynajmniej nie tak, jak ja go okłamywałem. Nie zasługuje na to, dobrze o tym wiesz.
Chwast pociągnął nosem.
— Nie rycz. Jeszcze do was wrócę, serio. — Uśmiechnął się Laurency. — Jeszcze opowiem wam parę żartów.
Rozstali się przed zmrokiem.
Kolejne dni zlewały się w jedność — wizyty u białego człowieka mieszały się z przesypianymi dniami, Laurency już nie miał siły na zastanawianie się, ile białych proszków wciskano mu danego dnia ani czy budził się nocą, czy popołudniami, ponieważ jego serce nie musiało zabić nawet pięć razy, a na powrót zasypiał. Cieszyły go wszystkie pieszczoty, których uświadczał, ilekroć ludzie siadali obok i spędzali długie godziny na wpatrywaniu się w ruszające pudła, z dłońmi utkwionymi w jego miękkiej sierści. Za każdym razem, gdy kot pytał, czy Laurency nie ma ochoty na spacer, Laurie prosił o jeszcze trochę czasu, obiecując, że następnego dnia poczuje się lepiej — dzień ten jednak nie następował, a sam Laurency miał pełną świadomość tego, że czuł się coraz gorzej.
— Przed domem stoi ten twój dzieciak — powiedział pewnego razu kot.
Laurency poruszył się niemrawo.
— Chwast?
— Czarny, tak.
Uniósł ociężały łeb i wstał z posłania, żeby na drżących łapach wyjrzeć przez szyby w drzwiach. Istotnie — Chwast przechodził właśnie przez ulicę, rozglądając się po parkanach i tujach, które rosły wzdłuż przeciwległej strony drogi. Laurency pokiwał głową — sam nie wiedział, czy do siebie, Chwasta czy kota.
— Nie wyjdziesz do niego? Pewnie chciałby cię zobaczyć. Minęło sporo czasu, odkąd…
— Wiesz… — wciął się Laurency. — Jeśli mogę zdecydować o tym, jakie wspomnienie mnie pozostanie na zawsze w jego pamięci, wolę, żeby było możliwie jak najweselsze.
Laurency nigdy nie najadł się tak, jak tamtego dnia. Mimo problemów z przełykaniem wspaniale pachnący kurczak bez większego problemu znalazł drogę do jego żołądka. Spróbował też czegoś o dziwacznie fioletowym zabarwieniu, słodkiego i zimnego, w smaku bliźniaczemu do jagód, które zdarzało mu się zjadać. Były też inne słodkie rzeczy, których nie próbował nigdy w ciągu całego swojego życia i gdy hojnie proponował kotu podzielenie się posiłkiem, rudzielec kategorycznie zaprzeczał i były to jedyne słowa, które w ciągu tego trwającego cały wieczór posiłku padały z jego pyska. Na jedną chwilę życie ponownie nabrało blasku.
Obudziło go szturchnięcie. Kobieta pochylała się nad nim aż do momentu, w którym mężczyzna podszedł i podniósł Laurencego ze wszystkimi kocami, na których leżał. Nie wiedział, w jakim momencie znalazł się w samochodzie ani kiedy pojawił się w nim kot.
— Trzymaj się, przyjacielu. — Trącił go nosem. — Kiedykolwiek się spotkamy.
I wtedy Laurency wiedział już na pewno.
Laurency umiera.
[4558 słów]
29 września 2021
Od Laurencego — „Kabaret, część trzecia”
Ostatnia szansa tego wieczora nie powinna pozostać zmarnowana, toteż po raz ostatni skupiłem na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych, chociaż dwukrotnie już obrzucili mnie pomidorami i wybuczeli, upodabniając się tym samym do tych kamieni z mema, co, wiecie, tak buczą. W każdym razie poprosiłem Chwasta, żeby tym razem zapewnił mi podkład muzyczny dla urozmaicenia tej farsy. Wiedziałem, że jeśli i tym razem to spierdolę, znajdą mnie w moim kartonie i pobiją. Bardowie mają faktycznie ciężkie życia.
— Jeśli lubicie pić mleczko sałaty jadowitej, niech usłyszę wasze hell yeah! — zanuciłem w rytm beatboxującego Chwasta.
— Hell yeah! — wykrzyczała publiczność.
— Mam was, skurwysyny. Aresztujcie ich.
Laurek otrzymuje 5 PD
Od Laurencego — „Kabaret, część pierwsza”
Stanąłem na scenie zbudowanej z dwóch kamieni, a pode mną rozciągał się tłum poruszonych degeneratów. Szeptali, jeden przez drugiego, wbijając we mnie pełne oczekiwania, pozbawione bożej opatrzności spojrzenia. Odchrząknąłem nerwowo, nienaturalnie głośno, jak wokalista hard metalu na koncercie.
— Dzień dobry, drodzy państwo — przywitałem się, ucieszony, że tego dnia zrezygnowałem z zakładania portek, bo pewnie trząsłbym nimi, jak galareta na Boże Narodzenie. — Chciałbym opowiedzieć wam dowcip. Wiecie, czym różni się Bezgwiezdny od geja?
Wszyscy ucichli, poświęcając mi pełnię swojej uwagi. Poczułem wibracje dochodzące z wnętrza ich mózg, jak główkują i odkurzają ociężałe od kurzu umysły.
— W sumie… w sumie to niczym.
Laurek otrzymuje 5 PD
Od Laurencego — „Kabaret, część druga”
Zawiedzeni pokracznością mojego humoru, tym razem, kiedy wdrapałem się na piedestał, w wyrazie niezadowolenia moją obecnością, zawyli jak dwunastolatki, które po obejrzeniu „Zmierzchu” naoglądały się na Youtube poradników, jak zamienić się w wilkołaka.
— Chcemy kogoś śmieszniejszego! — ryknął ktoś.
— Wiecie, dlaczego nie przyjechał do was prawdziwy komik? — rzuciłem w odpowiedzi.
Świat na moment wstrzymał oddech, a czas zdawał się płynąć wolniej, niżeli przed chwilą. Czułem się jak przed epicką anime bitwą, rozkładając tłum na łopatki samym spojrzeniem najzabawniejszego geja spośród Bezgwiezdnych. Drżał mi głos i pewnie drżałyby łapy, gdybym nie był cholernym psem.
— Bo aresztowali go za zbrodnie popełnione w Bośni.
Laurek otrzymuje 5 PD
Od Laurencego — „Dom jest tam, gdzie rodzina”
Za ojcem, za kradzionymi gęsiami i ciepłym spojrzeniem brązowych oczu.
Za matką, której troska wprawiała mnie w zakłopotanie i za tembrem jej głosu.
Za pierwszą siostrą — za jej wesołością — i za zmyślnością drugiej.
Za sielskim domem skrytym gdzieś między krzewami, na południe od pól.
Za pełnym werwy szczeniakiem, który zrobił ze mnie swojego ojca i którego sam uczyniłem moim synem.
Za młodością i za czasem, jaki miałem w zapasie — choć czasem czuję się, jakbym wciąż miał go zanadto.
Za szczęściem, którego uświadczałem co poranek.
— Tęsknię za Cierniem. Chodźmy już, Chwast, bo pewnie na nas czeka — odpowiedziałem jednak, zapytany o tęsknotę.
Laurek otrzymuje 5 PD
Od Laurencego — „Raz kozie śmierć”
— Już ci to mówiłem, stary, że mówienie o swoich uczuciach to bardzo dziwna sprawa. No co, mam usiąść tak, o tutaj, przed tobą, i zacząć gadać o tym, jak czuję się w twoim towarzystwie, o tym, że na twój widok mam motyle w dupie i że sprawiasz, że moje poranki są minimalnie, tak dosłownie szczyptę bardziej ekscytujące, niż jakbym miał spędzać je samotnie? Przez te wszystkie księżyce, które spędziliśmy razem, wykształciła się… żeby nie zabrzmieć jak nadęty znawca języka, ale wykształciła się we mnie swojego rodzaju pewność, że doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, co względem ciebie czuję, panie Cierniu.
Laurek otrzymuje 5 PD
Od Laurencego — „Małoletność”
Niesprecyzowanego kształtu kula toczyła się wśród wyszczerbionych muszli, doganiając nieumiejętnie odwzorowaną podobiznę swojej siostry. Krab, który za sprawą przypadku znalazł się w okolicy, zdeptał ich rodziców, ale prędko naprawiłem wszystkie szkody. Słyszałem w uszach pełen szczęśliwości głos Florencji, widziałem zdeterminowaną Marcję. Goniłem za nimi, potykając się o własne łapy i zakopane pod piaskiem szkło i kamienie. Ostry kraniec patyka nadał wymiaru moim rodzicom i odtąd była nas już piątka — doglądali nas, cobyśmy nie zniknęli w najbliższym gąszczu wodorostów.
A potem pojawił się przypływ i zmiótł wszystko to, co wyrysowane na piasku i niezgrabne.
Zostałem tylko ja, ze wzrokiem wyglądającym przeszłości.
Laurek otrzymuje 5 PD
22 czerwca 2021
Od Laurencego C.D Ciernia
sama nie wierzę, że to mówię, ale, panowie, zamknijcie oczy i udawajcie, że tego nie widzicie
Mam w sobie dwa wilki — jeden mówi, że powinnam być przykładnym obywatelem Rzeczypospolitej Polski, chrześcijańskim wzorem naśladowania nieskażonym niczym, co w preprodukcji minęło się z czymś o gejowskiej aurze, który nie zabiera się za rzeczy, o jakich nie ma pojęcia, a drugi, że i tak mój biseksualizm skreśla mnie z listy pretendentów do tego fajnego miejsca nad chmurami, więc mojej pozycji nie zaszkodzi napisanie erotyku zakrawającego o bycie furry (mamo, ja naprawdę nie jestem furasem, przestań mnie o to oskarżać i wpuść mnie do domu, marznę). Cały czas wmawiam sobie, że to, co zamierzam napisać, to tylko ordynarne opowiadanie o miłości dwóch psów, jakich relacja wywołuje coś, co bez cienia możliwości mogę nazwać najszczerszym uśmiechem pod słońcem, ale w głębi duszy wiem, iż będzie to przeprawa długa, ciężka i męcząca dla niepozornej, grzecznej i ułożonej duszy młodego autora, który ma w zwyczaju rozciągać opis pączka na tysiąc słów. Korci mnie niemiłosiernie, żeby posłużyć się językiem charakterystycznym dla wilczych watah z okresu lat dziesiątych bieżącego wieku i muszę rozpatrzyć wszystkie za i przeciw, zanim podejmę ostateczną decyzję, niemniej jednak już z tego miejsca chcę podkreślić, uprzedzić, podkreślić i uprzedzić — jeśli tylko możecie, wyjdźcie stąd czym prędzej i oszczędźcie sobie tego, co przeżyją ci zmuszeni do przeczytania parodii „Pięćdziesięciu Twarzy Greya” w nie dość, że gejowskim, to jeszcze psim wydaniu. Mam pełną świadomość, że tylko część z was ma więcej niż osiemnaście lat, także nie będę nawoływać młodszej widowni do zamknięcia oczu — niech zrobią to ci, którzy mają kruchą psychikę. Podziękujecie mi za to.
Mniej więcej siedem minut temu włączyłam Céline Dion, jednak zanim przygotowałam figurujący powyżej wstęp, piosenka z filmu o tym topiącym się statku zdążyła się skończyć — aktualnie wypłakuję oczy przy akompaniamencie „Cant Help Falling In Love” Presleya, a za moment przyjdzie czas na Bonnie Tyler i jej „Total Eclipse of the Heart”. Nigdy nie spodziewałam się, że mój pierwszy erotyk będzie pisany przy romantycznych balladach, do których pili nasi rodzice i dziadkowie, ale życie potrafi zaskakiwać i okazuje się, iż właśnie te rytmy, wbrew obiegowej opinii, najbardziej pasują do Laurencego i Ciernia. Jeśli chcecie doświadczać tego razem ze mną, kliknijcie tutaj, po playlistę. Jest krótka, ale zdążycie przeczytać.
Laurency nie wiedział, czy jego i Ciernia łączyła jakkolwiek głębsza więź. Umówmy się — wspólne pochłanianie parówek ani kradzież hot-dogów nie oznaczała, iż weszli w związek. Wzruszające powitanie także. Ślub stawiał sytuację w niejasnym świetle, a zmysłowe polizanie Lauriego po pysku komplikowało ją po stokroć, wpędzając go w jeszcze większe zmieszanie. Laurency nic już nie wiedział. Poprawka — Laurency nie chciał wiedzieć. Nie chciał borykać się z tym, co przeżywał po utracie Victora, choćby kosztem kilku chwil najprawdziwszej, nieskrywanej radości, choćby przypłacając własnym szczęściem. Nie bał się niczego tak bardzo, jak przywiązania i straty, jak pustki, bólu i wykończenia, który po sobie pozostawiała. Laurencemu było dobrze na świecie, miał Mlecza, później Chwasta, w międzyczasie wybył gdzieś za góry i rzeki, pełniąc funkcję kogoś na kształt Mesjasza, odegrał niebagatelną rolę w ratowaniu świata i wrócił w szeregi swoich. Żył dla siebie. Laurency nie był gotowy poświęcić go dla kogoś.
Bzdura — oczywiście, że był. Gdyby nie bezpodstawny, hamujący go strach, poświęciłby się dla Ciernia w całości, oddając mu serce w całości, posklejane i połatane, popękane i porysowane, ale własne, gotowe roztrzaskać się po raz drugi. Nie pakowałby go w woreczek ani nie wiązał na nim kokardek, nie zamieszczał liścików ostrzegawczych ani nie prosił o delikatność — poświęciłby swoje serce w najprawdziwszej jego postaci, najszczersze uczucie, siebie samego, pozbyłby się wszystkiego, co nagromadził w ciągu minionych lat. Nie pytałby o powody, nie żądałby od Ciernia niczego — oddałby je, jak porcelanową figurkę, która lada moment może się roztrzaskać, jak gliniane naczynie, które nie zdążyło zastygnąć, podatne na zniekształcenia i możliwe do uformowania według uznania. Nie chciałby niczego w zamian, bo miłość nie potrzebuje dowodów. Mógłby przekazać je, choćby nie otrzymał Cierniowego w zamian.
Był gotów zrobić to w każdej chwili. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest. Laurency potrzebował wiedzieć, że tym razem nie zostanie sam. Chciał mieć pewność, że Cierń pobędzie tu jeszcze przez moment. Krótki moment. Mógłby być intensywny, pożądliwy, porywający. Mógł być leniwy, pełny uczucia i niewypowiedzianych słów. Laurie nie wymagał niczego ponadto. Niech tylko na niego popatrzy. Niech to będzie w jego spojrzeniu. Od przepaści dzieliła go cienka granica. Nierozważny krok. Pochyl się, Laurency. Jeśli w dole nie płynie porwista rzeka, roztrzaskasz sobie kark — ale warto, nawet dla pięciu sekund przyjemnego mrowienia w brzuchu.
Stanęli pod drzewem. Cierń zdawał się pozbawiony świadomości na temat tego, jak symboliczną wartość ma to drzewo. Laurency z kolei wiedział, iż pod tym drzewem zobaczył go po raz pierwszy. Wydawało się to zupełnie pozbawione znaczenia, ale Laurie lubił takie rzeczy. Drobnostki. Uśmiechnął się. Pan Chmurka też. Oboje skierowali swoje spojrzenia na korę. Czerwona rysa upewniła Laurencego, że trafili w odpowiednie miejsce. Zadarł łeb. Ptaki świergotały. Liście na drzewach tworzyły baldachim chroniący ich przed słońcem. To ładne drzewo. Naprawdę ładne drzewo i naprawdę ładny Cierń. Niech tylko popatrzy. Niech spojrzy.
Nie spojrzał. Laurency skrupulatnie studiował jego pysk, doszukując się na nim choćby oznak kiełkującego uczucia. Wziął oddech, ale szybko wypuścił powietrze. Sam nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Nie chciał marnować słów. Uśmiechnął się pokrzepiająco i poklepał miejsce pod pieńkiem, po czym usiadł zaraz obok, zostawiając przestrzeń dla Ciernia. Cierń usiadł tuż obok. Laurency przełknął ślinę. Pan Chmurka, może nieświadomie, dotknął jego łapy, powodując tym samym palpitację Laurencowego serca. Odchrząknął — najpierw jeden, potem drugi. Łapa jednego zawędrowała trochę bliżej, drugiego jeszcze trochę, aż dotknęli się ponownie, zaraz po tym, jak uprzednio Laurency gwałtownie cofnął swoją.
Laurency wstrzymał oddech.
— Co teraz ro-...
— Poczekaj.
Cierń potrząsnął łbem skonsternowany.
— Obiecałem sobie, że pocałuję cię, kiedy tamta chmura odsłoni słońce.
Odczekali więc jeszcze cztery uderzenia serca. Krew szumiała w uszach Laurencego, serce wydawało się podchodzić do gardła, sierść na karku zjeżyła się, a wzrok zmętniał. Później oślepił ich blask słońca i Laurency pocałował Ciernia.
Ich pyski zetknęły się raz, żeby odsunąć na ułamek sekundy i dotknąć raz jeszcze. I jeszcze raz. I jeszcze jeden, dopóki nie zabrakło im tchu i nie odkleili się od siebie na dłużej niż dwa momenty.
Laurency wyobrażał sobie tę chwilę setki razy i na setki różnych sposobów. Za rok, za tydzień i za miesiąc, za jedną porę roku albo następnego dnia, nad rzeką albo w mieście, w parku, nad jeziorem albo na plaży, wśród innych psów, wśród ludzi albo na uboczu. Raz pocałunek przerywał niezręczną ciszę, innym razem inicjował go Cierń. Często przerywał mu tak, jak tamtego dnia, rzadziej ktoś przerywał im, ledwo do niego doszło. Były namiętne, dynamiczne, były leniwe i emocjonalne. Zawsze jednak pożądliwe, zawsze chciane. Na ułamek chwili stracił pewność, czy nie zostanie odtrącony, niemniej jednak prędko pogrzebał te obawy, kiedy Pan Chmurka nie oponował. Można powiedzieć, iż nie dość, że nie protestował, to jeszcze go, pocałunek, odwzajemnił.
Żaden z nich nie ma pewności, w którym momencie znaleźli się na ziemi. Nikt nie nabawił się guza ani bólu, ale Cierń leżał pod Laurencym nieodrywającym się od niego ani na moment. Łapą smagnął jego karku, przygładził sierść na boku i wtulił w puchatą sierść na szyi. Splótł kończynę z kończyną, ogon ułożył wzdłuż uda, Gwiezdni jedni wiedzieli, która noga była czyja i kto inicjował który ruch.
— Tak robią Dwunożni? — wymruczał Cierń.
Laurency uśmiechnął się pod nosem i na powrót zanurkował w gąszczu białej sierści Ciernia. Tamtego dnia, kiedy między jednym pchnięciem a drugim Laurency popatrzył prosto w oczy swojego małżonka, dostrzegł w nich coś, co czyniło z tego spojrzenia wyjątkowe. Wówczas upewnił się, iż to właśnie Cierniowi może oddać swoje serce.
Spłoszone hałasem ptaki wyfrunęły gromadami spomiędzy koron drzew, a szczenięta unikały tego miejsca przez następne dni.
<...cierń?>
[1258 słów: Laurency otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
23 maja 2021
Od Laurencego C.D Chwasta
W swoim niewielkich rozmiarów umyśle Laurency zwykł przeprowadzać rozwleczone, przeciągające we wsze strony monologi nierzadko zwieńczane erudycyjnymi myślami, przebłyskami geniuszu albo innymi stanami, które mogłyby zwiastować myśl bardziej racjonalną niż „ale kabaret, ten ptak zrobił kupę na Ciernia”. Nierzadko wszczynane dyskusje skutkowały długotrwałymi zanikami umiejętności myślenia i przez następny tydzień Laurie chodził pusty jak rosyjska wydmuszka kupiona na parafialnym odpuście, która zgubiła te małe matrioszki w środku. Wyrażając się jeszcze klarowniej — nie myślał zupełnie i taki właśnie dzień zapowiadał nieudolny trening Chwasta. Chwast, gwoli jasności, wylądował u medyka, czego z całego serca Laurency mu współczuł, ponieważ nikt nie lubił przeszkadzać Leonisowi w rutynowych obrzędach patroszenia niegrzecznych dzieci. Mimo to podreptał za nim, wiedziony ciekawością i wyrzutami sumienia. Wlókł się, rozpierany energią, kiedy natchnienie odeszło w niepamięć i wrócił do formy największego bałwana na osiedlu, zachodząc do głowy, jakim zrządzeniem losu odebrano mu cenną umiejętność używania tych dwóch kulek, które od niepamiętnych czasów tkwiły w jego oczodołach, szerzej znanych jako oczy lub aparat wzroku, mówiąc nieco mądrzej. „Mogłem go zabić!”, powtarzał w myśli, jojcząc i łapiąc się za wyimaginowany łeb, jakby był staruszką, która dowiedziała się, że odwołali różaniec, a jej ulubiony ksiądz wyjechał do Egiptu, smażąc się w promieniach słońca, kiedy cały świat walczył z pandemią wirusa, coby po powrocie pieprzyć trzy po trzy o szczepionkach i martwych płodach w nich zawartych. Nie po raz pierwszy czuł zawód samym sobą.
Podążający u boku Laurencego Jazgot co rusz zerkał ku niemu, jakby kontrolując stan rozpaczającego. Owy stan był, wbrew urodzie Bezgwiezdnego homoseksualisty, opłakany.
— Zaufała mi! — pojękiwał. — Zaufała mi, miałem wytrenować dziecko Ik-... Ikry… albo… albo Szałwi… albo Ikry… Jazgocie, ja już sam nie wiem! Zgubiłem drogę w życiu. To coś strasznego, jak pies już nie wie, po co oddycha, po co się produkuje, po co angażuje te swoje… trzy komórki, co za ból, Jazgociku, ból nie do zniesienia. Miałem zrobić z Chwasta kogoś lepszego, niż jestem sam, ale to niemożliwe, bo… żeby… żeby uczeń stał się lepszy od pierwszego mistrza, potrzebuje następnego, który powiedzie go na wyżyny bycia zajebistym. Wszystko w moich łapach, wszystko było w moich łapach! Powierzyła mi tak ważne zadanie, a ja zjebałem koncertowo, Jazgociku!
Jazgot otworzył pysk, chcąc pocieszyć rozżalonego Laurencego, który uciszył go jednym krótkim gestem.
— Cii. — Przyłożył doń łapę. — Pozwól mi taplać się w moich łzach i bólu. — Odwrócił łeb, po czym dodał półszeptem: — Jutro mi przejdzie, daj mi polamentować. Co u Mlecza?
Jazgot streścił, nie bacząc na nieistotne szczegóły, że Mlecz miewa się całkiem nieźle i zeszłego poranka, kiedy minęli się po raz ostatni, wybywał na polowanie, ponaglany wiercącym dziurę w żołądku głodem. Laurency wyraził swoje zmartwienie i próbował upewnić, czy jego nie-syn nie boryka się z niedożywieniem, niemniej jednak Jazgot wiedział niewiele więcej od samego Lauriego. Chodziło to za nim przez całe popołudnie, choć dwie komórki z trzech zajmowały się w dużej mierze Chwastem.
W trakcie całej tej rozmowy między szczerze przejętym Laurencym a jego podręcznym terapeutą Chwasta nafaszerowano odpowiednimi lekarstwami i doprowadzono do stanu graniczącego z co najmniej przyzwoitym. Jazgot upewnił się, że mogą złożyć mu wizytę, i ponaglił stękającego, umożliwiając mu tym samym odkupienie win.
— Och, Chwaścik. — Przysunął się blisko, na trzy centymetry od szczenięcego pyszczka, patrząc Chwastowi prosto między oczy, ponieważ w same oczy jeszcze nie umiał (ciężko jest skupić się na dwóch punktach jednocześnie, szczególnie mając motor w dupie i nieparzystą zawartość mózgu). Uczeń odsunął się minimalnie, coby nie stykać się z mentorem nosami i wydał z siebie ciche jęknięcie, kiedy przycisnął jego śledzionę. — O! Przepraszam cię bardzo, szefie, już, już… — zaśmiał się nerwowo. — Jak się czujesz? Nie, poczekaj, muszę powiedzieć, że bardzo cię przepraszam, myślałem, że to jakaś niecnota, pannica, zawróciła ci w głowie, bo sam wiem, jak to jest, te szczenięce miłości… — zerknął przelotnie na Jazgota — ...ale to wcale nie była przyczyna, a ja, głupi, wmawiałem ci, że lekcja tańca wyleczy wszystkie twoje zmartwienia. Jak widzę, to tylko pogorszyło sprawę, jednak nie martw się, już nigdy nie zrobię zamachu na twoje życie. Jeśli…
— Panie Laurency.
— ...nie pozwoliłbym sobie…
— Panie Laurency.
— ...jesteś młody i…
— Laurency! — Dobiegła go oschłość tonu Leonisa.
— ...dlatego uważam, że musisz zmienić mentora na kogoś o kompetencjach większych niż ja.
Chwast rozchylił szeroko powieki, eksponując swoje przystojnie okrągłe gałki oczne.
— Nie rozdziawiaj pyska, wleci ci mucha — ostrzegł go Laurie, zupełnie nie przejmując się przejęciem wywołanym przez jego słowa.
Szczenię odkaszlnęło i musiała minąć dłuższa chwila, zanim uspokoiło oddech.
— Ale… jesteś moim mentorem, panie Laurency. Nie chcę…
— Jestem beznadziejnym mentorem! — zaniósł się szlochem Laurie, uderzając czołem o miękkie podbrzusze Chwasta. — Leonis jest głupim gburem, ale w głębi duszy patrzy na mnie i leje w portki ze śmiechu, tak nieporadny jestem. Jesteś pewny, że nie chcesz kogoś fajniejszego?
— Przecież... jesteś fajny.
Uniósł gwałtownie łeb, a oczy zabłysnęły mu nieskrywanym rozradowaniem i zaskoczeniem.
— Jestem fajny? — powtórzył, rozkładając całe zdanie na czynniki pierwsze.
— No… tak.
— Serio? — Wyszczerzył głupawo zęby i odwrócił do Leonisa. — Patrz, ty gałganie, jestem fajny, a ty tracisz! — Zbliżył się do niego, wypinając się zaraz pod Leonisowym nosem. Wodził tyłkiem po niewidzialnym okręgu w powietrzu, wyginając się w każdym kierunku. — Jestem zajebistym mentorem, przyjacielem i w ogóle jestem w pytę, a ty nawet nie chciałeś być moją koleżanką. Chodź, Jazgot. — Klepnął Jazgota w dupę. Jego jeszcze bardziej nie-syn niż syn podskoczył. — Idziemy to oblać. A, Chwaścik, słoneczko — zwrócił się raz jeszcze do uczniaka. — Zdrowiej, kierowniku, przyjdę do ciebie zaraz po tym, jak słońce zajdzie za horyzont.
Na wylocie zerknął na Leonisa i fuknął coś pod nosem, wykonując majestatyczny gest równie majestatycznego zamachnięcia się własnym ogonem. Za sobą usłyszał tylko westchnienie, a obok, z pyska Jazgota, stwierdzenie o niezidentyfikowanym brzmieniu, które przypieczętował pomrukiem aprobaty, choć za cholerę nie wiedział, co Jazgot mógł powiedzieć.
Laurency był psem słowa i punktualnie o siódmej pięćdziesiąt trzy stawił się u Chwasta, zaliczając poślizg w liczbie trzynastu minut po zachodzie — Chwast nie popatrzył na niego krzywo, a Leonis zbył go beznamiętnym spojrzeniem, toteż nie robił sobie z tego powodu zbędnych wyrzutów sumienia. Jego uczeń, jak na chorego, zdawał się wyjątkowo chory i Laurencemu bynajmniej to do gustu nie przypadło.
— Wyglądasz gorzej niż wcześniej — rzucił z niesmakiem, który stłamsił wszelkie zatroskanie. — Leonis, co mu podałeś?
Leonis uniósł pysk.
— Leki — odparł wymijająco z zamiarem powrócenia do swojego poprzedniego zajęcia.
Laurency przewrócił oczami.
— Jasne. Coś konkretniej? Wiesz, panie Gbur, to mój ulubiony uczeń. Podejrzewam, że bym się popłakał, gdyby wywinął kozła i przestał być Chwastem — ciągnął. — Te leki działają, czy tylko mają zadziałać?
— Działają — Leonis mruczał, wyraźnie okazując straconą już z początkiem konwersacji cierpliwość. — Laurency, do st-...
— Oki.
Z pyska Bezgwiezdnego nie wydobył się już żaden dźwięk inny niż odgłos chrapliwego oddychania.
— Nie to, że jestem szurem i mam coś przeciwko leczeniu, no nie, ale jesteś pewny, że wszystko gra, młody? — Laurie upewniał się raz za razem, pełnym umiłowania wzrokiem błądząc po niewyraźnym obliczu pochorowanego Chwasta. Oczy szczenięcia się zaszkliły. — To nie tak, że robię to wszystko przez wyrzuty sumienia, Chwaściku, ja naprawdę się o ciebie martwię i bardzo nie chciałbym, żebyś skończył źle, przeze mnie albo cokolwiek innego, poważnie. Nie będę już uczył cię tańca, wiesz? Tak sądziłem, że to może źle się na tobie odbić. Jak tylko odzyskasz siły, zabierzemy się za poważny trening, ponieważ chcę zrobić z ciebie dużego, mężnego psa — dokładnie takiego, jakim jestem ja! — Patrząc z perspektywy czasu, Chwast wziął do sobie do serca aż nazbyt dosadnie, bo Laurencemu w żadnym razie nie chodziło o dziedziczenie gejostwa; nie zająknął się jednak, kiedy nastał odpowiedni moment na Chwastowy coming-out, co jest zupełnie nieodpowiednim na ten moment tematem. — Znajdziesz sobie jakąś bogatą psicę, albo psa, jeśli wolisz i będziesz żyć lepiej od nas wszystkich, taki przystojny będziesz. A jaki zapach będzie się za tobą niósł! Tak czy inaczej, szefie, gdy tylko staniesz o własnych łapach, przypakujemy trochę i weźmiemy się za trening tak, jak nigdy dotąd.
Nie wzięli się, chociaż Chwast miał się już całkiem nieźle, a gorączka ustąpiła.
— Hej, Chwast. — Szczenię uniosło spojrzenie na Laurencego. — Masz ochotę na imprezę?
Chwast nie miał ochoty na imprezę, ponieważ pokręcił przecząco pyskiem, gasząc wszelki entuzjazm rozgorzały w sercu Lauriego. Starszy Bezgwiezdny usadził swój majestatyczny tyłek nieopodal przewalonego pniaka zewsząd obłażonego przez mrówki i inne zjawiska pogodowe, a Chwast zatoczył się i stanął tuż obok — patrząc na mentora dużymi, znudzonymi oczami.
— No przepraszam, Chwast, że tak to wygląda, ostatnio nie mam siły i wszystko jest takie… szare i…
Wziął głęboki wdech. Laurency nigdy nie był smutny. Laurency zawsze cieszył się z najmniejszych drobnostek, miał na pysku uśmiech szerszy niż jamnik długi. Laurency nie mógł być smutny, kiedy przepędzał posępność innych psów. Słońce nie zachodzi.
Chwast podszedł bliżej. Bezgwiezdny potraktował to jako zachętę do kontynuowania.
— Cztery dni temu Mlecz wyszedl na polowanie i od tamtego momentu nikt go nie widział. Nikt nie wie, gdzie jest mój Mlecz. — Rozłożył łapy w nieporadnym geście. — Boję się o niego, Chwaścik, i nie wiem, co mógłbym zrobić, żeby go znaleźć, bo, sam wiesz, to byłoby głupie, tak szybko tracić syna. Mlecz jest taki młody! Ma całe życie przed sobą, może założyć rodzinę, znaleźć sobie chłopaka, albo odwrotnie, nie wiem, ja najpierw go przygarnąłem, potem zacząłem coś tam, coś tam ze światłem mojego życia, Panem Chmurką, swoją drogą Pan Chmurka to też skomplikowany temat i muszę ci o nim opowiedzieć, Chwaściku, bo mam wrażenie, że jesteś jedynym psem, którego jako tako, przez nogę, kolano, z przymrużeniem oka obchodzi to, co mam do powiedzenia, bo, kto wie, może w moich słowach ukrywa się jakaś prawda życiowa. Tak, pewnie, ukrywa się, Chwastie! Nie pie-... nie siłuj się z sukami i zostań gejem, to najmądrzejsze, co możesz zrobić. Słuchaj mnie, słuchaj. — Laurency spuścił łeb i jęknął cicho. — Widzisz tamten krzak? — Niemrawo uniósł kończynę, wskazując na rosnące nieopodal owoce. To bez. Pamiętaj, żeby nigdy nie jeść bzu, prawdopodobnie umrzesz. Tamto to maliny. Przynieś mi maliny, od nich przynajmniej nie umrę.
Przyniósł maliny. Laurency wpakował je do pyska, przegryzając łzy.
— Pójdziesz ze mną i poszukamy razem Mlecza?
<chwastourency?>
[1634 słowa: Laurency otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia, a Chwast 2 Punkty Treningu]
7 maja 2021
Od Laurencego CD Ciernia
To historia o tym, jak Laurency zmarł. Nie, moment, jeszcze nie. Wertuję kartki w moim notatniku. Rozszerzenie z matematyki nie robi ze mnie jakkolwiek lepszego logika, ponieważ niekoniecznie zgrabnie pominęłam, cholera, parę rozdziałów w jego życiu i naprędce chciałam zakończyć żywot w takim stanie, w jakim się wówczas znajdował — bestialsko wpędzić go do grobu jako niespełnionego, samotnego ojca, który nie dość, że nie wytrenował swojego pierwszego ucznia, to nie zmądrzał ani trochę. Racja, to byłby cios poniżej pasa, Laurencemu należy się przepraszający telegram i bukiet sześćdziesięciu dziewięciu róż, najlepiej czerwonych — ptaki ćwierkają, że to jego ulubiony kolor. Nikogo to w żadnym razie nie dziwi, ludzki Laurency ma w szafie co najmniej pięć czerwonych gorsetów, od cholery wiśniowo-serduszkowej biżuterii i okazjonalnie, kiedy przeżywa załamania nerwowe, farbuje połowę włosów na barwę pokracznej, niepełnosprawnej czerwieni zmieszanej z czereśnią i innym szkarłatem, finalnie wyglądając tak, jak twoja babcia chcąca pozbyć się siwizny. Nie skwituję tego słowem źle, bo nie chcę obrazić twojej babci. Chyba że nie żyje, wtedy kłopot znika. Zabawne, z tematu śmierci przeszliśmy do czerwonych gorsetów i czerwonych włosów, żeby skończyć, ponownie, na umieraniu. Gdyby nie to, że za dziesięć sekund uświadczę ataku bardzo nieprzychylnych mi myśli ściśle powiązanych z wiecznością i całym tym procesem zamykania oczu, mogłabym poszerzyć ten akapit o blisko tysiąc słów — ale po co komu hiperwentylacja, kiedy możemy wrócić do najjaśniej błyszącej księżniczki Disneya?
Wiem, po co tu przyszliście. Zobaczyliście tytuł — Laurency, Cierń, połączyliście fakty, parówki (stykanie się parówkami, powinnam to zanotować, pierwsze myśli często się sprawdzają). Czuję nieodpartą chęć rozległego opisania, co działo się z Lauriem przez ostatni rok i, żebyście, cholera, wiedzieli, zrobię to, byle odwlec interakcję przyszłych małżonków, choćby dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa miało przeskoczyć ten akapit tylko i wyłącznie po to, żeby poczytać, jak niezręczny gej numer jeden próbuje poderwać niezręcznego geja numer dwa, który to z kolei ma przedziwną fiksację na punkcie gałęzi, a w szczególności tych porośniętych listkami — nikt go nie ocenia, każdy ma swoje preferencje. Może też powinienem wyhodować listki? — myśli czasami Laurency, kiedy jego trzy komórki urządzają naradę na wzór tych szlachciańskich, gdzie jeden po drugim wykrzykiwał liberum veto. Każda z tych obrad spełza na niczym, ponieważ trzech jegomościów we wzorzystych garniturach dochodzi do niepodważalnego wniosku, jakoby staranie się o Ciernia było pozbawione sensu, bo jeśli kocha, to wróci. Pomijając niewygodny fakt, że Laurency rozmawiał z nim raptem raz w życiu. To była miłość.
Frank Gallagher ma z Laurencym tyle wspólnego, co gorzka czekolada 64% kakao z Ghany z byciem jakkolwiek akceptowanym produktem w społeczeństwie — ano, z niewielkimi wyjątkami, niewiele. Mimo to pozwolę sobie przytoczyć jedną z jego kwestii. That’s all you got? That's it? I'm still here, you fucker! Frank Gallagher! I'm alive! You see me? You see me standing here? You lost, asshole! I'm alive, motherfucker! Me, Frank Gallagher. Franka Gallaghera zastąpcie sobie Laurencym, a wszystkie przekleństwa jakimiś sympatyczniejszymi odpowiednikami — to właśnie mógł powiedzieć, stając w progu legowiska Leonisa, z lekarstwem w pysku i dumą nań wymalowaną. Wrócił, bo wrócił, z nieleczonym sercem, potrzaskanym honorem, nowymi wrogami i jednym czy dwoma nowymi przyjaciółmi, bez godności ani szacunku u kogokolwiek — wrócił, stał, trochę niepewnie, na chybotliwych łapach i czuł się dobrze. Czuł się szczerze i najpoważniej w świecie dobrze, widząc tereny, które dane mu było obsikiwać co najmniej dziesięć razy dziennie. Czuł tu swój zapach i wiedział, że to jest właśnie jego dom — miejsce, do którego mógł wrócić bez obawy, że się go wyrzekną albo przepędzą z włóczniami. Jednorazowo przeszło mu przez myśl, iż może być uznany za zmarłego.
— Co robiliście, jak mnie nie było? — zapytał raz jednej z bezgwiezdnych suk, z którą w sposób nieokreślony i równie nieoczekiwany znalazł się w jednym miejscu, w kolejce do Leonisa. Klinika Bezgwiezdnych coraz bardziej przypominała NFZ. — Ikro, ziomie, słuchasz mnie?
Uniosła ociężały łeb.
— Kim właściwie jesteś? — Zmierzyła go beznamiętnym spojrzeniem, a Laurie w jednej chwili wstrzymał oddech.
— Laurency, Ikro! Jak to możliwe, że znam twoje imię, a ty nie znasz… nie znasz… — przerywał dramatycznie — … mojego!
Ikra zdawała się mieć go i jego urażoną dumę głęboko w dupie. Laurency momentalnie spochmurniał, a jego pysk wykrzywił się w grymasie oznaczającym ubytek w składzie dostarczanej regularnie atencji. Czekał, aż ktoś go pochwali, a Ikra wcale się do tego nie paliła. W zamian wymruczała jakieś pozbawione znaczenia słowa potwierdzenia.
Lauriego zawstydziła myśl, jakoby zdołał wyrobić sobie jakąkolwiek renomę. Wszystko legło w gruzach. Wcale nie był księżniczką Disneya.
— Byłeś gdziekolwiek?
Zwiesił głowę i pokiwał nim niemrawo.
— Byłem wybrańcem — wymamrotał.
— Co?
Wziął głęboki oddech, łudząc się, iż co? wzięło się z jej marnego słuchu.
— Byłem wybrańcem — powtórzył równie cicho.
— Nie sły-...
— BYŁEM WYBRAŃCEM — wydarł się w końcu. Ikra nawet nie drgnęła. Zaczął zastanawiać się, czy suka ma w sobie cokolwiek z organizmu żywego.
— Aha.
Niemal wyrwał sobie własną sierść. Cała jego aura krzyczała: potrzebuję uwagi, wy bezemocjonalni, pozbawieni ducha śmierdziele. Laurency czuł do Bezgwiezdnych przeokropny żal, że nie doceniają tego, co dla nich zrobił — nadstawił karku, siłował się z ludźmi, kurami, stawał na łbie i niemal przespał się z jakimś farmerem, byle umożliwić grupie przenocowanie pod dachem.
— Jestem fajny — przekonywał samego siebie, urządzając sobie rutynowe spacery wzdłuż pól. — Jestem super fajny.
Kwestią dyskusyjną było, czy Laurency był rzeczywiście fajny. Dla siebie był. Każda fajna księżniczka Disneya była fajna.
Zima obfitowała w śnieg i poważnym upośledzeniem byłoby, gdyby obfitowała w coś innego, na przykład klopsiki i inne zjawiska pogodowe. Padało całkiem równo, poetycki biały puch obrósł każdy skrawek zdradzieckiej ziemi, toteż odtąd poruszanie się gdziekolwiek bez pozostawiania za sobą głębokich śladów nie wchodziło w grę. Psy chorowały, Leonis miał łapy pełne roboty, a Laurencemu doskwierała zwyczajowa nuda; Mlecz ciągle robił te wojownicze rzeczy, udając psią matkę Teresę i na tym kończy się spis jego znajomych. Był jeszcze Cierń. Laurie nie widział go od wieków, czyli jakichś trzech dni, kiedy po raz pierwszy mignął mu się gdzieś przy kościele, ale zniknął na tyle szybko, żeby właściciel trzech komórek mógł go wziąć za przywidzenie.
Laurency był z zasady charyzmatyczny i śmiały, na dodatek pewny siebie i wystarczająco zajebisty, żeby bez większego kłopotu podbić serce każdego, kto nie jest Leonisem — to z grubsza zrozumiałe, na sto kwiatów przypada jeden brzydki i tak zachowuje się równowagę świata przyrody. Wracając jednak do meritum, Laurency nie odnajduje trudności w zaczepieniu kogokolwiek ani nawiązania z jegomościem kontaktu — gdyby tylko nadarzyła się okazja, bez większych ogródek byłby w stanie nawiązać głębszą relację z przypadkowym psem, choćby tą farmerską pokraką ze stodoły, w jakiej przenocowali, wypełniając wolę Gwiezdnych, czy jak im tam było. Diabeł w tym, że jego brawura kończyła się tam, gdzie przychodziło co do rozmowy z Cierniem. Laurie nie wiedział, jak się do niej zabrać. Po raz pierwszy w życiu bał się, iż powie coś, przez co Cierniowi odwidzi się z nim koleżankować.
Nie to, że zakładał, że go lubi.
Własne tchórzostwo nie mogło wszakże sprawić, że Laurency byłby w stanie przepuścić okazję, ponieważ kiedy natknął się na Ciernia, ironicznie, nieopodal Leonisowej nory, która wydawała się centrum jego przestrzeni życiowej. Biała sierść zlewała się ze śniegiem i gdyby tylko Laurie był jeszcze głupszy, niż zazwyczaj, mógłby Ciernia przegapić. Wówczas plułby sobie w brodę, dopóki by nie skonał. Lubił być dramatyczny.
Dla lepszych wrażeń wyobraźcie to sobie w zwolnionym tempie, w tle leci My Heart Will Go On, a pysk Laurencego wykrzywiony jest w dziwacznym uśmiechu. Włącz My Heart Will Go On, Zirco, ja poczekam. No, śmiało.
— Panie Chmurko! — wydarło się z jego gardła, kiedy przeskakiwał przez zaspy, gnając co sił ku Cierniowi. — Panie Chmurko!
Pan Chmurka, usłyszawszy nawoływanie, zatrzymał się i odwrócił gwałtownie. Jego mordkę rozjaśnił wyszczerz równie pokraczny, co ten Laurencowy. Najszczersza radość wypełniła powietrze, jakie zadrżało od jej nadmiaru. Ruszył się wiatr rozwiewający ich sierści, wyglądali równie majestatycznie, co Leonardo DiCaprio i Kate Winslet na czubku tego gigantycznego statku. Serce Lauriego podskakiwało z rozradowania i szczęścia, przypominając trochę rybę, którą morze wyrzuciło na brzeg. Cierń nie zdążył ruszyć się miejsca, ponieważ ledwo uzmysłowił sobie, jaki kretyn leci mu na spotkanie, Laurency przewrócił się prosto na swój głupi pysk, wpadając w śnieg razem z Panem Chmurką.
Rechotał wesoło, jakby był głupim szczeniakiem.
— Panie Chmurko, do stu tysięcy gniewnych Leonisów — sapnął, rozwalając się w zaspie. Nie musiał unosić łba, żeby wiedzieć, że Cierń leży tuż u jego boku, wyczekująco wpatrując się w jego rozanielony profil. — Jestem szczęśliwy jak szczypiorek na Porę Nowych Liści! Nie widziałem cię tyle czasu, że byłem pewny, że… że… nie, nie byłem niczego pewny, po prostu zapomniałem, jak wyglądasz! Ale wyglądasz pięknie! Promieniujesz, to znaczy… promieniejesz, promieniejesz wszystkim, co… kurczę, Panie Chmurko, ja chyba zapomniałem, jak się mówi!
Laurency utrzymywał, że Cierń zrobił fikołka, ponieważ nawet nie zauważył, jak przewrócił się na brzuch. Musiało minąć parę uderzeń serca, żeby Laurie zorientował się, iż po pysku przyjaciela błąka się zakłopotanie. Zalała go fala zawstydzenia. Wiedział, że tak będzie. Mógł się nie odzywać. Cierń już go nie lubi, na pewno wziął go za głupka. Przecież jestem głupkiem!
— Co się stało? Przepraszam, jeśli cię czymś uraziłem, mogę przestać nazywać cię Panem Chmurką, Cierniu. O co chodzi? Kurczę, kurczę, powinienem przestać się odzywać, nie mogę się dalej błaźnić, jestem… jestem taki głupi! Musisz mi wybaczyć.
Cierń uśmiechnął się półgębkiem, nie mogąc się powstrzymać.
— Powiedz mi, proszę. — Laurency spojrzał na niego pokornie, a jego głos stracił na intensywności.
— Myślałem, że mnie zostawiłeś, Laurency.
Laurie wydał z siebie głębokie, przeciągłe westchnienie. Nie krył ulgi, która w obliczu tego wyznania wydawała się nieco dziwaczna — powinien pospieszyć z wyjaśnieniem, zapewnić Ciernia, iż w żadnym razie nie powodowała nim chęć zniknięcia z życia Pana Chmurki, niemniej jednak euforia, która brała się z niedosłownego zapewnienia, iż Laurency wcale nie jest tak popieprzony, jak mu się wydawało, przyćmiewała wszelkie poczucie zobowiązania. Poza tym, po cichu ucieszył się, że wcale nie chodziło o pseudonim Pana Chmurki.
Biały samiec popatrzył na niego skonsternowany.
— Jestem głupi, przepraszam, Panie Chmurko — parsknął perlistym śmiechem. — Tak jak ty! Nie bierz tego do siebie, jesteś super mądrym psem i bardzo to w tobie cenię, ale nie powinieneś był tak myśleć. Jeśli dużo o czymś myślimy, to zaczynamy wariować i nie wiemy, co jest prawdą, a co fałszem, więc ty nie wiesz, czy cię zostawiłem, czy nie. A ja cię nie zostawiłem! Nigdy bym cię nie zostawił, wiesz? Pamiętasz, co zrobiliśmy rok temu?
Rok temu, powtórzył w głowie i zamilkł na chwilę. Nie widział Ciernia od roku.
Pan Chmurka wydał z siebie słowa potwierdzenia, a Laurie dalej trzymał pysk zamknięty na trzy spusty. Straciłem dwanaście księżyców.
— Laurie?
— Tak! Tak, już jestem. Przepraszam, zaciąłem się. Rok temu… — Przełknął ślinę. Powoli uzmysławiał sobie, jak stary się robi. — Złożyliśmy parówkową przysięgę. Obiecałem ci, że będę na zawsze twoim przyjacielem, bo zjedliśmy wspólnie magiczne, łączące więzem miłości parówki. To nieodwołalny rytuał, przecież ci mówiłem. Gdybym cię zostawił, złamałbym najważniejszą przysięgę w moim życiu!
Pana Chmurkę wyraźnie to uspokoiło, odzyskał pogodę ducha i wreszcie odwzajemnił ciepły uśmiech błąkający się po pysku Laurencego. Marmurkowy pies odgarnął cały śnieg odgradzający jego łeb od Cierniowego tak, żeby mógł spojrzeć prosto w jego oczy.
— Cieszę się, że znów cię widzę, Panie Chmurko. To najlepszy widok dzisiejszego dnia.
I wszystkich innych.
Podnieśli się niemal jednocześnie, kiedy przemarznięty do kości Laurency zaproponował spacer na rozgrzanie zziębniętych mięśni i innych skostniałych części ciała. Przysunął się blisko do Ciernia, od którego biło ciepłem, i pokierował ich ku wschodowi — zupełnie bez przyczyny, ów kierunek zdawał się nieznacznie bardziej atrakcyjny od trzech pozostałych. Szli więc, kiwając się na boki i okrążając zaspy większe niż te, jakie dosięgały im do piersi. Cały ten spacer był absurdalnie błogi i pozbawiony głębszego sensu — Laurie jednak czerpał z niego garściami, pochłaniając entuzjazm Ciernia, jak komar wysysa krew. To złe porównanie. Laurency jest dobry, komary to chuje.
— Ta przygoda była zwariowana, Panie Chmurko, mówię ci — opowiadał Laurie. — Niewiele z niej pamiętam, tak wiele się działo, ale pewnego dnia musiałem walczyć o godność kury, wiesz? Brązowa Blizna, taki pies z innego klanu, który też był wybrańcem, chciał tę kurę zabić, a ja byłem jak: nie, nie zabijaj jej, ona ma rodzinę, bla, bla, bla! Nie chciałem, żeby ginęła, zwierzęta nie powinny ginąć bez powodu. Zgodzisz się ze mną, prawda? — Cierń z pasją pokiwał łebkiem. — W końcu ją zabił i myślałem, że się popłaczę. Innym razem byliśmy w takiej, ee… na takiej farmie. Farma Dwunożnych, tak. Byli tam, ee… Dwunożni, i kiedy chcieliśmy przenocować w opuszczonej stodole…
Zawiesił się. Nie wiedział, co dalej. Rozum chciał kontynuować, ale serce kazało mu poprzestać na tym etapie.
Wieża kościelna, która wyłoniła się spomiędzy nagich gałęzi drzew, sprawiła, że zapomniał o dylemacie.
— Popatrz, to kościół! — zawołał, jakby Cierń był ślepy. — Chcesz usłyszeć ciekawostkę?
— No pewnie!
— W kościele Dwunożni łączą się w pary, trochę tak, jak ptaki na Porę Nowych Liści. Jeśli dwóch Dwunożnych stanie w jednym końcu kościoła, ich kumple po bokach, a śmieszny Dwunożny w przebraniu zaraz przy nich, dzieje się coś dziwnego i nagle mogą mieć szczeniaki. Fajne, no nie?
— Czadowo, Laurency! — odparł rozentuzjazmowany Cierń. — To jak z parówkami?
— Nie, Panie Chmurko. — Laurie pokręcił łbem. — To jest jeszcze poważniejsza przysięga. Po złożeniu jej Dwunożni liżą się po pyszczkach.
Cierń rozchylił oczy.
— Poważna sprawa!
— Ano, poważna. Wiesz, jak to nazywają?
— Jak?
No właśnie, Laurency, jak to nazywają?
Kiedy byli na całej tej cudacznej wyprawie, spotkali psa, który streścił im zwyczaje Dwunożnych. Padło wówczas parę dziwacznych nazw. Podatki, demokracja, ślub, waluta, Jan Paweł II i… pogrzeb. Tak, Laurie był praktycznie pewny, że chodziło o pogrzeb.
Albo wibrator?
Nie, to musiało być namaszczenie.
— Obrzezanie — wypalił. Obrzezanie brzmi na tyle egzotycznie, że pasuje do Dwunożnych. — Robią obrzezanie.
— Brzmi bardzo ciekawie.
Weszli do kościoła.
— Wiesz, jak to wygląda? — zapytał Cierń, rozglądając się po jego wnętrzu. — To obrzezanie.
— Ee… mniej więcej, ale bardziej mniej, niż więcej.
Podszedł do złamanych na wpół ławek.
— Tutaj siadają przyjaciele. — Przeszedł wzdłuż nich, wskazując po kolei na każdą. — Na przedzie często siadają rodzice i najbliższa rodzina, dalej jakieś ciotki, wujkowie, dziadkowie, koty ulubionego proboszcza babci koleżanki, prawnuczkowie braci medyków, którzy trzy pokolenia temu wyleczyli kuzynkę przyrodniej siostry twojego pradziadka i tak dalej. Dwunożni mają z reguły duże rodziny. — Obszedł ławki dookoła, żeby po wyjściu spomiędzy nich pokierować się ku prezbiterium. — Tutaj dzieje się to, co najważniejsze. Dwunożny w przebraniu stoi tutaj. — Stanął za resztkami ołtarza. — Mówi, dużo mówi, ten typ Dwunożnego bardzo lubi mówić. Czasami zmienia pozycję i staje tutaj. — Cofnął się na parę kroków. — Wtedy Dwunożni składają sobie przysięgę, stojąc dokładnie tutaj. Podejdziesz?
Cierń dołączył do niego. Kiedy przecinał kościół po długości, odgłosy jego kroków odbijały się echem od ścian pustego budynku.
— Stań tutaj — instruował go Laurency. — Naprzeciwko mnie. Jeden z Dwunożnych mówi: Ja, Dwunożny, na przykład Laurency, biorę ciebie, drugi Dwunożny, na przykład Cierniu, za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci. Nie wiem, dlaczego to zapamiętałem, ale brzmi fajnie. Mówi coś jeszcze, ale tego już nie znam. Coś o duchach, Dwunożni wierzą w duchy albo coś takiego. No i potem ty, w sensie, drugi Dwunożny, powtarza to samo, tylko zamiast za żonę mówi za męża.
— Ja, Dwunożny, na przykład Cierń, biorę ciebie, drugi Dwunożny, na przykład Laurency, za męża i…
— Ślubuję ci miłość…
— Ślubuję ci miłość…
— … wierność…
— … wierność…
— … i uczciwość małżeńską…
— … i uczciwość małżeńską…
— … oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci.
— … oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci.
Laurency parsknął, a jego śmiech wypełnił głuchą ciszę kościoła.
— Tak to wygląda. Potem wymieniają się obrączkami.
— I to wszystko? Są obrzezani?
— Chyba tak. A, jeszcze liżą się po pyszczkach, ale to drobiazg.
<Panie Chmurko?>
[2548 słów: Lurency otrzymuje 25 Punktów Doświadczenia]
16 kwietnia 2021
Od Laurencego C.D Chwasta
przyszłość, po mianowaniu Chwasta
Kolejne miesiące upłynęły pod znakiem epidemii i wszechogarniającego klanu chaosu ściśle z nią powiązanego. Cholera jedna wie, co zwieńczyło roczne siłowanie się z bliżej nieokreślonym wirusem odhaczającym na swojej liście psy, które najwidoczniej naraziły się tym latającym na chmurach, jednak Laurencemu dosyć zgrabnie udało się uniknąć choróbska; jego przystojne płuca pozostawały w kondycji wręcz wzorowej, za wyjątkiem okazjonalnych pochrapywań, jakie średnio co trzy noce wydobywały się z jego rozchylonego szeroko pyska. Jego powrót do klanu obfitował w liczne zdziwienia i pełne niedowierzania westchnienia, przez które okazywano radość albo rozczarowanie — nic pomiędzy, ponieważ Laurency z reguły nie wzbudzał w innych emocji skrajniejszych niż dwie nadmienione. Cierń go przytulił, jakkolwiek psiego przytulania nie można zdefiniować, Miękka nie zdawała się mieć żadnych obiekcji, ponieważ sprowadzone lekarstwo okazało się pomocne w mniejszym lub większym stopniu, Jazgot zamerdał swoim śmiesznym ogonem, tym samym dając Laurencemu do zrozumienia, że brakowało mu go bardziej niż Leonisowi, a Chwasta nie widział przez następne pięć nocy, dopóki nie natknął się na niego, za sprawą zupełnego przypadku i subtelnej pomocy trzech laurencytów, które nawet po długoterminowej podróży nie zdecydowały się na kopulację, na wysypisku, gdzie znalazł się równie nieoczekiwanie co sam Laurie i, podobnie, nie za sprawą własnej woli.
Odór gnijących resztek dopadł go już na parędziesiąt metrów przed metalowymi bramami odgradzającymi pokaźne śmietnisko od świata zewnętrznego. Wykrzywił pysk w grymasie niezadowolenia, biorąc głęboki wdech tylko i wyłącznie po to, żeby odmówić sobie oddychania przez następne piętnaście sekund, coby nie narazić nozdrzy na zbyteczne usterki techniczne. Laurency żył w przedziwnym przeświadczeniu, jakoby smród mógł przykucnąć gdzieś w jego nosie i, jak rybik cukrowy w mieszkaniu, przebywać tam sobie bez względu na wolę właściciela, dając o sobie znać w najmniej odpowiednich porach — choćby wówczas, kiedy chciałby powąchać sierść Ciernia, a jedyne, co by czuł, to rozkładające się zwłoki (albo stare mleko, w zależności od asortymentu wysypiska). Byłoby to co najmniej niezręczne, a Laurie sam w sobie był już wystarczająco rozlazły.
Spośród sierści swojego rodzeństwa Chwasta kręciła się najbardziej.
— Chwast?
Szczenię obróciło się dookoła swojej osi co najmniej trzy razy, zanim utkwiło spojrzenie w zbliżającym się Laurencym. Bezgwiezdny poczuł się tak, jakby był wracającym z wojny żołnierzem, a Chwast jego psem — lada moment wskoczy mu na kolano, dosunie łeb do karku albo namiętnie wyliże mu twarz. Niemniej jednak jedyną rzeczą, która odnajdywała względne pokrycie z rzeczywistością, było to, że Chwast jest psem — z Laurencego żołnierz jako taki, a tym bardziej nie poczuł, żeby ktokolwiek próbował wykręcić mu nogę albo przewrócić. Gorycz, która powoli kiełkowała w jego sercu, została prędko zduszona w zarodku, kiedy z gardła Chwasta wydobyło się rozemocjonowane jęknięcie mające się nijak do pisku albo krzyku — najzwyczajniej w świecie sapnął, załamując tym samym głos, a żałość Laurencego zastąpiła troska o zdrowie szczenięcia, prędzej psychiczne niż fizyczne.
— Panie Laurency, nie mogłem uwierzyć... Kiedy mówili, że nie żyjesz, ja… — Chwast nie mógł odnaleźć odwzorowujących jego uczucia słów, toteż zamotał się nieco wśród poznanych w ciągu roku życia wyrażeń. — Przez chwilę pomyślałem, że naprawdę nie żyjesz.
Towarzysze Laurencego mieli podobne odczucia względem tych, którzy pozostali w klanach, niemniej jednak nie chciał zamartwiać tym małego Chwasta. W zamian roześmiał się i począł zbliżać się do szczenięcia, żeby poklepać je po niewielkim łbie.
— Nie żyję? Cholera, mały. — Pokręcił łbem, na poczekaniu zasięgając gdzieś w zaciemnione odmęty swojego niepokaźnych gabarytów umysłu, żeby koniuszkami łap zmotywować trzy laurencyty do wykreowania względnie pouczającej, umoralniającej mowy. „Jest moim uczniem, wypadałoby nauczyć go czegoś poza polowaniem na niepełnosprawne lisy”, przeszło mu przez otumanione kretynizmem myśli. „Inaczej szefowa będzie zła, bo na cholerę jej niedorajda gorszy ode mnie. Chłopak zesra się ze strachu, jeśli nadejdzie wojna, i tyle będzie z mojej służby. Pochowają mnie z dzikami. Będę skończony. Mamo, ja chcę do domu”. Powziął tę myśl, wpakował do odpowiedniej szuflady podpisanej w sposób nader oczywisty, coby nie nadwyrężać trzech komórek przy pierwszej okazji, i metaforycznie poklepał się po plecach. — Jestem bardziej wytrzymały niż twoja stara.
Dziesięć uderzeń serca nie wystarczyło, żeby skonfundowany Chwast odwrócił spojrzenie od dumnego pyska Laurencego, który nie drgnął ani o milimetr, zadowolony z dojrzałego podejścia do dziecka.
— Dobra. Zapomnijmy o tym. O mnie i o tej podróży. — Machnął w końcu łapą, a Chwast westchnął przeciągle. — Chociaż, wiesz co? Mogę ci o niej opowiedzieć. O tym, co widziałem, kogo poznałem, kto poznał mnie, z kim się prawie prze-... ee… komu się przedstawiłem, przed kim uciekałem. Może znajdziesz w tym jakieś natchnienie, sam nie wiem, pomyślisz, że „hej, w sumie jest mądrzejszy, niż mi się wydawało”, co będzie głupie, bo wcale nie jestem, ale! Lubię opowiadać historie. Mógłbym być bajarzem, wyobrażasz to sobie, kierowniku? Chodzilibyśmy po świecie i śpiewali piosenki.
— Ee… tak, to dobry…
— Też tak uważam, Chwast, jesteś świetnym rozmówcą. — Ponownie potargał niepełnosprawne loki na jego łebku. — Chcesz posłuchać o tym, jak pokonałem Dwunożnego? Znaczy, wiesz, to niezupełnie ja, bo była nas piątka, ale okazałem się całkiem przydatny, silny, szybki i takie tam, nie będę się chwalić, skromność to przecież moja mocna strona. — Chwast zdawał się nie wierzyć, niemniej jednak okazało się to ostatnim zmartwieniem Laurencego, który, pełen pasji i pękający w szwach od ekscytacji, kontynuował litanię: — Byliśmy jak wygłodniałe wilki, szefie, po paru dniach wędrowania zupełnie na głodniaka, więc kiedy zobaczyliśmy obozowisko Dwunożnych, myślałem, że posikam się z radości, poważnie! Mieli takie ustrojstwo, co to było, cholera, jakoś to nazwali… wysokie, beżowe, miękkie jak moje pośladki, gdzieniegdzie wystawało coś zielonego, cienkiego, ale nadającego całej potrawie, powiedziałbym, kwintesencji. To przez to smakowała tak wykurwiście! To znaczy, Chwaściku, proszę, nie mów o tym mamie, nie można przeklinać, twój mentor nie mo-...
Oczy Chwasta zabłysnęły najprawdziwszym zdziwieniem, rozszerzając się na podobieństwo dwóch pięciozłotówek.
— Mój mentor? — powtórzył, a w jego głosie pobrzmiewały emocje nieograniczone wyłącznie do zaskoczenia. Laurency mógł poprzysiąc, że Chwast skrzętnie starał się ukryć wówczas towarzyszące mu podniecenie.
Laurency ściągnął brwi.
— No, twój mentor. To źle?
Pokręcił głową z zawahaniem.
— Nie, nie, nie źle — zaprotestował nienachalnie.
— Nie powiedzieli ci, kto jest twoim mentorem, mały?
Po pysku Chwasta błąkało się zakłopotanie, dlatego Laurie prędko wykrzywił swój w ciepłym uśmiechu. Uczeń, spostrzegłszy gest, powtórzył go, z tym że znacznie mniej entuzjastycznie.
— Niezbyt.
— Dlategoś taki przygnębiony? Bo trzymali cię w nieświadomości? Kolego, nie ma o co się martwić — lepiej późno niż wcale, lepszy rydz niż nic. Jaki rydz ci się trafił, skubany, masz gołębia w łapie, a twoi bracia muszą zadowolić się wróblami. I to na dachu! — zaniósł się najszczerszym śmiechem, jaki dane było Chwastowi usłyszeć i, z nutą pozostałego rozbawienia w głosie, powziął na powrót temat: — Nie rozumiem, dlaczego nie powiedzieli ci wcześniej, rzezimieszki, łobuzy, huncwoty!
— Może dlatego, że byłeś uznany za nieżywego.
— To cenne spostrzeżenie, kierowniku, cenne. Tak czy inaczej, musimy nadrobić czas stracony na moim sfingowanym umieraniu, sam wiesz, rozprostować moje młode kości i rozruszać twoje, młodsze tylko trochę. — Wzniósł się w powietrze i chciałoby się powiedzieć, że poszybował między korony drzew, niemniej jednak spędził w powietrzu raptem uderzenie serca, ponieważ chwilę później uderzył łapami o twardy grunt, aż rozległo się jednoznaczne, świadczące o zastałości jego kości chrupnięcie. — Kurczę, stawy mi pierdzą.
Relacja między Laurencym a zimą była na tyle skomplikowana, iż niezgrabnie balansował na granicy chęci odmrożenia sobie dupy w śniegu a ulepienia najzajebistszego bałwana, jakiego Leonis mógł zobaczyć. Nie to, że jakkolwiek zależało mu na opinii gburowatego szczekacza. Od kilku lat próbował mu udowodnić, że incydent ze strutym zajęczym mięsem był odstępstwem od normy, a sam jegomość odznacza się ilorazem inteligencji nieco wyższym niż przeciętny kornik, niemniej jednak cały ten pożal się proces był na tyle nieudolny, że Laurie sukcesywnie odsuwał się od celu, niżeli ów dystans skracał. W każdym razie Leonis niewiele ma do zimy.
Zalegający na połaciach jesiennej trawy śnieg skutecznie uniemożliwiał Laurencemu przeprowadzenia pełnokrwistego treningu polegającego na czymś więcej niż rozpoznawaniem zwierzęcych śladów. O ile wiedza ta nie była zupełnie nieprzydatna, zdawała się Lauriemu na tyle nienagląca, że bez większych skrupułów odłożył ją na później, coby pochylić się nad nużącym treningiem pamięci w czasie innym niż świeżo po powrocie z dłużącej się kampanii. Chwast zdawał się podzielać jego opinię, ponieważ kiedy świeży mentor rozprawiał mu na temat przyczyn, z jakich, zgodnie z jego wizją, nie warto brać się za tę konkretną kwestię, dzielnie szedł u jego boku, nadstawiając uszy tak, jak gdyby Laurency szastał na lewo i prawo mądrościami, czego w zwyczaju raczej nie miał. Wydawać się jednak mogło, że szczenię znacznie bardziej ekscytowało się treningiem w swojej istocie; treningiem, którego oczekiwał zasadniczo dłużej niż reszta cuchnącej gromady — choćby ta, jaka z macic wyskoczyła nieco później, niż fascynowało Laurencym. Starszy Bezgwiezdny nie odezwał się ani słowem, ponieważ w zupełności satysfakcjonował go fakt, że Chwast jakkolwiek słuchał, nawet jednym uchem. Drugie dziwacznie mu przyklapnęło.
Laurencemu oddać było można dwie rzeczy — skubaniec miał rękę do dzieciaków i składowisko pełne genialnych pomysłów ulokowane gdzieś w zapomnianych odmętach swojego nieprzeciętnie baraniego umysłu. Genialność owych pomysłów można było rozumieć dwojako — mogły być albo cholernie ciekawe i nietuzinkowe, albo cholernie skuteczne. Te Laurencego były albo ciekawe i skuteczne, albo zupełnie fatalne i popierdolone i, niefortunnie, częściej okazywały się wykazywać cechy charakterystyczne dla drugiej z tych grup. Tak czy inaczej, pewny odsetek, od wielkiego dzwona, okazywał się nie najbardziej głąbowatym.
— Lekcja numer pierwsza, Chwast. Jestem bogiem, uświadom to sobie.
— Sobie?
— Ty też jesteś bogiem. Tylko wyobraź to sobie.
— Sobie?
— Zaciąłeś się? Już cicho, mówię dalej, zanim złapie nas zmierzch. — Uniósł lewą łapę, wbił w nią spojrzenie, jakby znajdował się na niej zegarek i opuścił, patrząc na błękitne, przyprószone drobnymi obłoczkami niebo. Na zmierzch wcale się nie zapowiadało. — Miękka, kiedy tłumaczyła mi, na czym polega mentorowanie, powiedziała, że mam wyszkolić cię tak, jakbyś był moim synem. Wiesz, co sobie pomyślałem? „Nie chciałbym, żeby mój syn wyrósł na osiłka, którymi nas otaczają”, Chwast. Nie lubię przemocy, nie lubię tej niepotrzebnej, którą można zastąpić miłą rozmową o ulubionych kwiatach. A prawie każdą kłótnię można zastąpić rozmową o kwiatach. Rozumiesz już, do czego dążę?
— Nie chcesz, żebym został wojownikiem?
— Niezupełnie o to mi chodziło, ale…
— No tak, chodziło o to, że…
— O to, żebyś nauczył się być dobrym wojownikiem, który wie, kiedy dać sobie spokój.
Pierwszy raz w życiu powiedział coś mądrzejszego niżeli „twoja stara”. Niektórzy powinni brać z niego przykład.
— Chcesz zacząć dzisiaj, co nie, szefie?
Chwast pokiwał energicznie łebkiem.
— Dobra, słuchaj. Stawiam swoją nerkę, że zastanawiasz się, co możemy robić zimą i, w sumie, sam nie wiem, bo wszędzie jest tylko śnieg, śnieg, śnieg, psie kupy, śnieg, śnieg, patyki i inne cuda natury. Dzisiaj nie pada, ale ciężko powiedzieć, co będzie jutro. Dlatego musimy się streszczać. Lubię zapieprzać, dlatego bierzemy się w garść i trenujemy, żeby być zajebistymi. Będziesz miał takie mięśnie, jak stąd dotąd. — Odmierzył pyskiem odległość stąd dotąd, a Chwast przytaknął ze zrozumieniem. — Ja nie mam mózgu, ale widzę w tobie potencjał.
— Potencjał? Ale su-...
— Nie marnujmy czasu, ziomie, mamy tyle na głowie, że aż zrobiłem się głodny.
— Ja też jestem głodny. Idziemy na polowanie, Laurency?
— A co ja ci przed chwilą powiedziałem, kierowniku juniorze? Nie zabijam bez potrzeby, nawet żołądkowej. Na wszystko będzie pora. Głód wyostrza zmysły.
Chwasta przyprowadzono w miejsce, które Laurency przywoływał do porządku od świtu. Po nieszczodrze zaśnieżonej polanie walały się należące do Dwunożnych zguby, pojedyncze, zeschnięte kończyny drzew witały się spomiędzy niskich zasp. Odwrócili się plecami do słońca, szczenięciu nakazano ułożyć swój malutki tyłek na gołej ziemi. Wpierw Laurie stał tuż przed nim, jednak nie minęła chwila, a osunął się na lewo.
— Co widzisz przed sobą, Chwast, opisz mi to — nakazał delikatnym, wciąż niepewnym tonem.
— Las i drzewa, śnieg, dużo śniegu, ośnieżone skały, różne… — wytężył wzrok — ...patyki. W śniegu leżą jakieś rzeczy, ale nie widzę, co to jest.
Laurency zamruczał z uznaniem. Chwyciwszy w zęby czarną szmatkę, subtelnie przysłonił nią wzrok Chwasta, starając się nie zagrozić jego życiu w niepotrzebnie dużej mierze.
— Ee…
— Ciemno?
— No, ciemno.
— Coś prześwituje?
— Trochę, na dole.
Poprawił.
— Nadal?
— Teraz na górze.
Poprawił.
— Już nie.
— Pięknie! — zapiszczał, niemniej jednak równie prędko wrócił do postawy groźnego mentora. — Gdybym zapytał cię teraz, co widzisz, pewnie powiedziałbyś mi, że nic, no nie, kierowniku? Nie byłoby tak? Pewnie, byłoby tak, jesteś mądry chłopak. To ustrojstwo, które masz na sobie, należy do dwunożnych, ale wyprałem to w śniegu z dziesięć razy, więc jeśli wciąż nimi cuchnie, chyba złożę ptakom skargę, żeby pozałatwiały się na ich ubrania, bo cuchną jak kwiatki, na które ktoś się wysrał. — Dezaprobata w jego głosie niemal się zmaterializowała. — My, psy, polegamy na naszym nosie i otaczających nas zapachach, Chwaściku. Poza tym, na słuchu. Wzrok mamy nie najlepszy, dlatego nie ma co na nim polegać. Czujesz to?
Chwast wziął głęboki wdech.
— Co tak cuchnie?
— Mówiłem, że te ubrania to jakiś żart! Nie czujesz obsranych kwiatków?
— Czuć!
— Bardzo dobrze, szefie, bardzo do-o-...o-... — Kichnął nieoczekiwanie, a Chwast aż podskoczył. — Sorry, zdarza mi się. Musisz być gotowy na wszystko, kolego, jeśli chcesz, żeby moje popieprzone praktyki przyniosły jakiś skutek. Zanim zapytasz, nie, nie mam cholernego pojęcia, co wyprawiam, nie miałem ucznia i testuję wszystko na tobie. Wracając! Obrócę się teraz, albo sam się obróć, jak tam chcesz, stary, to bez znaczenia. No, dawaj, raz, dwa. Jakbyś tańczył. Jeszcze raz. Jeszcze. Proszę, nie zwymiotuj, brązowy nie wygląda dobrze na szarym śniegu. Dobra, wystarczy, zaraz się przewrócisz. Słońce schowało się za górami, więc nie będzie cię dekoncentrować. Wróć do pozycji, w której się znajdowałeś.
Szczenię zaczęło kręcić się w drugą stronę, jakby chciało się odkręcić, i kręciło się tak długo, aż nie uznało, że odnalazło trop.
— Myśl o śmierdzących kwiatkach, Chwast.
<mój ulubiony jedyny uczniu?>
[2203 słowa: Laurency otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia, a Chwast 2 Punkty Treningu]
[2203 słowa: Laurency otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia, a Chwast 2 Punkty Treningu]
Subskrybuj:
Posty (Atom)